Nimfomanka - Sonia Rosa - ebook + książka

Nimfomanka ebook

Rosa Sonia

3,6

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Wybitna powieść o kobiecie uzależnionej od seksu. Potężna dawka emocji. Czytajcie!
Będziecie zaskoczeni! -
Patrycja Strzałkowska

"Przygryzam usta i rozglądam się nerwowo. Pragnienie seksu robi się tak przemożne, że z trudem oddycham. Jakby coś usiadło na mojej klatce piersiowej i coraz mocniej mnie przyduszało. Jakby posiadła mnie jakaś zmora".

Anita jest uzależniona od seksu. Stacje benzynowe, bary, męskie toalety – każde miejsce jest dobre, żeby poderwać faceta. A oni prawie nigdy nie odmawiają. Od lat żyje na krawędzi. Z czasem traci wszystko: syna, dom i każdą kolejną pracę. Rozpaczliwie pragnie bliskości, ale nie potrafi nikogo przy sobie zatrzymać. Palący głód seksu sprawia, że wszystko inne przestaje się liczyć.

Desperackie pragnienie bliskości i głód przygodnego seksu odebrały jej wszystko.
A jednak wciąż walczy o godność i miłość.

Sonia Rosa pseudonim literacki znanej polskiej pisarki. Historia opowiedziana w Nimfomance nie jest prawdziwa. W każdym razie nie cała.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (633 oceny)
199
148
152
99
35
Sortuj według:
Malenka42

Nie oderwiesz się od lektury

Nie wiem co napisać i jak to zaopiniować! Ale książkę pochlonelam w 2 dni i w sumie to aż dziw bierze,ze nimfomanki są gdzieś nieopodal,kobiety ktore potrzebują wsparcia by ktoś wyciągnął je z bagna i zatroszczyl się tak jak trzeba,pokochał i zostal na zawsze.
10
martynazat

Całkiem niezła

Mam mieszane uczucia po przeczytaniu tej książki.
00
JoannaPituch

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dużo emocji, dobrze się ją czytało...
00
Olkabar

Całkiem niezła

Temat ciężki, aż trudno uwierzyć ze seks może być przekleństwem, chorobą ....
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Życie niewiele nam zapewni ponad parę dobrych rżnięć, a potem umieramy.

John Wilkes, Esej o kobiecie (1754)

 

 

 

 

 

 

1.

 

 

 

 

 

Koszalin/Świnoujście, teraz

 

Znowu uciekam. Robię to od lat, chociaż wiem, że przed tym, co jest moim piętnem i przekleństwem, nie uda mi się umknąć… Koszalin opuszczam bez żalu, zresztą długo tu nie zabawiłam. „Nudna praca bez perspektyw, wścibscy sąsiedzi i ciemne mieszkanie na poddaszu – tyle stąd zapamiętam, o ile kiedykolwiek będzie mi się chciało wracać myślami do tych czternastu spędzonych tutaj miesięcy” – mówię sobie, obracając w rękach porcelanową figurkę kota. Brać? Nie brać? Po chwili wahania wrzucam ją do wielkiego plastikowego worka, w którym tkwi już sporo innych bambetli, przeznaczonych na śmietnik. Nie pamiętam nawet, kto mi ją dał, zresztą jakie to ma znaczenie? Przez ostatnie lata nauczyłam się pozbywać zbędnego balastu, odcinać się od przeszłości, palić za sobą mosty. Tak, w paleniu mostów jestem naprawdę dobra…

Ostatnie drobiazgi pakuję przed północą i z kieliszkiem wina w dłoni przyglądam się całemu mojemu dobytkowi, upchniętemu w trzy walizki, dwie sportowe torby i kilka pudeł. „Niewiele tego” – myślę i nagle, zupełnie niespodziewanie, w oczach stają mi łzy. Czemu płaczę? Nie mam pojęcia, jednak smutek na dłuższą chwilę niemal mnie obezwładnia. Czerwone wino znajduję w szafce pod zlewem. Niedopita butelka taniego sikacza nie ukoi emocji, ale pomoże zasnąć. Dopijam drugi kieliszek, kiedy leżąca na pustej komodzie komórka cichym piśnięciem obwieszcza nadejście SMS-a.

„Śpisz, Piękna? Wylizałbym ci muszelkę…” – czytam.

Imię Sławek przez dłuższą chwilę nic mi nie mówi, w końcu przypominam sobie chudego dwudziestoparolatka, który kilka miesięcy wcześniej montował mi w sypialni żaluzje. Tamtego dnia przespałam się z nim w piwnicy i nigdy więcej się do mnie nie odezwał. Aż do teraz… Wpatruję się w wyświetlacz telefonu, kiedy komórka zaczyna dzwonić. Odkładam ją na komodę tak szybko, jakby jej plastikowa obudowa parzyła moje dłonie, ale po chwili wahania sięgam po nią i akceptuję połączenie…

– Tak? – mówię cicho.

– Jednak nie śpisz. Mogę wpaść? Myślałem o tobie… – Sławek brzmi obco, ale właściwie oni wszyscy są dla mnie obcy.

Słyszę, że jest pijany, ale przecież nigdy mi to nie przeszkadzało. A jednak się waham, jakaś część mnie nadal chce wierzyć, że tym razem na dobre z tym skończę.

– Nie wiem, czy to jest…

– Daj spokój, tylko na chwilę. Będę za kwadrans, może być? – wchodzi mi w słowo.

Opieram się o ścianę i przymykam oczy. Pod powiekami rozkwitają mi wyuzdane sceny seksu, niczym z taniego pornola. Monter już się rozłączył. „Pewnie pruje przez noc, chcąc jak najszybciej mnie dopaść” – myślę.

W łazience, czesząc włosy przed lustrem, mówię sobie, że przecież nie muszę mu otwierać, że jeszcze mogę dotrzymać złożonej sobie niedawno obietnicy i skończyć z takim życiem, ale w moich oczach już widzę tę gorączkową potrzebę znalezienia się w czyichś ramionach, głód seksu bez miłości. Mój nałóg i moje przekleństwo. Zakładając kusą koszulkę na ramiączkach, którą udało mi się wygrzebać z jednej z walizek, przez dłuższy moment wpatruję się w mój gładko wygolony wzgórek łonowy. Tatuaż, który go zdobi, wciąż jest świeży i nieco zaczerwieniony. F52.7 – dla przeciętnego człowieka to tylko litera i kilka przypadkowych liczb, ale dla mnie znaczy o wiele więcej. F52.7 to w klasyfikacji chorób psychicznych sygnatura oznaczająca moje piętno. Hiperlibidemia, erotomania bądź – bardziej kolokwialnie – nimfomania to właśnie przypadłość, z którą żyję. Zresztą żyję, to zbyt lekko powiedziane. To coś, ten koszmar, przejął we władanie całe moje istnienie, robiąc ze mną kurwę, karykaturę kobiety. Bo przecież właśnie tak mówią o mnie ludzie, kiedy już odkryją, jak potrafię się zeszmacić…

Dziwka.

Wywłoka.

Szmata.

Dlatego ciągle uciekam, stale zmieniam miejsce zamieszkania, ale moja splugawiona dusza ciągnie się w ślad za mną, uwiesiła się mojego równie brudnego ciała i razem telepiemy się po świecie. Ostatnio czytałam, że część psychoterapeutów uważa moją chorobę za… współczesną modę. Nie chcą nawet przyznać, że nimfomania jest uzależnieniem. „Jak bardzo trzeba być okrutnym w swojej ignorancji, żeby twierdzić coś takiego” – zastanawiam się, boso wychodząc z łazienki. Moda?! Kiedy nachodzi mnie ten obłęd, ta nieopanowana potrzeba uprawiania seksu, gdziekolwiek i z kimkolwiek, czuję się tak, jakby moje ciało brały we władanie jakieś złe moce. To nie ja decyduję o sobie, steruje mną dziki, niepohamowany popęd, apetyt na seks, który zazwyczaj nie daje mi nawet satysfakcji. Ale potrzeba oddawania się w ręce przygodnych kochanków i brukania własnego ciała jest tak przemożna, że dominuje nad wszystkim. Praca, znajomi, rodzina – nic i nikt nie jest dla mnie ważniejsze. Przyjaciół nie mam od lat, zgubili się gdzieś po drodze. Ludzie są dla mnie jedynie statystami przewijającymi się przez mój brudny, pornograficzny film. Pionkami w grze, w której liczy się tylko to, żeby rozłożyć nogi, wypiąć pośladki, wziąć w siebie kolejnego kutasa i na moment nasycić chorą duszę.

