Wszystkie te światy - Dennis E. Taylor - ebook

Wszystkie te światy ebook

Dennis E. Taylor

4,5

Opis

Pełne rozmachu i wyczekiwane zakończenie trylogii, która wciągnęła widzów od pierwszego Boba.

Być świadomym statkiem kosmicznym - to powinna być niezła zabawa. Tymczasem Bob i jego klony, rozprzestrzeniające się po galaktyce od ponad stu lat, nie przestają pakować się w kłopoty. Zbudowali dość kolonii, by ludzkość nigdy w życiu nie wymarła. Lecz polityczne konflikty nie chcą wygasać, więc brazylijskie sondy nadal starają się tępić wszelką konkurencję. Jakby tego było mało, Bobowie wpakowali się w wojnę ze starszym i potężniejszym gatunkiem, który ma wielki apetyt i paskudny charakter. Rany po pierwszym starciu z Innymi jeszcze się nie zagoiły, a już stoją przed perspektywą decydującej bitwy mającej uratować Ziemię i kolonie. Bobowie są jednak mniej zdyscyplinowani niż stado kotów i niektórzy co młodsi bardziej interesują się własnymi lokalnymi problemami niż pokonaniem innych.

Wybawienie może jednak przyjść z niespodziewanej strony. Dwójka Bobów ósmej generacji znalazła coś w otwartej przestrzeni międzygwiezdnej. Coś, co wystarczy, aby uratować Ziemię i być może całą ludzkość. Aby tylko dowieźć to do Układu Słonecznego przed dotarciem Innych.

Trzecia część wielkiego hitu, który w anglojęzycznym świecie sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (480 ocen)
295
145
34
6
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
rrusiecki

Nie oderwiesz się od lektury

Oryginalny pomysł i świetne wykonanie, oto najkrótsze podsumowanie tej trylogii. Uczynienie bohaterem człowieka (a może już nie człowieka?) przeniesionego do maszynowego ciała już samo w sobie daje ogromne możliwości fabularne. Jeśli dodatkowo da się temu bohaterowi możliwość samoreplikacji i umieści go w świecie, w którym ludzkość staje na krawędzi zagłady, możliwości te stają się nieograniczone. A Dennis E. Taylor świetnie te możliwości wykorzystuje. Mamy więc tu wszystko: od podróży do gwiazd, po bardzo osobiste i „zwykłe” przeżycia. Mamy obce gatunki, które czasami okazują się bardzo ludzkie oraz ludzi, którzy choć są istotami z krwi i kości, potrafią okazać się bardzo nieludzcy. Całość napisana jest w sposób przejrzysty (co staje się tym istotniejsze, im więcej kopii głównego bohatera się pojawia), lekko i z humorem. Dodatkowym smaczkiem jest wiele nawiązań do popkultury, w szczególności książek, filmów i seriali sci-fi. Niektóre z nim są wprost wskazane, inne czytelnik odnaleźć m...
40
kajko2015

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo fajny cykl Mam nadzieję że na tym się nie skończy
00
IwoPiotr

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka szczeże polecam👍👍
00
Deneris

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajny trzeci tom.
00
KasiaSold

Dobrze spędzony czas

Ciąg dalszy Bobów.
00

Popularność




Podzię­ko­wa­nia

Podzię­ko­wa­nia

To była fan­ta­styczna jazda. Hobby, które zaczęło się jako akt odwagi, zmie­niło się w peł­no­eta­towy zawód.

Jak zawsze, chcia­łem tu wymie­nić i podzię­ko­wać wszyst­kim isto­tom i beta-czy­tel­ni­kom, któ­rzy pomo­gli tej książce – i serii – stać się rze­czy­wi­sto­ścią.

Podzię­ko­wa­nia dla:

Człon­ków grup Uber­group i Novel Exchange na scri­bo­phile:

San­dry i Kena McLa­re­nów

Nicole Hamil­ton

She­eny Lewis

Patricka Jor­dana

Trudy Cochrane

Anny Albo

…za czy­ta­nie brud­no­pi­sów i wcze­snych wer­sji.

Oraz dla:

Ethana Ellen­berga, mojego agenta

Steve’a Feld­berga z Audi­ble

Kat Howard, mojej wydaw­czyni.

(…) pozo­sta­wiam wiecz­ność Tobie, albo­wiem kimże jest czło­wiek, by miał żyć tak długo, jak Bóg jego?

Her­man Melville,Moby Dick (przeł. Bro­ni­sław Zie­liń­ski)

1. Kon­fron­ta­cja Bob, marzec 2224, Delta Eri­dani

1. Kon­fron­ta­cja Bob, marzec 2224, Delta Eri­dani

Dzi­koid wysko­czył ze swego lego­wi­ska z wście­kłym piskiem. Poru­szał się nie­sa­mo­wi­cie szybko jak na coś o tak krót­kich nogach. Dwóch mio­ta­czy kamieni odbie­gło na bok, jeżąc sierść na ple­cach i stro­sząc uszy w eks­cy­ta­cji. Reszta wbiła drzewce dzid w zie­mię i przy­ci­snęła je sto­pami. I cze­kała.

Tym razem nie byłem tylko obser­wa­to­rem. Wcze­śniej się dener­wo­wa­łem, teraz byłem wręcz prze­ra­żony. Czu­łem, jak sierść jeży mi się wzdłuż krę­go­słupa aż po czu­bek głowy. Powta­rza­łem sobie, że naprawdę jestem szes­na­ście tysięcy kilo­me­trów stąd, na orbi­cie. Nic to nie dawało. Oczy mówiły, że dzi­koid jest dzie­sięć metrów ode mnie i szar­żuje, jak się zdaje, z połową pręd­ko­ści świa­tła.

Wtedy wbiegł pro­sto na groty dzid. Wciąż to nie inte­li­gen­cja gwa­ran­to­wała u nich suk­ces repro­duk­cyjny. Dzidy ugięły się, ale wytrzy­mały, a zwierz wydał ostatni kwik i padł na zie­mię.

Ber­nie ostroż­nie się przy­su­nął i dźgnął go kilka razy. Nie docze­kaw­szy się reak­cji, zama­chał włócz­nią w powie­trzu i zawył:

– Łoooo!

Reszta unio­sła pię­ści i odpo­wie­działa:

– Ha!

No, w każ­dym razie tak to prze­niósł pro­gram tłu­ma­czący. Mowa Del­tan brzmiała bar­dziej jak gło­śne pochrzą­ki­wa­nia świń, jed­nak dla mnie pro­gram prze­kła­dał wszystko na ludz­kie odpo­wied­niki, wli­cza­jąc imiona i kolo­kwia­li­zmy.

Donald pokle­pał mnie po ramie­niu.

– Chodź, Rober­cie, pomo­żesz mi go przy­wią­zać.

Zwią­za­łem razem tylne nogi dzi­ko­ida, pod­czas gdy Donald zarzu­cał drugi koniec sznura na gałąź drzewa. Zanim pocią­gnął, przyj­rzał się temu, co zro­bi­łem, i wytrzesz­czył oczy.

– Ooo! Wygląda jak te cudaczne węzły Archi­me­desa. Gdzie ty się tego nauczy­łeś?

Oj.

– Eee… no, od Archi­me­desa, bo gdzie? On ma wiele dłoni tych węzłów. Parę udało mi się zapa­mię­tać.

Kiw­nął głową nie­zbyt zain­te­re­so­wany. Cią­gnę­li­śmy za linę, aż dzi­koid zawisł w powie­trzu – uwa­ża­łem, by użyć tylko siły na pozio­mie nor­mal­nego Del­ta­nina, tak by Donald wyko­ny­wał więk­szość tej pracy – po czym on wycią­gnął krze­mienny nóż i wykrwa­wił zwie­rzę. Reszta myśli­wych zaczęła śpie­wać O dzięki ci.

Po wszyst­kim przy­wią­za­li­śmy zdo­bycz do dwóch włóczni i ruszy­li­śmy z powro­tem do Came­lotu. Będzie uczta, a ja uwiel­biam gril­lo­wa­nego dzi­ko­ida. Szkoda tylko, że nie znają sosu bar­be­cue. Zasta­no­wi­łem się leni­wie, czy nie powi­nie­nem go wyna­leźć.

Śpie­wa­li­śmy zwy­cię­ską pio­senkę i chyba słabo się pil­no­wa­li­śmy. Dla­tego grupka Del­tan, która zastą­piła nam drogę, cał­ko­wi­cie nas zasko­czyła. Sta­nę­li­śmy z waha­niem, gdy wyce­lo­wali w nas dzidy. Była to nie tyle groźba, ile obiet­nica groźby.

Usły­sza­łem sze­le­sty za ple­cami i dotarło do mnie, że jeste­śmy oto­czeni. Rozej­rza­łem się ukrad­kiem. Było ich dwa razy tyle. Może i dali­by­śmy radę, ale nie na pewno. Bar­dzo moż­liwe, że pole­gali na zasko­cze­niu i tym, że nie zdą­żymy się obro­nić.

