Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
19 osób interesuje się tą książką
Kiedy ogień przeszłości płonie mocniej niż ten, z którym walczysz na co dzień
Damian i Karolina dorastali w domu dziecka. Każde z nich dźwiga inne doświadczenia i inne blizny. Choć pochodzą z całkowicie różnych światów, wiele ich łączy. Ich drogi co jakiś czas się rozchodzą tylko po to, by mogły się przeciąć w dorosłości.
Rok 2025. Damian został strażakiem i codziennie stawia czoła żywiołowi. Karolina po kolejnym nieudanym związku próbuje odbudować wiarę w siebie i ludzi. Spotykają się w Tczewie, mieście, które staje się świadkiem ich walki z przeszłością i próbą zbudowania przyszłości.
Czy los wreszcie pozwoli im być razem? Czy traumy z dzieciństwa kiedyś przemijają i czym są tajemnicze „ognie lotne”?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 459
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Głośno zaburczało mu w pustym żołądku. Tym razem był to przeciągły dźwięk, przypominający odgłos wody spuszczanej z umywalki. W połączeniu z bólem i nieznośnym ssaniem stanowił dla Damiana ostateczny sygnał, że należy przedsięwziąć jakieś kroki, by wreszcie uciszyć hałasy dochodzące z brzucha. Odłożył na bok zabawki i ostrożnie stawiając kroki, przeszedł przez długi korytarz. Pchnął przeszklone drzwi – pęknięcie w pożółkłej szybie przypominało kształtem pajęczą sieć – po czym wślizgnął się do pokoju. Panował w nim półmrok, rozświetlany jedynie wąskim paskiem światła słonecznego, wpadającego do pomieszczenia przez szczelinę między zasłonami. Powietrze wciąż było gęste od dymu papierosowego i alkoholowych wyziewów.
Powoli podszedł do łóżka, wymijając puste butelki po piwie i tanim winie, rzucone niedbale ubrania oraz nieduży stolik, na którym gęsto poustawiano szklanki, popielniczkę, kilka talerzyków i karty. W brudnej, zmiętej pościeli spała mama. Musiała zasnąć niedawno, bo pomiędzy jej palcami wciąż tkwił tlący się papieros. Damian przez chwilę obserwował wąską strużkę dymu, wijącą się w powietrzu niczym wąż. Dym leniwie unosił się w stronę sufitu, po czym mniej więcej w połowie drogi rozpierzchał w obłoczek i tańczył razem z kurzem w świetlistej szczelinie. Chłopiec zbliżył się jeszcze o krok i namierzył drugą rękę matki.
– Mamo – powiedział i potrząsnął delikatnie jej dłonią. Palce drgnęły.
– Mmm? – mruknęła spod kołdry Monika Zawada.
Damian wiedział, że ten pomruk nie zwiastuje niczego dobrego, mimo wszystko musiał spróbować. Potrafił wytrzymać naprawdę wiele, ale głód stał się już nieznośny.
– Mamo, jestem głodny.
Kołdra na barłogu zafalowała, a chłopiec się odsunął. Wiedział, że kiedy matka sobie wypije, potrafi być nieobliczalna. Na szczęście wszystko, czym ostatnio biła Damiana, znajdowało się obecnie poza zasięgiem jej rąk. Pasek od spodni wisiał w korytarzu, kapcie były wsunięte głęboko pod łóżko, a kabel od prodiża chłopiec schował w szufladzie kuchennej. Matka i tak się nie zorientowała. Od dawna nie upiekła żadnego ciasta. Ale kablem lubiła bić.
Spod kołdry wysunęła się rozczochrana głowa. Ruda barwa włosów już dawno ustąpiła miejsca ciemnobrązowym odrostom. Przekrwione oczy przez chwilę przyzwyczajały się do jasności, aż wreszcie złapały ostrość na Damianie.
– To sobie coś zrób, gamoniu. Nie widzisz, że śpię?
Chłopiec skinął głową i odsunął się o kolejny krok, kiedy dotarł do niego kwaśny odór oddechu matki pomieszany z wonią alkoholu i papierosów. Monika Zawada uniosła się lekko na łokciu, w trzech szybkich zaciągnięciach dokończyła papierosa i opadła na prześcieradło, po czym wydmuchała chmurę dymu. Zanim Damian dotarł do drzwi, rozległo się donośne chrapanie.
Pomyślał, że skoro tak, to będzie musiał sobie poradzić sam. Nieraz już tak było, zwykle wiedział, gdzie szukać pieniędzy. Teraz jednak miał pewność, że w domu nie znajdzie ani grosza. Z korytarza wziął reklamówkę z logo niemieckiej sieci supermarketów, wrócił do pokoju i pozbierał butelki po piwie. Szybko się okazało, że jedna reklamówka nie wystarczy. Tym bardziej że za zasłoną znalazł pokaźną kolekcję butelek z poprzedniej imprezy. Tej, podczas której ktoś wybił szybę w drzwiach do łazienki, kiedy nie mógł się dostać do środka. W końcu, zadowolony z efektu, chłopiec postawił dwie reklamówki pełne butelek pod drzwiami wejściowymi. Wsunął stopy w trampki i ruszył do sklepu.
Pożałował, że nie włożył nic na siebie, gdy tylko wyszedł na klatkę schodową, ale uznał, że jakoś da radę. Lodowaty wiatr hulał między piętrami, a i tak nie zdołał wywietrzyć mdlącego smrodu uryny, zbutwiałego drewna i grzyba, który ochoczo porastał ściany i sufit. Z brzęczącą zawartością Dawid pokonał trzy piętra kamienicy i wyszedł na podwórze. Ku jego uldze nie było wiele zimniej niż na klatce schodowej. Pociągnął nosem i ruszył do Grosika w nadziei, że będzie dzisiaj pani Krystyna, która przyjmowała butelki bez marudzenia.
– Dzień dobry – przywitał się i usiłował wyłowić wzrokiem charakterystyczną natapirowaną fryzurę. Rozpromienił się, gdy zobaczył znajomą twarz.
– O, dzień dobry, dzień dobry. A co ty tak bez kurtki latasz? – Ekspedientka oparła się o ladę i nachyliła w stronę Damiana. Pachniała miętową gumą balonową i lakierem do włosów.
– To tylko kawałek. – Uśmiechnął się, odsłaniając puste miejsca po dwóch mlecznych zębach, które wypadły niedawno. W ich miejscach kiełkowały stałe zęby, jeszcze zbyt małe, by mogły zostać zauważone. – Przyniosłem butelki.
Z wysiłkiem postawił obie reklamówki na ladzie, a pani Krystyna od razu zaczęła przepakowywać szklane opakowania do skrzynek.
– I to całkiem sporo, jak widzę. Wypłacić ci pieniążki czy będziesz coś kupował?
– Kupował. – Chłopiec wskazał ruchem głowy na przestrzeń pomiędzy gęsto ustawionymi regałami. Ekspedientka skinęła głową, a Damian zagłębił się między sklepowe półki.
