Noc kłamstw - Izabela Janiszewska - ebook + książka
BESTSELLER

Noc kłamstw ebook

Izabela Janiszewska

4,4

644 osoby interesują się tą książką

Opis

Każda rodzina ma swoje sekrety, ale ta skrywa ich więcej niż inne.

Anna i Mikołaj wiodą wspaniałe życie. Ona pisze książki, on prowadzi kawiarnię. Mają piękny dom i cudowne dzieci. Niemal każdy chciałby się z nimi zamienić. Aż do dnia, w którym stają się podejrzanymi o zabójstwo.

Gdy w październikową noc ginie opiekunka ich synów, na idealnej fasadzie rodziny Tochmanów pojawiają się rysy, a tajemnice skrywane przez lata zaczynają wyłaniać się z cienia.

Chcąc odróżnić prawdę od fałszu, prowadzący sprawę komisarz Leon Mruk, musi uważnie wsłuchać się nie w to, co Tochmanowie mówią, lecz w to, co pomijają milczeniem.

Bo czasem najstraszniejsze sekrety tkwią w tym, co niewypowiedziane.
A najgłębsza prawda o ludziach kryje się w ich kłamstwach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (233 oceny)
143
53
22
11
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agnieszka2122

Nie polecam

Książka niskich lotów,bardzo słaba.
60
clipo2

Z braku laku…

Dlaczego tylko dwie gwiazdki? Za dużo wątków, wiele z nich potraktowanych "po łebkach" na zasadzie: dobra, wprowadziliśmy jaką postać i skoro kończy się książka, to szybko trzeba coś z tą postacią zrobić. 🤷‍♀️ Do tego ilość zdarzeń jakie spadły na jedną rodzinę 🤦🏻‍♀️ - brakowało jeszcze podpalenia domu 🤷‍♀️. Przez ten nadmiar, książka jest rozwleczona i ciężko było się skupić na istocie powieści. Coś mi zgrzytało i nie potrafiłam polubić żadnej postaci, byli mi po prostu obojętni. Moim zdaniem to nie jest najlepsza książka Pani Izy. Zabrakło mi efektu WOW, zabrakło mi wciskania w fotel, zabrakło mi emocji. Albo już za dużo mam za sobą takich powieści i moje oczekiwania są bardzo wysokie, albo pomysł na historię przerósł autorkę. Aaaa i jeszcze na minus: powtórzenia 🤷‍♀️🤦🏻‍♀️ (siadanie na pufie) 🤣 Jednak to nie przekreśla autorki w moich oczach i na pewno przeczytam kolejne jej książki.
51
Mirella3

Nie polecam

Brzydactwo istne...🤓😷
20
AgaB102

Nie oderwiesz się od lektury

mega😍 wciąga, przeraża, daje do myślenia, polecam bardzo👍
10
RudyBoblin

Całkiem niezła

Na pewno dobrze się czytało, ale mam wrażenie, że co najmniej dwa wątki zostały wprowadzone do fabuły, żeby czytelnika wyprowadzić w pole, po czym totalnie się urywają i nie ma dla nich żadnego wytłumaczenia. Za dużo tu wszystkiego.
10

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Izabela Janiszewska, 2024

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2024

 

Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska

Marketing i promocja: Marta Kujawa

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Anna Nowak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © Korisbo | iStock, © Yakobchuk Olena | iStock

Zdjęcie autorki: © Marta Machej

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-68045-20-8

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Potwory umysłu są znacznie gorsze

niż te istniejące naprawdę”.

Christopher Paolini

 

 

 

 

 

TAMTA NOC

 

 

 

 

 

 

Zdawała sobie sprawę, że to w kłamstwach kryje się cała prawda o niej. Oparła głowę o krawędź wanny. Przymknęła powieki, a z jej gardła wydobył się niski pomruk. Gorąca kąpiel rozluźniała mięśnie. Miękka piana łaskotała skórę. Kobieta sięgnęła stopą do kurka, by zatrzymać strumień wody. Bordowy lakier na jej paznokciach zalśnił, odbijając światło lamp. Wypełniała ją nieskończona błogość. Z bezprzewodowych słuchawek do uszu sączył się wygrywany na saksofonie utwór Lily was here. Kobieta chwyciła kieliszek stojący na brzegu wanny i przyłożyła go do warg. Intensywny smak czerwonego wina rozgościł się w jej ustach i na języku. Tego właśnie potrzebowała, by zapomnieć o wszystkich zmartwieniach.

Oddając się odprężeniu, nie usłyszała skrzypnięcia otwieranych drzwi ani cichych kroków za plecami. Odwrócona tyłem do wejścia nie mogła też dostrzec postaci, która wśliznęła się do łazienki. Palce jej dłoni beztrosko wystukiwały rytm na rancie wanny. Stopa poruszała się w takt muzyki, oczy pozostawały zamknięte. Kobieta odetchnęła głęboko i uniosła powieki, by sięgnąć po telefon. Wysunęła rękę, a gdy chwyciła komórkę, ktoś gwałtownie złapał ją za włosy i z całej siły uderzył jej głową o wannę.

W czaszce kobiety zadudniło. Ból eksplodował za lewym okiem, a telefon wymknął się ze szczupłych palców i z trzaskiem runął na podłogę.

– Ty głupia dziwko. Niszczysz wszystko – usłyszała nienawistny syk.

Zdezorientowana zamrugała. Jedna ze słuchawek wysunęła się z jej ucha i wpadła do wody. Ćmienie w skroni promieniowało aż do szczęki, a świat zdawał się tracić ostrość. Kobieta dostrzegła potłuczone szkło na podłodze. Zauważyła też, że piana w wannie zaczęła zabarwiać się czerwienią jej krwi, skapującej z pękniętego łuku brwiowego.

W ułamku sekundy otrząsnęła się z szoku. Obróciła się i zamarła. Widok wykrzywionej nienawiścią twarzy nią wstrząsnął.

– Boże, to ty?! Oszala…

Zanim zdążyła dokończyć, zwinne dłonie chwyciły ją za kark i wepchnęły jej głowę pod wodę. Wymachiwała rękoma, próbując odeprzeć atak, ale trafiała w próżnię. Jej rude włosy wiły się pod powierzchnią niczym węże. Panika zalewała umysł.

W tej napaści była jakaś nieokiełznana furia. Wściekłość, która wciskała czaszkę kobiety w dno wanny. Zaatakowana wierzgała w nadziei, że zdoła się wyswobodzić, ale wypity alkohol osłabił siłę jej mięśni. Nie była w stanie unieść tułowia ani wezwać pomocy. Desperacko pragnęła zaczerpnąć powietrza, wtłoczyć do organizmu choć odrobinę tlenu. W końcu zaczęło jej się robić ciemno przed oczyma. Serce szaleńczo szarpało się pod żebrami, jakby pragnęło wyrwać się na zewnątrz. Szum w uszach narastał, a klatkę piersiową wypełniał ogień. Wtedy instynkt zwyciężył i kobieta mimowolnie nabrała tchu. Ten bezwarunkowy odruch sprawił, że jej płuca zaczęła wypełniać woda. Wszystko wokół powoli przestawało istnieć. Świat cichnął, obraz ciemniał, aż wreszcie zgasł.

 

 

 

 

 

ANNA

 

Wcześniej

 

30 WRZEŚNIA, SZEŚĆ DNI PRZED ZABÓJSTWEM

 

 

Sypialnia tonęła w ciemności. Mrok otulał zagrzebaną w miękkiej pościeli kobietę. Jej klatka piersiowa unosiła się miarowo. Oddech delikatnie szumiał, a rude włosy leżały rozrzucone wachlarzem na poduszce. We śnie Anna szła przez opuszczone miasto. Przemierzała wymarłe ulice, mijając budynki z powybijanymi szybami. Otaczał ją świat w odcieniach szarości, zimny i niepokojący. Ukruszone fasady domów, wyschnięte na pył skwery i nagie, pozbawione liści drzewa. Każdy jej krok odbijał się echem od betonowych ścian. Piach chrzęścił pod stopami.

W koszmarze próbowała odnaleźć drogę do domu. Wyrwać się z tego cmentarzyska i wrócić do swoich dzieci. Kluczyła uliczkami coraz bardziej zagubiona. A ilekroć skręcała, nieważne, czy to w prawo, czy w lewo, wciąż lądowała w tym samym miejscu. Jakby była uwięziona w labiryncie. W końcu przystanęła, w panice rozglądając się wokół. Otworzyła usta, by zawołać bliskich, ale kiedy krzyknęła, z jej gardła nie wypłynęły żadne słowa. Wrzeszczała, z bezradności zaciskając dłonie w pięści, lecz nadal nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wtedy się obudziła i natychmiast tego pożałowała.

