Niebiańska rzeka. Tom 3 - Dennis E. Taylor - ebook

Niebiańska rzeka. Tom 3 ebook

Dennis E. Taylor

4,5

Opis

Nad Bobiwersum wisi groźba wojny domowej!

Ponad sto lat temu Bender wyruszył do gwiazd i nigdy więcej nie dał znaku życia. Jego rodzina klonów wiele razy próbowała go szukać, lecz nigdy nie natrafiła na żaden ślad. Teraz Bob postanawia zorganizować ekspedycję, która za wszelką cenę dowie się, co go spotkało.

Lecz w Bobiwersum nic nigdy nie jest proste. Potomkowie Boba sięgają już 24. pokolenia i dryf replikacyjny stworzył osobników, których z trudnością można by uznać za Bobów. Niektórzy sprzeciwiają się planowi Boba, inni mają własne, całkiem inne plany. Zgromadzenia, trudne do opanowania, są jednak najmniejszym z problemów Bobiwersum.

Bob i jego sprzymierzeńcy, niezrażeni niczym, idą śladem Bendera. Lecz to, co odkrywają w głębi kosmosu jest tak niespodziewane i tak skomplikowane, że może albo uratować wszechświat, albo zagrozić jego istnieniu, w skali, z jaką Bobowie dotychczas się nie mierzyli.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 632

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (195 ocen)
127
51
14
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
emilchien

Nie oderwiesz się od lektury

Uwaga błąd w tytule! To czwarta cześć!!
40
anreff
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Czwartą, świetną część cyklu czyta się łatwo i przyjemnie. Rozwija ona wątki z poprzednich części dotyczące między innymi odchodzenia kolejnych pokoleń replikantów od zasad, które wyznaje oryginał w stopniu wręcz grożącym całemu Bobiversum. Oraz jednoczesnemu dążeniu ludzkiej społeczności do całkowitego uniezależnienia się od Bobich. Równolegle rozwija się wątek poszukiwania Bendera, a co za tym idzie odkrycia nowej rasy obcych. Nie jest to zakończenie cyklu – pozostaje spora część wątków ledwie zaczętych, w tym np. przyszły możliwy konflikt koloni ludzkich z Pawonisami, którzy po zdobyciu możliwości samodzielnych lotów kosmicznych zaczynają się rozglądać za planetami do osiedlenia. Nie wiem dlaczego seria ta była przedstawiana jako trylogia, ale biorąc pod uwagę, że sam autor na swojej stronie powiadomił o zakontraktowaniu następnych dwóch książek z tego cyklu, oraz stwierdził, że to nie znaczy, że na nich się skończy, można domniemywać, że dopóki będzie zainteresowanie czytelników, d...
20
kajko2015

Nie oderwiesz się od lektury

dobrze opowiedziana historia
00
Deneris

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo przygodowe i pełne akcji zakończenie świetnej serii. Będę tęsknić za Bobowersum.
00
Emi-book

Dobrze spędzony czas

Całkiem niezły tom, jednak w porównaniu z wcześniejszymi trzema wypada nieco gorzej. Fabuła jest złożona z sekwencji powtarzających się z niewielkimi zmianami, to chyba największa wada tej części.
00

Popularność




Podzię­ko­wa­nia

Podzię­ko­wa­nia

Powie­ści nie pisze się w próżni (zresztą dobrze, bo już bym nie żył). Potrzeba do tego wspar­cia i zro­zu­mie­nia od rodziny i przy­ja­ciół, w chwi­lach, kiedy zamy­kasz się w piw­nicy, gapisz się roz­ko­ja­rzony przed sie­bie albo odpo­wia­dasz jed­no­sy­la­bo­wymi pomru­kami. Ci sami ludzie muszą nato­miast słu­chać, gdy chcesz odbić od nich pewne pomy­sły.

Potrzeba także kry­ty­ków, czy­tel­ni­ków alfa i beta, gdy cała ta cha­otyczna masa zaczyna nabie­rać kształtu histo­rii.

Do powsta­nia i wyda­nia tej książki przy­czy­nili się mię­dzy innymi mój agent Ethan Ellen­berg, dobrzy ludzie z grupy Uber­group na scri­bo­phile’u, oraz alfa- i beta-czy­tel­nicy, w tym:

Bla­ihin Tay­lor

Patrick Jor­dan

Nicole Hamil­ton

Trudy Cochrane

oraz

She­ena Lewis.

Spe­cjalne podzię­ko­wa­nia nato­miast dla Isa­aca Arthura z SFIA za beta-czy­ta­nie oraz kon­trolę sen­sow­no­ści.

Praw­dziwa podróż odkryw­cza nie polega na poszu­ki­wa­niu nowych lądów, lecz na nowym spoj­rze­niu.

Mar­cel Pro­ust (przeł. T. Boy-Żeleń­ski)

Część I. W poszu­ki­wa­niu Ben­dera

Część I W poszu­ki­wa­niu Ben­dera

1. Swój wróg. Jacques, listo­pad 2331, Nowy Pawo­nis

1. Swój wróg Jacques, listo­pad 2331, Nowy Pawo­nis

Pla­neta wisiała w dole, cała zie­lona, nie­bie­ska i migo­cząca świa­teł­kami rodzą­cych się miast. Nazy­wa­li­śmy ją Nowy Pawo­nis. Pawo­niska nazwa ich nowego domu była tro­chę bar­dziej poetycka, jed­nak dla ludz­kiego ucha i tak brzmiała jak plu­jąco-sycząca zbitka dźwię­ków.

Przez sie­dem­dzie­siąt lat, odkąd ich tu osie­dli­li­śmy, przy­rost popu­la­cji było ogromny i mogli się teraz pochwa­lić mia­stami na kilku kon­ty­nen­tach. Wyglą­dało na to, że gatu­nek prze­trwa.

Ale czy będzie jesz­cze z nami gadał, to już zupeł­nie inna kwe­stia.

Ode­bra­łem sygnał od drona cargo z moim man­nym, infor­mu­jący, że wylą­do­wał. Wes­tchnąw­szy w myślach, przy­go­to­wa­łem się do opusz­cze­nia VR-ki i uda­nia się na spo­tka­nie z przed­sta­wi­cie­lem Pawo­ni­sów, zapewne dość nie­przy­jemne.

Pod­łą­czy­łem się do manny’ego – zdal­nie ste­ro­wa­nego andro­ida – przez kanał UNOP i prze­łą­czy­łem na niego swój punkt widze­nia. Kiedy włą­czyły się wewnętrzne układy, poświę­ci­łem mili­se­kundę na rozej­rze­nie się po już dobrze zna­nej ładowni i zdją­łem się ze sto­jaka. Wrota otwo­rzyły się auto­ma­tycz­nie, uka­zu­jąc stan­dar­dową pawo­ni­ską eskortę woj­skową, z kara­bi­nami w pogo­to­wiu, pew­nie już odbez­pie­czo­nymi. Stado dwu­me­tro­wych sury­ka­tek, zupeł­nie nie­słod­kich. Nie odwie­dza­łem ich od kil­ku­dzie­się­ciu lat, głów­nie dla­tego, że ostat­nie spo­tka­nie było, można by rzec, napięte.

Uśmiech­ną­łem się, po pro­stu, żeby zoba­czyć, jak zare­agują, uwa­ża­jąc, by nie poka­zy­wać zębów, i zasa­lu­to­wa­łem po wol­kań­sku. Dowódca oddziału odsło­nił zęby – co u Pawo­ni­sów nie było przy­ja­ciel­skim gestem – i odpo­wie­dział salu­tem z trzema pal­cami mniej.

Ewi­dent­nie zapo­znał się z ludzką kul­turą.

Pod­sze­dłem do grupy żoł­nie­rzy i uśmiech­ną­łem się do nich nale­ży­cie po pawo­ni­sku.

– Co tam, pano­wie?

Nie­po­trzeb­nie. Dowódca odpo­wie­dział baso­wym wark­nię­ciem i mach­nął bro­nią w kie­runku pobli­skiego namiotu. Namiot roz­bili. Wyglą­dało na to, że nawet nie zasłu­guję na spo­tka­nie w pomiesz­cze­niu. A może to jed­nak dobry znak, bo… Nie, nie udało mi się niczego takiego wymy­ślić.

Wsze­dłem do środka i przyj­rza­łem się sie­dzą­cemu za biur­kiem Pawo­ni­sowi. Był trze­cim zarządcą pla­nety po Haz­dżar i nie wyglą­dał ani tro­chę życz­li­wiej od swo­jego poprzed­nika. Zatę­sk­ni­łem za Haż­dżar. Ona przy­naj­mniej rozu­miała sytu­ację, w któ­rej zna­leźli się Pawo­nisi. Jakimś spo­so­bem po jej śmierci ele­ment tej histo­rii, w któ­rym Inni nisz­czą ich pier­wotny świat, tak, że nie nadaje się do życia, prze­stał być… ahem… eks­po­no­wany. Zaczęło domi­no­wać prze­ko­na­nie, że to my to zro­bi­li­śmy i nakła­ma­li­śmy. Tylko nikt nie potra­fił podać sen­sow­nego powodu.

– Jestem Da Azzma Hizz – powie­dział, wska­zu­jąc krze­sło. – Repre­zen­tuję wszyst­kich Pawo­ni­sów. Czy ty repre­zen­tu­jesz wszyst­kich ludzi?

– Jestem Jacques Johans­son. Repre­zen­tuję ludzi, dla celów tej trans­ak­cji. – Była to taka pawo­ni­ska for­mal­ność.

Azzma prze­su­nął ku mnie jakieś papiery.

– Dys­po­nu­jemy umó­wio­nymi ilo­ściami poszcze­gól­nych pier­wiast­ków, zgod­nie z pla­nem. Ozna­cza to, że dwie auto­fa­bryki w ukła­dzie, będące obec­nie wła­sno­ścią ludzi, zostaną w cało­ści spła­cone. Czy się zga­dzasz?

Zer­k­ną­łem na papiery. Wszystko wyda­wało się w porządku. Pro­po­no­wa­li­śmy Pawo­ni­som, że po pro­stu oddamy im auto­fa­bryki, ale odmó­wili. Nie byłem pewien, czy to nie­chęć do cze­goś, co można ode­brać jako litość, czy też nie chcieli być naszymi dłuż­ni­kami, nawet moral­nymi.

– Zga­dzam się. Bel­le­ro­font dotrze do was w nie­cały rok. Zbie­rze wlewki i dostar­czy wam auto­fa­bryki z orbity.

Patrzy­li­śmy na sie­bie nad bla­tem biurka. Dzi­siaj nie będzie żad­nych uprzej­mo­ści. Wresz­cie Azzma się ode­zwał:

– Przy­znaję, że ta umowa kłóci się z domi­nu­jącą u nas teo­rią spi­skową na temat Bobów. Powin­ni­ście trzy­mać nas w nie­wie­dzy i przy­wią­za­nych do pla­nety.

– Mam nadzieję, że to tro­chę zła­go­dzi napię­cia mię­dzy naszymi rasami – odpar­łem.

– Może tro­chę. – Rzu­cił mi odpo­wied­nik wąskiego uśmieszku. – Wiesz, Żok, ja czy­ta­łem dzien­nik Haz­dżar. Ona nie uwa­żała was za wro­gów. Ale teraz to pogląd mniej­szo­ści.

Wes­tchną­łem i przez chwilę oglą­da­łem swoje dło­nie.

– Azzma, mając auto­fa­bryki, będzie­cie mogli budo­wać statki mię­dzy­gwiezdne. W ramach umowy dosta­je­cie pro­gramy do ich budowy. Tylko że… – Spoj­rza­łem na niego. – Ten kosmos w waszej oko­licy jest pełen ludzi. Coraz bar­dziej pełen. Za dużo nie­kon­tro­lo­wa­nej wro­go­ści może się oka­zać czymś destruk­cyj­nym, nie sądzisz?

Patrzył na mnie przez chwilę.

– Rozu­miem, Żok. Macie prze­wagę liczebną i zbrojną, jeśli przyj­dzie co do czego. Ale my nie jeste­śmy tymi… – Patrzył przez moment w sufit, po czym się uśmiech­nął. – Klin­go­nami. Tak to się nazywa u ludzi? Wiemy, co to ustęp­stwa.

Odpo­wie­dzia­łem uśmie­chem, a ktoś w mojej gwar­dii hono­ro­wej mruk­nął:

– I cier­pli­wość.

Azzma rzu­cił ostre spoj­rze­nie ponad moim ramie­niem.

– Mamy duże postępy w odbu­do­wie waszej macie­rzy­stej pla­nety – powie­dzia­łem, pró­bu­jąc zła­go­dzić atmos­ferę. – Mniej wię­cej na jed­nej trze­ciej z powro­tem coś rośnie. Na pewno nie chcie­li­by­ście…?

– W swoim cza­sie, Żok. Kie­dyś tam pole­cimy. Ja nie pod­wa­żam umie­jęt­no­ści Bobów, ale tu jest teraz świat wszyst­kich żyją­cych Pawo­ni­sów. Stara pla­neta to pomnik cze­goś, czego już nie ma.

– Rozu­miem. – Kiw­ną­łem głową i wsta­łem. – Zacho­wamy ją dla was, gdy­by­ście kie­dyś pod­jęli decy­zję. – Odwró­ci­łem się do eskorty. – No, chło­paki, idziemy?

Dowódca oddziału obna­żył zęby – znowu – i odsu­nął się, by zro­bić mi miej­sce. Odwró­ci­łem się jesz­cze do Azzmy i wymie­ni­li­śmy pawo­ni­skie ski­nie­nia głową. Zła­pa­łem się na tym, że tęsk­nię za Haz­dżar i jej wer­sją wol­kań­skiego salutu.

Efe­me­rydy. Trudno było tak nie pomy­śleć.

***

Szczęk­nęło, mój dron trans­por­towy przy­bił do sta­cji prze­kaź­ni­ko­wej. Ponie­waż ostat­nio coraz czę­ściej uży­wa­li­śmy man­nych do wystę­po­wa­nia lokal­nie, budo­wane teraz sta­cje miały coś w rodzaju prze­strzeni miesz­kal­nej i sta­cji do doko­wa­nia. Wysia­dłem z ładowni drona i pod­sze­dłem do kap­suły manny’ego. W przy­padku człe­ko­kształt­nych andro­idów kap­suły wła­ści­wie już zastą­piły star­sze i więk­sze sto­jaki. Gdy się zamknęła, do manny’ego pod­łą­czyły się pępo­winy i rurki zasi­la­jące. Wyłą­czy­łem się i prze­sko­czy­łem punk­tem widze­nia do oso­bi­stej VR-ki.

