Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Przejmująca opowieść o trzech kobietach, które mimo różnych dróg podążają za tymi samymi pragnieniami. Choć dzieli je wiek, doświadczenia i plany na przyszłość, wzajemna uważność przybliża do odkrycia prawdy o sobie i daje siłę, by walczyć o szczęście. Dla tych, którzy wierzą, że w życiu nie ma przypadków, a każde spotkanie może zmienić bieg wydarzeń.
Klara wierzy, że wyjazd za granicę pozwoli jej zdobyć środki na wybudowanie domu, o jakim marzyła. Finansowe zmartwienia nie dotykają Anny, która, skupiona na pracy i powrocie do zdrowia, ignoruje pierwsze symptomy małżeńskiej gry pozorów. Zakochana w obcokrajowcu Beata przekonuje się, że uczucie to za mało, aby unieść ciężar codzienności. Co wydarzy się, gdy ich losy połączą się w nić wzajemnych zależności?
Dorota Urbaniak – ur. 1968 w Kaliszu. Ma licencjat z rachunkowości i tytuł magistra logistyki. Pracowała na różnych stanowiskach do momentu, kiedy urodziła trójkę dzieci i zajęła się ich wychowywaniem. Właśnie wtedy odkryła pasję pisania, którą realizuje do dziś i ma w zanadrzu jeszcze wiele projektów literackich. Spełniając marzenia, w 2020 r. wydała pierwszą książkę „Dwa oblicza”, a w 2021 dalszą jej część „Oblicza gry”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 245
Redaktor prowadzący: Wojciech Nowakowski
Redakcja: Magdalena Chrobok
Korekta: Wojciech Nowakowski
Projekt okładki: Julia Filip
Skład i łamanie wersji do druku: Maciej Torz
Zdjęcie autorki na okładce: Studio „Foto Wojtek” w Kaliszu
Copyright © by Dorota Urbaniak 2026
Copyright © by Sorus® 2026
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości
bądź fragmentów niniejszego dzieła bez pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68466-39-3 książka
ISBN 978-83-68466-40-9 e-book
Wydanie I, Poznań 2026
Printed in Poland
Twoja opinia jest dla nas ważna! Zachęcamy do podzielenia się wrażeniami
po lekturze tej książki i dodania swojej oceny: www.sorus.pl/opinia
Masz pomysł na książkę lub gotowy tekst? Opublikuj swoje dzieło ze wsparciem
wydawnictwa i dołącz do grona naszych autorów: www.sorus.pl/dlaautorow
DM Sorus Sp. z o.o.
ul. Bóżnicza 15/6, 61-751 Poznań
tel. +48 61 653 01 43
email: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.sorus.pl/sklep
www.sorus.pl
dmsorus
wydawnictwosorus
Przygotowanie wersji elektronicznej
„Rzeczywistość jest ometkowana słowami, a większość naszego życia odbywa się w trybie przypuszczającym, przez pryzmat »byłbym« – żyjemy w zachwycających fototapetach. Rzeczywistość nie istnieje, jemy tekturę, a smak sobie wyobrażamy, na podstawie tego,
co jest napisane na opakowaniu”.
Agnieszka Drotkiewicz, Dla mnie to samo
„Ludzie sami nie zmieniają się nigdy.
Ludzi zmienia życie. Dobre czy złe,
dobrego czy złego człowieka, ale życie”.
Marek Hłasko
Jadę autobusem, podziwiam przez okno widoki i, mimo że codziennie jeżdżę tą samą trasą, to zawsze zachwycam się na nowo i wciąż się nimi upajam. Pomimo mojego zachwytu czuję w sobie jakiś niepokój, nie wiem dlaczego… Może to przez tego faceta, który, odkąd wsiadł do autobusu razem ze mną, ciągle mnie obserwuje. Nawet kiedy oglądam się za siebie, nie ucieka wzrokiem, tylko bezczelnie wciąż na mnie patrzy… spojrzeniem przeszywającym mnie na wylot. Denerwuje mnie to, czuję w sobie lęk, dobrze, że niedługo wysiadam.
Kiedy autobus zbliża się do mojego przystanku, podnoszę się, kieruję się do wyjścia i zauważam, że ten facet też się podnosi i idzie za mną w kierunku drzwi. Czuję, jak serce podskakuje mi do gardła. Myśli kotłują mi się w głowie – co to za facet i czemu wysiada ze mną na przystanku?
Na dodatek, jak zauważam kątem oka, wysiadać będę tylko ja i ten nieznajomy osobnik, nikt więcej. Tylko ja i on – jejku, boję się. Myślę… mam nadzieję, że pójdzie w innym kierunku. Ciągle czuję na sobie jego wzrok… A może mi się wydaje? Może jestem przewrażliwiona…
Autobus zatrzymuje się w końcu na moim przystanku, wysiadam, prawie zbiegając ze stopni, i staram się iść do domu w miarę szybkim tempem. Najchętniej bym pobiegła. Oglądam się i widzę, że facet podąża za mną, więc idę coraz szybciej, otwieram torebkę i sięgam po komórkę. Ale widzę tylko czarny ekran.