Sklep wielobranżowy Grosik był dla niego niczym inny świat. Magiczne drzwi do Narni, znajdujące się między zakładami szewskim i pogrzebowym, wyraźnie zaznaczały granicę między życiem i śmiercią. Damian najbardziej lubił miejsce, gdzie kończył się regał ze słodyczami, a zaczynał ten z chemią gospodarczą. Wyraźnie czuł, kiedy słodkie aromaty były zastępowane zapachem proszku do prania i odwrotnie.
Aby zabić pierwszy głód, sięgnął po bułkę, wrzucił ją do foliowego woreczka, a woreczek do koszyka. Pokręcił się trochę po sklepie, zastanawiając nad tym, co mógłby przygotować sobie do jedzenia. Najbliżej było mu do sięgnięcia po pasztet i bochenek chleba, ale w ostatniej chwili jego wzrok padł na zamrażarkę, ozdobioną zielonymi naklejkami. „PRO-MO-CJA” – przeliterował pod nosem i odsunął szklaną osłonę. Sięgnął do środka i wyjął opakowanie, z którego uśmiechały się do niego złociste kawałki karbowanych ziemniaków. Dawno takich nie jadł. Radość była jednak krótkotrwała, spojrzał bowiem na cenę. Brakowało mu złotówki.
– Weź. – Usłyszał za sobą głos pani Krysi.
– Ale brakuje mi na to.
– Musiałam źle napisać cenę. Bierz śmiało. – Ekspedientka wzięła od chłopca wyciągnięte z zamrażarki frytki i wstukała sumę na kasę. – A olej jest w domu?
– Jest.
– No, to smacznego, smyku. A co u mamy? – Pani Krysia rzuciła Damianowi badawcze spojrzenie. – Dawno jej nie widziałam.
– Nadal jest chora. Ale na pewno niedługo wydobrzeje.
– Jakbyś potrzebował jakiejś pomocy, to zawsze możesz tu przyjść. Wiesz o tym, prawda?
– Wiem, dziękuję bardzo. Do widzenia – pożegnał się i wyszedł, zostawiając za sobą przyjemne ciepło i dźwięk zawieszonego nad drzwiami dzwonka.
W drodze powrotnej zjadł bułkę. Pochłonął ją w kilku kęsach i zaspokoił pierwszy głód. Frytki miały rozprawić się z kolejnym.
Kiedy tylko wrócił, wyciągnął patelnię z szuflady pod kuchenką i wlał do niej pół butelki oleju. Jeszcze jakiś czas temu bałby się, że mama go skrzyczy za to, że tyle go zużywa, ale teraz wiedział, że nawet się nie zorientuje. Już prawie nic nie gotowała, a Damian nie pamiętał, kiedy po raz ostatni jadł domowy obiad. Dostawił do kuchenki rozchwiany taboret i zapalił zapałką największy palnik. Mama wprawdzie narzekała, że ostatnio się popsuł, ale chłopiec uważał, że ten jako jedyny jest w stanie rozgrzać tyle oleju. Przeniósł na niego patelnię, uważając, by olej nie wylał się poza jej brzegi. Z przyjemnością obserwował, jak wielki płomień liże ranty naczynia. Niebieskie i pomarańczowe języki ognia walczyły o dominację, a efektem ubocznym było przyjemne ciepło rozchodzące się po kuchni.
Sięgnął po nożyk i rozciął mokrą folię. Ze środka dobył się zapach ziemniaków. Damian nie był pewny, czy już może wsypać frytki. Nigdy nie robił ich sam. Wiedział, że niektóre rzeczy wrzuca się do wrzącej wody, czyli takiej, która bulgocze i uwalnia wielkie bąble powietrza. Olej zupełnie jej nie przypominał. Jego powierzchnia była gładka, a malutkie pęcherzyki powietrza unosiły się tylko w kilku miejscach. Na wszelki wypadek odczekał jeszcze kilka minut, ale olej pozostał niewzruszony. Nie bulgotał, zaczął jedynie lekko dymić, co chłopiec uznał za wystarczającą zachętę. Wdrapał się na taboret, sięgnął po opakowanie frytek i wrzucił do oleju połowę zawartości.
I wtedy w kuchni Zawadów otworzyło się piekło.
Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy. Wrzący olej wystąpił z brzegów patelni, ochlapał Damianowi dłonie i stopy, po czym rozpalił się wielkim płomieniem, który buchnął do góry. Chłopiec wrzasnął z bólu, zakołysał się i runął z taboretem do tyłu. Uderzenie głową o ścianę było jeszcze boleśniejsze niż oparzenia. Liczył na to, że huk obudzi matkę, która zaraz wpadnie do kuchni, opanuje sytuację, a potem spierze go na kwaśne jabłko. To była cena, jaką Damian był w stanie zapłacić za przerażenie, które go ogarnęło. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Wielkimi oczami spoglądał na olej płonący w patelni i na blacie kuchenki.
Wiedział, że musi coś zrobić. Na matkę nie mógł liczyć, a wszyscy sąsiedzi zapewne byli teraz w pracy. Szerokim łukiem ominął kuchenkę, na której płonął olej. Sięgnął do zlewu po niewielki rondel, napełnił go wodą i chroniąc dłonią twarz przed gorącem, chlusnął wprost na patelnię.
Płonący olej eksplodował, a wysoki na dwa metry słup ognia odrzucił Damiana do tyłu. Ku zdziwieniu i przerażeniu chłopca woda jedynie zachęciła płomienie do działania. W ułamku sekundy zapaliła się firana w kuchni i meble, a sufit poczerniał. Pokaźna plama oleju rozlała się także po podłodze, zapalając brudne gumoleum. Pomieszczenie wypełniło się gryzącym dymem.
– Mamo, pali… – próbował zawołać, ale zdołał wykrztusić jedynie tyle, zanim gorące i ciężkie od dymu powietrze wypełniło mu płuca. Zaczął kaszleć, a języki ognia zbliżyły się niebezpiecznie blisko.
Czując ogarniającą go panikę, wczołgał się pod ustawiony przy oknie stół. Mebel dawał jakąś iluzoryczną namiastkę bezpieczeństwa. Zbyt późno zrozumiał, że znalazł się w śmiertelnej pułapce. Ogień zagnał go do narożnika i zajmował coraz większą powierzchnię, praktycznie odcinając mu drogę ucieczki. Chwilę później z gorąca popękały szyby w oknach, a zasilony tlenem ogień zaczął błyskawicznie rozprzestrzeniać się po całym mieszkaniu.
– Mamo! – krzyknął z nadzieją, że obudzi matkę. Czuł, jak po rozpalonych policzkach zaczynają spływać mu łzy, które niemal natychmiast wysychały. – Mamusiu, ratuj!
Nic więcej nie był w stanie z siebie wydusić. Jak zahipnotyzowany obserwował taniec płomieni na meblach, podłodze i suficie. Pomarańczowe języki napływały falami i niszczyły wszystko, co spotkały na swojej drodze. Damian niczym w zwolnionym tempie widział płonący abażur lampy kuchennej, skręcające się od temperatury i kurczące się plastikowe butelki po napojach oraz pojemniki na przyprawy. Pożar rozprzestrzeniał się błyskawicznie, trawiąc kartonowe opakowania, zalegające na podłodze ubrania, tapicerowane meble, których fragmenty chłopiec widział przez drzwi w pokoju. Zaczynał tracić oddech, a krew w uszach pulsowała, walcząc o dominację z hukiem rozszalałych płomieni.
