Ocaleni - Davids Katie - ebook + książka

Ocaleni ebook

Davids Katie

4,0

Opis

Co byś zrobił, gdyby się okazało, że świat, w którym żyjesz tak naprawdę nie powinien w ogóle istnieć, a wszystko, co cię otacza, jest tylko sztucznym tworem? Świat, w którym żyjesz byłby starannie przemyślany i kontrolowany, a każdy byłby temu podporządkowany i miał swoje ustalone miejsce, a dążenie do własnych marzeń byłoby największą zdradą i oznaczałoby wyrok?

Samuel zawsze czuł, że nie należy do miejsca, w którym przyszło mu żyć. Jedyne czego pragnął, to znaleźć się w prawdziwym świecie, aby móc być wolnym i żyć własnym życiem. Zawsze jednak wiedział, że jego marzenie jest nie do osiągnięcia.

Wszystko się zmienia, kiedy w ręce Samuela trafia tajemniczy pamiętnik. Dowiaduje się z niego wielu ciekawych, ale też niebezpiecznych informacji, dotyczących świata, w którym żyje. Dopiero wtedy uświadamia sobie, jak wielka sieć kłamstw go otacza.

 

Samuel zaczyna wierzyć, że jego marzenie może się ziścić i postanawia po nie sięgnąć.

Jaka jednak będzie tego cena?

Ma tylko jedną szansę na ucieczkę, a stawka jest bardzo wysoka: życie jego i jego najbliższych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0
Sortuj według:
michaa40

Dobrze spędzony czas

Bohaterem książki jest Samuel, chłopak, który marzy o lepszym świecie, w którym będzie mógł być wolny i niezależny. Pewnego dnia jego życie się zmienia. Dzieję się tak za sprawą tajemniczego pamiętnika. Pokazuje mu on świat jakim jest naprawdę. Samuel nie tylko poznaje świat, ale dowiaduje się także jak jest on niebezpieczny. Okazuje się, że wszystko co do tej pory wiedział było kłamstwem. Samuel po przeczytaniu pamiętnika chce odmienić życie swoich i swojej rodziny. Chce spełnić swoje marzenie. Czy mu się to uda? Akcja książki dzieje się w przyszłości a mianowicie w roku 3097. Autorka stara się nas przenieść do czasów przyszłości i ukazać jak wtedy może wyglądać świat. Książkę czytało mi się przyjemnie, jednakże na samym początku nie mogłam wkręcić się w historię. Dopiero po przeczytaniu kilku rozdziałów, zaczęłam lepiej poznawać bohatera i jego rozterki. Fabuła jest dość dobrze skonstruowana, a samą książkę czyta się przyjemnie. Mimo, że Fantasy to troszkę nie moje klimaty, myślę, ...
00

Popularność




OCALENI

wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-66915-10-7

© Katie Davids i Wydawnictwo Agrafka 2021

REDAKCJA I KOREKTA

Sylwia Lewandowska

SKŁAD I ŁAMANIE

Studio Grafpa, www.grafpa.pl

OKŁADKA

Krzysztof Fabrowski

WYDAWCA

Wydawnictwo Agrafka

ul. Macierzankowska 15, 64-514 Przecław

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwoagrafka.pl

Najdroższemu memu sercu mężczyźnie,który zabrał mnie tam,gdzie zrodził się ten pomysł.

PROLOG

31 grudzień 3000

Tłum nadal się zbierał. Kolejne osoby co rusz dochodziły z każdej strony. Główny plac miejski był zatłoczony. Stali tu prawie wszyscy mieszkańcy miasta. Szesnastoletni chłopiec okruczoczarnych włosach słuchał przemówienia już od kilkunastu minut. Z zaciekawieniem i lekkim przerażeniem rozglądał się wkoło. Przyglądał się reakcjom ludzi na słowa prezydenta i próbował dosłyszeć ich komentarze. Wszyscy zgromadzeni tu ludzie byli skupieni na przemówieniu. Wiedzieli, że na tę chwilę długo czekali. Całe pokolenia. Niektórzy płakali ze szczęścia, inni z rozpaczy, bo właśnie nadszedł długo wyczekiwany dla każdego moment, lecz niestety wiele bliskich im osób go nie doczekało. Świat, jaki znali się skończył i tego świadomi byli wszyscy. Nikt już nie miał nadziei na pozostanie tu, wśród znanych sobie i widocznie pogarszających się rok rocznie warunków życia. Zaczynało brakować jedzenia, coraz trudniej się oddychało, praktycznie już od wielu lat nie można było dostrzec gwiazd na niebie. Słońce było tak zasłonięte przez stale nagromadzające się chmury, opary i smog, żejuż od wielu lat nikt nie czuł ciepłych promieni słonecznych na własnej skórze. Deszcze były kwaśne, przez co woda nie nadawała się do mycia, nie mówiąc już o jej piciu.

– Od wielu lat, od kilku pokoleń trwały prace nad stworzeniem dla ludzi nowego miejsca do życia – kontynuował swoje przemówienie prezydent. – Kiedyś ziemia była przeludniona. Osiem miliardów ludzi! Postęp technologiczny, zanieczyszczenie powietrza, klęski żywiołowe nawiedzające coraz częściej i coraz to większe regiony, wojny, choroby, zarazy i głód. Oto co się działo na ziemi w ciągu ostatnich wieków. Era upadku. Era zagłady. Tysiąclecie końca. Wymieranie świata. Tak, je nazywaliśmy. Czyż znalazłoby się lepsze określenie opisujące to, co się działo na ziemi? Nie ma trafniejszego określenia niż zagłada, które nasuwa się na myśl każdemu. Wystarczy tylko się rozejrzeć wokół siebie. Spojrzeć i zastanowić się nad zniszczeniem naszej planety. Spojrzeć na nasze życie, na nas wszystkich, którzy musieliśmy wiele poświecić, żeby przeżyć kolejny dzień. Na nasz stracony dobytek, zniszczone domy, gospodarstwa. Ale przede wszystkim spojrzeć na ludzi, na rodziny. Tysiąc lat temu, jeszcze osiemset lat temu mieszkaliśmy wszędzie. Na całej planecie mieliśmy porozrzucane rodziny, nasze domy. Ciężko było znaleźć odludne miejsce. Takie praktycznie nie istniało. A dziś spójrzmy tylko. Na jednym placu, w jedynym na całej ziemi mieście nadającym się do zamieszkania, stoimy my – wszyscy mieszkańcy ziemi. Z milionów, miliardów ludzi zostało niespełna siedem milionów populacji. Siedem milionów! – prezydent zrobił pauzę i rozejrzał się po zgromadzonych przed nim. – Tylko tylu nas zostało. Tylko i aż! Bo oto nadeszła nowa era! Era odbudowy, normalności i nowego życia. Bo wkraczając w nowe tysiąclecie wkraczamy w inny świat. Nowy początek, na który długo i ciężko pracowaliśmy. Wielu z nas nie doczekało tej chwili. Ale przetrwaliśmy my! Najsilniejsi! I do nas należy stworzenie nowej rzeczywistości, takiej, aby nasi wnukowie i dzieci naszych wnuków mogły wrócić na ziemię i żyć tak jak my żyliśmy kiedyś. W świecie, w którym rankiem ze snu obudzą nas promienie słońca na twarzy. Krainie, w której powiew wiatru we włosach, deszcz obmywający ciało i kąpiel w morzu będzie przyjemna i oczyszczająca. Będzie po prostu naszą codziennością.

W tym momencie rozległy się brawa. Milionowy tłum zaczął wiwatować. Szesnastoletni chłopiec przyłączył się do nich. Zaczął gwizdać i podskakiwać. Na placu zapanowała wielka radość. Uśmiechy ludzi, gromkie śmiechy, radość, jakiej chłopiec jeszcze nigdy nie widział. Starsi ludzie wycierali łzy szczęścia i ściskali się wzajemnie. Chłopiec spojrzał na rodziców stojących za nim. Zobaczył, jak ojciec w przypływie szczęścia podniósł matkę i obracając ją wokół własnej osi, całował czule. Nigdy nie widział rodziców takich uśmiechniętych. Chłopiec, mimowolnie, sam zaczął się śmiać na ten widok. Jednak w głębi serca czuł, że jego życie już nigdy nie będzie takie same. Nie wiedział, co go czeka, gdy o świcie wsiądzie na statek, który zabierze go daleko w nieznane. Zupełnie nowy świat, nowy dom, nową rzeczywistość. A przede wszystkim w nowe życie.