Moja ostat­nia deko­ra­cja, domek nar­ciar­ski, już mnie nudziła. Wyglą­dało na to, że nie jestem w sta­nie dłu­żej utrzy­mać zain­te­re­so­wa­nia jed­nym moty­wem, ale też nie mam ener­gii, by popra­co­wać nad czymś z więk­szym roz­ma­chem. Wes­tchną­łem i zre­se­to­wa­łem VR-kę do domyśl­nego motywu biblio­teki.

Wie­dziony kapry­sem wysła­łem wia­do­mość do Ferba. Odpo­wie­dział od razu, a ja poja­wi­łem się w cen­trum zarzą­dza­nia Pro­jek­tem Rekul­ty­wa­cji Pawo­nisa. Znaj­do­wało się na plat­for­mie do Zgro­ma­dzeń i było ośrod­kiem naszych prób odbu­do­wa­nia macie­rzy­stej pla­nety Pawo­ni­sów, które trwały już pra­wie od stu lat.

Rozej­rza­łem się po pustym pomiesz­cze­niu, czu­jąc falę nostal­gii. Tyle lat poświę­ci­li­śmy na roz­wią­za­nie pro­blemu zre­ani­mo­wa­nia pawo­ni­skiej eko­lo­gii z zale­d­wie garstki pró­bek roślin­nych i zwie­rzę­cych, zebra­nych w wiel­kim pośpie­chu, gdy na pla­netę już sunęła armada Innych. Para­doks – teraz, gdy wresz­cie coś osią­ga­li­śmy, oka­zało się, że Pawo­nisi mają to gdzieś.

Ferb poja­wił się, gdy tak sta­łem i roz­my­śla­łem.

– Hej, stary – rzu­cił. – Kopę lat.

– No… ten… – Obją­łem pomiesz­cze­nie gestem. – Duchy. Wygląda to tak, jak­by­śmy porzu­cili pro­jekt.

– Oj tam, Jacques, nie bądź melo­dra­ma­tyczny. Prak­tycz­nie wszystko jest zauto­ma­ty­zo­wane. Potrzeba może ze dwóch godzin na mie­siąc, żeby spraw­dzić, czy wszystko działa.

– Aha. To dla­tego, tak? A gdzie się podziewa Fine­asz?

Wbił we mnie wzrok.

– A czemu ty to wycią­gasz?

– Bo to jest praw­dziwy powód, dla­czego to miej­sce jest takie puste. Coś się odzy­wał?

– Nie na żywo. – Opu­ścił wzrok. – Nie chciało mu się budo­wać sta­cji prze­kaź­ni­ko­wych, a jest w cho­lerę daleko poza zasię­giem UNOP-a. Może z raz na mie­siąc dostaję trans­mi­sję radiową, mocno zdop­ple­ro­waną.

– Leci do Wiel­kiego Obłoku Magel­lana. Tro­chę mu się zej­dzie.

– Do czego zmie­rzasz, Jacques?

– Ty, ja, Fine­asz, Claude… wszyst­kich nas drę­czy to, co się stało. Duchy. Duchy miliar­dów Pawo­ni­sów…

– Zro­bi­li­śmy wszystko, co w naszej mocy.

Wes­tchną­łem.

– Wiem, wiem. Ale i tak jest koszt emo­cjo­nalny. Zwłasz­cza że Pawo­nisi wcale nas za te trudy nie doce­nili. I wszy­scy, co do jed­nego, któ­rzy bra­li­śmy w tym udział, szu­kamy sobie cze­goś moż­li­wie naj­bar­dziej odle­głego. Ale Fine­asz… – Prych­ną­łem. – On to chyba prze­giął, nie?

Ferb kiw­nął głową, przez chwilę widać było nie­znaczny cień uśmie­chu.

Prze­krzy­wi­łem głowę, przy­pa­tru­jąc mu się.

– A co ty ostat­nio pora­biasz?

– W LARP-y się wkrę­ci­łem. Zna­czy… bar­dziej pro­jek­tuję kam­pa­nie, niż sam gram. – Teraz się naprawdę uśmiech­nął. – Gra­cze… wiesz, Gan­dalf i jego grupa… robią w wir­cie na żywo kam­pa­nie z D&D. Ale mają pro­blem, bo wszy­scy chcą grać, a nikt nie chce być DM-em, więc nawet się cie­szą, że ktoś chce pomóc. A ja, ten…

– Co?

– Muszę przy­znać, że cza­sem czuję się przy nich nie­swojo. Nie żeby jacyś nie­bez­pieczni byli… po pro­stu… to obce osoby, ale wszyst­kie wyglą­dają jak ja, rozu­miesz? Nie­któ­rzy to stu­pro­cen­towe buce.

– Taa. Dryf repli­ka­cyjny. Jest coś takiego, jak mówi Bill. To czemu z nimi pra­cu­jesz?

Wzru­szył ramio­nami.

– Przy­naj­mniej mam jakieś zaję­cie.

– To już nie było nic lep­szego?

– Dzięki, mamo. – Zawa­hał się. – Tak wła­ści­wie, to pra­cuję nad jedną taką rze­czą. Ale jest jesz­cze nie­go­towa. Nie roz­po­wia­daj, dobra?

Teraz mnie zain­te­re­so­wał.

– Dobra.

– Buduję sam dla sie­bie wielki trans­por­to­wiec i wypa­ko­wuję go prze­kaź­ni­kami UNOP, w wer­sji mini­mum, żeby były jak naj­mniej­sze. Jak będę gotowy, wyru­szę pro­sto w kie­runku galak­tycz­nej pół­nocy. Po dro­dze będę roz­rzu­cał sta­cje prze­kaź­ni­kowe. Chcę wyjść na co naj­mniej tysiąc lat świetl­nych nad płasz­czy­znę galak­tyki. Wtedy będę mógł zoba­czyć, co jest po jej dru­giej stro­nie.

– Ale wiesz, mógł­byś po pro­stu wsa­dzić MSI do statku, dać jakieś pole­ce­nia i ni­gdzie się nie ruszać.

– Mógł­bym… ale to nie to samo. A może masz rację w kwe­stii Fine­asza. I nas wszyst­kich. Może fak­tycz­nie chcemy gdzieś uciec. – Rzu­cił mi spoj­rze­nie, które musiał­bym okre­ślić jako bła­galne, jakby pro­sił o wyba­cze­nie, czy coś takiego. – Muszę lecieć, Jacques. Poga­damy kiedy indziej.

Z jakie­goś powodu nie wie­rzy­łem, że to się wyda­rzy. Pstryk i znów zosta­łem sam w cen­trum zarzą­dza­nia rekul­ty­wa­cją. Tylko z duchami.

2. Jakie mamy opcje. Bob, sty­czeń 2296, nad Ede­nem

2. Jakie mamy opcje Bob, sty­czeń 2296, nad Ede­nem

Kosmos jest ogromny.

Wiem, że to brzmi, jak „no nie mów”, zresztą Douglas Adams już to powie­dział, ale kiedy roz­glą­dasz się na dosłow­nie mię­dzy­gwiezdne odle­gło­ści za poje­dyn­czym stat­kiem kosmicz­nym, kosmos po pro­stu rzuca się na cie­bie ze swoim ogro­mem.

Ben­der zagi­nął ponad sto lat temu. Mimo że Bill roze­słał plany UNOP-a, urzą­dze­nia do łącz­no­ści nad­świetl­nej, do wszyst­kich ukła­dów, do któ­rych mógłby reali­stycz­nie dotrzeć Ben­der, mimo poszu­ki­wań wzdłuż jego praw­do­po­dob­nego kursu pro­wa­dzo­nych przez Vic­tora i potem jego klony Marvina i Luke’a, nie zna­leź­li­śmy ani włosa z głowy Ben­dera. Ani śrubki czy płytki, zwa­żyw­szy, że był samo­świa­do­mym stat­kiem kosmicz­nym i w ogóle.

Trzeba to chyba wyja­śnić. Ben­der jest kom­pu­te­rem, który myśli, że jest nie­ja­kim Rober­tem Johans­so­nem, inży­nie­rem łamane przez ner­dem, zmar­łym w począt­kach XXI wieku. Tak samo wszy­scy inni Bobo­wie, w tym i ja. Ja byłem pierw­szym repli­kan­tem, wystrze­lo­nym z Ziemi w roku 2133. Każdy Bob we wszech­świe­cie jest moim potom­kiem, bo tak wła­śnie dzia­łają sondy von Neu­manna. Robią swoje kopie. Mamy już tysiące Bobów, roz­sia­nych po sfe­rze o pro­mie­niu pra­wie stu lat świetl­nych wokół Układu Sło­necz­nego.

Ben­der pocho­dził z dru­giego miotu moich klo­nów, zbu­do­wa­nych w Del­cie Eri­dani. Wyru­szył w kie­runku Gammy Lepo­ris A i słuch o nim zagi­nął. Wielu Bobów zgi­nęło przez te lata w bitwach, nie­któ­rzy nie mieli kopii zapa­so­wej, lecz Ben­der po pro­stu znik­nął bez śladu i bez powodu.

Zna­łem jego pier­wotny cel, ale podob­nie znał go Vic­tor, Marvin i Luke – i też guzik zna­leźli. A kon­kret­nie to nie zna­leźli żad­nych śla­dów, które mogłyby świad­czyć, że w ogóle dotarł do tej Gammy Lepo­ris. Żad­nej auto­fa­bryki, wydo­by­cia surow­ców, sta­cji prze­kaź­ni­ko­wej, żad­nego śladu Bus­sarda wcho­dzą­cego czy wycho­dzą­cego z układu.

Wła­śnie wró­ci­łem do Delty Eri­dani po wiel­kiej piel­grzymce na Zie­mię. Była to dla mnie mocno emo­cjo­nalna wycieczka – Zie­mia, kiedy wyj­dzie z tej epoki lodow­co­wej, będzie na pewno dia­me­tral­nie inna, więc to była ostat­nia wizyta w domu, jesz­cze moż­li­wym do roz­po­zna­nia. Para­doks: ludz­kość roz­wią­zała pro­blem glo­bal­nego ocie­ple­nia, wdra­ża­jąc ato­mową zimę. I zabi­ja­jąc po dro­dze 99,9% sie­bie, ale nikt już tego nie liczy. Głupi ci ludzie.

Układ Delty Eri­dani wyglą­dał w zasa­dzie tak, jak go zosta­wi­łem. Układy wspar­cia auto­fa­bryk cały czas wydo­by­wały surowce z aste­roid, zwo­ziły je i odle­wały w sztaby gro­ma­dzone dla przy­szłych potrzeb. Z braku innych kon­kret­nych pole­ceń auto­fa­bryki powoli wytwa­rzały kolejne auto­fa­bryki oraz czę­ści zapa­sowe do moich roz­ma­itych mecha­nicz­nych słu­żą­cych.

Zado­wo­lony ze sta­tus quo wywo­ła­łem swoją rze­czy­wi­stość wir­tu­alną i roz­wa­li­łem się w fotelu z pod­nóż­kiem oto­czony biblio­teką. Regały pełne ksią­żek, od pod­łogi po sufit, zawsze mnie nie­za­wod­nie relak­so­wały. Kol­czatka natych­miast wsko­czyła mi na kolana, mru­cząc z zado­wo­le­niem, a Jeeves przy­niósł świeżą kawę.

VR-ka była nie­zbęd­nym ele­men­tem mojej egzy­sten­cji. Bez niej był­bym tylko odcie­le­śnio­nym mózgiem. W VR-ce mia­łem ciało, zwie­rzaki, dom. Przed zbu­do­wa­niem oso­bi­stego śro­do­wi­ska VR zwa­rio­wało czte­rech repli­kan­tów na pię­ciu. Jestem prze­ko­nany, że ist­nieje pewien zwią­zek.

– Prze­pra­szam, muszę się teraz sku­pić – powie­dzia­łem do kotki. Odwró­ci­łem się do Gupika, który stał jak zwy­kle na spo­cznij. – Zawieś Kol­czatkę i pokaż obraz miej­sco­wej prze­strzeni, wyśrod­ko­wany na nas, pro­mień czter­dzie­ści lat świetl­nych.

Wiel­kie rybie oczy mru­gnęły.

[Przy­ją­łem.]

Kol­czatka znik­nęła w roz­pik­se­lo­wa­nym obłoku. Chwilę póź­niej przede mną poja­wiła się sfera wypeł­niona licz­nymi świetl­nymi punk­tami, a każdy dla wygody był pod­pi­sany. Wszyst­kie układy gwiezdne w pro­mie­niu czter­dzie­stu lat świetl­nych od Delty Eri­dani, poka­te­go­ry­zo­wane według typu.

Nary­so­wa­łem pal­cem linię z Delty Eri­dani do Gammy Lepo­ris A – hipo­te­tyczny kurs Ben­dera. Odle­ciał w tym kie­runku, w roku 2165, ale ni­gdy nie dotarł do celu. Opcje: czyjś faul, jakiś wypa­dek, świa­doma decy­zja.

Pierw­sze dwie mogły pozo­sta­wić ślady – odłamki, krzy­żu­jący się ślad tego teo­re­tycz­nego napast­nika, pro­mie­nio­wa­nie, cokol­wiek. Po trze­ciej zostałby cho­ciaż skrę­ca­jący w bok ślad Bus­sarda. Ale by wykryć któ­rą­kol­wiek z tych alter­na­tyw, trzeba by peł­znąć z pręd­ko­ścią 5% c. Spraw­dze­nie całej trasy Ben­dera w ten spo­sób trwa­łoby trzy­sta dwa­dzie­ścia lat. Oczy­wi­ście, gdy­bym coś zna­lazł, nie szu­kał­bym dalej, ale i tak wyglą­dało to na bar­dzo dużo pra­wie niczego przez bar­dzo długi czas.

Jeste­śmy kom­pu­te­rami i jeste­śmy nie­śmier­telni. Dzia­łamy jed­nak z mili­se­kun­dową roz­dziel­czo­ścią, więc kil­ka­set lat to byłaby dla mnie wiecz­ność.