Cofnął się pod ścianę, przyjemnie chłodną w odróżnieniu od całej reszty. Temperatura w kuchni była już nie do zniesienia. Chłopiec z przerażeniem obserwował, jak zbliżają się do niego płomienie. Ogniem zajęło się nie tylko gumoleum, ale także blat stołu. Skóra na twarzy i dłoniach zaczynała nieznośnie piec, a drobne włoski spaliły się jako pierwsze.
Chciał cofnąć się jeszcze bardziej, ale nie było dokąd. Chłodna ściana stanowiła granicę życia i śmierci, której nie był w stanie przekroczyć. Pociemniało mu w oczach, kiedy drzwi w odległym końcu korytarza otworzyły się z hukiem i do środka wpadło kilka zamaskowanych postaci. Patrzył na nie jak przez mgłę. Załzawione oczy i wypełniający pomieszczenie gęsty dym skutecznie ograniczały widoczność.
Krzyk za nic nie chciał opuścić jego gardła. Damian próbował zaczerpnąć powietrza, a kiedy zamiast niego do płuc dostał się gorący i gryzący dym, poczuł, że to już koniec. Nikt go tutaj nie znajdzie, wciśniętego w sam narożnik kuchni.
Pożałował, że się nie pomodlił. I wtedy ogarnęła go ciemność.
Obudziła się na chwilę przed świtem. Próbowała jeszcze zasnąć, ale z powodu narastających emocji jedynie wierciła się w łóżku. W końcu nadszedł ten dzień! Na konkurs recytatorski czekała od zeszłego roku szkolnego, kiedy zapalenie oskrzeli odebrało jej szansę na zaprezentowanie przygotowanego utworu. Tym razem była zdrowa i czuła, że może zająć wysokie miejsce. Odkryła kołdrę i postawiła stopy na chłodnej podłodze. To nie było przyjemne doświadczenie, dlatego szybko wsunęła je w puchate kapcie. Przez sekundę wzrok dziewczynki zatrzymał się na młodszym bracie, który wciąż smacznie spał. Kołdra ozdobiona wizerunkami postaci z bajki o Kubusiu Puchatku unosiła się miarowo.
Najciszej jak potrafiła poszła do łazienki i wykonała poranną toaletę. Dokładnie w takim porządku, w jakim wymagał tego jej tata. Wyjątkowo starannie umyła zęby, czego również oczekiwał zarówno od niej, jak i od pięcioletniego Krystiana. Nie znosił, kiedy siadali do śniadania z – jak on to nazywał – cuchnącym oddechem.
Przechodząc do kuchni, zajrzała do sypialni rodziców. Na szczęście wciąż jeszcze smacznie spali, co oznaczało, że zachowała należytą ciszę. Zeszła na dół do kuchni i wstawiła do kuchenki mikrofalowej kubek z mlekiem. W czasie gdy mleko dojrzewało do przemiany w kakao, dziewczynka zajęła się przygotowywaniem kanapek na śniadanie oraz do szkoły. Kromki chleba posmarowała grubo pasztetową i obłożyła plastrami kiszonego ogórka. Od dwóch tygodni to było jej ulubione połączenie, choć tata wściekał się na babcię, że poczęstowała jego dzieci „leberką”. Uważał, że to jedzenie dla plebsu, choć nie bardzo wiedziała, co to w ogóle oznacza.
– „Pewna pani na Marsałkowskiej kupowała synkę z groskiem…”* – zaczęła recytować po cichu, chociaż głos wyrywał się do galopu.
Z kubkiem kakao i talerzem z kanapkami przeszła do salonu. W rogu stała deska do prasowania, a tuż obok na krzesłach wisiały rozwieszone koszule taty i – co najważniejsze – jej biała sukienka. Mama kupiła ją i odprasowała specjalnie na dzisiejszy konkurs. Dziewczynka przyjrzała się jej krytycznie. W świetle powstającego dnia wyraźnie widziała delikatne zagniecenia. Widocznie wczoraj było już zbyt późno, by mama dokładnie odprasowała sukienkę.
– „Mąz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze i mówi: zecywiście coś skace po trotuarze”.
Ugryzła kanapkę i podłączyła żelazko do prądu, a kubek z kakao postawiła na końcu deski. Nie lubiła, gdy wystygło zbyt mocno. Rozłożyła sukienkę i podziwiała misternie utkaną koronkę, którą obrębiono rękawy i dół. Sięgnęła po żelazko i choć robiła to wiele razy, dzisiaj wydało się jej wyjątkowo ciężkie. Posuwistymi ruchami przejeżdżała po materiale, gładząc ledwie widoczne niedoskonałości.
– „Wsyscy pseto zawołajmy: «Niech zyje!»” – zakończyła recytację odrobinę głośniej, niż zamierzała.
Do odprasowania został jedynie kołnierzyk. Nachyliła się nad nim i rozprostowała go palcami, po czym przesunęła żelazko. Nagły ból przeszył palce dłoni trzymającej kołnierzyk. Odruchowo cofnęła rękę – i czas stanął w miejscu. Wyraźnie widziała trącony łokciem kubek, nieuchronnie zmierzający w stronę podłogi. Ciągnął za sobą jasnobrązową strugę kakao, przypominającą kształtem wykrzyknik. Zupełnie jakby napój chciał dodać dramatyzmu tej sytuacji, choć zupełnie niepotrzebnie. Dziewczynka wiedziała, że i tak jest wystarczająco dramatycznie. Potem wszystko przyspieszyło.
Kubek z łoskotem uderzył o kafle, którymi wyłożona była podłoga przy kominku, a pozostałe w nim kakao rozbryzgnęło się na wszystkie strony i nakropiło wszystko mniejszymi i większymi kleksami. Zakryła usta drobnymi dłońmi i przez chwilę nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Kiedy pierwszy szok minął, rzuciła się do koszul ojca, na których kakao zdążyło się już wchłonąć i rozejść w pokaźnych rozmiarów plamy. Wzięła tę najbardziej poplamioną i pobiegła w stronę łazienki. Wiedziała, gdzie mama trzyma mydełko odplamiające. Nie zdążyła tam dobiec. Na schodach zobaczyła ojca, przyglądającego się całemu zdarzeniu z marsową miną.
– Przepraszam, tato. To naprawdę niechcący. – Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.
Zmierzył ją spojrzeniem, od którego zamarzała woda w stawie, a przez jego twarz przebiegł gniewny grymas.
– Jeszcze tego brakowało, żebyś chciała. Co ty, do cholery, w ogóle wyprawiasz?
– Chciałam tylko dokładniej wyprasować sukienkę…
– Sugerujesz, że matka prasuje niedokładnie? – Ojciec zmarszczył brwi jeszcze mocniej, a dziewczynka skuliła się w sobie w obawie, że ściągnęła jego gniew także na mamę.
– Nie, nie. Tylko wydawało mi się…
– A mnie się wydaje, że ci się we łbie poprzewracało. Idź do gabinetu. Musimy poważnie porozmawiać o twoim zachowaniu.
Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Doskonale wiedziała, co kryło się za tym pozornie zimnym tonem. Cofnęła się o krok, jakby to miało uchronić ją przed wizytą w gabinecie, choć rozumiała, że to bezcelowe. Jak ojciec coś postanowił, to tak miało być.
– Proszę, tato, nie. To naprawdę był wypadek. – Starała się nie płakać i szybko łapała powietrze, co pomagało hamować łzy. Były jednak nieposłuszne i same napływały do oczu.
Oboje się odwrócili, gdy usłyszeli kroki na schodach. Mama ziewnęła i szczelniej owinęła się szlafrokiem, sznurując go na brzuchu.
– A co to za hałasy?
– To niechcący, przysięgam. – Przerażona dziewczynka skierowała swój wzrok na miejsce zbrodni.
– O rany, ale bałagan. Zaraz to posprzątamy.
Sławomir Kłos zatrzymał żonę gestem. Kobieta zamarła w pół kroku, wahając się, co powinna zrobić.
– Ona to posprząta. Ale najpierw muszę przeprowadzić rozmowę wychowawczą. – Ojciec sięgnął ręką do dużej szafy. Gdy się wynurzył, w dłoni trzymał skórzany pasek.
– No coś ty, Sławek. Nic się nie stało. Zaraz wyprasuję ci świeżą koszulę.
– To tobie się wydaje, że nic się nie stało. To przez ciebie te dzieciaki są rozpuszczone jak dziadowski bicz. – Zbliżył się do żony, która cofnęła się o jeden schodek. Choć stała o stopień wyżej, to zdawało się, że masywny mężczyzna nadal nad nią góruje. – Nie wtrącaj się w moje metody wychowawcze. A ty marsz do gabinetu!
Dziewczynka spuściła wzrok i ruszyła, z trudem odklejając stopy od podłogi. Wydawało się, jakby ktoś posmarował lśniące klepki niewidzialnym klejem.
– Przekładaj się, dziecko. – Wskazał na fotel dłonią, wokół której zakręcił pasek. Zwykle sadzał tu swoich gości. Mebel miał szerokie tapicerowane oparcie. I to sformułowanie: „dziecko”. Kiedy ojciec mówił do niej i Krystka w ten sposób, wiedzieli, że żarty się skończyły.
– Proszę, nie, tato… – Płacz mimo wszystko nadszedł i zdusił jej głos do szeptu.
Spełniła posłusznie jego prośbę. Ojciec wziął zamach i strzelił pasem po pośladkach dziewczynki, która krzyknęła donośnie i zaniosła się szlochem. Cienki materiał piżamy w żaden sposób nie chronił przed uderzeniem. To był zupełnie inny ból niż ten, do którego była przyzwyczajona. Zwykle dostawała lanie, kiedy miała na sobie dżinsy i majtki. Czasami jej skórę chroniła jeszcze warstwa rajstop. Wtedy każde uderzenie dało się jakoś znieść. Teraz czuła je niczym na nagiej skórze. Wiedziała, że to dopiero początek i że dalej będzie znacznie gorzej.
– Już ja cię nauczę porządku. – Ojciec raz po raz brał zamach, a trzask pasa o pośladki, plecy i uda dziewczynki niósł się echem po pomieszczeniu. Piekący ból za chwilę rozlał się po całej tylnej części ciała. Wreszcie mężczyzna wyprowadził ostatnie uderzenie. Odłożył pasek na stół i chwycił ją za ramię. – Jak jeszcze raz zrobisz coś takiego, to dostaniesz prawdziwe lanie. Rozumiesz?
Nie rozumiała, ale nie mogła tego przyznać. Jeśli to bolało tak bardzo, to jak wyglądało to prawdziwe?
– Ro… Rozumiem – powiedziała i pociągnęła nosem. Wytarła łzy rękawem piżamy, a w tym czasie ojciec klęknął przed nią i spojrzał w jej zapłakane oczy.
– To dobrze – rzekł spokojniejszym głosem. – To wszystko z troski o ciebie, Karolinko. Żebyś wyszła na ludzi.
Pokiwała głową. Jak zwykle ojciec wydawał się zadowolony i uznawał, że jego metody wychowawcze działają. Przez dłuższą chwilę próbowała uspokoić oddech, ale przepona ani trochę nie chciała być posłuszna.
– Zostaniesz dzisiaj w domu. – Ojciec posłał jej badawcze spojrzenie, czy aby posłuszeństwo zostało utrwalone. Zaraz potem przeniósł wzrok na swoją żonę. – Napisz jej usprawiedliwienie. Czy co to tam się daje do szkoły.
– Ale… – zaczęły obie, lecz uciszył je podniesioną ręką. Dokładnie tak samo dyrektor Sławomir Kłos postępował ze swoimi podwładnymi. I w domu, i w zakładzie pracy nie tolerował nieposłuszeństwa. Tyle że w firmie używał innych metod do jego egzekwowania.
– Żadnego „ale”. Masz zostać w domu i koniec. Może cię bierze jakaś choroba, skoro narobiłaś takiego bałaganu. Zrozumiano?
Skinęła głową i dokończyła śniadanie w milczeniu, ukradkiem wycierając płynące po policzkach łzy. Na szczęście mogła je zamaskować długimi włosami. Zsuwały się na podbródek i kapały wprost na kanapkę z pasztetową. Wracając na piętro, usłyszała jeszcze rozmowę rodziców.
– Musisz taki być? To jeszcze małe dziecko, a ty ją lejesz pasem jak psa. Albo nawet gorzej, bo nikt tak psa nie bije.
Karolina pomyślała, że bicie nie było najgorsze. Znacznie bardziej nie lubiła tych „innych rzeczy”, które tata robił, kiedy nikogo oprócz nich nie było w domu. Czuła się wtedy brudna. Tak brudna, że nawet długa kąpiel z myciem włosów nie potrafiła tego zmienić.
Ojciec parsknął gniewnie.
– Ktoś ją musi wychować. Skoro ty tego nie robisz, to ja się tym zajmę. Jako dziecko też dostawałem pasem i wyrosłem na porządnego człowieka. Chyba że masz w tej kwestii inne zdanie?
– Oj, Sławek… Przecież wiesz, że doceniam to wszystko, co dla nas robisz. Tylko czasem mógłbyś być bardziej wyrozumiały.
Ojciec roześmiał się krótko.
– Tak jak Zygmunt? – zapytał, kierując wzrok za okno, na dom sąsiadów. – Z tej wyrozumiałości będzie teraz niańczył bachora swojej córki. Dzieci trzeba trzymać krótko. Zapamiętaj to sobie.
Chwilę później trzasnął drzwiami. Zostawił po sobie niedopitą kawę i zapach drogiej wody kolońskiej. Karolina spojrzała na brata. Też mu się czasami dostawało, choć miała wrażenie, że nie tak mocno jak jej. Zwykle były to trzy razy pasem, który nie trzaskał tak głośno jak na jej pośladkach. Ona dostawała dziesięć.
Krystian miał otwarte oczy i przyglądał się jej z uwagą.
– Cześć, młody – przywitała się i nie czekając na odpowiedź, wyjęła z szafy domowe ubrania. Z żalem spojrzała na kartkę z wierszem Gałczyńskiego, zmięła ją i wyrzuciła do kosza na śmieci. Otworzyła Anię zZielonego Wzgórza i zatopiła się w lekturze.
