Ocalone dźwięki - Kamila Ornel - ebook

Ocalone dźwięki ebook

Kamila Ornel

5,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Czy masz prawo do szczęścia, gdy wszyscy wokół przyzwyczaili się do twojego poświęcenia?

Anna ma poukładane, bezpieczne życie. Jest sumienną pracownicą biura projektowego, matką dwójki dorastających dzieci i wdową, która dawno temu zamknęła swoje marzenia w futerale na dnie szafy. Jej skrzypce milczą od lat, przypominając o talencie stłamszonym przez toksycznego nauczyciela.

Wszystko zmienia się w dniu jej czterdziestych piątych urodzin. Jeden bilet do filharmonii i przypadkowe spotkanie uruchomiło lawinę drobnych zdarzeń. W życiu Anny pojawia się Paweł – stolarz z przeszłością, który w starych przedmiotach widzi duszę, a w ludziach to, czego oni sami nie dostrzegają.

To on sprawia, że Anna postanawia otworzyć nie tylko szafę, ale i futerał. Jednak powrót do pasji to nie tylko walka z zesztywniałymi palcami. To przede wszystkim konfrontacja z paraliżującym lękiem przed oceną i oporem syna, który boi się, że nowy rozdział w życiu matki zburzy jego kruchy spokój.

To nie jest wielki, filmowy romans. To opowieść o dojrzałej przyjaźni, o zapachu drewna i kalafonii oraz o tym, że czasem najtrudniejszą rzeczą na świecie jest pozwolić sobie być po prostu sobą.

Książka wydana przez Wydawnictwo Ailes, Hm... zajmuje się dystrybucją

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 210

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Marysia1953

Nie oderwiesz się od lektury

Jestem zachwycona. To książka dla mnie, delikatna, ciepła i mądra. Czekam na kolejne historie.
00



.

2026, Wro­cław, Wy­da­nie I

Oca­lone dźwięki, Ka­mila Or­nel

Co­py­ri­ght © Or­nel Bo­oks

Wszyst­kie prawa za­strze­żone

Re­dak­cja: Iza­bela Smug – Tek­stove Love

Ko­rekta: Marta Szaor-Sta­siak – Słowo klucz

Pro­jekt okładki: Mag­da­lena Batko – Tak się składa

Skład: Mag­da­lena Batko – Tak się składa

Kon­wer­sja do for­ma­tów elek­tro­nicz­nych: Alek­san­dra Ba­ra­now­ska

ISBN 978-83-980219-0-6

ISBN e-book 978-83-980219-1-3

Ni­niej­sza książka jest fik­cją li­te­racką. Cho­ciaż nie­które zda­rze­nia zo­stały za­in­spi­ro­wane praw­dzi­wymi hi­sto­riami, to po­sta­cie, imiona, dia­logi oraz szcze­góły miejsc zo­stały stwo­rzone lub zmie­nione na po­trzeby fa­buły. Ewen­tu­alna zbież­ność z rze­czy­wi­stymi oso­bami, ży­ją­cymi lub zmar­łymi, a także z au­ten­tycz­nymi sy­tu­acjami jest cał­ko­wi­cie nie­za­mie­rzona.

.

Na­pi­sa­łam tę książkę ku prze­stro­dze i ku po­krze­pie­niu.

Niech ta hi­sto­ria sta­nie się ostrze­że­niem dla uczniów szkół ar­ty­stycz­nych i ich ro­dzi­ców. Ża­den suk­ces, dy­plom ani owa­cja nie są warte tego, by pła­cić za nie god­no­ścią dziecka, lę­kiem czy upo­ko­rze­niem.

Nie wspie­raj­cie swoim mil­cze­niem tych, któ­rzy nisz­czą, za­miast bu­do­wać. Pa­mię­taj­cie – wielka sztuka ro­dzi się z wraż­li­wo­ści, a nie ze stra­chu.

De­dy­kuję tę książkę wszyst­kim, któ­rzy boją się, że nowe szczę­ście ro­dzica od­bie­rze im po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Tato – zro­zu­mia­łam to zbyt późno. Dziś wiem, że każdy ma prawo ko­chać, po­nie­waż mi­łość się nie dzieli, lecz mnoży.