– O nie! Bateria mi siadła – jęczę – że też musiała paść akurat teraz… – wzdycham. Wystraszona oglądam się, ale nie widzę nikogo, oddycham z ulgą, że jednak facet poszedł gdzie indziej, lecz mimo wszystko nadal czuję napięcie. Najgorsze, że muszę przejść jeszcze kawałek przez las. Oglądam się ponownie, ale wciąż nikogo nie widzę. Zdaje mi się, że coś słyszę… Idę dalej, szybko, coraz szybciej, bo zbliża się zmierzch.
Zielony las zaczyna szarzeć, zmieniając barwę na coraz ciemniejszą, aż w końcu powoli zapadnie czarna noc. Wchodzę coraz głębiej, coraz dalej i nagle znowu słyszę jakiś dźwięk – staję i odwracam się, ale niczego nie zauważam… Z drugiej strony ciężko coś dojrzeć w tej szarości, więc ponownie ruszam przed siebie. Nagle ktoś wskakuje mi na plecy, przewracając mnie całym swoim ciężarem na ziemię, czuję wbijanie czegoś ostrego w pierś.
– Ratunku! – wrzeszczę i czuję okropny ból. – Ała! Ratunku! – i w tym momencie się podnoszę. Jestem cała zlana potem, jakby ktoś oblał mnie wodą… Siadam, dotykam ręką klatki piersiowej, by sprawdzić, czy mam w sobie jakiś przedmiot. Nic, jedynie mokra koszula… Rozglądam się. Stwierdzam z ulgą, że żyję, że to był tylko sen.
– Jak dobrze, że to był tylko sen… – mówię cicho sama do siebie…
„Trzeba zakasać rękawy, zacisnąć zębyi twardo dążyć do wyznaczonego celu.Życie nie jest lekkie ani sprawiedliwe”.
Stephen King
Michał prowadził samochód i był bardzo skupiony na tym, żeby jechać prawidłowo, wjechać na odpowiedni pas ruchu, wyprzedzać, zwłaszcza że wjeżdżaliśmy właśnie na teren Niemiec. A tam, wiadomo, więcej pasów, samochodów, jak i nieco inne znaki, co wymagało totalnego skupienia. Jak dobrze, że mieliśmy nawigację, która prowadziła, informując, gdzie skręcać, co omijać i jak wskoczyć na odpowiedni pas ruchu. Michał był dobrym kierowcą, właściwie bardzo dobrym i jeździł tą trasą już tyle lat, że czułam się z nim bezpiecznie. Miałam ten komfort, że on prowadził, a ja podziwiałam widoki, kiedy mijaliśmy miasta, miasteczka. Przemierzaliśmy autostradą Niemcy, żeby dojechać do Holandii, gdzie ja i Michał mieliśmy pracować w sadzie, zrywając jabłka i gruszki.
Pierwszy raz jechałam za granicę, Michał był tam już kilka razy i dlatego nie bałam się jechać. Nie wiem, czy sama bym się na to zdecydowała, myślę, że chyba nie. Opowiadał mi, że Carolina, nasza szefowa, jest bardzo fajna i praca na pewno będzie mi się podobała, nie jest taka ciężka. Najgorsza była rozłąka... Tak, rozłąka była okropna, jednak byliśmy zmuszeni jechać do pracy za granicę, żeby zarobić na dom, który mieliśmy zamiar budować. Ja już w tym momencie bardzo tęskniłam za naszymi dziećmi, które zostały z ciocią w domu. Mimo że upłynęło dopiero kilka godzin…
Próbowałam sobie wyobrazić, że teraz pewnie śpią smacznie w swoich łóżeczkach. Małgosia przytulona do swojej maskotki – nosorożca, z którą się nigdy nie rozstawała. Dookoła obłożona poduszkami w kolorze różowym, uwielbiała ten kolor i miała w nim dosłownie wszystko, łącznie z koszulką nocną, w której spała. Jasiu też już pewnie spał, ale jak to facet, lubił minimalizm i tak u niego w łóżku była wyłącznie jedna poduszka pod głowę i jedna maskotka – miś Yogi, jak go nazywał, i tylko z nim spał. Nie był wybredny, jeśli chodzi o kolory, chociaż najbardziej lubił szary i właśnie taką miał pościel. Gdy tak sobie wyobrażałam, jak śpią, z Michałem mknęliśmy coraz dalej od nich.
– Michał, ja już tęsknię za nimi – powiedziałam zasmucona.
– Będzie dobrze, Klaro, nie martw się, przecież Magda dobrze się nimi zaopiekuje.
– Wiem, że Magda będzie dobrze się nimi zajmowała, ale już tęsknię za Małgosią i Jasiem.
– To tylko sześć tygodni, kochanie, wytrzymamy.
– Michał, nie wiem, czy wytrzymam tak długo…
– Wytrzymasz, kochanie, tym bardziej że będziemy razem.
– Jak ty wyjeżdżałeś, też bardzo tęskniłam…
– Wiem, mi też było tęskno za wami… za tobą…
– Dzieci tęskniły i Małgosia nieraz płakała.
– Wiem.
– Ja też nieraz za tobą płakałam, wiesz?
– Wiem, kochanie, ale teraz jedziemy we dwoje, to tak, jakbyśmy jechali na bardzo długie wczasy.
– Ładne mi wczasy – prychnęłam.