Po kwadransie do pokoju wpadła mama, żeby wyszykować do przedszkola Krystiana.
– Napiszę ci usprawiedliwienie w poniedziałek, jak już wrócisz do szkoły.
– Dobrze, mamo – powiedziała, choć było jej wszystko jedno.
– No, lecę, bo się spóźnimy. – Beata Kłos ucałowała córkę i przekazała jej instrukcje na przedpołudnie.
Dopiero kiedy dom opustoszał, odważyła się wziąć głęboki oddech. Zeszła napić się wody i pooglądać telewizję, ale jej wzrok prześlizgnął się po białej sukience, którą jakimś cudem ominęło bryzgające wokół kakao. Westchnęła ciężko, kiedy poczuła pod palcami strukturę delikatnej koronki i miękki materiał, niemal ześlizgujący się z dłoni. Uznała, że nie zaszkodzi przymierzyć. Chwilę później kręciła przed lustrem piruety, obserwując, jak sukienka faluje. Musiała przyznać, że wygląda w niej pięknie. Wtedy doznała olśnienia.
Przecież mogła pójść tylko na konkurs recytatorski. Tak długo i sumiennie się do niego przygotowywała. Szkoda byłoby zmarnować ten czas. Powie wychowawczyni, że z rana źle się czuła, co będzie się zgadzało z tym, co mówił tata. A w południe poczuła się lepiej, dlatego przyszła. Zdąży wrócić, zanim ktokolwiek się zorientuje. Mama odbierała Krystiana po piętnastej, a tata wracał do domu jeszcze później. Miała więc mnóstwo czasu.
Przez kilka kolejnych godzin powtarzała wiersz, delektując się deklamacją, bawiąc akcentem i sprawnie naśladując seplenienie. O jedenastej odgrzała sobie pomidorówkę z wczoraj i zaczęła przygotowywać się do wyjścia. Do sukienki dobrała cieliste rajstopy i pantofle, trochę zbyt cienkie na taką pogodę, ale przecież nie będzie biegała po dworze. Droga do szkoły była krótka.
Pół godziny później stanęła w progu sali gimnastycznej, połączonej ze sceną teatralną, na której odbywał się konkurs.
– Linka! – ucieszyły się koleżanki. To przezwisko nadały jej w drugiej klasie. Było wypadkową zdrobnienia od jej imienia oraz budowy ciała. Karolina była smukła, wysoka jak na swój wiek oraz niezwykle gibka. Kiedy zwisała z drabinek, przypominała linkę. – Dlaczego nie byłaś na lekcjach?
– Rano bolał mnie brzuch.
– To pewnie z nerwów. Też czasami tak mam. Chodźcie, teraz nasza kolej.
Poszła za koleżanką, która pociągnęła ją za rękę. Znalazły się na zapleczu sceny, pachnącym kurzem i starymi rekwizytami. Karolina była tutaj już kilka razy przy okazji przygotowywania przedstawienia i to miejsce jawiło się jej niczym magiczne drzwi do krainy wyobraźni.
– Psze pani, Linka przyszła! – zawołała Dagmara do jednej z nauczycielek pomagających w organizacji konkursu.
Niewysoka polonistka odwróciła się i uśmiechnęła do uczennic.
– Ooo, jednak się pojawiłaś? Myślałam, że jesteś chora. Nie było cię dzisiaj na polskim.
– Dzień dobry. Rano źle się czułam, ale już jest w porządku.
– To dobrze. Niedługo twoja kolej.
Prowadząca konkurs recytatorski uczennica wyczytywała kolejne osoby. Karolina poczuła, że zaczyna się stresować. Naprawdę zaczynał boleć ją brzuch. W dodatku pociły się jej dłonie, a gardło dławił strach. Modliła się, by móc wykrzesać z siebie choćby jedną zwrotkę.
– Brawo! – powiedziała prowadząca, a od strony sali gimnastycznej rozgrzmiała burza oklasków. Kurtyna się rozsunęła i odsłoniła rzędy siedzących na materacach dzieci. – A teraz wystąpi Karolina Kłos z wierszem Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego pod tytułem Strasna zaba.
Kilka osób się roześmiało w reakcji na tytuł utworu. Dziewczynka ruszyła, czując, jak po raz drugi tego dnia stopy zaczynają się jej kleić do podłogi. Jakimś cudem dotarła do mikrofonu. Pierwsze słowa przeciskały się przez gardło z trudem, ale każdy kolejny wers coraz łatwiej ślizgał się po jej strunach głosowych. Skończyła i została nagrodzona burzą oklasków.
Ukłoniła się i weszła w głąb sceny. Polonistka posłała jej uśmiech, jednak Karolina wyczytała w nim więcej niepokoju niż dumy czy zadowolenia. Na zapleczu sceny czekała na nią pani Ela, szkolna pedagog.
– Ty jesteś Karolina Kłos, prawda? Chciałabym z tobą porozmawiać.
– Dobrze. – Skinęła głową i ruszyła za panią pedagog. Znała ją głównie z korytarza i może z jednej czy dwóch lekcji, które ta przeprowadziła u nich w klasie. Zwykle do pani Eli trafiały szkolne łobuzy, od których Karolina trzymała się z daleka.
Wtedy ją olśniło. A więc się wydało! Jej plan został przejrzany i teraz pewnie zadzwonią po rodziców, a wieczorem ojciec zrobi jej powtórkę z rana. Nie. Była pewna, że będzie znacznie gorzej. Strach ponownie ścisnął dziewczynce żołądek, a świat zawirował przed oczami.
Weszły do gabinetu, pachnącego kurzem i owocową herbatą. W środku czekała dyrektorka szkoły, a obok niej jeszcze dwie osoby. Obrzuciła uczennicę szybkim spojrzeniem, a Karolina pomyślała, że kobieta jest zdenerwowana. Bardziej niż ona, jeśli to w ogóle było możliwe.
– Ależ piękna sukienka. – Dyrektorka klasnęła w dłonie, ku zaskoczeniu Karoliny. Myślała, że dostanie burę, a tu wszyscy ciepło się do niej uśmiechali. I szkolna pielęgniarka, i pan Marek, wicedyrektor. – Pewnie faluje, jak się zakręcisz?
– Tak. Pokazać pani?
– No jasne.
Dziewczynka zakręciła się wokół własnej osi, ciesząc się porozumiewawczymi spojrzeniami, jakie dorośli wymieniali między sobą. Chyba sukienka naprawdę się im spodobała. Dopiero przy ostatnim piruecie zauważyła dwie czerwonosine pręgi, które przebijały przez cienkie rajstopy.
Te i kolejne linie, skrywające się pod sukienką, stanowiły mapę jej dalszego życia.
* Fragment wiersza K.I. Gałczyńskiego Strasna zaba.
– Młody, wstawaj. – Czyjś głos brutalnie wdarł się w umysł Damiana. – Pani Asia kazała cię budzić na śniadanie.