Dzwonek odzywa się w momencie, w którym przeciągam usta szminką. Nieruchomieję z bordową pomadką w dłoni i na dłuższą chwilę wstrzymuję oddech. „Nie otworzę mu – powtarzam sobie w myślach. – Mogę mu przecież nie otworzyć”. A jednak już idę w stronę drzwi… Serce bije mi w szaleńczym tempie, w skroniach huczy, jakby moje ciało było zdalnie sterowaną maszynerią, marionetką w rękach wyuzdanych szatańskich mocy. Ale może szatan nie ma z tym nic wspólnego? Może to moja pogmatwana osobowość zamienia moje życie w piekło na ziemi?

– Cześć! – Młody monter wygląda jakoś inaczej, niż go zapamiętałam, ale jakie to ma znaczenie?

Wciągam go do środka, zanim wścibska stara krowa z przeciwka zwęszy, że znowu mam nocnego gościa. Nie żebym jakoś szczególnie się tym przejmowała, w końcu się wyprowadzam. Jednak wstyd tkwi głęboko w moich trzewiach, nie pozwala nawet na chwilę o sobie zapomnieć.

Sławek całuje mnie, kiedy tylko zamykamy za sobą drzwi. Jego usta są miękkie, w oddechu chłopaka wyczuwam alkohol. Opieram się o przyjemnie chłodną ścianę i na moment przymykam oczy. Kiedy rozpina rozporek, chcąc jak najszybciej we mnie wejść, pytam, czy ma gumki. Wygląda na zaskoczonego, niepewnie przeczesuje palcami włosy.

– Kurwa, chyba nie – mamrocze w końcu.

– Trudno. – Wzruszam ramionami i sięgam po jego penisa.

Przez chwilę pieszczę go dłonią, a w końcu klękam. Podłoga jest zimna i momentalnie cierpną mi kolana, ale on już wpycha swojego ptaka w moje usta, wplatając palce w moje włosy. Samczy i władczy. Liżę, ssę, leciutko kąsam i smakuję. Jego kutas pęcznieje w moich ustach, moja głowa porusza się coraz szybciej, rytmicznie.

– Dobra jesteś – mówi chwilę po tym, jak dochodzi.

Chwilę później zauważa stojące w przedpokoju kartony.

– Wyprowadzasz się? – pyta, zapinając spodnie.

Wstaję z kolan i wzruszam ramionami.

– Masz jakieś problemy? Może mógłbym pomóc? – docieka.

– Niby w czym? – pytam mało uprzejmym tonem i koleś nieco się nadyma.

– Jasne, nie moja sprawa.

– Nie twoja – przyznaję. – Idź już – proszę po chwili.

– Myślałem, że…

– Nie dzisiaj.

– Odezwiesz się jeszcze? Dokąd jedziesz?

– Do Hamburga – kłamię.

– Daleko. – Krzywi się. – Masz może fajki?

Przynoszę z kuchni paczkę cameli i podaję mu zapalniczkę.

– Dzięki – mówi, zanim odpala papierosa. – Przypomniał mi się kawał. Dwie dziwki wchodzą do windy i jedna zauważa, że w środku cuchnie spermą, a druga przeprasza, że jej się odbiło. Dobre, nie? – Rechocze.

– Słabe.

– Nie masz poczucia humoru? – dziwi się.

– Nie o tej porze.

Jestem zniesmaczona jego żenującym buractwem. Ale może nie powinnam się obruszać poziomem naszej konwersacji? Moje życie wygląda przecież od lat podobnie – żenujące pogawędki, płytcy mężczyźni, przygodny seks…

– Okay, zrozumiałem, mam się wynosić. Chyba że masz jeszcze ochotę na rewanż? Szybkie ruchanko? – pyta tymczasem on, a ja znowu czuję tę przemożną chęć na seks.

Kolejny kwadrans spędzamy na sofie, zadręczając się wzajemnie gadką szmatką. W końcu idę do kuchni, żeby dolać sobie wina, a on wchodzi tam za mną, podwija mi koszulkę i bierze mnie na stojąco, opartą o ścianę. Tym razem nie myślę już o braku zabezpieczenia, nie myślę o niczym. Chcę tylko czuć go w środku, jakby mój mózg nagle znalazł się pomiędzy moimi nogami. Wszystko nie trwa zbyt długo, nie mam nawet orgazmu, jednak na krótką chwilę moje ciało zalewa fala błogiego spokoju. Mąci ją myśl, że niedawno odstawiłam tabletki, więc może właśnie zaszłam, ale nie zaprzątam sobie tym dłużej głowy. Najwyżej usunę. Mam już przecież za sobą kilka aborcji, kolejna nie zrobi mi żadnej różnicy…

– Jesteś cholernie seksowna – Sławek szepcze mi na ucho tani komplement równie taniego casanovy, ale jego słowa są dla mnie tyle warte, co znaleziony na ulicy papierek po cukierku.

– Idź już.

– Jak chcesz.

Zanim przechodzi przez przedpokój i łapie za klamkę, zatrzymuje się przed lustrem, przeczesuje palcami włosy i dopiero wtedy wychodzi, nie zaszczycając mnie już nawet słowem.

 

* * *

 

Dochodzi pierwsza czterdzieści nad ranem, kiedy owinięta frotowym ręcznikiem wychodzę z łazienki i uchylam okno. Pachnie jaśminem, cisza pogrążonego we śnie osiedla zdaje się kojąca, jednak ja nadal czuję dziwny niepokój. Auto wypełniam bagażem pół godziny później. Wolę zrobić to teraz, pod osłoną nocy, niż kiedy będzie jasno, pod okiem krzywo uśmiechniętych, wysiadujących na balkonach sąsiadów.

W południe zdaję już tylko klucze. Właściciel poddasza, rudawy i tęgi koleś po pięćdziesiątce, przyjeżdża w towarzystwie swojej równie otyłej żony i nawet przez chwilę nie patrzy mi w oczy. Kiedy nasze dłonie na moment się stykają, przypominam sobie, jak brał mnie na kuchennym stole. Coś ściska mnie za gardło. „Czemu to robię?” – zastanawiam się, wsiadając do samochodu. Toyota jest brudna, ale przecież przede mną dłuższa podróż.

 

* * *

 

Do Świnoujścia docieram zmęczona i głodna, a dziwny niepokój, który czułam nad ranem, przechodzi niemal w panikę. Myśli o seksie są tak natrętne, że coś mnie dławi w krtani, nie pozwala oddychać.

Moje osiedle jest nowe. Przeszklone balkony, zadbane niewysokie bloki, wokół sporo zieleni. Wysiadam z samochodu i przyglądam się stojącemu przy wejściu do jednej z klatek młodemu facetowi. Jest w moim typie, o ile w ogóle jakiś mam. Przecież zazwyczaj biorę to, co się akurat trafi. Muszę się na niego naprawdę intensywnie gapić, bo w końcu orientuje się, że jest obserwowany i posyła mi uśmiech. Robię kilka kroków w jego stronę, kiedy z klatki wychodzi blondynka w zaawansowanej ciąży i chwyta go za rękę. „Kurwa mać” – myślę. A już miałam nadzieję!