– Klaro, jedziemy sami, więc to takie narzeczeńskie wczasy, pamiętasz, jak było wspaniale, kiedy byliśmy sami?
– Pamiętam – uśmiechnęłam się na wspomnienie naszej wyprawy, kiedy byliśmy jeszcze narzeczeństwem, sami, bez zobowiązań.
– I teraz też będzie wspaniale, zobaczysz – pocieszał mnie Michał.
– No nie wiem, jedziemy do pracy i nie będzie nam dane odpoczywać.
– Kochanie, praca naprawdę nie jest ciężka.
– Myślisz, że dam radę?
– Spokojnie, dasz radę.
– Michał?
– Tak? Poczekaj, bo nawigacja coś mówi. – Michał nasłuchiwał i musiał się skupić, żeby wjechać na odpowiedni pas, potem znów skręcić na ten, a nie inny, bo wystarczyła chwila nieuwagi i można było zabłądzić w tym gąszczu pasów i zjazdów, zwłaszcza w dużych miastach. Jak dobrze, że teraz jest nawigacja, bardzo ułatwia podróżowanie i poprawia komfort jazdy kierowcy, szczególnie w wielkich metropoliach, gdzie samochodów są po prostu tysiące. Podziwiałam mojego męża za to, jak prowadził i jak zawsze świetnie dawał sobie radę. Ja milczałam, obserwując otoczenie, chłonęłam nocne widoki, kolorowe neony, oświetlenie miast, ulic, a kiedy wyjeżdżaliśmy z terenów zabudowanych, ciemność, która nas otaczała i rozgwieżdżone niebo, a także światła samochodów, które nas wyprzedzały.
– No, to co mówiłaś? – spytał Michał.
– Pytałam, czy na pewno dam radę?
– Ale z czym dasz radę?
– No z tą pracą w sadzie.
– Spokojnie, Klaro, dasz radę. I co najważniejsze, soboty i niedziele będą wolne, więc będziemy mogli wtedy zwiedzać.
– To dobrze, wtedy na pewno odwiedzimy moją siostrę.
– No, widzisz sama, będziesz miała okazję zobaczyć się z Julką i z Norbertem.
– Tak, bardzo się cieszę, że ją odwiedzimy, zobaczę, gdzie mieszka, a przy okazji obiecała, że będzie naszym przewodnikiem.
– Ten nasz wyjazd ma sporo plusów, nie dość, że zarobimy na dom, to jeszcze zwiedzimy trochę świata.
– Masz rację, kochanie.
– Chcesz może skorzystać z toalety?
– Tak, chyba tak.
– To dobrze, bo podjedziemy na stację, zatankuję i możemy poszukać WC.
– A może wypijemy kawę? – spytałam.
– Możemy, co tylko chcesz, malutka.
– Michał, nie wiem, czy mój niemiecki jest wystarczająco dobry i czy zrozumieją, co do nich mówię… – powiedziałam niepewnie.
– Na pewno się dogadasz, kochanie, jak nie słownie, to na migi.
– No nie wiem… boję się…
– Czego, Klaro?
– Wszystkiego! Nigdy nie byłam za granicą, nigdy nie rozmawiałam w innym języku…
– Dasz radę – powiedział uspokajająco Michał.
– Ty jak zawsze optymista…
– Pewnie, ty moja histeryczko – zaśmiał się Michał.
– Nie jestem taką optymistką jak ty.
– A powinnaś być. Wiesz, że jest takie powiedzenie: z kim przestajesz, takim się stajesz.
– No co ja zrobię, że jestem taka strachliwa.
– Jesteś kochanie lękliwa, przeraża cię coś nowego, ale pamiętaj, że jesteś ze mną i nie musisz się bać.
– Strach ma wielkie oczy, jak piszą.
– Strach na wróble – zarechotał Michał.
– Michał! – krzyknęłam, udając oburzenie.
– Tak?
– Ja się boję nowości, ale chyba nie odstraszam ludzi. Czy jestem aż taka brzydka?
– Jesteś najpiękniejszą kobietą pod słońcem, moje ty kochanie.
– Naprawdę? A co przed chwilą powiedziałeś?
– Żartowałem, przecież wiesz, że cię kocham, a lubię się z tobą droczyć, no i chciałem cię rozśmieszyć, bo jesteś czasami aż za poważna.
– Tym razem ci się nie udało.
– Naprawdę, obiecuję poprawę, malutka.
– Obiecaj, że więcej tak nie powiesz.
– Obiecuję.
– No to ci daruję, drogi Michale.
– Jakże się cieszę, że mi darowałaś, naprawdę. Czuję się jak Michał Wołodyjowski.
– Tylko szabli ci brakuje.
– A jakaś szabla się znajdzie, by ratować Klarkę z opresji.
– Byłbyś gotowy mnie ratować?
– Oczywiście, jestem gotowy nawet zginąć za moją lubą.
– A co mi z tego przyjdzie, jak waćpan zginiesz? Wtedy będę zmuszona poszukać innego – obydwoje zaśmialiśmy się serdecznie.
– O, już widzę stację i jest też bar, tak że najpierw skorzystamy z toalety, a potem kawka, tak jak mówiłaś.
– Świetnie, bo teraz już bardzo chce mi się siusiu.