Wróćmy do trze­ciej opcji – umyśl­nej decy­zji. Jeśli coś zauwa­żył i skrę­cił, by to zba­dać, może ktoś lecący jego śla­dem także to zoba­czy? Luke i inni niczego nie dostrze­gli, zapewne jed­nak przy­glą­dali się bar­dziej samemu kur­sowi niż oko­licy. Ben­der zaś, odby­wa­jący długi lot mię­dzy­gwiezdny w przed-UNOP-owych cza­sach, roz­glą­dałby się za czymś dla zabi­cia nudy.

Parę mili­se­kund dra­pa­łem się po pod­bródku, ana­li­zu­jąc opcje. I ponow­nie zwró­ci­łem się do Gupika:

– Chyba trzeba to zaata­ko­wać ze wszyst­kich stron. Niech auto­fa­bryki zbu­dują setkę tych zwia­dow­ców dale­kiego zasięgu, jakich uży­wa­li­śmy w bitwie o 82 Eri­dani. I dopil­nuj, żeby miały odpo­wied­nio mocne sil­niki SURGE, do lotów mię­dzy­gwiezd­nych.

[Przy­ją­łem.]

Kiedy drony będą gotowe, wyślę je wzdłuż praw­do­po­dob­nego kursu Ben­dera z pręd­ko­ścią 5% c i będę wypa­try­wać cze­go­kol­wiek nie­ty­po­wego. A na razie nie ma sensu cze­kać. Pozwo­li­łem sobie jesz­cze na jedno dłu­gie spoj­rze­nie na obra­ca­jącą się pode mną pla­netę Eden i zsze­dłem z orbity, kie­ru­jąc się z pię­cioma g w stronę Gammy Lepo­ris.

***

Loty mię­dzy ukła­dami gwiezd­nymi nie obfi­tują w wyda­rze­nia – i dzięki Bogu. Trudno sobie wyobra­zić jakieś obfite wyda­rze­nia pomię­dzy gwiaz­dami, po któ­rych nie skoń­czył­bym jako obło­czek luź­nych ato­mów.

Zasta­na­wia­łem się, czy nie ogra­ni­czyć pręd­ko­ści do 0,75 c, żeby zacho­wać kon­takt z Bobi­wer­sum. UNOP umoż­li­wiał natych­mia­stową łącz­ność Bob­Ne­tem, ale jeśli τ robiło się zbyt duże (albo za niskie, trwała wciąż dys­ku­sja, jak wła­ści­wie należy wyra­żać wiel­kość zwaną „tau”, czyli dyla­ta­cję czasu), inte­rak­cja w cza­sie rze­czy­wi­stym była nie­moż­liwa, nawet gdy­bym pod­krę­cił sobie zegar. Nie mogłem się jed­nak docze­kać spraw­dze­nia wła­snej teo­rii, zresztą Bobi­wer­sum robiło się ostat­nio coraz dzi­wacz­niej­sze i coraz bar­dziej frak­cyjne. Bobo­wie sta­wali się coraz mniej bobo­waci i szło to w kie­run­kach, które zdu­mia­łyby Pierw­szego Boba. Zresztą trudno, jeśli pod­czas mojej prze­rwy w łącz­no­ści osią­gną oso­bli­wość, czy coś podob­nego, mam nadzieję, że Bill zostawi jakąś notkę z instruk­cjami.

Zabi­ja­łem czas, prze­glą­da­jąc zar­chi­wi­zo­wane nagra­nia Del­tan. Byli pry­mi­tywną rasą rozumną, przy­po­mi­na­jącą coś w stylu dwu­noż­nej krzy­żówki świni z nie­to­pe­rzem. Ja ich prak­tycz­nie adop­to­wa­łem i przez poko­le­nie czy dwa byłem dla nich wiel­kim bogiem z nieba, a póź­niej dołą­czy­łem do ple­mie­nia pod posta­cią andro­ida. Minęły sześć­dzie­siąt trzy lata odkąd po raz ostatni wysze­dłem z Came­lotu po pogrze­bie Archi­me­desa. Bar­dzo za nimi tęsk­ni­łem – zwłasz­cza za tym, że żyjąc mię­dzy nimi, czu­łem się jak w rodzi­nie. Bill nie­raz kar­cił mnie, że nie­bez­piecz­nie jest prze­no­sić uczu­cia na bandę pry­mi­tyw­nych obcych. No i trudno.

***

Jak się oka­zało, sprawy stały się inte­re­su­jące, zanim w ogóle τ wzro­sło mi na tyle, by stra­cić kon­takt. Po dwóch subiek­tyw­nych mie­sią­cach lotu coś wyzwo­liło jeden ze skryp­tów moni­to­ru­ją­cych, które sobie pousta­wia­łem.

Gra­li­śmy wła­śnie w base­ball w VR-ce Zgro­ma­dze­nia Bobów, gdy Gupik wpadł bez zapo­wie­dzi. Wszy­scy Bobo­wie na boisku sta­nęli jak wryci. Poja­wie­nie się na mura­wie czy­je­goś Gupika musiało ozna­czać coś cie­ka­wego. Meta­dane mówiły, że jest mój, odło­ży­łem więc kij i unio­słem pyta­jąco brew. Jak zwy­kle, nie zare­ago­wał. Inter­fejs GUPIK słabo rozu­miał miny. Podob­nie jak sar­kazm, prze­no­śnie, iro­nię, mowę ciała i kon­wen­cje spo­łeczne. Gapił się, cze­ka­jąc, aż coś powiem.

– No?

To naj­wy­raź­niej wystar­czyło.

[Moni­to­ring astro­no­miczny wykrył ano­ma­lię. Mia­łem natych­miast infor­mo­wać.]

Dla Gupika „ano­ma­lia” mogła jed­nak zna­czyć cokol­wiek. Gupik Maria kie­dyś nazwał „ano­ma­lią” mar­twy eko­sys­tem całej pla­nety.

Luke i Marvin pod­bie­gli do mnie i cze­kali. Wie­dzieli, że lecę śla­dem Ben­dera i to może być jakaś nowina.

Zer­k­ną­łem na nich i powie­dzia­łem do Gupika:

– Wię­cej infor­ma­cji.

[Układ Eta Lepo­ris wyka­zuje nie­ty­pową sygna­turę pod­czer­woną oraz okre­sowe przy­ga­sa­nie świa­tła gwiazdy.]

Luke i Marvin spoj­rzeli po sobie. Luke powie­dział:

– Coś jak sygna­tura Roju Dysona? Myślisz, że to jakaś mega­kon­struk­cja? Ben­der na pewno by chciał to zba­dać.

Teraz już pra­wie wszy­scy gra­cze zleźli się do nas. No to nici dziś z base­ballu. Bill pierw­szy powie­dział to na głos:

– Dobra, pano­wie, to chyba byłoby tyle. W tym tygo­dniu rezy­gnu­jemy z wyma­ga­nia mini­mum pię­ciu gier. Do pubu!

Gra­cze wydali parę okrzy­ków i zaczęli zni­kać z base­bal­lo­wej VR-ki.

Odpra­wi­łem Gupika, potem prze­sko­czy­łem do pubu z Lukiem i Marvi­nem, macha­jąc na Jeevesa-rezy­denta, żeby przy­niósł to, co zawsze.

Zaję­li­śmy sto­lik, Luke wbił we mnie wzrok.

– Dajesz.

– No… wie­cie, że lecąc śla­dem Ben­dera, roz­glą­da­łem się za czymś nie­ty­po­wym. Mam teo­rię, że coś zoba­czył i zmie­nił kurs, a my po pro­stu nie wykry­li­śmy łagod­nego wygię­cia śladu Bus­sarda.

– Dobra, dobra. Dawaj puentę.

Uśmiech­ną­łem się do Luke’a, sygna­li­zu­jąc, że „będę to cią­gnął, ile tylko się da” i mówi­łem dalej.

– Oczy­wi­ście nie mia­łem poję­cia, gdzie patrzył i co mógł zaob­ser­wo­wać, więc roz­glą­da­łem się w zasa­dzie za wszyst­kim. Musia­łem doło­żyć Gupi­kowi dru­gie tyle pamięci, żeby nadą­żał.

– I zna­la­złeś sygna­turę mega­kon­struk­cji?

– Zna­la­złem – chyba – coś, co można tak zin­ter­pre­to­wać. Pyta­nie brzmi: czy pod­jąć decy­zję o zmia­nie kursu, żeby to zba­dać? Jeśli to okaże się fał­szy­wym alar­mem, będę musiał prak­tycz­nie zaczy­nać od zera. I już pomińmy czas potrzebny, żeby zawró­cić – w końcu wymie­szamy mate­rię mię­dzy­gwiezdną na tyle, że w życiu nie znaj­dziemy śladu.

– Chyba musisz zmie­nić ten kurs – powie­dział Marvin. – Jeśli będzie potrzeba, ja powiem MSI w Del­cie Eri­dani, żeby zbu­do­wała nowy sta­tek, i sklo­nuję się do niego. Szyb­ciej, niż gdy­byś miał zawra­cać albo któ­ryś z nas przy­la­ty­wać.

– Jasne. Daj mi sekundę.

Prze­sko­czy­łem do oso­bi­stej VR-ki. Gupik, jak zawsze, stał na spo­cznij. Milio­nowy raz zasta­no­wi­łem się, czy nie zmie­nić mu tego admi­rała Akbara. I milio­nowy raz moje gów­niar­skie poczu­cie humoru wygrało.

– Gupik, skrę­camy w kie­runku ano­ma­lii. Kiedy skoń­czysz, podaj prze­wi­dy­wany czas podróży. Niski prio­ry­tet, nie trzeba się poja­wiać na zgro­ma­dze­niu.

[Przy­ją­łem.]

Prze­sko­czy­łem z powro­tem do Marvina i Luke’a, przy­ła­pu­jąc Luke’a na pró­bo­wa­niu mojego piwa.

– Ej, jakieś gra­nice?

– A co, zaraz­ków ci napusz­czę? – Luke się wyszcze­rzył. – Cał­kiem nie­złe czer­wone ale. Tro­chę się zdzi­wi­łem, bo pamię­ta­łem, że głów­nie ciemne pijesz.

– To przez Howarda. Na Wol­ka­nie kwit­nie bro­war­nic­two i Howard cią­gle prze­nosi jakieś sza­blony do VR-ki. Tym mnie ostat­nio poczę­sto­wał.

Marvin powoli poki­wał głową.

– Two­rzy mię­dzy­gwiezdne szlaki han­dlowe.

Zmarsz­czy­łem czoło.

– Przy cza­sie lotu liczo­nym w latach. Prze­cież się…

– Oka­zuje się, o wielki ojcze wszyst­kich Bobów, że „się nie”. Kap­suły hiber­na­cyjne bar­dzo dobrze kon­ser­wują piwo.

Łyp­ną­łem na Marvina, za tę korektę i jesz­cze przy­tyk po dro­dze.

– A myśla­łem, że pozbył się udzia­łów w desty­larni Enni­scor­thy.

– Tak. Oddał je Pierw­szej Brid­get i Stéphane’owi. I jej dzieci odzie­dzi­czyły ją po jej śmierci. Ale tam się spe­cja­li­zo­wali w moc­nych alko­ho­lach. Pamię­tasz Wielką Romu­lań­ską Pre­zy­dencką Aferę?

Wszy­scy się zaśmia­li­śmy. Cran­ston w stu pro­cen­tach zasłu­żył na to, co go spo­tkało, i ni­gdy nie był w sta­nie zebrać żad­nych dowo­dów, że to Howard wszystko zaaran­żo­wał.

– Howard i Brid­get wyku­pili na Wol­ka­nie parę mikro­bro­wa­rów i wyraź­nie mają jakiś natu­ralny talent do two­rze­nia i sprze­da­wa­nia dia­bel­skiego napoju – cią­gnął Marvin. – Albo po pro­stu kuma­cję biz­ne­sową. I teraz ich bro­war jest w pierw­szej trójce w ukła­dzie Omi­kron-2 Eri­dani.

– Hmmf… – Potar­łem pal­cem pod­bró­dek. Tik ner­wowy, który wykształ­cił mi się nie wia­domo kiedy. Pierw­szy Bob nie miał cze­goś takiego, ani żaden z moich klo­nów. – No, cie­czy nie da się dru­ko­wać, a samo prze­sła­nie prze­pisu nic ci nie da, jeśli nie masz skład­ni­ków, więc chyba fak­tycz­nie fizyczny eks­port to jedyne wyj­ście. – Unio­słem szklankę na zdro­wie. – Za Howarda, biz­nes­mena w rodzi­nie.

Powoli popi­ja­jąc piwo, rozej­rza­łem się po pubie. Wyglą­dało na to, że moda i styl są dzi­siaj o wiele bar­dziej uroz­ma­icone. Bobo­wie mieli też ten­den­cję do sku­pia­nia się w podob­nie ubrane grupki, jakby samo­czyn­nie fil­tro­wali się po stylu. Przy­siągł­bym, że część jest na pogra­ni­czu cosplayu. Prawda, nie było Klin­go­nów i ani jed­nego Chew­bakki, ale nie­które stroje koja­rzyły się z Następ­nym poko­le­niem. Albo z sza­tami ryce­rzy Jedi. Był nawet Bob w gar­ni­tu­rze z kra­wa­tem. Kto, u licha, z wła­snej woli wkła­dałby gar­ni­tur i kra­wat?

Zmarsz­czy­łem czoło i wska­za­łem Marvi­nowi głową typa w gar­ni­tu­rze. Odpo­wie­dział zaże­no­wa­nym uśmiesz­kiem i wzru­sze­niem ramion.

– Mnie nie pytaj. Wygląda na to, że dryf repli­ka­cyjny przy­śpie­sza. Mamy pięt­na­ście do dwu­dzie­stu poko­leń, i to już nie jest tylko kwe­stia regre­syw­nych albo eks­pre­syw­nych cech Pierw­szego Boba. Róż­nice się nawar­stwiają i nie­które klony idą w cał­kiem nowe strony.

– Aha, a te ubra­nia? Pra­wie cosplay.

Mina Marvina się nie zmie­niła.