Pierwszym, co dostrzegła, kiedy uniosła powieki, były uchylone drzwi sypialni. Ułamek sekundy później w smudze mdłej poświaty wpadającej z korytarza zobaczyła zarys męskiej sylwetki. Serce Anny zamarło. Usiłowała zerwać się z łóżka i wezwać pomoc, ale jej mięśnie ogarnął paraliż. Nie mogła poruszyć żadną częścią ciała ani wydobyć z siebie głosu.

Intruz stał blisko. Anna nie była pewna, czy zauważył, że się ocknęła. Wydawało jej się jednak, że wyczuwa na sobie jego śliski wzrok. W tamtym momencie, obezwładniona przerażeniem, pragnęła tylko zniknąć. Zamienić się w nicość i przestać czuć ten potworny strach. Nagle mężczyzna drgnął, jakby dopiero się zorientował, że ona również go widzi. Anna pomyślała, że to koniec, ale wtedy ku jej zaskoczeniu nieznajomy, zamiast zaatakować, rzucił się do ucieczki. Jego kroki zadudniły na schodach, a potem zapadła cisza. Ciężka i głucha. Jakby to wszystko nigdy się nie wydarzyło. Jakby mężczyzna był tylko mirażem.

Anna przeczesywała wzrokiem gęstą szarość sypialni. Ucisk w jej klatce piersiowej powoli ustępował, lęk topniał, wracało panowanie nad ciałem. Poruszyła delikatnie palcami u rąk, a później przesunęła stopami po prześcieradle. Z jej ust wydobyło się westchnienie ulgi. Ostrożnie uniosła tułów i zapaliła lampkę, mrużąc oczy pod naporem światła. Zegarek w komórce wskazywał kwadrans po piątej. Było za wcześnie, by dzwonić do Mikołaja. Obudziłaby chłopców i Kasię. Poza tym nie chciała psuć im długo wyczekiwanej przygody w Legolandzie.

Wiedziała jednak, że musi zawiadomić policję. Drżącą ręką wybrała trzy cyfry, ale po chwili zmieniła zdanie i się rozłączyła. Naszła ją myśl, równie naiwna, co krzepiąca, że może ta napaść tylko jej się przyśniła. Podobnie jak wymarłe miasto duchów, po którym błądziła w koszmarze. Jeśli zadzwoni na numer alarmowy, a później okaże się, że najście było jedynie sennym majakiem, wyjdzie na histeryczkę, stwierdziła. Owinęła więc ciało szlafrokiem i wstrzymując oddech, wyjrzała na korytarz.

Dom spowijała cisza. Anna przeszła na palcach do pokoju synów, a później zdjęła ze ściany kij bejsbolowy, który Janek i Władzio dostali od wujka ze Stanów. Uzbrojona, z dłońmi zaciśniętymi na uchwycie ostrożnie schodziła po drewnianych stopniach. Jej uszy wychwytywały każdy szmer. Serce kołatało się w piersi, a oddech zamierał w płucach.

Kiedy dotarła na parter, poczuła chłodny powiew na bosych stopach. Wzdrygnęła się i instynktownie przylgnęła plecami do ściany. Główne drzwi wejściowe do domu pozostawały zamknięte na zasuwę. Anna dla pewności szarpnęła za klamkę. Nagle za sobą usłyszała wywołujące ciarki skrzypnięcie. Z nerwów kij prawie wypadł jej ze spoconych rąk, panika w głowie eksplodowała jak fajerwerki w sylwestra. Obróciła się gwałtownie, gotowa, by uderzyć, ale na parterze nie było nikogo poza nią. Wokół panował zastój i tylko białe drzwi na końcu korytarza poruszały się delikatnie, popychane siłą przeciągu.

Anna przełknęła ślinę. Powoli, ze zwartymi z niepokoju szczękami dotarła do kotłowni. Nabrała tchu i nie tracąc czasu na rozmyślania, pociągnęła drzwi ku sobie. Jej dłoń szybko odnalazła włącznik światła, a gdy pomieszczenie zalał blask żarówki, kobieta dostrzegła stłuczone otwarte okno. Na podłodze leżały odłamki szkła.

Poczuła na twarzy podmuch rześkiego powietrza. Cofnęła się o krok, bezradnie kręcąc głową. Świadomość, że mężczyzna, którego widziała w sypialni, nie był sennym majakiem, spadła na nią jak lawina. Wyjęła z kieszeni szlafroka telefon, wybrała numer i ze słuchawką przyciśniętą do ucha zamknęła się w łazience.

Za oknem wstawał nowy dzień. Nadchodzący świt stopniowo rozpraszał mrok nocy. Okoliczne domy wyłaniały się z ciemności, zyskując coraz bardziej wyraźne kontury i kształty, a niebo przybrało grafitowy odcień.

– Operator numer trzydzieści osiem Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Warszawie, w czym mogę pomóc? – usłyszała w komórce męski głos.

– Halo… Chciałabym zgłosić włamanie. Ktoś był u mnie w domu.

– Poproszę o dokładny adres.

Podała ulicę i numer domu, z trudem panując nad drżeniem głosu.

– Jak się pani nazywa?

– Anna Tochman.

– Czy ktoś jest tam z panią?

– Nie, jestem sama. Schowałam się w łazience – odparła, z niepokojem zerkając w kierunku okna. Siedziała na podłodze, wciśnięta między toaletę a umywalkę, z kolanami przyciągniętymi do piersi.

– Proszę tam zostać i nie otwierać nikomu do czasu przyjazdu policji. Patrol jest już w drodze.

– Dobrze.

– Czy potrzebuje pani pomocy medycznej?

– Nie – odpowiedziała, czując, że coraz bardziej kręci jej się w głowie.

Zacisnęła palce na telefonie, a odległy horyzont, w którym utkwiła wzrok, zafalował. Głos operatora stał się niewyraźny i zdeformowany. Jakby docierał z głębokiej studni. W uszach Anny pobrzmiewało wielokrotnie powtarzane: „Halo, halo?”, na które nie była w stanie odpowiedzieć.

Opuściła dłoń z komórką i ze łzami w oczach objęła spojrzeniem wnętrze łazienki. To nadal był jej dom, ale Anna nie widziała w nim już ani oazy, ani bezpiecznego schronienia. Teraz odnajdywała tam tylko strach.

 

*

 

– Jest pani pewna, że nic nie zaginęło? – Szczupły, wysoki funkcjonariusz rzucił jej powątpiewające spojrzenie. – Może jakaś gotówka, biżuteria, coś, czego zniknięcie trudno zauważyć na pierwszy rzut oka?

Westchnęła. Znajdowali się w salonie jej domu. Czuła na plecach ciepłą dłoń Olgi, mieszkającej po sąsiedzku przyjaciółki, dzięki której jeszcze nie rozpadła się na kawałki. Sama, ubrana w szlafrok, z włosami w nieładzie, trzęsącymi się dłońmi obejmowała kubek z parującą kawą.

– Nie wydaje mi się, by czegoś brakowało – wyjaśniła. – Sprawdziłam szuflady, gdzie przechowuję kolczyki i pierścionki, ale wszystkie znajdują się na swoim miejscu. Pieniądze trzymamy w banku, nie mamy dzieł sztuki, a telewizor i konsola stoją nietknięte. Nawet tablet, który mąż zostawił na stoliku, wciąż tu leży. – Wskazała na urządzenie w czarnym etui.

– A dokumenty? – dopytywał sierżant Wolski.

– Mąż prowadzi kawiarnię, ja piszę książki dla dzieci. Jedyne dokumenty, które przewijają się przez nasz dom, to rachunki, zeznania podatkowe i od czasu do czasu umowy wydawnicze. Nic niezwykłego.

Policjanci wymienili znaczące spojrzenia. Niższy z mężczyzn, ten o wysokim czole, zmarszczył brwi i rozejrzał się wokół po zadbanym pokoju urządzonym w stylu skandynawskim.

– Muszę przyznać, że to dość nietypowe – zauważył. – W ciągu ostatnich miesięcy mieliśmy kilka podobnych zgłoszeń w okolicy, ale włamywacz zawsze zostawiał na miejscu niezły bałagan, a z okradanych domów ginęły wartościowe przedmioty.

– Może przepłoszyła złodzieja, zanim zdążył cokolwiek zabrać – zasugerowała Olga, która w odróżnieniu od swojej przyjaciółki nie tylko zdążyła włożyć eleganckie spodnie i kremową bluzkę z jedwabiu, ale nawet ułożyć ciemne, sięgające ramion włosy.

Jak przystało na głodną sukcesów, wziętą warszawską prawniczkę, Olga Dębska wstawała wcześnie. Dzień zaczynała od dwudziestokilometrowej przejażdżki na rowerku stacjonarnym, podczas której oglądała najświeższe serwisy informacyjne. Swój poranek kończyła lekturą akt i dokumentów wertowanych nad śniadaniem składającym się z grzanki, jajka sadzonego i awokado, a później ruszała do centrum Warszawy, by przemienić się w jedną z najzacieklejszych adwokatek stolicy.

