Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 136 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Noc w Nowym Jorku - Day Leclaire

Emma Worth spędziła w Nowym Jorku jedną cudowną noc z przypadkowo poznanym biznesmenem, Chase’em Larsonem. Ponownie spotkali się po dwóch miesiącach i wtedy wiedziała już, że jest w ciąży. Ku jej zdumieniu Chase natychmiast zaczyna nalegać na ślub. Ona jednak nie wyobraża sobie małżeństwa z innego powodu jak tylko z miłości. A z Chase’em, jak sądzi, nie łączy jej nic poza dzieckiem…

Opinie o ebooku Noc w Nowym Jorku - Day Leclaire

Fragment ebooka Noc w Nowym Jorku - Day Leclaire

Day Leclaire

Noc w Nowym Jorku

Tłumaczenie: Kamil Maksymiuk

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jak na ironię, znalazł ją dopiero wtedy, gdy przestał szukać.

W sali bankietowej ekskluzywnego klubu Beach And Tennis Club w Vista del Mar tłumnie zgromadziło się eleganckie towarzystwo, aby wziąć udział w prestiżowym koktajl party. Gdziekolwiek spojrzeć, błyszczała droga biżuteria, efektowne kreacje i śnieżnobiałe zęby, w wielu przypadkach zapewne równie sztuczne, jak rozdawane dzięki nim uśmiechy. Jednak dla Chase’a wszyscy ci ludzie byli przeźroczyści, niewidzialni. W tej chwili istniała dla niego tylko jedna osoba. Ani na ułamek sekundy nie odrywał oczu od stojącej na środku sali młodej kobiety, Emmy, z którą dwa miesiące temu spędził wspólną noc. Cudowną noc, której nie potrafił zapomnieć. Podobnie jak poranka, kiedy obudził się i odkrył, że leży w łóżku sam…

Stał pod ścianą, schowany w cieniu, i niczym snajper namierzający swój cel z ukrycia nie spuszczał z Emmy wzroku. Powoli sączył trzydziestoletnią whisky Laphroaig, którą jego brat częstował osoby niezainteresowane lub już znudzone rozdawanym szampanem. Szkocka gładko weszła w gardło. „Gładko”… to słowo od razu skojarzyło się Chase’owi z Emmą, z jej delikatną pachnącą skórą. Jej ciało okrywała w tej chwili perłowoszara sukienka z jedwabiu, przylegająca zmysłowo do kobiecych kształtów. Kreacja przywodziła na myśl starożytną Grecję. Odsłaniała jedno ramię, miała głęboki dekolt, materiał na biodrze zawiązany był w supeł, a potem miękko opadał do kolan. Buty Emmy korespondowały z tym hellenistycznym stylem – sandałki na wysokim obcasie z rzemykami oplatającymi szczupłe kostki i smukłe łydki. Włosy w odcieniu zimnego blondu upięte były w elegancki koczek.

Krótko mówiąc, wyglądała jak bogini.

Chase zmrużył oczy. Co ona tutaj, do diabła, robi? – zastanawiał się. Przyjęcie zostało wydane na cześć zbliżającej się sprzedaży firmy Worth Industries bratu przyrodniemu Chase’a, Rafe’owi Cameronowi. Jako że Chase był doradcą inwestycyjnym swojego brata i członkiem ekipy negocjującej przejęcie przedsiębiorstwa, jego obecność na tej imprezie była, niestety, obowiązkowa. Wszyscy goście również byli w taki czy inny sposób związani z firmami Cameron Enterprises lub Worth Industries. Ale co łączy z nimi Emmę? – zastanawiał się Chase. A może pojawiła się tutaj w roli osoby towarzyszącej?

Podejdzie do niej i wyciągnie z niej odpowiedź na trapiące go pytanie. A przy okazji zapyta, dlaczego, do diabła, tamtego ranka zniknęła. Zrobiła z niego idiotę. Przez wiele dni szukał po całym Nowym Jorku tajemniczej Emmy Bez Nazwiska. Kobiety, która opętała jego umysł, nawiedzała go w snach i na jawie. Aż wreszcie zmaterializowała się tutaj, w Vista del Mar, na tym nudnym bankiecie.