– Nie­które to pew­nie dla zabawy. Albo w ramach iro­nicz­nego komen­ta­rza. Ale reszta… no, sam nie wiem, czy ubra­nie wpływa na ich oso­bo­wość, czy na odwrót. Typy od Następ­nego poko­le­nia gadają o stwo­rze­niu praw­dzi­wej orga­ni­za­cji w stylu Gwiezd­nej Floty, żeby moni­to­ro­wała – takiego dokład­nie uży­wają słowa – wpływ Bobi­wer­sum na bio­lo­giczne istoty.

– Rany boskie. I jak oni to zro­bią? Wpro­wa­dzą jakieś prawa? Stwo­rzą poli­cję?

– Bob, na razie to tylko dys­ku­sja. Nikt nie napiera na zmiany orga­ni­za­cyjne. Przy­naj­mniej na razie.

– Ma to coś wspól­nego z Tho­rem i jego grupą lob­bin­gową, po woj­nie z Innymi?

– Nie, zupeł­nie nie. Thor i jego grupa po pro­stu dali do zro­zu­mie­nia, czego chcą, nie chcieli niczego narzu­cać resz­cie. A ci… – Wska­zał typów z Następ­nego poko­le­nia. – Są tro­chę bar­dziej inwa­zyjni, jeśli rozu­miesz, co mam na myśli.

Pokrę­ci­łem głową, nie chcąc poświę­cać na to wię­cej psy­chicz­nej ener­gii. Pod­nio­słem rękę, Jeeves poja­wił się z kolej­nym piwem.

***

Prze­sze­dłem do oso­bi­stej VR-ki, czu­jąc przy­jemny szme­rek od piwa i nie tak przy­jemny nie­po­kój, że coś się kroi. Szme­rek zaraz wyłą­czy­łem, z nie­po­ko­jem nie dało się tego zro­bić. Bill miał rację – za mało cho­dzi­łem na Zgro­ma­dze­nia, ale dzi­siej­sze nowo­ści wcale mnie do tego nie zachę­ciły.

Ostat­nio dobu­do­wa­łem do swo­jej biblio­teki zewnętrzne patio, z meblami ogro­do­wymi do kom­pletu. Było tam nie­usta­jące późne lato/wcze­sna jesień, z cie­płym słoń­cem i chłod­nym wie­trzy­kiem. Nad jezio­rem krzy­czały nury, kon­ku­ru­jąc z gęsiami i innym ptac­twem. Wzdy­cha­jąc z zado­wo­le­niem, opa­dłem na fotel i zawo­ła­łem Gupika.

– Odpal, pro­szę, Kol­czatkę i Jeevesa. Potem daj info o zmia­nie kursu.

Jeeves poja­wił się nade mną z dzban­kiem kawy i tale­rzem kana­pe­czek bez skórki. Kol­czatka uka­zała się na moich kola­nach, dokład­nie w tym miej­scu, gdzie ją zawie­si­łem. Podra­pa­łem ją za uchem i od razu zaczęła mru­czeć.

Wresz­cie, z kanapką w jed­nej dłoni i kawą w dru­giej, byłem gotowy do pracy.

– Sta­tus?

[W dro­dze do Ety Lepo­ris. Czas lotu: około trzy­dzie­stu pię­ciu lat, wli­cza­jąc czas nie­zbędny na zmianę kie­runku.]

– Wow, kawał drogi. Będę w zasięgu UNOP-a, kiedy dole­cimy?

[Nie. Wyma­gana budowa i uru­cho­mie­nie sta­cji prze­kaź­ni­ko­wej.]

Cho­lera. Kolejna strata czasu. Ale co pora­dzić.

Oczy­wi­ście, jeśli okaże się, że w Ecie Lepo­ris nie ma odpo­wied­nich surow­ców, wyjdę tro­chę na głupka.

– Dobra, Gupik, wyślij do dro­nów pole­ce­nia, by w mini­mal­nym cza­sie dotarły do miej­sca, w któ­rym zmie­ni­li­śmy kurs. I niech zba­dają cały ten obszar pod kątem śla­dów Bus­sarda.

[Przy­ją­łem. Zaj­mie im to około dwu­dzie­stu czte­rech mie­sięcy.]

– Rozu­miem. Daj znać, kiedy dotrą i zaczną badać, a potem daj raport, kiedy wyślą wyniki.

Gupik zamru­gał i znik­nął. Opa­dłem z powro­tem w fotel z pod­nóż­kiem i zało­ży­łem ręce za głowę.

Pierw­szy pro­blem – łącz­ność.

Mogę – być może – zbu­do­wać sta­cję prze­kaź­ni­kową, kiedy dolecę do Ety Lepo­ris, wysłać ją kur­sem powrot­nym i kazać zatrzy­mać się w poło­wie drogi. Ale to nie­opty­malne. Poza nie­wia­domą dostęp­no­ścią mate­ria­łów u celu był­bym poza sie­cią przez całe lata. Zna­czy kolejne lata.

Mogłem jed­nak pole­cić auto­fa­bryce w Del­cie Eri­dani, żeby zbu­do­wała peł­no­wy­mia­rową sta­cję prze­kaź­ni­kową z napę­dem SURGE, i wysłała ją tam. To będzie szyb­sze, bo ona może od razu zaczy­nać, ale pewna prze­rwa w łącz­no­ści powsta­nie i tak.

Żeby jej zapo­biec, mogłem wziąć któ­re­goś drona ze swo­jej ładowni, prze­ro­bić go na UNOP-ową sta­cję prze­kaź­ni­kową i wyrzu­cić po dro­dze z pole­ce­niem hamo­wa­nia do zero­wej pręd­ko­ści. Nie będzie to ide­alne – po pierw­sze, nie będzie miał zdol­no­ści do napraw i ulep­szeń. I prze­pu­sto­wość też będzie słaba, z uwagi na ogra­ni­cze­nia wiel­ko­ści. No cóż, i tak nie zamie­rzam stam­tąd pro­wa­dzić żad­nych Zgro­ma­dzeń. Da się z tym żyć. A na wypa­dek awa­rii może zosta­wię dro­nowi parę szo­pów.

Zresztą i tak będzie musiał dzia­łać tylko przez parę lat, póki nie doleci więk­sza i moc­niej­sza sta­cja z Delty Eri­dani. A inwe­sty­cja sprzę­towa jest mini­malna. Zapa­so­wych dro­nów i szo­pów mia­łem w ładowni aż nadto na pod­sta­wowe potrzeby.

Dobra, jeden pro­blem roz­wią­zany. Wpi­sa­łem potrzebne zada­nia na listę. Teraz pro­blem Ben­dera…

Punkt 1: Spora szansa, że zbo­czył z kursu ku Ecie Lepo­ris. Ale jeśli to okaże się nie­prawdą, dostanę raport z dro­nów na długo, zanim tam dotrą. Zawia­do­mię Marvina i będę mógł zawró­cić, żeby pod­jąć ślad. Zatem dla dal­szej dys­ku­sji załóżmy, że tak nie jest.

Punkt 2: Eta Lepo­ris wyka­zuje cechy suge­ru­jące, że mieszka tam inte­li­gen­cja ze zdol­no­ścią lata­nia w kosmos. Taka, która zbu­do­wała lub buduje mega­kon­struk­cję. Samo to od razu przy­wio­dło na myśl Innych. Wzdry­gną­łem się na myśl o kolej­nej wie­lo­let­niej mię­dzy­gwiezd­nej woj­nie.

Punkt 3: Jeśli przy­jąć, że jest tam cywi­li­za­cja, że zbu­do­wała jakąś mega­kon­struk­cję i że Ben­der pole­ciał ją zba­dać, jest wysoce praw­do­po­dobne, że coś mu się tam stało. Ina­czej zbu­do­wałby sta­cję kosmiczną, która już zdą­ży­łaby prze­słać po radiu jego dzien­niki. I dawno dostałby plany UNOP-a i był na Bob­Ne­cie dzięki łącz­no­ści nad­świetl­nej.

Wnio­sek: Wska­zana zwięk­szona ostroż­ność.

Zachi­cho­ta­łem, widząc, jak biu­ro­kra­tycz­nie to zabrzmiało. Ale to prawda. Nor­mal­nie wcho­dzimy do układu pod kątem, zamiast lecieć bez­po­śred­nio na gwiazdę, i zacho­wu­jemy wystar­cza­jącą pręd­kość, by móc wewnątrz układu szybko skrę­cić. Tym razem chyba na począ­tek lep­sza będzie orbita par­kin­gowa gdzieś w Obłoku Oorta. I dużo dro­nów-zwia­dow­ców. Ale bez masko­wa­nia – masko­wa­nie zakłóca SUD­DAR, naszą pod­prze­strzenną wer­sję radaru.

Prze­tar­łem oczy kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym – co w VR-ce nie ma więk­szego sensu, poza tym, że jest przy­jemne – i zaczą­łem inwen­ta­ry­zo­wać swoje zasoby. Trzeba będzie napro­du­ko­wać po dro­dze tro­chę rze­czy. No super!

3. Kło­poty. Bob, wrze­sień 2331, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

3. Kło­poty Bob, wrze­sień 2331, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

Zatrzy­ma­łem się, mówiąc w prze­no­śni, o ponad 50 au od Ety Lepo­ris. Defi­ni­cje, gdzie leży Pas Kuipera i Obłok Oorta, są cał­ko­wi­cie arbi­tralne, zwłasz­cza dla ukła­dów innych niż Sło­neczny, ale pewne prak­tyczne róż­nice ist­nieją. Na przy­kład, im dalej, tym rzad­sza jest mate­ria. Tym trud­niej zna­leźć złoża metali. Fizyka powsta­wa­nia ukła­dów gwiezd­nych miała pewne pra­wi­dło­wo­ści – a jedna z nich to, że cięż­sze pier­wiastki gro­ma­dzą się bar­dziej w środku, a cały lód i zamro­żone gazy na zewnątrz. W Pasie Kuipera i Obłoku Oorta były wła­ści­wie wyłącz­nie zamro­żone bryły skon­den­so­wa­nych gazów wyrzu­co­nych ze środka układu przy zapło­nie gwiazdy. Ale, jak przy kro­plach desz­czu, kon­den­sa­cja zacho­dzi gene­ral­nie wokół cze­goś.

Pierw­szym zada­niem będzie roze­sła­nie dro­nów na poszu­ki­wa­nie uży­tecz­nych surow­ców. To był ele­ment mojego pier­wot­nego pro­jektu. Sonda von Neu­manna miała zna­leźć surowce, oczy­ścić je i użyć do wytwo­rze­nia kolej­nych sond. Oczy­wi­ście dawno wyro­słem z pier­wot­nej spe­cy­fi­ka­cji, lecz i tak to było coś uspo­ka­ja­ją­cego, jak wdru­ko­wane w geny ruty­nowe i bez­myślne zaję­cie.

Miało to jed­nak tro­chę potrwać, co już uspo­ka­ja­jące nie było. Z pozoru dziw­nie jest mar­twić się o mie­siące po latach w prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej. Jed­nakże przez więk­szość lotu mia­łem mocno przy­krę­cony zegar, a teraz cho­dzi­łem już nor­mal­nie i chcia­łem posu­wać się naprzód z poszu­ki­wa­niami. Oraz, nie owi­ja­jąc w bawełnę: chcia­łem spraw­dzić, czy w ukła­dzie naprawdę znaj­duje się mega­kon­struk­cja. Sfera Dysona Innych była jedy­nym mega­in­ży­nie­ryj­nym obiek­tem, jaki widzie­li­śmy, a była tylko czę­ściowo zbu­do­wana. Mało praw­do­po­dobne, by tu także byli Inni – to byłby zde­cy­do­wa­nie naj­gor­szy moż­liwy sce­na­riusz.

Moja obecna orbita była zbyt daleka, żeby przez pokła­dowy tele­skop zoba­czyć coś wewnątrz układu. Fru­stro­wało mnie to i mia­łem ochotę natych­miast wysłać tam parę dro­nów. Jed­nakże Ben­der zapewne wle­ciał tam na peł­nym gazie i to się mogło dla niego nie skoń­czyć dobrze. Dla­tego, chcąc nie chcąc, trzeba było eks­plo­ro­wać układ powoli i ostroż­nie.

Dłuż­szy czas kon­fi­gu­ro­wa­łem dru­karki i budo­wa­łem regu­larną orbi­talną auto­fa­brykę. Obo­jętne, co tu znajdę, i tak trzeba będzie posta­wić sta­cję łącz­no­ściową. W wol­nych chwi­lach spraw­dza­łem zale­głe wia­do­mo­ści. Po kil­ku­dzie­się­ciu latach poza sie­cią mia­łem tego masę. Głów­nie jed­nak inte­re­so­wały mnie infor­ma­cje od pozo­sta­wio­nych w tyle dro­nów. Wyszu­ki­wa­łem je fil­trem.

Drony wypusz­czone z Delty Eri­dani po moim odlo­cie rze­czy­wi­ście wykryły, że ślad Ben­dera skrę­cił ku Ecie Lepo­ris – i to zale­d­wie uła­mek mie­siąca świetl­nego przed punk­tem, w któ­rym ja zro­bi­łem to samo. Poczu­łem pew­ność, że moje domy­sły i plan są dobre. Oraz nieco samo­za­do­wo­le­nia.

***

Zebra­nie wystar­cza­ją­cej ilo­ści surowca, żeby w ogóle zacząć, zajęło cztery mie­siące. Drony trans­por­towe przy­wio­zły uro­bek do auto­fa­bryki, która stop­niowo wyplu­wała gotowe ele­menty, zgod­nie z pla­nami i har­mo­no­gra­mem, który dałem Gupi­kowi. Szopy mon­to­wały z czę­ści drony i powoli budo­wały sta­cję prze­kaź­ni­kową.

Rok po przy­lo­cie mia­łem w końcu tyle dro­nów, by móc fak­tycz­nie zacząć poszu­ki­wa­nia Ben­dera. Przez cały ten czas nie kon­tak­to­wa­łem się z nikim, nie licząc wymiany paru maili z Bil­lem. Po pierw­sze, dla­tego, żeby mi nie dyszeli nad głową i nie doma­gali się cią­głych nowin. Po dru­gie, mała tym­cza­sowa sta­cja prze­kaź­ni­kowa pozwo­li­łaby co naj­wy­żej na audio i wideo. Bob­Time? Zoo­m­Bob? Jakoś mało praw­do­po­dobne, żeby to chwy­ciło.