Anna, która siedziała nieruchomo na kanapie, przygryzła wargę. Jej wzrok był nieobecny, utkwiony w oddali za oknem, gdzie wrześniowy wiatr szarpał ogrodowe krzewy. Paznokcie kobiety bezwiednie uderzały o porcelanowy kubek.

– Ten człowiek wydawał się zaskoczony moją obecnością – stwierdziła. – Nie spodziewał się, że zastanie kogokolwiek w domu.

Sierżant Wolski odczytał wiadomość na komórce, po czym wsunął telefon do kieszeni i zwrócił się do Anny:

– Kto jeszcze wiedział o tym, że zamierzacie państwo wyjechać?

Olga parsknęła.

– Pewnie jakieś pół Warszawy. Jej synowie chwalili się tą wyprawą kolegom w szkole, gościom kawiarni, wszystkim sąsiadom na ulicy i przypadkowym ludziom w parku. Myślę, że łatwiej byłoby wymienić tych, którzy o niej nie słyszeli.

– Chłopcy bardzo przeżywali ten wyjazd – wtrąciła Anna. – Uwielbiają lego i nie mogli się doczekać, kiedy polecą do Danii. W zeszłym roku zrezygnowali nawet z prezentów gwiazdkowych. W liście do Mikołaja poprosili, żeby niczego im nie przynosił, tylko sprawił, by rodzice zabrali ich na wymarzoną wycieczkę. Gdyby nie zatrucie pokarmowe, byłabym tam teraz z nimi. W ostatniej chwili uznałam, że nie dam rady jechać w takim stanie.

– Macie państwo jakichś wrogów?

Tochman zaprzeczyła ruchem głowy.

– Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Klienci kawiarni uwielbiają mojego męża. Czasem myślę, że przychodzą tam nie z powodu dobrej kawy, ale specjalnie dla niego. Mikołaj nie jest wprawdzie zbyt rozmowny, za to umie słuchać jak nikt.

– A pani? Czy ktoś mógłby pani źle życzyć? Albo czegoś zazdrościć?

Anna przeniosła wzrok na swoje nogi i poprawiła rozsuwające się poły szlafroka.

– Raczej nie. Piszę książki dla dzieci o przygodach dzielnej dziewczynki o imieniu Amelia. Odwiedzam szkoły i przedszkola, rozmawiam z czytelnikami. Nie sądzę, żebym mogła się tym komuś narazić. Zresztą większość czasu spędzam w domu, za biurkiem.

Wysoki policjant podrapał brew, przeglądając swoje zapiski w notatniku.

– Czy przypomniało się pani cokolwiek, co mogłoby nam pomóc zidentyfikować napastnika? W co był ubrany? Jego wzrost albo jakieś inne cechy charakterystyczne?

– Obawiam się, że niewiele widziałam. W sypialni było ciemno, wpadłam w panikę, a chwilę później ten mężczyzna uciekł. Wtedy wydawało mi się to wiecznością, ale teraz myślę, że patrzyłam na niego zaledwie kilka sekund.

Sierżant Wolski skinął twierdząco, po czym spojrzał na kolegę i odchrząknął, ściskając w palcach długopis.

– Nurtuje mnie jeszcze jedna kwestia… – zaczął z wahaniem. – Czy ma pani stuprocentową pewność, że okno w kotłowni było zamknięte, kiedy kładła się pani do łóżka?

– Oczywiście, zawsze jest. Dlaczego pan pyta?

Mężczyzna zwilżył językiem wargi.

– Minionej nocy mocno wiało, gdyby ktoś zostawił je otwarte, mogłoby się stłuc od przeciągu.

– To jakiś żart? – wybuchła Olga. – Moja przyjaciółka została napadnięta. Jakiś obcy facet kręcił się w środku nocy po jej domu, a pan sugeruje, że to sobie wymyśliła?

– Niczego takiego nie powiedziałem – odparł ze spokojem Wolski, asekuracyjnie unosząc dłonie. – Potwierdzam jedynie fakty, na tym polega moja praca.

Atmosfera w salonie stężała. Anna, nie mogąc dłużej znieść napięcia, odstawiła kubek na stolik i podniosła się z kanapy.

– Jakie są dalsze kroki? – zapytała, krzyżując przedramiona na piersi.

– Proszę uzbroić się w cierpliwość. Odezwiemy się do pani, gdy tylko uda nam się ustalić coś nowego. Mój kolega pobrał z kotłowni odbitki palców, postaramy się porównać je z tymi, które mamy z innych okradanych domów. Zachęcałbym też do zainstalowania alarmu albo chociaż solidniejszych zamków. Te, które państwo macie, można dość łatwo sforsować.

Anna z niepokojem zerknęła w stronę drzwi. Mikołaj i dzieci planowali wrócić dopiero następnego dnia. Na samą myśl o tym, że miałaby spędzić kolejną noc całkowicie sama w domu, który zaczął ją przerażać, zrobiło jej się słabo.

– Pani Tochman, ofiary włamań często tracą poczucie bezpieczeństwa i odczuwają silny lęk przed ponownym wtargnięciem. W takiej sytuacji niezbędne jest wsparcie bliskich, a niekiedy także pomoc specjalisty – dodał funkcjonariusz.

– Poradzę sobie, dziękuję za troskę.

Sierżant Wolski założył policyjną czapkę, po czym wyrwał z notesu kartkę z nagryzmolonym numerem.

– Gdyby cokolwiek się pani przypomniało, proszę dzwonić.

Anna niechętnie sięgnęła po skrawek papieru, a następnie odprowadziła funkcjonariuszy do wyjścia. Kiedy drzwi się za nimi zatrzasnęły, przesunęła zasuwę i przekręciła klucz w zamku, a potem się rozpłakała. Łzy spływały po bladych policzkach i wsiąkały w dywan pod jej stopami.

– Hej, hej… – Olga podbiegła do niej i mocno ją przytuliła. – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Potrzebujesz tylko trochę czasu. Znajdę jakiegoś porządnego fachowca od zamków, a później zadzwonię do szklarza, żeby jeszcze dzisiaj wstawił ci nową szybę. Uporamy się z tym krok po kroku.

– Nie o to chodzi. Po prostu wciąż wracam myślami do tamtej chwili, gdy nie byłam w stanie się poruszyć ani nabrać tchu. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś równie przerażającego. Wydawało mi się, że umieram.

Dębska położyła przyjaciółce dłoń na ramieniu.

– Wyjdziesz z tego, zaufaj mi. Jeśli chcesz, mogę ci przekazać kontakt do znajomej terapeutki. Jest naprawdę dobra, wielu moich klientów korzystało z jej wsparcia.

Anna pociągnęła nosem i zmusiła się do uśmiechu. Kiedy podniosła na Olgę załzawione spojrzenie, wyczuła charakterystyczny kardamonowy zapach jej perfum. Zastygła, a potem nagle ruszyła w stronę schodów.

– Muszę coś sprawdzić – rzuciła, wbiegając na górę.

Przyjaciółka odnalazła ją w sypialni. Tochman gorączkowo przerzucała zawartość górnej szuflady komody. Na podłogę spadały zwinięte w kłębki skarpety i męskie slipy.

– Gdzie one są? – szepnęła do siebie.

– O czym ty mówisz?

– Perfumy. Koszmarnie drogie Vanille Fatale od Toma Forda. Natknęłam się na nie przypadkiem kilka dni temu, kiedy zabrałam się do porządków. Myślę, że Mikołaj kupił mi je z okazji naszej nadchodzącej rocznicy. To już we wtorek. – Rozciągnęła usta w uśmiechu, który natychmiast spłynął z jej warg. – Ale teraz nigdzie nie mogę ich znaleźć.

– Może je przełożył?

– Albo ten facet je zabrał.

Olga chwyciła koleżankę za nadgarstki.

– Skąd, do diabła, miałby wiedzieć, że twój mąż trzyma perfumy w szufladzie z majtkami?

Dłonie Anny przestały przetrząsać bieliznę Mikołaja. Spojrzała na przyjaciółkę, po czym zrobiła długi wydech.

– Masz rację. Chyba przesadzam.

Potarła lśniące od potu czoło i opadła na niezasłane łóżko. Jej wzrok muskał twarze synów, córki oraz męża zerkające na nią z fotografii ustawionych na komodzie. Była tam Kasia na zawodach sportowych, chłopcy w przebraniach Harry’ego Pottera i ona z Mikołajem na tle zachodzącego słońca.

– Chwila… – Zerwała się nagle z posłania i zaczęła się rozglądać po sypialni.

– Co jest? – spytała Olga.

Anna dotknęła pustego miejsca między ramkami na komodzie.

– Tu stało nasze rodzinne zdjęcie. Zrobiliśmy je na wakacjach w Gdańsku.