Mówiło się, że grupki z Caer­le­onu napa­dają na myśli­wych i zabie­rają im całą zdo­bycz. Albo przy­naj­mniej część. Wyglą­dało na to, że my zosta­li­śmy ich celem dnia.

Przy­wódca grupy – roz­po­zna­łem w nim nie­przy­jem­nego typa z Caer­le­onu, któ­rego imię tłu­ma­czyło się jako „Fred” – uśmiech­nął się paskud­nie.

– Nie­zły łup, Donald. Spory ten dzi­koid. Jeden udziec czy dwa to dla was żaden pro­blem.

Donald uniósł dzidę.

– Fred, tu jest cała kupa dzi­ko­idów. Co jest, nie idzie ci polo­wa­nie?

Fred odru­chowo zro­bił krok w tył, potem się opa­no­wał. Donald nie był tak wielki jak jego ojciec, ale też spory, z dużym zapa­sem. Ludzie rzadko mu się otwar­cie sta­wiali.

Nie­stety, na czele sta­łem jesz­cze ja, a mój android był zapro­jek­to­wany tak, żeby nie rzu­cać się w oczy – prze­ciętny wzrost, prze­ciętna budowa, prze­ciętny wygląd, taki del­tań­ski Pan Nikt. Nic dziw­nego, że Fred sku­pił się na mnie.

– A ty, kuzzi? Ty byś się podzie­lił zdo­by­czą? – Spoj­rzał z uśmie­chem na swo­ich kum­pli. Odpo­wie­dzieli uśmie­chami i przy­su­nęli się.

– Wiesz co, Fred – powie­dzia­łem. – Mam pro­po­zy­cję. Nachyl się, wsadź sobie głowę w dupę i napie­raj, aż cał­kiem znik­niesz. – Uśmiech­ną­łem się naj­nie­win­niej, jak umia­łem.

Śmieszki i chi­choty z naszej strony – oraz parę z dru­giej – powie­działy mi, że punkt dla mnie. Jasne, mia­łem za sobą giga­bajty ziem­skiej lite­ra­tury i fil­mów, z któ­rych mogłem czer­pać kre­atywne obe­lgi. W woj­nie na słowa Del­ta­nie byli prak­tycz­nie bez­bronni.

Donald rzu­cił mi szyb­kie, pełne zdu­mie­nia spoj­rze­nie. Chyba nie spo­dzie­wał się wspar­cia. Poka­zał zęby.

– Twój ruch, kupo dzi­ko­ida.

Fred łyp­nął na Donalda, potem na mnie, i odwró­cił się, jakby chciał iść.

Naprawdę, Fred? Taki stary numer?

Oczy­wi­ście. Nagle odwró­cił się i zamach­nął się na mnie. Mogłem prze­rwać, napić się popo­łu­dnio­wej her­batki i jesz­cze zdą­żyć zare­ago­wać. No dobra. Jestem kom­pu­te­rem. Ale i tak…

Odchy­li­łem się lekko w tył, tak, żeby pięść prze­szła mi przed twa­rzą. A gdy Fred obra­cał się dalej, ude­rzy­łem go pro­stym w… hmm, u czło­wieka to byłby splot sło­neczny. Sku­tek był jed­nak taki sam – Fred sap­nął i padł na kolana.

Teraz ich prze­waga spa­dła, a my mie­li­śmy Donalda. Nasi myśliwi wyszcze­rzyli zęby i zaczęli wyma­chi­wać dzi­dami.

Ruszy­li­śmy z Donal­dem naprzód, tamci się roz­stą­pili. Gdy mija­łem Freda, ten łyp­nął na mnie zło­wrogo.

– Kiedy tylko chcesz, kuzzi – powie­dzia­łem.

Nic nie odpo­wie­dział, bo wciąż z tru­dem łapał oddech.

W moim zacho­wa­niu był, to oczy­wi­ste, duży pro­cent zastęp­czej zemsty. Przez wiele lat byłem celem takich akcji i musia­łem zno­sić różne prze­śla­do­wa­nia. Jed­nakże racjo­nalna część umy­słu mówiła, że na Freda trzeba teraz uwa­żać.

Donald znów pokle­pał mnie po ple­cach. Zato­czy­łem się osten­ta­cyj­nie. Nie chcia­łem, by uznał mnie za kon­ku­renta.

Do wio­ski doszli­śmy w peł­nej czuj­no­ści. Żad­nych żar­tów, żad­nych śpie­wów. Dwóch myśli­wych ponio­sło zdo­bycz do umó­wio­nego dołu z ogniem, żeby ją tam podzie­lić. Ja skie­ro­wa­łem się do namiotu Archi­me­desa, lecz Donald poło­żył mi dłoń na ramie­niu i kiw­nął ręką, by iść z nim. Zaraz uświa­do­mi­łem sobie, że idziemy do Kręgu Rady.

W moich bada­niach nad Del­ta­nami szybko dostrze­głem jedną uni­wer­salną pra­wi­dło­wość – poli­tycy i przy­wódcy zawsze dbają przede wszyst­kim o sie­bie. Krąg Rady z rana pierw­szy miał słońce, a po połu­dniu był w przy­jem­nym cie­niu. Paru człon­ków Rady zawsze tam sie­działo, ewi­dent­nie po to, żeby wyglą­dać urzę­dowo, a do tego mieć wygod­nie.

Donald pod­szedł do Jef­freya, obec­nego przy­wódcy Rady, i cze­kał, aż ten go zauważy. Jef­frey był tro­chę kuta­fo­nem i lubił dać na sie­bie pocze­kać, żeby poka­zać, jaki jest ważny. Donald „przy­pad­kowo” sta­nął tak, że zasło­nił mu słońce i zaczął czy­ścić dzidę, cze­ka­jąc, tak że zaschnięte strzępy mięsa i krwi lądo­wały wokół Jef­freya. Ja patrzy­łem na boki i sta­ra­łem się zacho­wać powagę.

W końcu Jef­frey pogo­dził się z fak­tem, że prze­grał w kon­ku­ren­cji na igno­ro­wa­nie. Uniósł wzrok i gestem pozwo­lił nam usiąść. Usa­do­wi­li­śmy się wygod­nie, a Donald opo­wie­dział o naszym spo­tka­niu z bandą z Caer­le­onu.

Kiedy skoń­czy­li­śmy, Jef­frey się skrzy­wił.

– To już pra­wie cała dłoń takich napa­dów w ostat­nich trzech dło­niach dni. Dwóch ludzi dostało dzidą, kiedy nie chcieli oddać łupu. Muszę to poru­szyć na peł­nej Radzie. Coś trzeba zro­bić.

– Za każ­dym razem z Caer­le­onu? – zapy­ta­łem.

– Na to wygląda. Zostaw­cie to mnie. Zwo­łam Radę.

Donald kiw­nął głową Jef­frey­owi, wsta­li­śmy. Kiedy odcho­dzi­li­śmy, zapy­ta­łem go jesz­cze:

– Myślisz, że to jedna banda czy kilka?

– O Fre­dzie sły­sza­łem parę razy. Może są inne, ale głów­nie to ta jego grupa.

– I wszystko nie­dawno? Co się zmie­niło?

Donald patrzył przez chwilę w prze­strzeń. – Eee… chyba nic się nie zmie­niło. Raczej Fred zoba­czył, że może to wyko­rzy­sty­wać. Ale nie wiemy, co za tym wła­ści­wie stoi.

Szli­śmy przez chwilę w mil­cze­niu, a ja coś obmy­śla­łem. Spoj­rza­łem na Donalda.

– Mam plan. Damy radę zebrać ze dwa­na­ście dodat­ko­wych osób czy coś koło tego? Takich, co lubią komuś przy­wa­lić?

Donald wyszcze­rzył zęby.

– No pew­nie. Myślę, że dam radę takich zebrać.

Odpo­wie­dzia­łem uśmie­chem. Pora na parę cwa­nych tri­ków w ziem­skim stylu.

2. Prze­gra­li­śmy Howard, luty 2217, Wol­kan

2. Prze­gra­li­śmy Howard, luty 2217, Wol­kan

Brid­get otwo­rzyła drzwi ze zdzi­wioną miną. Nie dzwo­ni­łem, żeby uprze­dzić, i nie spo­dzie­wała się mnie dziś wie­czo­rem.

Już zaczęła mówić:

– Howard… co… – Zauwa­żyła moją minę. – Howard, co się stało? – Chwy­ciła mnie pod rękę i wcią­gnęła do środka.

– Prze­gra­li­śmy. Prze­gra­li­śmy i teraz zgi­nie miliard rozum­nych stwo­rzeń!

Opa­dłem na kanapę i ukry­łem twarz w dło­niach.

– Pawo­nisi?

Ski­ną­łem głową, nie mając zaufa­nia do wła­snego głosu.

– Rany, Howard. But­ter­worth wie? Bobo­wie cali i zdrowi?

Wes­tchną­łem i spró­bo­wa­łem się uspo­koić.