– Mówisz jak Małgonia?
– Ha, ha, ha! – zaśmiałam się.
– Kochanie, czy ty aby nie zachowujesz się jak dziecko? – próbował mnie skarcić, robiąc poważną minę.
– Jestem dzieckiem, takim dużym dzieckiem i musisz się mną opiekować – powiedziałam, udając, że ryczę. – Łaaa!
– Klaro, zachowuj się – strofował mnie Michał, udając powagę.
– Obiecuję, że będę grzeczna – podniosłam dwa palce do góry jak w szkole.
– No, wysiadka, idę zatankować.
– Poczekam na ciebie, drogi Michale, dobrze?
– Dobrze, moja luba – cmoknął mnie w usta.
„Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydać się głupim,niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości”.
Mark Twain
Zmęczeni zajechaliśmy na miejsce dobrze po północy, czekała na nas Carolina i jej mąż Ruben. Michał przedstawił mnie i podaliśmy sobie ręce na powitanie, wymieniając grzecznościowe formułki.
Zauważyłam, że stoimy przed budynkiem, i myślałam, że to budynek murowany bądź drewniany, ale okazało się, że to kontener, zwykły kontener z gatunku tych, jakie znajdują się na budowach. Byłam trochę zszokowana, widząc moje miejsce noclegowe, i spojrzałam z wyrzutem na Michała.
Carolina weszła po kilku schodkach i otworzyła drzwi, wprowadzając nas do małego korytarzyka i kierując się w lewo. Weszliśmy do pokoju, jego wystrój już na pierwszy rzut oka nie był ani ciekawy, ani ładny. Na wprost wejścia stała szafa, a właściwie szafka – typowa, metalowa szafka jak to na budowach, mała i wąska, miała zamykane lekko odstające drzwiczki, jakby przekrzywione. Obok szafki był blat służący za stół i koło niego umywalka bez kranu, jak zdążyłam zauważyć. Po prawej stronie znajdowało się okno, pod nim kaloryfer, obok dwa krzesła, a dalej za oknem, jakby w kolejnym wnętrzu, łóżko dwuosobowe i ot, cały pokój. Na dodatek było zimno, więc Carolina włączyła ogrzewanie, żeby pomieszczenie się nagrzało, ale jak dla mnie i tak było niezbyt przyjemnie i wzdrygnęłam się, widząc to.
– Zimno ci? – zapytała Carolina.
– Tak.
– To pewnie ze zmęczenia – zasugerował Michał.
– Pewnie tak – odpowiedziałam.
Czekało nas jeszcze wnoszenie bagaży, więc Michał zabrał się do pracy. Na szczęście Ruben, mąż Caroliny, pomagał wnosić większe bagaże, ja nosiłam lżejsze, a Carolina stała i gadała jak najęta. Po wniesieniu bagaży poczułam, że opadam z sił, Michał zresztą też, widać było, że jest zmęczony. Zostały nam jeszcze torby z żywnością, którą musieliśmy schować do lodówki, i to zaraz.
– Słuchajcie, już jest późno i jesteście zmęczeni, więc może położycie się już spać? – powiedziała Carolina.
– Musimy jeszcze schować jedzenie do lodówki – odparł Michał.
– A gdzie jest toaleta? – zapytałam.
– W tamtym budynku – powiedziała Carolina, pokazując ręką.
– To chodź, pójdziemy razem, zresztą i tak musimy zabrać z samochodu jedzenie do lodówki, więc przy okazji skorzystamy z toalety – zarządził Michał.
– Dobrze, więc chodźmy.
– W takim razie idziemy w tym samym kierunku. Klaro, pokażę ci, gdzie jest stołówka, bo jesteś tu pierwszy raz, prawda? – zapytała Carolina.
– No tak.
– Idziemy – odezwał się po raz pierwszy Ruben, który właściwie nic nie mówił, tylko obserwował, chyba był typem milczka, za to Carolinie buzia się nie zamykała.
Kiedy podeszliśmy do samochodu, Michał powiedział:
– Kochanie, weź tylko lżejsze torby, ja przyniosę resztę, bo widzę, że już jesteś zmęczona.
– Ty przecież też.
– Daj, pomogę – odezwał się Ruben i wziął kilka toreb z jedzeniem.
– To świetnie, zabierzemy się na raz. To ruszajmy – zakomenderował Michał.
Wzięliśmy torby i poszliśmy w kierunku dużego oświetlonego budynku, który przylegał do drugiego, wyglądającego na dom mieszkalny. Carolina i obładowany Ruben poszli przed nami i otworzyli drzwi. Po wejściu do środka Ruben postawił torby na podłodze. Kiedy weszłam, moim oczom ukazało się bardzo, ale to bardzo duże pomieszczenie, wyglądało to na świetlicę albo stołówkę. Również postawiłam torby na podłodze, a Michał zaczął chować jedzenie do lodówki. Podeszłam do Caroliny, która oprowadziła mnie, pokazując wszystko po kolei. Po prawej stronie znajdowały się dwie łazienki, jedna z toaletą, a druga bez, obok była jeszcze jedna oddzielna toaleta. Znajdowały się tam także kolejne drzwi – przejście do domu Caroliny i Rubena, który przylegał do stołówki. Na wprost wejścia stała kuchenka gazowo-elektryczna, po prawej stronie zmywarka, szafki i umywalka. Po lewej natomiast pralka, szafki, a na nich ustawione były ekspresy do kawy i czajniki. Dalej znajdowały się trzy duże lodówki. Na środku świetlicy stały stoły i krzesła, było ich sporo i domyśliłam się, że musi tutaj pracować wielu ludzi.