W mieszkaniu, kiedy tylko pozbywam się gadatliwej właścicielki i zamykam za sobą drzwi, wchodzę do łazienki i masturbuję się tak długo, aż dosłownie nie czuję ścierpniętej ręki. Jednak nawet seria orgazmów nie przynosi mi ulgi, a w gardle wzbiera szloch. Unoszę krótką koszulkę, podchodzę do lustra i przez dłuższą chwilę wpatruję się w mój tatuaż. Zrobiłam go z nadzieją, że każde spojrzenie na niego powstrzyma mnie od dalszych erotycznych ekscesów, ale już wiem, że to nie działa…

 

* * *

 

Wieczorem wychodzę pobiegać i docieram aż na plażę. Morze jest spokojne i ciche, dookoła pełno wczasowiczów, jak to w lipcu. Biegnę wzdłuż brzegu, aż do starej latarni, później padam na beton u jej podnóża i ciężko dysząc, liczę w duchu do pięciuset, starając się przegnać brudne myśli. Facet z aparatem zawieszonym na szyi przez dłuższą chwilę mi się przygląda, jednak w żaden sposób mnie nie podrywa. Inni są w parach, zajęci sobą.

Do mieszkania wracam pieszo, spocona i przybita. Pod prysznicem ponownie się masturbuję, w końcu rzucam się na szerokie łóżko, zamykam oczy i zasypiam. Budzę się przed północą, nad moją głową brzęczy komar. Polowanie trwa krótko, tym razem mam szczęście. Jednak senność minęła, nagle jestem całkiem rozbudzona. Wino przywiozłam w bagażniku; zazwyczaj podczas przeprowadzki mam ze sobą przynajmniej dwie, trzy flaszki. Kieliszków nie ma, chociaż właścicielka mieszkania zapewniała mnie, że jest w pełni wyposażone i uparcie nazywała je apartamentem. Leję więc alkohol do znalezionego w jednej z szafek nieco wyszczerbionego na brzegu kubka z Misiem Yogi i wychodzę na niewielki balkon. Blok naprzeciwko jest ciemny, w poniedziałkowy wieczór o tej porze niemal wszyscy już śpią. Rozświetlone są tylko okna na samym dole i na drugim piętrze, naprzeciwko mojego balkonu. Dopijam wino i idę po lornetkę.

Podglądanie sąsiadów to jedna z moich ulubionych rozrywek. Opieram się o rozdzielające balkony drewniane przepierzenie i spoglądam w rozświetlone okno salonu, po którym kręci się szczupły ciemnowłosy mężczyzna koło czterdziestki. Pomimo upału i później pory ma na sobie eleganckie ciemne spodnie i rozpiętą pod szyją błękitną koszulę, jakby dopiero przed chwilą wrócił z firmy. „A może po prostu cały wieczór pił do lustra i nie chciało mu się przebierać?” – zastanawiam się, kiedy koleś lekko się zatacza i wpada na stół. Przyglądam mu się długo i uważnie, bo podoba mi się to, co widzę. Kiedy ściąga koszulę, zasysam powietrze z cichym świstem i mimowolnie oblizuję usta. Jest pięknie umięśniony i pomimo szczupłej sylwetki ma imponująco szerokie ramiona. Kiedy zdejmuje spodnie, niemal nie oddycham. W głowie wybucha mi bomba, sceny seksu wirują jak szalone, w ustach mam sucho i tylko resztką siły woli powstrzymuję się przed wybiegnięciem z mieszkania i załomotaniem w jego drzwi. I tak, byłabym do tego zdolna. Mogłabym obudzić pół sąsiedniego bloku, na oślep wciskając guziki w domofonie, a później walić pięściami w jego drzwi i błagać o kilka minut pozornej bliskości, która pozwoliłaby mi zasnąć i dotrwać do rana. A jednak wciąż siedzę na balkonie, obca w nowym miejscu, targana palącym niepokojem.

Niedaleko mojego osiedla jest bar z karaoke, chyba wciąż czynny. Myślę o mężczyznach, którzy słuchając swoich fałszujących do mikrofonu dziewczyn, piją piwo, oparci o barowy kontuar. O młodych chłopcach, taksujących wzrokiem wchodzące do środka laski, o wygłodniałych marynarzach, samotnie sączących wódkę… i czuję przyjemne ciepło w dole brzucha. Zasypiam po dwóch kolejnych porcjach wina, jednak budzę się o piątej nad ranem i wiem, że nie już zmrużę oka. Dłoń sama wędruje pomiędzy nogi, przyjemnie silny orgazm koi niepokój, jednak tylko na chwilę.

 

* * *

 

Dzień mija mi na rozpakowywaniu się i bezcelowym snuciu się po mieście. Byle zabić czas, byle nie myśleć… Jednak wieczorem już wiem, że nie dam rady samotnie tkwić w mieszkaniu. Wbijam się w jedną z ulubionych sukienek i wyruszam na łowy. Widok kobiety w czerwieni jest ponoć dla facetów silnym bodźcem erotycznym, a ja przecież chcę znaleźć kogoś do łóżka. Los mi jednak nie sprzyja. Na plaży same pary, w barach podobnie. Panika napływa falami, zaciska moje gardło, przyspiesza oddech. W końcu, jakoś grubo po dwudziestej trzeciej, wpadam na niego przy wejściu do toalety, w jednym z zaniedbanych, mało popularnych klubów. Przyszedł sam i zauważam, że czuje się niezręcznie. A mowę ciała mam przecież opanowaną do perfekcji. Jest chudy, wręcz żylasty, łysiejący i smutny, na oko trzydziestoparoletni. Wygląda jak zbity pies, ale mam to gdzieś. Uśmiecham się, zagaduję. Paplam byle co, jakie to ma w końcu znaczenie? Gość odwraca się i upewnia, czy aby na pewno do niego, ja wyjeżdżam z kolejnym jałowym tekstem, trajkoczę jak nakręcona. W końcu siadamy na ławce przed lokalem, a on daje się wciągnąć w rozmowę. Mówi, że przyjechał z Kalisza i będzie tu jeszcze tylko kilka dni. Słucham piąte przez dziesiąte i ciągnę go do środka, na parkiet. Przekrzykując muzykę, wrzeszczy, że nie umie tańczyć, więc pytam, czy miałby ochotę na coś miłego. Na przykład w męskim kiblu. Nerwowo przełyka ślinę, jakby się bał, że robię go w wała. W końcu dopytuje, jak drogo będzie go to kosztować. Krzywię się. Nie pierwszy raz facet bierze mnie za dziwkę, a jednak za każdym razem mnie to boli.

– Zabawa gratis! – krzyczę mu na ucho.

W kabinie okazuje się jednak, że z bzykania nici, bo kolesiowi nie chce stanąć… Mnie w dłoni swoją przywiędłą fujarę, coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy, w końcu mamrocze jakieś przeprosiny, ale już nie słucham. W przypływie nagłej furii brutalnie go odpycham i wybiegam z męskiej łazienki, ściągając na siebie kilka pogardliwych spojrzeń.

 

* * *

 

Przed blok docieram pieszo, klucząc wśród wciąż nieznanych uliczek. W mieszkaniu oglądam ulubione erotyczne filmiki i piję wino, dopóki nie urywa mi się film.

Budzę się o drugiej czterdzieści nad ranem i w narzuconym na nocną koszulę swetrze wychodzę na balkon. Okna bruneta z przeciwka są ciemne. Gapię się na nie przez jakiś kwadrans, w końcu zaczynam płakać. „Muszę przestać” – powtarzam sobie, jednak nawet teraz, w środku letniej nocy, samotnie stojąc na balkonie pośrodku pogrążonego we śnie osiedla, myślę wyłącznie o seksie.

 

 

 

 

 

 

2.

 

 

 

 

 

Sopot, czerwiec 1989

 

Lato osiemdziesiątego dziewiątego pamiętam świetnie, może dlatego, że było przełomową datą pomiędzy moim dzieciństwem a dorosłością. Miałam skończone czternaście lat, poobijane kolana, dwa ciemnoblond warkocze, w które wplatałam szafirową aksamitkę, i zaledwie metr pięćdziesiąt trzy wzrostu. I chociaż tamtego lata w ustach wciąż miałam balonową gumę, we włosach śmieszne plastikowe spinki ze stokrotkami, a na nogach zrolowane i zawsze przybrudzone białe podkolanówki, czułam się kobietą. W tajemnicy przed dziadkiem oglądałam filmy dla dorosłych i popijałam domowej roboty wino, po które co kilka dni zakradałam się do spiżarki.