– Stra­ci­li­śmy masę Bobów, ale mają kopie zapa­sowe. Oczy­wi­ście to nie to samo. – Odwró­ci­łem się do niej i spró­bo­wa­łem się uśmiech­nąć pocie­sza­jąco. – Riker powia­do­mił Dextera, a Dexter prze­każe But­ter­wor­thowi, czy komuś, kto go tam teraz zastą­pił.

– Nam coś grozi?

– Bez­po­śred­nio nie. Inni wie­dzą tylko o Ziemi i Epsi­lo­nie Eri­dani. Ale pra­wie dwie­ście ukła­dów jest bli­żej GL 877 niż my. Wszyst­kie te światy są zagro­żone, póki ist­nieją Inni.

– A Pawo­nisi? Pod­czy­ty­wa­łam tro­chę bloga Jacques’a. Wyglą­dają na cie­kawy gatu­nek. Co się z nimi sta­nie?

Zamkną­łem na chwilę oczy, chyba licząc, że kiedy je otwo­rzę, będę w innym wszech­świe­cie. Nic z tego.

– Samego pro­cesu ni­gdy nie widzie­li­śmy, tylko skutki. Teraz będziemy patrzeć z pierw­szego rzędu. Inni wymor­dują Aste­ro­idami Śmierci całe życie na pla­ne­cie, potem wylą­dują mrów­kami i trans­por­tow­cami i wyzbie­rają z pla­nety i układu wszyst­kie metale. Oraz wszyst­kie trupy.

Musia­łem prze­rwać i wziąć głę­boki wdech. Oczy­wi­ście ciało andro­ida nie potrze­bo­wało w ogóle powie­trza, ale miało odpo­wied­nio reago­wać na emo­cje, a ja już nie­źle się nakrę­ci­łem.

– Jacques ma plan ura­to­wa­nia dwu­dzie­stu tysięcy Pawo­ni­sów, ale reszta nie­długo zgi­nie. Inni wymażą kolejny inte­li­gentny gatu­nek i kolejny pla­ne­tarny eko­sys­tem.

Odwró­ci­łem się twa­rzą do niej.

– Robimy dzi­siaj Zgro­ma­dze­nie, pomy­ślimy, czy da się coś zro­bić. Chcia­łem tylko na parę minut…

Brid­get objęła mnie i przy­cią­gnęła moją głowę do piersi. Usi­ło­wa­łem bez­gło­śnie pła­kać, nie mając kana­li­ków łzo­wych.

3. Wichrzy­ciel­stwo Mar­cus, listo­pad 2212, Posej­don

3. Wichrzy­ciel­stwo Mar­cus, listo­pad 2212, Posej­don

Potar­łem nos dwoma pal­cami, krę­cąc głową. Kal cze­kał cier­pli­wie na dru­gim końcu połą­cze­nia. Unio­słem wzrok i zoba­czy­łem, że Gina patrzy na mnie z drwiącą miną. Szybko wygła­dziła twarz, ale… jestem kom­pu­ter, pamię­ta­cie? Odpo­wie­dzia­łem pośpiesz­nym uśmie­chem.

– Co, Mar­cus, dalej nie­prze­ko­nany? – Kal prze­krzy­wił głowę w okienku wideo.

Wes­tchną­łem.

– Prze­ko­nany jestem od dawna, rozu­miesz, ja po pro­stu w to nie wie­rzy­łem.

Kal par­sk­nął śmie­chem.

– Oto koniec mitu, że kom­pu­tery są logiczne.

– Wal się. Kie­dyś byłem czło­wie­kiem.

Roz­par­łem się w fotelu i zasta­no­wi­łem nad wła­sną reak­cją. Kol­czatka wybrała wła­śnie ten moment, by wsko­czyć mi na kolana na obo­wiąz­kową por­cję dra­pa­nia pod brodą. Poświę­ci­łem jej nale­żytą uwagę, jed­no­cze­śnie roz­wa­ża­jąc, jakie mam opcje. Kal i Gina nawet nie zauważą tej mili­se­kun­do­wej pauzy w roz­mo­wie.

Kal był zastępcą guber­na­tora na Połu­dnio­wym Dywa­nie nr 3, a Gina śred­niej rangi ofi­ce­rem ochrony. Przez ostat­nie dwa lata zaprzy­jaź­ni­łem się z nimi. Kiedy poczu­li­śmy się wobec sie­bie swo­bod­nie, oboje zwie­rzyli się z nie­po­ko­jów doty­czą­cych nie­usta­ją­cego zwięk­sza­nia wła­dzy Rady.

– Dobra. Chyba możemy już przy­jąć, że Rada nawet nie udaje, że będzie kie­dy­kol­wiek orga­ni­zo­wać wybory. A przy­naj­mniej się do tego nie przy­kłada. To nie jest osta­teczny dowód na ich tota­li­ta­ryzm, ale cał­kiem dobry wskaź­nik. Gina lubi strze­lać do wszyst­kiego pod pierw­szym pre­tek­stem, ty, Kal, jesteś o wiele bar­dziej kon­ser­wa­tywny. Sam fakt, że też się przy­łą­czy­łeś, suge­ruje, że naprawdę jest bar­dzo źle.

Gina otwo­rzyła usta do ripo­sty, lecz Kal ją ubiegł.

– W naj­gor­szym razie, jeste­śmy daleko od prze­kro­cze­nia jakiej­kol­wiek gra­nicy. Jeśli Rada będzie miała nagły atak rozumu, okaże się, że nie zro­bi­li­śmy niczego nie­le­gal­nego. Czy nawet żenu­ją­cego. A poza tym tak, Mar­cus, zanim zro­bimy coś, czego się nie da cof­nąć, chcę się dobrze przyj­rzeć całej sytu­acji.

Poki­wa­łem uspo­ko­jony głową. Rada Admi­ni­stra­cyjna Posej­dona chęt­nie korzy­stała z moich usług, ale nie mia­łem żad­nych ofi­cjal­nych upraw­nień ani wła­dzy. Niech tylko zacznę spra­wiać pro­blemy, od razu mnie ode­tną. Nie żebym jakoś się tym przej­mo­wał. Chcia­łem prze­cież, żeby kolo­nia była samo­wy­star­czalna, choćby tylko dla­tego, by móc w spo­koju pra­co­wać nad swo­imi pro­jek­tami.

– Kal, a coś będzie­cie chcieli ode mnie? – zapy­ta­łem. – Już od dzie­się­ciu lat oddaję kolejne rze­czy wła­dzom. Jak przyj­dzie co do czego, nie jestem pewien czy zdo­łam prze­jąć choćby auto­fa­bryki.

– Jeśli przyj­dzie co do czego – odparł Kal – ty jesteś nie­wia­domą, czymś, czego Rada nie jest w sta­nie kon­tro­lo­wać ani opa­no­wać. Plan mini­mum: odwra­casz uwagę. Mak­si­mum: jesteś w sta­nie naro­bić im nie­złego stresu.

– Zawsze chcia­łem być upier­dliwy – odpo­wie­dzia­łem.

– Cel osią­gnięty. – Gina uśmiech­nęła się do mnie sze­roko. – Ale jesteś też osobą publiczną, łatwą do śle­dze­nia. Musimy uwa­żać na to, co robisz, a jest widoczne.

– Hmm. – Podra­pa­łem z namy­słem pod­bró­dek. – Parę rze­czy da się z tym zro­bić. Popra­cuję nad tym. A to, co robię publicz­nie, może robić za zmyłkę. – Teraz ja się do niej uśmiech­ną­łem. – Widzisz? Teraz już też tak myślę. Taj­nos Agen­tos. Spi­sek! Matko Boska.

Gada­li­śmy jesz­cze parę minut i zakoń­czy­łem połą­cze­nie. Roz­par­łem się i patrzy­łem w prze­strzeń, zasta­na­wia­jąc się nad opcjami. Jak więk­szość ner­dów, nie mia­łem natu­ral­nej skłon­no­ści do intrygi i podwój­nej gry. Ale widzia­łem parę pro­stych stra­te­gii utrud­nia­ją­cych życie komuś, kto pró­buje mnie śle­dzić. Już nie mówiąc, że byłaby to oka­zja do prak­tycz­nego wypró­bo­wa­nia mojego ulu­bio­nego pro­jektu.

Dobrze, chyba czas na oso­bi­sty występ. Nachy­li­łem się i zadzwo­ni­łem do Howarda.

4. Pre­ten­sje do świata Howard, listo­pad 2217, Wol­kan

4. Pre­ten­sje do świata Howard, listo­pad 2217, Wol­kan

Sie­dzia­łem, powoli popi­ja­jąc kawę, i patrzy­łem na prze­cho­dzą­cych ludzi. Wyglą­dało na to, że w cen­trum han­dlo­wym panuje cią­gły ruch. Ale w sumie Przy­czó­łek nie miał ich za wiele. No dobra, jedno. Pierw­szy Bob ni­gdy nie miał czasu, żeby przy­glą­dać się ludziom, a już w życiu nie dałby się przy­ła­pać na tym, że sie­dzi i nic nie robi. Ewi­dent­nie nie­śmier­tel­ność zmie­niała ogląd na pewne sprawy.