Roz­dział 5. Dziew­czynka z war­ko­czy­kami

Na­stęp­nego dnia po­zwo­liła so­bie na odro­binę spo­koju. Do pracy po­szła póź­niej – w biu­rze pro­jek­to­wym go­dziny były ela­styczne, a ona czuła, że po wczo­raj­szych emo­cjach po­trze­buje zwol­nić. Dzieci same zja­dły śnia­da­nie i wy­szły ci­cho, nie chcąc jej bu­dzić. Może jed­nak zro­zu­miały, że ten wie­czór był dla niej czymś wię­cej niż tylko wyj­ściem.

Tego ranka nie włą­czyła ra­dia. Na stole stał ku­bek z kawą, jesz­cze go­rącą, a na ekra­nie lap­topa wciąż wid­niała li­sta lau­re­atów kon­kursu. Anna prze­wi­jała stronę, czy­ta­jąc na­zwi­ska, ale nie za­trzy­mała się na żad­nym. Za­miast za­mknąć kom­pu­ter, przy­mknęła oczy.

I wtedy zo­ba­czyła sie­bie. Małą dziew­czynkę z fu­te­ra­łem więk­szym od niej sa­mej, idącą w stronę szkoły mu­zycz­nej w nie­wiel­kim mia­steczku, gdzie wszy­scy się znali. To nie był nowy, bez­duszny bu­dy­nek. To była szkoła z du­szą – stara, piękna ka­mie­nica pa­mię­ta­jąca czasy sprzed wie­ków. Pla­cówka z tra­dy­cjami, o któ­rej w re­gio­nie opo­wia­dano z dumą. W jej ko­ry­ta­rzach czuło się prze­szłość. Każda de­ska skrzy­piała, jakby znała setki dzie­cię­cych kro­ków. Ściany pach­niały kredą, po­li­turą i sta­rym drew­nem. Dla ma­łej Ani ten bu­dy­nek był jak świą­ty­nia. Miej­sce, w któ­rym mu­zyka na­prawdę żyła. Od pierw­szego dnia wie­działa, że to jej świat.

Skrzypce były dla niej wszyst­kim. Ma­łym ko­smo­sem, który mie­ścił się mię­dzy brodą a ra­mie­niem. Co­dzien­nie ćwi­czyła z ra­do­ścią, z dzie­cięcą uf­no­ścią, że je­śli się bar­dzo stara, świat jest do­bry. Jej pierw­szy na­uczy­ciel taki wła­śnie był. Do­bry, cier­pliwy, ła­godny. Mó­wił, że mu­zykę trzeba nie tylko grać, ale czuć. Kiedy za­grała wy­jąt­kowo pięk­nie, obie­cy­wał: „za to pój­dziemy kie­dyś na lody”.

Był tam też ktoś jesz­cze. Na­uczy­ciel, który pro­wa­dził szkolny ze­spół – pro­fe­sor Trą­becki. Ania bar­dzo lu­biła te lek­cje i za­wsze przy­cho­dziła na nie chęt­nie. Stał się dla niej kimś wię­cej niż tylko pe­da­go­giem; ro­zu­miała się z nim bez słów. To na jego za­ję­ciach czuła, że na­prawdę może być sobą. Pa­mię­tała wa­ka­cje, gdy od­wie­dził jej ro­dzinę nad mo­rzem. To on na­mó­wił ją wtedy, by wy­szła ze skrzyp­cami na ulicę, do lu­dzi. Za­grali ra­zem – dla wia­tru, dla prze­chod­niów, dla czy­stej ra­do­ści. Czuła wtedy wol­ność, ja­kiej nie dała jej póź­niej żadna sala kon­cer­towa. To wspo­mnie­nie miało da­wać jej siłę jesz­cze przez wiele lat. To dzięki pro­fe­so­rowi ni­gdy cał­kiem nie stra­ciła mi­ło­ści do mu­zyki. Choć wtedy nie mo­gła jesz­cze wie­dzieć, jak bar­dzo bę­dzie jej kie­dyś po­trzebna.

Nie­stety, tamta obiet­nica lo­dów z jej pierw­szym na­uczy­cie­lem ni­gdy nie zo­stała speł­niona. Za­cho­ro­wał na­gle, a po wa­ka­cjach Ania do­wie­działa się, że bę­dzie miała no­wego pe­da­goga.

