Niepewność - Stanisław Sałapa - ebook + książka

Niepewność ebook

Stanisław Sałapa

0,0

Opis

W życiu Piotra szykują się wielkie zmiany. Najpierw matura, a po niej upragniona przeprowadzka z małego miasteczka na południu Polski do Warszawy i studia prawnicze. Zanim jednak opuści rodzinną miejscowość, poznaje dziewczynę, która staje się dla niego kimś wyjątkowym. Rodzące się między dwojgiem młodych ludzi uczucie niespodziewanie zakłóca przykry incydent – Piotr zostaje napadnięty i pobity. Chłopak rozpoznaje napastnika i postanawia sam wymierzyć sprawiedliwość… Kilka dni później zwłoki oprawcy Piotra zostają znalezione w pobliskiej rzece, a na jaw zaczynają wychodzić tajemnice związane z rodziną jego ukochanej. Od tej chwili żadne z nich nie może się czuć bezpiecznie.

Szybko odstąpił od roztrząsania domniemanych powodów napadu i wszystkiego, co go poprzedzało. Na cóż mu taka wiedza? Rozpoznał napastnika, a w każdym razie znał jego imię i wiedział, gdzie go szukać. Od tego momentu Piotra Szumilasa nie interesowało nic więcej. Cała nieszczęsna impreza zapadła się w niebyt. Nie miał zamiaru rozmawiać na jej temat, pytać o nią i dociekać czegokolwiek, zamierzał raczej stronić, i to zdecydowanie, od spotkania kogokolwiek z jej uczestników. Zuzannie wspomniał, że zaprasza go człowiek, którego zna dość słabo, dlatego nie ma pewności, czy skorzysta z tej propozycji. Teraz postara się unikać tego tematu w rozmowie z nią. Wszystko przesłoniła twarz człowieka, który zadał mu ból i zagroził jego życiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 191

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



1. Lato

Z owym latem nie mogły równać się żadne z wcześniejszych, którym raczej należało przypisać rolę wstępnej tylko dróżki do osobistego powodzenia, ani jakiekolwiek lata późniejsze, które zaglądały w minione i dokonywały kontroli, czy spełniają się oczekiwania zarysowane w tamtym czasie pełnym uniesienia. Te następujące po owym lecie przynależały już do innego świata, oddzielonego kurtyną od czasu zakończonego maturą i uzyskaniem uniwersyteckiego indeksu. Pamiętne lato wypełniało słońce, nawet jeśli chowało się za chmury i przegrywało z deszczem i letnim chłodem, którym przecież nikt nie miał za złe, że pozwalają wszystkiemu odetchnąć; tak przynajmniej postrzegał to zwycięzca przez swoje różowe okulary.

Piotr wiedział, że nie jest wybrańcem losu, przecież podobne sukcesy były udziałem wielu innych, chociaż nie tak bardzo licznych, jeśli zważyć prestiż uczelni i kierunki studiów, jakie wybrali. Poza wąską grupą osób mu bliskich, niezbyt zajmowało go to, kto i gdzie uzyskał oczekiwane promocje. Ponad wszystko liczył się udany start po akademicki indeks jego Zuzanny. Domknęły się w ten sposób drzwi szczęścia, za którymi schowali się oboje. Znali się ledwie od paru miesięcy; teraz oczekiwanie się wypełniło i nic nie mogło zmącić upojnego trwania. Poza krótkimi spotkaniami w gronie bliskich, w czasie których wymieniali się informacjami, kto i gdzie się dostał lub gdzie poznał gorycz porażki, nikt nie był im potrzebny. Nie zrywali koleżeńskich więzi, lecz nieco je oddalili od siebie, trochę zazdrośni o swój maleńki świat.