Dostrzegł, że podchodzi do niej Ronald Worth, człowiek mający wkrótce zostać byłym właścicielem Worth Industries. Położył władczo dłoń na ramieniu Emmy. Usta Chase’a zacisnęły się w cienką kreskę. O, nie! – jęknął w duchu. Tylko nie to! Emma nie może być kochanką biznesowego rywala Rafe’a. Przecież ten facet ma na karku sześćdziesiątkę! A jednak. Ronald Worth nachylił się do Emmy i sączył prosto do jej ucha jakieś czułe słówka lub świństwa. Emma uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek. Co za kawał bydlaka! – pomyślał Chase, zaciskając pięści.

– Nawet o tym nie myśl.

Zerknął przez ramię i ujrzał Rafe’a. Jego jasna czupryna niemal świeciła w ciemności.

– O czym?

– O niej. Widzę, że wlepiasz w nią wzrok. Wybij ją sobie z głowy, braciszku. Zje cię i wypluje.

– Znasz ją?

– Emma Worth. Szatański pomiot.

Chase uniósł brew. Ulga zastąpiła gniew. Czyli nie jest kochanką Ronalda Wortha, tylko jego córką.

– Mam rozumieć, że w tym przypadku Ronald jest szatanem? – zapytał Chase, odwracając się twarzą do brata.

Rafe wykrzywił usta w uśmiechu pozbawionym choćby odrobiny ciepła czy humoru.

– Przecież wie to każde dziecko. A przynajmniej każdy, kto siedzi po uszy w biznesie.

– A jego córka? Co o niej wiesz? – Aby ukryć fakt, że jest nią zainteresowany, Chase pospiesznie dodał: – Czy odgrywa jakąś rolę w tej transakcji?

– Lepiej, żeby nie odgrywała, bo w przeciwnym razie zostanie brutalnie usunięta – rzekł Rafe z charakterystycznym brakiem litości, który manifestował zarówno w interesach, jak i w życiu. – Ale nie sądzę, żeby chciała się w to mieszać. To płytka osóbka. Rozpieszczona dziedziczka. Ładna buzia, ładne opakowanie, ale w środku, cóż, niewiele.

– Imprezowiczka?

Rafe zawahał się.

– Z tego, co wiem, chyba tak, ale nie jest bohaterką skandali. Nie pojawia się na pierwszych stronach brukowców. Bawi się bardziej dla własnej przyjemności, a nie dla rozgłosu. Co niekoniecznie musi być zaletą.

Chase znowu utkwił wzrok w Emmie, myśląc o niej w kontekście uzyskanych przed chwilą informacji. Zatem lubi rozrywkowe życie. Kiedy byli sam na sam, jakoś tego nie zauważył. Nie rzuciło mu się też w oczy, żeby była „płytka”. Ale biorąc pod uwagę fakt, że spędził z nią tylko jedną noc, cóż mógł o niej wiedzieć?

Musiał z nią porozmawiać. Zażądać od niej wyjaśnień: dlaczego tamtej nocy ulotniła się jak kamfora. Być może jednak na to pytanie odpowiedział już Rafe. To rozrywkowa dziewczyna. Jednonocne przygody to pewnie dla niej chleb powszedni. To jej jednak nie usprawiedliwiało. Nie cierpiał, gdy ktoś robił z niego idiotę lub go upokarzał. W takich sytuacjach zawsze przypominała mu się szkoła podstawowa. Wszystko, przez co wtedy przeszedł.

W wieku dziesięciu lat przyjechał do Nowego Jorku, by zamieszkać z ojcem. Kiedy poszedł do nowej szkoły, od razu przylgnęła do niego łatka „bękarta Barrona”. Jego ojciec, słynny biznesmen, oraz matka, kobieta odznaczająca się swobodnym podejściem do życia, tak zwanym „kalifornijskim luzem”, nigdy nie pofatygowali się, aby sformalizować swój związek. W prywatnej szkole małemu Chase’owi koledzy szybko wybili z głowy „kalifornijskie myślenie”, a także wrodzoną ufność i otwartość. Nauczył się, tak jak reszta rówieśników, ukrywania uczuć i niewyjawiania opinii. To była bolesna lekcja, której nigdy nie zapomniał. Wiedział jednak, że dzięki tym przykrym przeżyciom udało mu się zrobić zawrotną karierę w bezlitosnym, bezpardonowym świecie finansów.