– Jesteś pewna? Kiedy je ostatnio widziałaś?

– Patrzyłam na nie wczoraj wieczorem.

Olga ściągnęła brwi.

– To nie ma sensu. Kto, u licha, kradnie czyjeś zdjęcie?

Anna poczuła dreszcz przebiegający po kręgosłupie.

– Ktoś, kogo należy się obawiać – odparła.

 

 

 

 

 

LEON

 

Teraz

 

7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

 

 

– Na Mazowszu trudno będzie dziś zobaczyć słońce. Wprawdzie słupek rtęci sięgnie nawet osiemnastu stopni, ale synoptycy zapowiadają zachmurzenia i przejściowe opady deszczu, dlatego, moi drodzy, pamiętajcie o parasolach i pozytywnym nastawieniu. A teraz specjalnie dla was Bobby McFerrin w utworze Don’t worry, be happy – zapowiedział spiker Radia Zet.

W głośnikach samochodowych komisarza Leona Mruka rozległo się radosne gwizdanie. Policjant skrzywił się z niesmakiem, lecz po chwili dołączył do wokalisty i sam zaczął pogwizdywać. Za oknami opla rozciągała się nieskończona szarość. Deszcz siąpił na trawniki i błotniste pobocza. Polska złota jesień, skwitował w duchu Leon, po czym ziewnął przeciągle, przecierając oczy. Zmęczenie po nocy spędzonej na bezmyślnym oglądaniu YouTube’a i przygnębiająca aura na zewnątrz sprawiały, że miał ochotę zaszyć się w ślepej uliczce, wyłączyć silnik i uciąć sobie krótką drzemkę.

Przez niewygodną kanapę w salonie, gdzie wylądował po kłótni z żoną, bolały go plecy. Bardziej jednak doskwierało mu poczucie zawodu. Świadomość, że jego małżeństwo po dwudziestu latach zaczęło usychać, bolała. Mruk próbował ratować swój związek, zgodził się nawet na terapię, w którą zupełnie nie wierzył, ale ani to, ani czułe słowa czy kwiaty przynoszone co miesiąc nie sprawiły, że jego żona chciała z nim częściej sypiać. Po urodzeniu dzieci Marta zaczęła się oddalać. Rutyna i codzienne troski pochłaniały ją powoli jak morze, które zabiera brzeg kawałek po kawałku. Aż w końcu odsunęła się tak daleko, że trudno było im się spotkać.

Leon westchnął ciężko, wjeżdżając w wąską uliczkę na warszawskim Ursynowie, po czym wyłączył radio, zerknął w niebo i rzucił pod nosem:

– Zrób coś, żeby mi się chciało choć w połowie tak, jak mi się nie chce.

Po drodze biegnącej nieopodal Jeziorka Grabowskiego kręcili się okoliczni mieszkańcy zwabieni widokiem samochodów policyjnych. Ukryci pod kapturami szeptali między sobą i wyciągali szyje w nadziei, że zdołają dostrzec coś ciekawego. Komisarz Mruk posłał im groźne spojrzenie. Nie rozumiał tej odwiecznej ludzkiej fascynacji oglądaniem ofiar wypadków i zabójstw. Sam dałby wiele, by wymazać z pamięci niektóre obrazy martwych, wracające do niego w koszmarach. Minął operatora TVN24, który wypakowywał kamerę z oklejonej logotypami stacji skody, a gdy kawałek dalej zauważył młodego dziennikarza portalu Halo Ursynów, rozeźlony pokręcił głową.

– Więcej was matka nie miała – gderał.

Deszcz zaczął przybierać na sile. Leon postawił kołnierz skórzanej kurtki i schował głowę w ramiona. Tuż przed nim za rozciągniętą policyjną taśmą technicy kryminalistyki w białych kombinezonach przeczesywali zarośla. Policyjny fotograf robił zdjęcia denatki, a lekarz, który przyjechał na miejsce, by stwierdzić zgon, zdejmował właśnie nitrylowe rękawiczki.

– Co tam mamy, doktorze?

– Młoda kobieta, dwadzieścia parę lat. Na podstawie stężenia pośmiertnego oceniam, że umarła dziesięć–czternaście godzin temu. Przyczyną zgonu było najpewniej utonięcie.

– Utonęła sama czy ktoś jej pomógł?

– Tego nie wiem, ale ma kilka obrażeń, które mogą sugerować udział osób trzecich. Pęknięty łuk brwiowy i sporo zadrapań na rękach, twarzy oraz karku.

Mruk przesunął spojrzeniem po bladych policzkach dziewczyny. Jej długie włosy ociekały wodą. Miała na sobie obcisłe czarne spodnie, białe trampki z zielonym krokodylkiem na boku i lekko zaplamioną krwią dżinsową kurtkę narzuconą na T-shirt z nadrukiem. Wyglądała dziewczęco i niewinnie.

Komisarz podziękował lekarzowi i rozejrzał się wokół w poszukiwaniu swojego kolegi. Aspirant Hubert Witek stał przy rozłożystej wierzbie płaczącej i rozmawiał z mężczyzną w roboczych ubraniach zabrudzonych farbą. Leon uznał, że to musi być człowiek, który znalazł zwłoki. W zgłoszeniu pojawiła się informacja o budowlańcu, który wracając do domu po obficie zakrapianej imprezie, natknął się na ciało. Zagadkę stanowiło jednak to, w jaki sposób zauważył martwą kobietę, skoro drogę od jeziora odcinały łąka i gęste zarośla.

Mruk podszedł do rozmawiających, skinął aspirantowi i nieufnie otaksował mężczyznę o spuchniętej twarzy, wokół którego unosił się zapach przetrawionego alkoholu.

– Gdzie dokładnie pan stał, gdy zobaczył pan denatkę? – wtrącił.

– O tam. – Świadek wskazał dłonią krzewy rosnące przy bocznej piaskowej ścieżce.

Jego ręka się trzęsła, na policzkach widniały czerwone plamy, a oczy były mocno przekrwione. Komisarz podążył za wskazówkami, ale kiedy zajął miejsce wyznaczone przez budowlańca, nadal nie mógł dojrzeć tafli jeziora. Przed jego oczyma falowały jedynie smukłe, zielone trzciny. Wrócił do świadka, uważnie się mu przyglądając.

– Dlaczego w ogóle pan się tutaj zatrzymał? Główna droga wiedzie tamtędy. – Leon zerknął w stronę asfaltowej ulicy kawałek dalej.

– Zrobiło mi się niedobrze. Zsiadłem z roweru i pobiegłem w krzaki, żeby zwymiotować.

– A później?

– Zauważyłem tę dziewczynę.

Mruk prychnął, przesuwając spojrzeniem po mokrych do kolan spodniach i ubłoconych adidasach mężczyzny.

– To niemożliwe. Jest pan tylko trochę wyższy ode mnie, a ja nie widzę stamtąd jeziora – stwierdził, po czym zwrócił się do aspiranta Witka: – Hubert, zabierz pana na komisariat, tam dokończymy rozmowę.

– Ale jak to? Ja nic nie zrobiłem. Nie możecie mnie panowie tak zatrzymać. Muszę iść do pracy.

– Praca nie zając, zapraszam – rzucił Witek, kiwając głową w kierunku stojącego nieopodal radiowozu.

Budowlaniec odsunął się i uniósł dłonie w geście protestu.

– Chwila, moment. Może jednak jakoś się dogadamy?

– Niby jak? Człowieku, znalazłeś martwą kobietę, musisz złożyć zeznania – odparł aspirant.

– A co, jeśli powiem prawdę?

Hubert Witek z trudem powstrzymał się przed przewróceniem oczami, a po twarzy komisarza Mruka przemknął cień uśmiechu.

– Zamieniamy się w słuch – oznajmił, splatając ramiona na piersi.

– Rzeczywiście nie widziałem stamtąd tej dziewczyny, ale w zaroślach kawałek dalej zauważyłem damską torebkę. Postanowiłem sprawdzić, co w niej jest, i dopiero kiedy wszedłem do wody, żeby ją wyciągnąć, natknąłem się na ciało.

– Gdzie jest teraz ta torebka?

Mężczyzna z zakłopotaniem przestąpił z nogi na nogę i uciekł spojrzeniem.

– Zostawiłem ją w tamtym miejscu. – Skinął w stronę jeziorka. – Kilka kroków od brzegu.

– Dotykał jej pan?

Budowlaniec niechętnie potwierdził, a Leon zaklął i ruszył w kierunku pracującego technika. Deszcz wpadał mu za kołnierz, lepkie błoto ślizgało się pod stopami.

– Piotrek, znaleźliście w tych krzakach damską torebkę? – zapytał jednego z funkcjonariuszy.

– Tak. W środku jest portfel i dowód wystawiony na dwudziestoczteroletnią Ninę Frycz. Wszystko wskazuje na to, że te rzeczy należały do ofiary.

