Nasze imię Legion, Nasze imię Bob - Dennis E. Taylor - ebook
BESTSELLER

Nasze imię Legion, Nasze imię Bob ebook

Dennis E. Taylor

4,4

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Bob Johanson właśnie sprzedał swoją firmę informatyczną i już nie może się doczekać życia pełnego atrakcji - książek do przeczytania, filmów do obejrzenia i miejsc do odwiedzenia. Więc to trochę niesprawiedliwe, gdy po chwili śmiertelnie potrąca go samochód.

Budzi się sto lat później i stwierdza, że odmrożeńcy nie mają już żadnych praw, jest więc własnością państwa. Został przekopiowany do komputera i ma zostać inteligencją sterującą międzygwiezdną sondą kosmiczną, szukającą planet do zamieszkania. Stawka jest wysoka - co najmniej trzy inne państwa próbują pierwsze wystrzelić takie sondy, a nie grają czysto.

Najbezpieczniej mu będzie w kosmosie, jak najdalej od Ziemi. Ale tak mu się tylko wydaje. Bowiem wszechświat też jest pełen wrednych istot, które wcale nie lubią, gdy wkracza się na ich teren.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 386

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
rrusiecki

Nie oderwiesz się od lektury

Oryginalny pomysł i świetne wykonanie, oto najkrótsze podsumowanie tej trylogii. Uczynienie bohaterem człowieka (a może już nie człowieka?) przeniesionego do maszynowego ciała już samo w sobie daje ogromne możliwości fabularne. Jeśli dodatkowo da się temu bohaterowi możliwość samoreplikacji i umieści go w świecie, w którym ludzkość staje na krawędzi zagłady, możliwości te stają się nieograniczone. A Dennis E. Taylor świetnie te możliwości wykorzystuje. Mamy więc tu wszystko: od podróży do gwiazd, po bardzo osobiste i „zwykłe” przeżycia. Mamy obce gatunki, które czasami okazują się bardzo ludzkie oraz ludzi, którzy choć są istotami z krwi i kości, potrafią okazać się bardzo nieludzcy. Całość napisana jest w sposób przejrzysty (co staje się tym istotniejsze, im więcej kopii głównego bohatera się pojawia), lekko i z humorem. Dodatkowym smaczkiem jest wiele nawiązań do popkultury, w szczególności książek, filmów i seriali sci-fi. Niektóre z nim są wprost wskazane, inne czytelnik odnaleźć m...
40

Popularność




Tytuł oryginału: We are Legion (We are Bob)

Copyright © 2016 by Dennis E. Taylor Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wydanie II ISBN 978-83-66409-64-4

Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o. o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 22 733 50 10

Pragnąłbym zadedykować tę książkę mojej żonie Blaihin, która nie tylko znosi moje pisanie, ale jeszcze mnie w nim wspiera, oraz mojej córce Tinie,

Podziękowania

Nie mogę się nadziwić, ilu ludzi jest zaangażowanych w powstanie powieści. To nie sprowadza się do samego jej napisania. Wkład w finalny produkt mają krytycy, beta-czytelnicy, redaktorzy, graficy, agenci i wydawcy.

Chciałbym podziękować mojej agentce Ethan Ellenberg za to, że mnie zechciała, Steve’owi Feldbergowi z audible.com, który dostrzegł w tej książce potencjał, oraz mojej redaktorce Betsy Mitchell.

Liczba osobników i beta-czytelników, którzy przyłożyli do niej swoją rękę, jest wręcz oszałamiająca. Chciałbym wyróżnić zwłaszcza członków grup Ubergroup i Novel Exchange na scribophile.com.

Szczególne podziękowania należą się:

Sandrze i Kenowi McLarenom Nicole Hamilton Sheenie Lewis oraz mojej żonie Blaihin.

I jak zwykle pozdrawiam członków forum snowboardingforum.com.

(...) ale jeśli omnie idzie, to trapiony jestem wiecznotrwałą tęsknotą za tym, co dalekie. Lubię żeglować po zakazanych morzach ilądować udzikich wybrzeży.

Izmael Herman Melville, Moby Dick

Część I

1. Bob, wersja 1.0

– Czyli... utniecie mi głowę. – Uniosłem brwi, patrząc na handlarza.

Prowokowałem go. Wiedziałem o tym, on o tym wiedział, ja wiedziałem, że on wie.

Uśmiechnął się szeroko, chętny grać w tę grę, póki ja i mój portfel słuchaliśmy go w skupieniu.

– Proszę pana...

– Jestem Bob. Proszę. Nie rozmawia pan z moim ojcem.

Handlowiec firmy CryoEterna, według przywieszki nazywający się Kevin, kiwnął głową i wskazał wielki plakat, przedstawiający w upiornych szczegółach procedurę kriogeniczną. Poświęciłem chwilę, by odnotować w pamięci garnitur od Armaniego i fryzurę za sto dolarów. Wyglądało na to, że w kriogenice jest kasa.

– Bob. Całego ciała nie ma sensu zamrażać. Pamiętaj, koncepcja jest taka, że czekamy na postęp w medycynie, żeby móc wyleczyć to coś, na co umarłeś. Kiedy będą cię w stanie ożywić, na pewno już dawno będą umieli wyhodować ci nowe ciało. Zresztą to będzie łatwiejsze niż próba doprowadzenia starego do porządku.

Brzmi od czapy, więc to może być prawda.

– No dobra, Kevin, kupuję to. – Spojrzałem na papiery, które przede mną rozłożył. – Dziesięć tysięcy zaliczki, roczne raty, ubezpieczenie...

Kevin stał cierpliwie, nie przerywając mi przeglądania tych informacji. Może i byłem upojony swoim świeżym pieniądzem, ale po ponad dziesięciu latach pracy jako inżynier i właściciel firmy nie potrafiłem zrobić niczego bez przejrzenia całej dokumentacji.

W końcu się nasyciłem. Podpisałem papiery, wypisałem czek i podaliśmy sobie z Kevinem ręce.

– Jesteś teraz klientem CryoEterna Inc. – powiedział, wręczając mi kartę. – Trzymaj ją przez cały czas w portfelu. W przypadku śmierci skontaktują się z nami. Kiedy zostanie stwierdzony zgon, my...

– Utniecie mi głowę.

– No tak. I zamrozimy ją, do czasu postępu w medycynie wystarczającego, by cię ożywić. W pakiecie informacyjnym są wskazówki, jak ustanowić fundację. – Podał mi grubą, jaskrawoniebieską teczkę w ledwie widoczne chmurki, z wielkim korporacyjnym logo. – Zaraz wydrukujemy oficjalne dokumenty i wyślemy pocztą na twój adres domowy. I na koniec: witamy w CryoEterna. – Po tych słowach znów wyciągnął rękę.

Jeszcze raz uścisnęliśmy sobie dłonie.

Wychodząc z biura CryoEterny, odtańczyłem drobny pląsik. Fundację już założyłem, ale nie chciałem dać Kevinowi do zrozumienia, że podjąłem decyzję, zanim się z nim spotkałem. Po co mu aż tak ułatwiać pracę. Nie byłem pewien, czy to jest sprytna inwestycja w przyszłość, czy kompletnie idiotyczna strata pieniędzy. Ale zresztą, co tam. Terasoft zapłaciło mi tyle za moją firmę software’ową, że byłem ustawiony finansowo do końca życia – a teraz nawet na dłużej.

Nie mówiąc już o znacznym podniesieniu mojej stopy życiowej. Na konwent science fiction Vortex jeździłem do Las Vegas co roku, odkąd zaczęli go organizować, ale tym razem nie zaliczałem się już do plebsu. Idąc pieszo dwie przecznice od biura CryoEterny, wyciągnąłem z kieszeni VIP-owską przepustkę i powiesiłem ją na smyczy na szyi. W porównaniu z normalnym biletem dawała mi masę dodatkowych przywilejów – dostęp do salonów wypoczynkowych, możliwość podejścia bez kolejki po autograf, zarezerwowane miejsca na panelach i parę innych. Kupiłem taką także dla Jenny...

No i masz. Wypowiedziałem imię Tej, Której Imienia Wypowiadać Nie Wolno. Stanąłem jak wryty na środku chodnika, zarabiając wrogie spojrzenia od ludzi idących za mną oraz wymamrotane przekleństwo od jakiegoś niedorobionego Dżedaja. Zacząłem się hiperwentylować, żeby powstrzymać atak paniki. Tym razem dojście do siebie zajęło mi tylko chwilę. To była kwestia praktyki. Wciąż zdarzało mi się parę ataków dziennie, ale to i tak było o wiele mniej niż tuż po rozstaniu. Coś jakby mieć zepsuty ząb – ciągle macasz go językiem, choć dobrze wiesz, że za każdym razem będzie bolało.

Świadomym wysiłkiem woli skupiłem myśli z powrotem. Wykorzystałem swoją VIP-owską przepustkę, żeby zarezerwować sobie miejsca na kilku panelach z rzędu, a pierwszy z nich zaczynał się za niecałe piętnaście minut. Eksploracja galaktyki, a jednym z prelegentów jest Lawrence Vienn – popularny i płodny autor fantastyki naukowej, którego pomysły właściwie ukształtowały współczesny styl tego gatunku.

Dotarcie do hali, gdzie był konwent, i znalezienie sali konferencyjnej zajęło mi raptem parę minut. Obsługa konwentu już usadziła wszystkich VIP-ów i już miała pozwolić wejść reszcie, gdy nadciągnąłem zdyszany, machając przepustką. Machnęli, żebym wchodził, ledwie zaszczyciwszy mnie spojrzeniem.

Udało mi się czystym fuksem zdobyć miejsce przy samym przejściu. Kiedy wbiegłem do sali, tuż przede mną ktoś wstał i ruszył do wyjścia. Nie mrugnąwszy okiem, wśliznąłem się na wolne miejsce, a kobieta obok wytrzeszczyła na mnie oczy. Pewnie pomyślała, że tamten typ przeszedł metamorfozę.

Odwróciłem głowę, by patrzeć, jak otwierają drzwi pospólstwu. Ludzie wlewali się do środka, aż trzeba było zamknąć drzwi albo narazić się na Gniew Strażaka Dyżurnego. Hotele w Las Vegas przeważnie mają dobrą klimatyzację – bo nikt nie chce mieć niezadowolonych czy rozkojarzonych klientów – ale masa uczestników stanowczo zbyt długo tkwiła w swoich przebraniach. Starałem się oddychać przez usta, licząc, że wentylacja to z czasem nadrobi.

Jak to na konwentach, poczyniono bardzo niewiele ustępstw na rzecz estetyki. Stoły i krzesła standardowe składane, a informacja o sesji wypisana na dużej białej tablicy. Czarnym mazakiem, pewnie dlatego, że kolorowy to już zbyt dużo wysiłku.

Nikomu to nie przeszkadzało.

Moderator, niski, okrągły czarny facet z wbudowanym na stałe uśmiechem, poprosił o uwagę.

– Dzień dobry, szanowne istoty. Dzisiaj wysłuchamy tutaj Lawrence’a Vienna... – spontaniczny aplauz kazał mu przerwać – ...który opowie nam o technicznych i ekonomicznych wymaganiach wysyłania sond w kosmos. Potem, dr Steven Carlisle... – znów owacja – ...będzie mówił o biologii życia pozaziemskiego. Zapowiada się znakomita sesja. Zatem bez zbędnych ceregieli: przed wami Lawrence Vienn.

Oklaski trwały parę minut. Lawrence przez cały czas uśmiechał się cierpliwie, od czasu do czasu machając widowni. Wreszcie się uspokoiły i rozsiadłem się wygodnie.

* * *

Obwąchałem ubranie, żeby się upewnić, czy nie przeszło zapachami z sali. Druga dyskusja była jeszcze bardziej cięta niż pierwsza. Gdyby dotyczyła czegoś innego, uciekłbym. Ale ten temat – sondy von Neumanna – był dla mnie jak wabik.

Zdecydowałem, że nie muszę się przebierać przed pójściem na obiad z moimi niedługo-już-byłymi pracownikami.

Wyszedłem z hali targowej i poszedłem do umówionej restauracji, uśmiechając się na widok toczącego się dookoła spektaklu. Konwenty science fiction zawsze rozlewały się na okoliczne ulice. Wszędzie było pełno szturmowców Imperium, Chewbakk i załóg USS Enterprise. Tłumy fanów wypełniały chodnik i przechodziły przez ulicę na dowolnie wybranym świetle. Widziałem co najmniej kilka dialogów na wystawione środkowe palce, czemu towarzyszyły propozycje natury autoerotycznej lub podróżniczej. Fantastycznie. Fani zapełniali też wszystkie restauracje przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale obsługa nie narzekała – świry przeważnie dają przyzwoite napiwki. Słyszałem za to, że kasyna były mniej zadowolone. Wychodzi na to, że fani fantastyki lepiej kumają prawdopodobieństwo.

Dotarłem do restauracji, nie tracąc żadnych części ciała, i odnalazłem moją grupę.

* * *

– Za Terasoft! – Carl uniósł kieliszek do toastu.

– Za Terasoft. – W odpowiedzi reszta zrobiła to samo.

Carl, Karen i Alan byli moimi pierwszymi pracownikami w InterGator Software. We wczesnych trudnych czasach okazali się lojalni i cierpliwi, a ja zrobiłem z nich udziałowców firmy. Moja aplikacja do projektowania i analizy konstrukcji rozwinęła się do produktu numer jeden w swojej niszy, bijąc w sprzedaży konkurentów w rodzaju Terasoftu.

Terasoft zareagował naprawdę imponującą ofertą przejęcia, więc teraz wszyscy cieszyliśmy się nagłym przypływem gotówki. Ta trójka może jeszcze będzie musiała zarabiać na życie, ale na pewno nie będzie musiała brać kredytów na domy czy samochody.

Zaprosiłem ich na tydzień do Las Vegas. Powiedziałem, że stawiam. Tylko Carl był chętny skorzystać z VIP-owskiej przepustki na konwent, reszta powiedziała, że jest zdrowa na umyśle – choć dla równowagi obwieściła, że chce zobaczyć każdy występ w Las Vegas, co do jednego. Jest ich kilka dziennie i wyglądało na to, że zbliżają się do punktu nasycenia.

– A ty, Bob, jak się trzymasz? – Carl spojrzał na mnie z uniesioną brwią.

– Nie najgorzej. Dzisiaj rano podpisałem umowę z CryoEterną...

Karen burknęła i odwróciła wzrok. Nie musiała nic mówić, już wcześniej bardzo jasno wyraziła swoje zdanie na ten temat.

Uniosłem brwi i ciągnąłem:

– Właśnie byłem na paru bardzo ciekawych panelach. Eksploracja galaktyki i Projektowanie sond von Neumanna.

Alan parsknął śmiechem.

– W ogóle jedno się z drugim nie łączy. Jezus. Inżynierowie.

– No tak, ale jak ty się trzymasz? – Carl spojrzał na mnie z ukosa.

Carlowi udawało się poruszać po trudnej ścieżce – być równocześnie pracownikiem i kumplem, a jednocześnie nie uchodzić za wazelinę. Uznałem, że należy mu się ta uprzejmość, i nie będę udawać, że nie zrozumiałem.

– Dużo lepiej. Epizody na tle Jenny mam może parę razy dziennie. Niedługo chyba nawet z powrotem dołączę do ludzkiej rasy.

– Ta kobieta to kretynka – mruknęła Karen. – Trzeba było przyjąć propozycję od twojej matki.

Parsknąłem śmiechem.

– Matka nie ma pojęcia, skąd wziąć płatnego mordercę. Raczej mi się nie wydaje. – Wyciągnąłem telefon i zerknąłem na niego. – Tak à propos, właśnie do mnie napisała. Muszę do niej zadzwonić, bo będzie słać kolejne SMS-y. Pod tym względem jest trochę jak Terminator.

– Czyli to genetyczne!

Udałem przesadzony śmiech, a Carl niezrażony odpowiedział tym samym. Po chwili machnął ręką i zmienił temat.

– W sumie to po to jechałeś na konwent, nie? Żeby zapomnieć o rozstaniu? No to jak było na tych panelach?

Karen jęknęła, a ja pochyliłem się i położyłem łokcie na stole.

– Naprawdę ciekawe. Doktor Carlisle teoretyzuje, że życie na różnych planetach o podobnych klimatach powinno być ogólnie dość zbliżone, może nawet nadające się do strawienia przez ludzi. Panspermia, rozumiecie. Wspólne biologiczne początki.

– Pierdoły jakieś.

– Nie, Alan, poważnie. Miał całkiem niezły argument za wspólną chemiczną podstawą życia. To nie będzie taka biozgodność jak w Star Treku, ale pewnie w obcym ekosystemie dalibyśmy radę się używić.

– Poczekamy, zobaczymy. A ten drugi? O sondach kosmicznych?

– Von Neumanna. Automatyczne próbniki, które powielają się w układach, do których przylatują. Okazuje się, że w kwestii replikacji nano jest passé i teraz rządzą drukarki 3D.

Carl kiwnął głową.

– Postęp technologii jak zwykle zostawia fantastykę w tyle.

– Że co? – zapytał zdziwiony Alan.

Carl i ja uśmiechnęliśmy się pobłażliwie. Alan nie był maniakiem nauki, mimo że skończył inżynierię oprogramowania. Wyjaśniając, gestykulowałem rękoma.

– Drukarki 3D widziałeś, nie? Do drukowania plastikowych części, protez, zabawek? – Kiedy kiwnął głową, ciągnąłem: – To teraz wyobraź sobie poziom wyżej. Niech umieją nadrukować dowolny pierwiastek, atom po atomie, według projektu. Wtedy teoretycznie mógłbyś wydrukować wszystko, co jest stałe.

– Czyli też części do kolejnych sond – dodał Carl – z pierwiastków, które znajdą w układach gwiezdnych, gdzie przylecą.

Alan zerknął na mnie.

– To możliwe?

– Ja kończyłem też fizykę. Alan, przecież wy o tym wiecie. Ja myślę, że to jest zupełnie możliwe. – Przerwałem na moment, by spróbować piwa, potem rozejrzałem się wokół. – A jeśli chodzi o inżynierię...

– Naprawdę dasz sobie zamrozić głowę?

Wszyscy odwrócili się do Karen.

– No i masz – mruknął Alan.

Łypnęła na Alana, potem na mnie.

– Kiedy cię ożywią... jeśli cię ożywią, to pewnie wszyscy ludzie, których znasz, dawno nie będą żyć.

– W tym Jenny... – dorzucił półgłosem Alan.

Karen znów popatrzyła na niego wilkiem.

– I co z tego? Twoja rodzina już nie będzie żyć. Przyjaciele, znajomi. Jak ty możesz się z tym pogodzić?

Patrzyłem na nią przez chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Karen, ja jestem humanistą. Wiesz o tym. Nie wierzę w życie pośmiertne. Jeśli umrę, to mam do wyboru ożywienie albo nic. Jestem więc skłonny podjąć ryzyko, że obudzę się w innym świecie.

Spojrzenie Karen stało się jeszcze bardziej piorunujące i już otwierała usta do riposty. Na szczęście kelnerka wybrała właśnie ten moment, żeby podać nam obiad. Owiał nas zapach hamburgerów, skarmelizowanej cebulki i frytek z octem. Zanim dania stanęły przed nami, napięcie się rozproszyło.

* * *

Zostawiając za sobą ślad z butów i ubrań, padłem na wielkie łóżko. Apartament prezydencki kosztował absurdalną kasę za dzień, ale samo to łoże było tego warte. Można się było do tego przyzwyczaić. O, tak.

Ustawiłem budzik, żeby nie przespać całego popołudnia, i wyciągnąłem telefon. Matka naprawdę będzie pisać i pisać, jeśli do niej nie zadzwonię.

Telefon na drugim końcu zadzwonił dwa razy, zanim się odezwała.

– Cześć, Robercie. To już rok minął?

– Ha, ha. Cześć, mamo. Dostałem SMS-a. Nie, nie potrzebuję opłacać kogoś, żeby załatwił tą-jak-jej-tam. Jestem na Vortexie i świetnie się bawię. No to pa.

Roześmiała się. Udawałem niecierpliwego i próbowałem zakończyć rozmowę, ale oboje wiedzieliśmy, że zostanę tak długo, jak ona zechce.

– U mnie wszystko dobrze, dzięki, że zapytałeś.

– A jak tam komary?

– U komarów też dobrze. Brakuje im ciebie i twojej delikatnej nordyckiej skóry. Co, w San Diego nie ma komarów?

– Nie tyle, co w Minnesocie. Między innymi dlatego się tu przeprowadziłem.

– Hmm. A co tam u ciebie, synu? Jeśli chodzi o tą-jak-jej-tam, to oferta stoi. Znam takich jednych...

– Dzięki, ale nie mam ochoty odwiedzać cię w więzieniu. – Westchnąłem. – Mamo, słuchaj. Ludzie zdradzają. To się zdarza. Jeszcze nie byliśmy małżeństwem. Źle by mi było, gdybym się dowiedział po ślubie. A tak nic mi nie jest. Naprawdę.

Da się wysłyszeć niedowierzanie? Matka nie odezwała się słowem. Może to był jej oddech. Wszystko jedno. Postanowiłem, że to dobry moment, by zmienić temat.

– A jak tam wszyscy?

– Z ojcem wszystko dobrze. Siedzi w warsztacie i ciągle próbuje uruchomić tę górę złomu. A poza tym twoje siostry przyjechały. One pamiętają, żeby odwiedzać biedną, chorą matkę. Dam Andreę. Chce z ciebie trochę podrzeć łacha.

– Dobra, daj ją. Potrzebuję, żeby ktoś wykopał spode mnie moje gigantyczne ego.

Nastąpiła jakaś stłumiona rozmowa, a potem:

– Cześć, malutki.

– Jestem starszy od ciebie.

– Nie o to mi chodziło.

Uśmiechnąłem się, słysząc ten głos i stałą wymianę zdań. Andrea, Alaina i ja byliśmy bardzo zżytym rodzeństwem. One były bliźniaczkami, ale w tym sensie, że urodziły się jednocześnie. Było pomiędzy nimi dosłownie trzydzieści centymetrów różnicy wzrostu, a Andrea nigdy nie pozwalała mi zapomnieć, że i ode mnie jest o trzy centymetry wyższa.

– No to jak tam w tej Dolinie Silikonowej, panie milioner? – Słyszałem uśmiech w jej głosie. Ćwiczyła ten skecz, odkąd pojechałem na zachód.

– Krzemowej, Andrea. Poza tym ona jest w San Francisco.

– Czytam o was na TMZ. Silikonowa i tyle.

– Coś widzę, że ból dupy ma tę moc...

Andrea parsknęła śmiechem. Jeszcze parę minut przerzucaliśmy się złośliwościami, dzieliliśmy nowinkami, a potem powiedziałem, żeby pozdrowiła ode mnie Alainę i tatę.

Dzięki Bogu za rodzinę. I dzięki Bogu za te kilkaset kilometrów odległości. Kiedy wszyscy byliśmy w domu, przeważnie mogłem wytrzymać z nimi jakieś pół godziny, po czym chowałem się w piwnicy. Zwykle dziesięć minut później schodził tam tato. Patrzyliśmy po sobie, przewracaliśmy oczyma, a potem bez dalszych słów siadaliśmy do swoich zajęć, czytania albo oglądania telewizji. I ojciec, i ja byliśmy z usposobienia samotnikami. Mogliśmy siedzieć w tym samym pokoju wiele godzin, nie wypowiedzieć choćby pięciu słów i czuliśmy się z tym doskonale. Matkę doprowadzało to do szaleństwa.

* * *

Zdziwiłem się, kiedy zadzwonił budzik. Nie planowałem zasypiać. Wyskoczyłem z łóżka i ubrałem się najszybciej, jak mogłem. Miałem się spotkać z ekipą na kolacji, ale chciałem też spędzić trochę czasu na konwencie. Vortex był jak trzydniowy wir pełen wariactwa, a ja chciałem wchłonąć go, ile tylko się da. Nie liczy się, że byłeś na konwencie science fiction, jeśli nie stratują cię cosplayerzy z Farscape, nie opieprzy cię co najmniej jeden pijany Vader i nie kupisz sobie tandetnego plastikowego filmowego rekwizytu, płacąc równowartość jego wagi w złocie albo i lepiej. Juhu!

* * *

Drzwi windy otworzyły się, wysiadłem do foyer. Odźwierny ukłonił się, kiedy podchodziłem, i przytrzymał mi drzwi. Jak zwykle nie byłem pewny: dać mu napiwek czy nie? Postanowiłem dać mu duży napiwek, kiedy będę wyjeżdżał. Na wszelki wypadek.

Kiedy wyszedłem z klimatyzowanego hotelu, vegaskie powietrze uderzyło mnie jak młotem. Przystanąłem, żeby przepuścić bandę marynarzy z USS Enterprise, paru Ferengich, dwóch Chewbacców i jednego szturmowca. Byli głośni, wojowniczy i ewidentnie spróbowali trochę za dużo ziemskiego alkoholu. Po paru sekundach niezbyt spójnej dyskusji skręcili i przeszli przez ulicę, mniej lub bardziej jako grupa.

Uśmiechnąłem się, pokręciłem głową, a potem pokonałem te piętnaście metrów dzielących mnie od przejścia dla pieszych. Aż tak mi się nie śpieszyło. Gdy byłem na środku przejścia, usłyszałem falę obelg, klaksony i piszczące opony.

Odwróciłem się do tych odgłosów i wszystko nagle zaczęło się dziać w zwolnionym tempie. Samochód objechał grupę, wychylony przez okno kierowca poruszał ustami. Odwrócił się, spojrzał na mnie i wytrzeszczył oczy. Zapiszczały opony, kiedy zablokował wszystkie cztery koła.

No, chyba sobie, kurwa, jaja robisz!

Błysnęło światło, poczułem niewyobrażalny ból...

* * *

Słyszałem jakieś głosy. Nerwowe, pośpiesznie wykrzykujące coś o jakichś kodach. Kogoś w tle, kto krzyczał, że ma prawo tu być. Coś o jakimś pełnomocnictwie i testamencie. Gniewne odpowiedzi. Spokojny głos, o wiele bliżej, oznajmiający moment zgonu...

Głosy i światła zbladły i nastąpił koniec świata.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.