Prezydent nie skończył jeszcze swojego przemówienia. Czekał w ciszy i z uśmiechem na ustach patrząc na reakcję tłumu. Chłopiec dostrzegł w jego oczach dumę, podziw, radość i szczerość. Zgromadzeni ludzie zaczęli się wzajemnie uciszać. Chcieli usłyszeć, co jeszcze prezydent ma im do powiedzenia. Małe dzieci, oszołomione i zdziwione, pytały rodziców, dlaczego wszyscy tak klaszczą. Nie rozumiały jeszcze, co się dzieje wokół nich. Nie rozumiały też, że najprawdopodobniej już nigdy nie ujrzą naszej planety, taką, jaka była, ani nawet takiej zniszczonej, jaka jest obecnie. Chłopiec przyglądał się stojącej w pobliżu rodzinie, gdzie ojciec trzymał kilkuletnią córeczkę w ramionach i szeptem tłumaczył jej spokojnie o wielkich zmianach, jakie ich czekają, a matka uśmiechnięta przyglądała się im ze łzami w oczach. Chłopiec nie wątpił, że kobieta ta miała nadzieję, że jej córeczka dożyje powrotu na odbudowany świat. Jeśli nie ona, to przynajmniej jej dzieci lub wnuki. Ale kobieta ta, mając zapewne około czterdziestu lat, była pewna, że od jutra jej świat i jej życie będą wyglądać zupełnie inaczej.

– Wierzę, że nam się uda – prezydent zaczął przekrzykiwać nadal wiwatujący tłum. – Wierzę, że uda nam się stworzyć nasz nowy świat. Ludzie, jeszcze tak niedawno rozproszeni po całej ziemi, skupili się w jednym miejscu. Na placu, na którym właśnie stoimy. Na placu, wokół którego zbudowaliśmy najwspanialsze miasto. Na wzór starożytnego Babilonu, najbogatszego i najwspanialszego miasta starożytności. Teraz my mieszkamy w Nowym Babilonie. W mieście jedynym na świecie. W mieście, w którym żyjemy my wszyscy, dlatego że nasi przodkowie udawali się tu, aby odnaleźć szczęście i normalne życie. W mieście, w którym stworzyliśmy nasz cały świat, jaki znamy. Mieszkamy w metropolii , w której jesteśmy zjednoczeni. Nie potrzebujemy murów, aby się chronić przed wojnami czy najeźdźcami. Poza naszym miastem nikogo ani niczego nie ma. Są tylko zgliszcza, pozostałości po innych miastach, które nie przetrwały. Tam czeka nas tylko śmierć. Nowy Babilon pozwolił nam zachować naszą codzienność i skupić się na budowie nowego świata. Takiego miejsca, jakiego nigdy wcześniej nigdzie nie było.

Prezydent ponownie przerwał swoją wypowiedź. Rozejrzał się po tłumie stojących ludzi. Nadal dochodziły z tyłu pojedyncze osoby chcące posłuchać jego przemówienia. Chłopiec także zaczął się rozglądać. Spostrzegł, że tym razem ludzie wstrzymali oddech. Nikt nie rozmawiał, nikt nie wiwatował. Panowała głucha cisza przerywana tylko cichym szmerem wiatru. Wszyscy wyczekująco wpatrywali się w przemawiającego. Chcieli usłyszeć o szczegółach planu zasiedlenia nowego miasta. Nikt nie znał konkretów, jednak wszyscy ufali rządzącym. Byli już spakowani i gotowi do podróży. Do podróży w jedną stronę, bez możliwości powrotu. Czekali już tylko na ostateczną decyzję i dokładne wytyczne, co i kiedy powinni zrobić.

Po krótkiej przerwie, nieprzerwanej nawet przez najcichszy dźwięk, prezydent zaczął mówić dalej:

– Jak zapewne wielu z was tu zgromadzonych wie, już od kilkuset lat prowadzimy zaawansowane prace nad stworzeniem naszego nowego małego raju. Raju na ziemi. Brzmi to, zważywszy na obecny stan Ziemi, niedorzecznie. Jednak zarówno ja, jak i moi poprzednicy, prosiliśmy was o zaufanie. O zaufanie i wiarę w powodzenie naszej misji. I oto dziś nadeszła ta długo wyczekiwana chwila. Wielki dzień, w którym kończy się era zagłady, a zaczyna epoka odrodzenia. Jutro, gdy opuścimy powierzchnię naszej drogiej Ziemi, zacznie się jej odbudowa. Wierzymy, że na nowo oczyści się niebo, ziemia stanie się żyzna, rzeki i jeziora krystalicznie czyste, wyrosną nowe rośliny, drzewa i kwiaty, a zwierzęta na nowo zaczną się rozmnażać. Wtedy będziemy mogli tu powrócić i żyć z nadzieją, że już nigdy więcej nikt nie zostanie zmuszony do opuszczenia naszej planety. Statki są już gotowe w porcie i czekają na pasażerów. Jutro z samego rana drzwi zostaną otwarte i będziemy mogli wejść na pokład. I ruszyć w podróż do nowego świata. Jak już wspomniałem, pracowaliśmy od kilkuset lat. Pracowaliśmy ciężko, bez wytchnienia, ze specjalistami z różnych dziedzin. Dzięki temu osiągnęliśmy tak ogromny sukces. Zaczęło się to dawno temu, wiele, wiele setek lat temu. Gdy nasi przodkowie czytali dzieło wielkiego filozofa Platona, nie wierzyli, że jest to prawda. Uznawali jego opowieść za fantazję, za przykład wymyślony tylko po to, aby obecnym ludziom łatwiej wytłumaczyć pewne prawa rządzące państwem i społeczeństwem. Niektórzy jednak wierzyli, że może być w tym ziarno prawdy i próbowali odkryć położenie tego państwa. Mowa tu, oczywiście, o Atlantydzie. Chciałoby się powiedzieć, że o mitycznej Atlantydzie, która według legendy została zatopiona i znajduje się gdzieś pod wodą. Nikt z naszych przodków nie był w stanie jej odkryć, ani nawet udowodnić, że istniała naprawdę. Jednak my uwierzyliśmy w jej istnienie i poświęciliśmy wiele wieków, pieniędzy i sporo czasu na zbadanie dowodów na jej istnienie i odszukanie. I na przekór wszystkim wątpiącym, znaleźliśmy ją. Nie była tak spektakularna jak przedstawiał ją ów filozof. Wielu ludzi było zawiedzionych takim odkryciem. Lecz, pomimo wątpliwości musieliśmy ją zbadać. Była to nasza szansa na przyszłość i na normalne życie. Odkopaliśmy jej ruiny, udało nam się sporządzić jej mapę, odkryć rozkład ulic i budynków, a nawet ustalić pewne zasady, którymi się wówczas kierowano przy rządzeniu tym wspaniałym miastem. I po wielu wiekach zapomnienia Atlantyda pokazała nam swoje cuda. Nie odkryliśmy żadnych zapomnianych skarbów, złota czy też wartościowych przedmiotów. One zapewne już zostały zniszczone przez naturę i czas. Odkryliśmy coś o wiele, o wiele ważniejszego. Odkryliśmy możliwość i sposób na przetrwanie.