Za­stą­pił go pan Kor­nel. Czło­wiek-in­sty­tu­cja, o któ­rym mó­wiono w ca­łym wo­je­wódz­twie. Wy­soki, o po­tęż­nej po­stu­rze, z ide­al­nie gładką ły­siną i ciemną, gę­stą brodą, która do­da­wała mu lat i po­wagi. Su­rowy, wy­ma­ga­jący, uzna­wany za nie­pod­wa­żalny au­to­ry­tet. Wielu ro­dzi­ców ma­rzyło, żeby to wła­śnie on uczył ich dzieci.

Ania była za­chwy­cona. Czuła dumę, że to wła­śnie ją wy­brał do swo­jej klasy. Uwiel­biała lek­cje z nim. Lu­biła za­pach ka­la­fo­nii w sali i na­wet sta­rego, ru­dego jam­nika, który za­wsze drze­mał pod for­te­pia­nem, ci­cho po­sa­pu­jąc. Wie­rzyła wtedy, że świat ar­ty­styczny składa się z lu­dzi wraż­li­wych, do­brych i szla­chet­nych.

Ćwi­czyła co­raz chęt­niej i co­raz wię­cej. Chciała, żeby był z niej dumny. Była pewna, że jest. Cza­sem po­chwa­lił jej po­stępy, rzu­cił do­bre słowo. Miała wra­że­nie, że na­prawdę w nią wie­rzy. Czuła się wy­jąt­kowa. My­ślała, że tak wła­śnie wy­gląda praw­dziwa re­la­cja mię­dzy mi­strzem a uczniem. Nie wie­działa tylko, że za tą otoczką uzna­nia i wy­jąt­ko­wej opieki nad jej ta­len­tem kryło się coś wię­cej.

Ro­dzice mu­sieli do­kła­dać sta­rań – co­raz więk­szych, co­raz bar­dziej kosz­tow­nych. Nikt o tym gło­śno nie mó­wił, ale wszy­scy wie­dzieli, że lek­cje z pa­nem Kor­ne­lem nie koń­czą się w szkole. Wie­rzyli, że ta­lent wy­maga po­świę­ce­nia, że dla dziecka zro­bią wszystko.

Z cza­sem dla Ani za­częło się coś zmie­niać. Pan Kor­nel co­raz rza­dziej się uśmie­chał. Ocze­ki­wał wię­cej. Wię­cej obec­no­ści, wię­cej lek­cji, wię­cej za­an­ga­żo­wa­nia. To, co jesz­cze nie­dawno wy­da­wało się wy­star­cza­jące, te­raz było tylko mi­ni­mum. Każdy prze­stój, każda drobna wpadka miała swoje wy­tłu­ma­cze­nie – za mało pracy, za mało go­dzin, za mało „do­dat­ko­wych” spo­tkań z nim. Z jego słów wy­ni­kało, że tylko on po­trafi wła­ści­wie po­pro­wa­dzić ucznia, a wszystko poza nim było stratą czasu.

– Pie­sek nie może mieć kilku wła­ści­cieli – ma­wiał, głasz­cząc swo­jego jam­nika, gdy ktoś nie­śmiało wspo­mi­nał o wy­jaz­dach na za­ję­cia mi­strzow­skie do in­nych pe­da­go­gów.

Dla niego li­czyła się lo­jal­ność, a nie roz­wój dziecka. W jego gło­sie co­raz czę­ściej po­ja­wiała się nuta znie­cier­pli­wie­nia, a po­tem chłód, któ­rego Ania nie ro­zu­miała. By­wał ostry i nie­spra­wie­dliwy. Sło­wem po­tra­fił zra­nić do ży­wego, na­wet nie mru­gnąw­szy okiem.

Ona nie bała się wy­ma­gań. Miała w so­bie upór i lu­biła, gdy sta­wiano jej po­przeczkę wy­soko, ale chciała, żeby był spra­wie­dliwy. Żeby jego oceny opie­rały się na mu­zyce, a nie na czymś, czego nie po­tra­fiła zro­zu­mieć. A on po­tra­fił po­wie­dzieć zda­nie, które pa­liło w środku ca­łymi dniami.