Ukończyli w tym samym czasie licea wystarczająco od siebie oddalone, by ich drogi nigdy się nie spotkały. Jedyna szansa tkwiła w komunikacji miejskiej, z której oboje korzystali w czasie niesprzyjającym długim spacerom między szkołą a miejscem zamieszkania. Gdzieś przemknęła blond fryzura Zuzanny, ale znikła pośród innych w zatłoczonym autobusie. On jechał dalej, jeszcze dwa przystanki, i tak kończyło się to, co jeszcze się nie zaczęło, aż nadszedł moment, ten jeden jedyny i może niepowtarzalny, kiedy odwróciła się do niego, jakby chcąc skontrolować, kto położył swoją dłoń na jej dłoni trzymającej uchwyt w wypełnionym autobusie, a w istocie otulił ją delikatnie z wyraźnym zamiarem, aby tak to właśnie odebrała. Górował nad nią wzrostem, przez co musiała podnieść wzrok, by spojrzeć na faceta, który tak się ośmielił. Zielonkawe oczy wyrażały zaskoczenie, ale wyraz twarzy niczego więcej nie zdradził. Powoli uwalniał jej dłoń, przenosząc rękę na inne miejsce podparcia. Autobus zwalniał, a ona wydawała się gotować do wyjścia; wykonała niewielki obrót, aby poszukać drogi w ciasnocie. W tym samym momencie poczuł na ręce, w której trzymał teczkę, wyraźne muśnięcie i delikatny uścisk jej dłoni. To nie miało nic z przypadku; nie mogło mieć. Usiadł na zwolnionym obok miejscu i zaczął wpatrywać się w szybę autobusu. Skierowała wzrok w jego stronę, ale tylko przez ułamek sekundy; ledwo dostrzegalny uśmiech trwał dłużej i z pewnością przeznaczony był dla niego. Zamknął na chwilę oczy i tak dojechał do swojego przystanku. Już zapamiętał jej rysy twarzy – pojawiły się tak blisko. Nie miała makijażu, tylko rzęsy ozdabiał ledwie widoczny, subtelnie położony czarny tusz.

Przez trzy kolejne dni wracał do domu tym samym autobusem, ale nie spotkał blond dziewczyny z zielonkawymi oczami. Nawet nie znał jej imienia, ona z pewnością także nie znała jego. Któregoś cieplejszego dnia, gdy czuć było zbilżającą się wiosnę, postanowił przejść pieszo drogę, którą pokonywał autobus, dzięki temu dystans, który dzielił go od domu, skrócił się o kilometr. Pomysł został wynagrodzony szybciej, niż się spodziewał.

– Przepraszam, jeśli cię zaskoczyłem… trochę cię szukałem. Witaj – zaczął niepewnie.

– No więc trochę mnie znalazłeś. – Uśmiechnęła się, a on poczuł się nieco speszony jej reakcją.

– Chciałem tylko powiedzieć…

– Nieważne, Piotr, przecież żartuję z tego twojego… trochę.

– Znasz moje imię?

– A czy to takie trudne? Niedaleko ciebie mieszka Andrzej Luterski, chodzi u nas do równoległej klasy, widziałam cię kiedyś z nim właśnie.

– No tak, mały ten nasz światek.

– Tak, tak, Piotrze Szumilas, trudno się schować w takiej metropolii jak nasza. Naprawdę nie znasz mojego imienia?

– Nie znam, skąd miałbym znać. Z waszego liceum może znam kilka osób. Chodzimy różnymi drogami.

– Podoba ci się imię Zuzanna?

– Jest piękne i tak bardzo do ciebie pasuje… Zuzanno. Co pomyślałaś, kiedy dotknąłem twojej dłoni, przecież nieprzypadkowo?

– Podryw, ale miły, no… może tylko z trudem akceptowalny – usłyszał i znowu poczuł się niepewnie wobec jej zdecydowanego głosu i z pozoru prostej odpowiedzi, jakby z góry przygotowanej na pytanie, które może paść.

– Nie masz nic przeciwko wspólnemu spacerowi do Topolowej, chyba tam mieszkasz, tak mi się wydaje – usiłował zmienić temat.

– Rzeczywiście idę do domu Topolową, ale mój dom leży nieco dalej i znacznie bliżej mam inną drogą. Mieszkam teraz u wujostwa, to niewielki domek koło ogródków działkowych. U mnie jest trochę ciasno, a u nich mam świetnie, i tak już zostanie do matury, a potem może też. Ciotka to siostra mojej mamy. Nie mają dzieci, cieszy ich mój pobyt u nich, przynajmniej tak mówią.

– Masz rodzeństwo? Przepraszam, że pytam… skoro jest ciasno i lepiej ci jest u wujostwa…

– Moja mama wyszła po raz drugi za mąż, ciasnota nie zawsze wynika z liczby osób. Nie ułożyło mi się z ojczymem, a zwłaszcza nie odpowiada mi towarzystwo jego dwóch młodszych braci, którzy zbyt często goszczą w naszym domu.

– Przepraszam cię, wcale nie chciałem pytać o takie rzeczy i do niczego takiego nie zmierzałem.

– Wiem, Piotr, ale o takich sprawach mówi się od razu, po co masz się domyślać Bóg wie czego.

– Chyba masz rację. U mnie jest śmieszniej, jeśli można tak powiedzieć. Z całej rodziny tylko ja noszę nazwisko Szumilas po ojcu, który zmarł już dawno temu. Moi dwaj bracia mają osiem i dziewięć lat i nazywają się Krasińscy.