– Zaczęliśmy więc odbudowę Atlantydy. Zbudowaliśmy wielkie miasto, w którym pomieścimy się wszyscy. Miasto, na wzór wielkiej Atlantydy, której żadne inne państwo nie dorównywało jej świetności. Stworzyliśmy Miasto na miarę czasów, a nawet wręcz ponad czasy, w których żyjemy, tak jak Atlantyda, która też na miarę swoich czasów była najwspanialszym miejscem na ziemi. Miasto, na wzór Atlantydy, w której wszyscy byli szczęśliwi, zdrowi i równi. Zbudowaliśmy Miasto, które będzie naszym nowym domem. Naszą Nową Atlantydą.

W tym momencie rozległy się gromkie brawa. Ludzie zaczęli śpiewać hymn Nowego Babilonu. Zaczęli płakać, słysząc tak pompatyczną i pełną nadziei przemowę. Chłopiec przyłączył się do śpiewu. W tej podniosłej chwili nikt się nie kręcił, nie komentował, nikt nawet nie zakasłał. Wszyscy spoglądali w oczy prezydenta, który stał na podeście przed mikrofonem i kamerami i obserwował tłum. Widocznie zdawał sobie sprawę z tego, jak zgromadzeni przed nim ludzie go wielbią, ufają mu. Dodatkowo wiedział, że podążą za nim do ich nowego domu.

– Gdy na Ziemi zaczęło robić się coraz gorzej, gdy choroby, wojny i głód pukały do drzwi naszych domów, postanowiliśmy porzucić wszystko i udać się na tereny dawnego Babilonu. Odkopaliśmy ruiny, odtworzyliśmy, najwspanialsze miasto starożytności wierząc, że przyniesie nam ono szczęście i dobrobyt, którego nie brakowało naszym przodkom kiedyś tam mieszkającym. Jednak na świecie nie działo się lepiej. Zaczęło brakować wszystkiego i coraz trudniej było zdobyć i wyprodukować nam żywność. Na szczęście, postęp technologiczny, który nieprzerwanie trwał od tysiąca lat, przyniósł też dobre skutki. Udaliśmy się pod wodę, pod wielki niezbadany ocean, aby odkrywać, a potem odbudowywać zatopioną niegdyś Atlantydę. I tak właśnie dziś mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że Nowa Atlantyda jest gotowa na przyjęcie nowych mieszkańców. Zastosowaliśmy takie techniki, dzięki którym każdy z nas będzie mógł uczyć się, bawić i pracować normalnie. Każdy z nas tu zgromadzonych będzie mógł ŻYĆ!

Kolejna salwa braw, okrzyków i gwizdów przetoczyła się przez tłum.

– Tak jak wcześniej wybudowaliśmy wspaniałe miasto – Nowy Babilon, na wzór starożytnego Babilonu, w którym mogliśmy przetrwać ciężkie czasy, tak teraz stworzyliśmy jeszcze wspanialsze miasto – Nową Atlantydę, nasz nowy dom, na wzór starożytnej Atlantydy, w której będziemy mogli przetrwać kolejne dziesięciolecia, póki Ziemia nie odbuduje się na tyle, abyśmy mogli bezpiecznie zacząć na niej znowu żyć.

I tak oto my, tu dzisiaj zgromadzeni, na wzór Atlantów, schodzimy pod wodę. Jednak nie dlatego, że czeka nas tam zguba. Schodzimy pod powierzchnię wody, bo czeka nas tam przyszłość. Nowa Atlantyda została wybudowana na zgliszczach na wzór starej Atlantydy. Lecz tym razem jest to zupełnie nowe Miasto, którego nie czeka upadek. Nas nie czeka zagłada. Nas czeka powrót na powierzchnię, a przede wszystkim czeka przyszłość!

Prezydent skończył przemówienie. Ukłonił się, zrobił krok w tył, na znak, że już zakończył mówić, i z uśmiechem przyglądał się reakcji tłumu. Ludzie byli podekscytowani. Śmiali się, płakali, krzyczeli, śpiewali, przytulali się i ściskali. Nastąpiło ogólne poruszenie. Chłopiec nie widział wcześniej czegoś takiego. Nie wiedział, jak się powinien zachować. Po chwili zaczął podskakiwać ze szczęścia i wykrzykiwać słowa uznania. Dał się ponieść radości tłumu. Ludzie z każdej strony krzyczeli: „Niech żyje prezydent”, „Niech żyje nowe życie”, „Niech żyje nowy świat”, „Niech żyje Nowa Atlantyda”.

Rozdział I

30 wrzesień 3097

Samuel siedział na łóżku w swoim pokoju i czytał elektroniczną książkę, którą podarował mu w prezencie jego najlepszy przyjaciel z uczelni, Conrad. Chciał jeszcze wykorzystać ostatnie chwile spokoju, zanim do jego domu przyjdą goście. Dzisiaj były jego dwudzieste pierwsze urodziny. Cieszył się, że nareszcie osiągnie pełnoletność i nie mógł się doczekać przyjęcia wydawanego z tej okazji. Osiągnięcie pełnoletności jest dla każdego ważnym etapem w życiu, a jego rodzina kultywowała tradycję hucznego obchodzenia tego dnia od pokoleń. Jako że był jedynakiem pochodzącym z zamożnej i wpływowej rodziny, jego rodzice nie szczędzili sił i środków, aby ten dzień zapamiętał do końca swojego życia. Na dzisiejsze świętowanie zaprosili wielu ze swoich bliskich przyjaciół.

Niestety urodziny Samuela przypadały w ostatni dzień wakacji, więc nie mógł się w pełni zrelaksować, gdyż jutro czekał go ciężki dzień. Rano musiał wstać wcześnie, aby stawić się na gali otwierającej kolejny rok studiów. Dla niego zaczynał się już trzeci rok, w którym będzie go czekało więcej nauki, nowe przedmioty i nowi nauczyciele. Samuel był jednak pilnym uczniem. Nie przykładał się bardzo do nauki, ponieważ sama obecność na zajęciach dawała mu przewagę nad kolegami. Dzięki bardzo dobrej pamięci i umiejętności szybkiego czytania pamiętał praktycznie każde słowo wykładowcy, a książki pochłaniał błyskawicznie. Nie musiał więc poświęcać dużo swojego wolnego czasu na powtarzanie materiałów z zajęć. Notatki, które sporządzał na bieżąco w trakcie wykładów, były wystarczające, żeby bez problemów mógł zaliczać wszystkie egzaminy. Był jednym z najlepszych uczniów w Mieście oraz wielką dumą swoich rodziców. Inteligentny, dobrze wychowany i przystojny młodzieniec, zdawałoby się urodzony pod szczęśliwą gwiazdą, był obiektem pożądania niejednej dziewczyny. Jego pochodzenie także stanowiło dużą zaletę, szczególnie w społeczeństwie tak bardzo zhierarchizowanym jak to, w którym przyszło mu funkcjonować. Wszyscy wróżyli mu wielką karierę. Jego rodzice oraz ich wpływowi znajomi tylko czekali, aż ukończy studia, żeby mógł zająć wysokie państwowe stanowisko.

Samuel jednak nie czuł powołania do piastowania żadnego stanowiska połączonego, choćby w najmniejszym stopniu z polityką. Od dziecka słuchał codziennie politycznych wywodów i wiedział, że nie jest to życie, jakie chciałby prowadzić. Marzył, aby zostać archeologiem i móc odkrywać zamierzchłe czasy. Niestety, w świecie, w którym żył, było to niemożliwe. Marzył, że pewnego dnia uda mu się wyjrzeć na powierzchnię i przekonać się na własne oczy, jak wygląda prawdziwy świat. Świat, który był na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie tak bardzo nieosiągalny.

Postanowił więc, że swoje życie skieruje na drogę naukową. Poświęci się odkrywaniu przeszłości za pomocą źródeł mu dostępnych. Chciał zostać naukowcem, historykiem i wykładowcą na uniwersytecie, aby zdobytą wiedzę przekazywać późniejszym pokoleniom. Bardzo interesował się historią, a w szczególności starożytnymi cywilizacjami. Jego największą pasją było czytanie i pogłębianie wiedzy w zaciszu własnego pokoju. Wierzył, że kiedyś sam pozna odpowiedzi na wiele niewyjaśnionych do tej pory zagadek.