Zatopił sondujące spojrzenie w Emmie. Roztaczała wokół siebie intensywną aurę bogactwa i piękna. Z jednej strony wprost ociekała seksem, śmiało eksponując ponętne ciało, a z drugiej emanowała dziwnym chłodem, jakby nie życzyła sobie, by ktokolwiek jej dotykał. Intrygująca mieszanka, która sprawiła, że Chase poczuł gwałtowny przypływ pożądania. Obiecał sobie, że znowu będzie ją miał.

Już wkrótce.

Dziś w nocy.

– Jak się czujesz, tato? – zapytała łagodnie, wsuwając rękę pod silne ramię ojca. – Czy to przyjęcie ci nie zaszkodzi?

– Nie nudź, skarbie. Dobrze się czuję. – Ronald Worth zmiękczył twardy ton głosu ciepłym uśmiechem. – To tylko lekkie niedomaganie serca. Błahostka.

– Och, doprawdy? Słyszałam co innego. Podobno sprawa jest tak poważna, że to właśnie z tego powodu postanowiłeś sprzedać firmę.

Ronald skrzywił się.

– To tylko jeden z czynników mojej decyzji. Tak jak ci wielokrotnie powtarzałem, gdybyś pomogła mi w prowadzeniu interesu…

– A tego nie robię. Tak jak ci wielokrotnie powtarzałam – przedrzeźniała go.

– No i widzisz – westchnął ojciec. – Gdybyś się zgodziła, mógłbym to z powodzeniem ciągnąć jeszcze przez dziesięć, dwadzieścia lat. – Skarcił ją spojrzeniem. – Nie śmiej się pod nosem. Mam dopiero sześćdziesiąt parę lat. Jestem w kwiecie wieku. Śmiesz polemizować?

– Przecież nic nie mówię!

– I tak wiem, co sobie myślisz.

Emma poklepała go po ramieniu.

– Jesteś pewny, że to jest mądra, przemyślana decyzja? To prawda, nie chcę przejąć pałeczki, ale to nie oznacza, że musisz sprzedać swoją ukochaną firmę. Możesz przekazać część obowiązków poszczególnym kierownikom. Albo zatrudnić kogoś nowego, doświadczonego. Na pewno znasz odpowiednich fachowców.

– Brałem to pod uwagę. Wolę jednak sprzedać firmę.

– Ale dlaczego akurat temu człowiekowi? Temu arogantowi…

Ronald odgarnął z oczu kosmyki srebrnych włosów i utkwił wzrok w Rafie Cameronie.

– Nie ma nic złego w arogancji, jeśli się jest świetnym biznesmenem. Byłem taki sam w jego wieku – dodał z wyczuwalną nutą nostalgii.

– Tato…

– Koniec dyskusji. Klamka praktycznie już zapadła. – Emma poczuła na sobie ostre niczym laser i błękitne jak ocean spojrzenie ojca. Po chwili jednak jego twarz złagodniała. – Czy już ci mówiłem, jak ślicznie dzisiaj wyglądasz?

Oparła głowę na jego szerokim ramieniu.

– Potrafisz być miły. Czasami. Jeśli chodzi o urodę, zawdzięczam ją twoim genom.

– Masz wszystkie moje dobre cechy i żadnych złych. Natomiast niebywałą urodę masz po matce – wyznał nagle. – Na szczęście nie odziedziczyłaś jej słabości.

Oczy Emmy zaszły mgłą. Zdumiał ją fakt, że ojciec wspomniał o jej matce. Robił to niechętnie, a jakikolwiek komplement z jego ust pod adresem zmarłej żony był szokujący. Gdyby tylko udało mi się pogodzić tatę z moim bratem, westchnęła w duchu. Brat zaszył się na ranczu w Copper Run. Minęło już dziesięć lat od momentu, gdy we trójkę usiedli przy stole, jak prawdziwa rodzina. Na przeszkodzie do przywrócenia normalnych, zdrowych relacji stały bolesne, nieodwracalne wydarzenia z przeszłości.

– Tato?

Chyba odgadł, o czym Emma myśli, ponieważ potrząsnął energicznie głową.