– To przecież dzieciaczki, Piotrze.

– Jak widzisz, dotykają nas wcale niemałe problemy rodzinne. Liczę jednak na wyzwolenie się z tego uścisku losu.

– Wybrałeś coś? Gdzie zamierzasz studiować, jeśli w ogóle zamierzasz?

– Może prawo w Warszawie.

– Naprawdę? Ja też mam zamiar zdawać na ekonomię w Warszawie.

– SGPiS czy Uniwersytet?

– Uniwersytet, bardzo się boję. Na SGPiS wybiera się Andrzej Luterski.

– Każdy się boi, to naturalne. Zaskoczyłaś mnie tą Warszawą.

Poszukali wspólnych znajomych ze swoich szkół, ale nie doliczyli się więcej niż dziesięciu osób. Nikt z wymienionych, poza owym Luterskim, nie wybierał się na studia do Warszawy. Szybko przeszli na temat najbardziej aktualny – przygotowań do matury i egzaminu na studia. Równie szybko osiągnęli skrzyżowanie z ulicą Topolową, którą Zuzanna miała udać się do domu przy ogródkach działkowych. Zdecydował się zaproponować jej wspólne powroty po skończonych lekcjach, uznając, że jej zgoda to będzie i tak dużo. Nie obiecywał sobie niczego więcej i wcale nie miał pewności, że spotka się z przychylnością.

– Nie masz nic przeciwko wspólnym spacerom po zajęciach, chociażby tak jak dzisiaj? Może ubarwimy jakoś powroty do domu – zagadnął z wyczuwalną w głosie niepewnością.

– Skoro obiecujesz, że może będzie miło… czemu nie – odpowiedziała dość zdecydowanie.

– Chyba nie stać nas na zbyt wiele w nadchodzącym czasie, ale nie da się też bez przerwy siedzieć w książkach. Powrót do domu pieszo, przynajmniej dla mnie, to relaks. W tych najbliższych miesiącach na więcej nie ma co liczyć.

– Trudno się nie zgodzić. W czwartki po szkole jestem zajęta, ale w pozostałe dni, jeśli kończysz po trzynastej…

– Na pewno odpada wtorek, ale w poniedziałek, środę, piątek i sobotę będę na ciebie czekał… Gdzie, panno Zuzanno?

– Przy kładce na Piaskowej, masz do niej tak samo blisko jak ja.

– Fajnie, przejdziemy wałem nad rzeką, a później przez most kolejowy, już się cieszę.

– Pomyślałam o tej samej trasie. Do zobaczenia. – Uśmiechnęła się i szybko odeszła.

Pomyślała o tej samej trasie, zaczął rozważać. O kładce też pewnie pomyślała wcześniej, zaproponowała ją niemal jak oczywistość. To oznacza, że myślała o nim. Nawet spory odcinek drogi, którym mogliby iść, wiódł przez zupełnie niezamieszkały obszar miasta. Oboje pomyśleli o tym samym? Przyłapał się na tym, że uśmiecha się do swoich nadziei. Po przejściu niemal całej pozostałej do domu drogi uświadomił sobie, że jest środa i spotkają się dopiero za dwa dni. Poczuł rozczarowanie, ale przecież nie zmieni kalendarza zajęć i nie przyśpieszy biegu zdarzeń. Może odeszła zbyt szybko, a jemu pozostało oglądać jej oddalającą się sylwetkę.

Drzwi do domu otworzył w takim samym stopniu usatysfakcjonowany, co zawiedziony swoją biernością w końcówce rozmowy, tuż przed jej odejściem. Jednak uspokoiły go sam fakt spotkania Zuzanny i akceptacja wspólnych powrotów, jeśli nawet będą to tylko cztery dni w tygodniu. Zachowywała się tak naturalnie i swobodnie. Gdyby go nie akceptowała, wszystko z pewnością potoczyłoby się zupełnie inaczej. Czegóż można oczekiwać w ich sytuacji, przecież spotkał ją dopiero pierwszy raz? Rozsądek wyraźnie brał górę nad niewielkimi jeszcze emocjami.