Tak się zaciekawił książką opowiadającą o starożytnych cywilizacjach, że nie usłyszał pukania do drzwi. Nagle koło niego wyrosła wysoka postać, ze strachu Samuel aż podskoczył.

– Tato! Ale mnie wystraszyłeś! – powiedział wesoło, udając oburzenie. Samuel wyglądał jak młodsza wersja swojego ojca. Kruczoczarne, lekko kręcone i gęste włosy, obcięte na krótko. Oczy tak brązowe, że wydawały się być czarne. Blada cera podkreślająca ciemne brwi i rzęsy. Kilkudniowy zarost, którego nigdy całkowicie nie golił. Wysoki, dobrze zbudowany młody mężczyzna ubierający się w zwykłe wygodne sportowe buty, jeansy i koszulkę. Wszystko to w połączeniu ze sobą sprawiało, że Samuel, jak i jego ojciec, uchodzili za jednych z najprzystojniejszych mężczyzn w mieście. Po matce natomiast Samuel odziedziczył zamiłowanie do nauki, poczucie humoru i ujmujący uśmiech.

– Wybacz Sam, myślałem, że słyszałeś jak wchodzę – ojciec odparł z rozbawieniem. Samuel zauważył, że jest on spięty, jakby chciał mu coś powiedzieć, ale nie wiedział w jaki sposób powinien to zrobić.

– Tak się zaczytałem o historii Babilonu i Nowego Babilonu – chłopak wzruszył ramionami – że nie słyszałem jak pukałeś. Goście już przyszli?

– Nie. Jeszcze nie – ojciec się zawahał. Usiadł na łóżku koło syna i przyjrzał mu się uważnie. – Samuelu, chciałem ci coś dać.

Chłopak zaniepokoił się, patrząc na ojca. Rzadko mówił do niego pełnym imieniem, a gdy już to robił, było to tylko przy oficjalnych wydarzeniach. Samuel odłożył książkę na bok i usiadł prosto. Miał przeczucie, że to, co ojciec chce mu powiedzieć, jest bardzo ważne.

– Jak zapewne pamiętasz z moich opowieści, mój dziadek, a twój pradziadek miał prawie sto lat gdy umierał.

– Oczywiście. Zdążył nawet dożyć moich narodzin – powiedział Samuel, zastanawiając się, jaki ma to z nim związek.

– Tak. Wiedział już wtedy, że niedużo czasu mu pozostało. Gdy tylko się urodziłeś, poprosił mnie i twoją matkę, abyśmy przyjechali do niego z tobą i pokazali mu ciebie. Tak też zrobiliśmy. Miałeś wtedy zaledwie kilka dni, a my nadal nie wiedzieliśmy jakie imię ci nadać. Wtedy twój pradziadek wziął cię na ręce i mocno przytulił, a ty tylko patrzyłeś na niego. – Ojciec blado się uśmiechnął na to wspomnienie. – Byłeś bardzo płaczliwym dzieckiem, i nie lubiłeś, jak ktoś cię trzymał, z wyjątkiem matki. Od razu zaczynałeś krzyczeć wniebogłosy. Wyjątkiem stał się tylko twój pradziadek, Salomon. Gdy cię trzymał, ty tylko wpatrywałeś się w niego i nawet raz się uśmiechnąłeś. Wtedy pradziadek się wzruszył, spojrzał na mnie i powiedział: „Nazwijcie go Samuel. To oznacza „wyproszony od Boga”. Wiem, że będziecie z niego dumni. Dokona wielkich rzeczy.” Tak też zrobiliśmy. Nigdy ci o tym nie mówiliśmy, ale z mamą długo staraliśmy się o dziecko. Po ponad dziesięciu latach ciągłych wizyt u lekarzy i przeróżnych zabiegów straciliśmy nadzieję na potomka. Aż tu nagle pewnego dnia, po niemal piętnastu latach prób i czekania, pojawiłeś się ty. A teraz proszę, jesteś już pełnoletni – ojciec wytarł spływającą mu po policzku łzę.

– Tato, przestań – Samuel zaśmiał się nerwowo. Nigdy wcześniej nie widział tak wzruszonego ojca. Wiedział, że zawsze był ich kochanym dzieckiem i robił wszystko, aby nie zawieść swoich rodziców. Jego pradziadek był wierzącym i skromnym człowiekiem. Jego rodzice nazwali go Salomon na cześć króla słynącego z mądrości. Mimo że król ten rządził kiedyś w Izraelu, rodzice jego pradziadka uznali, że imię to będzie pasowało do ich pierworodnego, urodzonego już w Nowym Babilonie syna.

– Jakiś miesiąc później – kontynuował opowieść ojciec – twój pradziadek zadzwonił do mnie i poprosił, abym szybko przyjechał do niego. Gdy się zjawiłem, zastałem go w jego mieszkaniu, w gabinecie, siedzącego przy biurku nad jakąś księgą. Gdy tylko wszedłem, od razu ją zamknął, a potem zapakował i przewiązał wstążką. Poprosił mnie, abym dokładnie w dniu twoich dwudziestych pierwszych urodzin przekazał ją tobie. Powiedział, że nikt oprócz ciebie nie ma prawa jej czytać. Nikt nie może jej otworzyć. Powiedział także, żebym nie mówił o niej twojemu dziadkowi, ponieważ on tego nie zrozumie.

– I pradziadek Salomon chciał przekazać ją tylko mnie? To on ją napisał? Dla mnie? – Samuel się zdziwił. Nie wiedział, co myśleć o tym wszystkim.

– Tak. Napisał ją dla ciebie. Nigdy jej nie otworzyłem i nie mówiłem nikomu o niej. Nawet twojej mamie. Schowałem ją i dzisiaj przyszedł dzień, żeby ci ją przekazać. – Ojciec wyjął zza pleców małą paczuszkę i przekazał ją synowi. – Strzeż jej. Może i ty kiedyś ją komuś przekażesz.

– Tak tato, na pewno.

– Nie mam pojęcia, co jest w tej księdze, ale czuję, że musiała być bardzo ważna dla twojego pradziadka. Gdy mi ją wręczył powiedział tylko: „wiem, że tylko Samuel będzie umiał ją właściwie wykorzystać.” Obiecałem dziadkowi, że ci ją przekażę za dwadzieścia jeden lat i wyszedłem. Niestety jeszcze tego samego dnia, wieczorem, dziadek zmarł. Był to naprawdę mądry człowiek i żałuję, że nie zdążyłeś go poznać.

– Ja też. – Samuel posmutniał.

Ojciec wstał i ledwo zdążył wyjść z pokoju syna, gdy wbiegła podekscytowana matka, oznajmiając, że przyszli już pierwsi goście. Samuel westchnął, schował paczuszkę pod łóżko i wyszedł z pokoju powitać gości. Musiał poczekać do jutra na zapoznanie się z tajemniczym prezentem od pradziadka.

Rozdział II

01 październik 3097

Pierwszy dzień na uczelni po wakacjach zawsze był dla niego katorgą. Błogie lenistwo, trwające trzy miesiące, bardzo go demotywowało do pracy. Nie pomagał też fakt, że wczorajsza uroczystość przeciągnęła się do późnych godzin. Samuel ziewał przez cały poranek i absolutnie nic nie było wstanie go rozbudzić. Wypił kilka mocnych kaw, usiadł pod wentylatorem, żeby poczuć na twarzy, chociaż przez chwilę, powiew chłodnego powietrza. To także nie pomagało. Minęły dopiero cztery godziny, a już odliczał minuty do końca. Chciał wrócić do domu, zamknąć się w swoim pokoju i zobaczyć książkę, którą wczoraj przekazał mu ojciec. Nie mógł się doczekać, żeby w końcu zacząć ją czytać i dowiedzieć się, co takiego ważnego jego pradziadek chciał mu przekazać.