Chłopiec otworzył oczy sklejone snem. W pokoju panował półmrok, rozświetlany blaskiem niewielkiej nocnej lampki, stojącej na biurku. Przetarł oczy i ziewnął. Mógłby przysiąc, że spał ledwie chwilę, ale widok starszych chłopaków pakujących plecaki brutalnie zderzył Damiana z prawdą. Nienawidził tych zimowych poranków, kiedy za oknem było jeszcze ciemno, a w niewietrzonym pokoju dominował nieprzyjemny zapach nieświeżych oddechów i słabo umytych nóg. Mimo wszystko zmusił się, by zejść z łóżka, wsunąć nogi w zimne klapki i powlec się do łazienki. Na szczęście ktoś był tu przed nim, bo z kranu od razu popłynęła ciepła woda.
– No, dawaj. – Karol szturchnął go lekko w ramię i pchnął w kierunku przygotowanych ubrań. Był o cztery lata starszy i miał piegowatą twarz. – Zaraz ma być nakryte, jasne?
– Jasne, jasne… – bąknął Damian, wkładając nieprzyjemnie chłodną odzież. Przez chwilę mocował się z bluzą. W końcu znalazł otwór na głowę i przecisnął ją przez niego, tarmosząc włosy.
– Nie chcę się przez ciebie spóźnić do szkoły.
– Właśnie, ja też – zawtórował współlokatorowi Śrut. – Zapylaj, młody, i wstaw wodę na herbatę.
Chłopiec skończył się ubierać, wrzucił do plecaka piórnik, który zostawił na biurku poprzedniego dnia, i poszedł lekko chwiejnym krokiem w stronę kuchni i jadalni. Od słabo przespanej nocy kręciło mu się w głowie.
Postawił plecak w korytarzu i przeszedł do dużej kuchni, połączonej z jadalnią, w której ustawiono stół na dwanaście osób. W zasadzie były to dwa połączone ze sobą stoły, ale zwykle nakrywano je kolorowymi obrusami tak, że wyglądały jak jeden. Nalał wody do elektrycznego czajnika i pstryknął przełącznikiem. Zanim woda zaczęła szumieć, wyjął z szafki kilka talerzy i kubków. Rozstawił je na jednym stole. W dni powszednie śniadania i kolacje jedli „na grupie”, a obiady na stołówce. Tylko w weekendy wszystkie trzy posiłki były na stołówce.
W jadalni był praktycznie sam. Kilkoro dzieci zaczynało lekcje później. Damian zazdrościł im, że mogły pospać. On miał na dziesiątą tylko w czwartki.
Wyjął z lodówki pojemniki z produktami na śniadanie: karton mleka do płatków, duży pojemnik z wędliną skrojoną w plastry i opakowanie żółtego sera. Do tego dwa talerze z warzywami, które zostały z kolacji. Czajnik zaszumiał głośno i zagotował wodę, a na korytarzu otworzyły się drzwi do grupy. Chwilę później do jadalni zajrzała pani Asia, zwabiona światłem.
– Damian, a co ty tu robisz? – Uniosła brwi, zdziwiona. – Dlaczego nie śpisz?
– Chłopaki mnie obudziły, żebym nakrywał na śniadanie. Niedługo wychodzą do szkoły.
– Oj, Damian, Damian… Chodź.
Z pokoju dobiegł głośny śmiech, a Damian spuścił wzrok. W ułamku sekundy pojął, co się wydarzyło. Kiedy zmierzał do pokoju z wychowawczynią, zerknął na wiszący w kuchni zegar. Wskazywał dwudziestą drugą trzydzieści.
Wkręcili go. Znowu.
Kiedy weszli do pokoju, współlokatorzy Damiana zwijali się ze śmiechu, chowając głowy w kołdrach. Pani Asia obrzuciła ich groźnym spojrzeniem.
– Chłopaki, to już przestaje być śmieszne. On powinien się wysypiać.
– No przecież tylko żartowaliśmy.
– Następnym razem za takie żarty obetnę wam kieszonkowe. I weźmiecie dyżur zamiast niego.
Karol uniósł dłonie, czym oznajmił kapitulację.
– Paaani… On lubi być wkręcany. Co nie, Buźka?
Damian zacisnął szczęki i postąpił o pół kroku do przodu. Nie znosił, kiedy mówiono na niego w ten sposób. Ciepła dłoń pani Asi zatrzymała go w miejscu.
– Karol! Ile razy mam się powtarzać? Rozmowę na temat przezwiska Damiana mieliśmy dwa dni temu. Nic nie dotarło?
– Dotarło, dotarło…
– Widocznie słabo. W ramach utrwalenia odśnieżysz rano przed domem. W nocy zapowiadają srogie opady śniegu.
– No nieee… – Chłopak jęknął i opadł na łóżko. – Przecież Bu… Damian się nie gniewa. Co nie?
– Co tak. – Rozeźlony dziewięciolatek obrzucił współlokatorów złym spojrzeniem. – Nie lubię, kiedy tak się mnie nazywa.
– No, do łóżka, smyku. A wy… – Wychowawczyni wskazała palcem na piętrowe łóżko, na którym spali Karol i Śrut. – Wy się zachowujcie. Jak się dowiem, że ciśniecie młodego, to będzie rozmowa. Tym razem z panem Adamem.
Na dźwięk imienia koordynatora domu starsi chłopcy spojrzeli po sobie. W ich oczach błysnął strach. Adam Gliński był w domu dziecka instancją ostateczną i jeśli wychowawcy kierowali kogoś na rozmowę do niego, to zwykle nie miała przyjemnego przebiegu. „Glina” wywodził się ze starej kadry, pamiętającej czasy komunistycznych biduli. O jego twardej ręce krążyły legendy, a Damian wolał się nie przekonywać na własnej skórze, ile było w nich prawdy.
Wsunął się pod kołdrę, pod którą czaiła się jeszcze odrobina ciepła, a wychowawczyni zgasiła światło i życzyła chłopcom dobrej nocy. Damian był rozbudzony i długo nie mógł zasnąć. Kręcił się z boku na bok, a sen nie nadchodził. Wkrótce usłyszał pochrapywanie Karola i miarowy oddech Śruta. Przez jakiś czas zza drzwi dobiegały odgłosy krzątaniny pani Asi, ale i one wkrótce ustały. Sądząc po skrzypieniu podłogi, wychowawczyni właśnie udała się z kubkiem gorącej herbaty do pokoju wychowawców, gdzie zaszyła się w stercie dokumentów. W domu zapanowała cisza, odmierzana miarowym tykaniem zegara w salonie.
W domu. Po ośmiu miesiącach pobytu w placówce opiekuńczo-wychowawczej Damian zaczął nazywać ją domem. W przeciwieństwie do pozostałych wychowanków on nie miał z tym problemu. Reszta zwykle nazywała dom dziecka bidulem, ale on nie lubił tego określenia. Pod wieloma względami dla Damiana to miejsce było lepsze od tego, w którym się wychował. Zawsze było tu ciepło, czekały na niego przynajmniej trzy posiłki, którymi najadał się do syta, a często także ciasto, upieczone przez wychowawczynię lub podopiecznych. Nawet w okresach największego bałaganu było tu czyściej niż w rodzinnym domu Damiana. Nigdzie nie walały się puste butelki, łazienki i toalety były czyszczone codziennie, a na ścianach nie widniały wielkie połacie grzyba. Spał na wygodnym łóżku, zmieniał pościel raz w tygodniu i nawet dostawał kieszonkowe. Czasami myślał, że ma tu wszystko, czego potrzeba mu do szczęścia. I wtedy, zazwyczaj w długie bezsenne noce, przychodziła tęsknota.