– Nie ma mowy, księżniczko. To się nigdy nie zdarzy. – Pocałował ją w czubek nosa. – Interesy wzywają. Czeka mnie bardzo długi wieczór. Muszę iść ściskać setki dłoni, całować malutkie dzieciątka i uśmiechać się od ucha do ucha. Dasz sobie radę? Jeśli zaczniesz się nudzić, pojedź do domu. Powiedz tylko kierowcy, żeby tutaj po mnie wrócił.

– Nie martw się o mnie. Kathleen mnie podwiezie – powiedziała, mając na myśli główną asystentkę ojca.

– Jak chcesz. Idę pogadać z Williamem.

Ruszył w stronę dyrektora finansowego w firmie Rafe’a Camerona, Williama Tannera, wysokiego przystojnego Nowozelandczyka, emanującego męską bezwzględną siłą, tak samo jak jego szef oraz wielu innych mężczyzn odnoszących sukcesy w biznesie. Po chwili do Emmy podeszła Kathleen Richards i uściskała ją mocno.

– Witaj, Emmo. Wyglądasz olśniewająco!

Emma mogłaby odwzajemnić komplement. Kathleen wprost błyszczała jak prawdziwy diament. Jej płomiennie czerwone włosy, bystre zielone oczy i energiczna osobowość zawsze rozświetlały każde pomieszczenie, w którym się znalazła. Zwłaszcza gdy miała na sobie tak efektowną i śmiałą kreację.

– Jedyną dziewczyną śliczniejszą niż ty jest moja wnuczka Sarah.

Emma uśmiechnęła się szeroko.

– Jeśli odziedziczyła urodę po tobie, to ląduję na trzecim miejscu twojego rankingu.

Kathleen zaśmiała się głośno i zaraźliwie. Jak zwykle jej śmiech przyciągnął uwagę znajdujących się w pobliżu osób.

– To zawsze mnie w tobie najbardziej urzekało. Wyglądasz jak wyniosła księżniczka, ale jesteś taka normalna i słodka. Tak samo jak twój brat. – Kobieta rzuciła dyskretne spojrzenie w stronę Ronalda i zniżyła głos. – A właśnie, jak się miewa twój braciszek? Nie widziałam go od stu lat…

– Ja też nie. Odkąd zerwał z nami kontakt…

Urwała, wciągając głośno powietrze. Jej serce zatrzymało się na chwilę, po czym zadudniło głośno, niemal ją ogłuszając. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Nie spodziewała się ujrzeć tutaj tego mężczyzny.

Chase.

W listopadzie spędziła z nim jedną upojną noc. Od dwóch miesięcy usiłowała wyrzucić go z głowy. Na próżno. Teraz kroczył w jej kierunku niczym drapieżny dziki kot, przeczesując dłonią zmierzwione jasne włosy.

– Co się stało? – zapytała Kathleen. Powiodła oczami za wzrokiem swojej rozmówczyni i zachichotała. – Moja reakcja była identyczna, gdy pierwszy raz ujrzałam Chase’a Larsona. Któregoś dnia wszedł do gabinetu twojego ojca, a ja musiałam zbierać z ziemi swoją szczękę. Mam was sobie przedstawić?

– N-nie…

Kathleen pomachała do zbliżającego się mężczyzny.

– Panie Larson! Pragnę panu przedstawić córkę Ronalda, Emmę.

– Nie trzeba – mruknęła Emma. – Już zdążyliśmy się poznać.

– Och, doprawdy? – Kathleen obrzuciła zaciekawionym spojrzeniem zarówno Emmę, jak i Chase’a. – Wobec tego poznajcie się bliżej na parkiecie – dodała, zacierając ręce.

Zanim Emma zdążyła zaprotestować, Chase odparł:

– Doskonały pomysł.

Jego głos był niski i szorstki, a wyraz twarzy ponury, wręcz wrogi. Chwycił dłoń Emmy i szarpnął nią lekko. Zaciągnął ją na parkiet i przyciągnął do siebie tak mocno, aż z jej ust uleciał cichy jęk. Spojrzał na nią z góry, w jego niebieskich oczach czaiła się zarówno groźba, jak i coś innego. Podniecającego.

– Zatańcz ze mną, Emmo.

– Oddychanie to istotny element tańca. A ty mi to uniemożliwiasz – poskarżyła się lodowatym tonem.

– Jeśli poluzuję uścisk, znowu mi uciekniesz.