Wczorajszy wieczór zaliczył do jednych z najbardziej udanych w swoim życiu. Nawet nie spodziewał się, że przyjdzie aż tylu gości. Na urodzinowe przyjęcie przyszła cała jego rodzina. Z wyjątkiem dziadka, ze strony ojca. Byli także liczni znajomi z pracy rodziców. Oboje zajmowali państwowe stanowiska w Cytadeli – miejscu, do którego przeciętni ludzie nigdy nie mają wstępu. Samuel spędził tam pół swojego dzieciństwa. Gdy był mały, a rodzice nie mieli go z kim zostawiać, zabierali go ze sobą do Cytadeli. Tam zawsze znajdowała się jakaś młoda praktykantka skłonna do poświęcenia swojego czasu na przypilnowanie synka swojego szefa. Samuel zawsze się wymykał i biegał po całym gmachu, ukrywając się przed szukającymi go pracownikami. Był niepokornym dzieckiem. I nadal mu powtarzano, że jeszcze z tego do końca nie wyrósł.

Koledzy z pracy przyszli też ze swoimi dziećmi, podobnymi do niego młodzieńcami, którzy za kilka lat zajmą jakąś ciepłą posadkę wraz z Samuelem, w Cytadeli. Za większością z nich Samuel nie przepadał. Według niego byli bardzo wyniośli, fałszywi i lubili pokazywać swoją wyższość innym. Oczywiście nie jemu, gdyż zajmowali miejsca na tym samym poziomie drabiny społecznej w Mieście. Byli oni tak zapatrzeni w siebie, pochodzenie i status społeczny, który zajmują, że nie dostrzegali codziennego życia toczącego się wokół nich.

W związku z tym, że w przyszłości było mu przeznaczone zostać jednym z członków Rady Siedmiu, a kto wie, może nawet i Wielkim Protektorem, Samuel musiał spotykać się raz w tygodniu na posiedzeniach przyszłych radnych. Były to cotygodniowe spotkania trzydziestu pięciu najstarszych synów członków Rady Siedmiu. Córki dopuszczano tylko wtedy, gdy dany członek nie miał żadnego syna. Młodzieńcy ci zaczynali uczestniczyć w tych posiedzeniach w wieku dwudziestu jeden lat, czyli tuż po uzyskaniu pełnoletności. Spotkania te odbywały się przez okres pięciu lat i w trakcie tego czasu przyszli pracownicy Cytadeli nabywali wiedzę niedostępną dla innych. Obejmowała ona przede wszystkim tajniki rządzenia społeczeństwem, naukę prawa i zasad obowiązujących w Nowej Atlantydzie oraz wszystkie sekrety związane z gospodarką i ekonomią Miasta. Ogólnie rzecz ujmując – polityka na najwyższym poziomie.

Samuel był przerażony tą perspektywą. Próbował już niejednokrotnie przekonać rodziców, że to nie jest życie, jakie chciałby prowadzić. Chciał, żeby pozwolili mu zrezygnować z tak zaszczytnego zadania, jak bycie przyszłym pracownikiem Cytadeli. Niestety byli oni nieprzejednani, a on nie miał w tej kwestii nic do powiedzenia. Czekał więc z niepewnością na swoje uczestnictwo w pierwszym posiedzeniu.

Rodzice, rozumiejąc jego obawy przed przyszłością, zaprosili na przyjęcie kilkoro swoich najbliższych znajomych wraz z dziećmi. Spośród ośmiorga młodzieńców przybyłych na przyjęcie Samuel polubił tylko jedną osobę. Był to Leo, który był w tym samym wieku, co Samuel. Od razu przypadli sobie do gustu i praktycznie przegadali razem cały wieczór. Potem odłączyli się od reszty gości, żeby móc porozmawiać na osobności z dodatkową butelką szampana. Popili go potem dwoma piwami i siedząc dziś na wykładach Samuel czuł, że właśnie te piwa są powodem jego złego samopoczucia. Poszedł późno spać, a rano wstał wcześnie, żeby się nie spóźnić pierwszego dnia szkoły. Nadal czuł gorzki smak piwa w ustach.

Gdy w końcu wybiła godzina 13.00, ogłoszono przerwę. Samuel zerwał się ze swojego fotela i pobiegł szybko do łazienki przemyć twarz. Miał nadzieję, że zimna woda trochę go otrzeźwi. Gdy wyszedł z łazienki, pod drzwiami już czekali na niego dwaj jego najlepsi koledzy, z którymi świetnie się dogadywał i wszyscy trzej dzielili tę samą pasję.

– A ty co? Myślałeś, że nie pamiętaliśmy? – zawołał Alan z szelmowskim uśmieszkiem – patrz co mamy!

Wyjął z torby całą zgrzewkę piwa. Koledzy zaczęli głośno gwizdać, aż inni studenci odwrócili się zaciekawieni tymi odgłosami. Po chwili obaj rzucili się na Samuela, ściskając go i klepiąc po plecach, składając jednocześnie życzenia i krzycząc „STO LAT!”

– Dzisiaj po ostatnim wykładzie idziemy to uczcić! – krzyknął Conrad. – Mam zakąski – wyjął ze swojego plecaka kilka paczek z chipsami, ciastkami i różnymi przekąskami.

– I żadnych wymówek nie chcemy słyszeć – zawtórował mu Alan.

– Dobra, dobra chłopaki – Samuel zaczął się śmiać z

przyjaciół. Zaczynał się już czuć lepiej i miał nadzieję, że do końca dzisiejszych zajęć złe samopoczucie przejdzie mu całkowicie.

– Ale tego, że nas nie zaprosiłeś wczoraj na przyjęcie, to ci nie wybaczymy – poważnie powiedział Alan.

– Ej, zaprosiłem! – oburzył się Samuel i dopiero wtedy spostrzegł, że koledzy się z nim droczą. Dodał więc z przekąsem:

– Ale, że wam towarzystwo nie pasowało, to już nie moja wina.

– Gdzie nam do twoich wyższych sfer – zaśmiał się Conrad. – My, tu na nizinach społecznych, lepiej umiemy się bawić niż wy tam na górze.

– Ale prezent ci się spodobał, Sammie? – dodał po chwili.

– Pewnie, że tak! – krzyknął radośnie Samuel. – Gdyby nie goście to czytałbym do rana. Wiedziałeś, co mi się spodoba!

Chłopcy usłyszeli dzwonek i musieli wracać do sali wykładowej na resztę zajęć. Poszli w kierunku auli, ociągając się i ustalając na dzisiejsze popołudnie plan świętowania osiągnięcia pełnoletności przez jednego z nich.

Alan i Conrad byli najbliższymi przyjaciółmi Samuela już od pierwszego dnia na uczelni. Wszystkich trzech połączyła ta sama pasja do historii i starożytnych kultur. Byli nierozłączni, zarówno w szkole jak i poza nią. Mieli ze sobą ciągły kontakt i nic nie ukrywali przed sobą. Mogli na siebie liczyć w każdej sprawie. Dzieliła ich tylko jedna rzecz. Różnica, której żaden z nich nie był w stanie przeskoczyć. Hierarchia społeczna. Samuel pochodził z najwyższego szczebla drabiny społecznej, natomiast obydwaj chłopcy byli z klasy średniej. W codziennym życiu młodzieńców nie miało to wielkiego znaczenia, jednak po osiągnięciu pełnoletności, a w szczególności po ukończeniu Akademii, różnica klas odgrywała dużą rolę. Pochodzenie rzutowało na całym ich dalszym życiu. Pomiędzy klasą najwyższą a średnią, była jeszcze klasa wyższa. Należeli do niej zamożni ludzie. To, co oddzielało ich od klasy najwyższej był to wstęp do Cytadeli. Klasa średnia, niska i oczywiście najniższa mogły o tym zapomnieć. Ludzie z niższych warstw społecznych, gdy trafiali do Cytadeli, to tylko i wyłącznie do jednego miejsca, do Sali Skazańców, w której czekała ich rozprawa sądowa. Najczęściej kończąca się pobytem w więzieniu lub zesłaniem. Nikt jednak nie wiedział, dokąd skazańcy byli zsyłani. Jak dotąd żaden jeszcze nie powrócił.