Mruk przesunął dłonią po odrastającym zaroście, który zachrzęścił pod jego palcami.

– Macie coś jeszcze?

– Niewiele. Wszystkie tropy zmył deszcz. Nie zachowały się żadne odciski butów ani ślady opon na piaskowej ścieżce.

– Krew na drodze dojścia do zbiornika?

Technik zaprzeczył.

– Czysto. Z wody wyłowiliśmy jeszcze tylko niebieską apaszkę. Dryfowała obok ciała ofiary. Trudno stwierdzić, czy ma związek ze sprawą. Zabezpieczyliśmy ją, może się wam do czegoś przyda.

– Jasne, dzięki, stary.

Komisarz zawiesił spojrzenie na nieżyjącej kobiecie. Przyglądał się jej pełnym wargom, wyraźnie zarysowanym kościom policzkowym i smukłej szyi, próbując zrozumieć, w jaki sposób mogło dojść do utonięcia. Jego wzrok sunął po linii obojczyków, ramionach, a później zatrzymał się na szczupłych nadgarstkach. Jeden z nich zdobiła bransoletka z czerwonego sznurka, na którym widniało kilka supełków.

Mruk włożył rękawiczki i przykucnął nad ofiarą. Delikatnie przesunął głowę dziewczyny na bok, przyglądając się zadrapaniom na karku. Co ci się stało? – myślał, gdy jego uwagę przyciąg­nął fragment tatuażu wystający spod bluzki. Odchylił materiał, odsłaniając rysunek jelenia z majestatycznym porożem.

Nagle zrobiło mu się duszno. Zacisnął mocno powieki, by przegonić atakujące go obrazy i dźwięki. One jednak nie chciały odejść. Znów widział poruszaną przyspieszonym oddechem skórę podbrzusza, strugę potu spływającą między piersiami i czerwone paznokcie w ekstazie wczepiające się w pościel. Słyszał jęki i westchnienia.

– Dobrze się czujesz, Leon? – dobiegł go znajomy, zachrypnięty głos.

Policjant gwałtownie otworzył oczy i spojrzał na stojącego obok mężczyznę w szarym garniturze i eleganckim płaszczu.

– Doskonale.

Prokurator Roman Adler uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.

– Beznadziejny z ciebie kłamca, Mruk.

– Cóż poradzić. – Rozłożył ręce. – Nie każdy ma taki talent jak ty.

Adler parsknął, a wzrok Leona przylgnął do leżącej na ziemi dziewczyny. Przez ciało komisarza przetoczyła się fala gorąca. Zdawał sobie sprawę, że taki tatuaż mogły nosić setki, a może nawet tysiące kobiet w kraju, lecz nie potrafił przegonić ściskającego żołądek przeczucia. Tego, które mówiło mu, że widział ofiarę już wcześniej.

 

 

 

 

 

ANNA

 

Wcześniej

 

1 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PRZED ZABÓJSTWEM

 

 

Przez cały wieczór robiła wszystko, by dzieci nie zauważyły, jak bardzo jest roztrzęsiona. Na lotnisku radośnie je przywitała. Zmierzwiła włosy córce, ucałowała męża i pozwoliła, by chłopcy rzucili się na nią z takim impetem, że niemal ją przewrócili. W drodze do domu słuchała pełnych ekscytacji opowieści o roller­coasterach, wyścigach łódek z klocków Lego, wodnych bitwach i tonach zjedzonych słodyczy. Z każdą chwilą coraz bardziej zdawała sobie sprawę, jak bardzo tęskniła za bliskimi.

Starała się zadawać dociekliwe pytania i wybuchać śmiechem w odpowiednich momentach, ale gdzieś na dnie żołądka jak garść połkniętych kamieni gniotło ją to, czego razem z Mikołajem postanowili dzieciom nie mówić. Patrzyła w roziskrzone oczy córki, próbując wykrzesać z siebie entuzjazm, ale jej radość była tylko marną podróbką.

Po kąpieli dłużej i mocniej niż zwykle tuliła synów, a kiedy zasnęli, zajrzała jeszcze do pokoju Kasi. Piętnastolatka leżała na łóżku z telefonem w dłoniach i słuchawkami na uszach. Jej szczupłe palce wystukiwały na klawiaturze wiadomość, a po twarzy błądził tajemniczy uśmiech. Anna nie chciała jej przeszkadzać. Dyskretnie zamknęła drzwi i zeszła na dół.

– Trzymasz się jakoś? – zapytał Mikołaj, który wkładał naczynia do zmywarki.

– Próbuję.

Mąż objął ją ramieniem i delikatnie pocałował w skroń.

– Mam wyrzuty sumienia, że nie było mnie przy tobie, gdy to się stało.

– Skąd mogłeś wiedzieć?

– Byłaś naprawdę dzielna. Myślę, że dobrze zrobiliśmy, nic im nie mówiąc. – Kiwnął głową w stronę schodów na piętro. – Dzięki temu nadal będą mogli czuć się tutaj bezpiecznie.

– Zauważyli coś?

– Chłopcy nie, ale Kasia wypatrzyła nowy zamek w drzwiach. Powiedziałem jej, że stary się zacinał i musieliśmy go wymienić. – Mikołaj podniósł dwa kubki stojące na blacie. – Chodźmy, usiądziemy na kanapie, a ty jeszcze raz mi o wszystkim opowiesz.

Ciepły dotyk znajomych dłoni uspokajał Annę. Oparła głowę o klatkę piersiową męża, wsłuchując się w rytm jego serca. Czuła, jak napięcie spinające jej barki powoli się rozpuszcza. Wstążki pary wiły się nad kubkami, gdy relacjonowała zdarzenia tamtej koszmarnej nocy. Przed jej oczyma znów stanęły przerażające kadry. Te, które ze wszystkich sił pragnęła wymazać z pamięci. Obraz postaci czyhającej w mroku, widok poruszających się drzwi do kotłowni i wspomnienie wybitego okna, przez które noc wdzierała się do domu.

– Nadal nie mogę uwierzyć, że nic nie zginęło – stwierdził Mikołaj.

Anna podniosła się, a jej twarz przeciął grymas skruchy.

– Niezupełnie nic.

– To znaczy?

Mąż wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem.

– Nie wspominałam o tym wcześniej, żeby cię nie martwić, ale wydaje mi się, że złodziej zabrał nasze rodzinne zdjęcie. To z wakacji nad morzem, które stało na komodzie w sypialni.

– Niby dlaczego miałby to zrobić? Po co komukolwiek zdjęcie obcych ludzi?

– Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że tam stało, a po wizycie policjantów zauważyłam, że ramka z fotografią zniknęła.

Mikołaj zmarszczył czoło.

– Sprawdzałaś za komodą? Mogło spaść.

– Nie, nie przyszło mi to do głowy. Może masz rację. Zajrzę tam później – uznała, po czym uspokojona zatonęła w ramionach męża.

Mikołaj nachylił się nad jej uchem i cicho zanucił:

– „Chcę ci życzyć na twojej drodze śmiałych decyzji. Przestań się bać, już w porządku, już dobrze”.

Uśmiechnęła się, rozpoznając piosenkę Wdzięczność Igora Herbuta. Ciepły oddech męża łaskotał jej szyję, a ona poczuła, że wszystko, co złe, w niej topnieje. Splotła palce z palcami Mikołaja, gdy rozdzwonił się jego telefon. Mężczyzna zerknął na ekran i odrzucił połączenie, jednak zanim zdążył schować komórkę, ta zadźwięczała ponownie. Pospiesznie wyciszył smartfona, po czym odłożył go na stolik.

– Nie odbierzesz? – zapytała. – To mógł być ktoś z policji. Podałam im nasze numery. Chcieli pobrać twoje odciski palców, żeby porównać je z tymi znalezionymi na oknie w kotłowni.

– Nie wydaje mi się, żeby dzwonili o tej godzinie. A nawet gdyby, to w pierwszej kolejności na pewno próbowaliby się kontaktować z tobą.

Anna rzuciła okiem na zegar ścienny. Dochodziła dziesiąta. Czerń za oknami przykryła świat grubym kocem.

– Jeśli to nie policja, to kto?

– Natrętny telemarketer albo ktoś, kto zwyczajnie się pomylił. Nie przejmuj się tym. Jutro z samego rana podjadę na komisariat i dowiem się, czy są jakieś nowe ustalenia w sprawie tych włamań. Dzisiaj nie mam już na to siły. – Mikołaj rozciągnął usta w krzepiącym uśmiechu, choć w jego rysach kryło się coś nieodgadnionego.

Anna kiwnęła głową ze zrozumieniem, po czym odetchnęła głęboko.

– Jest coś jeszcze, o czym chciałabym z tobą porozmawiać. Przez przypadek… – zaczęła, ale nagle urwała, bo na piętrze rozległo się rozpaczliwe wołanie:

– Tato!