Tak pierwszy wspólny piątek, a potem kolejne, a także poniedziałki, środy i soboty upodobniły się do siebie przede wszystkim oczekiwaniem ich nadejścia. Nieśpieszne kroki i niekończące się rozmowy budowały bliskość. Budząca się wiosna towarzyszyła rodzącej się więzi, oczekującej może już czegoś więcej niż spaceru obok siebie, nawet blisko. To czas, kiedy niepewność powstrzymuje chęć dotknięcia dłoni i ujęcia delikatnym uściskiem. Akceptacja pozwala na objęcie ramieniem, nawet jeśli tylko na chwilę. Trzeba umieć odgadnąć znaczenie uśmiechu lub jego braku. Nade wszystko jednak poszukiwać jej oczu, które choć potrafią skrywać tak wiele, to jeszcze więcej potrafią pokazać.

Kilka kwietniowych dni przyniosło dokuczliwy chłód. Piotr spóźnił się niemal piętnaście minut na spotkanie przy kładce przez przedłużoną ostatnią lekcję fizyki. Zuzannę zastał zziębniętą i oczekującą jego nadejścia.

– Piotr, nawet nie wiesz, jak zmarzłam, przytul mnie, mogę włożyć rękę do kieszeni twojego płaszcza? – skarżyła się.

– No jasne. Daj mi swoją torbę i włóż obie ręce.

– Bałam się, że nie przyjdziesz. Tak samo bałam się, jak umówiliśmy się tutaj pierwszy raz.

Stała przed nim z rękami zagłębionymi w obu kieszeniach płaszcza i wtulając się w niego, szukała ciepła. Zaskoczyła go kompletnie tym krótkim wyznaniem. Objął ją ramionami.

– Powiedz, jak bardzo się bałaś, a raczej… pokaż, jak bardzo się bałaś. Uwierzę, jeśli poczuję moc twojego… – Nie dokończył zdania. Dowód nie potrafił i nie chciał czekać. Postronnego obserwatora, jeśli taki się pojawił, widok pary bez reszty oddanej pocałunkowi może by nie zaskoczył, ale dziewczyna opleciona ramionami, wspięta na palcach, z rękami w kieszeniach jego płaszcza, musiałaby wzbudzić w nim sympatię swoją niewyreżyserowaną naturalnością.

Przez kilka minut towarzyszyła im cisza. Szła otulona jego ramieniem. Słowa stały się zbędne, ale i tak padły, bo Piotra bardzo zaskoczyła jej obawa, że się nie pojawi na pierwszym spotkaniu. Chciał o tym porozmawiać, poznać powody, jakie mogły stać za niepokojem Zuzanny. Chciał ją także nieco sprowokować… może do większej szczerości.

– Nie tyle się bałam, co raczej obawiałam, że potraktujesz wszystko lekko, ot, chwilowy kaprys i nastrój wynikający z przypadkowego spotkania jakich wiele.

– Ale już tak nie myślisz?

– Chyba nie.

– To „chyba” wynika z obaw o zaangażowanie z mojej strony czy też sama masz rozterki lub coś podobnego?

– Piotr, a może pozostawimy wszystko faktom, nie deklaracjom. Bardzo czekam na nasze krótkie spotkania, niech one trwają, stają się dla mnie ważne. Jeśli dla ciebie także są ważne, to pozwólmy, aby tworzyły klimat i budowały nasz pączkujący jak wiosna związek, może więcej niż koleżeński. Bardzo chciałabym, aby oznaczał coś więcej, tak dla ciebie, jak i dla mnie. Nie silmy się na wypowiadanie zaklęć i składanie obietnic. Tak dobrze iść z tobą, jak mnie przytulasz, pocałuj mnie, tak jak przed chwilą.

Zaskoczyła go całkowicie. Z jej słów emanowała dojrzałość i pewność. Poczuł się onieśmielony. Czy to mnie nie przerasta? – pomyślał z obawą. Nigdy dotąd nie rozmawiał z dziewczyną w taki sposób. Kiedy jednak miał rozmawiać? Niewiele ma się za sobą doświadczeń, mając niespełna dziewiętnaście lat.

Ponownie wtuleni w siebie, trwali tak przez kilka minut, bez słów i zbędnej troski o natrętnych gapiów, w tym miejscu nie musieli się ich bowiem obawiać. Szli powoli, by jak najbardziej oddalić skrzyżowanie, które znowu ich rozdzieli.

– Nic nie zastąpi chwil przeznaczonych wyłącznie dla nas. Tak bardzo mnie uskrzydlają i niosą siłę bardzo mi teraz potrzebną. Aż boję się, że to powiedziałam – dodała po chwili.

– Nie obawiaj się niczego z mojej strony, wiem, że to tylko słowa, ale niech padną, moja zielonooka blondynko. Czekam na ciebie każdego dnia, także wtedy, kiedy się nie pojawisz.