Wciąż nie mógł zapomnieć widoku matki, wynoszonej na ratowniczych noszach z płonącego budynku. Ogień spalił jej włosy na głowie, a czaszka pozostała jedynie obciągnięta zwęgloną skórą. Ubrania, w których spała matka, nadpaliły się w połowie i odsłoniły czerwone i czarne ciało. Dopiero po kilku sekundach ktoś naciągnął na nią prześcieradło, ale ten czas wystarczył, by obraz nieżyjącej matki wrył się Damianowi głęboko w pamięć. Kiedy pojawiał mu się w głowie, chłopca dławił żal, że już nigdy jej nie zobaczy, ale przede wszystkim – poczucie winy, że to on doprowadził do jej śmierci. To poczucie winy szybko zamieniało się w złość, która rosła w nim lawinowo. Zagryzał wtedy wargi i robił to tak długo, dopóki nie poczuł w ustach smaku krwi.
Tej nocy także przyszły ból, złość i tęsknota. Zagryzanie ust od dawna nie pomagało, dlatego Damian kilka razy uderzył pięścią w ścianę. Gruby mur bezgłośnie zniósł uderzenia, a ból płynący z porażonych knykci przyćmił ten emocjonalny. Kiedy zelżał, Damian poprawił jeszcze kilka razy. W kącikach oczu pojawiły się łzy i chłopiec wytarł je rękawem piżamy. W ciemności mogły płynąć, za to nigdy nie płakał przy innych.
Zasnął grubo po północy, masując obolałe dłonie. Wiedział, że kiedy się obudzi, ból fizyczny będzie tylko wspomnieniem.
***
Wrócił ze szkoły rozdrażniony i zły, że znów dał się tak łatwo sprowokować. Do dziennika wpadła uwaga i mógł się założyć, że wychowawca dyżurujący już o niej wie. Zzuł buty i ustawił je na swojej półce, znajdującej się we wnęce koło wiatrołapu i umownie nazywanej szatnią. W pokoju rzucił niedbale plecak, starając się oddalić od siebie nieprzyjemne myśli. Ruszył do kuchni, skąd po całym domu roznosił się zapach obiadu.
– Dzień dobry, Damianku. – Pani Janina, najstarsza z wychowawczyń, uśmiechnęła się do niego ciepło. Miała w sobie coś z dobrej cioci albo babci. Przynajmniej tak to sobie wyobrażał Damian. Nie miał żadnej bliskiej rodziny, mógł się więc jedynie domyślać, jak to może wyglądać.
– Dobry – burknął i usiadł do stołu. Sięgnął po miskę i z dużej wazy nalał do niej gęstego żuru. Z powodu grypy żołądkowej, która wyłączyła z pracy całą załogę kuchni, jedli teraz posiłki na grupie.
– A coś ty taki nachmurzony? Stało się coś?
Damian z ulgą wypuścił powietrze. A więc jeszcze nie wiedziała. Być może do wieczora będzie miał spokój, dopóki na nocny dyżur nie przyjdzie jego wychowawczyni prowadząca – pani Ania. Ona już na pewno słyszała o uwadze.
– Nie, nic. – Wyłowił z zupy duży kawałek kiełbasy i wsunął do ust, nie zważając na to, że jest piekielnie gorący. Przełknął, gdy poczuł, jak parzy mu przełyk.
Dopiero wtedy ją zobaczył. Siedziała na drugim końcu stołu, ubrana w błękitny sweterek, a łzy kapały jej do talerza i zatapiały się w żurku. Co kilka sekund pociągała nosem. Włosy miała ściągnięte w kucyk kolorową gumką. Zanim zdążył coś powiedzieć, przy dziewczynce znalazła się pani Janka.
– Karolinko, ty znów płaczesz? – Kobieta pochyliła się nad dziewczynką i położyła jej dłoń na ramieniu. Damian wrócił do jedzenia. – Myślałam, że już ci trochę przeszło. Zjedz zupę, od razu zrobi ci się lepiej.
– Nie będzie lepiej – zachlipała dziewczynka i potrząsnęła głową. – Ja chcę wrócić do domu.
– Wiem, myszko, wiem. Pierwsze dni zawsze są trudne. Popatrz, Damian przyszedł ze szkoły. On jest w twoim wieku. Damian, przywitasz się?
Chłopiec niechętnie oderwał wzrok od zupy. Rzucił Karolinie krótkie spojrzenie.
– Siema.
Nie zareagowała. Wyjęła z kieszeni zmiętą chusteczkę i wydmuchała w nią nos. Dopiero teraz zobaczył, jaka jest szczupła. Przez pergaminową skórę widoczna była sieć żyłek, a kości policzkowe wyraźnie odznaczały się na twarzy.
– Nie odpowie ci – odezwał się chłopiec, który właśnie wyszedł z łazienki. – Najpierw przez nią znaleźliśmy się tutaj, a teraz jest obrażona na cały świat.
– Krystian, nie znaleźliście się tutaj przez twoją siostrę – zareagowała pani Janka. Wytarła dłonie w ręcznik kuchenny i nalała chłopcu zupy. – Zresztą rozmawialiśmy już o tym. To jest Damian.
– Cześć, jestem Krystek. Lubisz Batmana?
– Mhm – odpowiedział Damian z ustami pełnymi żurku.
Nowo przybyły chłopiec jak spod ziemi wydostał dwie figurki i postawił je na stole.
– Batman i Robin. W pokoju mam jeszcze inne. Chcesz zobaczyć po obiedzie?
Damian ochoczo skinął głową. Nareszcie w domu dziecka był ktoś w jego wieku. Miał dosyć towarzystwa starszych chłopaków, którzy często się z niego wyśmiewali. Najbardziej zbliżony wiekiem do niego był Śrut, ale nawet te dwa lata stanowiły pewnego rodzaju przepaść.
– Co ci się stało w buzię? – zapytał Krystian, wpatrując się w bliznę na policzku Damiana. Była rozległa, sięgała aż do ucha. Pobrużdżona, nierówna skóra splotła się niczym węzły.
Przez chwilę w oczach Damiana błysnął strach. Szybko poprawił długie włosy, tak aby zakrywały niedoskonałości. Zwykle nie zapominał o tym, wręcz wyrobił sobie taki odruch. Tym razem za bardzo pochłonęła go fascynacja zabawkami.
– Miałem wypadek – skłamał, spuszczając wzrok. – Kiedyś.
Na szczęście Krystian nie drążył.
Szybko się zaprzyjaźnili. Spędzali czas na zabawie w salonie, a kiedy nadeszła wiosna, wychodzili razem na pobliskie boisko lub plac zabaw. Krystian zadomowił się w placówce zaskakująco szybko. W przeciwieństwie do Karoliny.
