Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 01.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Mroczna, nastrojowa opowieść o śmiertelnych sekretach i zakazanej miłości.
Mortui vivos docent.
Umarli uczą żywych.
Po latach patrzenia na to, jak moja matka ulega tajemniczej chorobie, obiecałam sobie dwie rzeczy. Znajdę lekarstwo na to, co ją zniszczyło. I opuszczę przeklęte miasto, w którym mnie zostawiła.
Cztery lata później dostaję list z potwierdzeniem przyjęcia na Uniwersytet Dracadia, jedną z najstarszych i najbardziej prestiżowych uczelni w kraju. Położony na samotnej wyspie u wybrzeży Maine, podobno nawiedzany jest przez dusze zesłanych tam przed wiekami pacjentów szpitala psychiatrycznego. Tych, których kości – jak głosi legenda – tworzą białe, piaszczyste brzegi wyspy.
A niespokojne duchy to wcale nie jego najmroczniejsza strona. Devryck Bramwell, znany na kampusie jako Doktor Śmierć, to genialny patolog kierujący nocnym laboratorium. Jest także obezwładniająco przystojnym wykładowcą, który ewidentnie nie znosi upartych studentek pierwszego roku – takich jak ja. A jednak jego mroczne, enigmatyczne spojrzenie zdradza wszystkie sposoby, na jakie by mnie pochłonął, gdyby tylko nadarzyła się okazja, a jego skradzione pocałunki palą mi usta od zakazanej zazdrości.
Pragnę jego autorytetu. On łaknie odkupienia. Razem jesteśmy toksyczną mieszanką. Idealna pożywka dla wścibskich oczu ludzi pragnących odkopać spróchniałe szkielety przeszłości. Bo umarli mogą nas wiele nauczyć, a niedługo wskrzeszony zostanie nawet najbardziej wynaturzony sekret Dracadii – to tylko kwestia czasu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 728
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Nocticadia
Copyright © 2023. NOCTICADIA by Keri Lake
Autorskie prawa osobiste autora zostały zastrzeżone.
All rights reserved
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: © Sarah Hansen/Okay Creations
Zdjęcia na okładce:
© Baimieng / Shutterstock, © Vera Shestak / Adobe Stock, © kopecky76 / Shutterstock, © Vacheslav Lopatin / Shutterstock, © Anton/ Adobe Stock, © oomsabu / Shutterstock, © rtanchorage / Shutterstock © Anna Shulepova / Shutterstock, © Classic Vector Studio / Shutterstock, © idimages/ Shutterstock © Drakonova / Getty Images, © nibal Trejo / Shutterstock, © Christos Georghiou / Shutterstock © EdiBrother / Shutterstock, © Christos Georghiou / Shutterstock, ©Designflowbd / Shutterstock © geargodz / Getty Images
Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak
Korekta: Joanna Jóźwiak, Anna Nowak
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
PR & marketing: Karolina Nowak
ISBN: 978-83-8441-415-6
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
SERIA: HYPE
You’re All I Want
– Cigarettes After Sex
Liar
– Paramore
Memento Mori
– Nathaniel Drew X Tom Fox
Goodnight Baby
– Tarane
Achilles Come Down
– Gang of Youths
Please
– Omido, Ex Habit
You, The Ocean and Me
– Thalles
Without You
– Lana Del Rey
Glass In The Park
– Alex Turner
Sleepwalk
– MOTHICA
bad idea!
– girl in red
Feel Real
– Deptford Goth
The Secret History
– The Chamber Orchestra of London
Two Evils
– Bastille
Bloodstream
– Stateless
The French Library
– Franz Gordon
She’s Thunderstorms
– Arctic Monkeys
Crave You
– Robinson
Crush
– Sebastian Paul
Misery
– Michigander
October
– Broken Bells
Sextape
– Deftones
I Would
– Coin
Romantic Homicide
– d4vd
nostalgia
– Teodor Wolgers
we fell in love in october
– girl in red
Melancholia
– Daniel Paterok, Roman Richter
Cinnamon Girl
– Lana Del Rey
Make Me Feel
– Elvis Drew
Old Letter
– Imaginary Poet
Run
– Coin
Without You
– Omido, Bibi Silvja
Reflections
– Toshifumi Hinata
Shakespeare
– Fink
Tell Me The Truth
– Two Feet
R U Mine?
– Arctic Monkeys
Fuck Em Only We Know
– Banks
Knee Socks
– Arctic Monkeys
Not Just A Girl
– She Wants Revenge
Witaj, Drogi Nocticadianinie!
Dziękuję ogromnie za danie szansy mojej książce! Mam nadzieję, że spodoba Ci się historia profesora Bramwella i Lilii. Zanim zanurzysz się w ten świat, chcę wspomnieć, że wiele elementów pojawiających się w książce to całkowita fikcja – w tym pasożyt, choroba profesora Bramwella oraz gatunek ćmy. Aby zachować spójność z opisywaną patologią, przedstawione schorzenia i objawy również są fikcyjne. Dla wygody dodałam słowniczek.
Dodatkowo pozwoliłam sobie na pewną swobodę w kwestii przeszłości i zawodu profesora Bramwella, jak również samego laboratorium, aby dopasować je do historii, którą chciałam opowiedzieć. W pełni zdaję sobie sprawę z tego, że jego laboratorium nigdy nie przeszłoby procesu akredytacji, nie zostałoby dopuszczone do użytku.
Ta książka to mroczny romans w klimacie gotyckiej akademii. Możesz więc spodziewać się subtelnych elementów nadprzyrodzonych, mrocznej i atmosferycznej scenerii, powoli rozwijającego się romansu, nastrojowego, bajronicznego / moralnie niejednoznacznego bohatera oraz tajemnicy. Jak większość moich gotyckich romansów, jest to powieść jednotomowa, a ponieważ nie planuję pisać kolejnych książek o tej parze, postanowiłam zatrzymać cię w tym świecie na trochę dłużej.
Słowo ostrzeżenia…
Książka zawiera wiele treści mogących wyzwalać różne reakcje. Pełną listę ostrzeżeń (ze spoilerami) znajdziesz na mojej stronie internetowej:
https://www.kerilake.com/nocticadia-full-trigger-list.
*Ćma Sominyx – nocny gatunek ćmy występujący wyłącznie na wyspie Dracadia, naturalny żywiciel noctisomy.
*Kastejon – pierwiastek występujący w czarnych skalnych jaskiniach na wyspie Dracadia.
*Kwas stirliczny – środek antyseptyczny odkryty przez dr. Nathaniela Stirlinga, wytwarzany z żartolistu, wykorzystywany w brutalnych eksperymentach na pacjentach.
*Nocticadia – nazwa nadana północnemu laboratorium, które bada w szczególności noctisomę.
*Noctisoma – długie, czarne robaki pasożytujące na owadach, zdolne również infekować inne gatunki; ich naturalnym żywicielem jest ćma Sominyx.
Tapetum lucidum – światłoczuły biologiczny system odbijający światło u bezkręgowców (zwykle nieobecny w ludzkim oku, lecz w książce opisywany jako objaw noctisomy).
*Vonyksyza – ciemnienie żył, widoczne jako czarne linie na ciałach ciem i ludzi zainfekowanych noctisomą.
*Zigliomyozytis / choroba Vonerica – rzadka wrodzona choroba nerwowo-mięśniowa, nazwana na cześć słynnego malarza, u którego ją zdiagnozowano.
*Żartolist – roślina endemiczna dla Dracadii, uznawana za trującą w dużych dawkach.
Tłumaczenia dialogów
Vòulez-vous boire un verre, mademoiselle?
Czy chciałaby pani jeszcze jednego drinka, panienko?
Si vous comprenez, retrouvez-moi dans le placard dans dix minutes.
Jeśli pan rozumie, proszę spotkać się ze mną w schowku za dziesięć minut.
Je comprends. Et je décline votre offre.
Rozumiem. I odrzucam pani propozycję.
Wyspa Dracadia
12 października 1753 roku
Lord Adderly widział w swoim życiu wiele śmierci. Jako komodorowi Królewskiej Marynarki Wojennej jej duszący zapach nieraz już zatykał mu gardło. Czuł jej chłodny, parujący oddech muskający jego skórę z taką tęsknotą, że większość ludzi dostałaby od tego dreszczy.
Lord Adderly nie bał się śmierci. Niektórzy ośmielali się nawet twierdzić, że na nią czeka.
A jednak, kiedy patrzył przez wzburzony pas zimowego morza w stronę unoszącego się z mgły złowrogiego czarnego dymu, po karku przebiegł mu dreszcz grozy. Rozkaz, by ludzie zaczęli wiosłować z powrotem tam, skąd przypłynęli, cisnął mu się na usta, gdy w oddali mgłę rozdarła posępna sylwetka wyspy – łukowate skalne wzniesienie majaczące na horyzoncie niczym śpiący smok.
Położona w połowie drogi między wybrzeżem Massachusetts a francuską Akadią mała wyspa Dracadia od dawna była kością niezgody – skrawkiem ziemi, do którego Brytyjczycy mieli, jak twierdzili niektórzy, prawo. Dopiero gdy większość mieszkańców Akadii w tajemniczy sposób porzuciła wyspę, została ona przyłączona jako prowincja Massachusetts. Lord Adderly sam poprowadził natarcie, gotów do bitwy, na wypadek gdyby Francuzi powrócili, by odzyskać położoną na północy wioskę Emberwick.
Nigdy do tego nie doszło.
Brytyjczycy, którzy się tam osiedlili, z czasem zaczęli doświadczać serii nieszczęść; uciekli z wyspy i Dracadia znów została opuszczona.
Oczywiście rozeszły się pogłoski. Niektórzy obwiniali żyjące tam rdzenne plemię Cu’unotchke, które odizolowało się w południowych górach, o to, że zbudziło swoich pogańskich bogów. Bez względu na przyczynę domysły o złych duchach i niewytłumaczalnych chorobach zniechęcały większość do poddania się pokusie osiedlenia na Dracadii. W rezultacie wyspa nie przyjęła nikogo poza wygnanymi tam heretykami, najgorszymi przestępcami przeciw świętym doktrynom.
Lord Adderly wciąż wpatrywał się przed siebie, kiedy brzeg przebił się przez mgłę, a woda się spłyciła. Nad spustoszonym krajobrazem czarne ptaki zbierały się w gęste stada. Chmary. Kruki, których obecność od dawna budziła lęk przed złem. Lord Adderly widywał, jak te ptaszyska podążają za ludźmi na wojnie, kuszone padliną. Krążące ptaki mogły być tylko omenem.
Znakiem śmierci.
– Dobry Boże – powiedział siedzący obok komodora porucznik Christ. – Mój panie, czy to dzicy?
– Nie. – Choć komodor odpowiedział na to pytanie stanowczo, w rzeczywistości nie znał na nie odpowiedzi. Walczył z przeróżnymi dzikimi ludami i choć w bitwie wykazywały się one niekonwencjonalną zapalczywością, z natury rzadko były ucieleśnieniem zła.
– Krążą plotki o tym, że mają naostrzone czarne kamienie zamiast zębów i oczy jak u wilków w ciemności – trajkotał dalej Christ.
– Czyżbyś wierzył również w opowieści o morskich potworach i syrenach?
– Oczywiście, że nie, mój panie. Ale ludzie, którzy o tym mówią, są zdrowi na umyśle. To dobrzy chrześcijanie.
Komodor nie wątpił w ich uczciwość, lecz wyjawienie prawdziwego powodu wyprawy wywołałoby panikę wśród jego ludzi.
Być może nawet bunt.
Bo porucznik Christ nie wiedział, że Kościół wezwał ich tam listownie po tym, jak kilku duchownych nie wróciło z trzema kobietami oskarżonymi o czary. Pod opieką doktora Jacka Stirlinga trzy kobiety miały zostać przewiezione na proces do Massachusetts. Pojawiło się podejrzenie, że dobry doktor oszalał, opętany przez te same demony, które kilka miesięcy wcześniej miał upuścić z krwią tych kobiet. Komodor słyszał przerażające historie o pacjentach z czarnymi żyłami wieszanych do góry nogami, wykrwawiających się. Którym zaszywano usta i oczy i wyrywano języki. Lord Adderly i jego ludzie zostali wysłani, by zbadać te doniesienia, i na widok złowieszczych znaków w oddali zaczął obawiać się tego, co tam zastaną.
Znajdująca się coraz bliżej wyspy łódź kołysała się na nieustępliwych falach, a gdy cienie opadły i odsłoniły zwęglone kikuty drzew, komodor szybko zaczerpnął głęboko powietrza, przełykając unoszący się w powietrzu tłustawy zapach spalonego mięsa. Znajomy zapach śmierci.
Sześciu jego ludzi wyskoczyło z łodzi i zaczęło ciągnąć małą jednostkę przez płycizny, a gdy dobili do brzegu, lord Adderly postawił stopę na niepoświęconej ziemi, na którą przysiągł nigdy nie wracać. Omiótł wzrokiem niewyobrażalne zniszczenie, zastanawiając się, co, na miłość boską, mogło dokonać takiego dzieła.
Cała wyspa została spalona na popiół.
Mgła wokół zgęstniała, a lord Adderly zmarszczył czoło, gdy osiadła między nimi a zwęglonym lasem.
Porucznik Christ podszedł do niego.
– Wybacz mi te słowa, mój panie, lecz nie mam najmniejszej ochoty zapuszczać się dalej niż na ten brzeg.
– Trzymaj język za zębami – odparł cicho lord Adderly. – Chyba że pragniesz wywołać bunt.
– Mój panie! – zawołał jeden z jego ludzi, a komodor się odwrócił, bo tamten wskazał w stronę drzew.
Podążył wzrokiem za palcem sługi. We mgle pojawiły się cienie, zbliżała się jakaś postać. Głośny szczęk szykowanej do strzału broni odbił się echem po okolicy, lecz kiedy biała para się rozstąpiła i zobaczyli młodego, może dwunastoletniego chłopca, lord Adderly wystąpił przed szereg.
– Opuścić broń.
Ubrany w szaty młodego akolity chłopiec zatoczył się w ich stronę. Skórę miał pokrytą czarną sadzą, a szaty splamione czymś, co bez wątpienia było krwią. Zanim dotarł do komodora i jego ludzi, runął na piasek.
Gdy lord Adderly podszedł do niego i ukląkł u jego boku, Christ kucnął przy stopach chłopca i zobaczył na nich niewielkie krwawiące rany, sugerujące, że przebiło je coś ostrego.
– Ostrożnie, mój panie. Nie wiemy, z czym miał kontakt.
Cięcia, siniaki i lśniące place odsłoniętego mięsa tam, gdzie zdarto skórę, świadczyły o niewypowiedzianym okrucieństwie.
Na widok chłopca komodor pomyślał o własnym synu. Powstrzymał łzy, ogarniając wzrokiem stan akolity.
– Co się tu stało?
– Ciemność – wyszeptał chrapliwie chłopiec. – Niebo… zamieniło się w ciemność. Wszyscy się spalili.
Lord Adderly odgarnął lepkie, zakrwawione włosy z twarzy chłopca.
– Kto to zrobił?
W wyczerpanych oczach błysnął strach.
– Rozkazywały płomieniom. A płomienie ich słuchały.
– Kto rozkazywał płomieniom? Czarownice?
Jedno powolne mrugnięcie i chłopiec wypuścił powietrze. Gdy nabrał tchu, coś w jego piersi zagrzechotało jak monety w blaszanej puszce.
– Nie czarownice. Robaki. Czarne robaki wylewające się z ust szaleństwa.
Wszyscy mężczyźni zamilkli. Komodor poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku.
Christ przysunął się bliżej, przechylił do niego i wyszeptał:
– Mój panie, ten chłopiec nie wygląda na zdrowego. Mówi o złu.
Ignorując porucznika, komodor położył dłoń na chudym ramieniu chłopca.
– Tylko ty ocalałeś?
– Wszyscy się spalili.
Lord podniósł wzrok na porucznika Christa i mimo napięcia rozkazał ze spokojem:
– Zabieramy chłopca i wracamy na statek. Natychmiast.
– Nie możecie odpłynąć. – Z ust akolity wydobył się mokry, szczekający kaszel, a potem spomiędzy jego warg wypłynęła strużka krwi. – One na to nie pozwolą.
Komodor popatrzył na chłopca spod ściągniętych brwi, wstał i rozkazał dwóm ludziom zanieść go z powrotem na łódź.
– Mój panie! – krzyknął sternik z paniką w głosie, a komodor odwrócił się i zobaczył, jak tamten brnie po piasku w ich stronę. – Łódź! Łódź zniknęła! Zniknęła!
– Nie lękaj się, mój panie. – Osłabiony, niemal upiorny głos chłopca dotarł do uszu komodora ponad zgiełkiem paniki, która wybuchła, gdy pozostali zorientowali się w sytuacji. – Waszej łodzi nigdy tu nie było.
– Nie rozumiem twoich słów, chłopcze.
– Ty i twoi ludzie… przypłynęliście z księżmi… wiele dni temu. – Pomiędzy słowami rozlegały się ciężkie świsty, tak jakby chłopiec walczył o każdy oddech.
– Jesteś chory i majaczysz. Przecież sam Kościół wezwał mnie tu listownie.
Powieki chłopca opadły, a spękane i wysuszone usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu.
– Teraz śnisz. Lecz wkrótce obudzisz się na dźwięk trzaskającego ognia i zobaczysz siebie i swoich ludzi przywiązanych do pali. Twoje ciało będzie się przypalało. A ból i cierpienie będą się ciągnąć w nieskończoność. – Chłopiec zamrugał, po czym syknął i wypuścił powietrze, a jego ciało zwiotczało w ramionach oficera.
Lodowate przerażenie ścisnęło brzuch lorda Adderly’ego, a zapach palonego tłuszczu i skóry znów zatkał mu gardło. Komodor zamknął oczy, znajdując ukojenie w absolutnej czerni, i nie odważył się ich otworzyć nawet wtedy, gdy powietrze wokół rozdarły pierwsze wrzaski bólu.
Lilia
Teraz…
Boże, co za smród.
Zbyt przysmażona mielonka skwierczała na patelni, gdy zasłoniłam nos ręką. Trzask pękającego tłustego mięsa był na tyle głośny, że przebijał się ponad pełne emocji błaganie Jeana Valjeana skierowane do Javerta; w teatrze pod naszym mieszkaniem grano Nędzników. Zajęta obieraniem ziemniaków, przypadkiem spaliłam cieńsze kawałki i na tym etapie nie dało się ich już uratować.
Kompletnie nie odziedziczyłam po mamie kulinarnej finezji.
Nienawidziłam gotować tego badziewia z puszki, ale mama dostała ostatnio dziwnej zachcianki na mięso, a skończyły nam się cienkie okrągłe steki, które jadała krwiste. Siłą rzeczy zaczęłam się zastanawiać, czy jej dziwne zachcianki nie są próbą samoleczenia podjętą przez jej organizm.
Miałam nadzieję, że tak.
Patrzenie, jak pochłania półsurowe mięso, a z kącików jej ust spływa krew, sprawiało, że czułam się jak widz makabrycznego odcinka Wrogiego świata. Potem na długi czas kompletnie odechciewało mi się jeść. Zwłaszcza że moja mama nigdy szczególnie nie przepadała za mięsem. Daleko mielonce do steku, ale mój ojczym Conner – o ile w ogóle mogłam tak o nim mówić – nie pracował od kilku dni, przez co zaczęło nam brakować pieniędzy na jedzenie.
– Bee! – zawołałam moją młodszą przyrodnią siostrę (to zdrobnienie od Beatrix) i zrzuciłam zwęglone jedzenie na naszykowane talerze. – Zajrzałaś do mamy, tak jak prosiłam?
– O cholera! – Po tym przekleństwie rozległ się tupot stóp, a ja uśmiechnęłam się lekko i pokręciłam głową. Miała dwanaście lat, była o cztery lata młodsza ode mnie, a dźwigała na barkach znacznie więcej odpowiedzialności niż większość dziewczyn w jej wieku.
Obie tak miałyśmy.
Stan mamy się pogorszył, i to bardzo, a fakt, że odmawiała wizyty u lekarza, tylko zwiększał presję na mnie i Bee, żebyśmy same radziły sobie z jej dziwnymi objawami. Chociaż mama wciąż wydawała się myśleć rozsądnie, to zdarzały się chwile… Przerażające chwile. Tak jak wtedy, kiedy nocami mówiła mi, że idą po mnie źli mężczyźni. Noce, gdy zlewała się potem, a jej oczy świeciły, jakby widziały rzeczy, których ja nie dostrzegałam.
Potwory – tak nazywała swych niewidzialnych dręczycieli – w jej umyśle były tak realne, jak czarne kręgi pod jej oczami. Chociaż – jakkolwiek okropnie to zabrzmi – przez ten jej zdeformowany kręgosłup, lśniące srebrzystym blaskiem oczy i wystające kości sama zaczynała wyglądać jak potwory, o których mówiła.
Rzadko się modliłam, ale w ostatnich tygodniach spędziłam mnóstwo czasu na bezcelowych błaganiach, i jeśli Bóg istniał, to, do diabła, nie dawał mi zbyt wiele nadziei.
Kiedy nakładałam ostatnią porcję purée ziemniaczanego dla Bee, rozległo się pukanie. Zmarszczyłam czoło, cicho odstawiłam patelnię z powrotem na kuchenkę i wytarłam dłonie w kuchenny ręcznik. Ostrożnie ruszyłam korytarzem i zerknęłam na drzwi wejściowe. Wzdrygnęłam się pod wpływem kolejnego głośnego walnięcia, a bezczelność tego kogoś, kto stał za tym hałasem, sprawiła, że aż się we mnie zagotowało. Podeszłam do drzwi, wyjrzałam przez wizjer i zobaczyłam obcego mężczyznę.
Głęboko osadzone, paciorkowate oczy, blizna przy lewym oku i dziwnie przekrzywiony nos, jakby ten ktoś brał udział w zbyt wielu bójkach, sprawiały, że wyglądał jak rodem z policyjnej kartoteki.
Życie w takim mieście jak Covington nauczyło mnie jednego – nie otwiera się drzwi obcym. Zwłaszcza takim, którzy wyglądają jak przestępcy.
Ponownie walnął pięścią w drzwi, a ja zacisnęłam zęby ze złości.
– No? – zawołałam przez drzwi. – Czego?
Z początku nie odpowiedział, widziałam tylko, jak patrzy w stronę korytarza. Coś w nim – te ciemne oczy, które zdążyłam tylko musnąć spojrzeniem, i krzywy uśmieszek – wpełzło mi pod skórę i sprawiło, że zrobiło mi się zimno.
Co za typ.
Spojrzałam na zasuwę, upewniając się, że jest zamknięta. Niestety to mieszkanie nie miało najwspanialszych ani najbardziej solidnych zamków.
– Jestem przyjacielem Connera – powiedział w końcu. – Jest w domu?
– Nie.
– A wiesz, kiedy wróci?
Trudno się patrzyło na jego twarz, bo on jakby odmawiał podniesienia wzroku.
– Słuchaj, ja nie…
Na dźwięk przeszywającego wrzasku mój kręgosłup wyprostował się jak struna i natychmiast skupiłam się na pokojach z tyłu. Porzuciwszy dziwaka, przebiegłam przez mieszkanie do drzwi łazienki, spod których wydobywała się smuga światła.
Światło – czyli pierwszy znak, że coś się dzieje. Bo mama zaczęła nienawidzić światła. Mówiła, że bolą ją od niego oczy.
– Mamo! Nie!
Przerażenie spłynęło mi po karku, gdy rozpoznałam krzyk Bee skierowany do mamy, i wpadłam do jasno oświetlonej łazienki.
Mama stała przy wannie, wydając z siebie dziwny warkot, podczas gdy woda wylewała się na podłogę. Znad brzegu wystawały dwie stopy w różowych skarpetkach.
O Boże.
Bee!
Lodowate impulsy adrenaliny przejęły nade mną kontrolę, kiedy rzuciłam się w ich stronę i odepchnęłam mamę w bok, na ścianę.
Gdy tylko ją odsunęłam, Bee wyskoczyła z wody – górna połowa jej ciała była przemoczona – i zakasłała szczekliwie.
– Co ty wyprawiasz! – wrzasnęłam na matkę, której oczy w świetle migotały perłowym blaskiem.
Mama zaskrzeczała i ponownie ruszyła do przodu, wpadła na mnie i wepchnęła Bee z powrotem do wody.
Panika eksplodowała w moich mięśniach, ciało przestało słuchać woli, działałam już tylko instynktownie. Chwyciłam matkę za włosy i odciągnęłam ją od Bee. W dłoni zostało mi pasemko rudych matowych włosów, kiedy wyrwała się z mojego uścisku i poleciała do tyłu na sedes. Po chwili z trudem próbowała wstać na śliskiej podłodze, a ja wyciągnęłam Bee z wanny i ślizgając się na mokrych płytkach, pchnęłam ją w stronę wyjścia.
Na korytarzu zatrzasnęłam drzwi i trzymałam je za klamkę.
– Idź do swojego pokoju! Zamknij się tam i nie wychodź, dopóki ci nie powiem! – rozkazałam.
– Ja… – Młoda zakaszlała i pociągnęła nosem. – Ja… tylko próbowałam… powstrzymać ją… przed piciem wody, a ona… mnie zaatakowała!
Drzwi podskoczyły i szarpnęły moim ramieniem, kiedy mama zaczęła napierać na nie z drugiej strony.
– Ona jest jedną z nich! Ona jest jedną z nich! – krzyczała przez drzwi. – Nie pozwól jej uciec! Powie im, że tu jestem!
– Idź! Już! Zamknij drzwi! Nie otwieraj ich, choćby nie wiem co! – Zaparłam się nogami o ścianę i odchyliłam, trzymając klamkę, podczas gdy Bee pobiegła do swojego pokoju.
Po kolejnej minucie walki dudnienie ustało. Krzyki mamy ucichły.
Ciężko dysząc, rozluźniłam się i wyprostowałam, nie czując już naporu z drugiej strony.
– Mamo? – spytałam cicho przez drzwi z nadzieją, że odpowie coś z sensem. Że wyjaśni, co się właśnie stało. Wcześniej wspominała, że ktoś chce ją dopaść, ale nigdy nie kierowała tych paranoicznych słów przeciwko mnie ani Bee.
Cisza.
Ale duszący zapach, który towarzyszył chorobie mamy, wydawał się silniejszy niż zwykle. Gęsty i lepki, zatykał mi gardło, więc przycisnęłam grzbiet dłoni do twarzy w marnym wysiłku, żeby go powstrzymać.
Przez ostatnie miesiące słodki, kwiatowy zapach mamy, ten kojący aromat znany mi przez całe życie, jakby zniknął pod naporem tego obcego odoru.
Teraz czułam już tylko to.
Ignorując odruch wymiotny, nacisnęłam klamkę i weszłam do łazienki.
Mama zwisała przez krawędź wanny, z twarzą zanurzoną w wodzie.
– Mamo! – Rzuciłam się ku niej. Rozległ się głośny plusk, matka się odwróciła i znowu wrzasnęła.
Chciałam złapać ją za rękę, ale zamachnęła się pierwsza i grzbietem dłoni uderzyła mnie w policzek. Ból przeszył mnie aż do kości, a przed oczami zatańczyły mi gwiazdy.
Kiedy zamachnęła się ponownie, zdążyłam otrząsnąć się z zawrotów głowy i uchylić. Tym razem nie trafiła, jej ręce miotały się już tylko w napadzie wściekłości. Mocno złapałam ją za ramiona i wcisnęłam palce w jej kruche kości, ale ostry ból przeszył mi dłoń, gdy wbiła zęby w moją skórę.
– Aua! Cholera! – Odepchnęłam ją, a ona poślizgnęła się i wymachując rękami, poleciała z powrotem do wanny.
Gdy spróbowałam ją podnieść, chwyciła mnie za koszulkę i szarpnęła w stronę wody.
Strumień wdarł mi się do zatok z ostrym pieczeniem, jej uścisk był nieubłagany, gdy trzymała mnie pod powierzchnią. Pod wpływem paniki zesztywniały mi mięśnie. Mama wierzgała jak szalona i szarpała mną, chlapiąc wokół wodą.
W tym chaosie złapałam to, czego byłam w stanie dosięgnąć. Położyłam dłoń na jej gardle i ścisnęłam na tyle, by osłabić jej chwyt, a kiedy wynurzyłam twarz nad lustro wody, gwałtownie zaczerpnęłam powietrza.
Szarpnęła mną z powrotem i ponownie wepchnęła moją twarz pod powierzchnię. Sama też się zanurzyła.
Mocniej ścisnęłam jej szyję i znów poluzowała chwyt.
Każdy rozpalający płuca oddech ranił mi gardło i kończył się spazmatycznym kaszlem.
Matka rozpaczliwie drapała mnie po karku, próbując wciągnąć mnie pod wodę.
– Mamo! Proszę! – Osłabiona z trudem wydobywałam słowa, gdy mięśnie klatki piersiowej zaciskały mi się wokół płuc. Moje nogi ślizgały się na płytkach, ale cały czas mocowałam się z jej rękoma, żeby nie mogła znowu wciągnąć mnie do wody.
Zanurzona pod powierzchnią mama rozchyliła usta i zaskoczona otworzyła szerzej oczy.
Wreszcie znieruchomiała, a przez jej twarz przemknęło upiorne postanowienie, pod którego wpływem poczułam dreszcz na karku.
Odsunęłam się i stanęłam nad wanną; już jej nie trzymałam, ale ona nawet nie próbowała się wynurzyć.
Pewnie skończyło jej się powietrze w płucach. Niewątpliwie potrzebowała tlenu.
No dalej! Wstawaj!
Rzuciłam się po jej ramię, żeby ją wyciągnąć, ale zamarłam w pół ruchu, gdy z jej ust wysunęło się długie, cienkie, śliskie, włókniste stworzenie, które ześlizgnęło się do wody.
Za nim wyszły trzy kolejne – w tym dwa z jej nosa.
Wrzasnęłam, a moje kończyny zastygły z przerażenia, gdy patrzyłam, jak robaki pełzną po porcelanowym dnie wanny, torują sobie drogę przez wodę i zbierają się przy otworach odpływowych. Na wolność wyszło co najmniej dwadzieścia kolejnych, rozpychając usta i nozdrza mamy. Po nich pojawiły się następne. Wszystkie pełzły w kierunku zatkanego odpływu.
Kiedy patrzyłam na ten koszmar, mój oddech zamienił się w szybkie, płytkie sapanie.
Aż wreszcie pochłonęła mnie czerń.
Lilia
Cztery lata później…
Lilia? – Głos przeciął pustkę.
Otworzyłam oczy i zamrugałam. Pochylałam się nad odpływem pożółkłej umywalki.
– Halo, ziemia do Lilii – odezwał się ponownie znajomy głos.
Zdezorientowana odwróciłam się i zobaczyłam stojącą obok mnie współpracownicę, Jaydę. Odepchnęłam się od umywalki, którą właśnie czyściłam. We mgle oszołomienia przypomniałam sobie, że szorowałam zlew, kiedy poczułam dziwny, a jednak znajomy zapach, przypominający rozkład i ziemię. Odór był tak intensywny, że znów wpadłam w wir wspomnień.
Uśmiechnęłam się nieśmiało i odchrząknęłam.
– Przepraszam, chyba odpłynęłam.
Czasami mi się to zdarzało. Coś uruchamiało myśli, które wciągały mnie w najstraszniejsze wspomnienie mojego życia. Takie, które zawsze wsysało mnie na tyle głęboko, że traciłam kontakt z rzeczywistością.
Od śmierci mojej matki minęły cztery lata, a ja wciąż pamiętałam każdy szczegół. Zapachy. Dźwięki. Zimno.
– Właśnie mówiłam, że idę sprzątać biuro obok – powiedziała Jayda, kaszląc i zasłaniając nos przedramieniem. – Nie mam pojęcia, co, do diabła, jadła ostatnia osoba, która tu była, ale za zdrowo to to nie pachnie. Zostawię ci więc wszystkie te kible – dodała z chichotem.
Wciąż trochę nieobecna, podniosłam szmatkę, którą upuściłam na podłogę, i wrzuciłam ją do pełnego piany wiadra obok. Standardowe mdłości zakotłowały mi się w brzuchu i spróbowałam ukryć drżenie rąk, jakoś je zajmując. Wytarłam je w fartuch i podniosłam wiadro, żeby przejść do kolejnej umywalki.
– Jakaś ty kochana.
Parsknęła śmiechem i ruszyła w stronę drzwi, ale się zatrzymała.
– Na pewno wszystko w porządku? Bo trochę pobladłaś.
– Tak. Wszystko gra. Po prostu głęboko się zamyśliłam.
– Sądząc po minie, to naprawdę głęboko. Naprawdę nie masz nic przeciwko temu, żebym zaczęła w tamtym pokoju? Pomyślałam, że jak się sprężymy, to wyjdziemy wcześniej.
Uśmiechnęłam się półgębkiem i wzruszyłam ramionami.
– Nie, w porządku.
Prawdę mówiąc, nienawidziłam sprzątania łazienek, sal chorych i biur, ale podejrzewałam, że bliżej pracy w prawdziwym szpitalu już nie będę. Marzenie o badaniach medycznych z każdym dniem bledło, a moje ciało coraz bardziej męczyło się życiem. W moim wieku powinnam kończyć studia licencjackie i zastanawiać się, czy zdawać egzamin MCAT czy GRE, ale przy tak niewielu zajęciach, jakie byłam w stanie upchnąć w grafiku w college’u środowiskowym, by pogodzić to wszystko z pracą, minie dekada, zanim dotrę do tego etapu edukacji.
– Dzięki, kochana. Wczesna ciąża i ścieki to nie jest dobre połączenie.
Szpitalne łazienki w piwnicy zawsze śmierdziały, ale w tej chwili unoszący się w powietrzu odór był wyjątkowo intensywny.
– Zajmę się tym – zapewniłam, machając ręką. – A ty sobie stąd idź. Nie chcę sprzątać jeszcze twoich rzygów.
Zaśmiała się i wyszła, a ja, już sama, wypuściłam długi, drżący wydech. Oparłam dłonie po obu stronach umywalki, zamknęłam oczy i spróbowałam oczyścić umysł.
Krzyki. Czarne robaki. Puste oczy.
Pokręciłam głową i odepchnęłam te myśli, nie pozwalając im mnie pochłonąć. Nie. Nie dzisiaj.
Do moich uszu dotarł cichy, ledwo słyszalny plusk wody. Otworzyłam oczy i zobaczyłam w lustrze odbicie kabin za sobą.
W ostatniej z nich dostrzegłam coś, czego nie zauważyłam, gdy tu weszłam – pod drzwiami wystawały podeszwy stóp w skarpetkach.
Gwałtownie się odwróciłam i poczułam ścisk w sercu. To pod drzwiami to zdecydowanie stopy.
– Czy ktoś tam jest? – zapytałam, choć doskonale wiedziałam, że odpowiedź na to pytanie jest twierdząca. Nad stopami zauważyłam rąbek znajomej szpitalnej koszuli. Takie nosili pacjenci.
Żaden z nich nie powinien korzystać z przeznaczonych dla personelu łazienek w piwnicy.
Znów usłyszałam cichy chlupot. Sądząc po ułożeniu stóp, w tej chwili ów ktoś raczej się nie załatwiał – ale mógł wymiotować.
– Czy potrzebujesz pomocy? Bo jeśli tak, to mogę po kogoś pobiec… – Wskazałam kciukiem w stronę drzwi, jakby ten ktoś mógł mnie zobaczyć.
Zero odpowiedzi.
Podeszłam bliżej na palcach.
– Źle się czujesz?
Nadal cisza.
Wreszcie stanęłam przy drzwiach kabiny i zajrzałam przez wąską szczelinę. Długie, rzadkie rude włosy opadały na koszulę rozchyloną na tyle, że odsłaniała bladą, plamistą skórę pleców i białą bieliznę. Kończyny, które widziałam, zwłaszcza noga i dłoń, miały nierówny, sinofioletowy odcień.
Od razu na myśl przyszło mi stężenie pośmiertne, ale odepchnęłam od siebie ten pomysł.
Natychmiast zrobiło mi się sucho w gardle i przełknęłam ślinę.
Proszę, niech wszystko będzie w porządku.
Zapukałam cicho, zauważając minimalny ruch niezamkniętych drzwi, i miałam nadzieję, że usłyszę pełen oburzenia protest przeciwko mojemu wścibstwu.
Nie padło ani jedno słowo.
Pchnęłam drzwi.
Głowa tej osoby spoczywała tuż pod deską sedesową, potargane kosmyki włosów zasłaniały twarz.
Wyciągnęłam drżącą rękę i chwyciłam szczupłe ramię, pociągając na tyle, by przechylić ją na bok. Przewróciła się na plecy, uderzając głową o ścianę kabiny, a gdy włosy opadły z jej twarzy, zatoczyłam się do tyłu.
Patrzyły na mnie znajome mleczne oczy mojej matki.
Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch. Gwałtownie tam spojrzałam i wypuściłam powietrze z płuc, dostrzegając długi, czarny, śliski kształt zsuwający się do muszli klozetowej.
Lodowaty strach mnie unieruchomił. Zamrugałam. Raz, drugi, trzeci.
Znów spojrzałam na moją matkę. Kolejny czarny, wijący się kształt przesunął się po fioletowych wargach, po śliwkowo zabarwionym policzku, aż na pokrytą kafelkami podłogę. Pełzł prosto w moją stronę.
Wyrwał mi się krzyk, odskoczyłam do tyłu i runęłam na tyłek.
Robak ruszył na mnie szybko i zdecydowanie.
Zanim jednak do mnie dotarł, wsunął się do odpływu podłogowego, mniej więcej w połowie drogi między mną a bezwładnym ciałem.
Rozległo się trzaśnięcie drzwi i znowu się wzdrygnęłam. Gdy Jayda wpadła do łazienki, zdążyłam się wyprostować.
– Lilia? Wszystko w porządku? Słyszałam krzyki.
Czułam pieczenie w nosie, zachciało mi się płakać. Pokręciłam głową, niezdolna do wydobycia słów.
Zmarszczyła czoło, podeszła bliżej i omiotła wzrokiem pomieszczenie.
– Co się stało?
– Musimy kogoś wezwać – wydusiłam, wskazując kabinę.
– Kogo? – Zdezorientowana odwróciła się w kierunku, który wskazywałam. – Lilia? Na pewno wszystko w porządku?
Znowu spojrzałam na kabinę i zobaczyłam pustkę. Nic nie wskazywało na to, że ktoś mógł tam być.
– Ja… eee… – Policzki zapiekły mnie ze wstydu, gdy uderzyła we mnie rzeczywistość. – Ja… – Mój umysł gorączkowo szukał wyjaśnienia, czegokolwiek, co zaprzeczałoby temu, że właśnie postradałam zmysły.
Jayda przestąpiła ponad moimi nogami i uchyliła drzwi sąsiedniej kabiny, po czym z krzykiem odskoczyła.
– Co, do cholery?!
Puls dudnił mi w uszach.
Czy ona też je widziała?
Zatykając nos rękawem, zaczęła się dławić i wycofała się.
– Czekaj… ja… zadzwonię po kogoś z obsługi technicznej. Po prostu poczekaj.
Zmarszczyłam czoło i podniosłam się z podłogi, gdy ona wyszła z łazienki. Zajrzałam do kabiny obok tej, w której widziałam moją matkę. Na powierzchni wody w toalecie unosiła się kula ciemnego futra z długim, nagim ogonem. Szczur.
To przynajmniej tłumaczyło zapach.
Mój oddech był ciężki i urywany, gdy oparłam się o ścianę naprzeciwko kabiny i ponownie osunęłam na podłogę.
Nogi miałam jak z ołowiu. Odrętwiający chłód pulsował w moich kończynach i klatce piersiowej. Bez wątpienia dostałam ataku paniki, bo ogarnęło mnie zimne, lepkie uczucie, tak jakby płuca zalała lodowata woda. Nabrałam pewności, że gdybym nie usiadła, straciłabym przytomność.
Z zamkniętymi oczami oddychałam przez nos, licząc do czterech. Ponad nieustannym dudnieniem krwi w uszach słyszałam spokojny głos Jaydy, gdy dzwoniła po kogoś z obsługi technicznej.
Gotujące się mdłości wystrzeliły z żołądka do gardła, ale przełknęłam odruch wymiotny. Kwas palił mnie w zatokach. Mocniej zacisnęłam powieki i zaczęłam jeszcze szybciej oddychać przez nos.
Odważyłam się otworzyć oczy i wpatrywałam się w pustą kabinę, wściekła na samą siebie o to, że miałam kolejny epizod na oczach koleżanki z pracy. Podniosłam się chwiejnie; na szczęście wcześniejsze mdłości opadły z gardła z powrotem do brzucha. Oddychanie przez nos pomagało.
Ścisnęłam zawieszoną na szyi małą fiolkę z prochami mojej matki. Nosiłam ją na jej starym różańcu, tym, który zwykle trzymała w kieszeni. Kiedyś opowiedziała mi o tym głupim przesądzie. Zawsze nosiła pierścień mojej babci nawleczony na łańcuszek. Gdy zapytałam, dlaczego ma go na sobie bez przerwy, powiedziała, że zmarli nigdy nie krzywdzą tych, którzy noszą coś, co do nich należało. Ja nawet nie wierzyłam w Boga, ale matka wierzyła i jakaś część mnie czuła, że powinnam zachować różaniec właśnie z tego powodu.
Moje mięśnie drgnęły, gdy drzwi znów się otworzyły.
Jayda przestąpiła tylko próg, zachowując do mnie dystans.
– Zadzwoniłam po konserwatora. Już schodzi. Wszystko w porządku?
Jej kojący głos przypomniał mi głos matki. Miała dwadzieścia trzy lata, była tylko o kilka lat starsza ode mnie, ale życie jakby postarzyło nas obie.
– Chyba tak. Po prostu… trochę się trzęsę.
– Nie, kochanie. Pytam, czy naprawdę wszystko z tobą w porządku.
Wiedziałam, co miała na myśli. Ostatnio wszystko mnie wytrącało z równowagi. Kto wie, co tym razem wywołało epizod. Może zapach. Może zobaczyłam szczura i mózg przerobił go na coś zupełnie innego. To zdarzyło się nie pierwszy raz. Jayda była świadkiem kilku sytuacji, kiedy widziałam coś, co w rzeczywistości nie istniało.
– Nic mi nie będzie. – Przez ostatnie cztery lata te cztery słowa stały się moją mantrą.
Nic mi nie będzie.
Przez większość czasu rzeczywiście tak właśnie było – z wyjątkiem chwil, gdy coś wyzwalało retrospekcje.
Albo gdy w halucynacjach widywałam sporadycznie moją matkę.
Czy jednak rzeczywiście wszystko było ze mną w porządku?
Dopiero czas miał to pokazać.
Lilia
Jazda metrem po pracy była do dupy. Jazda metrem po pracy po tym, jak w pracy zobaczyłam swoją martwą matkę, była… po prostu przerażająca. Choć Jayda namawiała mnie, żebym wyszła godzinę wcześniej niż zwykle, zostałam jeszcze chwilę, żeby nie zostawiać jej z całą robotą.
Nigdy nie wspomniałam jej o halucynacjach, nawet jeśli była mi bardziej przyjaciółką niż tylko koleżanką z pracy. A kiedy już opowiadałam o śmierci matki, nigdy nie mówiłam o czarnych robakach w jej ustach.
Głównym powodem było przeczucie, że one też nie były prawdziwe.
Według ojca Bee, Connera, tamtej nocy moja matka podcięła sobie żyły. Oficjalna historia głosiła, że Bee w końcu wyszła ze swojego pokoju i znalazła mnie nieprzytomną na podłodze w łazience, a mamę w wannie, z rozciętymi nadgarstkami. Wróciła wtedy do swojego pokoju i zadzwoniła po Connera, a kiedy on przyjechał, siedziała schowana pod łóżkiem, trzęsąc się i mamrocząc coś pod nosem.
W tej historii była jednak pewna luka. Pustka, która nigdy się nie wypełniła, choć przez wszystkie te lata próbowałam odtworzyć szczegóły tamtej nocy. Nie pamiętałam, żeby mama miała podcięte żyły. Na pewno odnotowałabym w pamięci tak makabryczny widok.
Kiedy jednak upierałam się, że widziałam, jak z jej ust wypełzają robaki, Conner zaprzeczył ich istnieniu i pokazał mi raport koronera. A tam, czarno na białym, przyczyna śmierci wyróżniała się spośród wszystkich innych makabrycznych szczegółów: utrata krytycznej ilości krwi wskutek samobójstwa. To wtedy po raz pierwszy stoczyłam się w mroczne miejsce, w którym nie potrafiłam już ufać samej sobie. W miejsce, gdzie rzeczywistość i koszmary zaczęły się przenikać.
Kilka miesięcy później poszłam do naszego lekarza rodzinnego, żeby zapytać o robaki. W zasadzie to głównie zaprzeczał moim słowom, twierdząc, że nigdy o czymś takim nie słyszał. Co miało sens, jeśli rzeczywiście je sobie wymyśliłam. Wyszukiwania w Google również nie przyniosły żadnych informacji o robakach, a żaden artykuł medyczny o pasożytach, który czytałam, nie zawierał opisu powikłań ani przebiegu objawów, jakie obserwowałam w trakcie choroby matki.
Nie miałam innego wyjścia, jak tylko zaakceptować fakt, że je sobie wyobraziłam. Trauma potrafi zrobić paskudne rzeczy z ludzką głową.
Kiedy w końcu wyszłam z pracy, czułam się, jakbym przebiegła maraton umysłowy. Wciąż nie byłam w pełni sobą, przez co metro wydawało się dziś inne. Groźniejsze.
Tuż po północy jedyną czynną trasą była czerwona linia. Śmierdziała szczynami, ale jeździła pusta. Po mieście kręcili się tylko narkomani i imprezowicze, z których kilkoro siedziało otępiałych albo spało. Covington to może nie najgorsze miasto w kraju, ale z pewnością nie należało do najbezpieczniejszych.
Intensywny zapach moczu w lipcowym upale to jednak tylko drobne rozproszenie wobec burzy, która wciąż szalała w mojej głowie.
Problem polegał na tym, że niewiele spałam. Wpadłam w błędne koło. Dręczyły mnie potworne koszmary, przez które przebywałam na jawie znacznie dłużej niż przeciętny człowiek. I przez to czasami widziałam rzeczy. A czasami to, co widziałam, utrudniało mi rozróżnienie, czy to sen, czy rzeczywistość.
Zamknęłam oczy i wzięłam kilka głębokich oddechów, ściskając różaniec. Gdy w końcu je otworzyłam, dostrzegłam lubieżne spojrzenie starszego mężczyzny siedzącego naprzeciwko. Jeśli sądzić po siwych pasmach we włosach i brodzie, musiał być pod pięćdziesiątkę. Blada skóra zdradzała, że rzadko bywał na słońcu. W wagonie jechała tylko jedna inna kobieta, może około sześćdziesiątki, leżała nieprzytomna w kącie. Pozostały tuzin rozrzuconych pasażerów stanowili mężczyźni.
Lęk społeczny zawdzięczałam matce, która zawsze odrzucała przekonanie, że ludzie są z natury dobrzy. W jej oczach każdy był seryjnym mordercą, dopóki nie udowodnił, że jest inaczej. Z biegiem lat odrobina tej paranoi przeszła także na mnie.
Puściłam różaniec i wsunęłam dłoń do kieszeni po nóż, który nosiłam ze sobą wszędzie – nawet do łóżka. Kupiłam go jakiś czas temu, gdy zdecydowałam się pracować na nocną zmianę.
Starszy mężczyzna jakby wyczuł mój niepokój, bo spuścił wzrok na wisiorek na mojej szyi. Zawieszone na czarnym łańcuszku prochy w środku stanowiły najczystszą postać mojej matki – cała choroba, która ją zabiła, została spalona. Pojawiła się we mnie potrzeba, by znów go ścisnąć, by chronić matkę przed jego spojrzeniem, ale zamiast tego odwróciłam wzrok, choć nadal czułam, że mnie obserwuje.
Głos z głośników ogłosił, że następny przystanek to mój. Z ulgą wstałam i nie patrząc na mężczyznę, pospieszyłam w dół wagonu. Pociąg już się zatrzymywał. Gdy tylko drzwi się otworzyły, wybiegłam na pusty peron.
– Hej! – zawołał za mną zachrypnięty, szorstki głos. – Hej, dziewczyno!
Cholerni pijacy. Miałam z nimi do czynienia co najmniej trzy razy w tygodniu i dziś kompletnie brakowało mi na to sił.
Zignorowałam go i ruszyłam w stronę schodów. Drżałam na całym ciele, ściskałam nóż w kieszeni tak mocno, że piekły mnie palce. Kliknięcie przycisku wysunęło ostrze. Dało mi odrobinę poczucia bezpieczeństwa, bo wyczuwałam je przez materiał przy udzie.
– Hej! Dziewczyno! – Głos był bliżej niż przedtem, ale nie odważyłam się odwrócić. – Stój!
Serce waliło mi w piersi, gdy rzuciłam się do schodów. Gdy postawiłam stopę na pierwszym stopniu, czyjś mocny uścisk ramienia wstrząsnął moimi mięśniami. Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę z metra. Wyciągnęłam nóż i przytrzymałam go drżącą dłonią między nami.
– Radzę, żeby mnie pan puścił. Natychmiast.
Puścił mnie, jednocześnie unosząc moją płócienną torbę.
– Zostawiłaś to.
Spojrzałam na nią, potem na niego i wkopało mnie w ziemię. Napięcie opadło z moich mięśni i wypuściłam oddech z drżącej piersi. Wyrwałam mu torbę z ręki i wsunęłam nóż z powrotem do kieszeni.
– Dziękuję.
Gęsta brew mężczyzny się uniosła.
– Uważaj na siebie.
Po tych słowach poczłapał z powrotem w stronę peronu.
Gdy zniknął mi z pola widzenia, zamknęłam oczy i nabrałam głęboko powietrza. Ogarnij się, Lilio.
•
Migający szyld Luminet Theater rzucał jasne światło na chodnik, gdy szłam Prather Street w stronę niepozornych drzwi tuż za wejściem do teatru. Położony nad nim kompleks apartamentów, w którym w zasadzie dorastałam, został zbudowany na początku lat dwudziestych, kiedy teatr w mieście przeżywał rozkwit. Sam budynek był czymś w rodzaju zabytku Covington – to tutaj pierwszy znany seryjny morderca w Massachusetts zostawił swoją ofiarę, znaną wówczas aktorkę, poćwiartowaną w garderobie. Mimo tego niesławnego wydarzenia i swej historii przez lata nie był dobrze utrzymywany. Chyba zwyczajnie brakowało pieniędzy na porządną renowację.
Weszłam po wąskich schodach, których zmęczone stopnie skrzypiały mi pod butami. Nawet ciężki zapach pleśni i kul na mole nie był w stanie wymazać odoru szczyn w moim nosie. Kiedy w końcu dotarłam do mieszkania, dźwięk głosów wzbudził we mnie pulsujący niepokój, zwłaszcza gdy rozpoznałam jeden z nich jako należący do przyjaciela Connera, Angela. Pojawił się jakieś cztery lata temu i uczepił nas jak brzydki pieprzyk na tyłku – taki powodujący czerniaka.
– Nie wiem, stary. Ci goście mają powiązania z kartelem – powiedział Conner za drzwiami. – A ja muszę myśleć o córce.
Przed śmiercią mama utrzymywała kontakt z Connerem głównie ze względu na Bee. Przez pierwsze dwa lata życia mojej siostry mieszkał z nami, dopóki mama go nie wyrzuciła, a on nie wylądował w Nowym Jorku i nie zamieszkał ze współlokatorami w jakiejś gównianej dzielnicy. Kilka lat przed chorobą mamy zgodził się do nas wrócić, żeby pomóc i spróbować zbudować relację z córką. W chwili śmierci mamy nie byłam jeszcze pełnoletnia, więc gdyby nie on, prawdopodobnie trafiłybyśmy do rodziny zastępczej, bo mama nie miała żadnych bliskich, o których bym wiedziała. Czasami Conner zachowywał się jak ostatni dupek, ale przynajmniej trzymał nas razem.
– To jebany tysiąc. Rozejrzyj się – warknął Angelo. – Nie żyjesz tu jak król.
Jakiś czas po śmierci mamy weszli razem w jakiś szemrany interes, który Conner przedstawiał jako zwykłe sprzedawanie zbieranego przez nich złomu. Ani przez sekundę w to nie wierzyłam, zwłaszcza że raz widziałam, jak obaj tłukli faceta na zapleczu naszego budynku. Ilekroć o tym wspominałam, wybuchała kłótnia kończąca się tym, że Conner kazał mi się nie wtrącać.
Nie podobało mi się to i, do cholery, Angelo też mi się nie podobał. Ten facet był lodem z gówna z nadgniłą, spleśniałą wisienką na wierzchu.
Marszcząc czoło, weszłam do małego mieszkania i zobaczyłam Angela rozwalonego na jednym z kuchennych krzeseł, podczas gdy Conner obok niego dopijał piwo.
Ten ostatni się wyprostował, najwyraźniej zaskoczony, że wróciłam pół godziny wcześniej niż zwykle.
– Hej, Lil, co słychać?
Miał niespełna czterdzieści lat i był chodzącym brudem, z tłustymi od smaru rękami i koszulami, pamiątką po warsztacie samochodowym, w którym pracował od sześciu lat.
Jego przyjaciel wyglądał na bardziej zadbanego, ale roztaczał zapach przypominający świeżo przekopaną ziemię zmieszaną z wonią sklepu żelaznego.
Gdy sączył piwo, paciorkowate czarne oczy Angela śledziły mnie aż do przeciwległego kąta pokoju, gdzie trzymałam się na dystans.
– Mieliśmy problem techniczny w pracy. – Patrzyłam na przemian na Connera i Angela, poprawiając torbę na ramieniu. – Znalazłam martwego szczura w jednej z łazienek.
– Super – parsknął Conner i upił kolejny długi łyk.
– Dziwię się, że nie przyniosłaś go na kolację – rzucił Angelo i nieznacznie się uśmiechnął.
– Gdybym wiedziała, że tu będziesz, to bym przyniosła.
Jego warga drgnęła. Angelo nie lubił, gdy ktoś mu się stawiał, zwłaszcza jeśli przy tym robił z niego głupka.
– Twój tatuś powinien chyba coś zrobić z tą twoją niewyparzoną gębą. – Podtekst w jego słowach sprawił, że z trudem przełknęłam obrzydzenie.
– Spokojnie. – Conner, jak zwykle tępy, lekko kopnął krzesło Angela akurat w chwili, gdy osiłek unosił piwo do ust. Płyn rozlał mu się na spodnie, a mordercze spojrzenie, które posłał mojemu ojczymowi, sprawiło, że ten nerwowo przestąpił z nogi na nogę. – Nie musisz być dupkiem.
– Maniery to dla dupków język obcy – wypaliłam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Niestety Conner nie miał jaj, żeby postawić się przyjacielowi, gdyby ten postanowił się na mnie odegrać, więc pyskowanie im nie było zbyt mądre.
Angelo posłał mi spojrzenie pełne jadu, ale na szczęście już nic więcej nie powiedział.
Conner ściągnął z blatu papierowy talerz z jednym kawałkiem pizzy.
– Lil, zostawiłem ci kolację, na wypadek gdybyś była głodna. – Rzucił talerz na stół, naprzeciwko Angela.
Pod wpływem uderzenia ser zsunął się na bok w sposób, który skutecznie odebrał mi apetyt.
Chociaż i tak niewiele bym zjadła. W myślach wciąż miałam tylko te robaki.
Zadzwonił telefon i Angelo przestał tak groźnie na mnie patrzeć. Conner odebrał. Rozłączył się po kilku krótkich „aha” i „tak”.
– Kurwa! Te pieprzone ptaki! Callahan znowu marudzi, że zasrały cały beton.
Ptaki mojej matki. Na dachu budynku stały duże klatki z około dwudziestoma ptakami – głównie gołębiami i wróblami. Nasza sąsiadka Winnie, przyjaciółka mamy mieszkająca na tym samym korytarzu, zaproponowała, że zajmie się nimi po jej śmierci, ale nie zawsze dokładnie po nich sprzątała.
– Przepraszam. To był pracowity tydzień. Posprzątam.
– Nie, spoko. Chce, żebym zerknął też na jej zlew.
Oprócz pracy w warsztacie samochodowym przy ulicy Conner był nieoficjalną złotą rączką w budynku, za co dostawaliśmy sto dolarów zniżki na czynsz.
– Zaraz wracam – powiedział, odstawił piwo na blat i przemknął obok mnie.
Wyglądało na to, że wdowa Callahan ostatnio dzwoniła do niego wyjątkowo często. Musiałabym być w śpiączce, żeby nie zauważyć, że coś się między nimi dzieje. Nie żebym się tym przejmowała, poza tym, że nienawidziłam zostawać sam na sam z Angelem.
Po wyjściu Connera jego przyjaciel zapalił papierosa; zapach tanich fajek natychmiast wypełnił pokój.
– Tu nie wolno palić.
Kącik jego ust uniósł się w obrzydliwie cwaniackim uśmiechu.
– To podejdź i mi go zgaś. No, odważ się.
Przewróciłam oczami i minęłam go w drodze do zlewu po szklankę wody, bo nagle zaschło mi w gardle. Poszłabym prosto do swojego pokoju, ale bałam się, że pójdzie za mną. Lepiej było trzymać się bliżej kuchennych noży.
– Co ty tu robisz tak późno? – Zerknęłam przez ramię i gdy przyłapałam go na gapieniu się na mój tyłek, fala kwasu podeszła mi do gardła. Wypiłam wodę jednym haustem, tłumiąc chęć opieprzenia go za to spojrzenie.
– Mała kotko Lili – powiedział, ignorując moje pytanie. – Już nie jesteś taka mała, co, kociaku?
– Nie nazywaj mnie tak.
– A czemu ci to przeszkadza? Masz chłopaka czy co? – Gdy nie odpowiedziałam, zachichotał, a dźwięk ten działał mi na nerwy. – Nie. Oczywiście, że nie masz chłopaka. Faceci to dupki, prawda?
– W zasadzie tak.
– A dotykałaś kiedyś któregoś? No wiesz. Kutasa.
Pokręciłam głową i odstawiłam szklankę do zlewu. Oficjalnie przekroczył granicę mojej cierpliwości. Gdy jednak się odwróciłam, żeby odejść, stał już za mną, niemal przygniatając mnie do blatu.
– Taka ładna dziewczyna jak ty… Wydaje się, że powinnaś już dotykać całej masy kutasów.
Odepchnęłam się od zlewu, próbując go minąć, ale mnie docisnął, a w mojej głowie zadźwięczały wszystkie dzwonki alarmowe.
– Puść mnie, ty pierdolony zboczeńcu – wysyczałam przez zaciśnięte zęby i wyrwałam ramię z jego uścisku.
Palce z ostrymi paznokciami wbiły mi się w gardło. Zamarłam, zgrzytając zębami z wściekłości, gdy nachylił się ku mnie, jakby zamierzał mnie pocałować.
Wpatrywał się w moje usta z uśmiechem, a jego oddech cuchnął piwem i papierosami.
– Czasami wyobrażam sobie twoją krew na moim fiucie i robię się od tego twardy. – Zimne, czarne spojrzenie przeniosło się z moich ust na oczy, uśmiech zniknął z jego twarzy. – Przeszkadza ci, kiedy tak mówię?
Przygryzłam wnętrze policzka, próbując opanować drżenie szczęki. Ten facet przerażał mnie jak cholera, ale nie zamierzałam mu tego okazać. Coś mi mówiło, że strach go podnieca.
Nóż. W kieszeni miałam nóż, ale tak bardzo się trzęsłam, że pewnie bym go upuściła, zanim zdążyłabym nim cokolwiek zrobić.
– Jeśli mnie teraz nie puścisz, zacznę, kurwa, krzyczeć.
– To, kurwa, krzycz – zakpił. – No, dawaj. Myślisz, że ktoś w tej okolicy się tym przejmie? – Zaciągnął się papierosem i dmuchnął mi dymem w twarz.
Zacisnęłam usta i wykręciłam się na tyle, na ile pozwalał jego uścisk, odmawiając wciągnięcia dymu.
– Gdyby nie ja, twój stary tonąłby teraz w długach. To ja utrzymuję twoją siostrę w tej pierdolonej szkole dla czubków. I to ja sprawiam, że nie musisz sprzedawać swojej ślicznej kociej dupki na ulicy, żeby zapłacić za studia.
Po śmierci mamy stan psychiczny Bee gwałtownie się pogorszył. Popadła w taki rodzaj depresji, że przez całą noc sprawdzałam, czy żyje, a w dzień wydzwaniałam do szkoły. Moja terapeutka zasugerowała placówkę z internatem – Bright Horizons, nastawioną na dbanie o zdrowie psychiczne – i zaproponowała ocenę Bee pod kątem przyjęcia. Siostra przeszła ją śpiewająco i udało się nawet uzyskać niewielką pomoc finansową na część czesnego. Resztę pokrywaliśmy z Connerem po połowie. Dokładał się niechętnie, bo uważał, że choroby psychiczne to stek bzdur. Ten skurwiel naprawdę miał czelność powiedzieć mi to prosto w twarz. Przysięgam, że powstrzymanie się przed przywaleniem mu wymagało nadludzkiej siły woli.
Nie mogłam jednak ryzykować jego gniewu. Potrzebowałam jego pieniędzy dla Bee, więc wkurzanie go nie wchodziło w grę. Dlatego zostałam w tym ciasnym mieszkaniu nad teatrem, pracowałam na gównianej nocnej zmianie i brałam minimalną liczbę zajęć w college’u w każdym semestrze.
I dlatego znosiłam Angela.
– Lepiej, żebyś nie wciągał nas w żadne kartelowe gówna – powiedziałam.
Natychmiast pożałowałam tych odważnych słów.
Obnażył zęby i jeszcze mocniej chwycił moje gardło, a nacisk przyspieszył mi tętno. Nie na tyle, by całkiem zamknąć drogi oddechowe, ale wystarczająco, bym była posrana ze strachu; wiedziałam, że mógłby to zrobić.
– Myślisz, że jesteś taka cholernie mądra, co? Jaki obiecujący mały naukowiec szoruje muszle z gówien? Co? No?
Drapałam jego palce, nie pozwalając, by na mojej twarzy pojawił się strach. Jedna dłoń wciąż miażdżyła mi gardło, a ta z papierosem ściskała mój nadgarstek. Spojrzał w dół.
– Memento mori – przeczytał z tatuażu na moim przedramieniu. – Jesteś jedną z tych mrocznych suk, które cały czas fantazjują o śmierci, tak?
Wcale nie o to chodziło. W rzeczywistości ten tatuaż był przypomnieniem o pokorze, ale co taki debil mógł o tym wiedzieć.
– Puść. Mnie. Natychmiast.
Zachichotał i zwolnił uścisk na mojej szczęce.
Wreszcie wolna, odskoczyłam od niego jak najdalej, wciąż drżałam po tym starciu.
Zgasił papierosa w moim kawałku pizzy, nienadającym się już do niczego. Nie żebym miała ochotę ją zjeść, piekło mnie w gardle, a żołądek skręcił się w ciasny supeł. Angelo posłał mi ostatnie szydercze spojrzenie i wyszedł z pokoju. Minutę później rozległo się trzaśnięcie drzwiami oznajmiające jego wyjście, a ja wypuściłam powietrze z płuc.
Ogarnij się.
Wyrzuciłam pizzę do kosza i ruszyłam do swojego pokoju. Gdy tylko znalazłam się w środku, trzasnęłam drzwiami i oparłam o nie czoło, pozwalając, by opadł poziom adrenaliny po popieprzonym spotkaniu z tym typem. Cały czas walczyłam ze łzami.
Nienawidziłam go. Byłam wściekła, że Conner mu ufał i go do mnie dopuszczał. I że w obecności tego dupka czułam się taka słaba. I bezbronna.
Kilka głębokich wdechów pomogło mi uspokoić walenie serca. Już go nie ma. Już dobrze.
Z tą myślą odwróciłam się do swojego pokoju – mojego azylu, pełnego książek, świec, małych aptekarskich słoiczków z ulubionymi suszonymi ziołami i solami tkankowymi, które dostałam od Glindy, właścicielki sklepu homeopatycznego ulicę dalej. Gdy mama zachorowała, często tam bywałam.
Po drodze do szafy rzuciłam torby obok łóżka i zdjęłam z górnej półki małe pudełko na drobiazgi. Gdy je otworzyłam, zobaczyłam zbiór niepowiązanych ze sobą przedmiotów – małych skarbów, które zbierałam przez ostatnie lata. Kości martwego wróbla, jaskrawoczerwone pióro kardynała, o którym mama zawsze mówiła, że jest darem od aniołów, żebro wiewiórki i sześć moich mlecznych zębów w małej buteleczce z korkiem. Pod tym wszystkim leżało zdjęcie mnie i mamy sprzed jej choroby, jedna ze spinek Bee z żółto-białą pszczołą, dziwne monety i kamienie, które zbierałam, oraz kryształ, który Glinda dała mi dla ochrony.
Włożyłam do pudełka różaniec, po czym zamknęłam je i odstawiłam z powrotem na górną półkę. Następnie zrzuciłam buty i kompletnie wyczerpana padłam na łóżko. Musiałam się wyspać. Rano czekało mnie spotkanie z profesorem.
Dwa tygodnie temu napisałam pracę na mikrobiologię. Studium przypadku. Zadanie polegało na wymyśleniu jakiejś fikcyjnej choroby, więc wykorzystałam okazję i napisałam o chorobie mojej matki. To było coś w rodzaju oczyszczenia z poczucia winy, bo spisanie tych wydarzeń pomogło mi uświadomić sobie, jak bardzo popierdolone było to, że w tygodniach przed jej śmiercią stałam się jej główną opiekunką. Odmawiała wizyty u lekarza i stanowczo nie chciała, żebym zabrała ją do jakiegokolwiek szpitala, bez względu na to, jak kiepsko z nią było.
Zamiast opisywać samobójstwo na końcu, napisałam jednak o robakach. Uznałam, że skoro i tak nie istniały, to nikomu nie zaszkodzi. W pracy nazwałam chorobę zespołem Czarnego Robaka – i najwyraźniej owo urocze studium przypadku zapewniło mi spotkanie z profesorem o świcie, jeszcze przed zajęciami.
Nie podałam w pracy imienia matki. Nie wspominałam też, że to w ogóle była moja matka. Zawsze bezwzględnie strzegła swojej prywatności. Choć miałam wtedy tylko szesnaście lat, wciąż obwiniałam się o jej śmierć. O to, że nie nalegałam, by to sprawdziła, gdy zaczęło się pogarszać i widywała rzeczy, które nie istniały.
Zwłaszcza że być może ostatecznie by ją to uratowało.
Po drugiej stronie pokoju, nad moim prowizorycznym biurkiem z drewnianych skrzynek i sklejki, wisiał obraz namalowany przez mamę na długo przed chorobą. Pejzaż nadmorskiego klifu z prastarym dębem, którego powyginane konary podtrzymywały małą huśtawkę. Zawsze przynosił mi spokój – był tak różny od tego gównianego mieszkania w gównianym mieście. Kiedyś zapytałam ją, czy kiedykolwiek tam była.
– We śnie – odpowiedziała.
Ponury ból rozlał mi się w piersi, gdy sięgnęłam po zdjęcie przypięte do ściany obok łóżka. Byłyśmy na nim ja, mama i Bee. Zrobiono je około dwóch lat przed chorobą mamy. Zawsze miała w sobie jakąś jasność, ale tamtego dnia, gdy słońce podświetlało niemal bordowe pasma jej włosów, wyglądała wyjątkowo. Miała w sobie piękno nieokiełznanego płomienia – niszczycielskiego i dzikiego.
Przez całe życie słyszałam, że jestem jej wierną kopią.
Ja jednak nigdy nie miałam szansy być dzika i nieokiełznana. Zawsze czułam się raczej jak płomień w kominku elektrycznym – fałszywy, zamknięty za szkłem, pozbawiony potencjału. Gdy mama zachorowała, życie skuło mnie kajdanami i jakoś nie potrafiłam się z nich wyrwać.
Bee odziedziczyła część jej cech, ale znacznie więcej wzięła po Connerze. Ja i mama miałyśmy oczy jasne, niebieskozielone, jej były piwne jak u ojca. W przeciwieństwie do Bee ja nigdy nie poznałam swojego. Zdaniem mamy okazał się nieudacznikiem, więc nigdy mnie specjalnie nie interesował.
Siostra różniła się ode mnie także guzem nad prawym okiem – torbielą skórzastą, z którą się urodziła. Była dla niej źródłem kompleksów, odkąd poszła do szkoły i jej gówniani rówieśnicy zaczęli się z niej nabijać. Niestety mama nigdy nie miała pieniędzy, by zapłacić za jej usunięcie, więc wciąż nieco deformowała oko, choć ostatnio Bee jakby mniej się tym przejmowała.
Gdy patrzyłam na naszą małą, ale rozbitą rodzinę, wijący się lęk skręcał się we mnie coraz mocniej.
Pomóż mi!
Mamo, nie!
Odległe krzyki odbijały się echem w moich myślach. Zacisnęłam powieki i potrząsnęłam głową.
Nie, nie. Nie patrz na to. Nie patrz.
Czerń cofnęła się z powrotem w kąt mojego umysłu. Wypuściłam drżący oddech i znów otworzyłam oczy. Zdjęcie delikatnie poruszyło się w moich roztrzęsionych rękach, gdy uspokajałam oddech.
Spokojnie. Już po wszystkim.
Przypięłam fotografię z powrotem do ściany i spod łóżka wyciągnęłam jedne z czarnych kajdanek, które tam trzymałam – dosłownie kajdanek BDSM na nadgarstek, które jakiś czas temu kupiłam w sex shopie. Po przymocowaniu jednego końca do metalowej ramy łóżka zawahałam się na moment i upewniłam, że Angelo nie postanowił wrócić, by dalej mnie nękać. W pokoju panowała cisza przerywana jedynie odgłosami mieszkania – szumem klimatyzatora w oknie salonu, samochodami na Prather Street i przytłumioną muzyką z teatru poniżej.
Uspokojona wsunęłam scyzoryk pod poduszkę i przymocowałam drugi koniec kajdanek do nadgarstka. Tylko na rzep, więc w razie potrzeby mogłam się szybko uwolnić. To był właściwie jedyny skuteczny sposób, by powstrzymać mnie przed lunatykowaniem, choć nie należał on do najbezpieczniejszych. Próbowałam kiedyś leków, ale bez ubezpieczenia nie było to już możliwe. Z uwagi na to, ile razy nagle odzyskiwałam przytomność umysłu poza domem i nie wiedziałam, co się wydarzyło, uznałam, że muszę coś zrobić. Wybrałam dziwny sposób, ale działał. Wystarczyło zakuć jedną rękę, bo szarpanie i brzęk metalu zwykle mnie budziły. I dobrze.
Miałam przeczucie, że czeka mnie niespokojna noc.
Lilia
Profesor Wilkins siedział naprzeciwko mnie, z surowym i jak zawsze nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Na tle gabinetów innych wykładowców jego wyróżniał się wyrafinowanym wystrojem – bordowe skórzane fotele, masywne biurko z drewna wiśniowego z dopasowaną komodą, lampy imitujące światło dzienne oraz regały pełne książek za plecami. Pomieszczenie to idealnie pasowało do jego osobowości – był chyba jedynym profesorem, jakiego znałam w Covington Community College, który codziennie nosił muszkę i mówił jak ktoś wyjęty prosto ze starego filmu z Carym Grantem.
Po chwili porządkowania kilku porozrzucanych kartek na biurku splótł palce, oparł łokcie na biurku i na mnie spojrzał.
– Panno Vespertine… w sprawie pracy, którą pani napisała…
Ostry ból dolnej wargi przypomniał mi, żebym przestała ją przygryzać – wykształciłam w sobie ten zły nawyk, by nie obgryzać paznokci.
– Proszę pana, czy ja… czy mam kłopoty? Chciałabym to wiedzieć od razu. Zerwać plaster, że tak powiem.
Oparł się w fotelu i przez chwilę mi się przyglądał.
– Nie. Z całą pewnością nie ma pani żadnych kłopotów.
Odetchnęłam i puściłam podłokietniki fotela, które wcześniej kurczowo trzymałam.
– Co za ulga.
– Praca, którą pani napisała, panno Vespertine, była niezwykle wciągająca. Fascynująca, pełna szczegółów. Wykazała pani wyjątkowy wgląd w opisany przez siebie fikcyjny organizm. Opowieść o tych robakach brzmi przerażająco.
Zamknęłam oczy i pod powiekami przemknęło mi wspomnienie żyjątek wysuwających się z ust mojej matki w wizji, którą miałam poprzedniej nocy. Całą noc dręczyły mnie koszmary, w których widziałam je pełzające po podłodze i wychodzące z ludzkich ust.
– Chyba mam bujną wyobraźnię.
– Jestem ciekaw, co stało się z osobą, którą opisała pani w pracy.
– Co ma pan na myśli?
– Nie uwzględniła pani jej losu w podsumowaniu na końcu. Opisała pani jedynie przebieg choroby, jej postęp oraz własne obserwacje. – Złożył palce i oparł się w fotelu, a w jego oczach pojawił się niepokój.
– Cóż… przypuszczam, że skoro nie zaproponowałam lekarstwa, nie chciałam wspominać o jej losie.
– A dlaczego nie stworzyła pani lekarstwa?
Wzruszyłam ramionami i cicho odchrząknęłam.
– Zadanie polegało wyłącznie na opisaniu fikcyjnej choroby i jej wpływu na fizjologię człowieka.
– Co znakomicie pani zrobiła. Do tego stopnia, że czuję się zobowiązany zapytać, skąd wzięła się ta konkretna choroba.
Czy ktoś jeszcze napisał coś podobnego? Nie rozumiałam, dlaczego wezwał mnie i zadawał takie pytania.
– Pan wybaczy, ale ja to wymyśliłam. Powiedział pan, że nie mam kłopotów, a jednak czuję się, jakby mnie pan o coś oskarżał.
Napięcie na jego twarzy złagodniało, wreszcie pokręcił głową i parsknął cicho śmiechem.
– Proszę wybaczyć. Nie oskarżam pani o nic, panno Vespertine. – Westchnął i znów utkwił we mnie wzrok. – Organizm, który pani opisała, nie jest fikcyjny. Owszem, istnieją tysiące pasożytów, jednak symptomy, które pani przedstawiła, są bardzo charakterystyczne dla jednego konkretnego gatunku.
Szok ścisnął moją pierś, jego słowa zaczęły rozbrzmiewać mi w myślach echem.
– C-co pan właśnie powiedział? – zapytałam słabym głosem.
– Powiedziałem, że organizm opisany w pani pracy nie jest fikcyjny. On istnieje.
Istnieje. Jest prawdziwy.
Nie wymyślony. Nie w mojej wyobraźni. Nie. To nie mogło być prawdą.
– Żartuje pan?
Pokręcił głową, zachowując kamienną twarz.
– Nie wezwałbym pani na spotkanie tylko po to, żeby sobie z pani pożartować.
A jednak musiał to być żart. Przez lata mówiono mi, że coś sobie ubzdurałam. Wmawiano mi, że to, co widziałam, było zniekształcone przez traumę po samobójstwie matki. Z czasem zaakceptowałam to wyjaśnienie. Że to kłamstwo stworzone przez mój umysł, by chronić serce – bo inaczej jej śmierć nie miała sensu. Za bardzo kochała mnie i Bee, by pozwolić sobie na taki upadek, by zakończyć życie w tak potworny sposób.
Wszystko we mnie zaczęło się rozpadać. Pękać jak kruche gałęzie, które dotąd trzymały mnie przy jakiejś wersji prawdy.
Informacja ta była jednocześnie potwierdzeniem i źródłem przerażenia.
– Nie znajdzie pani informacji o tym organizmie w podręcznikach ani w internecie. – Profesor Wilkins przerwał moją gonitwę myśli. – A to dlatego, że badania wciąż trwają i są prowadzone prywatnie.
– Prywatnie? Wydaje mi się, że coś zdolnego do zakażenia człowieka powinno być wiedzą publiczną.
– Za chwilę do tego wrócimy. – Podniósł stos leżących obok papierów, a ja dostrzegłam tytuł mojego studium przypadku. – Po przeczytaniu pani pracy przesłałem ją do recenzji koleżance. Nazywa się Loretta Gilchrist. Jest profesorką entomologii i dziekanką Wydziału Nauk Przyrodniczych na Uniwersytecie Dracadia. Zna pani tę uczelnię?
Drogi, snobistyczny uniwersytet, na który złożyłam aplikację latem przed ostatnim rokiem nauki, kiedy jeszcze marzyłam o karierze prawniczki, choć doskonale wiedziałam, że mnie nie przyjmą. Owszem, znałam go. Oczywiście odrzucono moją kandydaturę. I całe szczęście, bo później zmieniłam kierunek i postanowiłam znaleźć lekarstwo na zagadkową chorobę, która zniszczyła moją matkę.
– Tak, słyszałam o nim. Prawo, prawda?
– Mają Wydział Prawa, to prawda. Ale o wiele bardziej znani są z badań medycznych.
– Cóż… są jakby poza moim zasięgiem, więc nic dziwnego, że o tym nie wiedziałam.
– Jeśli chodzi o dobór kandydatów, stosują ostrą selekcję. To niezwykle prestiżowa uczelnia. Korytarzami Dracadii kroczyło wielu wybitnych ludzi. – Wyprostował się z dumą. – To moja alma mater.
Choć bardzo chciałam zapytać, dlaczego w takim razie wykłada mikrobiologię ogólną w zwykłym college’u, ugryzłam się w język.
– Tak jak przypuszczałem, profesor Gilchrist również była pod wrażeniem. – Sięgnął do szuflady biurka i wyjął z niej czarną kopertę, którą mi podał. – Najwyraźniej podzieliła się pani pracą z dziekanem do spraw rekrutacji, doktorem Langmore’em, który poprosił mnie o przekazanie pani tego.
Zmarszczyłam czoło, przyjmując niezaadresowaną kopertę. Była zalakowana złotym woskiem z odciśniętą literą „D” w staroangielskim stylu.
– Co to jest?
– To dla pani. Proszę otworzyć.
Surowość, z której słynął, ustąpiła czemuś zupełnie do niego niepodobnemu. Uśmiechał się szeroko, a błysk ekscytacji w jego oczach wzbudził we mnie jednocześnie zaciekawienie i niepokój.
Złamałam pieczęć. W środku znajdowała się kolejna czarna koperta, tym razem zaadresowana do mnie pięknie wykaligrafowanymi złotymi literami. Wewnątrz znalazłam gruby pergamin, złożony idealnie na trzy części. Na górze widniała pieczęć z tą samą literą „D”.
Szanowna Panno Vespertine,
w imieniu Uniwersytetu Dracadia z przyjemnością oferujemy Pani przyjęcie na Wydział Nauk Przyrodniczych. Nasza uczelnia szczyci się doskonałością akademicką oraz przełomowymi badaniami medycznymi. Wierzymy, że Pani osiągnięcia, wraz z osobistą rekomendacją profesora Wilkinsa, czynią Panią idealną kandydatką do naszego programu studiów licencjackich.
W ramach przyznanego Pani stypendium akademickiego na semestr jesienny pokryte zostaną także wszystkie koszty podróży, podręczników oraz zakwaterowania.
Jeśli zamierza Pani skorzystać z oferty, pociąg o północy z Covington Park zapewni transport do portowego miasta Thresher Bay w stanie Maine. Następnie promem uda się Pani na wyspę Dracadia.
Warunkiem immatrykulacji jest pomyślne ukończenie procesu rejestracji. Zachęcam do zalogowania się na swoje konto studenckie, które pozwoliłem sobie już dla Pani założyć, aby mogła Pani rozpocząć rejestrację na zajęcia semestru jesiennego. Przypominam, że zajęcia rozpoczynają się pierwszego września.
Ze względu na konkurencyjny charakter naszej uczelni prosimy o możliwie szybki kontakt. W razie jakichkolwiek pytań lub wątpliwości pozostaję do dyspozycji pod adresem e-mail oraz numerem telefonu podanymi poniżej.
Z niecierpliwością czekamy na Pani odpowiedź.
Z wyrazami szacunku
Gilbert Langmore
dziekan ds. rekrutacji
Biuro: 555–721–3699
Wpatrywałam się w list, a kiedy czytałam jego fragmenty po raz drugi, dezorientacja na mojej twarzy musiała być bardzo wyraźna.
– Ja nie… ja nie rozumiem. Odrzucono moją kandydaturę. I słusznie, bo to zdecydowanie poza moim zasięgiem. To przecież nie ma żadnego sensu.
– Składała tam pani wcześniej podanie na studia medyczne?
– Nie. Wtedy planowałam iść na prawo. Zmieniłam zdanie.
– Cóż, wygląda na to, że oni również zmienili zdanie. Choć przyznam, że nie spodziewałem się, iż moja rozmowa z profesor Gilchrist zakończy się przyjęciem, muszę powiedzieć jedno: pod względem akademickim ma pani odpowiednie predyspozycje, panno Vespertine. Proszę nie mieć żadnych wątpliwości co do swoich kwalifikacji. – W jego słowach pobrzmiewał dziwny entuzjazm, który jakoś wcale mnie nie poruszył.
– Doceniam to, ale… zaoferowano mi jeden semestr. Nie ma mowy, żebym mogła sobie pozwolić na taką uczelnię. Z trudem opłacam czesne w Covington.
– Jeden semestr z możliwością kontynuacji. Uczelnia kładzie duży nacisk na zatrzymanie studentów i sukcesy akademickie. Podejrzewam, że po zakończeniu semestru dokonają ponownej oceny i złożą nową ofertę.
Nadal trzymając list w jednej dłoni, roztarłam napięty kark.
– Proszę mi wybaczyć, nie chcę wyjść na niewdzięczną, ale informowanie o przyjęciu na uczelnię w taki sposób wygląda na… nieoficjalne.
Ekscytacja na jego twarzy ustąpiła szczerości.
– Skoro nie składała pani aplikacji, doktor Langmore mógł uznać, że gdyby wysłał pismo do pani domu, nie zostałoby ono potraktowane poważnie.
Racja. Gdybym dostała w domu takie eleganckie zaproszenie z uczelni, która wcześniej mnie odrzuciła, uznałabym to za oszustwo i wyrzuciła kopertę do kosza.
– Musi pani zrozumieć, panno Vespertine, że Dracadia otrzymuje rocznie ponad trzydzieści tysięcy podań od badaczy i osób pragnących zrobić karierę w naukach medycznych. Ich współczynnik przyjęć wynosi dwa i pół procent. Znacznie mniej niż w Yale, Harvardzie, Stanford czy Princeton. To mniej niż tysiąc studentów.
Umiałam liczyć. Gdybym sama aplikowała na kierunek medyczny, moje szanse bez rekomendacji Wilkinsa byłyby znikome. Prawdopodobnie zerowe.
– Ta uczelnia… ona naprawdę znajduje się na Dracadii?
Małej wyspie u wybrzeży Maine, jeśli dobrze pamiętałam z geografii.
– Tak.
Jeszcze mocniej roztarłam kark.
– To ponad trzy godziny drogi.
– Pani stypendium obejmuje zakwaterowanie i podróż.
Kolejne spojrzenie na list potwierdziło, że mieszkanie i transport są wliczone. Dracadia była jednym z tych miejsc, które – jak Martha’s Vineyard – zawsze uważałam za wakacyjny raj dla bogaczy. Koszt nawet jednego semestru musiał być absurdalny, co tylko utrudniało mi przyjęcie tej propozycji.
– Skąd wzięli moje aktualne oceny i wyniki testów?
– Jako podmiot prywatny nie mają obowiązku stosować standardowych kryteriów oceny kandydatów. Mogliby przyznać stypendium tylko dlatego, że spodobało im się pani nazwisko. I proszę mi wierzyć, to się zdarza.
– Jak na uczelnię, która szczyci się zatrzymywaniem studentów i sukcesami akademickimi, to niezbyt rozsądne.
Parsknął cicho i skinął głową.
– Rozumiem pani obawy. I niedowierzanie. Proszę pozwolić, że wrócę do kwestii tamtego organizmu i badań. To Dracadia zajmuje się tymi badaniami, panno Vespertine. A organizm nazywa się Noctisoma. To pasożyt występujący głównie na wyspie i bardzo rzadko zakażający ludzi. Nie jesteśmy dla niego zbyt dobrym gospodarzem, a nie wszyscy lekarze są świadomi jego zdolności do infekowania ludzi. Dlatego tak mnie zaintrygowało, że wie pani o nim tak dużo, skoro niemal nigdy nie jest diagnozowany poza Dracadią.
Czyli to nie jest typowy patogen ludzki.
– Może to tylko zbieg okoliczności.
– Nie sądzę. Sposób, w jaki opisała pani wydostawanie się robaków z ust pacjentki, jest dość jednoznaczny, przynajmniej według profesor Gilchrist. Na początku roku powiedziała mi pani, że chce znaleźć lekarstwo na to, co odebrało życie pani matce. Czy nie takie były pani słowa podczas naszego pierwszego spotkania?
Były. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak dokładnie je zapamiętał.
– Nie chciałem wnikać w szczegóły jej choroby. Jednak jeśli pacjentka z pani studium przypadku to rzeczywiście pani matka, to czy naprawdę chce pani zrezygnować z możliwości studiowania na jedynej uczelni uprawnionej do badań nad tym pasożytem? Nawet jeśli tylko przez jeden semestr? Czy odpowiedzi na pani pytania nie są tego warte?
Owszem. Były warte wszystkiego. Przez całe życie szukałam odpowiedzi. Lekarze i specjaliści, do których sama docierałam, nigdy mi ich nie dali.
– Co sprawia, że ten organizm jest zdolny zakażać ludzi?
– Ewolucja, oczywiście. Ale wymaga nośnika transmisji. Przyznam, że nie znam go na tyle dobrze, by móc opisywać mechanizm, jednak na Dracadii pracuje ekspert od noctisomy. Profesor Bramwell. Wykłada neuroparazytologię i anatomię makroskopową, ma też dyplomy z anatomopatologii i patologii sądowej. To on przeprowadza sekcje zwłok w przypadkach podejrzenia noctisomy.
Bramwell. Zapamiętałam to nazwisko.
– I to mój tekst zdecydował o przyjęciu?
– Tak właśnie obstawiam. Jak mówiłem, był niezwykle imponujący, zademonstrowała w nim pani szeroki zakres wiedzy. I to w wielu dziedzinach: parazytologii, fizjologii oraz metod badawczych.
Wstał z fotela i sięgnął po zdjęcie z półki za sobą. Przez chwilę mu się przyglądał, po czym położył je na biurku. Przedstawiało jego młodszą wersję stojącą przed starym kamiennym budynkiem z ostro zakończonymi wieżami, przypominającym Katedrę Notre Dame.
– Mogę pani powiedzieć z własnego doświadczenia: gdy raz trafi pani na Dracadię, nie będzie chciała pani jej opuścić.
Robaki istniały. I to nie w mojej głowie. Były prawdziwe.
I istniała uczelnia, która się nimi zajmowała.
Ta możliwość wydawała się nierealna. Jak sen, który sięgnął po moje najgłębiej zakorzenione wspomnienia i lęki, by stworzyć coś zupełnie nieprawdopodobnego – uczelnię z najwyższej ligi zapraszającą dziewczynę, której ledwie starczało na bilet autobusowy.
– Czy mogę się nad tym zastanowić?
– Oczywiście. Ale pierwszy semestr zaczyna się po Święcie Pracy. Na pani miejscu nie zwlekałbym zbyt długo. Jak już wspomniałem, te miejsca są nieliczne i rzadkie.
Dziwne, niewytłumaczalnie nostalgiczne ciepło rozlało się we mnie, gdy ponownie spojrzałam na zdjęcie.
– Rozumiem. I dziękuję, profesorze. Doceniam pańskie zaufanie.
Lilia
Powinnam była uczyć się do zdalnego egzaminu z fizyki, a nie szukać po internecie informacji na temat Uniwersytetu Dracadia. Zwłaszcza że nie był dla mnie realną opcją. Studiowanie tak daleko, w trybie dziennym, oznaczałoby, że nie byłabym w stanie pokrywać połowy czesnego Bee. Na dodatek Conner na pewno by wpadł w szał, gdybym mu powiedziała, że nie mogę już dorzucać się do czynszu. Bez wątpienia wypomniałby mi wtedy czesne Bee i natychmiast wyciągnąłby ją z Bright Horizons.
Mimo to oglądanie zdjęć uczelni sprawiało mi ból.