– Boję się, bo tak krótko cię znam, jakbyś został dla mnie wypożyczony… przepraszam, plotę takie rzeczy. Jakby wszystko miało się zaraz zakończyć i okazać złudzeniem… jakbyś był poza zasięgiem.

– Zuza, dlaczego tak mówisz?

– Przytul mnie mocno, tak bardzo tego potrzebuję, a może to zbyt egoistyczne, zbyt zaborcze, może zbyt dużo żądam od losu… i od ciebie.

– Zuza, jestem tutaj tylko dla ciebie i chcę, aby tak było. Bardzo tego pragnę, tak samo jak ty. Czy mogę ci w czymkolwiek pomóc?

– Wystarczy, że jesteś i że mogę o tobie myśleć, i czekać na ciebie. Przytulić się, stać blisko ciebie, patrzeć na ciebie, czuć twój dotyk i uścisk, słuchać twoich słów.

Otulił ją płaszczem i oplótł ramionami. Całował jej włosy oparty o poręcz mostu. Z dołu dochodził szum wody przelewającej się przez kamienne dno. Stali tak długo bez słowa, aż pojawili się pierwsi pracownicy pobliskiej wytwórni sprzętu oświetleniowego, którzy obrali jak zwykle drogę na skróty, kierując się do domów po drugiej stronie rzeki.

*

Po egzaminach maturalnych zdawanych przez Zuzannę i Piotra spory krąg osób z obu liceów wiedział, że są parą. Proste gesty i zachowania nie pozostawiają zwykle wątpliwości. Kilkakrotnie pojawili się we dwójkę przed swoimi szkołami, niczego nie ukrywając, jednak bez ostentacji i nadmiernego manifestowania swoich tak nowych przecież ról. Ze strony paru osób zetknęli się z wyraźną sympatią.

Zuzanna pozbyła się nadmiernego stresu, emanowała świeżością, a jej pogoda ducha spłynęła także na Piotra, zdecydowanie bardziej wyluzowanego od czasu, kiedy dostrzegł wyraźne zmiany w zachowaniu dziewczyny. Czas pomiędzy końcowymi egzaminami a balami maturalnymi postanowili przeznaczyć na całkowite odprężenie i odpoczynek od jakiejkolwiek nauki. To i tak był ledwie tydzień, przynajmniej w przypadku Zuzanny, bo bal w szkole Piotra miał się odbyć tydzień później. Oboje jednak doszli do wniosku, że dodatkowe siedem dni leniuchowania to przesada. Postanowili za to, że zaliczą oba bale i pójdą razem na jeden i drugi. Bal u Zuzanny miał niezwykły program, którym pragnęła podzielić się z Piotrem. Nie mogła z tym zwlekać, ale też odkrycie niespodzianki w ostatniej chwili uznała za niepotrzebne i przesadne. Tak naprawdę nie miała pewności, czy w ogóle powinna zrobić to, co zamierzała.

– Piotrusiu – zaczęła ściszonym głosem.

Piotr, słysząc ten niemal szept, od razu wyostrzył słuch i skupił na nim uwagę.

– Mów, Zuza, ledwie cię słyszę.

– Bo tak właśnie musisz słyszeć to, co chcę ci powiedzieć… tylko do ucha.

– Do lewego czy prawego – zażartował.

– Do lewego.

– A dlaczego do lewego?

– Bo bliżej serca, ma się rozumieć twojego.

– Bardzo skupiłaś moją uwagę.

– Właśnie o to mi chodziło, musisz słyszeć tylko mój szept.

– Słyszę cię, to znaczy twój szept.

– W czasie naszego balu nie będzie w domu wujka i ciotki… nie musimy siedzieć na balu długo… – Urwała nagle, może speszona i nieco ogarnięta niepewnością. Zapadła krótka chwila ciszy, słyszał jej oddech.

– Słyszę cię bardzo dobrze i nawet rozumiem, co do mnie szepczesz.

– Bałam się to powiedzieć, to znaczy… obawiałam się twojej reakcji i… dalej trochę się obawiam. Tak bardzo cię kocham. Chcę być tylko z tobą tej nocy – dochodził go szept. Stała bardzo blisko, lecz nieco z tyłu, dotykając dłońmi jego barku, co pozwoliło jej na chyba celowe uniknięcie wzroku Piotra. Odwrócił się powoli. Teraz patrzyli na siebie, jakby czekając na potwierdzenie tego, co już powiedzieli i usłyszeli. Chwyciła go za obie dłonie i przytuliła do siebie. Chciała wyzwolić się z braku pewności i pozbyć się obawy o reakcję Piotra.