– Czy mogę skorzystać z toalety? – spytałam.
– Oczywiście, że możesz, Klaro – powiedziała Carolina.
– Dziękuję.
– To my już pójdziemy. Jutro o 11.00 odbędzie się tutaj zebranie na temat pracy, dobrze? Dlatego musicie się porządnie wyspać – poinformowała jeszcze Carolina.
– Dobrze, zaraz idziemy się położyć – powiedział Michał.
– To dobranoc – pożegnała się Carolina.
– Dobranoc – odpowiedzieliśmy razem z Michałem.
– Michał, idę, naprawdę muszę do toalety.
– To idź, a ja powkładam rzeczy do lodówki.
Kiedy wróciłam, razem dokończyliśmy upychanie żywności, którą przywieźliśmy, żeby mieć zapas na te sześć tygodni. Po skończonym pakowaniu byliśmy bardzo zmęczeni i marzyliśmy tylko o spaniu.
– Michał, ten Ruben jest strasznie małomówny, za to Carolina gada jak najęta.
– Masz rację.
– Jestem taka zmęczona, że nie chce mi się kąpać.
– To może dajmy sobie spokój z kąpielą i po prostu pójdźmy spać, co? – zapytał Michał.
– Może… – odpowiedziałam zmęczonym głosem.
– Więc tylko szybko skorzystam z ubikacji – powiedział Michał.
– To czekam na ciebie, przy okazji dokładnie obejrzę stołówkę.
Jeszcze raz rozejrzałam się po pomieszczeniu i stwierdziłam, że stołówka jest w miarę fajnie zagospodarowana.
Potem Michał pokazał mi, gdzie gasi się światła i jak zamykać drzwi, bo bywał tu regularnie od kilku lat.
– Szkoda, że trzeba tak daleko chodzić do tej toalety.
– No kawałek jest.
– Najgorzej to chyba w nocy, nie dosyć, że daleko, to jeszcze zimno, brr – wzdrygnęłam się.
– Wytrzymamy, kochanie.
– No nie wiem. I jeszcze ten pokój niezbyt ciekawy… wręcz okropny…
– Grunt, że mamy gdzie spać. Chodź, bo ja padam na twarz.
– Ja też.
Wracając do pokoju, stwierdziliśmy, że jednak trzeba się odświeżyć i wykąpać, bo człowiek jest spocony i brudny po tak długiej podróży. Woleliśmy więc wykąpać się wieczorem i dłużej pospać rano.
„Dom to oglądanie księżyca wschodzącego nad szałwiąi towarzystwo kogoś, kogo można przywołać do okna,żebyście obejrzeli to razem. Dom jest tam,gdzie tańczysz z innymi, a taniec to życie”.
Stephen King
Ceglasty, parterowy dom ze spadzistym zielonym dachem był ogrodzony siatką dookoła, przed siatką posadzono tuje, na razie małe, ale rozmieszczone równo jedna przy drugiej prezentowały się ładnie. Dom stał pośrodku pięknego i dużego lasu. Przez ogrodzenie zaglądały ciekawskie sarenki, lisy i zające, jakby chciały się dowiedzieć, kto tu mieszka za siatką na ich terenie w lesie. Kiedy nastawał świt, zawsze któreś zwierzątko przychodziło na przeszpiegi bardzo blisko siatki. I właśnie te widoki były przepiękne, można było oglądać te leśne stworzenia z tak bliska.
Byliśmy zachwyceni tym miejscem i dlatego je wybraliśmy: w lesie, blisko natury, tu postawiliśmy swój dom. Z dala od zgiełku, harmideru i miasta. Potrzebowaliśmy spokoju, ciszy i przestrzeni na łonie natury dla całej naszej rodzinki, a także wybiegu dla psa.
Dom był parterowy w kształcie prostokątnej bryły, duży, przestrzenny, mieściły się w nim cztery pokoje, dwie łazienki, kuchnia z salonem, kotłownia i garaż.
W pierwszym pokoju była sypialnia, w następnych: pokój syna, gabinet męża i pokój gościnny dla niespodziewanych gości. Salon był połączony z aneksem kuchennym i strefą jadalnianą, gdzie stał stół na sześć osób i krzesła z wysokimi oparciami. Stół można było rozłożyć dla dwunastu osób, kiedy odbywała się większa uroczystość. To właśnie stół oddzielał część kuchenną od salonu. Część kuchenna składała się z zabudowanych oświetlonych szafek w nowoczesnym stylu, wystarczyło dotknąć palcem, a szafki otwierały się i zamykały. Znajdowały się tu też wszystkie udogodnienia, typu zmywarka, piecyk elektryczny, najnowszy ekspres do kawy, który mielił, parzył i serwował różne rodzaje kaw.
Dom był urządzony raczej w stylu nowoczesnym przy zachowaniu minimalizmu, były oczywiście dodatki, element staroci, ale przede wszystkim różne ciekawe rozwiązania. Pomysłowość była naszą mocną stroną, lubiliśmy wprowadzać innowacje zaczerpnięte z podróży po świecie. Uwielbialiśmy bowiem podróżować i zawsze przywoziliśmy jakieś pamiątki, a także wprowadzaliśmy elementy, które spodobały nam się w nowych miejscach. Na przykład w łazience zamiast tradycyjnych płytek na ścianach znajdowały się różnej wielkości kolorowe kamienie, które pięknie zdobiły kabinę prysznicową od podłogi aż do sufitu, co dawało niesamowity efekt wizualny, zwłaszcza że kabina była dość duża i oszklona od sufitu do podłogi. Poza tym była również podświetlana – rozwiązanie niesamowite i niespotykane, a zaczerpnięte właśnie z podróży po świecie…
W salonie część podłogi była wyłożona kamieniami i jeśli miało się ochotę ochłodzić stopy bądź je rozmasować, można było chodzić boso i miało się wrażenie, jakby spacerowało się brzegiem morza, na przykład w Chorwacji, po kamienistym brzegu... Kamienie były różnej wielkości i miały różne kształty, przywieźliśmy je z wojaży nad morze czy ocean. Była to kolejna nasza pasja, zawsze zbieraliśmy kamienie i muszle nad morzem i przywoziliśmy je do domu na pamiątkę. Pozostałą część podłogi w salonie stanowiły deski dębowe położone przez Adama. On po prostu uwielbiał majsterkować, robił większość rzeczy sam, miał do tego niebywałą smykałkę. Ja z kolei uwielbiałam dekoracje i to ja zajmowałam się wykańczaniem wnętrz bądź dobieraniem dodatków, w czym nie zawsze się ze sobą zgadzaliśmy. Często uważałam, że coś powinno być tak, a on, że inaczej i sprzeczka gotowa, ale zazwyczaj jakoś się dogadywaliśmy. A ponieważ wciąż byliśmy w trakcie urządzania domu, nieraz dochodziło do utarczek słownych.
– Adamie, myślę, że do salonu będą pasowały dodatki w kolorze zielonym.
– A nie lepiej w kolorze beżowym, kochanie? – powiedział troskliwie Adam.
– Nie, uważam, że w zielonym będą ładniejsze, żywsze, a jednocześnie jakby stonowane i pasują do naszego nowego wystroju w salonie.
– Jesteś pewna, Aniu?
– Tak.
– A ja uważam, że beżowy bardziej by pasował, zwłaszcza do tych kamieni i drewna, można by jeszcze uzupełnić na przykład dodatkami ze złota, co o tym myślisz?
– Zielony! – odparłam głośno i stanowczo.
– Ależ kochanie, zobacz, dodatki w tym kolorze… – nie dokończył zdania.
– Nie! Ma być tylko zielony i proszę, nie denerwuj mnie. Zaczyna mnie już boleć głowa od tej dyskusji.
– Jak zawsze, kochanie.
– Jak zawsze? O co ci chodzi?
– Bo kiedy próbujemy rozmawiać i nie jest po twojemu, od razu boli cię głowa.
– Jak możesz sugerować, że udaję ból głowy tylko dlatego, że nie zgadzam się z tobą w tej kwestii? – zapytałam oburzona.
– Tak tylko mówię, ale dobrze, jeżeli uważasz, że zielony, to niech ci będzie.
– Tak, dodatki chcę mieć zielone i tylko zielone – odpowiedziałam stanowczo.
– No, w sumie zielony ma działanie uspokajające, może i dobrze, zwłaszcza dla ciebie. A do kuchni, jakie dodatki planujesz? – Adam próbował zmienić drażliwy temat.
– Myślę, że w żółtym będzie w sam raz i będą się uzupełniały z salonem.
– Masz rację, będą współgrały ze sobą.
W tym momencie do domu wbiegł zdyszany Mateusz, a za nim nasz pies – ogar polski z rodu psów myśliwskich.
– Mati, proszę, wycieraj Gromowi łapy, zanim wchodzi do domu – powiedziałam.
– Mamo, przecież nie pada, jest sucho – odparł Mateusz.
– Nieważne, pies zawsze musi mieć wycierane łapy, jeśli ma być w domu.
– No, Gromciu, chodź tutaj do korytarza, no chodź, wytrę ci łapki – zawołał psa Mateusz.
Zadowolony pies nie potrafił zdecydować, czy iść do mnie lub pana, czy do Mateusza, merdał ogonem, obracając się dookoła, ale w końcu posłuchał Mateusza i zawrócił do niego ze spuszczoną głową i długimi zwisającymi uszami. Mateusz cierpliwie wytarł mu po kolei wszystkie łapy. Kiedy skończył, Grom z radością podbiegł do mnie, starałam się go uspokoić i przywołać do porządku, bo mówiąc szczerze, nie przepadałam za psami, ale Mateusz tak bardzo chciał mieć psa… Zwłaszcza że teraz, kiedy wybudowaliśmy dom i było dużo miejsca, nic już nie stało na przeszkodzie. Adam chętnie przystał na propozycję naszego syna, bo uwielbiał czworonogi, a Mateuszowi brakowało towarzystwa, był jedynakiem i chciał mieć przyjaciela.
Pies nie doczekawszy się przywitania z mojej strony, podbiegł do pana i zaczął go lizać, skakać na niego i szczekać. Nie lubiłam tego, jak czasami zachowywał się ten pies, powinien być spokojny i dobrze ułożony, a nie skakać, lizać i szczekać, ale Adam i Mati to uwielbiali.
– Grom, już spokojnie, Grom – Adam próbował uspokoić psa, co nie bardzo mu wychodziło, ale z drugiej strony sprawiało mu to przyjemność i lubił się z nim bawić razem z Mateuszem. Ja uwielbiałam jedynie patrzeć na ich zabawy, sama stroniłam od nich.
– Adamie, idę się położyć, mam migrenę.
– Mamo, znowu masz migrenę? – powiedział jakby z wyrzutem Mateusz.
– Tak, znowu mnie boli.
– Pewnie się pokłóciliście? – zapytał Mateusz.
– Nie, nie kłóciliśmy się, kochanie – powiedziałam troskliwie.
– To dlaczego cię boli?
– Mati, daj mamie spokój – wtrącił Adam.
– Mateusz, nalej wodę Gromowi, bo na pewno chce mu się pić po takim długim spacerze.
– Dobrze, mamo, naleję mu.
– Idź się połóż, a jak zrobię kolację, to cię zawołam, dobrze? – powiedział Adam.
– Tylko nie hałasujcie – poprosiłam.
– Mamo, będziemy cicho, zwłaszcza Grom, bo już się wyszalał na dworze.
– Mam taką nadzieję.
– Idź i odpoczywaj.
„Wreszcie zrozumiałem, co to znaczy ból. Ból to wcale nie znaczy dostać lanie, aż się mdleje. Ani nie znaczy rozciąć sobie stopę odłamkiem szkła tak, że lekarz musi ją zszywać. Ból zaczyna się dopiero wtedy, kiedy boli nas calutkie serce i zdaje się nam, że zaraz przez to umrzemy, i na dodatek nie możemy nikomu zdradzić naszego sekretu. Ból sprawia, że nie chce nam się ruszać ani ręką, ani nogą, ani nawet przekręcić głowy na poduszce”.
José Mauro de Vasconcelos
Leżałam w sypialni, znowu bolała mnie głowa, przeszkadzało mi światło, dlatego zasłoniłam okno w sypialni. Nagle rozległo się szczekanie psa i wrzask syna. „Nie wytrzymam tego hałasu” – pomyślałam. Zatkałam sobie uszy.
Po chwili poczułam dotknięcie ręki na moim ramieniu i wystraszyłam się, bo nie słyszałam, jak Adam wszedł do pokoju.
– Znowu cię boli głowa, kochanie?
– Tak, a wy jeszcze tak głośno hałasujecie, zwłaszcza Grom – odpowiedziałam z wyrzutem.
– Nie wiedzieliśmy, że jesteś już w domu.
– Jak zawsze.
Nagle do pokoju wpadł pies i Mateusz.
– O, witaj, mamo! – rozdarł się Mati, a pies szczeknął, jakby też chciał się przywitać.
– Cicho, bo mamę boli głowa – powiedział Adam, starając uspokoić towarzystwo.
– Witaj, synku – powiedziałam zbolałym głosem.
– Mamo, jak cię czujesz? – zapytał Mateusz.
– Znowu mnie boli, czuję, jak ból rozsadza mi głowę.
W tym momencie Grom znów głośno szczeknął.
– Cicho, Grom – uspokajał go Mateusz.
– Wyjdźcie stąd, proszę – powiedziałam.
– Już idziemy, mamo – powiedział Mateusz i wyszedł, zabierając ze sobą psa.
– Aniu, byłaś może u lekarza?
– Tak, byłam.
– I co ci powiedział?
– Przepisał mi lekarstwa.
– Rozumiem, że je wykupiłaś i wzięłaś?
– Tak, proszę, daj mi odpocząć, chce mi się spać – poprosiłam.
– Dobrze, już idę, kochanie. Będziesz coś jadła?
– Nie.
– Na pewno?
Pokiwałam przecząco głową, nie mając siły odpowiedzieć, i zamknęłam oczy. Poczułam, jak Adam przykrył mnie kocem, po czym wyszedł i zamknął po cichu drzwi sypialni.
Starałam się zagłuszyć ból głowy przyjemnymi myślami i miłymi wspomnieniami, ale mi nie wychodziło, ból był jednak silniejszy. Mimo że wzięłam tabletki, które mi przepisała lekarka, to ich działanie było chyba zbyt wolne. Ból zaczął ustępować minimalnie dopiero po długim czasie i bardzo powoli zmniejszało się pulsowanie w mojej skroni, miałam wrażenie, jakby ktoś walił młotkiem w moje czoło i głowę. Drażniły mnie wszelkie hałasy, wszelkie światło i wszelkie bodźce.
Wciąż słyszałam rozmowę Adama z Mateuszem i szczekanie psa. Byłam zła sama na siebie, że denerwuje mnie obecność moich bliskich, ich rozmowy, szczekanie pupila. Jednak lekarstwo w końcu pomogło, bo słowa się oddalały, jakbym słyszała ich przez mgłę, i powoli zapadałam w sen, który zawsze przynosił mi ulgę w tym bólu.
„Żaden sen nie jest tak straszny,jak straszna może się okazać rzeczywistość”.
Mordechaj Canin
Kiedy otworzyłam oczy, nie wiedziałam, czy to sen, czy jawa i gdzie jestem…
Dopiero kiedy spojrzałam na Michała, który leżał tyłem do mnie owinięty w granatowy śpiwór, zrozumiałam, że – o zgrozo – jesteśmy w Holandii, a nie w naszej sypialni w Polsce. Naszej uroczej sypialni, gdzie pościel była w lawendowe kwiaty, na stoliku stał suszony bukiet lawendy w wazonie i właśnie ten zapach się w niej unosił, przywołując wspomnienia. Pragnęłam wrócić, chciałam poczuć lawendę i ciepło naszego domu, ale musiałam spojrzeć prawdzie w oczy – znajdowałam się w obskurnym, zimnym i okropnym pomieszczeniu. Było tu nieciekawie, ponuro i smutno, o rany, jak ja wytrzymam tyle czasu w takich warunkach?
Za pościel służyły nam śpiwory, które przywieźliśmy z Polski, i każde z nas było owinięte w swój, opatulone tak, że wystawały nam tylko głowy, bo w tym jakże „pięknym” pokoju było bardzo zimno. Przez szpary żaluzji w oknie przebijały się pierwsze promienie słońca dające wrażenie ciepła, które wpadało do wnętrza. Usiadłam na łóżku i jeszcze raz na spokojnie obejrzałam pomieszczenie, w którym mieliśmy spędzić sześć, bite sześć tygodni. I mówiąc szczerze, nie napawało mnie ono optymizmem. I jeszcze rozłąka z dziećmi – to było straszne…
Ja już za nimi bardzo tęskniłam, mimo że minęła dopiero doba, odkąd zostawiliśmy je w Polsce. „Muszę jakoś wytrzymać, to będzie bardzo trudne, ale dobrze, że jestem tu razem z Michałem, bo jakbym była sama, to chyba bym oszalała i wróciła do domu do Polski już teraz najbliższym busem. Muszę wytrzymać, zacisnąć zęby i osuszyć łzy, bo są nam potrzebne pieniądze na budowę domu, naszego domu, dla nas i dzieci”, myślałam.
Michał spał sobie smacznie na boku, wtulony w śpiwór, było widać tylko jego czarną czuprynę, na dodatek jeszcze chrapał…
„Najgorsze jest to, że mamy daleko do toalety i że w nocy trzeba iść po ciemku i w zimnie, brr, nie wiem, jak ja to wytrzymam, naprawdę...” Byłam zdołowana tymi warunkami. Pocieszałam się tylko tym, że pojadę odwiedzić siostrę i trochę z Michałem pozwiedzamy. Julka pokaże nam Rotterdam – miasto, w którym obecnie mieszka, i miejsca, w których bywa i którymi jest zachwycona. To było jedyne pocieszenie, balsam na te trudy i niedogodności, które miałam znosić.
O 11.00 miało się odbyć zebranie na świetlicy odnośnie do naszej pracy tutaj. Carolina wydawała się sympatyczna, Ruben też, zresztą Michał był nimi zachwycony. Grunt, że zarobimy i będą pieniądze na budowę.
W pewnym momencie siedząc tak na łóżku, wystraszyłam się, bo usłyszałam chrapanie – nie było to chrapanie Michała. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że to za ścianą. No tak, przecież były tam drugie drzwi i pewnie ktoś tam za nimi spał. Czyli ściany były bardzo cienkie i wszystko było słychać.
Właściwie to były typowe warunki robotnicze i nie powinnam była się niczego lepszego spodziewać. Najważniejsze, że jest gdzie spać i co jeść, jak mówił mój mąż, problem był tylko z toaletą. Faceci – wiadomo – mogą wyjść na dwór i sikać na trawę, ale kobieta? Jak zawsze kobiety mają gorzej. Nie chciałam budzić Michała, żeby szedł ze mną, bo sama się bałam…
„Ciekawa jestem, jak tam Małgonia i Jasiu, czy sobie smacznie śpią, jejku, jak mi ich brakuje”. Łzy popłynęły same.
Przytuliłam się mocno do Michała i próbowałam zasnąć. Jednak ktoś za ścianą chrapał tak okropnie, że nawet Michał mu nie dorównywał, koszmar… Próbowałam zatkać sobie uszy palcami, żeby tego nie słyszeć.
Dorota Urbaniak - ur. 1968 w Kaliszu. Ma licencjat z rachunkowości i tytuł magistra logistyki. Pracowała na różnych stanowiskach do momentu, kiedy urodziła trójkę dzieci i zajęła się ich wychowywaniem. Właśnie wtedy odkryła pasję pisania, którą realizuje do dziś i ma w zanadrzu jeszcze wiele projektów literackich. Spełniając marzenia, w 2020 r. wydała pierwszą książkę Dwa oblicza, a w 2021 dalszą jej część Oblicza gry.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
O Autorce
Spis treści
Cover
Title Page
Copyright Page
