Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Czy masz prawo do szczęścia, gdy wszyscy wokół przyzwyczaili się do twojego poświęcenia?
Anna ma poukładane, bezpieczne życie. Jest sumienną pracownicą biura projektowego, matką dwójki dorastających dzieci i wdową, która dawno temu zamknęła swoje marzenia w futerale na dnie szafy. Jej skrzypce milczą od lat, przypominając o talencie stłamszonym przez toksycznego nauczyciela.
Wszystko zmienia się w dniu jej czterdziestych piątych urodzin. Jeden bilet do filharmonii i przypadkowe spotkanie uruchomiło lawinę drobnych zdarzeń. W życiu Anny pojawia się Paweł – stolarz z przeszłością, który w starych przedmiotach widzi duszę, a w ludziach to, czego oni sami nie dostrzegają.
To on sprawia, że Anna postanawia otworzyć nie tylko szafę, ale i futerał. Jednak powrót do pasji to nie tylko walka z zesztywniałymi palcami. To przede wszystkim konfrontacja z paraliżującym lękiem przed oceną i oporem syna, który boi się, że nowy rozdział w życiu matki zburzy jego kruchy spokój.
To nie jest wielki, filmowy romans. To opowieść o dojrzałej przyjaźni, o zapachu drewna i kalafonii oraz o tym, że czasem najtrudniejszą rzeczą na świecie jest pozwolić sobie być po prostu sobą.
Książka wydana przez Wydawnictwo Ailes, Hm... zajmuje się dystrybucją
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 210
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
2026, Wrocław, Wydanie I
Ocalone dźwięki, Kamila Ornel
Copyright © Ornel Books
Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Izabela Smug – Tekstove Love
Korekta: Marta Szaor-Stasiak – Słowo klucz
Projekt okładki: Magdalena Batko – Tak się składa
Skład: Magdalena Batko – Tak się składa
Konwersja do formatów elektronicznych: Aleksandra Baranowska
ISBN 978-83-980219-0-6
ISBN e-book 978-83-980219-1-3
Niniejsza książka jest fikcją literacką. Chociaż niektóre zdarzenia zostały zainspirowane prawdziwymi historiami, to postacie, imiona, dialogi oraz szczegóły miejsc zostały stworzone lub zmienione na potrzeby fabuły. Ewentualna zbieżność z rzeczywistymi osobami, żyjącymi lub zmarłymi, a także z autentycznymi sytuacjami jest całkowicie niezamierzona.
Napisałam tę książkę ku przestrodze i ku pokrzepieniu.
Niech ta historia stanie się ostrzeżeniem dla uczniów szkół artystycznych i ich rodziców. Żaden sukces, dyplom ani owacja nie są warte tego, by płacić za nie godnością dziecka, lękiem czy upokorzeniem.
Nie wspierajcie swoim milczeniem tych, którzy niszczą, zamiast budować. Pamiętajcie – wielka sztuka rodzi się z wrażliwości, a nie ze strachu.
Dedykuję tę książkę wszystkim, którzy boją się, że nowe szczęście rodzica odbierze im poczucie bezpieczeństwa.
Tato – zrozumiałam to zbyt późno. Dziś wiem, że każdy ma prawo kochać, ponieważ miłość się nie dzieli, lecz mnoży.
Następnego dnia pozwoliła sobie na odrobinę spokoju. Do pracy poszła później – w biurze projektowym godziny były elastyczne, a ona czuła, że po wczorajszych emocjach potrzebuje zwolnić. Dzieci same zjadły śniadanie i wyszły cicho, nie chcąc jej budzić. Może jednak zrozumiały, że ten wieczór był dla niej czymś więcej niż tylko wyjściem.
Tego ranka nie włączyła radia. Na stole stał kubek z kawą, jeszcze gorącą, a na ekranie laptopa wciąż widniała lista laureatów konkursu. Anna przewijała stronę, czytając nazwiska, ale nie zatrzymała się na żadnym. Zamiast zamknąć komputer, przymknęła oczy.