– Tak będzie, moja zielonooka blondynko, tak właśnie będzie – wyszeptał jej również do ucha, tuląc ją mocno. Chwilowe napięcie wydawało rozpływać się w nicość. Stali przytuleni do siebie. Chyba brakowało im słów, aby powiedzieć coś więcej.

– Jeśli tak mocno będziesz mnie ściskał, to nic ze mnie nie zostanie, i co wtedy z tą nocą? – próbowała nadać rozmowie lekkości i rozproszyć nieporadność.

– Zostanie cię na pewno wystarczająco dużo, no i możesz się… zregenerować.

– Jesteś okropny… zregenerować… też mi coś – udawała obruszoną.

– Musiałem szybko wymyślić jakąś receptę na wynik nadmiernego uścisku… może okazała się mało poetycka i… niezbyt romantyczna.

– Wybaczę, jeśli zaraz się zrehabilitujesz…

– Wiem, wiem… pocałunkiem, podejmuję wyzwanie niezwłocznie z nadzieją na rychłe zapomnienie. Zrobię zresztą wszystko, co zechcesz.

– Wybacz, ale sama ocenię, czy zasługujesz na… odpuszczenie.

– Może chociaż przyjmiesz moją skruchę?

– Przyjmuję, ale całość uczynku ocenię później, z całą surowością.

– Godzę się na wszystko… mocno skruszony, z nadzieją na bezkarność. – Piotra ogarnęło poczucie chwilowego pogubienia. Rozmowa wyglądała na trochę wymuszoną i teatralną. Wysilali się, nie mogąc odnaleźć naturalności.

– Nie wyobrażasz sobie, jak dowiedziałam się o wolnym domu wujostwa – zmieniła nagle temat. Nie czekając na reakcję Piotra, dzieliła się z nim swoją rozmową z wujkiem. – Powiedział mi o ich wyjeździe, kiedy byliśmy sami. Jego uśmiech zdradzał wszystko, o czym zapewne myślał. Zrobił to, z całą pewnością, bez wiedzy ciotki. Nawet nie musiał tego zaznaczać.

– Chyba bardzo cię lubi… ciotka z pewnością także. Pewnie pomyślał, że ciotka nie o wszystkim musi wiedzieć, bo i po co?

– Chyba tak. Ten jego uśmiech. Nigdy nie pomyślałabym, że może tak się zachować i zdobyć się na coś takiego.

– Sądzę, że mężczyznom chyba łatwiej przychodzą takie rozmowy. To pewnie przypisane jest w jakimś stopniu ich rolom. Nie sądzisz? Jego uśmiech musiał mieć w sobie coś z nonszalancji i braku nienaturalnych skrupułów.

– Możesz mieć rację. Nie zrobiłby tego jednak żaden z rodziców. On patrzy na to zupełnie inaczej niż rodzic, a ponadto wie, z kim mogę przyjść. W innym przypadku nie zrobiłby niczego podobnego. Wujek przecież cię zna.

– To i tak zaskakujące.

– Fajnie wyglądał, a raczej wybrzmiewał przejaw jego troski, jakby chciał się jednocześnie wytłumaczyć: „Ty masz blisko, a gdzież on pójdzie po nocy?”.

– Bardzo rozsądne, już lubię twojego wujka.

Z balu wyszli po niewielu więcej niż dwóch godzinach. Do domu przy ogródkach mieli około dwudziestu minut drogi. Panowała całkowita cisza ciepłej nocy, pełnej, rozwiniętej i pachnącej świeżą zielenią wiosny. W środku pozostali w ciemności, ciszy, oczekiwaniu i wśród własnych szeptów. Niemal wszystko miało być pierwsze, już nie do powtórzenia. Nie pozostawili na swoich ciałach nawet najmniejszej cząsteczki pozbawionej pocałunków i pieszczot, zachłanni siebie, aż do wczesnego o tej porze roku różowopomarańczowego brzasku.

Taki sam brzask wyprowadził ich tydzień później z balu w szkole Piotra. Czy cokolwiek mogło równać się z takim pożegnaniem ze swoją szkołą? Możliwe, że nikt nie dopełnił czasu dojrzałości tak jak oni. Jej miarą pozostała jednak determinacja w uzyskaniu uniwersyteckiego indeksu. Czas na spotkania dzielili pomiędzy przygotowania do egzaminów na wybrane kierunki studiów. Nic nie mogło zakłócić tego rytmu. Do końca pozostali wytrwali i konsekwentni.