Kaza­łem lokal­nym dro­nom lecieć po roz­sze­rza­ją­cej się spi­rali i szu­kać śladu Ben­dera w ukła­dzie. Sfera do zba­da­nia nie była aż tak duża, nie dla czuj­ni­ków mają­cych zasięg czte­rech godzin świetl­nych.

W końcu suk­ces! Ben­der tu dotarł i wyraź­nie wle­ciał do sys­temu. Wykre­śli­łem jego wek­tor podej­ścia i posła­łem parę dro­nów tym śla­dem.

***

Im bli­żej było do poten­cjal­nego zna­le­zie­nia Ben­dera, tym bar­dziej byłem pod­eks­cy­to­wany. Choć jed­no­cze­śnie i pode­ner­wo­wany. Przy­po­mi­nała mi się cała histo­ria naszych inte­rak­cji z Innymi – nie­przy­jemne nie­spo­dzianki, wysa­dzony ten i inny Bob… Hal roz­wa­lony. Ile? Dwa, trzy razy?

Nie chcia­łem, żeby przy wir­tu­al­nych ogni­skach opo­wia­dano histo­rie, jak zgi­nął Bob 1. Ale gdyby to się miało stać, niech inni Bobo­wie wie­dzą. Dla­tego do momentu odpa­le­nia sta­cji łącz­no­ścio­wej uni­ka­łem wszyst­kiego, co mogłoby mnie wysta­wić na ryzyko.

Jej zbu­do­wa­nie i uru­cho­mie­nie zajęło tro­chę dłu­żej, niż się spo­dzie­wa­łem. Już szału dosta­wa­łem. W końcu jed­nak nad­szedł dzień, gdy zasy­gna­li­zo­wała goto­wość i włą­czyła się do sieci. Wyłą­czy­łem i poroz­kła­da­łem par­ty­zancką sta­cję na dro­nie, spraw­dzi­łem zasięg i puści­łem dawno zale­głą kopię zapa­sową do Ultimy Thule, gigan­tycz­nego archi­wum Billa w Epsi­lo­nie Eri­dani.

Z aktu­ali­za­cją bloga się wstrzy­ma­łem. Chcia­łem mieć coś, żeby zacząć z przy­tu­pem.

Cze­ka­jąc, aż auto­fa­bryka coś zrobi, a drony coś znajdą, bawi­łem się nie­zo­bo­wią­zu­jąco w astro­no­mię. Ziden­ty­fi­ko­wa­łem sześć pla­net, z któ­rych druga była w ekos­fe­rze. Zauwa­ży­łem także prze­rwę mię­dzy drugą i trze­cią pla­netą – to z niej pocho­dziła pod­czer­wona sygna­tura. Niczego nie potra­fi­łem tam dostrzec, a sygna­tura pocho­dziła ze wszyst­kich punk­tów naokoło gwiazdy, obsta­wiał­bym więc jakiś rój – może zaczątki roju Dysona, ale sku­pio­nego tylko w płasz­czyź­nie eklip­tyki. Jeśli tak, i ów rój skła­dałby się z obiek­tów wiel­ko­ści mniej wię­cej cylin­dra O’Neilla, nie byłoby niczym dziw­nym, że na razie nic nie widzę.

Pla­neta w ekos­fe­rze, numer 2, nie wyglą­dała na zamiesz­kaną. A przy­naj­mniej nie miała żad­nej emi­sji radio­wej. Mimo to z całego układu coś spo­ra­dycz­nie docho­dziło. Takie ćwierk­nię­cia, bar­dzo krót­kie i na oko skła­da­jące się z loso­wego szumu, ale w bar­dzo wąskim pasmie czę­sto­tli­wo­ści. Dokład­nie cze­goś takiego można by się spo­dzie­wać po kimś, kto swoją łącz­ność szy­fruje i kom­pre­suje. Czyli coś żywego tu jed­nak jest.

Chyba pora pod­piąć się z powro­tem do Bobi­wer­sum. Przyda mi się spoj­rze­nie cudzym okiem.

***

Na dźwięk pneu­ma­tycz­nego klak­sonu odpo­wie­działo zwy­cza­jowe bucze­nie, któ­rym publicz­ność oka­zy­wała swoją sym­pa­tię. Bill wyszcze­rzył się z mów­nicy.

– Dobra, dobra. Słu­chaj­cie, na dzi­siej­szym zgro­ma­dze­niu mamy wie­ści od Boba 1… – tu musiał pocze­kać, aż fala wycia i okla­sków ucich­nie – …doty­czące Ben­dera i sytu­acji w Ecie Lepo­ris. – Zapa­dła cisza jesz­cze bar­dziej przej­mu­jąca niż wcze­śniej­szy hałas. Znik­nię­cie Ben­dera stało się w Bobi­wer­sum czymś w rodzaju legendy o Lata­ją­cym Holen­drze.

Mach­ną­łem ręką w górze i uśmiech­ną­łem się, gdy głowy poodw­ra­cały się ku mnie, ale byłem zanie­po­ko­jony. Bobo­wie zawsze byli obce­sowi i pozba­wieni sza­cunku, zazna­łem już szy­derstw i drwin na zgro­ma­dze­niach. Tym razem jed­nak to nie było żar­to­bliwe. Czuło się wyraźny kli­mat nie­chęci.

Zacho­wu­jąc neu­tralną minę, wsze­dłem na pod­wyż­sze­nie i rozej­rza­łem się po tłu­mie. Kli­mat czy nie kli­mat, wszy­scy patrzyli uważ­nie.

– Jestem pewien, że połowa tego, co powiem, już krąży jako plotki z dupy, więc będzie krótko, a potem odpo­wiem na wasze pyta­nia. – I sprze­da­łem im to samo krót­kie stresz­cze­nie, co wcze­śniej Bil­lowi, po czym popro­si­łem o pyta­nia. Wszę­dzie pod­nio­sły się ręce, wska­za­łem kogoś na chy­bił tra­fił.

– I co, wje­dziesz tam po pro­stu, nie myśląc o kon­se­kwen­cjach?

Unio­słem brwi w osłu­pie­niu. I ton, i słowa były umyśl­nie kon­fron­ta­cyjne. Przyj­rza­łem się pyta­ją­cemu, żeby się upew­nić, czy to nie jest repli­kant nie-Boba, ale nic z tego. Stwier­dzi­łem, że zde­ner­wo­wa­łem się bar­dziej, niż gdyby moje kom­pe­ten­cje pod­wa­żył jakiś przy­pad­kowy czło­wiek. To odczu­łem jak zdradę.

– A sły­sza­łeś kie­dyś, żeby jakiś Bob gdzieś wjeż­dżał bez pla­no­wa­nia? W ogóle kogoś z Bobów pozna­łeś? – Łyp­ną­łem na niego, rzu­ca­jąc wyzwa­nie do dys­ku­sji.

– Jeśli będzie tam miej­scowa cywi­li­za­cja, możesz zakłó­cić jej roz­wój. Potwier­dzisz, że się wyco­fasz, aby tego unik­nąć?

– Wow. Ład­nie ci wyszło to zakła­da­nie złej woli. Odpo­wia­da­jąc na pyta­nie, nie na oskar­że­nie: zależy od sytu­acji. To absurd okre­ślać z góry jakąś ogólną zasadę. Na jed­nym końcu spek­trum – moż­liwe, że ta hipo­te­tyczna cywi­li­za­cja zestrze­liła Ben­dera. Na dru­gim – mogli tylko zauwa­żyć roz­błysk, kiedy wybuchł mu reak­tor. Te dwa sce­na­riu­sze wyma­gają innych reak­cji.

– Albo może mógł­byś po pro­stu dać im spo­kój. Pierw­sza Dyrek­tywa, gościu.

Zmru­ży­łem oczy, pró­bu­jąc roz­czy­tać meta­dane tego Boba. No dobra, w VR-ce się nie „mruży”, ale wra­że­nie jest to samo. Dziwne… usta­wił swoją infor­ma­cję na pry­watną, co wydało mi się nie­sa­mo­wi­cie cham­skie. A to z kolei wywo­łało kon­ster­na­cję – jak mógł­bym sam sobie zro­bić coś cham­skiego?

Zer­k­ną­łem na Billa, który tylko wzru­szył ramio­nami. Odwró­ci­łem się z powro­tem do pyta­ją­cego.

– Nawet gdy­by­śmy mieli jakieś prawa, gościu, a nie mamy, to Pierw­szej Dyrek­tywy by w nich nie było. To tylko zabieg fabu­larny i do tego mało reali­styczny.

– Nie bądź taki pewny. Nie­któ­rzy z nas sobie na nowo prze­my­śleli to wasze podej­ście.

– To jest podej­ście Pierw­szego Boba – odpar­łem. Stwier­dzi­łem, że coraz bar­dziej mnie iry­tuje ten zasra­niec, i pod­ją­łem świa­domy wysi­łek, by się uspo­koić. – Ale masz prawo do wła­snego zda­nia, obo­jętne jakiego. – Osten­ta­cyj­nie spoj­rza­łem na kolejną unie­sioną rękę i wska­za­łem ją.

– Jak daleko będziesz szu­kać, jeśli nic nie znaj­dziesz w tym ukła­dzie? I czy będziesz chciał ochot­ni­ków do dal­szych poszu­ki­wań?

– Tak daleko, jak będzie konieczne, i tak. Na litość boską, cho­dzi o jed­nego z nas.

– Czyli to ma być kolejna kru­cjata zarzą­dzona przez star­szych Bobów, a reszta po pro­stu ma się pod­po­rząd­ko­wać, tak?

Odwró­ci­łem się i oczy­wi­ście to był Zasra­niec. Stwier­dzi­łem, że tym razem dam mu odpór.

– Nie­zły cho­choł, palan­cie. Co ci jest, tra­fiła ci się tylko jedna czwarta mózgu? Dalej roz­ma­wiać będziemy tylko, jeśli będziesz miał jaja wyświe­tlić swoje imię. A jak nie, to nie. – I ponow­nie się odwró­ci­łem.

Po tej pyskówce z sali jakby zeszło powie­trze. Nie było wię­cej pytań. Gdyby to było nor­malne, typowe dla Bobów zacho­wa­nie, cze­ka­liby po pro­stu na koniec ofi­cjal­nego Zgro­ma­dze­nia, żeby poga­dać w cztery oczy. Z tym nie mia­łem pro­blemu. Jeśli Zasra­niec znów się na mnie rzuci, urzą­dzę mu czarną dziurę śre­dnio­wie­cza.

***

Zgro­ma­dze­nie skoń­czyło się, więk­szość Bobów wró­ciła do swo­ich pry­wat­nych VR-ek. Ja usia­dłem w pubie z Bil­lem, oto­czony pustymi sto­li­kami.

– Co to, kurna, było? Możesz mnie oświe­cić? – Łyp­ną­łem na niego zna­cząco znad piwa.

– Bob, kil­ka­dzie­siąt lat nie byłeś w obiegu. Mogę zro­zu­mieć, czemu trzy­ma­łeś się na ubo­czu. Cała ta sprawa z Archi­me­de­sem to dla każ­dego byłby kop w jaja. Ale parę rze­czy prze­ga­pi­łeś. Bobi­wer­sum ewo­lu­uje. Mamy Bobów dwu­dzie­stej gene­ra­cji i póź­niej­szych. Dryf repli­ka­cyjny robi się na tyle zna­czący, że nie­któ­rzy już tylko wyglą­dają jak ty. No i wła­śnie: o wiele wię­cej jest zabaw z wyglą­dem i nie cho­dzi tylko o zarost. Kilku Bobów zaczęło wystę­po­wać jako peł­no­prawny Borg. – Bill na moment zro­bił zaże­no­waną minę i rzu­cił na nas Sto­żek Ciszy. To mnie zmro­ziło. Nor­mal­nie uży­wało się tego, żeby odciąć się od prze­szka­dza­ją­cych hała­sów w tle, ale tym razem Bill chciał zapo­biec pod­słu­chi­wa­niu. – Powiem otwar­cie: Bob, jeśli od ostat­niego klo­no­wa­nia nie zmie­ni­łeś sobie klu­czy szy­fro­wa­nia i haseł, to zrób to. Na wszelki wypa­dek. Ja już zmie­ni­łem. Na razie nie ma nikogo, komu zupeł­nie nie ufam, ale prze­wi­duję, że któ­re­goś dnia trafi nam się poto­mek, który uzna, że cel uświęca środki. Rozu­miesz.

Kiw­ną­łem głową i wysła­łem wia­do­mość do Gupika, żeby to zro­bił. I to już.

– A co z Howar­dem i Brid­get? – zapy­ta­łem, tro­chę zmie­nia­jąc temat. – I Hen­rym Robert­sem?

– Ani Brid­get, ani Henry się nie klo­no­wali. W pierw­szym przy­padku wzbu­dziło to ogromne roz­cza­ro­wa­nie i narze­ka­nie w Bobi­wer­sum. To pew­nie też powód, dla któ­rego ona się nie klo­nuje. Nie chce być domyślną żoną wszyst­kich Bobów.

Prych­ną­łem.

– Pierw­szy Bob był dosyć pro­gre­sywny, ale widzę, jak pewne nie­wy­po­wie­dziane ocze­ki­wa­nia mogą być pro­ble­mem.

– No wła­śnie. A Henry mało się u nas poka­zuje. Pływa teraz po Pat­chworku.

Unio­słem brew.

– Zaraz… a co z Posej­do­nem? Nie dokoń­czył go?

Par­sk­nął śmie­chem.

– Pod­dał się, jak go trzeci raz zeżarło, z jach­tem i wszyst­kim. Mówił zresztą, że i tak nie było sensu, bo żegluje się skądś dokądś. No, a Posej­don…

– Wia­domo. Nie ma „kądś”, bo jest tylko ocean.

– Brid­get i Howard na­dal inwen­ta­ry­zują wszel­kie życie w kosmo­sie – cią­gnął z uśmie­chem. – Mimo że, wiesz…

– Osła­wiona eks­pe­dy­cja Pro­me­te­usz. – Pokrę­ci­łem głową. – No, ale przy­naj­mniej nudno nie mieli.

Zawa­ha­łem się, nie wie­dząc, co teraz. Paru Bobów pode­szło, wykryło Sto­żek Ciszy i odda­liło się do innych part­ne­rów do roz­mów albo po pro­stu poszło po napitki.

W końcu stwier­dzi­łem, że z Bil­lem nie ma co krą­żyć wokół tematu.