– To Władzio – zauważył Mikołaj, zrywając się z kanapy. – Pójdę do niego. W Danii też się tak budził. Chyba za dużo wrażeń jak na jednego młodego człowieka. – Cmoknął ją w usta, a po chwili ze schodów rzucił jeszcze: – Gdybym z nim zasnął, obudź mnie, dobrze?

Anna przytaknęła, a kiedy jej mąż zniknął za drzwiami dziecięcego pokoju, spojrzała na komórkę zostawioną na stoliku. Niemal słyszała podszept, który zachęcał, by wzięła ją do ręki i sprawdziła, kto dzwonił do Mikołaja. Uczciwość walczyła w niej z ciekawością. Otarła wilgotne wnętrza dłoni o spodnie i przygryzła wargę. Chwyciła smartfona, ale zaraz go odłożyła. Jakby to nie był telefon, ale rozżarzony węgiel, który pali skórę. W myślach zadźwięczały słowa wielokrotnie powtarzane przez jej matkę. Zaufanie przypomina lustro. Pęknięte można posklejać, ale rysy pozostaną na nim już na zawsze.

Podniosła się z kanapy i poszła do kuchni odnieść naczynia. Przez uchylone okno dobiegł ją śpiew ptaka, który uwił sobie gniazdo w zaroślach ogrodu sąsiada. Przesunęła lękliwie wzrokiem po otoczeniu, doszukując się wśród nocnych kształtów śladów sylwetki intruza, ale nie znalazła tam niczego poza krzewami szarpanymi wiatrem.

Nie była szczera wobec męża. Nie powiedziała mu, że od włamania nie jest w stanie zmrużyć oka. Nie przyznała, że kiedy tylko opuszcza powieki, wciąż widzi tego mężczyznę. Zataiła, że tym, co trzyma ją w jednym kawałku, jest sączone ukradkiem wino. Nie zdradziła też, że w nocnej szafce i w torebce schowała gaz pieprzowy, na wypadek gdyby napastnik wrócił. Miała świadomość, że udając nieustraszoną, nieuchronnie zbliża się do krawędzi przepaści, a jednocześnie nie potrafiła przyznać, nawet przed sobą, że tamtej nocy jej psychika roztrzaskała się jak ta szyba w kotłowni.

Poczuła dławienie w przełyku, a gorycz napłynęła jej do gardła. Pospiesznie nalała wody do szklanki, po czym wypiła ją duszkiem i przez kilka minut patrzyła, jak jej łzy roztrzaskują się o blat. A kiedy zapas łez się wyczerpał, otarła nos i ruszyła do sypialni.

Po drodze zabrała ze stołu telefon męża. Na ekranie widniało powiadomienie o nieodczytanej wiadomości. Numer nadawcy zaczynał się od trzech ósemek. Tak samo jak numer osoby, która wcześniej usiłowała dodzwonić się do Mikołaja. Anna poczuła wzbierającą ciekawość. Jej kciuk zawisł nad ekranem. Zawahała się, spoglądając niepewnie w stronę schodów, a później wpisała kod zdejmujący blokadę. Kliknęła w ikonę wiadomości i wstrzymała oddech.

Jej wzrok przylgnął do nadesłanego kwadrans temu SMS-a: „Oddzwoń do mnie jak najszybciej”. Tuż nad nim wyświetlały się jeszcze dwie wiadomości wymienione w ubiegłym tygodniu, na dzień przed wylotem do Legolandu. Jedna z nich pochodziła z nieznanego numeru. „Musisz jej o tym powiedzieć”. Druga była odpowiedzią Mikołaja. „Jeszcze nie teraz. To nie jest dobry moment”.

 

 

 

 

 

LEON

 

Teraz

 

7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

 

 

Silnik opla zawył, kiedy komisarz Leon Mruk przycisnął mocniej gaz, by zdążyć przebić się przez aleję Rzeczypospolitej, zanim zmieni się światło.

– Straciłeś właśnie pięćset złotych. Było czerwone jak policzki tego budowlańca, który znalazł naszą denatkę – skomentował siedzący na fotelu pasażera aspirant Witek.

– Naprawdę? Wydawało mi się, że późne pomarańczowe.

– I do tego tak bezczelnie okłamujesz policjanta. – Hubert pokręcił głową z udawanym niezadowoleniem. – A Bóg siedzi w świątyni Opatrzności i wszystko widzi. – Wskazał ogromny kościół usytuowany między osiedlami warszawskiej dzielnicy Wilanów, przez którą się przedzierali.

– Jakie szczęście, że Bóg nie może wystawiać mandatów.

Policjanci wymienili uśmiechy.

– Jesteś pewien, że facet, który znalazł zwłoki tej dziewczyny, nie ma nic wspólnego z jej śmiercią? – zapytał Witek, przeglądając zapiski w swoim notesie.

– Pewien jestem tylko tego, że żona będzie mi znów suszyć głowę, gdy wieczorem wrócę do domu, ale myślę, że byłby idiotą, gdyby ją zabił, a potem wzywał patrol.

– Nie sprawiał wrażenia przesadnie inteligentnego. Może doszło do jakiegoś wypadku, a później ruszyło go sumienie i zadzwonił.

– To nie sumienie sprawia, że ludzie przyznają się do winy. To ten muł, który zbiera się w człowieku. Stopniowo i niezauważenie. Osadza się we wnętrzu warstwa po warstwie, aż w końcu pewnego dnia zatyka gardło i dusi. Na to trzeba czasu. Poczucie winy lęgnie się powoli.

Hubert omiótł komisarza sceptycznym spojrzeniem, ale postanowił nie komentować teorii przełożonego, tylko znacząco przewrócił oczami.

– Wiem, że to zrobiłeś, Witek – odezwał się Mruk, nie odrywając wzroku od drogi przed sobą. – Mam radar, który powiadamia mnie za każdym razem, gdy stroisz te swoje głupie miny.

– Ja nie…

– Po prostu posłuchaj – przerwał mu Leon. – Zeznania tamtego mężczyzny zgadzają się co do joty z tym, co wyciągnęliśmy od jego kolegi. Pytałem o najdrobniejsze szczegóły minionego wieczoru, nie mogli się na nie umówić. Żaden z nich nie był nigdy karany i nic nie wskazuje na to, by mieli jakikolwiek związek z ofiarą. To nie oni.

Aspirant niechętnie przyznał szefowi rację i w zamyśleniu zastukał końcówką długopisu w okładkę notatnika, który trzymał na kolanach.

– Rodzice dziewczyny twierdzą, że pracowała w jakiejś kawiarni na Ursynowie, ale nie potrafili podać jej nazwy. Nie wiedzą też, czy miała wczoraj zmianę, bo od jakiegoś czasu ich relacje, jak to określiła jej matka, nie układały się najlepiej.

– Wiesz dlaczego?

– Podobno nie chcieli, żeby wyjeżdżała z Płocka. Uważają, że jej studia i ucieczka do Warszawy to czyste fanaberie, bo miała zapewnioną posadę w rodzinnym sklepie ogrodniczym.

– Niewdzięczna. Wzgardziła taką świetlaną karierą – skomentował komisarz, z trudem znajdując miejsce do parkowania przy zatłoczonej ulicy Hlonda.

Kiedy wysiedli z samochodu, wieczór miękko kładł się na gęstej zabudowie Miasteczka Wilanów. W oknach mieszkań zapalały się światła, ulicami spieszyli do domów wracający z pracy ludzie, a srebrny półksiężyc wisiał nad dachami. Aspirant Witek zajrzał do swojego notesu i wskazał klatkę schodową po prawej.

– To tam, mieszka pod siódemką – oznajmił. – Miejmy nadzieję, że ją zastaniemy.

Leon nacisnął guzik domofonu, a po chwili w głośniku zatrzeszczało i odezwała się w nim młoda kobieta.

– Trzecie piętro, zapraszam.

Policjanci spojrzeli po sobie z zaskoczeniem, a Mruk sekundę przed tym, nim zadźwięczał brzęczyk odblokowujący drzwi, rzucił pod nosem:

– Sezamie, otwórz się.

Hubert uniósł wzrok do nieba, a wtedy jego szef, który wyprzedzał go o kilka kroków, zawołał:

– Mój radar się uaktywnił. Czyżbyś znów stroił miny?

– Nigdy w życiu – zapewnił aspirant, zachodząc w głowę, jakim cudem Leon zawsze przyłapuje go na gorącym uczynku.

W ciszy pokonali windą trzy piętra, a później zapukali do mieszkania. Drzwi otworzyła im wyraźnie zaskoczona młoda kobieta w dresach i wysokim kucyku.

– Panowie z chińszczyzną? – dopytała, marszcząc nakrapiany piegami nos.

– Niestety nie, choć szczerze żałuję, bo sam chętnie bym coś przekąsił. – Policjant wyjął legitymację i pokazał ją dziewczynie. – Komisarz Leon Mruk, a to aspirant Hubert Witek. Pani Maja Lipska?