Końcem czerwca odeszła Gloria, dwunastoletnia ruda kotka, którą miałam od dziecka. Tamtego dnia z kolanami pod brodą i zapuchniętymi od płaczu oczyma siedziałam na werandzie za domem, głośno szlochając, kiedy dziadek kazał mi iść do swojego pokoju i nie straszyć letników.

– Jeszcze kto pomyśli, że cię głodzę lub biję – ofuknął mnie, kręcąc się przy krzewach, które miał zamiar przyciąć. – No idź do siebie, poczytaj coś! Kota żal, ale nie ma co łez wylewać. Są w życiu większe dramaty, akurat ty powinnaś świetnie to wiedzieć – dodał.

– Kochałam ją! – krzyknęłam.

– Kota kochałaś? – Dziadek wykrzywił wargi w pogardliwym uśmieszku i sięgnął po sekator.

Tamtego lata bardzo się od siebie oddaliliśmy. Po śmierci babci ojciec mojego zmarłego taty wychowywał mnie sam i zawsze mogłam na niego liczyć, jednak chłodny dystans, z jakim mnie traktował, daleki był od serdeczności, którą powinno się okazywać dzieciom, zwłaszcza dziewczynkom. Babcia była inna – ciepła, kochająca, promienna. Ale ona odeszła tuż po moich siódmych urodzinach i zostaliśmy z dziadkiem sami.

Rodziców nie pamiętałam. Tato zginął w wypadku, wioząc do szpitala moją mamę, która właśnie zaczęła mnie rodzić. Mama przeżyła wypadek, fizycznie wychodząc z niego niemal bez szwanku, jednak psychicznie nigdy nie doszła do siebie po nagłej stracie męża. Zabiła się, kiedy miałam półtora roku, podcięła sobie żyły. Babcia nigdy mi o tym nie powiedziała, prawdę odkryłam, myszkując w rzeczach jej zmarłej siostry, która trzymała stare listy od niej. Od tamtej pory towarzyszyło mi poczucie winy, wrosło niczym jakaś upiorna narośl i na dobre się zakorzeniło w moich myślach. Wiedziałam, że rodzice nie zginęli przeze mnie, a jednak jakaś część mnie czuła się winna. Gdyby mama nie zaczęła rodzić akurat tamtego wieczoru… Gdybym zechciała pojawić się na świecie w innym terminie… Gdyby, gdyby, gdyby… Dziadek nigdy o tym nie mówił. Zresztą, podobnie jak wszyscy inni, był pewien, że nie znam drastycznych szczegółów samobójstwa mamy i okoliczności, w jakich zginął w wypadku mój ojciec. Ale ja wiedziałam. I ta wiedza sprawiła, że zawsze czułam się winna…

Tamtego lata wyjątkowo źle znosiłam samotność i to, co się działo z moim ciałem. Pierwsze miesiączki, pączkujące piersi, dziwne stany depresyjne, w które wpadałam… Chciałam z kimś porozmawiać, ale nie było nikogo oprócz mrukliwego i wiecznie poirytowanego dziadka, który z zaciętą miną snuł się po domu, nie zwracając na mnie uwagi. Włóczyłam się więc po mieście samotnie, korzystając z wakacji i uciekając przed obowiązkami, które usiłował na mnie zwalić dziadek. Od lat przyjmowaliśmy w domu letników, cały parter był do dyspozycji gości i czasem staruszek liczył na to, że pomogę mu w ścieleniu łóżek czy przygotowywaniu zamówionych śniadań. Ale ja wymykałam się z domu, tak żeby mnie nie zauważył i całe dnie spędzałam na plaży albo kręcąc się po parkach.

Czasem spotykałam się ze szkolnymi koleżankami, ale miałam wrażenie, że mnie nie rozumieją. Wszystkie dorastały w szczęśliwych, pełnych rodzinach, nie potrafiły pojąć samotności, jaką czułam każdego dnia. Zwłaszcza Danka mnie drażniła i te jej przechwałki: „A tato kupił mi kolczyki”, „A mama dała mi nowe buty”, „A babcia uszyła spódnicę”. „Mnie nikt nie dawał nic, co najwyżej rzeczy, które były niezbędne do szkoły” – myślałam, połykając łzy żalu i upokorzenia.

 

* * *

 

Na ojca Danki wpadłam przypadkiem. Dojadałam loda, kręcąc się w okolicach Grand Hotelu, kiedy zauważyłam, że idzie w moją stronę. Pamiętam, że się spłoszyłam, bo ten wysoki, przystojny mężczyzna o urodzie włoskiego mafiosa zawsze dziwnie mnie peszył.

– Dzień dobry – powiedziałam cicho, chcąc go wyminąć w wąskiej parkowej alejce.

Byłam pewna, że nawet się nie zatrzyma, ale on przystanął, zmrużył oczy i przez dłuższą chwilę uporczywie mi się przyglądał. Przeszło mi przez myśl, że upaćkałam sobie sukienkę czekoladową polewą, ale kwiecisty materiał był czysty.

– Sama się tu kręcisz? – zapytał. – Dochodzi dwudziesta pierwsza.

– Jest lato… – Wzruszyłam ramionami.

– Podwiozę cię, chodź.

– Nie trzeba. Sama wrócę – zaprotestowałam, ale pan Jerzy nie zamierzał ustąpić.

– O tej porze powinnaś już być w domu.

– Dziadek pozwala mi chodzić na plażę – powiedziałam cicho, kiedy szliśmy w stronę jego samochodu.

– Jesteś za smarkata na włóczenie się – rzucił, zanim otworzył mi drzwi od strony pasażera.

W eleganckim czarnym mercedesie pachniało skórzaną tapicerką i sosnowym odświeżaczem. Zapinając pasy, zdałam sobie sprawę, że drżą mi dłonie; wciąż czułam się speszona niespodziewanym spotkaniem z ojcem przyjaciółki, którego dotąd widywałam jedynie w przelocie. Kiedy wsiadł i przekręcił kluczyk w stacyjce, skuliłam się na siedzeniu, nie wiedząc, co powiedzieć i jak się zachować. Za to on nie sprawiał wrażenia kogoś, dla kogo taka sytuacja jest niezręczna. Wręcz przeciwnie – pogwizdując, włączył radio i po chwili jechaliśmy w stronę mojego domu.

– A może masz ochotę pojeździć po mieście? – zapytał nagle.

– Teraz? – wykrztusiłam.

– Czemu nie? Spieszysz się?

– Nie.

– Posłuchamy muzyki.

Nie pamiętam, czemu się na to zgodziłam. Wiedziałam, czułam, że nie powinnam, ale nie miałam pojęcia, jak odmówić. Tkwiłam więc skulona na siedzeniu pasażera, podczas gdy on prowadził, radośnie pogwizdując. Za oknami samochodu migały majestatyczne sopockie rezydencje, a my krążyliśmy obsadzonymi drzewami wąskimi uliczkami, słuchając muzyki.

W okolicach leśnego stadionu pan Jerzy zatrzymał mercedesa, rozpiął pasy i pochylił się w moją stronę.

– Wyrosłaś na śliczną dziewczynkę.

Wykrztusiłam jakieś podziękowanie, nie mając pojęcia, co dalej i czemu nagle siedzimy uwięzieni w ciasnym wnętrzu jego wozu. Wtedy położył mi rękę na kolanie. Pamiętam kwiecisty wzór krótkiej falbaniastej sukienki, którą tamtego dnia założyłam. Pamiętam, że miałam strupa na lewym kolanie i opalone na brąz nogi, a jego ręka była przyjemnie ciepła. Cofnął ją, kiedy w uliczce pojawił się starszy facet prowadzący na smyczy psa, jednak kiedy tylko mężczyzna zniknął z pola widzenia, jego ręka znalazła się z powrotem na moim kolanie, a później wyżej, na udzie. Zabrał ją dopiero, kiedy drgnęłam i złapałam za klamkę.