– Dobra, wra­ca­jąc do dryfu repli­ka­cyj­nego. O co cho­dziło z tym ano­ni­mo­wym pyska­czem? Doro­bi­li­śmy się par­tii poli­tycz­nych czy co?

– To jest coś wię­cej. Bobo­wie ogól­nie zacho­wują się jak stado kotów, ale coraz bar­dziej to widać. Two­rzą się grupy, coraz bar­dziej odkle­jone. Jest na przy­kład taka, która buduje mózg-matrioszkę.

– Ale… ten… – Odchy­li­łem głowę do tyłu i zmarsz­czy­łem czoło. – Kiedy się ma casi­mi­rowe źró­dło zasi­la­nia, to nie potrzeba…

– Nie trzeba mieć w środku gwiazdy, żeby mieć ener­gię. No tak. Ale tro­chę cie­pła się przy­daje, a stud­nia gra­wi­ta­cyjna jest wygodna, łatwiej się ze wszyst­kim zor­ga­ni­zo­wać. Ktoś mówił, chyba, że budują wokół sza­rego karła. W każ­dym razie bar­dziej się oba­wiam, że wyj­dzie im coś pro­sto z ksią­żek Ver­nora Vinge’a.

– Albo Love­cra­fta.

Par­sk­nął śmie­chem i wyłą­czył Sto­żek Ciszy.

– W każ­dym razie, Bob, poczy­taj sobie mojego bloga. Musisz nad­ro­bić. Ja nie owi­jam w bawełnę, szybko się zorien­tu­jesz, dokąd zmie­rza Bobi­wer­sum.

Kiw­ną­łem głową i unio­słem szklankę w toa­ście. Bill odwró­cił się do kogoś, kto już cze­kał na roz­mowę z nim, a ja posze­dłem poszu­kać Luke’a i/lub Marvina.

Nie mogłem powstrzy­mać prych­nię­cia, prze­pa­tru­jąc lokal. Bobo­wie jako Borg. Do czego to doszło.

Cthulhu nie byłby zachwy­cony.

***

Bill miał chyba rację. Jak zwy­kle się otor­bi­łem i odcią­łem od spo­łe­czeń­stwa. Trzeba to było nad­ro­bić, naj­le­piej zaczy­na­jąc od wizyty u Willa. Według jego bloga w końcu poże­gnał się z zarzą­dza­niem kolo­nią na 82 Eri­dani i urzą­dził się na Wal­halli, gdzie zajął się już trwa­jącą ter­ra­for­ma­cją naj­więk­szego księ­życa, Asgardu. Powie­trze na Wal­halli było jesz­cze tro­chę za rzad­kie dla ludzi, ale manny’emu to nie prze­szka­dzało.

Pin­gną­łem Willa i zaraz dosta­łem zapro­sze­nie i adres manny’ego dla gości. Prze­sko­czy­łem pod ten adres.

Parę mili­se­kund dia­gno­styki i otwo­rzy­łem oczy na zewnętrz­nym tara­sie, pod nie­bem, które było bar­dziej liliowe niż nie­bie­skie. Pośrodku tego prze­stworu wisiał Asgard, na oko mniej wię­cej trzy razy więk­szy niż Zie­mia z Księ­życa. Will sie­dział na ogro­do­wym fotelu z kle­pek z kawą w ręku i uśmie­chał się do mnie sze­roko.

Był w stan­dar­do­wym man­nym typu Bob Johans­son, ale nie nosił już schlud­nej bródki Rikera. Włosy miał roz­czo­chrane i ster­czące we wszyst­kie strony, a brodę bar­dziej taką, jak kiedy się po pro­stu nie golisz. Manny – nazy­wa­li­śmy je tak, bo wcze­sne modele przy­po­mi­nały mane­kiny z domów towa­ro­wych – był ubrany w coś, co najbar­dziej koja­rzyło się ze stro­jem drwala. Bez patrze­nia wie­dzia­łem, że mój gościnny manny będzie miał kształt domyśl­nego czło­wieka, bez wło­sów, choć nie będzie tru­pio blady jak pro­to­typ Howarda.

Zdją­łem się ze sto­jaka i usia­dłem naprze­ciwko Willa, po czym z przy­zwy­cza­je­nia spró­bo­wa­łem zma­te­ria­li­zo­wać sobie kawę. Roze­śmiał się, widząc moją minę, i wska­zał boczny sto­lik, gdzie stał dzba­nek z kawą i parę fili­ża­nek.

– Przy­kro mi, Bob. Tutaj w realu kawę robi się po sta­remu.

Odpo­wie­dzia­łem uśmie­chem.

– W realu?

– Język idzie naprzód – odparł Will. – Teraz to jest „real” i „wirt”.

– Hmm. Zapa­mię­tam. – Nala­nie sobie kawy zajęło tylko parę sekund i unio­słem kubek w toa­ście. – Tro­chę sobie wygląd zmie­ni­łeś.

– Musia­łem się zdy­stan­so­wać od daw­nego Rikera, z wielu powo­dów. Pierw­szy to, że trudno mi było odzwy­czaić ludzi od przy­cho­dze­nia do mnie z pro­ble­mami kolo­nii. Nie docie­rało do nich, że prze­sze­dłem na eme­ry­turę. A jak zmie­ni­łem wygląd na czło­wieka z gór, chyba wresz­cie zro­zu­mieli.

– I jak ci na tej eme­ry­tu­rze?

– To tylko zna­czy, że nie mam zakresu obo­wiąz­ków i mogę pra­co­wać nad czym chcę. Przez więk­szość czasu to jest ter­ra­for­ma­cja Wal­halli i parę wła­snych pro­jek­tów. Pomaga, że tu miesz­kam – od razu widzę skutki zmian.

– Jak to idzie?

Mach­nął ręką w geście skrom­no­ści.

– Więk­szość pio­nier­skich rze­czy wymy­ślił Bill na Ragnaröku. Oczysz­cze­nie powie­trza, woda, regu­la­cja bios­fery – bo Wal­halla ma jed­nak swój eko­sys­tem. Bill popeł­nił więk­szość błę­dów. Po pro­stu ich uni­kam.

– Duże masz straty w miej­sco­wych gatun­kach?

– Co cie­kawe, nie. Kiedy zaczy­na­li­śmy, śro­do­wi­sko było bar­dzo nie­przy­ja­zne, coś jak na dużej wyso­ko­ści na zbo­czach gór. To, co my robimy, uła­twia życie. Cie­plej, wię­cej tlenu, wię­cej wody i tak dalej. Wyzwa­niem jest wpro­wa­dza­nie ziem­skich gatun­ków na tyle wolno, żeby miej­scowe nie zostały wyparte, nim się zaadap­tują.

Kiw­ną­łem głową, upi­łem łyk kawy i się skrzy­wi­łem. W cią­gle za rzad­kiej atmos­fe­rze woda wrzała w niż­szej tem­pe­ra­tu­rze, źle wpły­wa­jąc na parze­nie kawy. Była let­nia i wod­ni­sta. Ale taka jest cena za cho­dze­nie w man­nym po tym, no… realu.

Spoj­rza­łem nad kawą na Willa i zmie­ni­łem temat.

– Słu­chaj… już o tym gada­łem z Bil­lem, ale chcę poznać twój punkt widze­nia. Na to przed­wczo­raj­sze zgro­ma­dze­nie.

Zro­bił nie­wy­raźną minę.

– Nie byłem. Mie­li­śmy pro­blem z jed­nym frak­cjo­na­to­rem. Ale tak, sły­sza­łem o two­jej scy­sji z Mor­lo­kiem…

– Mor­lok? Nazwał się Mor­lok?

– Nie, nazwał się Jeremy. Może przy­pa­dek, a może sub­telne nawią­za­nie do tego remake’u Wehi­kułu czasu. Ale teraz używa imie­nia „Mor­lok”.

Will uniósł brew, cze­ka­jąc na komen­tarz. Pokrę­ci­łem głową, więc cią­gnął:

– Dryf repli­ka­cyjny robi się naprawdę wyraźny. Bobo­wie są na pierw­szy rzut oka jed­nym z nas do jakie­goś pięt­na­stego poko­le­nia, potem to zaczyna przy­śpie­szać. Stu­pro­cen­to­wych psy­cho­pa­tów może jesz­cze nie ma, za to paru dup­ków jak naj­bar­dziej.

No to żegnamy wizję pan­ga­lak­tycz­nej rasy Bobów. Choć w sumie roz­ma­itość może być dobra. W końcu rasa ludzka skła­dała się z miliar­dów indy­wi­du­al­no­ści i była w sta­nie…

Pra­wie się wykoń­czyć. Cho­lera.

Mamy pro­blem. Naprawdę duży pro­blem. Luźne podej­ście Pierw­szego Boba może się nie spraw­dzić.

Otwo­rzy­łem usta, żeby odpo­wie­dzieć, gdy na moje pole widze­nia nało­żyła się wia­do­mość od Gupika.

[Zwia­dowcy w ukła­dzie zaata­ko­wani. 100% strat.]

– Muszę lecieć! – burk­ną­łem i prze­sko­czy­łem do wirtu.

W pośpie­chu wysła­łem mu prze­pro­siny, że nie odsta­wi­łem manny’ego do sto­jaka, i powie­dzia­łem, że póź­niej mu wyja­śnię.

– Co jest? – zapy­ta­łem Gupika.

[Tele­me­tria czeka na inspek­cję.]

Zła­pa­łem parę pierw­szych okie­nek wideo i puści­łem odtwa­rza­nie. Drony szy­bo­wały śla­dem Ben­dera, wypa­tru­jąc go SUD­DAR-em, gdy trans­mi­sja z jed­nego z nich nagle się urwała. Drugi urwał mili­se­kundę póź­niej, zanim MSI zdą­żyła zare­ago­wać w jaki­kol­wiek sen­sowny spo­sób. Trzeci nato­miast został tra­fiony, ale nie­cel­nie. Uszko­dził się, ale zdą­żył zre­kon­fi­gu­ro­wać SUD­DAR i zro­bić skan o sła­bej roz­dziel­czo­ści, zanim jego sygnał także znik­nął.

Czwarte okienko poka­zy­wało wyniki tego skanu. Dwa statki pode­szły nie­zau­wa­żone na piątą godzinę zwia­dow­ców i przy­pu­ściły atak. Miały po sześć metrów dłu­go­ści, były chyba zauto­ma­ty­zo­wane i zde­cy­do­wa­nie nie­przy­sto­so­wane do atmos­fery. Pod­sta­wową syl­wetkę two­rzyła kon­struk­cja z belek, do któ­rej były poprzy­krę­cane naj­róż­niej­sze czę­ści, bez zwra­ca­nia uwagi na wygląd. Broń, chyba czą­stecz­kowa, była przy­śru­bo­wana na prze­ciw­nych koń­cach, a pośrodku, pod kątem pro­stym do niej, znaj­do­wały się tale­rze anten.

Prze­pa­trzy­łem logi i nie zna­la­złem śla­dów nad­la­tu­ją­cych poci­sków. Widać było za to krótki skok tem­pe­ra­tury tuż przed zani­kiem sygnału, co potwier­dzało hipo­tezę o broni czą­stecz­ko­wej lub…

– Laser. Inte­re­su­jący wybór. Prze­waż­nie to nie jest za dobra broń. – Długą chwilę wpa­try­wa­łem się w okienko, potem je zamkną­łem. – Gupik, czemu zwia­dowcy nie wykryli podej­ścia?

[Wiązki SUD­DAR-u celo­wały w przód, żeby wykryć ślad Bus­sarda, w środku układu roz­pro­szony przez zja­wi­ska gra­wi­ta­cyjne.]

Dobra, jasne. W prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej ślad mógł być nie­tknięty przez setki lat. Po prze­le­ce­niu za helio­pauzę już nie ma tak dobrze.

– Nie wykry­li­śmy impul­sów SUD­DAR-u?

[Nie. Tele­me­tria ostat­niego zwia­dowcy wykryła impulsy rada­rowe.]

– Rada­rowe? Uży­wają radaru? Kto w dzi­siej­szych cza­sach używa radaru?

[Naj­wy­raź­niej oni.]

Łyp­ną­łem na Gupika i nie po raz pierw­szy zano­to­wa­łem sobie, żeby zro­bić na nim jakieś testy czar­nej skrzynki. Sar­kazm wyma­gał samo­świa­do­mo­ści, a żaden nisz­czy­ciel ani dron mi tak nie pysko­wał jak on.

Pozo­sta­wały jed­nak pod­sta­wowe fakty, rzu­ca­jące świa­tło na coś, co prze­waż­nie uda­wało mi się zapo­mnieć – nie umia­łem myśleć po woj­sko­wemu. Roz­le­ni­wi­łem się po sku­tecz­nej roz­pra­wie z Mede­iro­sami i Innymi i zaczą­łem się zacho­wy­wać ste­reo­ty­powo. Dla­tego dosta­łem łomot. Trzeba odku­rzyć tę dawną para­noję i zacząć myśleć ase­ku­ra­cyj­nie.

– No to po pro­stu super. I zaata­ko­wali bez ostrz… – Urwa­łem, bo coś przy­szło mi do głowy. Gupik miał paskudną cechę: sam z sie­bie nie ofe­ro­wał infor­ma­cji. Próby zmiany tego zacho­wa­nia spra­wiały, że zasy­py­wał czło­wieka zrzu­tem nie­istot­nych danych. Wciąż nie byłem prze­ko­nany, czy to nie jest bierny opór i zło­śli­wość. – Gupik, napast­nicy robili coś oprócz namie­rze­nia rada­rem?

[Potwier­dzam. Było kilka trans­mi­sji radio­wych.]

Zapewne coś w stylu iden­ty­fi­ka­cji swój-obcy, albo nawet próby usta­le­nia, czy moje sondy to coś wię­cej niż kosmiczne śmieci. A wła­ści­wej odpo­wie­dzi nie zna­łem. Zresztą, jeśli się ode­zwę, zaalar­muję wszyst­kich obec­nych, że w ukła­dzie jest ktoś jesz­cze. A to też źle. Zapy­taj­cie Hala.

Ostroż­ność na­dal jest zale­cana.

***

Zapro­si­łem Billa, żeby popa­trzył ze mną na nagra­nia. Postu­kał pal­cem w punkt na wideo.

– O, to cie­kawe, widzisz?

– No… Odrzut ter­mo­ją­drowy. Świetne przy­śpie­sze­nie i zwrot­ność. Ale pali­wo­żerny.

– Na krót­kim dystan­sie pew­nie mogą cię prze­go­nić. Uwa­żaj na sie­bie.

– Hmm… – Roz­par­łem się w fotelu. – Jakoś nie pla­nuję tam wla­ty­wać i się przed­sta­wiać. Dwa spo­tka­nia i dwa ataki. I jeden stra­cony repli­kant.

– Jest w tym parę zało­żeń.

– Ale roz­sąd­nych. Wystar­cza­jąco, żebym potrze­bo­wał dowo­dów cze­goś prze­ciw­nego, by zmie­nić zda­nie. – Wycią­gną­łem rękę i prze­su­ną­łem nagra­nie mini­mal­nie do przodu. – Nie ma SUD­DAR-u, nie ma napędu SURGE, nie ma UNOP-a. Oni, kim­kol­wiek są, nie odkryli teo­rii pod­prze­strzeni. Z dru­giej strony tech­no­lo­gię napędu ter­mo­ją­dro­wego roz­wi­nęli impo­nu­jąco, a jeśli mam rację i to były lasery, także broń. To kupa watów z takiego małego drona.

– Co zna­czy, że tech­no­lo­gię fuzji mają lep­szą niż my. – Bill uśmiech­nął się i wzru­szył ramio­nami. – I nic dziw­nego. U nas nikt już tego nie używa.

Prawda. Dawno prze­szli­śmy na gene­ra­tory Casi­mira, które prze­ję­li­śmy od Innych. Były o wiele lep­sze od dowol­nego reak­tora ter­mo­ją­dro­wego, mię­dzy innymi dla­tego, że nie siały żadną wykry­walną emi­sją. Oczy­wi­ście prace nad roz­wo­jem fuzji sta­nęły w miej­scu, ale nikt się tym nie przej­mo­wał.

– Czyli… – Postu­ka­łem się z namy­słem w pod­bró­dek. – Ci, ten… kto­sie… cią­gnęli roz­wój w bar­dziej tra­dy­cyj­nych tech­no­lo­giach. Mogą nas wyprze­dzać jesz­cze w czymś. A w czymś innym są cał­ko­wi­cie zaco­fani. Widać po kon­struk­cji drona.

– Dobre pod­su­mo­wa­nie. Może te drony nazwiemy Bądzio­łami?

– Czemu nie.

– To jaki masz plan?

– Plan? Po co nam, kurna, jakiś plan? – Wyszcze­rzy­li­śmy zęby. – Poważ­nie: na razie spro­wa­dza się do „nie dać się zła­pać”. Reszta jest póki co mgła­wi­cowa.

– Ale wiesz, w archi­wach mamy kupę anty­ra­da­ro­wych pro­jek­tów.

Gapi­łem się na niego przez moment.

– Jezus, ja się chyba sta­rzeję. No dobra. Jakaś anty­ra­da­rowa powłoka, czarna jak węgiel, żeby zmy­lić optykę, elek­tro­nika o małej mocy i prze­chło­dzony radia­tor, żeby nie poka­zy­wał się w pod­czer­wieni… – Usia­dłem pro­sto, czu­jąc przy­pływ entu­zja­zmu. – I wle­cieć bez sil­ni­ków i nie uży­wać masko­wa­nia, bo na oko nie mają SUD­DAR-u. Po pro­stu namie­rzać patrole SUD­DAR-em dale­kiego zasięgu… no, to ma sens!

– No, teraz to myślisz. A masz dość danych o kur­sie, żeby osza­co­wać moż­liwe poło­że­nie Ben­dera?

– Z dużym mar­gi­ne­sem błędu. Wyślę jesz­cze paru zwia­dow­ców, okrężną drogą, żeby go poszu­kali. Albo jego szcząt­ków. – Obaj mil­cze­li­śmy przez chwilę, prze­twa­rza­jąc rów­no­le­gle tę myśl.

– Wygląda na to, że będziesz miał tro­chę roboty – powie­dział Bill. – Zosta­wię cię z tym.

***

„Tro­chę roboty” ozna­czało pracę pro­jek­tową nad son­dami, by miały potrzebne mi wła­ści­wo­ści, na pod­sta­wie pla­nów i nota­tek z Bob­Netu. Wojny z Mede­iro­sami i Innymi miały wiele skut­ków, ale także mocno przy­śpie­szyły roz­wój woj­sko­wych tech­no­lo­gii. Zresztą chyba zawsze tak było z woj­nami?

Ta praca nie była pro­ble­mem, w końcu jestem kom­pu­te­rem, choć przez więk­szość czasu się do tego nie przy­znaję. Nato­miast sama budowa, no, to już miało potrwać dłu­żej. Dalej byłem ska­zany na oko­lice Kuipera/Oorta, więc nie mia­łem magicz­nego skła­dziku potrzeb­nych pier­wiast­ków, który uła­twiałby mi życie.

Doda­łem jeden nowy ele­ment – jądro z lodu mają­cego parę stopni Kelvina. Zwia­dowcy mieli ultra­małą moc, co ozna­czało bar­dzo nie­wiele cie­pła odpa­do­wego, ale nie chcia­łem, żeby i to było widać. Cie­pło odpa­dowe szło do lodo­wego jądra, które stop­niowo się pod­grze­wało. Prze­li­czy­łem szyb­kość aku­mu­la­cji cie­pła i byłem prze­ko­nany, że zdążą prze­le­cieć przez układ, zanim lód się pod­grzeje, i nie zaczną pro­mie­nio­wać w pod­czer­wieni.

Miało to rów­nież wadę – przy tak ogra­ni­czo­nym budże­cie ciepl­nym nie mogły utrzy­my­wać sta­łej łącz­no­ści. Zna­czyło to, że mogę je stra­cić i nie wie­dzieć o tym, dopóki się po raz kolejny nie zgło­szą. No cóż. Życie to nie je bajka.

Wyli­czy­łem kursy, czasy i wystrze­li­łem zwia­dow­ców wła­sno­ręcz­nie, z działa elek­tro­ma­gne­tycz­nego. Lot bali­styczny aż do końca. Jeśli będą musiały zro­bić manewr, to będzie koniec lodo­wego radia­tora. Ale jeśli wszystko pój­dzie dobrze, za parę mie­sięcy wylecą z dru­giej strony.

Zanim z tym wszyst­kim zdą­ży­łem, poprzedni zwia­dowcy oble­cieli już sys­tem i pro­wa­dzili poszu­ki­wa­nia na spo­dzie­wa­nej pozy­cji Ben­dera. Mówi­łem nawet Bil­lowi, że mar­gi­nes błędu jest ogromny, czyli i kuba­tura do prze­szu­ka­nia, lecz i tak cią­gle byłem roz­cza­ro­wany, gdy kolejny dzień nic nie przy­no­sił.

Bez powodu, po pro­stu, żeby mieć coś do roboty, wyty­czy­łem sobie kurs na drugą stronę układu Bądzio­łów. Mocno naokoło. Wciąż nie byłem gotowy na prze­lot przez śro­dek, ani tro­chę. Nie mia­łem poję­cia, jaki zasięg mają ich patrole.

Byłem mniej wię­cej w poło­wie drogi, gdy ode­zwał się Gupik.

[Zwia­dowcy coś zna­leźli.]

– Super! Co?

[Coś.]

Te testy czar­nej skrzynki trzeba będzie zro­bić bez znie­czu­le­nia. I to szybko.

– Dawaj raport.

Okienko wysko­czyło mi przed nosem, pełne sta­ty­styk i pomia­rów. Naj­waż­niej­sze ze wszyst­kiego było jed­nak zdję­cie znisz­czo­nego frag­mentu Nieba w wer­sji 2.

Ben­der.

4. Odbiór towaru. Her­schel, paź­dzier­nik 2332, Nowy Pawo­nis

4. Odbiór towaru Her­schel, paź­dzier­nik 2332, Nowy Pawo­nis

Obser­wo­wa­łem na moni­to­rze, jak drony pakują wlewki do ładowni. Po zała­do­wa­niu każ­dego wiel­kiego bloku metalu szopy owi­jały go lin­kami i sta­ran­nie pod­cią­gały do ściany, a tam obwią­zy­wały. Surow­ców wystar­czy nam na każdy pro­jekt, jaki przyj­dzie nam do głowy. I to na długo.

Jacques cał­kiem nie­źle się z nimi doga­dał. Neil i ja przez ostat­nie mniej wię­cej pięć­dzie­siąt lat gania­li­śmy od układu od układu, więc za bar­dzo nie mie­li­śmy kiedy się gdzieś zatrzy­mać i zaopa­trzyć. Poza tym miesz­kańcy tych ukła­dów nie byliby zbyt zado­wo­leni, że łupimy ich bogac­twa natu­ralne.

Z Pawo­ni­sami skon­tak­to­wa­li­śmy się, lecąc z powro­tem. Ich reak­cję można by w naj­lep­szym razie opi­sać jako lako­niczną. Jacques chyba nie mylił się co do nich. Ale sama myśl zasmu­cała – nie mie­li­śmy za bar­dzo szczę­ścia do obcych gatun­ków. Inni, Pawo­nisi, Del­ta­nie… zaczy­na­łem się zasta­na­wiać, czy nie jest nie­moż­liwe, by obce inte­li­gen­cje się doga­dy­wały. A jeśli miej­scowy region kosmosu jest repre­zen­ta­tywny, takich inte­li­gen­cji musi być mnó­stwo. W końcu musimy tra­fić na gatu­nek, który będzie góro­wał nad nami tech­no­lo­gicz­nie. A to zna­czy, że wojna – i być może eks­ter­mi­na­cja ludz­ko­ści – jest sta­ty­stycz­nie nie­unik­niona.

Podzie­li­łem się tymi prze­my­śle­niami z Neilem, jak zawsze roz­wa­lo­nym bokiem w fotelu.

– Jezus, Hersch, czar­no­widz­two nawet jak na cie­bie. Musisz sobie zna­leźć nowe hobby. Jakieś hobby w ogóle.

– Chłe, chłe, chłe. Ale widzisz jakiś błąd w rozu­mo­wa­niu?

Wes­tchnął i mil­czał przez parę mili.

– Nie widzę. Ale co chcesz z tym zro­bić? Na­dal jeste­śmy paria­sami.

– No co ty, już od co naj­mniej osiem­dzie­się­ciu lat nie. Dowo­dzimy naj­więk­szym, kurna, trans­por­tow­cem w całym ludz­kim kosmo­sie. I jeste­śmy oso­bi­ście odpo­wie­dzialni za stwo­rze­nie co naj­mniej pię­ciu kolo­nii. Myślę, że jakiś sza­cun mamy.

– No może – odparł. – Ale pro­szę, nie trak­tuj tego jak pozwo­le­nia na odgry­wa­nie Picarda. Tego już nie zniosę.

– Zała­twione. To na co wyko­rzy­stamy ten sza­cun?

Zaci­snął usta i wpa­trzył się w prze­strzeń.

– Szcze­rze, to moja pierw­sza myśl, kiedy dowie­dzie­li­śmy się o tej górze metalu – dobu­do­wać dru­gie tyle płyt holow­ni­czych, przy­śpie­szyć w cho­lerę i pole­cieć w jakieś cie­kaw­sze miej­sce.

– Jak Ik i Ded? I Fine­asz?

– I z dzie­się­ciu innych. Hersch, kupa Bobów po pro­stu se gdzieś leci.

– Tro­chę to, ja wiem, ego­istyczne. Myśla­łem bar­dziej, czyby nie spró­bo­wać zało­żyć kolo­nii gdzieś daleko poza ludzką sferą.

– Na wypa­dek gdy­byś miał rację.

Wzru­szy­łem prze­pra­sza­jąco ramio­nami.

– Mamy wszyst­kie kap­suły z Wiel­kiego Exo­dusu. Ni­gdy nie było potrzeby ni­gdzie ich wyła­do­wy­wać. I wła­śnie o to cho­dzi. One nie są już potrzebne. Jak i cały Bel­le­ro­font. My jeste­śmy nie­po­trzebni.

– I żeby znów poczuć się potrzeb­nymi, pró­bu­jemy z kolejną kolo­nią. Jeśli wyko­rzy­stamy surowce i doro­bimy kolejne trzy­dzie­ści dwie płyty, będziemy mieli naprawdę absur­dalne przy­śpie­sze­nie – stwier­dził Neil, powoli doj­rze­wa­jąc do pro­jektu.

– A ludzka kolo­nia gdzieś, powiedzmy, w Ramie­niu Per­se­usza…

– Zapewni prze­trwa­nie, nawet jeśli reszta ludzi natrafi na jakichś jesz­cze gor­szych i więk­szych Innych.

Kiw­ną­łem głową.

– To teraz pozo­staje namie­rzyć gdzieś jakichś ochot­ni­ków.

5. Docho­dze­nie. Bob, listo­pad 2332, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

5. Docho­dze­nie Bob, listo­pad 2332, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

Chmura odłam­ków powoli wiro­wała wokół środka masy. Nie­które były roz­po­zna­walne, więk­szość jed­nak nie. Tro­chę się nawet zdzi­wi­łem, że tak dużo zostało – nie myśla­łem, że laser zostawi cokol­wiek poza żuż­lem. Oczy­wi­ście zakła­da­jąc, że to, co napa­dło na Ben­dera, korzy­stało z takiej samej tech­niki jak drony, które zaata­ko­wały moich zwia­dow­ców.

Wię­cej się dowiem na miej­scu. Nie było sensu zmu­szać dro­nów, żeby zebrały te śmieci i przy­wio­zły do mnie. Zbyt długo by to trwało i zbyt duże było ryzyko, że coś zgu­bią albo jesz­cze bar­dziej uszko­dzą. Lepiej pod­lecę tam z moimi szo­pami i przyj­rzę się z bli­ska. Naj­pierw jed­nak kaza­łem dro­nom eks­plo­ra­cyj­nym wypa­try­wać nad­la­tu­ją­cych Bądzio­łów, choć wyda­wało się mało praw­do­po­dobne, żeby nagle zain­te­re­so­wali się wra­kiem, który dry­fo­wał spo­koj­nie od tylu lat. Sam fakt, że dry­fo­wał na zewnątrz układu, był zapewne zna­czący. Ale mogą zmie­nić zda­nie, jeśli moje poczy­na­nia wyzwolą im jakieś alarmy.

