NYC x Białystok – jeszcze jeden spacer po Lipowej - Julita Julietta Gul - ebook

NYC x Białystok – jeszcze jeden spacer po Lipowej ebook

Julita Julietta Gul

0,0

Opis

To nie jest książka o tym, jak osiągnąć sukces. To książka o tym, co się dzieje, kiedy już go masz — ale nie do końca wiesz, czy to naprawdę twoje życie.
To historia Aleksandry, która już po ukończeniu gimnazjum przeprowadziła się z rodzicami z Białegostoku do New Jersey, teraz ma trzydzieści lat i sporo szalonych doświadczeń na koncie. Nowy Jork, związki, kariera, piękne rzeczy, wielkie miasta...
...a jednak coś w niej zaczyna szeptać: „Wracaj”.
Do siebie. Do tego, co znane, ciepłe, zwyczajne. Ale własne. To opowieść o intuicji, zmianie, o Białymstoku pachnącym wspomnieniami i o decyzjach, które podejmuje się nie rozumem, a sercem. 

Julita Julietta Gul – ekonomistka z wykształcenia, trenerka social mediów z zawodu, z pasji masażystka twarzy i trenerka aerial jogi. Wrażliwa, empatyczna i oddana temu, co kocha. Jej pisanie to odbicie kobiecej siły, delikatności i autentyczności. Inspiracje czerpie z własnych emocji, rozmów z ludźmi, obserwacji mediów i kultur.
Znana jako twórczyni pierwszego polskiego podcastu o social mediach – Instaszkoła by Juliette. Ekspertka influencer marketingu, twórczyni albumu muzycznego opartego na AI, Snapchat strategist. 
To jej debiut literacki, choć wcześniej publikowała już artykuły modowe i o mediach społecznościowych w prasie i internecie. 
Swojego pierwszego bloga prowadziła, mając zaledwie 11 lat. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 166

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



WSTĘP

Od początku będę szczera – zawsze tęskniłam za Polską. Nawet jeśli przez większość życia mówiłam, że nie. Nawet jeśli moje story na Instagramie było bardziej o fajnych miejscach na Manhattanie niż ulubionym rosołku u babci. Nawet jeśli wolałam latte na owsianym niż zwykłą herbatę z cytryną. To gdzieś tam głęboko, w jakimś zakurzonym kącie mojego serca, siedziała sobie ta tęsknota. Cicho. Spokojnie. Ale uparcie.

Nie zrozum mnie źle – w Nowym Jorku żyło mi się naprawdę dobrze. Okej, może nie byłam jak Kendall Jenner i nikt mnie nie zapraszał na MET Galę (jeszcze!), ale serio mogę powiedzieć, że byłam spełniona. Miałam swoje miejsce, swoich ludzi, swoje poranki z jogą, pracę, którą lubiłam, chłopaka, który kochał moje wady bardziej niż moje zalety. Byłam tą dziewczyną, której faktycznie wszyscy zazdroszczą i myślą: „Wow, ona to ma życie”.

Gdyby ktoś kiedyś nakręcił o mnie film, to zdecydowanie byłaby to taka słodko-gorzka opowieść. Trochę „Emily in Paris”, tylko zdecydowanie mniej różu. Młoda, piękna, zdolna, zakochana, z duszą artystki i kalendarzem zapełnionym samymi fajnymi rzeczami. No i oczywiście do tego – obowiązkowy plot twist gdzieś w akcie trzecim, bo przecież nie może być zawsze zbyt idealnie, prawda? Tym bardziej mając Tony’ego przy sobie.

Ale wracając.

Coś jednak w tym wszystkim zaczęło mnie uwierać. Jak moje ciasne dżinsy włoskiej marki Miss Sixty, które wyglądają obłędnie, ale nie da się w nich oddychać. Jakby to wszystko, co zbudowałam – kariera, miłość, niezależność – było trochę nie moje. Trochę jak życie, które ktoś mi pożyczył na próbę, ale niekoniecznie na zawsze. Może tak jakby ktoś chciał, żebym zobaczyła jasno swoje najprawdziwsze wartości i zatęskniła za nimi?