Sklepy z ubra­niami, z elek­tro­niką, spe­cja­li­styczne przy­bytki na przy­kład z akce­so­riami łazien­ko­wymi, spra­wiały, że czu­łem się jak w domu i jed­no­cze­śnie za domem tęsk­ni­łem. Cały zna­jomy widok zde­rzał się z pro­stym fak­tem, że jestem sie­dem­na­ście lat świetl­nych od Słońca, w ukła­dzie, który był pier­wot­nie domem Spo­cka. I na pla­ne­cie, która w fil­mo­wej wer­sji została znisz­czona, ale kogo to w ogóle?

Nie­mniej samo sie­dze­nie przy sto­liku i picie kawy spra­wiało, że to wszystko robiło się, no… banalne.

Brid­get miała nie­długo przyjść. Posta­no­wi­łem tu na nią pocze­kać, zamiast iść do biura i prze­szka­dzać. A na razie cie­szy­łem się, że mogę być jakimś przy­pad­ko­wym czło­wie­kiem.

Już idę.

Uśmiech­ną­łem się, czy­ta­jąc wia­do­mość na HUD-dzie. Spe­cjal­nie niczego kon­kret­nego na dzi­siaj nie pla­no­wa­li­śmy. Obiad, jakiś spa­cer, nic wiel­kiego.

Brid­get poja­wiła się dokład­nie kiedy dopi­łem kawę. Wsta­łem, poca­ło­wa­li­śmy się w prze­lo­cie. Ści­snęła moją rękę, po czym usia­dła.

– Głodna jestem strasz­nie. Może tu, w cen­trum han­dlo­wym coś zjemy?

– W cen­trum han­dlo­wym? – Unio­słem brwi. – Bim­browa baro­nowa powinna mieć bar­dziej wyra­fi­no­wane gusta. Zasza­lejmy. Może bron­to­bur­ger? Albo pój­dziemy na jakieś praw­dziwe jedze­nie?

Brid­get łyp­nęła na mnie zło­wrogo.

– Żebyś zapa­mię­tał: ja aku­rat lubię bron­to­bur­gery.

– No to bron­to­bur­gery – zde­cy­do­wa­łem.

Wsta­łem i pod­su­ną­łem jej ramię. Wstała i ujęła je z uśmie­chem – i z nie­znacz­nym dygnię­ciem.

Kiedy szli­śmy w ogól­nym kie­runku wybra­nej żar­ciowni, usły­sza­łem uwagę rzu­coną parę sto­li­ków dalej:

– Tylko trzy­maj mamu­się za rękę. – Ktoś to wypo­wie­dział pół­gło­sem i może nie mie­li­śmy tego sły­szeć, ale typ – prysz­czaty nasto­la­tek – się prze­li­czył.

Sta­ną­łem jak wryty i odwró­ci­łem się do niego, a Brid­get poło­żyła mi drugą dłoń na ramie­niu.

– Howard, naprawdę? Zważ, kto to mówi.

Spoj­rza­łem na gów­nia­rza, który szcze­rzył się do mnie. Jakieś sie­dem­dzie­siąt kilo po namo­cze­niu. Kon­tra android z reflek­sem kilka razy szyb­szym od ludz­kiego i podob­nie z siłą. Nie do końca równa walka. Zlu­stro­wa­łem go powoli od stóp do głów, par­sk­ną­łem śmie­chem i odwró­ci­łem się. Mam nadzieję, że dotarło.

Tym­cza­sem Brid­get cią­gnęła mnie za rękę.

– Jeść. Tam.

– Abso­lut­nie. Udajmy się zatem spo­ży­wać ciało obcego bron­to­po­dob­nego stwo­rze­nia.

Uśmiech­nę­li­śmy się do sie­bie i ruszy­li­śmy dalej, ale ten incy­dent nie dawał mi spo­koju. Brid­get miała teraz pod sześć­dzie­siątkę – bio­lo­gicz­nie, czas spę­dzony w hiber­na­cji się nie liczył. Ja nato­miast byłem zbu­do­wany na wzór Pierw­szego Boba, mają­cego trzy­dzie­ści jeden lat, kiedy zgi­nął na skrzy­żo­wa­niu w Las Vegas. Komen­tarz o mamusi nie­stety był mate­ma­tycz­nie poprawny.

Ale nie ma mowy, żebym drugi raz nara­ził Brid­get na coś takiego.

***

Wiek zupeł­nie nie stę­pił jej ape­tytu. Rzu­ciła się na bur­gera i frytki z zapa­łem nasto­latki. Ja jadłem w bar­dziej dys­tyn­go­wa­nym tem­pie, delek­tu­jąc się sma­kiem, ale nie potrze­bu­jąc kalo­rii. Ści­śle rzecz bio­rąc, to było mar­no­traw­stwo jedze­nia, ale robi­łem to tak rzadko, że chyba nie warto było się przej­mo­wać.

– Jak tam dzie­ciaki? – zapy­ta­łem, tro­chę po to, by spo­wol­nić tę masa­krę, a tro­chę dla­tego, że chcia­łem wie­dzieć.

Brid­get prze­łknęła, otarła usta ser­wetką i łyp­nęła na mnie.

– Ty mnie nie nabie­rzesz. Zawsze celu­jesz, żebym miała pełne usta.

Wyszcze­rzy­łem się bez skru­chy, a ona kon­ty­nu­owała:

– Rosie… no, pozna­łeś Rosie, to wiesz, jaka jest. Ma prawo do swo­jego zda­nia, a ty masz prawo do jej zda­nia. Tyle.

Ugry­zła kolejny kęs bronta i zmarsz­czyła się, zasta­na­wia­jąc się nad kolej­nymi sło­wami. – Chyba można powie­dzieć, że jej nasz zwią­zek nie pasuje. To nie zna­czy, że ona cie­bie oso­bi­ście nie lubi. Zna­czy… nie lubi cię tak samo, jak więk­szo­ści ludzi. Ale chyba wola­łaby, żebym się trzy­mała swo­jego gatunku. Pró­bo­wa­łam z nią o tym poga­dać, ale… wiesz…

Uśmiech­ną­łem się.

– Jest zda­nie Rosie i jest… a nie, wła­ści­wie to jest tylko zda­nie Rosie.

– No, dokład­nie. – Zachi­cho­tała. – Ale chcia­łam, żeby moje dzieci były nie­za­leżne. No to mam.

– Ostat­nio parę razy gada­łem z Howiem – doda­łem, dzio­biąc frytki. – Jest tro­chę bar­dziej zdy­stan­so­wany niż kie­dyś, ale wytłu­ma­czy­łem to sobie tym, że dorósł i prze­stał czcić boha­te­rów.

– Tro­chę tego też ma. Ale o wiele wię­cej samej Rosie. I ona cią­gle nie daje mi spo­koju.

Wzru­szy­łem ramio­nami.

– Brid­get, posłu­chaj. Wiele razy już mówi­łem: ty jesteś naj­waż­niej­sza. Jeśli powo­duję pro­blemy w rodzi­nie, życiu zawo­do­wym czy pry­wat­nym, to już mnie nie ma.

Brid­get odło­żyła żało­sne nie­do­bitki bur­gera i nachy­liła się do mnie. Popa­trzyła mi pro­sto w oczy – to był sygnał, by się zamknąć i słu­chać uważ­nie.

– Howard, moje związki to moja sprawa. Nikt wię­cej w tej spra­wie nie gło­suje. Kocha­łam Stéphane’a, a kiedy umarł, opła­ka­łam go, jak należy. Teraz odpo­wiada mi twoje towa­rzy­stwo. I twoje towa­rzy­stwo będzie, na prze­kór mojej córce-wre­do­cie i jakie­muś prysz­czer­sowi z cen­trum han­dlo­wego. Masz coś jesz­cze do doda­nia?

– Nie, kocha­nie. – Uśmiech­ną­łem się sze­roko, a ona prze­wró­ciła oczyma.

– No to świet­nie. – Otarła usta ser­wetką i rzu­ciła ją na resztki posiłku. – To chodźmy. Obie­ca­łam, że ci kupię parę lep­szych ubrań do powie­sze­nia na tym andro­idzie.

– Gro­zi­łaś.

– Co?

– Gro­zi­łaś, że mi kupisz.

Brid­get par­sk­nęła śmie­chem i pocią­gnęła mnie za rękę. Łaże­nie po skle­pach z ciu­chami. Nawet śmierć cię przed tym nie uchroni.

5. Zasadzka Bob, marzec 2224, Delta Eri­dani

5. Zasadzka Bob, marzec 2224, Delta Eri­dani

Unie­śli­śmy upo­lo­wa­nego dzi­ko­ida na włócz­niach, sta­ra­jąc się jak naj­le­piej uda­wać, że nic nie wiemy o tym, że inna grupa nas obser­wuje. Ja patrzy­łem w swoim wyświe­tla­czu HUD na obrazy z moni­to­ringu. Zde­cy­do­wa­nie mie­li­śmy publicz­ność, do tego licz­niej­szą: dwu­na­stu kon­tra sze­ściu. Nie mogłem mówić towa­rzy­szom cze­goś, czego nie mia­łem prawa wie­dzieć, ale mogłem być przy­go­to­wany na wypa­dek, gdyby tamci zro­bili coś nie­ocze­ki­wa­nego.