Na ko­niec jej na­uki w tej szkole, tuż po waż­nym kon­kur­sie skrzyp­co­wym, z któ­rego wró­ciła z po­czu­ciem do­brze wy­ko­na­nego wy­stępu, ale bez na­grody, po­zwo­lił so­bie na słowa, któ­rych ni­gdy nie za­po­mniała. Z zim­nym spo­ko­jem wy­znał jej, że w prze­rwie szep­nął ju­ro­rom, iż to nie jest jej czas, a suk­ces by ją ze­psuł, więc oso­bi­ście do­pil­no­wał, by wer­dykt był dla niej „lek­cją po­kory”. Czuł się pa­nem czy­je­goś losu.

Te słowa prze­lały czarę go­ry­czy.

Ania co­raz czę­ściej wra­cała do domu w mil­cze­niu, ze łzami w oczach, ści­ska­jąc smy­czek tak mocno, że bo­lały ją dło­nie. Nie ro­zu­miała, co zro­biła źle. Nie wie­działa, dla­czego czło­wiek, który miał ją uczyć mi­ło­ści do mu­zyki, spra­wił, że mu­zyka za­częła bo­leć. Ro­dzice pró­bo­wali in­ter­we­nio­wać, ale on był na­uczy­cie­lem z na­zwi­skiem, lo­kalną sławą, a oni tylko ro­dzi­cami.

Z cza­sem prawda za­częła wy­cho­dzić na jaw. Co­raz wię­cej osób szep­tało mię­dzy sobą, że w tej szkole nie wszystko jest ta­kie, jak po­winno być, że za tą su­ro­wo­ścią i opi­nią o nie­zwy­kłej sku­tecz­no­ści kryje się sys­tem za­leż­no­ści, o któ­rym le­piej nie mó­wić gło­śno. Pan Kor­nel od lat po­tra­fił wy­ko­rzy­sty­wać am­bi­cje ro­dzi­ców. Ich na­dzieję i wiarę, że dziecko dzięki niemu osią­gnie wię­cej.

Nie­któ­rzy po ja­kimś cza­sie re­zy­gno­wali z lek­cji. Byli też tacy, któ­rzy nie mieli od­wagi. Ro­dzice Ani wy­trwali do końca, cho­ciaż z co­raz więk­szym cię­ża­rem w sercu. Nikt jej wtedy tego wprost nie wy­tłu­ma­czył. Zro­zu­miała to do­piero po la­tach.

Kiedy prze­pro­wa­dzili się do in­nego mia­sta, wszystko się zmie­niło. Nowe miej­sce, nowa szkoła i nowy in­stru­ment – for­te­pian. Dla Ani nie była to trudna zmiana. Od dawna do­brze go znała – w po­przed­niej szkole był jej dru­gim, obo­wiąz­ko­wym przed­mio­tem, i z ła­two­ścią od­naj­dy­wała się na kla­wia­tu­rze. Była zdolna i pra­co­wita, więc na­uka przy­cho­dziła jej na­tu­ral­nie.

W no­wej szkole tra­fiła na do­brego czło­wieka. Pe­da­goga, który znowu po­tra­fił słu­chać, wy­ma­gał, ale i po­ma­gał. Znowu za­częła grać, ale już z cie­niem w środku. Ten cień zo­stał z nią na za­wsze.

Szkołę skoń­czyła z wy­róż­nie­niem, lecz na stu­dia mu­zyczne już nie po­szła. Nie miała w so­bie tej wiary, że świat mu­zyki jest bez­pieczny. Wy­brała ar­chi­tek­turę. Tam też było piękno, tylko inne. Pre­cy­zyjne, upo­rząd­ko­wane, prze­wi­dy­walne. Nie tak bo­le­sne. Ale mu­zyka zo­stała. Za­wsze była gdzieś obok. W Cho­pi­nie słu­cha­nym wie­czo­rami, w dźwię­kach, które wra­cały, gdy dom już spał.

Anna czuła, że tamta dziew­czynka – ta z fu­te­ra­łem więk­szym od sie­bie, z war­ko­czami i uf­no­ścią w oczach – wciąż gdzieś w niej jest. i że pa­trzy na nią już nie z ża­lem, lecz z czu­ło­ścią.

Do­piero te­raz, gdy sie­działa przy stole z kub­kiem zim­nej kawy, do­tarło do niej, dla­czego ten bi­let tak wiele dla niej zna­czył. Zro­zu­miała, że kon­cert, na który do­stała bi­let, to nie był zwy­kły pre­zent. To było za­pro­sze­nie. Nie tylko do fil­har­mo­nii, ale do po­wrotu do sa­mej sie­bie.