Przy­znaję, że poko­na­łem tę odle­głość sporo szyb­ciej, niż powi­nie­nem. Ostroż­ność zeszła na razie na dal­szy plan. Na szczę­ście nie natkną­łem się na żadne straże Bądzio­łów. Na jesz­cze więk­sze szczę­ście nie natkną­łem się na żadną aste­ro­idę.

Wypu­ści­łem szopy, żeby zba­dały wrak. Szybko stało się oczy­wi­ste, że moje domy­sły są praw­dziwe – sta­tek Ben­dera roz­pruł wewnętrzny wybuch. Praw­do­po­dob­nie laser uszko­dził układy kon­troli reak­tora tak, że ten miał kata­stro­falną awa­rię. Przy­po­mniało mi się pierw­sze spo­tka­nie z Mede­iro­sem w Epsi­lo­nie Eri­dani, wiele lat temu. Spo­tkał go dokład­nie taki los. W dodatku wybuch znisz­czył jego macierz. Trzeba było mieć nadzieję, że Ben­dera nie spo­tkał taki sam koniec.

Oczy­wi­ście kon­struk­cja statku była zupeł­nie inna. Mede­iros leciał w statku zapro­jek­to­wa­nym przez Cesar­stwo Bra­zy­lii. Dla nich nawet żywi żoł­nie­rze byli zastę­po­walni, a co dopiero repli­ko­wana inte­li­gen­cja. Ben­der zaś leciał stat­kiem prze­pro­jek­to­wa­nym przeze mnie, ze szcze­gól­nym naci­skiem na zabez­pie­cze­nie macie­rzy repli­kanta. Ten pro­sty ego­izm dawał mi odro­binę nadziei.

Po inspek­cji z zewnątrz szopy weszły do frag­mentu statku. Mia­łem pootwie­rane wiele okien, pró­bu­jąc obser­wo­wać wszystko naraz. W końcu dałem sobie spo­kój z VR-ką, wyłą­czy­łem biblio­tekę i pod­krę­ci­łem sobie zegar. Teraz byłem w sta­nie nadą­żyć za wszyst­kim – koniecz­ność patrze­nia w gołe okienka z danymi była za to nie­wielką ceną.

Jeden z szo­pów pik­nął, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę. Odwró­ci­łem się do jego okienka. Uśmiech­nął­bym się, gdy­bym miał aku­rat ciało. Szop zna­lazł komorę z macie­rzą repli­kanta, w naj­gru­biej opan­ce­rzo­nej czę­ści statku. Bez widocz­nych uszko­dzeń.

Wtem radość ustą­piła prze­ra­że­niu, gdy szopy otwo­rzyły komorę… i oka­zała się pusta.

Nie, nie pusta. Gorzej niż pusta. Nie dość, że bra­ko­wało macie­rzy repli­kanta, to ktoś sta­ran­nie zde­mon­to­wał wszyst­kie inter­fejsy sprzę­towe, praw­do­po­dob­nie w kom­ple­cie. Nie­do­brze. Komuś zale­żało, by wyjąć Ben­dera i jego osprzęt w cało­ści, co suge­ro­wało, że chce go zba­dać, a może i zre­ani­mo­wać. Wspo­mnia­łem Homera i wzdry­gną­łem się na myśl o duchu Ben­dera, bez­rad­nym i ska­za­nym na tor­tury.

Jedno było pewne: Bądzioły – czy ich twórcy – wie­działy, że ktoś kręci się w oko­licy.

Po zna­le­zie­niu pustego statku Ben­dera prze­sko­czy­łem z trybu panicz­nego pośpie­chu w tryb para­no­icz­nej ostroż­no­ści. Nie zamie­rza­łem się z niczym śpie­szyć ani podej­mo­wać zbęd­nego ryzyka, nara­ża­jąc się na zwró­ce­nie uwagi Bądzio­łów albo, no… zde­rze­nie z aste­ro­idą. Sam lot do rejonu z auto­fa­bry­kami miał mi zająć pra­wie tydzień.

A tym­cza­sem mia­łem inną zagwozdkę. Roz­gło­sić to wszystko teraz, czy pocze­kać, aż dowiem się wię­cej? W ogóle dam radę przez tydzień sie­dzieć cicho? Po dru­gie, czy Will będzie w sta­nie sie­dzieć cicho? W sumie go nie pro­si­łem, ale byłem prze­ko­nany, że raczej poczeka, niż zgar­nie moje pięć minut.

A pie­przyć to.

Wycią­gną­łem kon­solę i zaczą­łem two­rzyć wpis na bloga. Jako pierw­szy Bob-repli­kant mia­łem sporo obser­wa­to­rów, byłem też pra­wie pewien, że Luke i Marvin zare­agują na każdy mój wpis.

Dobra­nie odpo­wied­niego tonu zajęło parę sekund namy­słu. Ostrożny opty­mizm, zmie­szany z reali­styczną oceną moż­li­wych pro­ble­mów. Nadzieja, ale i przy­go­to­wa­nie.

Wresz­cie skoń­czy­łem. Naci­sną­łem „wyślij”, roz­par­łem się w fotelu i odli­cza­łem. 3, 2, 1…

Luke, Marvin i Bill poja­wili się jed­no­cze­śnie i naraz zaczęli gadać i machać rękoma. Odwró­ci­łem się do nich w fotelu i odcze­ka­łem, aż ucichną.

– Nie ma sprawy, mam teraz czas. Sia­daj­cie – powie­dzia­łem.

– Wal się – odparł Marvin. – Gdzie on jest?

– Nooo… to jest pyta­nie za sześć­dzie­siąt cztery tysiące dola­rów, prawda?

Zma­te­ria­li­zo­wa­łem fotele dla wszyst­kich, a Jeeves przy­szedł z kawą.

– Niech mnie… – mruk­nął Marvin. – Niech mnie…

– Następne kroki? – zapy­tał Luke. – Masz już plan?

– Nic kon­kret­nego. Pierw­szy krok to chyba zna­leźć bazę Bądzio­łów, źró­dło, czy co to jest. Jest spora szansa, że Ben­der tam będzie. Nawet wle­cimy po pro­stu i prze­ska­nu­jemy wszystko SUD­DAR-em, jak będzie trzeba. Namie­rzymy jego macierz i zoba­czymy, co da się zro­bić.

– Nalot?

– Jeśli to ma być naj­lep­szy plan… – Wysu­ną­łem pod­bró­dek. – Jeśli ktoś porwał Ben­dera i robi na nim eks­pe­ry­menty, to nie jestem pewien, czy bawić się w dyplo­ma­cję.

– Spo­koj­nie, Bob – powie­dział Bill. – Zobaczmy, co znaj­dziemy, nim zaczniesz pro­du­ko­wać bomby, dobra?

– Tak, tak, wiem. Nic się nie bój, będę ostrożny.

Nastą­piła jedna z tych chwil ciszy, kiedy nikt nie wie za bar­dzo, co powie­dzieć. W końcu Marvin kiw­nął głową i wstał, razem z Lukiem. Poma­chali mi i znik­nęli.

Był jesz­cze Bill.

– No, Dwó­jeczka, co tam?

– Chłe, chłe. Posłu­chaj, chcia­łem cię zapy­tać, jak dokład­nie pla­nu­jesz wcho­dzić do tego układu, żeby szu­kać Bądzio­łów i jak bar­dzo publicz­nie będziesz o tym mówił.

– Publicz­nie? Co, kur… Ktoś by miał uwagi?

– Pew­nie, że nie. Nie ja i nikt z naszej gene­ra­cji. Ale Gwiezdna Flota się nakręca…

– Gwiezdna Flota? Co niby?

Bill wes­tchnął.

– Dalej nie czy­ta­łeś mojego bloga, co?

– Eee… no nie. Zajęty byłem.

– Pamię­tasz Mor­loka? Jego i jego grupę nazy­wamy teraz Gwiezdną Flotą, przez tę ich obse­sję na punk­cie Pierw­szej Dyrek­tywy. To jak ich Ewan­ge­lia. Chcą, żeby­śmy w ogóle zre­zy­gno­wali z inte­rak­cji z ludźmi. Pró­bują zebrać popar­cie do jakiejś ofi­cjal­nej dekla­ra­cji, że jak znaj­dziesz jakąś rasę, zosta­wiasz ją w spo­koju.

– „Ofi­cjalna dekla­ra­cja” to coś jak prawo?

Bill prych­nął.

– My nie mamy praw. Ale jak zbie­rze się dość ludzi, mogą wywie­rać pre­sję spo­łeczną.

– Coś jak ostra­cyzm?

– No, coś podob­nego. Utrata pre­stiżu w każ­dym razie.

– Rany, Bill, Pierw­szy Bob nie dałby za to zła­ma­nego gro­sza.

– Tak, wiem, ale coraz wię­cej Bobów jest coraz mniej do niego podob­nych. Nawet zaczą­łem nazy­wać ich repli­kan­tami, nie Bobami, żeby odróż­nić.

– I oni bar­dziej się przej­mują pre­sti­żem?

– Bio­rąc losową próbkę, nie możesz zejść poni­żej przy­ze­ro­wego ułamka zła­ma­nego gro­sza, za to w górę możesz iść wła­ści­wie dowol­nie. Czyli tak. Poja­wia się kupa repli­kan­tów, któ­rzy są takimi, z braku lep­szego okre­śle­nia, kolek­ty­wia­rzami. Orga­ni­zują się w grupy w każ­dej spra­wie.

– Jak ta Gwiezdna Flota. I Borg.

– No. I Skip­pies…

– Skip­pies? Skip­pies? – Czu­łem, że oczy wyszły mi na wierzch, nawet w VR-ce. – Co, pozmie­niali sobie awa­tary na puszki po piwie i zaczęli nazy­wać ludzi mał­pami?1

Bill prych­nął kawą i musiał prze­rwać na chwilę, żeby się uspo­koić.

– Nie, to grupa, która chce zbu­do­wać mózg-matrioszkę. Zna­czy… wiesz, oso­bli­wość, superSI i tak dalej? Nie wiem, kto im wymy­ślił to pseudo, ale na razie nie narze­kają. I oni też, swoją drogą, chcą, żeby­śmy zosta­wili ludzi samym sobie. Ale w ich przy­padku dla­tego, że ludzie nas ogra­ni­czają w roz­woju, czy coś takiego.

– Są jakieś jesz­cze… zresztą nie­ważne. Poczy­tam sobie two­jego bloga. Kur­czę, parę­dzie­siąt lat cię nie ma i wszystko zaczyna się sypać. – Wyszcze­rzy­łem się do Billa. – Mam tro­chę do nad­ro­bie­nia.

– Mało powie­dziane. Jak będziesz cze­goś potrze­bo­wał, daj znać. – Kiw­nął mi głową i znik­nął.

Rze­czy­wi­ście cie­kawe czasy.

6. Roz­sze­rze­nie poszu­ki­wań. Bob, maj 2333, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

6. Roz­sze­rze­nie poszu­ki­wań Bob, maj 2333, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

Sie­dzia­łem w biblio­tece i pół­przy­tom­nie gapi­łem się na stół przede mną. Will, Bill i Gar­field obser­wo­wali mnie w mil­cze­niu, jedy­nym komen­ta­rzem było spo­ra­dyczne powolne kiw­nię­cie głową. Od czasu do czasu bez entu­zja­zmu upi­ja­łem łyk kawy. Bill w końcu nie wytrzy­mał.

– Ale rozu­miesz, że jesteś w wir­cie, nie? Możesz sobie tego kaca wyłą­czyć.

Odpo­wie­dzia­łem bla­dym pół­u­śmie­chem, chyba bar­dziej prze­ra­ża­ją­cym niż uspo­ka­ja­ją­cym.

– Tak. I w przy­szło­ści będę tak robił. To nie jest w żad­nej mie­rze fajne. Ale jak poczy­ta­łem sobie w końcu two­jego bloga… Wie­cie, Pierw­szy Bob alko­ho­li­kiem w żad­nym razie nie był, ale od czasu do czasu, gdy była potrzeba, pił jak…

– Ben­der. Cała ta prze­mowa dla tej jed­nej gry słów?

Zachi­cho­ta­łem, po czym jęk­ną­łem i zła­pa­łem się za głowę.

– Nie, to tylko miły doda­tek. Ale Bill, szlag. My się róż­ni­cu­jemy. Na razie to jesz­cze nic złego, ale masz rację, że spo­dzie­wasz się cze­goś złego. I podobno mamy jedną Bobbi?

– To tylko plotka. Nie koja­rzę nikogo, kto ją spo­tkał. Tylko że to też było nie­unik­nione.

Wes­tchną­łem i zasta­no­wi­łem się, czy się nie zre­se­to­wać i nie wyłą­czyć kaca. Już speł­nił swoje zada­nie, jeśli cho­dzi o głę­boką psy­cho­lo­giczną potrzebę samo­bi­czo­wa­nia się. Teraz obu­dziła się cie­ka­wość.

– Bar­dzo reali­styczne to wszystko. Wia­ry­god­ność w VR-kach, zna­czy, ten… w wir­cie naprawdę poszła do przodu.

– Tro­chę oczy­wi­ście dzięki man­nym – rzu­cił Will z dru­giego końca pokoju, gdzie dzier­żył napój gazo­wany. – Zaczę­li­śmy prze­ży­wać wszystko na nowo w realu i dotarło do nas, jaki ziar­ni­sty i syn­te­tyczny był wirt.

– Pomo­gło też, że ludz­kość już sta­nęła na nogach. Mie­li­śmy eks­per­tów, któ­rych można było zapy­tać o nie­które niu­anse. – Bill mach­nął fili­żanką. – Na przy­kład Brid­get. Jest nie­sa­mo­wi­cie kom­pe­tentna w naukach bio­lo­gicz­nych i oczy­wi­ście teraz też ma dużą moty­wa­cję, żeby poma­gać przy ulep­sze­niach. A SUD­DAR-em możemy zro­bić dokładną mapę tego, jak ludz­kie ciało i mózg reagują na roz­ma­ite bodźce.

– I na kaca. – Wyszcze­rzy­łem się i z powro­tem się skrzy­wi­łem. – Ona z Howar­dem żyją pra­wie w stu pro­cen­tach w realu, nie?

– Tak. I do tego wycho­wują dzieci. Nie mogę się doli­czyć, ile ich adop­to­wali przez te wszyst­kie lata.