Kiedy ruszy­li­śmy z powro­tem do Came­lotu, nie mogłem nie zauwa­żyć, że moja grupa jest naprawdę, naprawdę kiep­ska aktor­sko. Każdy reży­ser teatralny by się zała­mał i rzu­cił papie­rami, sły­sząc te nad­mier­nie gło­śne uwagi wypo­wia­dane z prze­sad­nym naci­skiem.

A ja nie­po­trzeb­nie się przej­mo­wa­łem. Fred i jego banda pew­nie i tak w ogóle nie słu­chali. Zastą­pili nam cen­tral­nie drogę i zaszli nas od tyłu, dokład­nie tak, jak ostat­nim razem.

Fred popa­trzył na mnie, sto­ją­cego na czele, i uśmiech­nął się paskud­nie, jak to on.

– No, Rober­cie. Widzę, że zła­pa­łeś dla mnie obiad. I nie masz tego wiel­kiego przy­du­pasa, żeby cię obro­nił. Może się pobi­jemy, tak jak ostat­nio? Będzie faj­nie.

Prze­krzy­wi­łem głowę.

– Po pierw­sze, Fred, to ostat­nim razem Donald nie musiał mnie bro­nić. Po pro­stu: kiep­ski jesteś. A jeśli chcesz się pobić, to dziś jest świetna oka­zja.

Na te słowa, osiem­na­stu myśli­wych z Came­lotu, w tym Donald, wyszło z krza­ków za ple­cami bandy Freda. Grupa z Caer­le­onu sku­liła się w obron­nym geście. Paru spró­bo­wało usu­nąć się na bok i trzeba ich było szturch­nąć dzi­dami. Bły­ska­wicz­nie sku­pi­li­śmy ich w ści­słą gro­madkę.

Fred uśmiech­nął się szy­der­czo.

– Myślisz, że tak się obro­nisz? Nie zawsze będziesz wszę­dzie z kum­plami, kuzzi.

– Ty też nie.

Fred pod­sko­czył zbity z tropu.

– Co takiego?

– Sły­sza­łeś. Ja mogę cze­kać, obser­wo­wać… w końcu kie­dyś pój­dziesz się wysi­kać czy coś, bez kum­pli, co pil­nują two­jej dupy. – Nachy­li­łem się bli­żej. – I pode­rżnę ci gar­dło, a ty się nawet nie zorien­tu­jesz. – Zwró­ci­łem się do reszty grupy. – To samo doty­czy wszyst­kich. Idzie­cie na wojnę z nami, to do końca życia będzie się musieli pil­no­wać. Ja ni­gdy nie zapo­mi­nam. I ni­gdy nie wyba­czam.

Fred par­sk­nął krót­kim, ostrym śmiesz­kiem.

– Nie­zła gadka. Ale nic za nią nie stoi.

– Naprawdę? – Uśmiech­ną­łem się do niego i zanim zdą­żył zare­ago­wać, wal­ną­łem go w to samo miej­sce, co poprzed­nio.

Padł.

Oczy­wi­ście to nie była równa walka. Ja dzia­ła­łem z kom­pu­te­rową pręd­ko­ścią i zamiesz­ki­wa­łem ciało andro­ida o elek­tro­nicz­nych odru­chach, kil­ka­krot­nie sil­niej­sze od żywego Del­ta­nina. Ale tu nie cho­dziło o równą walkę. Chcia­łem, żeby prze­stali napa­dać na came­loc­kich myśli­wych. Żeby dotarło do nich, że sami też są śmier­telni.

Popa­trzy­łem po twa­rzach bandy z Caer­leon. Wyglą­dali teraz o wiele mniej bojowo.

– Dzi­siaj was puścimy, tylko z ostrze­że­niem. I bez włóczni. Następ­nym razem będzie o wiele bar­dziej bolało.

Kiw­ną­łem na paru chło­pa­ków, któ­rzy zaczęli zbie­rać dzidy. Teraz banda Freda była już poważ­nie zastra­szona i w ogóle nie sta­wiała oporu.

Kaza­li­śmy im iść, a sami zawró­ci­li­śmy do Came­lotu.

Donald ruszył koło mnie.

– Cho­lera, Robert, to było naprawdę nie­złe. Ale Freda się chyba tak łatwo nie znie­chęci.

– Masz rację. Ale jego zwo­len­ni­ków już tak. A ktoś taki jak Fred potrze­buje zwo­len­ni­ków. Mam nadzieję, że to pozbawi go zębów.

Donald kiw­nął głową i zaczął mar­szową pio­senkę. Wszy­scy dołą­czyli.

Chciał­bym być tak pewny sie­bie, jak uda­wa­łem.

6. Start Bill, sty­czeń 2223, Epsi­lon Eri­dani

6. Start Bill, sty­czeń 2223, Epsi­lon Eri­dani

Gar­field pokrę­cił głową z podzi­wem.

– Zupeł­nie jak te wyści­gówki z kre­skó­wek z dzie­ciń­stwa, które się skła­dały tylko z sil­nika.

Obrazy w okien­kach wideo istot­nie robiły wra­że­nie. Epsi­lon Eri­dani 1 zna­la­zła się na cał­kiem nowej orbi­cie wokół swo­jego słońca, oto­czona ośmiu­set pły­tami-holow­ni­kami. Mniej wię­cej milion kilo­me­trów dalej jej śla­dem sunął jeden z więk­szych eks­k­się­ży­ców Epsi­lona Eri­dani 3, oto­czony podobną liczbą holow­ni­ków.

Zbu­do­wa­nie całego tego sprzętu zajęło lata, a jesz­cze dłu­żej doj­ście, jak tym ste­ro­wać. Każda pla­neta miała czter­dzie­ści MSI kon­tro­lu­ją­cych pole napę­dowe, do tego jesz­cze każda z płyt miała wła­sną MSI.

A nad­zo­ro­wać każdą z pla­net miały moje naj­now­sze klony. Nazwali się Dedal i Ikar, co oso­bi­ście uzna­łem za tro­chę pre­ten­sjo­nalne. Ale co tam, to jest wolna galak­tyka.

Gar­field spoj­rzał na mnie z twa­rzą zaru­mie­nioną z eks­cy­ta­cji.

– Test na krótki dystans zakoń­czony. Duży mar­gi­nes błędu, ale wydaje się, że kon­struk­cja powinna dać radę z przy­śpie­sze­niami typu setki g.

Uśmiech­ną­łem się i roz­par­łem w fotelu.

– To chyba jeste­śmy mniej wię­cej gotowi.

Szybko pin­gną­łem Deda i Ikiego, zaraz wsko­czyli mi do wir­tu­alki.

– Dobra, chło­paki. Wszystko hula. Rozu­mie­cie, że to tro­chę lote­ria, nie?

Kiw­nęli gło­wami. Dedal odparł:

– Pew­nie, ale co szko­dzi spró­bo­wać? W naj­gor­szym razie się nie uda i nic się nikomu nie sta­nie.

– A i ja będę miał tro­chę świę­tego spo­koju, żeby popra­co­wać nad astro­fi­zyką – dodał z uśmie­chem Ikar.

Zaśmia­łem się. Iki oka­zy­wał się bar­dzo podobny do mnie tem­pe­ra­men­tem. Chęt­nie zosta­wiłby całą eks­plo­ra­cję i walkę innym, żeby sku­pić się na bada­niach.

Mia­łem dość ambi­wa­lentne uczu­cia co do samego klo­no­wa­nia. Oczy­wi­ście zawsze miało jakiś cel. Ale tych dwóch zbu­do­wa­łem do misji, która mogła się oka­zać samo­bój­cza. Nie naj­le­piej się z tym czu­łem.

Kiedy podej­mo­wa­łem decy­zję, wie­dzieli dokład­nie, co myślę. Patrzyli na mnie z żywym zain­te­re­so­wa­niem, bez cie­nia oskar­że­nia czy zło­ści. Stwier­dzi­łem, że pogo­dzę się z ich wer­dyk­tem.

Zawa­ha­łem się, i rozej­rza­łem po pokoju. To jedna z tych chwil, które nie­odwo­łal­nie zmie­niają twoje życie. Wszystko było gotowe. Wóz albo prze­wóz.

– Dobra, chło­paki. Doki dla waszych stat­ków są gotowe. Pod­łącz­cie się i w drogę. Powo­dze­nia!

7. Randka Howard, listo­pad 2217, Omi­kron-2 Eri­dani

7. Randka Howard, listo­pad 2217, Omi­kron-2 Eri­dani

Wyszli­śmy pod rękę z kina. Brid­get jak zawsze wyglą­dała fan­ta­stycz­nie. Odwró­ciła się, wyszep­tała mi coś do ucha, a mój mózg, jak zawsze, zmie­nił się w papkę.

– Bar­dzo poważ­nie wyglą­dasz, Howard. Ale naprawdę nie musia­łeś.