Po skończonych zajęciach chłopcy mogli nareszcie odetchnąć. Od razu pojechali kolejką miejską do parku, największego i najlepiej klimatyzowanego w całym Mieście. Lubili przemieszczać się za jej pomocą, gdyż była umieszczona wysoko, ponad wszystkimi zabudowaniami, pod samą kopułą Miasta i dzięki temu mogli obserwować codzienne życie mieszkańców z góry. Poza tym była bardzo szybka i dotarcie na drugi koniec tego siedmiomilionowego miasta, zajmowało nie więcej niż kilkanaście minut.

Po dotarciu do miejskiego parku usiedli na murawie, powyciągali prowiant i alkohol, po czym zaczęli świętować urodziny Samuela w swoim własnym gronie. Nie musieli się obawiać, że któraś z kamer lub policyjnych robotów ich wychwyci za spożywanie alkoholu. Alan i Conrad byli już od kilku miesięcy pełnoletni, a skoro Samuel od wczoraj też dołączył do ich grona, nie musieli się przejmować żadnymi karami ani mandatami. Jeszcze wczoraj przed południem, Samuel został automatycznie wpisany do Elektronicznego Rejestratora Obywateli jako osoba, która osiągnęła już pełnoletność i nabyła pełnię praw obywatelskich, w tym możliwość legalnego spożywania alkoholu. Każda kamera, która mogła skanować przechodniów, łączyła się automatycznie z tym elektronicznym systemem i ściągała dane na temat danego mieszkańca. W ciągu ułamka sekundy program znajdował informacje o konkretnej osobie wchodzącej na teren parku, po czym, jeśli była to osoba pełnoletnia, nie śledził dalej jej ruchów i kamera przechodziła w stan czuwania. Jeśli jednak do parku i innych przestrzeni publicznych, wchodziły osoby niepełnoletnie, kamera nadal je obserwowała i podążała za ich ruchami w celu sprawdzenia, czy osoba taka nie będzie spożywała alkoholu, tym samym łamiąc prawo. Oczywiście cały czas ulice patrolowały także roboty policyjne, które praktycznie bez żadnego dźwięku i z dużą prędkością mogły znaleźć się tuż obok podejrzanej osoby.

Chłopcy jednak nie musieli się już tym przejmować i dlatego wybrali takie właśnie miejsce na małe świętowanie. Musieli tylko pamiętać, że czas mają najpóźniej do 22.00, gdyż o tej godzinie światło w całym Mieście było wyłączane i zapadał mrok, rozświetlany tylko i wyłącznie przez prywatnie instalowane lampy ledowe w domach lub witrynach nielicznych sklepów znajdujących się wzdłuż głównych ulic. Potem oczywiście mogli wrócić do domów, jednak po tej godzinie chodzenie ulicami nie było przyjemne ze względu na nikłe oświetlenie oraz wzmożone kontrole przechodniów przez patrole policyjnych robotów.

Chłopcy zasiedzieli się w parku dłużej, niż planowali, więc byli zmuszeni wrócić po ciemku. Udało im się przejść drogę powrotną, natrafiając tylko na jedną kontrolę. W takiej sytuacji policyjne roboty skanowały tęczówki oczu przechodniów i ich lokalizacja zostawała zapisana w policyjnym systemie. Dane takie mogły być potem wykorzystywane w razie ewentualnych problemów, takich jak zaginięcie kogoś, bądź potwierdzenie alibi, lub do prowadzenia statystyk mających na celu badanie aktywności społeczeństwa po godzinie policyjnej. Nie było co prawda zakazu przemieszczania się w porze nocnej, niektórzy mieszkańcy bowiem pracowali także nocą, ale z powodu chęci wyeliminowania niebezpieczeństw i przestępstw dokonywanych szczególnie po zapadnięciu zmroku, policja prowadziła takie rejestry.

Alan i Conrad mieszkali blisko siebie w drugiej strefie, która była przeznaczona dla osób z klasy średniej. Samuel mieszkał w centrum, jak przystało na osobę mającą dobre pochodzenie. Przyjaciele rozstali się tuż pod jego domem, odprowadzając go praktycznie pod same drzwi. Samuel podał kolegom rękę na pożegnanie i dwaj koledzy poszli dalej, kierując się do swoich domów.

Rodzice już spali, więc Samuel udał się wprost do swojego pokoju. Na wejściu powitał go tylko elektryczny piesek, którego miał od dzieciństwa, skacząc na niego i nie odstępując go na krok. Samuel nie zapalił świateł, starał się nie hałasować, żeby nie zbudzić rodziców. Wiedział, że mieli ciężki dzień w pracy. Nie znał szczegółów, ale wiedział, że od kilku dni Rada Siedmiu debatuje nad ważnymi uchwałami i jego ojciec, jako jeden z jej członków, bierze udział w obradach. Matka natomiast, piastująca niższe stanowisko niż mąż, pracowała w Cytadeli jako referent do spraw finansowych. Ona także musiała zostawać po godzinach i przygotowywać ciągle nowe wykresy i wyliczenia, które następnie prezentowała przed Radą.

Samuel rzucił się na łóżko, i wyjął spod niego pakunek, który dostał wczoraj od ojca. Rozwinął go i jego oczom ukazała się przewiązana wstążką książka. Rozwiązał i obejrzał z obydwu stron. Była dosyć ciężka, a na jej grzbiecie odcisnął się upływ czasu. Był bardzo ciekawy treści. Rzadko bowiem miał do czynienia z realnym papierem. Odkąd pamiętał zdecydowana większość różnych dokumentów, gazet czy książek, była wydawana elektronicznie.

W całym Mieście znajdowało się tylko jedno pomieszczenie, które można było nazwać biblioteką. Zawierały się w nim wszystkie książki w formie papierowej, które udało się ocalić przed zniszczeniem, czy to z powodu wojen, czy też naturalnych kataklizmów, które jak słyszał, kiedyś często nawiedzały Ziemię. Nie potrafił sobie jednak wyobrazić, jak wygląda ogień, powódź, tornado, wybuch wulkanu czy nawet słońce lub księżyc. Nie znał takiej rzeczywistości i od dziecka marzył, że kiedyś będzie mu dane zobaczyć to na własne oczy. Póki co musiał się tylko zadowolić obrazami, które często z wielkim zainteresowaniem oglądał w Internecie.

Pomacał okładkę książki z obydwu stron. Były czarne, miały gładką fakturę i lekko pozaginane rogi. Delikatnie otworzył książkę. Tak jak przypuszczał, strony były lekko pożółkłe i delikatnie zniszczone. Już na pierwszy rzut oka było widać, że książka ta była czytana niejednokrotnie. Strony były leciutko pofałdowane od zapisanych odręcznie słów. Jednak, gdy zaczął się zagłębiać w jej treść, okazało się, że nie była to zwykła książka, taka, jakiej się spodziewał. Był to napisany własnoręcznie przez jego pradziadka dziennik z zapisem jego wspomnień. Ponadto był adresowany tylko i wyłącznie do niego.

Samuel poczuł jak z wrażenia, pocą mu się ręce i serce zaczyna szybciej bić. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że jego pradziadek mógłby mu coś takiego przekazać. Wstrzymał oddech i z namaszczeniem przewrócił pierwszą kartkę. Z ciekawością zaczął czytać treść pamiętnika.

Pamiętnik Saomona

Samuelu, mój ukochany prawnuku. Zapewne mnie nie pamiętasz, ale żywię wielką nadzieję, że mój wnuk, a Twój ojciec, opowiadał Ci o mnie. O twoim pradziadku Salomonie. Nie miałem nigdy pociechy z mojego syna. Nie rozmawialiśmy od wielu lat i tylko twój ojciec był mi zawsze życzliwy. Twoja matka też jest niezwykłą kobietą. Kochaj ich i szanuj zawsze, tak jak oni kochają ciebie ponad wszystko. Czuję, że mój czas już dobiega końca. Myślę, że nie zostało mi już więcej życia, jak tylko kilka tygodni. Wiem też, że nie będzie mi dane być przy tobie w chwilach twojej młodości. Nie zobaczę nigdy twojego pierwszego postawionego samodzielnie kroku, ani nie usłyszę twojego pierwszego słowa. Wierzę tylko, że gdzieś tam wysoko, istnieje inny świat. Świat idealny, w którym niedługo już będę i będę mógł czuwać nad tobą, aż do dnia, gdy się znów spotkamy. A spotkaliśmy się już raz. Kiedyś, dawno temu.