– Boisz się mnie, laleczko? – zapytał.

Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Nie pamiętam też momentu, w którym wysiadłam z jego samochodu i pędem ruszyłam wzdłuż ulicy. Zawrócił i zrównał się ze mną, a później urywanie zatrąbił.

– Wsiądź, odwiozę cię – powiedział, uchylając szybę od strony pasażera.

Powiedziałam, że pójdę pieszo, ale nadal się upierał:

– Ściemnia się. Tutaj na pewno cię nie zostawię.

Wsiadłam po dłuższej chwili wahania, a on wyjął ze schowka kokosowe draże.

– Naprawdę myślałaś, że zrobię ci krzywdę?

Odważyłam się podnieść głowę i spojrzeć mu w twarz. Jego oczy były tak ciemne, że niemal zlewały się ze źrenicami, policzki porastał wyraźny cień zarostu. I nagle zachciało mi się płakać, bo pomyślałam, że mogłabym tak spędzać czas z tatą, którego nigdy nie poznałam. Że to z nim mogłabym krążyć po sopockich ulicach eleganckim autem, wspólnie słuchając muzyki. Ale pan Jerzy nie był moim tatą, nawet wtedy nie byłam aż tak naiwna…

– Gdybyś chciała, możemy się zaprzyjaźnić – powiedział, kiedy skręcaliśmy w moją uliczkę. – Pojeździć czasem po mieście, zjeść lody. Co powiesz?

– Nie wiem – szepnęłam.

Roześmiał się.

– Przemyśl to sobie. – Mrugnął do mnie.

Kiedy wysiadałam, zza zakrętu wyłonił się dziadek. Z torbą na zakupy w ręku, szedł wolno, lekko kulejąc, jakby znowu dokuczało mu biodro.

– Co tu robił Zalewski? – zapytał, kiedy mniej więcej w tym samym momencie podeszliśmy do furtki.

– Odwiózł mnie – mruknęłam.

Dziadek wyglądał na zdziwionego, ale chwilę później zza płotu zawołał go sąsiad i staruszek stracił zainteresowanie moją osobą.

– Zjedz zupę – powiedział tylko, zanim podszedł do porośniętego bluszczem drewnianego parkanu i wdał się w ożywioną dyskusję z mieszkającym w domu obok panem Alojzym.

 

* * *

 

Dwa dni później ojciec Danki zagadnął mnie przed kościołem. Wyszłam właśnie z mszy, on stał na placu przed świątynią.

– Mam coś dla ciebie – powiedział.

Przystanęłam, zaskoczona jego widokiem i otwartym dążeniem do spotkań ze mną. W aksamitnym puzderku, które mi wręczył, znalazłam śliczną srebrną bransoletkę z zawieszkami w kształcie serc.

– Żebyś zawsze myślała o mnie jak o przyjacielu.

Kiedy oglądałam bransoletkę, minęła nas jedna z sąsiadek. Ukłoniłam się, a ona posłała uważne spojrzenie panu Jerzemu. Odpowiedział jej krzywym uśmieszkiem i pociągnął mnie w stronę zatłoczonego deptaka.

– Chodź, pokręcimy się przy molo.

– Powinnam wracać do domu. Dzisiaj przyjeżdżają kolejni letnicy, obiecałam dziadkowi, że pomogę mu sprzątać.

– Sprzątać? Zniszczysz sobie ręce. Lepiej kupię ci coś słodkiego i pospacerujemy po plaży – kusił.

– Dobrze, ale tylko na chwilę – zgodziłam się.

Spacer był krótki, bo dopadł nas rzęsisty letni deszcz. Ojciec Danki zdążył mnie jednak namówić na kolejną przejażdżkę i powiedział, że dzień później będzie na mnie czekał o dwudziestej przy leśnym stadionie.

 

* * *

 

Spotykaliśmy się przez cały lipiec i połowę sierpnia. Później pan Jerzy powiedział mi, że ma problemy i musi wyjechać. Zapytałam dokąd, ale wyjaśnił mi to dość mętnie. Danka pożegnała się ze mną, cała we łzach. Ja nie płakałam, pochwaliłam się za to bransoletką, którą kupił mi jej ojciec, nie dodając oczywiście, od kogo ją dostałam, a zazdrość w jej ciemnych oczach sprawiła, że aż pokraśniałam z dumy. „W końcu i ja jestem dla kogoś ważna” – pomyślałam, chwaląc się błyskotką. Wyjechali osiemnastego sierpnia i nigdy więcej o nich nie usłyszałam. Ich dom przy Chrobrego wystawiono na sprzedaż, a jesienią wprowadziło się tam starsze małżeństwo z brzydkim wyliniałym psem.

Do końca sierpnia nie mogłam się pozbierać, tęskniłam za panem Jerzym, chociaż nie potrafiłabym nawet powiedzieć, kim dla mnie był. Bo przecież ani ojcem, ani przyjacielem, ani kochankiem. Czasem łapał mnie za kolano i przesuwał dłoń w górę uda, muskając kciukiem porośnięte delikatnym jasnym meszkiem wnętrze moich ud, nigdy nie posunął się jednak do czegoś więcej. Ale chociaż byłam wtedy dzieciakiem, a on nawet mnie nie pocałował, po latach to właśnie o nim myślałam jak o moim pierwszym mężczyźnie. Tym, który obsypał mnie prezentami, poświęcił mi całą swoją uwagę, żeby nagle zniknąć. Tym, który mnie zostawił, jak wszyscy, których kochałam…

 

* * *

 

We wrześniu wynajęła u nas pokój jasnowłosa, mocno wychudzona kobieta z czternastoletnim synem, moim równolatkiem. Przyjechali z Łodzi, tylko na kilka dni. Ona przeżyła chyba ostatnio coś traumatycznego, bo często widywałam ją z zaczerwienionymi oczyma, on robił wszystko, żeby unikać towarzystwa nadopiekuńczej i wiecznie skwaszonej matki.

– Nie chodzisz do szkoły? – zapytałam go któregoś dnia, kiedy kręcił się po naszym ogrodzie.

– Pójdę w przyszłym tygodniu. – Arek wzruszył ramionami.

Pamiętam, że miał piegi na nosie, oczy w kolorze chabrów i potargane włosy w odcieniu brudnego morskiego piachu.

Wieczorem wyciągnęłam go na plażę. Siedzieliśmy tuż przy wydmach, kiedy opowiedział mi o ojcu, który uciekł, zostawiając ich z dnia na dzień, rozpaczy matki i własnym poczuciu bezsilności. Wtedy pocałowałam go w usta. Nazajutrz w ciasnej i ciemnej spiżarce, w której dziadek trzymał zapasy wina, pierwszy raz w życiu dotknęłam penisa. Później było kilka dni wymiany powłóczystych spojrzeń, przelotne, ukradkowe pocałunki i coraz odważniejsze pieszczoty. Ukrywaliśmy się w każdym możliwym kącie, uciekając przed pałętającym się po starej willi dziadkiem i wiecznie zapłakaną matką Arka. Kiedy wyjechał, zdałam sobie sprawę, że czuję dziwny głód zakazanych emocji, który narasta we mnie w zastraszającym tempie. Spojrzenia, które wymienialiśmy, ciepło jego rąk i smak warg na moich ustach, kwiatki, które dla mnie zrywał, i lody, które mi kupował… wszystko to sprawiało, że czułam się szczęśliwa, kochana i zauważana. Nie byłam już niewidzialna, nieważna i lekceważona. W końcu ktoś mnie dostrzegał.

 

 

 

 

 

 

3.