Wzru­szy­łem ramio­nami. Zmiana wyglądu andro­ida była banalną ope­ra­cją. Naj­waż­niej­sze to uni­kać sytu­acji, w któ­rych Brid­get będzie się czuła nie­zręcz­nie. Teraz mój optyczny wiek ide­al­nie odpo­wia­dał jej wie­kowi. Żeby zmie­nić temat, powie­dzia­łem:

– Nie­złe to było. Moda na te całe „kina” może ma jakąś przy­szłość.

– No tak, na Wol­kana wresz­cie dotarła cywi­li­za­cja. Następne w kolejce są dys­ko­teki.

– O, nie, pro­szę.

Oczy­wi­ście nie było tu kwit­ną­cej branży fil­mo­wej. Wol­kan był pod każ­dym wzglę­dem pla­netą na pogra­ni­czu i jego gospo­darka dopiero zaczy­nała sobie radzić z pod­sta­wo­wymi potrze­bami. Minie jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat, zanim roz­rywki staną się waż­nym seg­men­tem rynku.

Jed­nakże Hol­ly­wood, razem z jego sate­li­tar­nymi odła­mami i ducho­wymi pobra­tym­cami, wypro­du­ko­wało tysiące fil­mów róż­nej jako­ści i popu­lar­no­ści. A patrząc prag­ma­tycz­nie, wła­ści­ciele praw autor­skich byli daleko stąd i nie­mal na pewno nie żyli. Komuś w Przy­czółku w końcu przy­szedł do głowy ten genialny pomysł, żeby otwo­rzyć na miej­scu kino i pusz­czać po dwa zwią­zane tema­tycz­nie filmy w pakie­cie. Jak dla mnie, świetne to było. A i miej­scowa lud­ność, spę­dziw­szy więk­szość poprzed­niego życia w klau­stro­fo­bicz­nych i izo­lo­wa­nych enkla­wach, pode­szła do tego z wiel­kim entu­zja­zmem.

Dzi­siej­szy seans, dwa filmy o zom­bia­kach, miał wszyst­kie miej­sca zajęte. Widow­nia była gło­śna, miała swoje zda­nie i szy­der­czy sto­su­nek do akcji. Ale nikt nie wyszedł przed koń­cem.

Nachy­li­łem się.

– Mam chcicę na mózgi. Albo na sushi.

Brid­get par­sk­nęła śmie­chem i otwo­rzyła usta do odpo­wie­dzi, ale dokład­nie w tym momen­cie zabzy­czał jej tele­fon. Dwie sekundy póź­niej dosta­łem maila. Z biura koro­nera.

Prze­czy­ta­łem go na HUD-dzie i sta­ną­łem jak wryty. Brid­get unio­sła znad tele­fonu oczy pełne łez.

– Howard, nie…

***

– Zosta­wił dla pana ten list – powie­dział dok­tor Onagi. Prze­su­nął kopertę w moją stronę.

W odrę­twie­niu, jakby ktoś mną ste­ro­wał, pod­nio­słem ją i otwo­rzy­łem. Pod­su­ną­łem list Brid­get, żeby też mogła go prze­czy­tać.

Howar­dzie,

byłem ostat­nio u leka­rza, bo mia­łem pro­blemy z pamię­cią i myśle­niem. Wia­do­mo­ści nie były pocie­sza­jące. Wyglą­dało na to, że mam wyjąt­kową paskudną demen­cję, taką, która jest nie­ule­czalna. Dok­tor twier­dzi, że pro­ces jest już bar­dzo zaawan­so­wany.

Skon­tak­to­wa­łem się z kil­koma eks­per­tami i uzy­ska­łem opi­nię, że tego pro­blemu nie da się sko­ry­go­wać w opro­gra­mo­wa­niu. W tej sytu­acji zosta­nie upo­śle­dzo­nym poznaw­czo repli­kan­tem nie wydaje mi się już atrak­cyjną opcją.

Jedyną pozo­sta­jącą mi wol­no­ścią jest wol­ność wyboru spo­sobu odej­ścia.

Howar­dzie, byłeś mi dobrym przy­ja­cie­lem przez wiele lat. Nie zmie­niaj zda­nia o mnie przez tę moją decy­zję.

Z powa­ża­niem,płk w st. spocz. Geo­rge But­ter­worth

Brid­get roz­pła­kała się bez­gło­śnie, łzy pocie­kły jej po policz­kach. Ja wytrzesz­czy­łem w otę­pie­niu oczy na dok­tora Ona­giego.

– Jak…

– Neu­ro­tok­syna. Bez­bo­le­śnie i szybko.

– Da się go zeska­no­wać?

Dok­tor Onagi pokrę­cił głową.

– Nawet gdyby to było medycz­nie moż­liwe, on wyco­fał zgodę.

Kiw­ną­łem głową i wsta­łem.

– Dzię­kuję, panie dok­to­rze.

Brid­get osu­szyła oczy, wstała i wyszła za mną z gabi­netu.

***

Android Manny wciąż nie miał wbu­do­wa­nej moż­li­wo­ści pła­czu. A szkoda – to by mi ulżyło. Znów. Może trzeba pod­krę­cić prio­ry­tet temu zada­niu, cho­ciaż może lepiej, gdy­bym po pro­stu miał mniej powo­dów do łez.

Sie­dzie­li­śmy na kana­pie u Brid­get, tuląc się nawza­jem. Brid­get się wypła­ki­wała. Ja mia­łem nad­ro­bić zale­gło­ści w pła­czu, kiedy pój­dzie spać i wrócę do swo­jej VR-ki.

– Ludzie cały czas odcho­dzą – powie­dzia­łem w końcu, w prze­strzeń. Brid­get unio­sła głowę. Spoj­rza­łem jej w oczy. – Wiem, to nor­malne. Umie­rają dziad­ko­wie, rodzice, ludzie, któ­rzy byli przy tobie przez całe życie. W końcu umie­rasz i ty, i koniec. Ale kiedy jesteś nie­śmier­telny, masz to przez cały czas. Jeden cios za dru­gim.

– Mimo to pozna­jesz nowych ludzi – powie­działa Brid­get.

– Ale oni w końcu odcho­dzą. Po jakimś cza­sie, myślę, zaczy­nasz się bać nowych zna­jo­mo­ści. – Uśmiech­ną­łem się do Brid­get. Raczej blado. – Ja co do zasady jestem mniej wyco­fany od innych. Ale w tym przy­padku myślę, że to inni mają rację. Mię­dzy Bobami a isto­tami, które zaczy­nają nazy­wać „efe­me­ry­dami”, jest prze­paść. Nie bez powodu.

Brid­get przyj­rzała się mojej twa­rzy.

– Myślisz o mnie per „efe­me­ryda”?

– Mam cię za naj­waż­niej­szą we wszech­świe­cie. I wła­śnie w tym pro­blem. Któ­re­goś dnia umrzesz i znów będę sam. – Wes­tchną­łem i wsta­łem. – Prze­pra­szam. Strasz­nie dołu­jący dzi­siaj jestem. Chyba lepiej pójdę, żebyś mogła się wyspać.

Brid­get chwy­ciła mnie za rękę.

– Nie idź. Zostań. Po pro­stu. Nie chcę być sama.

Bez słowa sia­dłem z powro­tem i obją­łem ją. Poło­żyła mi głowę na barku i wes­tchnęła. Sie­dzie­li­śmy tak w mil­cze­niu, nie poru­sza­jąc się, nie roz­ma­wia­jąc. W któ­rymś momen­cie zauwa­ży­łem, że usnęła. To dobrze.

8. Rewo­lu­cjo­ni­ści Mar­cus, czer­wiec 2214, Posej­don

8. Rewo­lu­cjo­ni­ści Mar­cus, czer­wiec 2214, Posej­don

Trzeci raz unio­słem rękę, żeby zapu­kać. I ją opu­ści­łem. Przy­po­mnia­łem sobie, że Howard wspo­mi­nał o pro­ble­mie z tremą za pierw­szym razem, gdy publicz­nie poka­zał się w andro­idzie. Nie pamię­tam: nie uwie­rzy­łem mu albo po pro­stu nie potrak­to­wa­łem go poważ­nie. W każ­dym razie ktoś tu był komuś winny prze­pro­siny.

To miało być moje pierw­sze wystą­pie­nie pod posta­cią andro­ida. Po latach funk­cjo­no­wa­nia w okien­kach wideo i roz­mo­wach tele­fo­nicz­nych mia­łem w końcu spo­tkać się twa­rzą w twarz ze swo­imi naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi na tym świe­cie.

O ile uda mi się zapu­kać do drzwi.

Stęk­ną­łem, świa­do­mie zepchną­łem na bok wszyst­kie obawy i lęki, zapu­ka­łem trzy razy. Drzwi otwo­rzyły się od razu – wie­dzia­łem, że się mnie spo­dzie­wają, ale nagle wyobra­zi­łem sobie Kala cze­ka­ją­cego po dru­giej stro­nie z ręką na klamce, aż zbiorę się na odwagę.