– Tak – odparła niepewnie.

– Chcielibyśmy porozmawiać o pani współlokatorce, Ninie Frycz. Możemy wejść?

Właścicielka mieszkania odsunęła się, gestem zapraszając funkcjonariuszy do pokoju z rozkładaną kanapą, meblościanką i telewizorem. Mruk obejrzał wnętrze, rejestrując duży regał z książkami oraz zdjęcia z maratonów, na których Lipska uśmiechała się do obiektywów, dumnie prezentując medale.

– Kiedy ostatnio widziała pani Ninę? – zapytał, przysiadając na sofie pod ścianą.

– Wczoraj rano. Tuż przed jej wyjściem do pracy. Jest baristką w kawiarni Miła na Ursynowie.

Aspirant Witek zanotował tę informację, a Leon kontynuował rozpytanie.

– Rozmawiałyście ze sobą w ciągu dnia?

– Nie, wymieniałyśmy tylko SMS-y. Pytałam ją, czy wracając, mogłaby odebrać ze sklepu na dole moją paczkę, ale przypomniała mi, że opiekuje się dziećmi swojego szefa i wróci późno.

– A pani gdzie wtedy była?

– W kinie. Poszłyśmy z koleżankami obejrzeć Święto ognia, a potem wyskoczyłyśmy na jednego drinka, który zmienił się w trzy i ostatecznie przenocowałam u jednej z nich.

Maja Lipska nerwowo obracała pierścionkiem na palcu.

– Dlaczego pan o to wszystko pyta? Coś się stało?

Komisarz Mruk wytrzymał spojrzenie dziewczyny wystarczająco długo, by stwierdzić, że nie dostrzega w jej rysach jakichkolwiek oznak fałszu.

– Dziś rano ciało Niny Frycz zostało wyłowione z Jeziorka Grabowskiego na Ursynowie.

Lipska przyłożyła dłoń do ust, tłumiąc westchnienie.

– Ale jak to? To niemożliwe.

– Jeśli ma pani jakiekolwiek informacje, które mogłyby nam pomóc w ustaleniu przyczyny śmierci pani współlokatorki, będziemy wdzięczni za pomoc. Zacznijmy może od tego, jak się nazywa ten jej szef, którego dzieci wczoraj pilnowała.

– Mikołaj Tochman. Nina często o nim opowiadała. Przyjaźnili się.

– Czy Nina mogła mieć jakichś wrogów? Zazdrosnego chłopaka?

– Nie, nie była z nikim związana. Całe dnie spędzała w pracy. Często też brała nadgodziny, a w weekendy jeździła na uczelnię. Studiowała ekonomię w Szkole Głównej Handlowej.

– Kłóciła się z kimś albo miała trudne relacje?

Kobieta siedząca na kanapie zaprzeczyła, ale jej wzrok na moment uciekł w kierunku podłogi, a prawa stopa zaczęła niespokojnie podrygiwać.

– Nie wydaje mi się, zawsze była otwarta i uśmiechnięta. Z tego, co wiem, to wszyscy ją lubili.

– Ale… – drążył Mruk, przeczuwając, że rozmówczyni coś ukrywa.

Lipska potarła czoło i westchnęła ciężko.

– To nie musi nic znaczyć, ale przedwczoraj, kiedy odbierałam ją z Miłej, zauważyłam rudowłosą kobietę, która stała na zewnątrz kawiarni w zacienionej części parkingu i przez szybę przyglądała się Ninie. Normalnie pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi, ale sprawiała wrażenie roztrzęsionej. Ściskała coś w dłoniach tak mocno, że aż drżały jej ręce.

– Wie pani, kto to mógł być?

– Nie, ale kiedy się odwróciła, dostrzegłam na jej twarzy ślady łez. Wyglądała, jakby coś bardzo ją poruszyło.

Aspirant Hubert Witek posłał komisarzowi znaczące spojrzenie, a Mruk w zamyśleniu przygryzł wargę. Zbrodnie zazwyczaj szły w parze z silnymi emocjami, zwłaszcza z tymi, które nie dały rady dłużej tkwić pod powierzchnią i pewnego dnia musiały wykipieć, rozlewając się na wszystko wokół.

 

 

 

 

 

MIKOŁAJ

 

Wcześniej

 

2 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PRZED ZABÓJSTWEM

 

 

Mikołaj dotarł do kawiarni tuż przed ósmą. Rozgrzał ekspres do kawy, nastawił w tle relaksującą muzykę i wyeksponował w szklanej gablocie bezy, serniki oraz szarlotki dostarczone przez zaprzyjaźnioną pracownię wypieków. Wnętrze Miłej wypełnił zapach świeżych, ciepłych jeszcze drożdżówek ze śliwką i cynamonem.

Tochman uważał, że gość z kawiarni musi wyjść syty i zaopiekowany, jakby opuszczał dom przyjaciół. I tak też traktował swoich klientów. Znał większość osób odwiedzających Miłą. Goście wpadali do lokalu w drodze na spacer z psem. Umawiali się tam na randki, plotki i na spotkania biznesowe. Niektórzy opowiadali mu o swoich zmartwieniach, pokazywali zdjęcia dzieci albo wnucząt, a on słuchał z uwagą, której potrzebowali. Obejmując spojrzeniem przytulne wnętrze kawiarni, wciąż nie mógł uwierzyć, że pielęgnowane od lat marzenie, któremu dał się porwać po odejściu z korporacji, stało się jego codziennością.

Tego ranka jednak nie potrafił poczuć satysfakcji. Wszystko leciało mu z rąk. Kark był spięty, a rozdrażnienia nie koił nawet smak aksamitnego cappuccino. Mikołaj spoglądał raz po raz na swoją komórkę, próbując zagłuszyć niepokój, który kiełkował w nim od kilku dni. Zdawał sobie sprawę, że nie może dłużej odwracać wzroku od dręczącego go problemu, a jednocześnie nie był w stanie spojrzeć mu w oczy. Czuł, że jeśli odpowie na nieodebrane połączenie, rozpocznie coś, czego nie zdoła zatrzymać. Uruchomi lawinę, która dotknie jego bliskich. Zwłaszcza Annę.

Pociągnął długi łyk kawy i postanowił jeszcze przez chwilę karmić się złudzeniami. Oszukiwać się jest zawsze łatwiej niż mierzyć z prawdą, pomyślał gorzko. Może właśnie dlatego ludzie osiągnęli mistrzostwo w okłamywaniu samych siebie.

Kiedy odstawił filiżankę, dzwoneczek nad wejściem do kawiarni zadźwięczał, a do środka weszła Klaudia, pracująca w Miłej od dnia otwarcia. Ciemnowłosa dziewczyna pomachała do niego radośnie. Drzwi jeszcze się za nią nie zamknęły, gdy do lokalu wbiegła także Nina, druga baristka. Na twarzy Mikołaja zagościł promienny uśmiech.

– Cześć, szefie. Jak tam było w Legolandzie? – zapytała blondynka, związując lśniące włosy w luźny kok tuż nad karkiem.

– Bajecznie.

Opowiedział pracownicom o przygodach w parku rozrywki, o tym, że Anna ze względu na kłopoty z żołądkiem musiała zostać w domu, a także o nocnym włamaniu.

– Boże, aż mam ciarki. – Klaudia odsłoniła przedramię pokryte gęsią skórką. – Na miejscu twojej żony chyba dostałabym zawału.

Nina również się wzdrygnęła, a jej twarz zbladła.

– Rety, zapomniałem, że masz przyjść do nas w piątek, żeby posiedzieć z chłopcami – zreflektował się Mikołaj, dostrzegając napięte rysy dziewczyny. – Nie zamierzałem cię straszyć. Zrozumiem, jeśli stwierdzisz, że sytuacja cię przerasta, i zechcesz to odwołać. Pójdziemy na kolację innym razem, to żaden problem – dodał uspokajająco.

– Daj spokój, będę tak, jak się umówiliśmy.

– Na pewno?

Nina kiwnęła głową.

– Jasne. Jeśli zmieniliście zamki, nie mam się czego obawiać. Poza tym to wasza rocznica. Tak rzadko wychodzicie gdzieś tylko we dwoje, przyda się wam chwila oddechu.

– Dziękuję.

– Drobiazg. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Czesne nie opłaci się przecież samo. – Puściła do niego oko, wiążąc w pasie czarny fartuszek, po czym zniknęła na zapleczu.

Mikołaj odprowadził ją wzrokiem. Zatrudniał Ninę od ponad roku. Doskonale pamiętał dzień, w którym po raz pierwszy weszła do kawiarni, z błyskiem w spojrzeniu, mokrymi od deszczu włosami i uśmiechem, który byłby w stanie zmiękczyć nawet najtwardsze serce. Ujęła go energią i spontanicznością. Przypominała mu Annę z początków ich znajomości. Z czasów, gdy życie miało intensywny smak, a rutyna była czymś odległym. Może dlatego, kiedy tylko Nina przestąpiła próg Miłej, wiedział już, że ją zatrudni.