 

 

 

 

 

Świnoujście, teraz

 

Pada. Przyglądam się spływającym po okiennej szybie strużkom deszczu i robi mi się smutno. Przed południem mam rozmowę o pracę, na którą naprawdę cholernie nie chce mi się jechać. Ale przecież, pomimo że oszczędności mam całkiem sporo, wiem, jak szybko uciekają pieniądze, kiedy regularnie nie zasila się konta. Zakładam więc elegancką i stonowaną szarą sukienkę, wpinam w uszy maleńkie kolczyki ze sztucznymi perełkami i starannie układam włosy. Po namyśle zbieram je w ciasno spięty kucyk i robię lekki makijaż. Patrząc w lustro, uśmiecham się ironicznie, bo moje odbicie niewiele ma wspólnego z moim prawdziwym ja. Dzisiaj przeobraziłam się w sekretarkę idealną, narzucając sobie kolejną rolę. Ale czyż nie wszyscy jesteśmy aktorami w teatrze życia? Szminkę wybieram jasną, nierzucającą się w oczy. Szpilki beżowe, grzeczne, nudne. Po chwili zmieniam je na szafirowe sandałki, w nich znacznie lepiej wyglądają moje opalone stopy. W głębi mieszkania odzywa się moja komórka, wyraźnie słyszę sygnał przychodzącego SMS-a.

„Od miesięcy rucham żonę i myślę o tobie. Opętałaś mnie, kobieto? Jest szansa, że dasz się jeszcze zaprosić na drinka?” – czytam.

Numer jest nieznany, pewnie dlatego, że regularnie wykasowuję namiary na przygodnych kochanków, którym pod wpływem chwili bądź alkoholu rozdaję czasem moją komórkę. Może dlatego dość często zmieniam operatora. Niestety, jak widać, i tak zbyt rzadko. Przez chwilę zastanawiam się, kto stoi za wysłaną mi wiadomością i nagle nie myślę już o czekającej mnie rozmowie, a o seksie. Udaje mi się jednak opanować. Nie mogę sobie pozwolić na bezrobocie. Nie mam nikogo, kto opłacałby moje rachunki. Kiedyś miewałam, teraz już nie…

Wychodząc z mieszkania, nerwowo poprawiam szarą sukienkę. Wciąż czuję się w niej jak w przebraniu, styl biurowy nie jest w końcu moim ulubionym. Ale pieniądz musi się robić, nikt nie je za darmo, więc ruszam w stronę zaparkowanej przed blokiem świeżo umytej toyoty i jadę przez miasto, zapatrzona w regularnie pracujące wycieraczki.

Kancelaria prawna, która poszukuje sekretarki, mieści się niedaleko mojego osiedla, co jest dla mnie dużym plusem. Mecenas Adrian Karski, z którym dzień wcześniej rozmawiałam przez telefon, wychodzi po mnie do holu i proponuje kawę. Ma cholernie szarmancki styl bycia, a przy tym naprawdę seksowny wygląd – młodsza wersja Richarda Gere’a wbita w szpanerski ciemny garnitur.

– Zapraszam – mówi, przepuszczając mnie w drzwiach.

Jego gabinet wygląda równie dystyngowanie jak on sam. Ciężkie mahoniowe biurko, regały uginające się od prawniczych podręczników, dwa obite pluszem fotele i stojąca w kącie pokoju donica z całkiem pokaźną palmą.

– Proszę, niech pani spocznie. – Karski podsuwa mi krzesło, a sam zasiada za swoim biurkiem. – Prowadziła pani kiedyś sekretariat?

– Nie, ale byłam sekretarką w prywatnej klinice dentystycznej.

– Uważa pani, że to to samo? – Przystojny prawnik lekko się uśmiecha.

Opuszczam wzrok na jego usta i przez chwilę, tę jedną chwilę, zbyt długo wpatruję się w jego ładnie wycięte, pełne wargi. Zauważa to, przez co zaczynają mi się trząść ręce. „Wszyscy wiedzą, kim jestem, muszą to przecież widzieć w moich oczach” – mówię sobie, wbijając w lewą dłoń pomalowane beżowym lakierem paznokcie prawej.

Karski czeka na moją odpowiedź, bawiąc się eleganckim złotym piórem, na serdecznym palcu jego prawej dłoni połyskuje gruba złota obrączka.

– Nie, oczywiście, że nie – mówię cicho. – Ale jestem naprawdę świetnie zorganizowana, znam włoski i niemiecki, dogaduję się z ludźmi – dodaję, a w głowie wyświetla mi się pornograficzny film ze mną i młodym kurierem w rolach głównych.

Robiliśmy to w schowku na materiały biurowe, kiedy przyłapała nas kręcąca się akurat po klinice żona jednego ze współwłaścicieli, wbita w przyciasną garsonkę dewotka, która miała w zwyczaju odwiedzać męża w pracy, wracając z majowych nabożeństw. I chociaż wtedy, w panice osłaniając rękoma piersi, z kwiecistą falbaniastą sukienką zaplątaną wokół kostek, czułam się jak ostatnia szmata, do dziś chce mi się śmiać na wspomnienie zszokowanej miny tej pomarszczonej zdewociałej suki. Z pracy, oczywiście, wyleciałam…

– A angielski? – pyta mecenas Karski.

– Dogaduję się.

– Dogaduje się pani? – Parska z pogardliwą miną. – To nie wystarczy. Nie w tym miejscu.

– Rozumiem. – Wstaję, wygładzam sukienkę i bez słowa ruszam w stronę drzwi.

– Niech pani poczeka – prosi.

Przystaję z ręką na klamce i odwracam się w jego stronę.

– Może pogadalibyśmy o tym przy kolacji?

– O mojej znajomości angielskiego? – rzucam kpiącym tonem.

Uśmiecha się samymi kącikami usta, ale w jego jasnych oczach widzę rozbawienie.

– O czym tylko będzie pani chciała.

Na biurku dzwoni jego telefon. Nie odbiera. Wstaje i robi kilka kroków w moją stronę. Wyobrażam sobie, jak podchodzę do niego, poluzowuję węzeł jedwabnego krawata, a później rozpinam jego koszulę. Guzik po guziku, patrząc mu głęboko w oczy. Myślę o tym, jak kotłujemy się na wełnianym dywanie u podnóża jego biurka, jak bierze mnie na samym środku gabinetu, w którym na co dzień negocjuje ważne umowy. Jak rżnie mnie do bólu, do utraty przytomności, dysząc mi do ucha, jęcząc…

– Przepraszam, nie powinienem pani nagabywać w taki sposób. – Mecenas Karski nagle się reflektuje, podchodzi do drzwi i nie czekając na moją odpowiedź, otwiera je na oścież. – Dziękuję za rozmowę. Niestety, obawiam się, że nie jestem w stanie niczego pani zaproponować.

– Szkoda – mówię, patrząc mu prosto w oczy.

– Szkoda – przyznaje.

 

* * *

 

Wieczorem dzwoni na moją komórkę. „Trafiony, zatopiony, przynęta połknięta” – myślę. A jednak nie odbieram. Może gdyby nie leżał obok mnie spotkany na plaży oficer marynarki… Ale nie jestem sama. Przecież ja rzadko kiedy bywam samotna. Przynajmniej fizycznie, bo dręczącego mnie od dzieciństwa emocjonalnego głodu miłości jeszcze nikomu nie udało się zaspokoić…

– Nie odbierzesz? – pyta mój przygodny kochanek.

– Nie – mówię, sięgając po papierosy.

Unosi się na łokciu i patrzy, jak palę.

– Masz piękne włosy – mówi, nawijając na palec jeden z utlenionych na kokosowy blond kosmyków.

– Przesuszone. – Wzruszam ramionami i zaciągam się dymem.

– Skąd jesteś? – pyta, a ja zdaję sobie sprawę, że nie pamiętam, jak ma na imię.

„Marcin? Maciek? Mirek? Zresztą co za różnica” – myślę.

– Z Tarnowa – kłamię, bo od lat wyznaję zasadę: im mniej o mnie wiedzą, tym lepiej.