I wtedy zobaczyła siebie. Małą dziewczynkę z futerałem większym od niej samej, idącą w stronę szkoły muzycznej w niewielkim miasteczku, gdzie wszyscy się znali. To nie był nowy, bezduszny budynek. To była szkoła z duszą – stara, piękna kamienica pamiętająca czasy sprzed wieków. Placówka z tradycjami, o której w regionie opowiadano z dumą. W jej korytarzach czuło się przeszłość. Każda deska skrzypiała, jakby znała setki dziecięcych kroków. Ściany pachniały kredą, politurą i starym drewnem. Dla małej Ani ten budynek był jak świątynia. Miejsce, w którym muzyka naprawdę żyła. Od pierwszego dnia wiedziała, że to jej świat.
Skrzypce były dla niej wszystkim. Małym kosmosem, który mieścił się między brodą a ramieniem. Codziennie ćwiczyła z radością, z dziecięcą ufnością, że jeśli się bardzo stara, świat jest dobry. Jej pierwszy nauczyciel taki właśnie był. Dobry, cierpliwy, łagodny. Mówił, że muzykę trzeba nie tylko grać, ale czuć. Kiedy zagrała wyjątkowo pięknie, obiecywał: „za to pójdziemy kiedyś na lody”.
Był tam też ktoś jeszcze. Nauczyciel, który prowadził szkolny zespół – profesor Trąbecki. Ania bardzo lubiła te lekcje i zawsze przychodziła na nie chętnie. Stał się dla niej kimś więcej niż tylko pedagogiem; rozumiała się z nim bez słów. To na jego zajęciach czuła, że naprawdę może być sobą. Pamiętała wakacje, gdy odwiedził jej rodzinę nad morzem. To on namówił ją wtedy, by wyszła ze skrzypcami na ulicę, do ludzi. Zagrali razem – dla wiatru, dla przechodniów, dla czystej radości. Czuła wtedy wolność, jakiej nie dała jej później żadna sala koncertowa. To wspomnienie miało dawać jej siłę jeszcze przez wiele lat. To dzięki profesorowi nigdy całkiem nie straciła miłości do muzyki. Choć wtedy nie mogła jeszcze wiedzieć, jak bardzo będzie jej kiedyś potrzebna.
Niestety, tamta obietnica lodów z jej pierwszym nauczycielem nigdy nie została spełniona. Zachorował nagle, a po wakacjach Ania dowiedziała się, że będzie miała nowego pedagoga.
Zastąpił go pan Kornel. Człowiek-instytucja, o którym mówiono w całym województwie. Wysoki, o potężnej posturze, z idealnie gładką łysiną i ciemną, gęstą brodą, która dodawała mu lat i powagi. Surowy, wymagający, uznawany za niepodważalny autorytet. Wielu rodziców marzyło, żeby to właśnie on uczył ich dzieci.
Ania była zachwycona. Czuła dumę, że to właśnie ją wybrał do swojej klasy. Uwielbiała lekcje z nim. Lubiła zapach kalafonii w sali i nawet starego, rudego jamnika, który zawsze drzemał pod fortepianem, cicho posapując. Wierzyła wtedy, że świat artystyczny składa się z ludzi wrażliwych, dobrych i szlachetnych.
Ćwiczyła coraz chętniej i coraz więcej. Chciała, żeby był z niej dumny. Była pewna, że jest. Czasem pochwalił jej postępy, rzucił dobre słowo. Miała wrażenie, że naprawdę w nią wierzy. Czuła się wyjątkowa. Myślała, że tak właśnie wygląda prawdziwa relacja między mistrzem a uczniem. Nie wiedziała tylko, że za tą otoczką uznania i wyjątkowej opieki nad jej talentem kryło się coś więcej.
Rodzice musieli dokładać starań – coraz większych, coraz bardziej kosztownych. Nikt o tym głośno nie mówił, ale wszyscy wiedzieli, że lekcje z panem Kornelem nie kończą się w szkole. Wierzyli, że talent wymaga poświęcenia, że dla dziecka zrobią wszystko.
Z czasem dla Ani zaczęło się coś zmieniać. Pan Kornel coraz rzadziej się uśmiechał. Oczekiwał więcej. Więcej obecności, więcej lekcji, więcej zaangażowania. To, co jeszcze niedawno wydawało się wystarczające, teraz było tylko minimum. Każdy przestój, każda drobna wpadka miała swoje wytłumaczenie – za mało pracy, za mało godzin, za mało „dodatkowych” spotkań z nim. Z jego słów wynikało, że tylko on potrafi właściwie poprowadzić ucznia, a wszystko poza nim było stratą czasu.