Szybko polubił tę dwudziestoczteroletnią studentkę ekonomii. W tajemnicy przysłuchiwał się, jak parząc kawę, śpiewa do wtóru radia. Bawiły go jej żarty, cieszyła obowiązkowość i punktualność. Długo myślał, że ta dziewczyna ma tylko jasną stronę, ale niedawno odkrył również tę ciemną i zupełnie nie wiedział, co z tym zrobić.

W zamyśleniu potarł dłonią kark, gdy dosięgły go czyjeś słowa:

– Mikołaj? Mikołaj Tochman?

Odwrócił się i dostrzegł przy ladzie mężczyznę w skórzanej kurtce. Nieznajomy wyglądał na jakieś czterdzieści lat, miał przerzedzone włosy, a na twarzy kilkudniowy zarost. Z zaciekawieniem wpatrywał się we właściciela kawiarni.

– Tak. W czym mogę pomóc?

Mężczyzna pokręcił głową z niedowierzaniem, uśmiechnął się, jakby wygrał los na loterii, i oparł dłonie na biodrach.

– Rety, to naprawdę ty. Co za spotkanie! Poznajesz mnie?

Mikołaj wytężał pamięć, ale w jego głowie panowała pustka. Zaczynał się czuć niezręcznie pod naporem wzroku nieznajomego.

– Przykro mi, ale obawiam się, że nie wiem, kim pan jest.

– No coś ty, to ja, Dawid Wierzbicki. Dorastaliśmy na tym samym osiedlu. Pamiętasz?

Tochman aż się zachwiał. Krew odpłynęła mu z twarzy, a ramiona zesztywniały. Mały Dawidek, jak wołano na chłopca w dzieciństwie, odwiedzał go niekiedy w snach. Chudy, drobny, z gilem pod nosem i w przybrudzonym ubraniu. Opowiadający piskliwym głosikiem niewybredne dowcipy dla dorosłych.

Mikołaj z trudem przełknął ślinę, z wrażeniem, że przez gardło przechodzi mu piach. Czuł się, jakby patrzył na ducha z przeszłości, którą już dawno zostawił za sobą.

– No proszę, kto by pomyślał. – Silił się na beztroski ton, choć jego tchawica pozostawała zaciśnięta. – Minęło tyle lat.

– Ale wspomnienia nadal są żywe, prawda? Nieźle się tu urządziłeś – stwierdził Dawid, taksując wzrokiem wnętrze lokalu i kiwając głową z uznaniem. – Co u ciebie? Ożeniłeś się? Masz dzieci?

Tochman w skrępowaniu potarł dłonie, po czym zerknął w stronę dziewczyn za ladą, mając nadzieję, że uwolnią go od natrętnego znajomego, ale zarówno Nina, jak i Klaudia były zajęte obsługą klientów.

– Mam żonę i troje dzieci, a ty? – odparł niechętnie.

– Wow, niezła gromadka. Ja, w odróżnieniu od ciebie, prowadzę spokojne życie singla. Przeniosłem się do Warszawy kilka miesięcy temu i na razie wciąż jeszcze odkrywam to miasto. Mieszka się tu inaczej niż na Podlasiu, prawda? Jak radzisz sobie z tym wiecznym hałasem i pośpiechem?

– Do wszystkiego można przywyknąć.

– Oby nie. Na świecie dzieją się rzeczy tak straszne, że lepiej byłoby się do nich nie przyzwyczajać. Nie sądzisz?

Mikołaj poczuł chłód przebiegający po plecach, jakby ktoś wrzucił mu za koszulę kostkę lodu. Niebieskie oczy Dawida wpijały się w jego twarz. Niewygodną rozmowę przerwało wołanie Klaudii:

– Zapraszam po americano na wynos!

Wierzbicki pomachał do dziewczyny, dając jej znać, że usłyszał, po czym wyjął z kieszeni skrawek papieru, położył go na ladzie i na odwrocie ogryzkiem ołówka zapisał swój numer telefonu.

– Gdybyś kiedyś potrzebował, żeby cię gdzieś podrzucić, odezwij się. Jeżdżę na taksówce. Jeśli będę w okolicy, chętnie pomogę. – Wcisnął Mikołajowi w dłoń świstek z nagryzmolonymi cyframi.

– Dzięki. Wprawdzie mam samochód, ale będę pamiętał.

Dawid uśmiechnął się nieśmiało, odsłaniając rząd pożółkłych zębów. Chwycił z lady papierowy kubek z kawą, skinął koledze głową i ruszył w kierunku wyjścia, jednak w połowie drogi niespodziewanie się cofnął.

– Słuchaj, może któregoś wieczoru wyskoczymy gdzieś razem? Wiesz, jak starzy kumple? Prawie nikogo tu nie znam, a wracanie do pustego mieszkania bywa naprawdę przytłaczające.

– Pewnie. – Tochman pokazał mu karteczkę z numerem. – Teraz już wiem, jak cię znaleźć. Zadzwonię, jeśli tylko będę miał wolny wieczór.

– Może jutro?

– Akurat jutro nie mogę. Świętujemy rocznicę ślubu.

– W takim razie czekam na twój telefon. Na wszelki wypadek wysłałem ci też zaproszenie do znajomych na Facebooku. Gdybyś zgubił do mnie kontakt, po prostu napisz.

– Jasne.

Wierzbicki uniósł dłoń w geście pożegnania, a później wyszedł z kawiarni. Palce Mikołaja zacisnęły się na świstku. Wizyta znajomego z dzieciństwa nim zachwiała. Wrócił niepokój, który obłaził go teraz jak stado pająków o włochatych odnóżach. Wszystko, co Tochman zamknął przed trzydziestu laty w skrzyni niepamięci, zaczynało się z niej wyłaniać. Wystawiać swój ohydny łeb i domagać się uwagi.

Nie mógł na to pozwolić. Wyrzucił kartkę z numerem do najbliższego kosza, po czym usunął zaproszenie do grona znajomych nadesłane przez Dawida. Miał nadzieję, że to przywróci mu spokój. Pozwoli zapomnieć o tej dziwnej, krępującej rozmowie, którą wciąż odtwarzał w pamięci.

Pojechał na komisariat, gdzie pobrano mu odbitki linii papilarnych, a później starał się skupić na pracy. Rozmawiał i żartował z klientami, próbując nie myśleć o prześladujących go złych przeczuciach. A kiedy kilka godzin później zajrzał na Facebooka, znów odkrył powiadomienie o nowym zaproszeniu do znajomości. Jego nadawcą był Dawid Wierzbicki.

 

 

 

 

 

ANNA

 

Wcześniej

 

2 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PRZED ZABÓJSTWEM

 

 

Metro pękało w szwach. Pociągi wypełniali studenci, którzy właśnie rozpoczynali nowy rok akademicki, oraz tłumy osób spieszących się do pracy. Anna wcisnęła się w kąt wagonu, przylegając plecami do ściany. Nie znosiła tłoku. Ludzkich ciał napierających na nią z każdej strony. Zaduchu, mieszających się w powietrzu zapachów i gorąca, które oblewało ją, ilekroć musiała podróżować w takiej ciasnocie.

Gdyby nie fakt, że gabinet Małgorzaty Koman mieścił się w centrum, w okolicy, w której trudno było o miejsce do parkowania, Anna z pewnością wybrałaby inny środek transportu. Teraz jednak mogła tylko zacisnąć zęby i wytrzymać kilka przystanków.

W napięciu omiatała wzrokiem ludzi przyklejonych do komórek, zastanawiając się, czy wśród nich może się kryć jej nocny prześladowca. Każde przypadkowe spojrzenie, które wychwyciła, wprawiało ją w popłoch. W męskich sylwetkach bezwiednie poszukiwała tej dostrzeżonej w progu sypialni. I choć zdawała sobie sprawę, że kieruje nią irracjonalny strach, nie potrafiła odzyskać spokoju. W myślach liczyła długość wdechów i wydechów, aż wreszcie przez szum jadącego pociągu przebił się głos spikera, który zapowiedział stację Politechnika.

Anna przepchnęła się do wyjścia, a gdy tylko drzwi się otworzyły, szybkim krokiem ruszyła wzdłuż peronu. Otoczyła ją kakofonia dźwięków: gwar rozmów i pisk hamujących wagonów.

Nagle poczuła szarpnięcie. Ktoś złapał ją za rękaw beżowego płaszcza. Gorąco wybuchło w jej trzewiach. Odwróciła się powoli, z obawą, że lada chwila zemdleje. Tuż obok niej stał zasapany, otyły mężczyzna koło pięćdziesiątki.