– Podkarpacie?

– Małopolska.

– Racja. Umówimy się jeszcze?

– Raczej nie.

– Bo? Źle ci było? – Koleś marszczy brwi, co wygląda niemal komicznie. – Dotąd żadna nie narzekała – dodaje.

– Dobrze było – kłamię, bo akurat seks z nim nie sprawił mi jakiejś większej frajdy.

Ale tego się nie mówi facetom. Nie takim, jak on – wytatuowanym, olbrzymim mięśniakom, których imiona zapomniało się gdzieś pomiędzy ściągnięciem majtek a rozłożeniem nóg.

– Mam męża – dalej brnę w kłamstwo.

– Serio? – Koleś rozgląda się po mieszkaniu, jakby szukał rzeczy należących do mojego nieistniejącego ślubnego, a ja strzepuję popiół z papierosa do leżącej w kwiecistej pościeli popielniczki i posyłam mu niewinny uśmiech.

– Jesteśmy w separacji – dodaję.

– Znaczy, że już nie razem?

– To skomplikowane…

– I taki masz status na Facebooku? – Mój kochanek szczerzy się, zapewne oszołomiony własną elokwencją.

– Nie mam tam konta. – Teraz akurat nie kłamię.

Przy moim trybie życia wolę nie ryzykować posiadania profilu. Zbyt wiele osób zraniłam i zbyt wielu ludzi chciałoby wiedzieć, gdzie teraz jestem, a mało kto szukałby mnie z czystej sympatii…

– Pójdę już. – Mięśniak wstaje i sięga po leżącą w nogach łóżka koszulkę. – Gdybyś zmieniła zdanie, to dzwoń.

– Nie mam twojego numeru – mówię, ugniatając niedopałek.

– Kurwa, fakt. – Koleś drapie się po głowie i pyta, czy ma podać.

– Mówiłam ci, że więcej się nie spotkamy.

– Dziwna jakaś jesteś – mruczy.

– W tym cały mój urok. – Naga podchodzę do okna i opieram się pośladkami o parapet, on wpatruje się w mój wytatuowany wzgórek łonowy.

– Świeży?

– Świeży – przyznaję.

– To coś znaczy, te liczby? Bo to chyba nie twój numer obozowy? Aż tak stara nie jesteś. – Rechocze.

– Słabe – mówię, zniesmaczona.

– Zależy, jak na to spojrzeć – stwierdza, wciąż wyraźnie ubawiony.

Kiedy zakłada slipki, zauważam brzydką szramę w dole jego pleców, ale nie mam na tyle odwagi, żeby zapytać, skąd ją ma. Zresztą niewiele mnie to obchodzi. Wszyscy oni niewiele mnie obchodzą. Pozwalam im wchodzić w moje ciało, obnażam się przed nimi fizycznie, jednak emocjonalnie nikogo do siebie nie wpuszczam, jakbym zamurowała moją duszę za grubą betonową ścianą.

– Poczekaj – proszę go szeptem, zanim uchylam frontowe drzwi.

Chwilę później sprawdzam, czy nikogo nie ma na schodach i dopiero wtedy pozwalam mu wyjść.

– Pełen kamuflaż, co? – Znowu rechocze. – Dzięki, było miło. – Żartobliwie mi salutuje i nie oglądając się za siebie, zbiega ze schodów.

Cicho zamykam za nim drzwi, mając nadzieję, że ci z przeciwka nie zauważyli, jak się ode mnie wymykał.

Dojadam sernik, kiedy odzywa się moja komórka. Tym razem odbieram.

– Wiem, że nie powinienem do pani dzwonić, zwłaszcza o tej porze, ale nie potrafiłem się oprzeć. – Słyszę w słuchawce głos mecenasa Karskiego.

– Mojemu urokowi? – rzucam kokieteryjnym tonem.

– Oraz możliwości przetestowania poziomu pani angielskiego.

– Wolałabym przetestować co innego…

Karski wybucha śmiechem i pyta, czy mam ochotę na spacer po plaży.

– Chyba że wolisz coś zjeść? Wiem, że już późno, ale…

– Co powiedziałeś żonie? – wchodzę mu w słowo po tym, jak gładko przeszliśmy na ty.

– Spostrzegawcza jesteś – mówi z przekąsem.

– Trudno nie zauważyć tak grubej obrączki.

– Cóż… Za błędy młodości płaci się całe życie, ale jeśli ci to przeszkadza…

– Nieszczególnie. – Śmieję się gardłowo, a w dole brzucha już czuję przyjemne ciepło, bo przecież świetnie znam ten scenariusz. – Przyjedź do mnie. Adres wyślę ci SMS-em.

– Mam twój adres w CV.

– Brzmi niepokojąco – żartuję.

Uśmiecha się, wiem to, nawet nie widząc jego twarzy. Po chwili obiecuje, że będzie za kwadrans i rozłącza się po krótkim „to cześć”. „Czyli już nie «pani»” – myślę, biorąc szybki prysznic. Obiecująco…

Karski przyjeżdża z butelką czerwonego wina i kolorowymi różyczkami w celofanie. Na widok bukietu coś łapie mnie za serce. Dawno nie dostałam kwiatów. Puszczalskim i łatwym panienkom rzadko się je przecież kupuje…

– Ładne mieszkanie – mówi on, rzucając na komodę kluczyki od samochodu.

– Wynajęte.

Kiedy układam kwiaty w wazonie, mówi, że ma niewiele czasu, obejmuje mnie w talii i całuje w szyję. Odwracam się twarzą do niego i zatapiamy się w pocałunku. Nie zawsze pozwalam obcym mężczyznom na tak głębokie pocałunki. Ale on jest inny. Apetyczny, przystojny, inteligentny.

– Tutaj – mówię, ciągnąc go w stronę sofy, ale on proponuje łóżko.

– Lubię, jak mi jest wygodnie – mruczy w moje włosy.

„Kurwa” – klnę w duchu, zdając sobie sprawę, że przecież nie zmieniłam pościeli, w której niespełna godzinę wcześniej kotłowałam się z oficerem marynarki czy kim on tam był… Ale Adrian już mnie wymija i uchyla drzwi od sypialni. Widzę ją pierwsza, on dostrzega ją sekundę później – zużyta prezerwatywa, której nie wyrzucił mój poprzedni kochanek, zdobi niewielki dywanik tuż przy łóżku.

– Czy to jest to, co myślę? – pyta Karski, gwałtownie zatrzymując się na środku pokoju.

– Zależy, o czym myślisz. – Usiłuję obrócić wszystko w żart, ale on nie wygląda na ubawionego.

– Wyglądałaś mi na kurewkę, ale czegoś tak obrzydliwego w życiu nie widziałem – rzuca przez zęby, zanim odwraca się na pięcie i wychodzi z pokoju.

Stoję jak wmurowana, jakby wymierzył mi policzek. Bo chyba właśnie to zrobił, zresztą nie on pierwszy, nie ostatni… Wychodzi bez słowa pożegnania – słyszę tylko, jak zgarnia z komody kluczyki i zatrzaskuje za sobą frontowe drzwi. Przygryzam wargi, czując, jak narasta we mnie wstyd, ale i to uczucie nie robi na mnie wrażenia, znam je przecież od lat. Zużytą prezerwatywę podnoszę bez obrzydzenia, tego typu pamiątki również już mnie nie odstręczają. Przywykłam. Zazwyczaj faceci mają na tyle taktu, żeby po sobie sprzątnąć, ale jak świetnie wiem, nie wszyscy. Myjąc ręce, spoglądam w łazienkowe lustro, ale szybko odwracam wzrok. Kobieta, którą widzę naprzeciwko, ma rozmazaną szminkę, potargane włosy i rozbiegane spojrzenie szaleńca, który dawno temu stracił kontrolę nad swoim własnym życiem…

 

* * *

 

Po północy, samotnie siedząc na balkonie, zastanawiam się, ilu ich wszystkich było. Kiedyś lubiłam liczyć moich kochanków, miałam nawet notes, w którym przez jakiś czas zapisywałam imiona i okoliczności, w których się spotkaliśmy. Jednak któregoś dnia się go pozbyłam, bo nagle zaczął mnie brzydzić. Był jak szmatławe odbicie rynsztoku, w którym żyłam, odzwierciedlenie mojego upadku. „Artur, oral plus seks dwa razy, hotel Hilton”, „Mateusz, raz, bez gumy, po pijaku, Gdynia-Orłowo”, „Darek, trzy razy, u niego, Sopot”, „Paweł, oral, anal, z gumą, Władysławowo”, „Igor, dwa beznadziejne razy, u niego, Warszawa”. „Jerzy, oral, awantura z jego żoną, Sopot-Kamienny Potok” – tego typu plugawych notek było ponad czterysta osiemdziesiąt. Normalnego człowieka taka liczba zwaliłaby pewnie z nóg, ale ja nie jestem przecież normalna. Czytałam kiedyś w sieci wyznanie uzależnionej od seksu kobiety, która twierdziła, że podczas tygodniowego urlopu miała ponad stu facetów… Wiem, obłęd. Ale przecież właśnie tym jest całe moje życie – obłędem…

 

* * *

 

Rano wstaję z bólem głowy i wyjmuję z szuflady papierosy. Tuż obok paczki cameli leży zgięta na pół kartka z wynikami moich badań. I chociaż nawet mnie samej trudno uwierzyć we własne szczęście, widnieje tam czarno na białym, że jakimś cudem nie złapałam jeszcze HIV. „Kwestia czasu” – odzywa się szyderczy głosik w mojej głowie. „Kiedyś za wszystko zapłacisz, idiotko – myślę. – Kiedyś życie wystawi ci rachunek…”.

 

 

 

 

 

 

4.

 

 

 

 

 

Berlin-Gropiusstadt, lato 1991

 

Na berlińskim lotnisku wpadłam niemal w panikę. Tłumy ludzi napierały na mnie z każdej strony, waliza wydawała się coraz cięższa. Byłam bliska łez, kiedy wypatrzyłam czekającą na mnie ciotkę Renatę, siostrę mojego taty.

– Pospieszmy się, zanim wlepią mi mandat! – powitała mnie chłodno, z dystansem.

Ale może u nas było to rodzinne? W dzieciństwie tuliła mnie tylko babcia. Dziadek, jego syn i córka byli lodowato uprzejmi, ale raczej słabi w otwartym okazywaniu uczuć.

Ruszyłam za nią, z ulgą oddając jej moją walizkę. Ktoś wbił mi łokieć pod żebra, ktoś inny popchnął mnie tak mocno, że prawie upadłam.

– Jak lot? – Ciotka odwróciła się do mnie, kiedy byłyśmy przy wyjściu.

– Nudny.

– Grunt, że bezpieczny – skwitowała.

Zauważyłam, że rozjaśniła włosy, przypominała mi teraz trochę Brigitte Bardot, której filmy uwielbiałam oglądać.

– Dziadek zdrowy? – zainteresowała się, otwierając bagażnik.

– Chyba tak.

– Chyba?

– Nie mówi mi o wszystkim. Boli go biodro, kuleje.

– A ciśnienie?

– Nie wiem – przyznałam.

– To kto ma wiedzieć?! Jesteś już na tyle dorosła, żeby interesować się zdrowiem najbliższych! – ofuknęła mnie ciotka Renata, zatrzaskując klapę od bagażnika. – Wsiadaj! To cud, że jeszcze nie dostałam mandatu.

W samochodzie było gorąco. Upał od razu mnie oblepił, sprawił, że poczułam się brudna.

– Zapnij pasy – pouczyła mnie siostra ojca, zanim ruszyłyśmy.

Posłusznie sięgnęłam po klamrę i wyjrzałam przez okno na wylany betonem Berlin.

– Jak w szkole? – zapytała ciotka po dłuższej chwili milczenia.

– Nudno.

– Tylko to odczuwasz? Nudę? – parsknęła.

Nie odpowiedziałam. Skuliłam się w ramionach i w aucie zapadła niezręczna cisza.

– Jesteś głodna? – zapytała, kiedy dotarłyśmy do jej mieszkania.

– Nie.

– Kupiłam ci nową pościel. – Ciotka Renata postawiła moją walizkę w progu najmniejszego pokoju, który był moim azylem w jej berlińskim mieszkaniu, i dodała, że musi na chwilę wyskoczyć. – Nigdzie nie wychodź, niedługo się ściemni – pouczyła mnie jeszcze.

Usiadłam na łóżku i skubiąc skórkę przy paznokciu, zagapiłam się w świeżo wytapetowaną ścianę. U ciotki miałam spędzić cały lipiec i część sierpnia, jednak wizja lata w mieście, które mnie przytłaczało, nie była zbyt optymistyczna. Może gdyby ciotka Renata poświęcała mi więcej czasu, byłoby inaczej, ale ona całe dnie spędzała w firmie, a wieczorami na odczepnego włączała mi filmy na wideo. Rok wcześniej dziadek wysyłał mnie do niej, przekonany, że w życiu nastoletniej dziewczyny musi być jakaś kobieta. Ale chociaż Berlin w pewien sposób mnie fascynował, a ciotka potrafiła czasem zaskoczyć mnie spontaniczną wycieczką do centrum czy wspólnymi zakupami, często zwyczajnie się tu nudziłam, tym bardziej że miałam zakaz opuszczania osiedla.

– Nie wychodź nigdzie, słyszysz?! – krzyknęła z przedpokoju, zanim zamknęła za sobą drzwi.

Podeszłam do okna. Trzynaście pięter niżej, na pełnym samochodów parkingu, stał jej brudny, powgniatany opel. Przyglądałam się, jak wychodzi z klatki, poprawia włosy, wyjmuje z torebki kluczyki i wsiada do auta. Kiedy odjechała, wypiłam dwie znalezione w lodówce puszki pepsi. Dziadek nigdy jej nie kupował, mówił, że to trucizna. Ale przecież mnie smakowało wszystko, co zakazane. Zza ściany dochodził ryk telewizora, za oknem zaczęło się ściemniać. Ziewnęłam, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić.

Po chwili zdecydowałam, że pomimo wyraźnego zakazu wyjdę się przejść. Na klatce cuchnęło smażoną cebulą. Skrzywiłam się i wcisnęłam guzik windy. Byłam pomiędzy piątym a czwartym piętrem, kiedy dźwig szarpnął i gwałtownie się zatrzymał. Przywarłam plecami do lodowatej metalowej ściany i z zamkniętymi oczyma, wstrzymując oddech, czekałam, aż winda znowu ruszy. Ale wyglądało na to, że utknęłam… Zaczęłam wrzeszczeć. Głośno, przeraźliwie, piskliwie. Kilka minut później ktoś załomotał w drzwi, krzyczał do mnie coś, czego nie usłyszałam. Rozpłakałam się. Nienawidziłam zamkniętych przestrzeni, nawet do spiżarki, z której podkradałam dziadkowi wino, wchodziłam raczej niechętnie. No, może z wyjątkiem tych chwil spędzonych z Arkiem, ale to była inna sytuacja… A teraz samotnie utknęłam w windzie. Na myśl o ciemnym szybie pode mną ze strachu rozdzwoniły mi się zęby. Osunęłam się na podłogę i z kolanami pod brodą siedziałam w kącie, modląc się w duchu o pomoc.

Nie wiem, jak wiele czasu minęło, zanim dozorca z przybyłym na miejsce konserwatorem wydostali mnie z kabiny. Cała się w każdym razie trzęsłam i byłam zapuchnięta od płaczu. W dodatku w stresie nie rozumiałam, co do mnie mówią, a niemiecki, który już wtedy jako tako znałam, nagle brzmiał w moich uszach jak zupełnie obcy język. Czmychnęłam więc z powrotem do mieszkania i zamknęłam wszystkie trzy zamki w drzwiach.