– Piesek nie może mieć kilku właścicieli – mawiał, głaszcząc swojego jamnika, gdy ktoś nieśmiało wspominał o wyjazdach na zajęcia mistrzowskie do innych pedagogów.
Dla niego liczyła się lojalność, a nie rozwój dziecka. W jego głosie coraz częściej pojawiała się nuta zniecierpliwienia, a potem chłód, którego Ania nie rozumiała. Bywał ostry i niesprawiedliwy. Słowem potrafił zranić do żywego, nawet nie mrugnąwszy okiem.
Ona nie bała się wymagań. Miała w sobie upór i lubiła, gdy stawiano jej poprzeczkę wysoko, ale chciała, żeby był sprawiedliwy. Żeby jego oceny opierały się na muzyce, a nie na czymś, czego nie potrafiła zrozumieć. A on potrafił powiedzieć zdanie, które paliło w środku całymi dniami.
Na koniec jej nauki w tej szkole, tuż po ważnym konkursie skrzypcowym, z którego wróciła z poczuciem dobrze wykonanego występu, ale bez nagrody, pozwolił sobie na słowa, których nigdy nie zapomniała. Z zimnym spokojem wyznał jej, że w przerwie szepnął jurorom, iż to nie jest jej czas, a sukces by ją zepsuł, więc osobiście dopilnował, by werdykt był dla niej „lekcją pokory”. Czuł się panem czyjegoś losu.
Te słowa przelały czarę goryczy.
Ania coraz częściej wracała do domu w milczeniu, ze łzami w oczach, ściskając smyczek tak mocno, że bolały ją dłonie. Nie rozumiała, co zrobiła źle. Nie wiedziała, dlaczego człowiek, który miał ją uczyć miłości do muzyki, sprawił, że muzyka zaczęła boleć. Rodzice próbowali interweniować, ale on był nauczycielem z nazwiskiem, lokalną sławą, a oni tylko rodzicami.
Z czasem prawda zaczęła wychodzić na jaw. Coraz więcej osób szeptało między sobą, że w tej szkole nie wszystko jest takie, jak powinno być, że za tą surowością i opinią o niezwykłej skuteczności kryje się system zależności, o którym lepiej nie mówić głośno. Pan Kornel od lat potrafił wykorzystywać ambicje rodziców. Ich nadzieję i wiarę, że dziecko dzięki niemu osiągnie więcej.
Niektórzy po jakimś czasie rezygnowali z lekcji. Byli też tacy, którzy nie mieli odwagi. Rodzice Ani wytrwali do końca, chociaż z coraz większym ciężarem w sercu. Nikt jej wtedy tego wprost nie wytłumaczył. Zrozumiała to dopiero po latach.
Kiedy przeprowadzili się do innego miasta, wszystko się zmieniło. Nowe miejsce, nowa szkoła i nowy instrument – fortepian. Dla Ani nie była to trudna zmiana. Od dawna dobrze go znała – w poprzedniej szkole był jej drugim, obowiązkowym przedmiotem, i z łatwością odnajdywała się na klawiaturze. Była zdolna i pracowita, więc nauka przychodziła jej naturalnie.
W nowej szkole trafiła na dobrego człowieka. Pedagoga, który znowu potrafił słuchać, wymagał, ale i pomagał. Znowu zaczęła grać, ale już z cieniem w środku. Ten cień został z nią na zawsze.
Szkołę skończyła z wyróżnieniem, lecz na studia muzyczne już nie poszła. Nie miała w sobie tej wiary, że świat muzyki jest bezpieczny. Wybrała architekturę. Tam też było piękno, tylko inne. Precyzyjne, uporządkowane, przewidywalne. Nie tak bolesne. Ale muzyka została. Zawsze była gdzieś obok. W Chopinie słuchanym wieczorami, w dźwiękach, które wracały, gdy dom już spał.
Anna czuła, że tamta dziewczynka – ta z futerałem większym od siebie, z warkoczami i ufnością w oczach – wciąż gdzieś w niej jest. i że patrzy na nią już nie z żalem, lecz z czułością.
Dopiero teraz, gdy siedziała przy stole z kubkiem zimnej kawy, dotarło do niej, dlaczego ten bilet tak wiele dla niej znaczył. Zrozumiała, że koncert, na który dostała bilet, to nie był zwykły prezent. To było zaproszenie. Nie tylko do filharmonii, ale do powrotu do samej siebie.