Przez pierwsze trzy tygodnie Damian niemal jej nie widywał. Gdy tylko wracała ze szkoły, zaszywała się w pokoju na górze, który zajmowała z dwiema innymi wychowankami. Spotykali się przy stole. Karolina schodziła na posiłki, wmuszała w siebie absolutne minimum jedzenia, tak aby wychowawcy się nie przyczepiali, i znikała z powrotem w swoim pokoju. Co w nim robiła, nie wiedział. Nie miał tam wstępu, ale po podkrążonych i zaczerwienionych oczach domyślił się wszystkiego.
Pierwsza kłótnia między Damianem i Karoliną wybuchła o… bułkę.
– Ta jest moja – powiedział, kiedy jednocześnie złapali za to samo pieczywo. – Weź inną.
Prychnęła i utkwiła w nim spojrzenie czekoladowych oczu.
– Niby dlaczego? Pierwsza jej dotknęłam.
– Chyba śnisz. – Damian zacisnął palce na bułce, aż przebiły chrupiącą skórkę. – Ta z makiem jest moja. Tylko ja tutaj taką jem.
– Widać nie tylko. Puszczaj, bo zawołam panią.
– Dawaj tę bułkę! – Chłopak szarpnął i rozerwał pieczywo na pół. Okruchy rozsypały się po całym obrusie. Siłą rozpędu Damian strącił ze stołu koszyk z bułkami.
– No, zobacz, co narobiłeś. – W oczach Karoliny błysnął triumf. Posłała mu złośliwy uśmiech, co jeszcze bardziej go rozsierdziło.
Napełniony złością balon, który chłopiec pompował od chwili złapania za bułkę, pękł. Kiedy wściekłość eksplodowała w środku, poczuł się niczym marionetka. Zupełnie jakby ktoś przejął kontrolę nad jego ruchami. Wszedł na krzesło, przesadził stół i skoczył na Karolinę. Dziewczyna kompletnie się tego nie spodziewała. Straciła równowagę i runęła z krzesłem do tyłu.
– To twoja wina! – Damian usiadł na niej okrakiem i chciał wymierzyć policzek, ale była szybsza. Złapała go za długie włosy i pociągnęła. Była chuda, ale zaskakująco silna. Krzyknął z bólu.
– Damian! Karolina! Co wy wyprawiacie? – Wychowawczyni wyrosła tuż koło nich i rozdzieliła bijących się.
Damian szarpał się jeszcze chwilę, chcąc wyrównać rachunki, ale kobieta była silniejsza. Wokół zebrało się kilkoro innych wychowanków placówki, obserwujących zajście z ciekawością.
– To ona zaczęła. Mówiłem jej, że bułka z makiem jest moja.
– Co za dzikus. Rzucił się na mnie jak jakiś psychol.
– Już, wystarczy – powiedziała pani Ania. – Idźcie ochłonąć do swoich pokojów, a potem porozmawiamy.
Karolina zrobiła obrażoną minę, a oczy Damiana wciąż ciskały gromy w jej stronę. Zaczęli oboje:
– Ale…
– Nie ma żadnego „ale”. Do pokojów, ale już! – Tym razem wychowawczyni podniosła głos. Działo się to tak rzadko, że wychowankowie wiedzieli, co może oznaczać nieposłuszeństwo.
– Złodziejka – rzucił Damian przez ramię i poszedł w stronę pokoju. Przykrył włosami zabliźniony policzek.
– Psychol.
Przez kilka następnych dni omijali się szerokim łukiem. Damian z przykrością zauważył, że Karolina zbuntowała przeciwko niemu Krystiana. Chłopiec niechętnie z nim rozmawiał i nie proponował wspólnej zabawy, a kiedy Damian pytał o wyjście na boisko, młodszy wychowanek znajdował jakiś powód, by odmówić.
Z tęsknotą czekał na weekend. Lubił dni wolne od szkoły, bo wtedy dom dziecka pustoszał i Damian mógł się poczuć swobodniej. Dzieciaki, które miały taką możliwość, wychodziły na tak zwane urlopowania do rodzin – matek i ojców, cioć i wujków, babć i dziadków. Niektóre – jak on, Śrut i jeszcze kilkoro innych – nie miały do kogo wychodzić. Czasami zazdrościł wychowankom, których rodziny angażowały się w ich życie. Nieraz oznaczało to, że prędzej czy później wrócą do domu, innym razem wystarczała świadomość, że ktoś z rodziny zabierze ich na spacer, do kina albo na lody. Damian z trudem godził się z tym, że na niego nikt nie czeka.
– Moi rodzice mają już wyznaczony termin rozprawy w sądzie. – Karolina jakby czytała w jego myślach. Stanęła za plecami chłopaka i rzuciła na podłogę torbę z naszywkami heavymetalowych zespołów. – Jeszcze kilka miesięcy i pa, pa, bidulu.
Damian wzruszył ramionami i wrócił do gry na konsoli. W soboty wstawał wcześniej niż inni chłopcy. Jego zegar biologiczny działał tak jak w tygodniu, ale nie narzekał. Mógł przynajmniej pograć na konsoli, zanim dorwą się do niej starsi wychowankowie.
Zatrzymał grę i odwrócił się do dziewczyny. Nigdy by jej tego nie powiedział, ale wyglądała ładnie. Miała na sobie spódniczkę w szkocką kratę, jasny top i sweterek narzucony na ramiona. Na szczupłe nogi włożyła wzorzyste rajstopy i trampki, a włosy zaplotła w dwa warkoczyki. Przypominała mu jakąś gwiazdę pop, ale nie mógł skojarzyć którą. Ta myśl zalęgła mu się w głowie i nie dawała spokoju.
– Żebyś się nie zdziwiła. – Spuścił wzrok, by nie posądziła go, że ją lustruje. – Nie takie rzeczy tu się odwalały.
Nie było w tym złośliwości, jedynie obserwacja. Przez ostatni rok naoglądał się wystarczająco dużo zawiedzionych dzieciaków, których rodziny zawaliły sprawę.
– Może w przypadku jakiejś patologii. U nas jest już normalnie. Rodzice poszli na terapię, tata się zmienił. Wszystko, czego sąd wymaga, zostało dopełnione.
– No i dobrze. Im szybciej stąd pójdziecie, tym lepiej.
I znów nie miał niczego złego na myśli. A jednak Karolina odebrała jego słowa jako atak.
– Żebyś wiedział. Ale ty siedź w bidulu, jak tak ci tu dobrze.
– Dobra, spadaj. – Odwrócił się do telewizora. – Przeszkadzasz mi w graniu.
Zatopił się w wirtualnym świecie i przez następną godzinę ignorował całą krzątaninę, jaka odbywała się w placówce w soboty. Drzwi się otwierały i zamykały, co chwila wchodziły inne osoby i zabierały ze sobą dzieciaki, uprzednio wpisawszy je w różowym zeszycie. Kto idzie i dokąd oraz kiedy wróci.
Około południa w domu zostali tylko Damian, Śrut, Rudy i Dagmara. Po nich nikt nie przychodził, nikt o nich nie pytał, nikt nie zabierał ich ze sobą.
A oni nie czekali.
Redakcja: Kamila Recław
Korekta: Gabriela Niemiec, Beata Buko
Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska
Zdjęcia wykorzystane na okładce: archiwum Joanny Wasilewskiej
Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68608-20-5