Dwadzieścia jeden lat temu, gdy miałeś niespełna dwa tygodnie, poprosiłem twojego ojca, aby Cię przyniósł do mnie. Zrobił to, a ja wziąłem Cię w ramiona. Ujrzałem wtedy twoją przyszłość. Poczułem, że będziesz wielkim człowiekiem, że dużo zmienisz. Czułem wtedy, jak jesteś ważny. Nie tylko dlatego, że byłeś wyczekiwany od prawie piętnastu lat, ale też dlatego, że wiem, że jesteś stworzony do wielkich czynów. Dzięki Tobie świat znów będzie normalny.

Gdy tak trzymałem Cię w ramionach, popatrzyłeś na mnie i uśmiechnąłeś się do mnie. Myślę, że poczułeś wtedy to samo co ja. Że tak jak ja byłem jedną z pierwszych osób w tym świecie, tak Ty będziesz jedną z ostatnich. Od Ciebie zależeć będzie los wielu ludzi.

Piszę do ciebie te słowa, abyś mógł zrozumieć, gdzie się znalazłeś i w jakim żyjesz świecie. Na początku będzie Ci trudno w to uwierzyć, nie będziesz mógł pojąć wielu rzeczy i wyobrazić sobie rzeczywistości, w której ja się urodziłem, a której Tobie nie było dane poznać. Wierzę, że wkrótce ją poznasz i dlatego przekazuję Ci ten pamiętnik. Dowiesz się z niego Prawdy. Nie pokazuj go nikomu i dobrze go chroń. Oprócz Ciebie i twojego ojca, który mam nadzieję, zawsze stanie po twojej stronie, nikt nie wie o jego istnieniu. Niech tak pozostanie. Gdy go przeczytasz, sam zrozumiesz, dlaczego tak powinno zostać i wtedy będziesz musiał sam podjąć decyzję, co uczynisz z tą wiedzą. Wiem, że podejmiesz właściwe kroki. Widziałem to w Twoich oczach. Jeżeli nie będziesz chciał mi zaufać i zrobić tego, na co ja nigdy się nie zdobyłem, zniszcz ten dziennik, aby mieć pewność, że nie trafi w niepowołane ręce. To, co chcę Ci przekazać, jest zabronione w świecie, w którym przyszło nam żyć przez ostatnie dziesięciolecia.

Jeżeli jednak moje słowa trafią do twojego serca i rozumu, to wiedz, że będziesz w tej misji osamotniony. Nie będzie to łatwe zadanie, najprawdopodobniej nikt Ci nie uwierzy i nie zrozumie. Ale nie obawiaj się, bo jestem pewny, że przyjdzie taki dzień, gdy zrozumieją. I wtedy zobaczą, że twoje czyny i twoje poświęcenie było dla nich wszystkich. Po to, aby mogli być wolni. Mieć nadzieję i mieć możliwość na życie w świecie, który został dla nas stworzony miliardy lat temu, a nie w świecie, który my sami stworzyliśmy.

Pamiętaj więc Samuelu – strzeż tej Prawdy i wysłuchaj co mam Ci do przekazania.

Rozdział III

02 październik 3097

Samuel wyłączył budzik. Była już 8.00 rano. Musiał się szybko zbierać, żeby nie spóźnić się na poranne wykłady. Wyskoczył z łóżka i w tym momencie na podłogę spadł dziennik jego pradziadka, który zaczął czytać wieczorem. Widocznie zasnął ze zmęczenia, bo nie pamiętał, żeby przeczytał więcej niż pierwsze dwie strony. Podniósł dziennik i włożył go pod łóżko, z nadzieją, że podczas jego nieobecności nikomu nie przyjdzie do głowy tam zaglądać. Nie miał teraz czasu na czytanie, chociaż był pewny, że do wieczora będzie myślał tylko o tym, aby się dowiedzieć, co takiego chciał mu przekazać pradziadek.

Schowawszy pamiętnik pod łóżkiem, Samuel pobiegł do łazienki, wziął szybki prysznic, ubrał się i powitał się pospiesznie z rodzicami, którzy także szykowali się do wyjścia do pracy. Pogłaskał psa, który zdążył już do niego podbiec, schował do teczki swojego notebooka potrzebnego na zajęcia i wyszedł z domu.

Zamykając drzwi odwrócił się w stronę ulicy. Zauważył, jak zza zakrętu wyłaniają się już jego dwaj przyjaciele. Poczekał na nich, aż podejdą i razem ruszyli w kierunku kolejki miejskiej, która zawiezie ich wprost na uczelnię.

Wszyscy trzej czuli lekkie podekscytowanie, ponieważ dziś miały się odbyć pierwsze zajęcia z nowego przedmiotu dotyczącego przyczyn powstania i funkcjonowania Nowej Atlantydy.

Samuela zawsze bardzo ciekawił ten temat, jednak w dostępnych mu źródłach, czy to w Internecie, czy też w bibliotece, nie było prawie żadnych tekstów o Nowej Atlantydzie. Wszystko co wiedział o funkcjonowaniu świata, w którym żył, pochodziło z telewizji i opowiadań usłyszanych od starszego pokolenia. Miał wielką nadzieję, że dzięki tym zajęciom, będzie mógł się dowiedzieć czegoś ciekawego na ten temat i poznać więcej szczegółów.

Podróż kolejką na uczelnię trwała bardzo krótko, więc przyjaciele bez problemów zdążyli na rozpoczęcie zajęć. Zajęli miejsca, jak zawsze, na tyłach auli, rozsiedli się w fotelach, powyciągali swoje notebooki, w których robili notatki i mogli ściągać potrzebne do zajęć informacje i czekali na przyjście nauczyciela. Zakładali się miedzy sobą, obstawiając, który ze znanych im nauczycieli akademickich będzie prowadzić te zajęcia.

Po kilku minutach od rozpoczęcia wykładów do sali wszedł niewiele od nich starszy mężczyzna. Na oko nie mógł mieć więcej niż trzydzieści pięć lat. Był szczupły, wysoki, miał jasne blond włosy, które w nieładzie spadały mu na oczy i niebieskie oczy. Był ubrany w zwykłe sportowe buty, białe materiałowe spodnie i czarną koszulkę podkreślającą jego jasną cerę. Zdecydowanie wyróżniał się spośród wszystkich znanych chłopcom nauczycieli, zarówno swoim wiekiem jak i ubraniem.

Chłopcy spojrzeli na siebie z zaciekawieniem, ponieważ do tej pory najmłodszy uczący ich nauczyciel miał co najmniej pięćdziesiąt lat. Na jego widok nastąpiło poruszenie i można było dosłyszeć szepty studentów komentujące wiek nauczyciela, a następnie, gdy ten podszedł do swojego biurka, zapadła całkowita cisza.

Nauczyciel z niekrytym rozbawieniem rozejrzał się po zgromadzonych przed nim i powiedział:

– Witajcie. Nazywam się Eric Johnson. W tym roku przypadł mi zaszczyt prowadzenia zajęć z przedmiotu Historia Nowej Atlantydy.

Gdy to powiedział, na ścianie za nim pojawiła się multimedialna prezentacja, na której widniało jego nazwisko oraz nazwa przedmiotu.

– Sądząc po waszych minach – demonstracyjnie rozejrzał się po studentach – wnioskuję, że nie spodziewaliście się, że nauczycielem akademickim, szczególnie uczącym takiego przedmiotu, będzie, nie chciałbym być nieskromny, ale sami rozumiecie, będzie osoba niewiele starsza od was.

Przez salę potoczyła się salwa śmiechu.

– Nie mam zamiaru zanudzać was opowieściami, jak do tego doszło, że trzydziestokilkulatek został profesorem na uczelni, wśród której próżno jest szukać młodych wykładowców – uśmiechnął się szelmowsko. – I tak byście mi nie uwierzyli. Na wstępnie chciałbym zaznaczyć, że nie musicie przynosić ze sobą swoich notebooków. Po zajęciach, będę wam wysyłał notatki do zapoznania się z nimi. Mogą się wam przydać do późniejszego zaliczenia przedmiotu. Od razu też powiem, że nie będę przeprowadzał egzaminów w trakcie tego roku. Będzie tylko jeden egzamin na ostatnich zajęciach podsumowujący całą waszą nabytą wiedzę z tego przedmiotu. Nie musicie więc nic notować. Ważne jest dla mnie, abyście słuchali, aktywnie uczestniczyli w zajęciach, byście pytali i wyrażali na głos swoje opinie i wątpliwości. Żebyście dyskutowali, a przede wszystkim, żebyście sami wyciągali wnioski. Żadne notatki i przepisywane wiadomości wyświetlane przeze mnie na ścianie, nie nauczą was samodzielnego myślenia. A mi chodzi o to, abyście sami dostrzegli i zrozumieli otaczający was świat. Nie taki jakim się go wam przedstawia, lecz takim, jakim jest w rzeczywistości.

Nauczyciel zrobił pauzę i w ciszy zaczął się przyglądać każdej twarzy wpatrującej się w niego z zaciekawieniem. Gdy po paru chwilach jego wzrok spoczął na twarzy Samuela, ten miał wrażenie, że nauczyciel nieco dłużej mu się przyglądał niż innym. Chłopak spuścił wzrok, nie wytrzymując dłużej świdrującego spojrzenia wykładowcy. Poczuł, że będą to wyjątkowe zajęcia, na których naprawdę dużo będzie mógł się nauczyć i zarazem będą to na pewno jego ulubione, na które chętnie będzie uczęszczał.

Gdy nauczyciel przyjrzał się swoim uczniom, na ścianie za jego plecami, ukazał się trójwymiarowy rzut jakiegoś obiektu. Zaczął się oddalać i obracać.

– Kto z was wie, co to jest? – spytał studentów.

Jakaś dziewczyna siedząca z przodu, po chwili powiedziała z dumą:

– To jest trójwymiarowa mapa Nowej Atlantydy.

– Zgadza się – uśmiechnął się do niej profesor. – Jak

zapewne każdy z was wie od dziecka, że mieszkamy pod wodą. Pod wielkim oceanem na planecie Ziemia w szczelnej komorze. W bańce. – Wszyscy pokiwali głowami na znak zgody. Nauczyciel kontynuował:

– A teraz niech podniosą rękę ci, którzy byli kiedyś na powierzchni.

Nikt się nie zgłosił. Tym razem to profesor pokiwał głową w zamyśleniu, jakby chciał powiedzieć „tak właśnie myślałem”.

– Dobrze. Ale nie martwcie się, ja też tam nie byłem – nauczyciel powiedział z uśmiechem. – A teraz powiedzcie mi czy wiecie, oczywiście w teorii, jak tam wygląda? Jak wygląda życie na powierzchni?

– Kiedyś tam mogliśmy żyć, ale wszystko zostało zniszczone. – powiedział nieznany Samuelowi chłopak.

– Było tam niebezpiecznie! Wszyscy poumierali! Tylko my ocaleliśmy – dodał inny chłopak siedzący z przodu sali.

– Kiedyś było pięknie, ale potem były wojny, głód i katastrofy, a ludziom było ciężko przeżyć na powierzchni. Dlatego wybudowali dla nas nowe miasto pod wodą – powiedziała jakaś dziewczyna.

– Dobrze. Widzę, że coś słyszeliście na ten temat – pochwalił nauczyciel. – A powiedzcie mi teraz, skąd wiecie to wszystko?

Klasa jakby zamarła. Dziewczyna siedząca z przodu poruszyła się niespokojnie i powiedziała niepewnym głosem:

– Z telewizji. I z Internetu.

– A czy ktoś z was zastanawiał się kiedyś, czy to jest prawda? Czy na powierzchni naprawdę jest tak, jak myślicie? Czy ktoś z was chciał kiedyś sprawdzić to i przekonać się na własne oczy, jak tam naprawdę wygląda życie ?

W auli zapadła grobowa cisza. Samuel niepewnie podniósł rękę. Nauczyciel to zobaczył i się uśmiechnął do niego.

– No proszę, jedyny odważny – powiedział wesoło. – Jak się nazywasz?

– Samuel. Samuel Williams.

Gdy tylko się przedstawił, Samuel odniósł wrażenie, że nauczyciel pobladł. Przez ułamek sekundy wydało mu się, że dostrzegł lekkie zdenerwowanie i zdziwienie na jego twarzy. Mężczyzna przeczesał włosy palcami prawej ręki, lecz już po krótkiej chwili odzyskał wcześniejszą pewność siebie.

– Miło cię poznać, chłopcze – uprzejmie skinął głową do Samuela, po czym zwrócił się znowu do ogółu: – Na tych zajęciach moim celem jest pokazanie wam prawdziwego świata, takiego, jakiego nigdy nie widzieliście.

W tym momencie trójwymiarowa mapa Nowej Atlantydy zaczęła się obracać i szybko oddalać. Samuel widział, jak na ścianie ukazuje się kopuła Miasta, następnie głębia oceanu, a potem nagle ich oczy ujrzały piękny widok. Obrazy, o jakich nawet mu się nie śniło. Marzył, aby ujrzeć to na własne oczy. Zobaczył planetę Ziemię: soczystą, zieloną trawę, wysokie góry, biały piasek i czystą niebieską wodę. Wpatrywał się w ten świat z otwartymi ustami, z zaciekawieniem, takim samym jak obserwował przez całe swoje życie nieliczne obrazy, które udawało mu się znaleźć w przestrzeni wirtualnej. Nagle obraz zatrzymał się, a przed studentami stanął nauczyciel.

– To, co właśnie widzieliście – powiedział – nie jest zwykłym obrazem, który został podkolorowany lub przeinaczony. Obraz ten jest zbiorem zdjęć zrobionych przez osobę, która widziała to wszystko na własne oczy. Osoba ta własnoręcznie wykonała te zdjęcia, przechowała je i potem mi je przekazała. Dzięki temu wiem, że miejsce, w którym żyjemy, jest stworzonym światem, który nigdy nie powinien istnieć. Natomiast ja, w trakcie tych zajęć, mam zamiar wam to udowodnić.

W tym momencie rozległy się szmery i pomruki. Studenci zaczęli komentować między sobą, to co przed chwilą zobaczyli i usłyszeli. Wielu z nich powątpiewająco kręciło głowami. Inni wydawali się podekscytowani. Samuel wpatrywał się natarczywie w nauczyciela, próbując ściągnąć na siebie jego wzrok. Jednak ten zdawał się go całkowicie ignorować.

Po kilku chwilach, gdy w auli znowu zaczynało robić się cicho, zadzwonił dzwonek oznaczający koniec zajęć. Uczniowie zaczęli chować swoje notebooki i rozmawiając głośno, opuszczali powoli salę. Nauczyciel zdołał tylko krzyknąć do uczniów „Do zobaczenia za tydzień”, jednak byli oni już tak pochłonięci swoimi sprawami, że niewielu to usłyszało. Nikt nie odpowiedział i nie pożegnał się z profesorem.

Samuela ogarnęło dziwne przeczucie. Czuł, że nowy nauczyciel jest niezwykły. Chłopak podejrzewał, że posiada on niespotykaną wiedzę. Wie rzeczy, którymi zdecydowanie nie powinien się dzielić tak jawnie. Samuel automatycznie pomyślał o dzienniku, który zaledwie wczoraj zaczął czytać, a już miał nieodparte wrażenie, że w jakiś tajemniczy sposób może się on wiązać z tym, co przed chwilą usłyszał.