– Ooo, wielki kom­pu­ter z nieba zniża się do wizyty u zwy­kłych śmier­tel­ni­ków.

Uśmiech­nął się do mnie. Mój android był takiego samego wzro­stu jak Pierw­szy Bob – metr osiem­dzie­siąt pięć – ale Kal góro­wał nade mną, jak nad pra­wie wszyst­kimi.

– Kal, się wal. Ktoś już jest?

Kal odsu­nął się na bok i zapro­sił mnie do środka.

– Denu i Gina. Vin­nie tro­chę się spóźni, ma jakieś sprawy z Radą.

Wsze­dłem do salonu w nie­du­żym miesz­ka­niu Kala. Było to nie­usta­ją­cym źró­dłem fru­stra­cji, że na pla­ne­cie, gdzie jest tyle miej­sca, ludzie muszą żyć w takim zagęsz­cze­niu. Oczy­wi­ście więk­szość pla­nety sta­no­wiła woda, ale dywa­nów – a teraz i pły­wa­ją­cych miast – było wystar­cza­jąco dużo, by ludzie mogli się tro­chę roz­rze­dzić. Upór Rady, żeby wszy­scy trzy­mali się razem, stał się ostat­nio źró­dłem ogól­no­pla­ne­tar­nego sprze­ciwu. Cie­kawe, w jakim stop­niu ten sprze­ciw był natu­ralny, a w jakim pomo­gli im obecni tutaj wichrzy­ciele.

Usia­dłem i stwier­dzi­łem, że Gina i Denu gapią się na mnie. Denu powie­dział:

– Cho­lera, robi wra­że­nie. Jak­bym nie wie­dział, Mar­cus, to w ogóle bym nie zwró­cił uwagi. Mega­re­ali­styczny.

Wzru­szy­łem ramio­nami.

– Kilku Bobów pra­cuje nad tym już od paru lat. To tylko ja późno się zała­pa­łem. Bo ten, wie­cie… mia­łem inne prio­ry­tety.

Gina i Denu kiw­nęli gło­wami, Kal prych­nął.

W tym momen­cie roz­le­gło się puka­nie do drzwi. Vin­nie wszedł, nie cze­ka­jąc, z wście­kłą miną. Wyraź­nie sprawa z Radą nie poszła dobrze.

– Bał­wany! Debile! – krzyk­nął. Wycią­gnął piwo z lodówki i opadł ciężko na kanapę.

– Vin­nie, daj spo­kój. Napij się i policz do trzech – rzu­cił Kal z uśmie­chem.

Vin­nie uniósł piwo w toa­ście.

– Prze­pra­szam. Ale wie­cie, jak jest z Radą.

– No więc…?

Otwo­rzył puszkę, jed­no­cze­śnie uno­sząc brew jak Spock i patrząc na Kala.

– No więc abso­lut­nie odmó­wili wpro­wa­dza­nia jakich­kol­wiek zmian w swo­jej poli­tyce. Pro­blem z morale spo­łe­czeń­stwa odrzu­cają jako „stra­sze­nie”. Jedyne, co z nich wydo­by­łem, to ruty­nowe powtó­rze­nie stan­dar­do­wej prze­mowy o „wszyst­kich za jed­nego”. – Opróż­nił pół puszki. – Bez otwar­tej groźby nie ustą­pią ani o krok. To jest wła­śnie przy­szłość, dro­dzy pań­stwo.

Gina odwró­ciła się w moją stronę.

– Widzisz, moca­rzu, to wła­śnie jest koniec. Powie­dzia­łeś, żeby wypró­bo­wać wszyst­kie poko­jowe alter­na­tywy. I chyba to się wła­śnie stało. Czas na zmianę wła­dzy. A skoro Rada cią­gle odkłada wybory, bo to ma „niski prio­ry­tet” i „odwraca uwagę od waż­nych spraw”, to powie­dzia­ła­bym, że ten spo­sób też skre­ślamy.

Potar­łem czoło dło­nią i zła­pa­łem się na tym, że patrzę na rękę w roz­tar­gnie­niu. Wra­że­nie było zupeł­nie inne niż w VR-ce, choć nie mogłem dojść, dla­czego wła­ści­wie. Odło­ży­łem jed­nak tę myśl na póź­niej, kiedy będę miał tro­chę wol­nego czasu.

Spoj­rza­łem na Ginę, wciąż cze­ka­jącą na odpo­wiedź.

– Hmmm… przy­znam, że wy wyczer­pa­li­ście alter­na­tywy, ale ja chyba jesz­cze nie. Słu­chaj­cie, ja naprawdę nie mam ochoty zosta­wać rewo­lu­cjo­ni­stą. W rewo­lu­cjach, choćby tak zwa­nych poko­jo­wych, zawsze giną ludzie. – Popa­trzy­łem im po kolei w oczy. – Lata­jące mia­sta są pra­wie gotowe do wiel­kiej pre­miery. Wydaje mi się, że to nimi wystar­cza­jąco potrzą­śnie, a nie trzeba będzie strze­lać do ludzi i wysa­dzać rze­czy.

– Ujaw­nisz to im jako groźbę czy zosta­wisz jako nie­spo­dziankę?

– Szcze­rze, Kal, to nie jest jakaś spe­cjalna groźba – odpo­wie­dzia­łem – przy­naj­mniej na papie­rze. „Zmień­cie podej­ście albo zbu­du­jemy lata­jące mia­sta”. Tro­chę bra­kuje przy­tupu, nie wydaje wam się?

Kal zachi­cho­tał ze smut­kiem.

– No, to prawda. Więk­sza groźba to będzie, jak już je oddamy i skutki zaczną być widoczne. A na razie Rada widzi tylko to, co chce widzieć.

– Ja myślę, że i tak trzeba spró­bo­wać – dodał Denu. – Powiedz im, a jak do nich nie dotrze, no to trudno.

Gina poszła do lodówki i wyjęła sobie piwo. Zama­chała nim przed Denu, zanim dotarło do niej, że z nie­otwar­tym gazo­wa­nym napo­jem tak się nie robi.

– Ale Mar­cu­sowi zależy na jed­nym: na unik­nię­ciu total­nej rewo­lu­cji, więc „no to trudno” to tro­chę za mało. – Potem odwró­ciła się do mnie: – A ty musisz być taką bladą dupą?

Denu i ja uśmiech­nę­li­śmy się do niej sze­roko. Stara dobra Gina, zawsze łagodna, zawsze ustę­pliwa.

– No dobra. – Kal rozej­rzał się po pokoju. – Czyli Mar­cus poroz­ma­wia z Radą i spró­buje ich prze­ko­nać, że ich tota­li­tarna linia jest nie do utrzy­ma­nia. Jeśli posłu­chają głosu roz­sądku, świet­nie. Jeśli nie, i tak jedziemy z naszymi mia­stami, bez ich ofi­cjal­nej zgody.

Wszy­scy poki­wa­li­śmy gło­wami. Nie był to super­im­po­nu­jący plan, jak na plany. Ale lep­szy niż otwarta wojna i strze­la­nie.

***

– To nie­do­pusz­czalne! – Spoj­rze­nie rad­nego Ben­bena w okienku wideo można by opi­sać jako pio­ru­nu­jące. Sta­ra­łem się powstrzy­mać od uśmie­chu. Powie­dzieć, że moja pro­po­zy­cja napo­tkała na opór, byłoby wiel­kim nie­do­mó­wie­niem.

Wtrą­cił się radny Mur­ray z dru­giego okienka.

– Dopiero zbli­żamy się do opty­mal­nego zgra­nia popu­la­cji z zapo­trze­bo­wa­niem na siłę robo­czą na poszcze­gól­nych dywa­nach i w mia­stach. Jeśli teraz ludzie zaczną się przy­pad­kowo prze­miesz­czać, albo nawet emi­gro­wać w inne miej­sca, nastąpi chaos. Nie wystar­cza nam ludzi do wszyst­kich nie­zbęd­nych zadań. Muszą miesz­kać tam, gdzie są potrzebni.

– Już nie wspo­mi­na­jąc – odpo­wie­dzia­łem – o kwe­stii, czy to w ogóle moral­nie do przy­ję­cia, mówić ludziom, gdzie mają miesz­kać i jaką pracę wyko­ny­wać.

– Mar­cus, tak mówi prawo.

Uśmiech­ną­łem się do rad­nego Bren­nana.

– To tylko obej­ście mojego argu­mentu. Może­cie sobie uchwa­lić, co zechce­cie, i mówić, że to prawo. Ale to nie sprawi, że to będzie moral­nie słuszne. I jest jesz­cze kwe­stia umowy, którą pod­pi­sa­li­ście z Rike­rem, zanim was tu wysła­li­śmy. Ona ustala…

– Ta umowa nie jest praw­nie wią­żąca – odparł Bren­nan. – Już nad tym gło­so­wa­li­śmy.

– Czyli może­cie sobie w każ­dej chwili prze­gło­so­wać, że każda umowa, która się wam nie spodoba, jest nie­ważna, a potem uchwa­lić wszystko, co zechce­cie. A reszta ma się temu po pro­stu pod­po­rząd­ko­wać, bo takie jest prawo, tak?