*

Na początku drugiej dekady lipca oboje otrzymali informacje o osiągnięciu upragnionego celu. Przenieśli się w zupełnie inny świat. Niemal w jednej chwili wszystko, co działo się ledwie przed miesiącami i tygodniami, pogrążyło się w przeszłości. Zamykało bezpowrotnie bramy, aby otworzyć zupełnie nowe, prowadzące w nieznane.

– Piotrusiu, czy to się naprawdę dzieje i to jest nasze życie?

– Zuza, jest nasze i dzieje się naprawdę.

– Może zaczniemy wreszcie lato, nasze lato, wytęsknione i wyśnione. Jest już takie spóźnione.

– Właśnie to robimy i spróbujemy je dogonić.

– Zauważ, że po raz pierwszy w naszym życiu lato przedłużyło swoje trwanie o cały miesiąc.

– Dlatego nie musimy się z nim ścigać.

– Nie musimy. Ono na nas poczekało i wydłużyło swój czas letniej warty na niebie. Może odgadło nasze potrzeby?

– Mamy przecież tylko takie… przykrojone na czas jego trwania. Są przy tym skromne.

– A może ten czas wyczekiwania nie jest nam potrzebny? Może mamy go w nadmiarze?

Uśmiali się z prowadzonego dialogu i myśli o nadmiarze czasu.

– Dobrze, że nikt nas nie słyszy, chyba nie wziąłby nas za normalnych.

– Wiesz, gdzie to mam? – Piotr próbował niczym się nie przejmować.

– To lato i ten czas tak niezwykły – kontynuowała. – Odnoszę wrażenie, że zapamiętam każdą chwilę, każdy dzień i wszystko, co zrobimy… teraz właśnie.

– Może na niewidzialnej taśmie kręcimy film, który utrwalimy naszą pamięcią. Pozostanie na zawsze, tylko dla nas i tylko my będziemy mogli go obejrzeć.

– I obejrzymy go po latach, Piotrusiu… razem?

– Bardzo tego chcę.

– To tak się stanie… jeśli chcemy tego oboje.

– Twórzmy więc nasz film według scenariusza pisanego każdego dnia i reżyserowanego przez nas samych. Może obejrzymy go po latach.

– I może go nawet opowiemy.

– Może opowiemy go tylko sobie, będziemy najlepszymi słuchaczami… własnej historii.

*

Siermiężny socjalizm nie rozpieszczał dobrobytem, a wyjazd na wakacje po trudach matury i egzaminach wstępnych na uczelnie dla zdecydowanej większości miał coś z sennego marzenia. Ale czy osiągnięty sukces nie zawierał w sobie tak wiele z nagrody, aby nie oczekiwać zbyt dużo? Któż mógł spodziewać się większego wyróżnienia, niż to, które następowało po osiągnięciu celu.

Zuzanna z Piotrem pozostawili poza wszelkimi rozważaniami wyjazdy i dłuższe eskapady. Okazało się, że wycieczki rozpoczynane z ostatniego przystanku komunikacji miejskiej są wielce interesujące, tym bardziej że do tej pory były dla nich zupełnie nieznane. Zapraszała rzeka i liczne towarzystwo, które tak jak oni szukało okazji do niekończących się pogawędek.

Niezbyt daleko od domu wujostwa zaskoczył ich niewielki deszcz, niegroźny zresztą, bo zabrali ze sobą całkiem spory parasol. Na Zuzę spadło może kilkanaście kropli, ale Piotr nie omieszkał zasugerować jej potrzeby przebrania się.

– Po cóż miałabym się przebierać, wszystko mam na sobie suche.

– Nie jestem tego pewien, sprawdzimy w domu, dobrze?

– W porządku, ale przecież bardzo lubisz tę sukienkę, miałabym założyć inną?

– Jeszcze nie wiesz, jaką ci zaproponuję.

– Wejdźmy do domu, bardzo mnie zaciekawiłeś.

– Bardzo lubię twoją sukienkę, wyglądasz w niej prześlicznie…

– Opowiedz, jak w niej wyglądam, ale nie śpiesz się, bo może coś umknąć mojej uwadze albo sam możesz coś pominąć.

– Na wiosnę wyglądasz w niej jak w wyplecionej z wiosennych kwiatów tkaninie, świeżych i nietkniętych jeszcze zbyt mocno palącym słońcem i majowym deszczem. Latem jesteś… jak lekki powiew ciepłego wiatru. Kwiaty na twojej sukience wcale nie gasną od promieni słońca, przeciwnie… jeszcze mocniej ujawniają swoje kolory. Chowają się, to znowu pokazują w fałdach układanych przez wiatr. Całe piękno twojej sukienki tkwi pewnie w wielkości tych kwiatów, a właściwie kwiatuszków, takich drobnych i niepozornych. Są jak unosząca się i powiewająca łączka.

– Lubisz mnie w tej sukience, wiem to… mówiłeś mi.

– Lubię też fatałaszki, wiesz… te spod sukienki.

– Jak mógłbyś mnie ubrać po zdjęciu sukienki i tego, co ukrywam pod nią?

– Sukienkę utkałbym z pocałunków i pieszczot, zakryłyby cię calutką aż do stóp.

– A reszta?

– Staniczek też utkałbym z pieszczot i pocałunków.

– Przecież to nie wszystko, mam coś jeszcze, mój tkaczu.

– Z pocałunków i pieszczot utkałbym dla ciebie nawet majtaski. Już nie masz nic więcej na sobie do utkania, prawda?

– Już nie mam nic na sobie, popatrz, ile czeka cię pracy. Poddam się cała, cierpliwa i oczekująca, masz tyle do utkania.

– Mamy dużo czasu.

– Całe szczęście, jutro zresztą też mamy cały dzień, i każdy następny. Tymczasem opowiedz znowu, jak wyglądam w sukience, którą tak bardzo lubisz i niczego nie pomiń, bo wszystko każę ci powtórzyć.

Wydawali się tonąć w swoim szczęściu, tak jakby czas płynął tylko dla nich albo wcale go nie było.

*

Dosyć przypadkowo Piotr poznał matkę Zuzanny. Zauważył, jak ukradkiem przygląda mu się, i wcale nie był pewien, czy wie o jego związku z Zuzanną, a także co to oznacza dla jej córki. Odniósł wrażenie, że na jej obliczu nigdy nie gości uśmiech. Całe szczęście, że towarzyszyli im wujek z ciotką, u których mieszkała Zuzanna, co pomogło znieść ciężką atmosferę. Piotr uznał za nieprawdopodobne, aby matka Zuzanny nie wiedziała o tym, że dziewczyna jest z nim w bliskiej relacji przekraczającej zwykłe koleżeństwo. Niepodobna założyć, rozważał Piotr, że ciotka Zuzy, siostra jej matki, nie przekazała niczego siostrze na temat jej córki i faceta, z którym się spotyka. Nie pytał o nic Zuzanny, uznając, że taki temat i jakiekolwiek pytania mogłoby wywołać niezręczność. Pozostawił całą sprawę tak, jakby nigdy się nie pojawiła i jakby nigdy się nie spotkali. Wydało mu się to jednak ze wszech miar dziwne i nienaturalne.

Swoje wrażenia z trudnego spotkania porównał z wiedzą wywiedzioną z osobistych doświadczeń, ale podobnych zaznali z pewnością także inni. Trudno było, co prawda, w jego sytuacji mówić o znaczących doświadczeniach wynikających z bliskich kontaktów z płcią przeciwną, które do czasu poznania Zuzanny ograniczały się najwyżej do pocałunków i jakichś tam, jak to nazywali rówieśnicy, przytulanek. Okazjonalne pojawienie się chłopaka w domu rodziców dziewczyny spotykało się z reguły z miłym przyjęciem, przywitaniem się i krótką rozmową. Ukłonom podczas przypadkowego spotkania w miejscu publicznym towarzyszył uśmiech, co raczej odnosiło się właśnie do matek koleżanek. To, z czym teraz się zderzył, pozostawało w wyraźnym dysonansie ze wszystkim, z czym się zetknął do tej pory. Przypomniał sobie wypowiedź Zuzanny o nadmiernej ciasnocie w jej domu i potrzebie ulokowania się u wujostwa. Zestawił ze sobą owe słowa z zachowaniem jej matki. Tak oto rysował mu się obraz rodziny dotkniętej jakimś defektem. Co mogła odczuwać jej matka, spotykając młodego mężczyznę bliskiego jej córce? Widziała go, ale pozostawał dla niej jakiś niewidoczny. Przygniotła ją myśl o tym, że jej córka nie mieszka w domu rodziców, a ona nie wie, co mogłaby powiedzieć Zuzanna o bliskim jej chłopaku? W ogóle nie rozmawiały o tym? Może to nieudane małżeństwo rzuciło cień na ich spotkanie? Ważąc to wszystko, Piotr utwierdził się w przekonaniu, że nie powinien inicjować rozmowy na ten temat. Nie oczekiwał zresztą od Zuzanny bliższych wyjaśnień. Miałaby tłumaczyć mu zachowanie matki? Chyba dla niej samej było to wystarczająco trudne.

Odniósł ponadto