A przecież to było dokładnie to, o czym marzyłam, kiedy byłam dzieckiem. Internet mieliśmy już od 1999 roku i dzięki temu jego gwałtownemu rozwojowi z dnia na dzień wydawał się coraz szerszą bramą do czegoś większego. Był oknem na świat, który dopiero miał nadejść. Patrzyłam z daleka, chłonęłam każdy obrazek, każdy artykuł o Nowym Jorku, o ludziach, którzy robili „karierę w wielkim świecie”. A potem, nieoczekiwanie, sama tam byłam. Widywałam tych ludzi face to face! Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, jak to wszystko się potoczyło.

Nie byłam gwiazdą, nie miałam paparazzi pod domem, ale pracowałam w branży. Tak po prostu. Tworzyłam, wymyślałam, działałam. Ale nie jak szalona. Anthony – mój ówczesny partner – nie lubił, gdy za bardzo się zapędzałam. Mówił, że wtedy „tracę siebie”. W związku z tym wybierałam projekty, które były wygodne, takie „po mojemu”. Szłam w nie z lekkością i spokojem. Nie musiałam się ścigać, nie musiałam udowadniać niczego nikomu. I serio – nie zdążyłam się nawet wypalić. Wszystko robiłam z przyjemnością, we własnym tempie.

Mimo to wciąż mnie coś uwierało…

Czułam to coraz bardziej, kiedy siedziałam wieczorami sama z kieliszkiem wina i patrzyłam na rozświetlone miasto. Tęskniłam. Za językiem, za zwykłymi rozmowami w sklepie, za tym specyficznym poczuciem humoru, które rozumiesz tylko, gdy jesteś stąd. Za zapachem Lasu Zwierzynieckiego po deszczu, kiedy totalnie wszystko pachniało jak dzieciństwo. Za spacerami po Lipowej, gdzie chodziłam z koleżankami, kupując ubrania i girly akcesoria niemieckiej firmy NICI. Za niedzielnymi wyjazdami z dziadkiem na targ staroci, gdzie zawsze kupował coś kompletnie niepotrzebnego, ale robił to z takim zapałem, jakby właśnie odkrywał skarb. Tęskniłam za Augustowem, gdzie wujek miał łódkę, a lato pachniało dobrą zabawą, wodą i smażoną rybą. Nawet za frytkami z ketchupem, które kiedyś jadałam czasem na pół z koleżanką – i chociaż USA to królestwo frytek, to nigdy nie smakowały tak samo. Tęskniłam za pizzą i parówkami w cieście z Paradiso, i za porządnym gyrosem w restauracji Panteon na Mickiewicza – takim klasycznym, z dobrze przyprawionym mięsem, świeżymi dodatkami i idealnym sosem. Nawet kebab z dworca miał swój urok, chociaż zawsze pachniał trochę tak jak spóźnione decyzje… To wszystko wracało do mnie nocami, po cichu, jakby przypominało mi, gdzie naprawdę należy moje serce. Na co dzień nie dawałam tego po sobie poznać (bo w sumie na co miałabym narzekać?), ale czułam, jak coś się we mnie gotuje. Jak powoli naprawdę coś się zmienia w moim trzydziestoletnim życiu.

Czasami po cichu śledziłam też social media starych znajomych i patrzyłam, jak rozwija się moje piękne miasto. Zawsze z ukrycia, nie chcąc, żeby ktoś zauważył, że aż tak tęsknię, że to wciąż gdzieś we mnie jest. Każdy nowy post, każde zdjęcie z miasta, nowo otwarte kawiarnie, nowe galerie… To była dziwna mieszanka radości i smutku – z jednej strony cieszyłam się, że Białystok wreszcie żyje, że rośnie, że staje się tym miejscem, o którym zawsze marzyłam, a z drugiej… czułam się, jakby coś mi umknęło, jakby to już nie było moje. To było trochę jak oglądanie filmu o czymś, co kiedyś było częścią mojego życia, a teraz już nie ma w tym mojego udziału.

Marzyłam sobie czasem, żeby po prostu przejść się ulicą Kilińskiego. Serio. Ta ulica wygląda teraz lepiej niż niejedna uliczka starego miasta w Krakowie. No cóż… w sumie bardzo dawno nie byłam w Krakowie, więc może trochę przesadzam, ale i tak – Białystok naprawdę przeszedł ogromną przemianę. Z dnia na dzień stawał się coraz bardziej europejski, elegancki, zadbany. Zmieniał się tak, jakby chciał wszystkim coś udowodnić. A ja to widziałam z oddali i czułam dumę. I też trochę żal, że nie ma mnie tam, żeby to poczuć na własnej skórze. W tym samym czasie Nowy Jork, owszem, dalej imponował rozmachem, był wielki, tętnił życiem – ale nie przeżywał żadnej spektakularnej zmiany. Białystok wydawał się rozwijać szybciej, piękniej, pełniej. I może właśnie dlatego zaczął przyciągać mnie z powrotem. Cicho, bez presji, ale konsekwentnie.

Cieplutko robiło mi się na serduszku, kiedy przypominałam sobie nasze ferie w Mikołajkach. Jeździliśmy tam z rodzicami, z ich przyjaciółmi i oczywiście z dziećmi tych przyjaciół – całą paczką, jak z jakiegoś polskiego filmu z lat dziewięćdziesiątych. Zawsze do tego samego hotelu Gołębiewski – położonego tuż przy samym jeziorze. Tak naprawdę to nawet nie pamiętam jakim, bo jak przyjeżdżaliśmy do hotelu, to właściwie z niego nie wychodziliśmy. Baseny, zjeżdżalnie, deser z kiwi i bitą śmietaną obowiązkowo z rurką z kremem po kolacji i ten charakterystyczny zapach chloru w powietrzu, który do dziś kojarzy mi się z beztroską. Podobno jakoś niedługo po tym, jak wyjechaliśmy do Stanów, zrobili tam nawet lodowisko. No proszę, luksusowo! Czasem zastanawiałam się, jak by to było, gdybyśmy wtedy nie wyjechali. Czy dalej jeździłabym tam każdej zimy? Czy miałabym ulubione łyżwy, a może znałabym już wszystkich pracowników z recepcji z imienia? To właśnie w Gołębiewskim nauczyłam się, że do hotelowego śniadania warto wziąć dodatkową miseczkę na wszystkie „śniadaniowe śmieci” – zużyte torebki po herbacie, sreberka po dżemach, wieczka od masełek. W „Gołębiu” taka miseczka zawsze czekała już przy każdym nakryciu, jakby ktoś odgórnie przewidział, że śniadaniowy chaos wymaga własnego miejsca. I powiem Wam szczerze – zostało mi to do dziś. Niezależnie od tego, czy jestem w hotelu w Hamptons, przytulnym pensjonacie w Vermont czy w weekendowym spa w Catskills – zawsze, ale to zawsze szukam tej miseczki. A jak jej nie ma, to sobie organizuję własną. Mała rzecz, a tyle wspomnień!

Lubiłam czasem tak powspominać. Naprawdę. Siadałam z kubkiem kawy, czasem z kieliszkiem wina, w miękkim swetrze i pozwalałam sobie odpłynąć. W myślach wracałam do Białegostoku, do dzieciństwa, do tych wszystkich małych momentów, które kiedyś wydawały się zwyczajne, a dziś miały w sobie jakąś magię. Czułam się wtedy faktycznie trochę jak na haju – totalnie rozluźniona, lekka, jakby życie na chwilę przestawało być skomplikowane. Chyba nawet prawie tak, jak kiedyś w high school, na jednej z tych szkolnych imprez w rezydencji rodziców mojego kolegi z klasy Arthura, gdzie znajomi poczęstowali mnie balonikami. Tak, dokładnie tymi balonikami – z podtlenkiem azotu. To było moje pierwsze i ostatnie takie doświadczenie, ale pamiętam do dziś to wrażenie: kilka sekund czystego odlotu, śmiech bez kontroli, miękkie kolana i kompletny reset. Mocne uczucie. Naprawdę mocne.

Wiecie, co było trochę lepsze w tych balonikach? Po nich nie przyszła nostalgia. Nie było tego ciężaru, który pojawia się po dłuższym siedzeniu w przeszłości. Bo po intensywnym rozkładaniu wspomnień na czynniki pierwsze, po analizowaniu zapachu lasu, dźwięku miasta, smaku pizzy z Paradiso – przychodził w końcu żal. Taki miękki, cichy, ale bardzo obecny. A zaraz za nim smutek, który rozlewał się po mnie powoli, jak herbata zbyt długo trzymana w kubku – już nie ciepła, jeszcze nie zimna, ale zupełnie bez smaku. I wtedy najczęściej szłam spać. Albo udawałam, że mam coś ważnego do zrobienia. Bo choć wspomnienia są piękne, to jednak nie da się w nich zamieszkać na stałe. A ja coraz częściej czułam, że może… może powinnam wrócić. Nie tylko myślami.

Rozdział 1Nowe wiadomości

Dlaczego więc wciąż tkwiłam w miejscu, które mnie nie cieszyło? No cóż… Z biegiem czasu mogę śmiało się przyznać, że nie jestem osobą szybko podejmującą decyzje. Mam wiele zalet, ale stanowczo podejmowanie decyzji to nie będzie to! Stąd też był przy mnie Tony. On uwielbiał podejmować wszystkie decyzje, a ja się czułam z tym wygodnie, bo jakby nie musiałam myśleć. Ufałam mu i naprawdę uważałam, że gdy to nie były decyzje dotyczące życia i śmierci, to jak najbardziej mogę dać mu w wielu kwestiach wolną rękę. Brzmi to trochę jak sytuacja win-win, ale uwierzcie mi, że to wszystko nie zawsze było takie proste.

Tony to długa, całkiem toksyczna i skomplikowana historia i ostatnimi czasy dość często się rozstawaliśmy, to właśnie miał być już ten ostatni raz ‒ zresztą jak każdy poprzedni, ale wiecie, jak to jest… Zaraz po dwóch tygodniach znowu zaczyna ci się wydawać, że to jedyna osoba na świecie, która tak bardzo cię rozumie, i powoli zaczynasz ulegać prezencikom, kwiatom, czułym wiadomościom na dobranoc, wspomnieniom szalonego i emocjonującego seksu w taksówce po imprezie u Charlesa… Teraz mam do tego wielki dystans, ale uwierzcie mi, to nic prostego!

No, ale kolejny raz stało się…

Mieliśmy wyjść na kolację do Flex Mussels, ale jak to było w zwyczaju ostatnio ‒ Tony stwierdził, że zamówimy do domu. Powiedział, że musi popracować przy komputerze, a chce to robić w spokoju. Przeszło mi przez myśl, jak zwykle, że to tylko wymówka, ale po prostu milczałam, bo nie chciałam się kłócić. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam w ogóle być taka cicha, taka przygaszona. W ostatnich tygodniach chyba zaczynałam rozumieć, że naprawdę już nic z tego nie będzie.

Nie założyłam nowych szpilek od Aquazurry, które naprawdę uwielbiałam. Gdybyśmy szli do najdroższej restauracji w Nowym Jorku, w tych butach czułabym się jak królowa, ale dzisiaj nie było na to przestrzeni.

Nie chciałam też na koniec go jakoś szczególnie ranić. Nie chciałam zaczynać kolejnej wojny z kimś, kto nigdy nie przegrywa wojny. Dlatego wybrałam grzeczne koturny od Alma en Pena z motywem warkocza – wygodne, europejskie, bo to była moja moda, moja tożsamość. Coś, co wciąż miało dla mnie znaczenie – nawet w tym błyszczącym świecie Ameryki. Michael Kors? Zupełnie nie dla mnie. Juicy Couture? Tak, ale tylko w odpowiednim kontekście.

Zamówiłam kolację tam, gdzie Tony uwielbia najbardziej (ja też lubię menu ze starego kultowego JG Melon, ale gdybym to ja miała decydować – wolałabym zjeść jednak coś innego). Bez słów, bez buntu. A potem tylko usiadłam naprzeciw niego, tak jakby nic się nie działo. Jakby wszystko było takie samo. Może to właśnie było najgorsze – to poczucie, że wszystko wciąż jest takie samo… Ale ja już nie byłam taka sama! Nie chciałam już tego samego, na czym zależało mi jeszcze pięć lat temu! Anthony’ego też już zwyczajnie nie chciałam i byłam pewna tego na sto jeden procent!

Tony siedział w salonie z laptopem na kolanach, skupiony na swoich krypto. Palce poruszały się po klawiaturze z precyzją, jakiej mogłabym mu tylko zazdrościć. Znał się na tym naprawdę świetnie. Umiał czytać wykresy, jakby to był drugi język. Wiedział, kiedy wejść, kiedy wyjść, kiedy nic nie robić. To była jego strefa geniuszu. I chociaż czasem mówił o tym z takim żarem, że ciężko było za nim nadążyć, podziwiałam go. Naprawdę. Nigdy nie chodziło o krypto.

Od jakiegoś czasu miałam jednak wrażenie, że dzieli nas coś trudniejszego do uchwycenia. Nie chłód, nie brak miłości. Wręcz przeciwnie – Tony mnie kochał. Chciał ze mną rodziny. Ale na swój totalnie szalony sposób.

Przez pięć lat naszego związku mieszkaliśmy razem w czterech różnych lokalizacjach na Upper East Side. Każde mieszkanie było inne, zawsze megawygodne i jak na standardy NYC raczej luksusowe, każde na chwilę „nasze”. Do tego co jakiś czas wynajmowaliśmy coś na miesiąc wakacyjnie, w promieniu trzystu mil od Nowego Jorku – raz domek w lesie, raz nowoczesny loft z widokiem na jezioro, raz coś w stylu rustykalnego spa, gdzie Tony pracował z hamaka, a ja piłam poranną kawę na werandzie. To były piękne momenty. Ale prawda jest taka, że gdyby nie ja, Tony prawdopodobnie przez dwa tygodnie z rzędu mieszkałby u kolegów, a potem ruszył dalej, nawet nie zauważając, że nie ma już domu. On po prostu nie zwracał na to uwagi. Nie był przywiązany do przestrzeni. Dla niego dom to było pojęcie elastyczne – coś, co można zmieniać, dopasowywać do rytmu życia. Tak był wychowany. W ruchu.

Ja – zupełnie odwrotnie. Dla mnie dom to było miejsce. Stałe, konkretne, prawdziwe. Takie z własnym zapachem i ulubionym kątem do czytania książek. Takie z szafką pełną herbat, płynem do naczyń, który sama wybrałam, i ulubionym kubkiem z ukruszonym uchem. Nie musiałam mieć wiele, ale musiałam mieć swoje. Stałość była dla mnie jak tlen. Bez niej się dusiłam.

I choć mówił, że chce dzieci, że widzi mnie jako mamę jego syna i córeczki, to ja nie umiałam sobie tego wyobrazić. Bo ja byłam przecież z Podlasia. Ja potrzebowałam wiedzieć, gdzie będzie spało nasze dziecko, gdzie będą jego zabawki, gdzie stanie jego łóżeczko. Potrzebowałam jednego adresu. A Tony… nie rozumiał, że to nie jest brak odwagi z mojej strony. To była moja tożsamość.