– Jak to „znowu”? – odparła, spoglądając na niego wyzywająco. Po chwili już żałowała, że podniosła głowę i omiotła go wzrokiem.

Mierzył ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Jego ostre rysy twarzy były jakby wyrzeźbione przez artystę. Miał mocną szczękę, pełne, niemal kobiece usta i inteligentne szaroniebieskie oczy. Emma dorastała wśród silnych, twardych mężczyzn, samców alfa, i Chase był kolejnym przedstawicielem tego gatunku.

Spotkali się pewnego listopadowego dnia w Nowym Jorku, w weekend poprzedzający Dzień Dziękczynienia. Oboje próbowali zatrzymać taksówkę. Chase był tak czarujący i przystojny, że Emma wsiadła z nim do tej samej taryfy. Nie wiedziała, dlaczego to zrobiła. Winę zwaliła na tę dziwną, romantycznie nastrajającą atmosferę pięknej jesieni. Spędzili razem cały dzień.

A potem całą noc.

Teraz wirowali w zwolnionym tempie na parkiecie. Poczuła jego dłoń na swoich plecach, a raczej ich dolnej partii, graniczącej z pośladkami. Jej ciało przeszył przyjemny dreszcz, lecz serce wypełnił niepokój. Właśnie z tego powodu, że ten mężczyzna tak silnie na nią działał. Wystarczył jeden dotyk. Jego bliskość. Jego zapach.

– O ile mnie pamięć nie myli, leżałaś obok mnie, kiedy zasypiałem. Gdy się obudziłem, ciebie już nie było. Zniknęłaś bez pożegnania. Bez liściku. Bez śladu.

Wzruszyła ramionami.

– A jednak mnie znalazłeś.

Zaśmiał się nieprzyjemnie.

– Myślisz, że przyszedłem tutaj z twojego powodu?

– Już wiem, że nie – mruknęła z lekkim zawodem.

– Przyszedłem tutaj w interesach, panno Worth – wypowiedział jej nazwisko bardzo powoli i wyraźnie, niemal sylabizując. – Nasze spotkanie jest czystym przypadkiem. Przecież nawet nie raczyłaś mi powiedzieć, kim jesteś ani jak się nazywasz.

– Nie zapytałeś – odcięła się. – Ty zresztą też nie zdradziłeś mi swojego nazwiska.

– Już je znasz. Larson. Chase Larson. – Jego nazwisko wydało jej się znajome, lecz nie potrafiła go umiejscowić. Widocznie zrobiła niepewną minę, ponieważ po chwili przyszedł jej z pomocą: – Jestem bratem Rafe’a Camerona.

Z wrażenia postawiła krzywo nogę i niemal się potknęła. Na szczęście Chase nie pozwolił jej upaść. Chwycił ją jeszcze mocniej.

– Żartujesz… prawda? – zapytała z nadzieją.

Potrząsnął głową.

– O, Boże… – jęknęła.

– Skąd ta dramatyczna reakcja?

Nie wiedziała, od czego zacząć. A może w ogóle nie powinna zaczynać? Jeśli Chase choć trochę przypominał brata, wszystkie jej słowa zostałyby użyte przeciwko niej.

– Lista powodów jest długa – bąknęła. Wbiła wzrok w jego czerwoną muszkę, aby nie patrzeć mu w oczy. – Mogę o coś zapytać?

– Śmiało.

– Czy jesteś zamieszany w przejęcie Worth Industries?

– Jestem właścicielem firmy Larson Investments zajmującej się inwestycjami finansowymi. Pomagam Rafe’owi bezpiecznie i skutecznie przeprowadzić tę transakcję.

Nic dziwnego, że jego nazwisko obiło jej się o uszy. Któż nie słyszał o tej firmie? Od kilku lat było o niej bardzo głośno. Co oznaczało, że Chase jest synem potentata biznesowego, Tiberiusa Barrona. Przepełnił ją niesmak i niepokój. Jej ojciec nie mógł liczyć na wynegocjowanie sprawiedliwego kontraktu, skoro za Rafe’em stali tak potężni gracze.

– Rozumiem, że kibicujesz tej transakcji?

– Oczywiście – odparł natychmiast. – Ale, prawdę mówiąc, ten temat mnie nudzi. Odpowiedz mi na osobiste pytanie. Czy tamtej nocy zdradziłabyś mi swoje nazwisko, gdybym o nie wprost zapytał?

Nonszalancko wzruszyła ramionami.

– Czemu nie? – Po chwili zapytała: – A ty?

– Nie. Nie na naszym pierwszym spotkaniu.

Zesztywniała, urażona.

– Rozumiem. Ja miałabym być z tobą szczera, a ty…

– A ja już dawno temu odkryłem, że warto się pilnować.

– Pilnować się? – powtórzyła, mrużąc oczy. – Przed czym? Przed seksownymi panienkami, które polują na nadzianych facetów?

– Coś w tym rodzaju, choć ubrałbym to w nieco inne słowa – potwierdził. – Czy ty należysz do tej grupy?

Jakim cudem tamtej nocy wydał jej się czarujący? Chyba miałam zaćmienie umysłu, skarciła się w duchu.

– Pytasz, czy szukam bogatego męża lub kochanka?

Przytaknął.

– Nie. Bez obaw. Mam własne pieniędze. Niczego mi nie brakuje.

Jego twarz przeciął uśmiech. Owszem, całkiem czarujący uśmiech. Właśnie dlatego tamtego dnia w Nowym Jorku dała mu się uwieść.

– Widzisz? Obraziłem cię. To nie jest idealne pytanie na pierwszą randkę, prawda? Dlatego lepiej nie zdradzać już na samym początku swojego nazwiska.

– Chcesz powiedzieć, że gdybym na pierwszej randce udzieliła niepoprawnej odpowiedzi na pytanie, które przed chwilą zadałeś, to druga randka nie miałaby miejsca?

– Owszem, miałaby. Zdecydowanie. – W jego oczach rozbłysnął nagle płomień pożądania. – Chciałbym się z tobą ponownie spotkać, Emmo.

– Ale już inaczej byś o mnie myślał, prawda? Wpuściłbyś mnie do swojego łóżka, ale nie do swojego życia. To odrażające.

– Och, przerwij to kazanie i spójrz na siebie – rzucił cierpko. – Przecież wiesz, jak to jest. Sama też się martwisz, że gdy jakiś mężczyzna pozna twoje nazwisko i dowie się o twoich powiązaniach z Worth Industries, ujrzy w tobie przepustkę do wygodnego życia. Bo kto nie chciałby do końca swoich dni siedzieć na plaży i sączyć kolorowe drinki… Ale ty jesteś inna. Przynajmniej tak podejrzewam.

Wezbrała w niej fala gniewu.

– Chyba mnie przeceniasz – syknęła. – Przecież, jak twierdzi twój brat, do tego właśnie dążę w życiu. Jestem rozpieszczonym pasożytem. Dawał mi to do zrozumienia, ilekroć miałam przyjemność – skrzywiła usta, wypowiadając to słowo – z nim rozmawiać.

– Musisz go zrozumieć. Rafe i ja doszliśmy do wszystkiego sami – wyjaśnił.

– A ja jestem tylko zepsutą dziedziczką?

Mogłaby mu powiedzieć, że w wolnym czasie pracuje na rzecz schroniska dla kobiet, ale po co miałaby się wybielać, skoro nie zrobiła nic złego? Poczuła w skroniach przybierającą na sile migrenę, która od rana ją nękała.

– Czy już wszystko sobie wyjaśniliśmy? Jeśli tak, chciałabym stąd wyjść i wrócić do domu.

– Po pierwsze, opinie mojego brata nie odzwierciedlają tego, co ja myślę – zaznaczył dobitnie – zatem byłbym wdzięczny, gdybyś nie utożsamiała mnie z Rafe’em. Po drugie, nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

– Jakie pytanie?

– Dlaczego uciekłaś.

Naprawdę źle się czuła, a ta rozmowa ją męczyła. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że od śniadania nie miała nic w ustach. Kilka łyków szampana tylko pogorszyło jej fizyczne samopoczucie.

– Wybacz, Chase, ale dokończymy tę konwersację przy innej okazji. – Wyswobodziła się z jego objęć. – Wiesz już, kim jestem i jak się ze mną skontaktować.

Przyjrzał jej się uważnie.

– Źle się czujesz?

– Od rana nic nie jadłam. Jest mi trochę słabo.

Już po chwili wiedziała, że niepotrzebnie mu się zwierzyła.

– Na drugim końcu sali jest bufet. Może pójdziemy coś przekąsić?

Potrząsnęła głową. Dolatujący z bufetu zapach świeżych owoców morskich jedynie przyprawiał ją o jeszcze większe mdłości.

– Chcę wrócić do domu, położyć się i zjeść tost.

– Rozumiem. Jak się tutaj dostałaś?

– Przyjechałam z ojcem.

– Mieszkasz z nim?

– Tak, ale…

– Jego posiadłość znajduje się kilka kilometrów stąd, prawda?

Przeszyła go ostrym spojrzeniem.

– Skąd wiesz?

– Płacą mi za to, żebym się orientował w takich rzeczach. – Ujął ją pod ramię. – Chodźmy stąd.

W szatni Emma odebrała płaszcz, a potem Chase wyprowadził ją na zewnątrz. Ze skarpy, na której ulokowany był klub, rozpościerał się przepiękny widok na plażę i morze. Na niebie błyszczał księżyc, srebrząc wzburzone fale Pacyfiku.

Chase zaprowadził ją na parking.

– Dokąd idziemy?

– Musisz napić się herbaty. I ja się o to zatroszczę.

– Chcę wrócić do domu – powtórzyła, lecz już po chwili siedziała w wiśniowym ferrari fiorano. Chase otworzył okna, przez które wleciała orzeźwiająca bryza, zbawiennie działając na migrenę i mdłości Emmy.

– Dokąd jedziemy? – zapytała, choć była tak zmęczona, że właściwie nic jej już nie obchodziło.

– Gdzieś gdzie będziesz mogła coś zjeść.

Poddała się. Przeczuwała, że jeśli chodzi o tego mężczyznę, stawianie oporu jest skazane na porażkę. Pięć minut później wjechali przez sterowaną elektronicznie bramę i minęli szpaler palm prowadzący do luksusowego budynku. Chase zatrzymał auto i eskortował ją do drzwi położonego nad plażą domu.

– To twój dom? – zapytała, nie kryjąc, że jest pod wrażeniem.

– Niestety, tylko go wynajmuję.

Weszła do środka i omiotła wzrokiem wnętrze.

– Imponujące lokum.

– Później je zwiedzisz. – Zaprowadził ją do ogromnego salonu z oknami od podłogi do sufitu, oferującymi widok na ocean. Chase zdjął marynarkę i przewiesił przez oparcie krzesła. – Rozgość się. Ja zajmę się prowiantem.

Emma niechętnie usiadła na sofie i oparła głowę o miękkie, mięsiste poduszki. Zmogła ją senność. Jej powieki powoli opadły i poczuła, jak odpływa w sen. Ocknęła się, gdy usłyszała głośne kroki gospodarza.

– Zasnęłam?

– Na minutkę. – Postawił na stoliku talerz z pokrojonym na małe kawałki, muśniętym masłem tostem oraz filiżankę zielonkawej herbaty. – Ktoś, kto zaopatruje to miejsce, jest wielkim miłośnikiem herbat ziołowych. Ta jest z rumiankiem i miętą. Na opakowaniu jest napisane, że odpręża i łagodzi ból.

– Dziękuję. – Zanim zdążyła unieść filiżankę do ust, zadzwonił jej telefon komórkowy. Wyłowiła go z torebki i zerknęła na ekran. – Muszę odebrać. Dzwoni mój ojciec.

Rozmowa była lakoniczna. Ojciec Emmy zawsze wszystko szybko załatwiał, jak przystało na rasowego biznesmena.

– Gdzie jesteś, skarbie?

– U Chase’a Larsona. Zaproponował, że podwiezie mnie do domu.

– Myślałem, że pojedziesz z Kathleen.

– Zmieniłam zdanie.

– W porządku. Nie mogłem cię nigdzie znaleźć, więc zacząłem się martwić.

– To miłe z twojej strony.

– Inaczej nie umiem. Jesteś moją małą córeczką, mimo że już dorosłą. Dobranoc, skarbie. Nie kładź się późno spać.

– Dobranoc, tato.

Położyła telefon na stoliku i zerknęła na Chase’a. Na jego twarzy malowało się nieumiejętnie skrywane rozbawienie.

– Co?

Wyjął z kieszeni swój telefon komórkowy.

– Mam taki sam model. I taki sam dzwonek. Wielkie umysły myślą podobnie – dodał z uśmiechem.

– Uważaj, żeby nie pomylić mojego telefonu z twoim. – Uniosła filiżankę i wciągnęła w nozdrza ziołowy przyjemny aromat herbaty. – Dlaczego mnie tu przywiozłeś i bawisz się w mojego opiekuna?

– Doskonale wiesz dlaczego.

Westchnęła głośno.

– To nie ma sensu, Chase. Przecież kiedy sfinalizujesz interes Rafe’a, wyjedziesz stąd i… – urwała, już zmęczona tą rozmową. – Mieszkamy na dwóch krańcach Stanów. I nie mamy ze sobą nic wspólnego.

– Mamy identyczne telefony z identycznym dzwonkiem.

– Rozmawiajmy albo poważnie, albo wcale – mruknęła z irytacją.

– Dobrze. Skąd wiesz, że nic nas nie łączy?

Wgryzła się w chrupiący, idealnie przyrządzony tost.

– Bo miałam już do czynienia z mężczyznami takimi jak ty.

Zmrużył oczy. Były teraz bardziej szare niż niebieskie, jak niebo, które zaszło ciemnymi chmurami.

– Mężczyźni tacy jak ja – powtórzył powoli. Czuł się wyraźnie urażony. – Czy raczyłabyś mi wytłumaczyć, co masz na myśli?

Rozmyślając nad odpowiedzią, dokończyła tost i popiła go herbatą. Dzięki posiłkowi od razu poczuła się trochę lepiej.

– Mam na myśli mężczyzn, dla których najważniejsza jest praca, a dzięki temu, że odnoszą sukcesy w biznesie, święcie wierzą, że w życiu też należy im się wszystko, czego chcą. Zatem to sobie po prostu, ot tak, biorą.

– A co w tym złego? – odparował. – Zwłaszcza w sytuacji, kiedy drugiej osobie to też sprawia przyjemność. A nawet rozkosz.

Zrozumiała aluzję i poczuła, jak oblewa się rumieńcem.

– Nic. To była niesamowita noc. Ale się skończyła. Wróciłam do swojego życia. Tak samo jak ty.

– A mimo to znowu jesteśmy razem. – Usiadł obok niej na sofie. Blisko, zbyt blisko. – Może to wykorzystamy i spędzimy razem kolejną noc lub dwie?

Jak mogła mu wyjaśnić, że nie chce się zadawać z człowiekiem spokrewnionym z Rafe’em Cameronem? Że nie chce kolejnej niesamowitej nocy? Że już ta pierwsza sprawiła, że straciła panowanie nad swoimi myślami i uczuciami? Druga taka noc mogłaby zburzyć cienką granicę pomiędzy jej sercem a zdrowym rozsądkiem.

Nie mogła sobie pozwolić na znajomość z Chase’em. Była świadkiem tego, co życie z tego typu mężczyzną – w tym przypadku jej ojcem – zrobiło z jej matką. Zniszczyło ją. Emma obiecała sobie, że nie popełni podobnego błędu. To, co przeżyła z Chase’em w listopadzie, było tylko jednonocną przygodą, dzikim wybrykiem. Druga wspólna noc mogłaby dać początek niebezpiecznemu romansowi. Na myśl o tym Emmie stanęła przed oczami wizja przerażającego pożaru, który pochłania i niszczy wszystko, co napotka.

Z wysiłkiem przywołała na usta uśmiech i rzuciła nonszalanckim tonem:

– Dziękuję za herbatę i tosty. Muszę wracać do domu. Już dawno powinnam być w łóżku.

– Tak – skinął głową. – W moim.

Zanim dotarły do niej jego słowa, wziął ją na ręce i wstał z sofy.

– Co ty wyprawiasz? – zapytała piskliwym tonem.

– Niosę cię do łóżka. – Przemaszerował przez długi korytarz, pchnął barkiem drzwi i tak oto znaleźli się w przestrzennej sypialni. Tak samo jak w salonie, okna wychodziły na podświetlone blaskiem księżyca morze. Ułożył ją delikatnie na łóżku. – Zanim zaśniesz, przypomnimy sobie, jak cudowna była tamta noc.

Tytuł oryginału: Claimed: The Pregnant Heiress

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2011

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2011 by Harlequin Books S.A.

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3248-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.