Mur­ray spoj­rzał na mnie, zadzie­ra­jąc nosa. Naprawdę. Dosłow­nie.

– To, że pan coś powie szy­der­czym tonem, to żadna ripo­sta, panie Johans­son. Myślę, że w tej kwe­stii mamy jasność. Żad­nych lata­ją­cych miast. Może kie­dyś, w przy­szło­ści, ale to my zde­cy­du­jemy, nie pan. – Rozej­rzał się, pew­nie oce­nia­jąc nasta­wie­nie innych rad­nych. – Wydaje mi się, że na dziś skoń­czy­li­śmy. Miłego dnia.

I wyłą­czył się. Po sekun­dzie czy dwóch pozo­stali radni zro­bili to samo.

Ja roz­sia­dłem się w moim biu­ro­wym fotelu i pokrę­ci­łem głową. Skoń­czy­li­śmy? A skąd. W Czło­wieku demolce jest taka scena, kiedy kapi­tan poli­cji nie potrafi sobie wyobra­zić, że ktoś może nie wyko­ny­wać pole­ceń. Reak­cja Rady pach­niała wła­śnie czymś takim.

Wysła­łem krótką wia­do­mość do Rady Rewo­lu­cyj­nej – Kala, Denu i Giny.

Spró­bo­wa­łem. Nie ustą­pili. Wygląda na to, że idziemy na ostro.

***

Naprawdę nie chcia­łem zaprzą­tać głowy Bil­lowi czy Rike­rowi. Albo nawet Bobowi. Każdy miał swoje pro­blemy. Podej­rze­wa­łem, że Inni w końcu staną się także moim pro­ble­mem, na razie jed­nak mia­łem lokalne zagad­nie­nia.

Spraw­dzi­łem aktu­alną pozy­cję swo­jego andro­ida. Po spo­tka­niu u Kala zała­do­wa­łem go do drona trans­por­to­wego i puści­łem na orbitę wokół Posej­dona. Potem skie­ro­wa­łem go na Zachodni Dywan 4 i kaza­łem dać znać, kiedy tam dotrze.

Zalud­nie­nie na dywa­nach na razie nie spa­dło. Zbu­do­wano tylko kilka pły­wa­ją­cych miast i Rada nie odczu­wała potrzeby prze­zna­cza­nia ich na cele miesz­kalne. Tylko nie­zbędny per­so­nel i prze­mysł. Kolejny powód, dla któ­rego spo­łe­czeń­stwo miało dość Rady. Kiedy po raz pierw­szy wybu­tlo­wa­li­śmy tu kolo­ni­stów, prze­wi­dy­wano, że będą miesz­kać na dywa­nach co naj­wy­żej przez dzie­sięć lat, stop­niowo prze­no­sząc się w tym cza­sie do pły­wa­ją­cych miast. Teraz, dwa­dzie­ścia lat póź­niej, dzie­więć­dzie­siąt pro­cent popu­la­cji Posej­dona wciąż żyło na dywa­nach.

Dosta­łem sygnał z drona i uśmiech­ną­łem się. Już po kilku dniach posia­da­nia wła­snego andro­ida zna­la­złem pre­tekst, żeby się nim przejść.

Uak­tyw­nie­nie go potrwało tylko chwilę i obu­dzi­łem się zawie­szony na sto­jaku. Otwo­rzy­łem drzwi ładowni i wysze­dłem na słońce.

Pogoda na dywa­nach prze­waż­nie nie była pro­ble­mem. Kolo­ni­ści celowo osie­dlili się głów­nie na tych dry­fu­ją­cych w stre­fie zwrot­ni­ko­wej. Przez cał­ko­wity brak lądów ocean Posej­dona podzie­lił się na pasma przy­po­mi­na­jące Jowi­sza. Każde z pasm róż­niło się, nie­wiele, ale wyraź­nie, tem­pe­ra­turą, eko­lo­gią, a nawet zaso­le­niem.

Czę­sto zda­rzały się tro­pi­kalne desz­cze, były jed­nak łagodne, cie­płe i krót­kie. Spo­ra­dyczne więk­sze burze dawało się zaob­ser­wo­wać z paro­dnio­wym wyprze­dze­niem, a dywany dys­po­no­wały oddzia­łem dro­nów mogą­cych je odho­lo­wać na bok.

Prze­sze­dłem na skraj lądo­wi­ska i wto­pi­łem się w ruch pie­szych. Nowa Geo­r­gia była pod każ­dym wzglę­dem małym mia­stem i ema­no­wała takim kli­ma­tem. Ludzie znali się nawza­jem, nikt się na oko nie śpie­szył, nie czuło się zatło­cze­nia, przy­naj­mniej publicz­nie. Taka już ludzka natura. A naj­więk­szy pro­blem ludzi miesz­ka­ją­cych tutaj? To, że nie mieli wyboru.

Wes­tchną­łem i ruszy­łem w przy­pad­ko­wym kie­runku. Nie mia­łem celu, chcia­łem się po pro­stu cie­szyć tym dniem.

Dzień wytrzy­mał pięć minut, zanim posta­no­wił się zepsuć.

Bzy­cze­nie w środku głowy zasy­gna­li­zo­wało roz­mowę przy­cho­dzącą. Meta­dane powie­działy, że to Kal. Ode­bra­łem, tylko na audio.

– Co tam?

– Radzie nie wystar­czyło, że po pro­stu powie­działa ci „nie”. Pod­jęli kroki…

– Ojej, kroki – prych­ną­łem. – Co zro­bili?

– Wyłą­czyli wszystko, co mogłoby nam posłu­żyć za zaopa­trze­nie. Poprze­no­sili wszyst­kie osoby, które mogłyby nam pomóc. W tym Ginę i Denu. I pozmie­niali har­mo­no­gramy wszyst­kich dru­ka­rek.

– Gina i Denu im ustą­pili?

– Na razie tak – odpo­wie­dział. – Na razie nie ma sensu im się sprze­ci­wiać. Po pro­stu będziemy dużo wię­cej gadać przez tele­fon.

– Hmm. A może wła­śnie o to cho­dziło? – Potar­łem w namy­śle brodę.

– O co?

– O pod­słu­chi­wa­nie, Kal. Jak będziemy roz­ma­wiać przez sieć, mogą nas moni­to­ro­wać.

– Ha. – Zamilkł na chwilę. – I oczy­wi­ście jeśli wpro­wa­dzą takie prawo, to będzie legalne. I tym samym etyczne.

– Coś w tym rodzaju. À pro­pos, powin­ni­śmy chyba się roz­łą­czyć.

– Jasne. Podej­dziesz?

– Dokład­nie, stary. Za pół godziny u cie­bie. – I roz­łą­czy­łem się, a potem zaj­rza­łem do swo­ich zapa­sów szo­pów. Jeśli Rada jest skłonna pod­słu­chi­wać roz­mowy, to może i nor­malne plu­skwy poza­kłada. Robi się poważ­nie.

***

– Co to, kur… – Kal otwo­rzył drzwi i odsko­czył.

Nie­zra­żony uśmiech­ną­łem się do niego sze­roko. Idąc, trzy­ma­łem szopy w kie­sze­niach, ale, jak Bobo­wie lubią pod­kre­ślać, my zbyt poważni nie jeste­śmy. Kil­ka­na­ście małych szo­pów peł­zało mi po ubra­niu, a jeden stał na mojej gło­wie i tań­czył.

– Twoja zło­śli­wość nie zna gra­nic. – Cof­nął się, krę­cąc głową.

Ze śmie­chem roz­ka­za­łem szo­pom spraw­dzić pokój.

– Minuta, dwie, nie wię­cej.

Szopy zbie­gły ze mnie i roz­pro­szyły się po pomiesz­cze­niu. W nie­całą minutę zna­la­zły trzy plu­skwy. Popa­trzy­li­śmy z Kalem po sobie w mil­cze­niu, oszo­ło­mieni. Roz­wa­żać teo­re­tyczną moż­li­wość to jedno, a zupeł­nie co innego – odkryć rze­czy­wi­stość.

Dwa szopy spo­koj­nie nisz­czyły pod­słu­chy, pod­czas gdy ich pobra­tymcy szu­kali dalej.

W sumie zna­la­zły tylko te trzy. Kal sap­nął gło­śno.

– Nie­wia­ry­godne. Brak wybo­rów, brak wol­no­ści wyboru i teraz to. Zde­cy­do­wa­nie już prze­kro­czy­li­śmy gra­nicę tota­li­ta­ry­zmu.

– Aha. Zosta­wię tu dwa szopy, żeby pil­no­wały, jakby ktoś pró­bo­wał pod­rzu­cić kolejne plu­skwy. I zaniosę resz­cie taki sam zestaw. Gina oczy­wi­ście się wściek­nie.

– Mar­cus, ona pra­cuje w bez­pie­czeń­stwie. Jeśli jest moni­to­ro­wana i o tym nie wie, to jest odcięta od infor­ma­cji. A to nie wróży dobrze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki