Nie pozwól mi zniknąć - Witkowska Aleksandra - ebook
NOWOŚĆ

Nie pozwól mi zniknąć ebook

Witkowska Aleksandra

4,9

297 osób interesuje się tą książką

Opis

Sophie ma dwadzieścia pięć lat, talent malarski i jedno marzenie – kochać i być kochaną. Gdy jej matka próbuje wydać ją za bogatego, wpływowego mężczyznę, dziewczyna staje przed dylematem – luksus bez uczuć albo wolność, która może kosztować ją wszystko.

Wybiera ucieczkę.
Jedna decyzja uruchamia jednak ciąg wydarzeń, których nie da się zatrzymać.

Przypadkowe miasteczko, noc pełna strachu i telefon, który miał być ratunkiem. W życiu Sophie pojawia się ktoś, od kogo zaczyna zależeć jej los – tajemniczy, intrygujący i niepokojąco niejednoznaczny mężczyzna.

Im dalej dziewczyna ucieka, tym mocniej zaplątuje się w grę pozorów, sekretów i kłamstw, w której nic nie jest tym, czym się wydaje.

Bo czasem największym zagrożeniem nie jest to, przed czym uciekasz… lecz to, kto podaje ci pomocną dłoń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 389

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,9 (14 ocen)
13
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agusia7890

Nie oderwiesz się od lektury

O MÓJ BOŻE , Petarda!! Jedno wielkie wow 🤯 POLECAM 🔥🔥
50
milena_books

Nie oderwiesz się od lektury

Ale to było dobre!! Tak bardzo czekałam na tę książkę i zdecydowanie przerosła moje oczekiwania! Autorka potrafi w emocje. To jest prawdziwy sztos! Tyle zagadek, tajemnic, wskazówek. Najlepszy dark romans jaki w życiu czytałam. Polecam wszystkim. Czytajcie, a na pewno nie pożałujecie ❤️
40
dagmar-11

Nie oderwiesz się od lektury

Matko kochana! Co to było? Moja głowa eksplodowała. 🤯😱 Już dawno nic mnie tak nie pochłonęło. Cały czas trzymała mnie w napięciu... Jest pod ogromnym wrażeniem pomysłu na tę historię. Gorąco polecam! ❤️‍🔥
40
andzelikagut

Nie oderwiesz się od lektury

Powiedzcie, że nie będziemy musieli długo czekać na drugą część 😭 Umrę jak nie dowiem się co będzie dalej
10
Justyna19913010

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna!
10



Nie pozwól mi zniknąć

Aleksandra Witkowska

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

Dedykacja

Prolog

Rozdział 1

Copyright

📖 Informacja o wersji demo

Lista stron

Strona 1

Strona 2

Strona 3

Strona 4

Strona 5

Strona 6

Strona 7

Strona 8

Strona 9

Strona 10

Strona 11

Strona 12

Strona 13

Strona 14

Strona 15

Strona 16

Strona 17

Strona 18

Strona 19

Strona 20

Strona 21

Strona 22

Strona 23

Dedykacja

Dla wszystkich, którzy kiedyś czuli się jak niepasujący fragment układanki. Którzy patrzyli na świat inaczej. Myśleli inaczej. Czuli inaczej.

Niech ta dedykacja będzie przypomnieniem, że właśnie to, co w nas inne, czyni nas wyjątkowymi. Pamiętajcie, że zawsze warto podążać własną drogą, choćby była najbardziej wyboista. Ryzyko bywa bezpieczniejsze od tkwienia w miejscu, w którym ciężko nam się oddycha.

Uwolnijcie się od wszystkiego, co Was tłamsi i odbiera Wam radość. Nie musicie dopasowywać się do narzuconego wzoru. Wolność jest cenniejsza od chwilowego, ulotnego spokoju. Prawdziwy spokój to spokój duszy.

Prolog

„To nie moje miejsce.”

Odkąd pamięta, zawsze stała

Na toaletce obok lustra.

[…]

Nudziła się wśród bibelotów,

Kurz wyłapując w suknię złotą.

Magda Fronczewska

„Laleczka z saskiej porcelany”

Klatka, choćby obsypana złotem i diamentami, zawsze będzie klatką. Serce, które wyrywa się ku wolności, bez przerwy, podświadomie lub nie, będzie o nią walczyć. Ptak na uwięzi nie osiągnie szczęścia. Strojne, odziane w szmaragdy kraty połamią mu skrzydła, gdy spróbuje się przez nie przecisnąć.

Niektóre podróże po prostu są nam pisane. Rzucimy dla nich wszystko. Wyrwiemy się do nich nawet wtedy, gdy po drodze przyjdzie nam się pokaleczyć.

~*~

Wpatrywałam się w błyszczący pierścionek na moim palcu i czułam potworne obrzydzenie. Przykuwał dziś uwagę wszystkich gości i tylko mnie doprowadzał do obłędu. Do granicy wytrzymałości, która groziła tym, że lada moment pęknie. Moje gardło ściskał niewidzialny sznur, który z każdą upływającą sekundą coraz mocniej zaciskał się na mojej tchawicy. Przepych zawsze rzucał się w oczy, podczas gdy prawdziwa wartość i piękno ceniły sobie cichość i nie były tak łatwo zauważalne. A już zwłaszcza nie przez tych, którzy nadrzędnej, a wręcz jedynej wartości w swoim życiu upatrywali w luksusie, bogactwie i pozycji.

Czyste złoto w odcieniu palladu nadawało mojemu pierścionkowi srebrzystego błysku. Dziś dowiedziałam się, że fachowo nazywa się to księżycowym blaskiem. Za cholerę nie wiedziałam czemu, ale najwyraźniej bogaci, wpływowi ludzie muszą sobie czymś zająć czas między sztywnymi bankietami i wymyślają takie dziwactwa. Cóż, biżuteria warta ponad pół miliona dolarów musiała zawierać w sobie jakieś fanaberie, które zachęcą tych snobów do otwarcia portfeli.

Podczas tego wieczoru już pięć razy usłyszałam od wścibskich ciotek mojego przyszłego męża, że powinnam być dozgonnie wdzięczna rodzinie Moore i okazywać to na każdy możliwy sposób. Wszak jako jedyna w tym gronie miałam na palcu pierścionek wart więcej niż dom moich rodziców i połowa firmy, w której pracował mój ojciec. Spytacie, dlaczego liczę wszystkie te epizody? Już wam wyjaśniam. To moja jedyna szansa na to, by tu nie zwariować. Między popijaniem likieru w kryształowej karafce a jedzeniem kaczki podanej na złotej misie to moja najciekawsza, choć bolesna rozrywka.

Moja zgarbiona postawa, smutne oczy i ponura mina nie były dobrą reklamą dla Moore’ów. Nie tego ode mnie oczekiwali. Nie tego oczekiwała moja matka, która parę miesięcy temu wepchnęła mnie w to bagno i nawet nie zauważała wzbierających pod moimi powiekami łez. A może po prostu nie chciała ich widzieć. Choć wiedziała, jak bardzo ceniłam sobie niezależność i wolność i jak daleko było mi do takiego świata, to wbrew moim uczuciom i najgłębszym pragnieniom zrobiła ze mnie marionetkę, za której sznurki każdy mógł pociągać, gdy tylko zechciał. Byłam temu winna, bo zgodziłam się na to. A teraz nie potrafiłam się z tego wyrwać.

Urocze ciotunie patrzyły mi na ręce, ale to moja matka najdotkliwiej oceniała każdy mój ruch. Ośmiokaratowy brylant wypalał mi skórę, lecz jedynie ja to czułam. Wokół mnie rozbrzmiewały głośne śmiechy. Goście tańczyli i się bawili, a ja wpatrywałam się tylko w jeden punkt. Miałam wrażenie, że jestem brudna. Przez ostatnie miesiące każdego dnia doznawałam upokorzeń, lecz dzisiaj było tak, jakby ktoś wgniótł mnie w ziemię i przydeptał podeszwą, żebym przypadkiem nie spróbowała się podnieść. Moje oficjalne przyjęcie zaręczynowe trwało w najlepsze, a ja nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. To nie był mój świat i za cholerę nie chciałam, żeby nim był. Mój przyszły mąż stał przy barze i w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Było mi coraz bardziej duszno. Czułam się tak, jakbym zrobiła się niewidzialna. Zupełnie jakbym włożyła dziś czapkę niewidkę. W dzieciństwie bardzo marzyłam o tym, by kiedyś taką zdobyć, a teraz, gdy marzenie się spełniło, wcale nie dało mi to radości. Otaczały mnie luksus, złote zastawy, najwytrawniejsze dania z różnych części świata i drogie wina, za które można byłoby wykarmić przynajmniej jedną wioskę w Afryce. Gardziłam tym. Moje ciało opinała markowa suknia z najnowszej kolekcji Armaniego. Buty Chanel lśniły na moich stopach i choć pięty mi krwawiły, zmuszałam się do zachowania pozorów i starałam się, by surowa mina nawet na moment nie zeszła mi z twarzy. Miałam wrażenie, że zostałam zaciśnięta przez kleszcze. W głowie mi szumiało. Wszyscy świetnie bawili się na moich zaręczynach, tylko nie ja. Ja byłam tu zbytecznym dodatkiem, który ciążył.

Z końca sali uważnie przyglądała mi się moja matka. Zadowolenie aż z niej kipiało. Tryskała szczęściem. Ona była dziś usatysfakcjonowana. Oto spełniała swoje marzenie. Niedługo jej konto zasilone zostanie pokaźną sumką. Zawsze pragnęła bogactwa, już za chwilę będzie miała możliwość się nim cieszyć. Oczy jej błyszczały, gdy przelatywała wzrokiem po przepełnionej przepychem sali. A ja się zastanawiałam, jak to jest, że choć jesteśmy ze sobą spokrewnione, to tak wiele nas różni. Byłyśmy zupełnie inne. Ulepione z innej gliny. Jako dziecko czasem myślałam, że może na mnie po prostu zabrakło już tego samego materiału. Nigdy z nikim nie dzieliło mnie tak wiele, jak z moją własną matką.

Drgnęłam, gdy usłyszałam za sobą rozmowę moich dawno niewidzianych kuzynek. Zbliżały się w moją stronę, przez co nie byłam w stanie uciec przed ich natarczywymi głosami, wbijającymi się siłą do mojego umysłu.

– Ależ tu wspaniale! Matko, to przyjęcie jest cudowne! Ale ta nasza Sophie ma szczęście. James jest taki bogaty! – rozpływała się Kate.

Choć byłam do nich odwrócona tyłem, to oczami wyobraźni prawie widziałam, jak z zachwytu trzepocze tymi swoimi długaśnymi rzęsami.

– A jaką on ma posiadłość! Widziałyście? – wtrąciła się Sarah.

– Będzie miała dziewczyna łatwe życie, a i rodzinie to pomoże. Podniesie nasz status – wtórowała im Emma. – Zaczniemy się w końcu liczyć. Brat Jamesa obiecał mi, że po ślubie załatwi mi staż w jego klinice – chwaliła się szansą, którą właśnie dostała.

Przewróciłam oczami. Doskonale wiedziałam, w jaki sposób sobie to załatwiła, i na samą myśl robiło mi się niedobrze. Mój narzeczony i jego rodzina nie byli skorzy do robienia innym prezentów bez wyraźnej przyczyny. Mój układ z Jamesem był jasny i klarowny. Dotyczył tylko mnie i moich rodziców. Moje posłuszeństwo, właściwe zachowanie w towarzystwie i dbanie o zawsze perfekcyjny, nieskazitelny wygląd były warunkami, które miałam spełniać w zamian za opływanie w luksusy, takie jak dziś.

Odetchnęłam z ulgą, gdy głosy moich kuzynek zaczęły się ściszać. Dziewczyny oddaliły się i udały w stronę parkietu. Moje wytchnienie nie trwało jednak długo. Aż podskoczyłam na krześle, kiedy tuż przy mnie stanęła moja matka. Jej wściekłe, pełne nienawiści spojrzenie wwiercało się we mnie. Jej mina mówiła tylko jedno – była cholernie niezadowolona i przyszła mnie upomnieć. Uwielbiała to robić.

– Sophie, co ty wyrabiasz! – Chwyciła mnie za ramię, wbijając mocno palce w moją skórę.

Zacisnęłam usta, starając się nie pokazać po sobie bólu. Nie chciałam dać jej tej satysfakcji. Już dość miała przewagi. Górowała nade mną, a ja jedynie potrzebowałam teraz świętego spokoju.

– Rusz tyłek i idź do Jamesa. Nie siedź tu jak sztywna, nieżywa lalka.

Skrzywiłam się na ten przytyk. Czy nie tym właśnie dziś byłam?

– I zmień tę minę, na miłość Boską. Masz wyglądać na szczęśliwą narzeczoną, a nie wdowę na stypie.

Zagotowało się we mnie. Wyłącznie ona potrafiła w ciągu kilku sekund doprowadzić mnie swoimi dywagacjami do szału. Podniosłam się z krzesła i wyrwałam rękę z jej uścisku.

– Powinnaś najlepiej wiedzieć, że w sercu bliżej mi do stypy. Nie jestem tak dobrą aktorką jak ty.

Widziałam, jak jej twarz robi się coraz bardziej czerwona. Nawet drogi puder nie był w stanie zakryć teraz jej złości.

– To się tego naucz – wysyczała przez zęby, mierząc mnie lodowatym spojrzeniem, po czym wymierzyła we mnie palec wskazujący. – Ogarnij się, dziecko, bo wszystko stracisz. Nie bądź naiwną, głupią gąską. Taka szansa więcej ci się nie przytrafi. To i tak cud, że ktoś taki jak James zwrócił na ciebie uwagę.

Poczułam, jak kolejny tego wieczoru sztylet wbija się prosto w moje serce. Jako mała dziewczynka łaknęłam jej akceptacji i docenienia. Teraz wiedziałam już, że nigdy ich nie zdobędę. Moja matka była zimna jak lód. Nigdy nie była skora do okazywania mi miłości. Powinna przelać na mnie, jako na jedynaczkę, całe pokłady uczuć, jakie w sobie nosiła, ale nie zrobiła tego. Wręcz przeciwnie, przelała na mnie wszystkie swoje frustracje za to, że nie mogła mieć więcej dzieci.

Obie spojrzałyśmy w kierunku Jamesa, który właśnie do mnie podszedł. Gdy tylko matka dostrzegła go przy mnie, jej oczy natychmiast złagodniały i stały się potulne jak baranki. Znów perfekcyjnie odgrywała rolę kochającej rodzicielki.

– James, synku. Dobrze się bawisz? – Na dźwięk jej słów miałam ochotę zwymiotować.

Mój narzeczony nawet nie drgnął. Jego twarz nie przejawiała żadnych emocji. Czasami się zastanawiałam, czy w ogóle je odczuwał.

– Dobrze, dziękuję – oznajmił chłodnym tonem i przeniósł wzrok na mnie. – Poświęcisz mi chwilę? – spytał, zupełnie lekceważąc moją matkę.

– Zostawię was samych – stwierdziła od razu moja rodzicielka i pospiesznie się oddaliła.

Nie rozumiałam, jak za kasę mogła dać się tak sprzedać i robić wszystko, czego chcieli Moore’owie.

– Podoba ci się przyjęcie? – Głos mojego przyszłego męża rozbrzmiał echem w mojej głowie i od razu wyrwał mnie z chwilowych rozmyślań.

Zacisnęłam usta, by nie palnąć czegoś, czego będę potem żałować. Sama jego obecność wywoływała we mnie niezadowolenie. Nużył mnie i wkurzał jednocześnie. Nie było w nim nic ekscytującego. Gdyby nie liczba zer na jego koncie zapewne żadna z moich kuzynek nie zwróciłaby dziś na niego uwagi. Był sztywnym pracoholikiem, zamkniętym w świecie swoich biznesów. Nie miałam z nim nawet o czym rozmawiać. On nie rozumiał mojego świata, a ja jego. Łączył nas jedynie układ. Jego pieniądze w zamian za moje pełne oddanie i robienie ładnego tła dla jego interesów.

– Jasne – burknęłam i popatrzyłam w stronę sali.

Wolałam na niego nie zerkać. Jego zimne spojrzenie wpędzało mnie w jeszcze większe rozgoryczenie.

W co ja się wpakowałam? Dlaczego dałam się omamić matce i jej planom? Marzyłam o wyjściu za mąż z miłości, a nie z finansowych pobudek. Czułam się teraz jak sarna wrzucona w stado wygłodniałych wilków. Na czele tego stada stał mój przyszły mąż, James Moore. Szanowany biznesmen i najbogatszy miliarder w Alabamie.

Wzdrygnęłam się, gdy kątem oka zauważyłam, że się do mnie zbliżył. Jego oddech omiótł moją twarz. Przełknęłam ślinę. Jego bliskość od zawsze powodowała we mnie dyskomfort. Nie wiedziałam, jak przetrwałam z nim tych kilka intymnych zbliżeń, które mieliśmy już za sobą. Był przystojny, nie mogłam mu niczego pod tym względem ująć, ale kompletnie nie pociągał mnie jako mężczyzna. Wydawał się taki… zbyt doskonały. Jego zawsze perfekcyjnie ułożone włosy, wyprasowana w kant koszula i błyszczące, idealnie wypastowane buty doprowadzały mnie do obłędu. Zbyt schematyczny, zbyt przewidywalny. Nie wzniecał we mnie ognia. Płomienie gasły już w pierwszym momencie, gdy tylko mnie dotknął. Na szczęście nasz układ nie obejmował częstego seksu. Nie tego ode mnie oczekiwał. Miałam być jedynie jego ozdobą, a nie kochanką, z którą spędzałby namiętne noce.

Nasze intymne kontakty, jeśli w ogóle można je tak nazwać, nie miały nic wspólnego z cielesnymi doznaniami. Były jedynie mechanicznym aktem, który za każdym razem zaczynał się i kończył w taki sam sposób. Na próżno szukać tu porywów serca czy jakiejkolwiek przyjemności. Przynajmniej z mojej strony. Ja nigdy nie czułam niczego poza obrzydzeniem do samej siebie. Miałam farta, że okazał się krótkodystansowcem, inaczej nie zniosłabym tych zbliżeń. Kończył po kilku minutach, a ja w ukryciu pomagałam sobie sama, wyobrażając sobie przy tym bliskość i pieszczoty tego jedynego, który gdzieś tam w świecie na mnie czekał.

Gdy James mnie dotykał, czułam się brudna. Jego chłód i obojętność sprawiały mi ból. Przy nim nigdy nie byłam kobietą. Raczej meblem, który mógł przestawić z kąta w kąt. Oczywiście zawsze tam, gdzie tworzył dobre tło i nie stał mu przy tym na drodze.

Nie tak wyobrażałam sobie swoje przyszłe życie. Brak głębokiej więzi, brak uczuć, brak bliskości i brak namiętności. To już za chwilę miało stać się moją codziennością. A wszystko to w imię zachcianek mojej matki, która przez lata uzależniła mnie od siebie emocjonalnie i nauczyła się wywierać na mnie wpływ, któremu nie potrafiłam się przeciwstawić.

– Kiedy o coś pytam, to wiedz, że znam już odpowiedź. – Słowa Jamesa spowodowały, że mimowolnie odwróciłam twarz i spojrzałam mu w oczy. – Chcę ją jedynie usłyszeć z twoich ust.

Poczułam dziwny niepokój.

Co miał na myśli?

– Słucham? O czym mówisz? – Popatrzyłam na niego z uwagą.

Cholernie irytowało mnie to, że po jego mimice czy zachowaniu nigdy nie mogłam stwierdzić, co w danej chwili czuł. Był jak czysta, biała, niezapisana kartka, z której niczego nie dało się wyczytać.

– Nie bawisz się dobrze i to widać – stwierdził surowo. – Jeśli ja to zauważyłem, inni też mogą. Musisz wreszcie zrozumieć, że dziś wszystkie oczy nie są zwrócone na nas, lecz na ciebie. To ty wchodzisz do rodziny miliarderów. Nie odwrotnie. Pamiętaj o tym, zanim znów się zapomnisz i zaczniesz trzymać się na uboczu. Masz się uśmiechać i wyglądać na zadowoloną. Dobrze sprzedaj się na zdjęciach. Jesteś mi to winna. Twoja dzisiejsza kreacja kosztowała mnie więcej niż mój ostatni tygodniowy wyjazd do Europy. Wysil się chociaż na podziękowania.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo James minął mnie i bez słowa pożegnania podszedł do stojących przy barze braci. Patrzyłam na niego, tłumiąc łzy. Był dla mnie obcym człowiekiem, a już wymyślił mi przyszłe życie. Życie, którego nie chciałam. Miałam być jedynie jego ozdobą, lalką, która nic w tym świecie nie znaczyła. Zaplanował dla mnie los niemowy, która nie mogła wyrazić swojego zdania. Niespełnionej artystki, która już za moment będzie musiała odrzucić marzenia o malarskiej karierze. Zakazał mi malować, żebym „nie przynosiła wstydu jego rodzinie swoimi wybujałymi fantazjami”. Kazał mi zejść na ziemię i przestać bujać w obłokach. Jego zdaniem „takie bohomazy to żaden przejaw artyzmu, raczej przejaw zduszonych w sobie kompleksów”. Powtarzał mi to każdego dnia, a jego słowa zostawały ze mną, nawet wtedy, gdy zamykałam się wieczorami w pokoju i malowałam tylko dla siebie.

Chciał mieć obok siebie żonę, która będzie jego podłokietnikiem, na którym będzie mógł się oprzeć zawsze wtedy, gdy znudzi mu się jakaś pozycja w blasku kamer i fleszy. Oczekiwał ode mnie szybkiego macierzyństwa. Zależało mu na tym, żebym urodziła mu gromadkę dzieci. Dzieci, które z idealnie przystrzyżonymi włosami i w polakierowanych butach chodzić będą do prywatnej, luksusowej szkoły. Szkoły dla cholernych bogaczy.

Chciał, żebym zrezygnowała ze wszystkiego, co było częścią mnie jako osoby. Żebym stała się żywą kukłą. Miałam wyrzec się nawet moich ukochanych kwaśnych żelków, bo teraz jedyne, co mi przystoi, to sernik po wiedeńsku podany na złotej zastawie. A ja nie tego chciałam. Pragnęłam wolności. Marzyłam o tym, bym chociaż na chwilę mogła stać się liściem, który będzie mógł odlecieć, dokąd tylko zechce.

Od zawsze wierzyłam w miłość. Byłam niepoprawną romantyczką i wcale się tego nie wstydziłam. Próbowałam udowodnić mojej rodzinie, że istnieją małżeństwa zawarte z miłości, ale oni mnie nie słuchali. Wśród moich bliskich liczyły się tylko korzyści płynące z zawartego ślubu. Tak było od zawsze. Czasem się zastanawiałam, czy małżeństwo moich rodziców też nie było jedynie farsą pod publiczkę. Ja chciałam czegoś więcej. Pragnęłam spotkać szaloną, nieokiełznaną miłość, która wywróci moje życie do góry nogami. Poznać mężczyznę, który pokocha mnie prawdziwie. Za to, jaka naprawdę jestem. Który, gdy będzie trzeba, uderzy pięściami w moje serce i porwie mnie w nieznane.

Zamrugałam kilka razy, by nie pokazać nikomu, jak bardzo dziś czułam się złamana. Zamknięta w klatce cudzych oczekiwań, zbyt długo tkwiłam na bezdrożu, bojąc się wykonać krok ku wolności. Ta bierność i późniejsza niemoc odebrały mi wszystko. Nie miałam już odwagi, by pójść naprzód. Patrzyłam na Jamesa i na samą myśl, że miałabym zostać na zawsze uwięziona w tym świecie obok niego, cała dygotałam. Zachodziłam w głowę, jak to się stało, że się w to wpakowałam. Poznaliśmy się przez niefortunny traf. Wpadł na mnie na ulicy i niechcący oblał mnie kawą. Zaproponował, że w ramach rekompensaty za zniszczone ubranie odwiezie mnie do domu. Tamto nieszczęsne spotkanie zapoczątkowało całą późniejszą lawinę nieszczęść. Moja matka, gdy tylko się dowiedziała, z kim się spotykam, już nigdy mi nie odpuściła. Dla tak bogatego zięcia była w stanie nawet zaprzedać duszę. Robiła wszystko, żebyśmy zostali małżeństwem. Dzisiejsze przyjęcie uświadomiło mi, że dzieliły mnie od tego już tylko dwa dni. To był ostatni moment, by coś zrobić. Ostatni moment na to, bym mogła wyrwać się z tej mydlanej bańki, która doprowadzała mnie do szaleństwa i która już za chwilę miała wyssać ze mnie wszystką nadzieję na moje upragnione porywy serca.

Wpatrzona w tłum gości, nie zauważyłam nawet, kiedy pojawiła się przy mnie Josephine, moja przyszła teściowa. Burza jej wiśniowych loków przysłoniła mi widok, przez co od razu przeniosłam na nią wzrok. Dostrzegłam, że trzyma w dłoni upominkową torebkę.

– Sophie, nareszcie cię znalazłam. Mam coś dla ciebie – powiedziała tym swoim piszczącym głosem, na którego dźwięk prawie zawsze zgrzytały mi zęby.

Przyjrzałam się jej z niemałym zaskoczeniem.

– Dla mnie? – Popatrzyłam na nią nieśmiało.

Przy tej kobiecie zawsze czułam się gorsza. Mała jak mrówka. Ona była damą urodzoną w luksusie, a ja roztrzepaną artystką z chaosem myśli w głowie.

Uśmiechnęła się do mnie sztucznie. Nie wiedziałam, z czego to wynikało, ale zawsze potrafiłam odczytać intencje ludzi po ich uśmiechu. Uśmiech Josephine był najbardziej nieszczerym, z jakim się w życiu spotkałam.

– Wszystkim moim przyszłym synowym zawsze daję przed ślubem taki mały podarunek od serca. Za dwa dni ty i James będziecie małżeństwem. Staniesz się moją córką. – Od razu wyczułam, z jakim trudem te słowa przeszły jej przez gardło.

Mnie również na ich dźwięk zakręciło się w głowie.

– Słyszałam, że jesteś malarką. Pomyślałam, że ten upominek ci się spodoba. – Wyciągnęła w moją stronę torebkę z prezentem.

Chwyciłam pakunek i obdarowałam kobietę tak samo sztucznym uśmiechem.

– Dziękuję, to bardzo miłe, ale nie musia…

Przerwała mi.

– Cała przyjemność po mojej stronie – oznajmiła pewnie i jednym ruchem strąciła swoje błyszczące włosy na plecy. – Otwórz. Jestem ciekawa, czy ci się spodoba.

Zadrżało mi serce, ale wykonałam jej polecenie. Moje ciało zesztywniało, gdy wyjęłam z torebki małą porcelanową lalkę w szklanym słoiku, z pędzlem w dłoni.

– Gdy tylko zobaczyłam ją na wystawie, od razu o tobie pomyślałam. To szesnastowieczna porcelana. Bardzo trwały materiał. Kosztowała krocie, ale dla ciebie wydałabym nawet fortunę. W końcu już za chwilę wejdziesz do naszej rodziny. Od teraz musisz otaczać się drogimi przedmiotami. Dzięki temu łatwiej się z nami zasymilujesz.

Jej słowa sprawiły mi dziwny ból. Czułam, że chciała mi przez to powiedzieć, jak bardzo do nich nie pasuję. Wyróżniałam się i każdy widział, że niełatwo mi spełnić oczekiwania rodziny Moore. Nie byłam w stanie wtopić się w tło.

– Dziękuję. – Tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić.

Czasami cisza mówi więcej niż tysiąc słów.

Josephine skinęła mi głową, po czym zostawiła mnie samą i podeszła do jednego ze swoich synów. Nogi zrobiły mi się jak z waty. Zabawa trwała w najlepsze, lecz dla mnie czas właśnie się zatrzymał. Wszystkie głosy i inne dźwięki w mojej głowie nagle ucichły. Jedyne, co słyszałam, to nieprzyjemny pisk w uszach. Moje skronie pulsowały, a ucisk na sercu nie pozwalał mi nabierać swobodnych oddechów. Miałam ochotę wrzasnąć na całe gardło i wyrzucić z siebie wszystkie trudne emocje, lecz nie mogłam tego zrobić. Niemy krzyk wydobył się z mojej piersi. Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała w nierównym rytmie.

Stałam nieruchomo, wpatrując się w trzymaną w dłoniach lalkę. Byłam taka jak ona. Tak właśnie się teraz czułam. Zesztywniała, bez możliwości jakiegokolwiek ruchu i ucieczki. Uwięziona za szybą oczekiwań mojej rodziny. Zupełnie jakby zrobiono mnie z porcelany. Jeśli spróbuję oderwać się od podłoża, mogę się pokruszyć. Szkło, które mnie otaczało, rozbite podczas próby ucieczki porani moją skórę.

Ale przecież to nic takiego. Każdy wokoło myślał, że byłam wykonana z trwałego materiału, więc przetrwam wszystko. W końcu kosztowałam krocie. Cholerne banknoty w postaci luksusowej bielizny, drogiej sukni, tych pieprzonych lśniących szpilek i pierścionka, który palił moją skórę jak żywym ogniem, opinały moje ciało. Umierałam za życia. Choć na zewnątrz wyglądałam jak milion dolarów, to wewnętrznie gniłam i rozpadałam się. Do moich oczu napłynęły łzy. Starałam się być dziś silna, ale właśnie pękłam.

Musiałam wyjść na zewnątrz i się przewietrzyć. Tylko tlen mógł teraz oczyścić moje stargane emocjami myśli. Minęłam bar i stojącego obok Jamesa. Nie mogłam już na niego patrzeć. Każdy oddech sprawiał mi ból. Czułam się tu obca, całkowicie odrealniona. Wydawało mi się, że wszyscy dookoła mnie mówią jednocześnie. Ich rozmowy mnie przytłaczały, powodowały silny niepokój, zdawały się zbyt głośne. Ktoś przechodził obok, a ja byłam jak w transie. Zrozumiałam jeszcze dosadniej, że to nie moje miejsce

Wyszłam na taras i oparłam się o szklaną balustradę. Znajdowałam się na dwudziestym piętrze luksusowego apartamentowca. Rozpościerał się stąd idealny widok na panoramę pogrążonego w czeluściach nocy miasta. Birmingham z tej perspektywy wyglądało naprawdę zachwycająco. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam w ciemne niebo. Pragnęłam, by któraś z gwiazd wskazała mi drogę.

Żałowała tysiąca rzeczy. Tak wielu, że nie mogła iść do przodu, bo uginała się pod ich ciężarem. Była jak okręt, który nie może ruszyć w rejs, bo kotwica, tysiące kotwic, przykuwają go do dna morza.

Susan Dennard

Rozdział 1

„Ja go nie kocham”

Prawdziwa wolność pojawia się wtedy, gdy serce i rozum nie walczą ze sobą, lecz zjednoczeni współdziałają w poszukiwaniu własnej drogi. Kiedy niezależnie od okoliczności podejmują wspólną decyzję.

Bo ptak, który dopiero zaczyna uczyć się latać, nie zawsze musi być malutkim pisklakiem. Czasem dopiero stary gołąb odnajduje w sobie odwagę do szybowania wysoko w przestworzach.

~*~

– Chcesz zniszczyć sobie życie?! Co ci w ogóle przyszło do głowy, żeby myśleć o zerwaniu zaręczyn i to dzień przed ślubem?! – Wrzask mojej matki roznosił się echem po całym piętrze naszego niewielkiego domu.

Kilka stworzonych przeze mnie obrazów zatrzęsło się na sztalugach. Miałam wrażenie, że ściany mojego pokoju drgają pod wpływem jej krzyku.

Odkąd tylko odważyłam się wyznać rodzicom, że nie wyjdę za Jamesa, moja rodzicielka wpadła w prawdziwą furię. Swoim gniewem postawiła na nogi całe osiedle. Nic nie było w stanie jej uspokoić. Wiedziałam, że postępuję słusznie, dlatego nie zamierzałam się ugiąć. Już i tak zbyt długo pozwalałam na to, by kontrolowała moje emocje. Nie mogłam dawać sobą więcej pomiatać. Miarka się przebrała. Nie zamierzałam być dłużej marionetką w jej rękach. Pociągała za sznurki, jak chciała i kiedy chciała. Przez całe dwadzieścia pięć lat żyłam pod jej dyktando. To musiało się wreszcie skończyć. Moja matka musiała zrozumieć, że nie byłam jej niewolnicą i kurą, która będzie dla niej znosić złote jaja. Koniec z manipulacją i wzbudzaniem we mnie poczucia winy. Nie mogłam poświęcić całego życia i wszystkich moich marzeń dla jej próżnych kaprysów. James nie był mężczyzną, z którym chciałam się związać, a co dopiero za niego wyjść czy założyć z nim rodzinę. To nie była moja droga. To nie był mój świat. Pragnęłam od tego wszystkiego uciec, i to jak najszybciej, bo ślub miał się odbyć już jutro.

– Nie! Chcę wreszcie zacząć żyć! – krzyknęłam w końcu przez ściśnięte gardło, próbując przebić się przez jej wrzaski.

Serce dudniło mi boleśnie w piersi. Spod moich powiek po raz kolejny tego dnia popłynęły gorzkie łzy. Żal ściskał moje płuca, odbierając mi szansę na swobodny oddech. Jej reakcja dotkliwie mnie zraniła. Powinna mnie chronić, walczyć o mnie, tak jak robią to inne, prawdziwie kochające matki. A zamiast tego sama wpychała mnie w łapy faceta, dla którego znaczyłam mniej niż zeszłoroczny śnieg.

– Kompletnie zwariowałaś! – fuknęła z irytacją i uniosła wysoko dłonie. – Jak możesz mieć aż tak sprany mózg? Dziewczyno, opamiętaj się, zanim wszystko zniszczysz!

Każde jej kolejne słowo zadawało mi coraz to większy ból. Jej obojętność względem moich uczuć właśnie zabijała mnie od środka.

– Ale to ten ślub zniszczy wszystko. Zniszczy całe moje życie, rozumiesz? – wydusiłam, patrząc jej prosto w oczy.

Moja zapłakana twarz i zaszklone tęczówki nie robiły na niej jednak żadnego wrażenia. Wbiła we mnie zimne, bezlitosne spojrzenie.

– Wiedziałam, że jesteś odklejona od rzeczywistości, ale nie myślałam, że jesteś przy tym aż tak bezdennie głupia! – krzyknęła, mierząc mnie pełnym pogardy wzrokiem.

Tak, czułam to. W tym momencie mną gardziła. Chciałam zniszczyć jej plany na dostatnie, wygodne życie. Tylko to się dla niej liczyło. Ja i mój ból nie miały dla niej żadnego znaczenia.

– Oby to był tylko przedślubny stres. – Wymierzyła we mnie palec wskazujący. – Nie chcę więcej słyszeć o tych bzdurach.

Kolejny sztylet wbił się prosto w moje serce. Moje pragnienia i potrzeby były dla niej „bzdurami”, o których powinnam jak najszybciej zapomnieć.

– Ja go nie kocham… – wykrztusiłam w końcu cicho, przez łzy.

Mój głos drżał. Patrzyłam na nią, szukając na jej twarzy choćby cienia litości.

– To i lepiej. – Wzruszyła ramionami, zupełnie niezaskoczona moimi słowami. – Uczucia tylko ogłupiają. Do małżeństwa miłość nie jest potrzebna. Emocjami i miłosnymi uniesieniami się nie najesz. Wkrótce to zrozumiesz. Najważniejsze, że James zapewni i tobie, i nam godne życie. Doceń, że dostałaś tak wielką szansę, i przestań grymasić. Twoje fochy są tu zupełnie nie na miejscu. James mógłby mieć każdą dziewczynę, a zdecydował się na ciebie. Zamiast teraz tak histeryzować, mogłabyś lepiej spożytkować ten czas i na przykład zrobić mu niespodziankę po pracy.

Zmarszczyłam brwi.

– Co masz na myśli? – spytałam jedynie po to, by się upewnić, czy dobrze zinterpretowałam jej brutalną aluzję.

– Jak to co? Ogarnij się, przestań ryczeć, ubierz się w coś ładnego i biegnij do niego. Moglibyście zacząć starać się o dziecko. Ślub już jutro, nikt nie będzie plotkował o wpadce. A James oczekuje od ciebie szybkiej ciąży. Im szybciej w nią zajdziesz, tym lepiej dla ciebie. Kiedy dorobicie się dziecka, James nie pomyśli tak prędko o rozwodzie. A nawet jeśli, masz go w garści, bo będzie musiał płacić ci alimenty.

Stałam jak wryta. Z powodu silnych emocji nie mogłam się nawet poruszyć. Nie dowierzałam w to, co usłyszałam. Moja matka nie mogła być aż tak podła. Przecież, do jasnej cholery, w końcu łączyły nas więzy krwi! Nosiła mnie pod sercem przez dziewięć miesięcy. To niemożliwe, by była aż tak wyrachowana.

– Ty naprawdę chcesz, żebym urodziła dziecko facetowi, dla którego nic nie znaczę? – Słowa grzęzły mi w gardle.

Trzęsłam się teraz tak mocno, że miałam wrażenie, iż za chwilę rozsypię się tu na wiele kawałków. Moja matka jedynie skrzywiła się i pokręciła nerwowo głową.

– Jak ty nic nie rozumiesz! – burknęła. – Życie nauczy cię, co tak naprawdę jest ważne.

Coś we mnie pękło. Nie mogłam się dłużej hamować.

– Nie pozwolę ci, żebyś zrobiła ze mnie kogoś, kim nie jestem i nigdy nie chciałam być! Nie wyjdę za Jamesa i nigdy nie urodzę mu dziecka! Rozumiesz? Nie kocham go i nie zmarnuję sobie życia tylko dlatego, że ty tak postanowiłaś! Mam gdzieś pieniądze i wygody! To nie mój świat! Nie moje marzenia! Tylko twoje!

Krzyczałam, wyrzucając z siebie jedynie minimalną cząstkę emocji, które teraz tak bardzo mnie przygniatały. Wiedziałam, że gdybym miała wyrzucić z siebie je wszystkie, to nie starczyłoby mi na to życia. Zresztą, po co miałabym to robić? Czułam, że to i tak w żaden sposób nie ruszyłoby sumienia mojej matki. Ona już w głowie przeliczała dolary, które za chwilę przez moje poświęcenie miały wpłynąć na jej konto. W moim wnętrzu panował zamęt, ale w sercu tliła się nadzieja o nowym życiu, którego pragnęłam.

Twarz mojej rodzicielki zrobiła się cała czerwona ze złości.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić, smarkulo?! – krzyknęła na całe gardło i chwyciła mnie za ramię. Boleśnie wbiła paznokcie w moją skórę.

Zacisnęłam zęby, by nie pokazać po sobie, że w jakikolwiek sposób mnie to obeszło. Strach przed jej oceną przez całe życie mnie paraliżował. Teraz nareszcie musiałam zacząć myśleć o sobie i swoim szczęściu.

– Jesteś niewdzięczną gówniarą! – Potrząsnęła mną. – Przez całe życie ja i ojciec harowaliśmy dla ciebie. Robiliśmy wszystko, żebyś mogła skończyć szkołę i miała możliwość się uczyć. A ty tak nam się teraz odwdzięczasz? Chcesz, żeby ojciec przez ciebie dostał zawału? On już ma zamówione wymarzone, nowiutkie auto z salonu, a to wszystko dzięki Jamesowi! Naprawdę chcesz to wszystko zniszczyć?

Na moim żołądku zacisnął się niewidzialny sznur. Szantaż emocjonalny był tym, co moja matka potrafiła robić najlepiej. Przez tyle lat się na to nabierałam i dawałam sobą manipulować, ale nie tym razem. Teraz wiedziałam już, o co walczę. Dla mnie wolność była najcenniejszym skarbem. Nie chciałam jej utracić.

– I po co to wszystko robiliście? – wychrypiałam. – Na co były mi ta szkoła i dyplomy, skoro teraz chcecie, żebym została utrzymanką mężczyzny, który nie żywi do mnie żadnych głębszych uczuć? Czy właśnie tego powinni chcieć rodzice dla swoich dzieci? Czy wy kiedykolwiek pomyśleliście o mnie? Czy kiedykolwiek spytaliście, czego ja chcę, o czym ja marzę?

Potworny żal ściskał moje gardło. Nie liczyłam na to, że moja matka mnie zrozumie, ale chociaż chciałam to z siebie wyrzucić. Zbyt długo dusiłam w sobie ten ból. Zbyt długo czułam się jedynie tłem dla sukcesów i pragnień moich rodziców.

– Kocham malować, to moje życie! Właśnie tym od zawsze chciałam się zajmować. Doskonale o tym wiecie, ale nigdy, po prostu nigdy nie wspieraliście mnie w mojej pasji. Ba! Wy nawet nie pozwalaliście mi swobodnie malować! Bo przecież córka artystka to wstyd w rodzinie, prawda?

Puściła mnie i spojrzała na mnie z wściekłością. Całe jej ciało napięło się teraz do granic możliwości.

– Chcesz całe życie klepać biedę? Myślisz, że utrzymasz się z tych swoich pożal się Boże obrazów? Kto chciałby to kupić? Nawet złamanego grosza ci za to nie dadzą! – krzyknęła.

Była tak wzburzona, że nie przejmowała się nawet tym, że usłyszą ją sąsiedzi. Pod wpływem jej wrzasku jeden z moich obrazów wiszących na ścianie drgnął. Nie miałam ich tu zbyt wiele. Bałam się trzymać je w domu. Te, które były dla mnie najcenniejsze, ukrywałam poza zasięgiem wzroku mojej matki. Tylko z dala od niej mogły być bezpieczne.

– Odradzaliśmy ci to z ojcem, bo chcieliśmy ci oszczędzić jedzenia tynku ze ściany! – Oparła dłonie na biodrach, jakby chciała pokazać mi swoją przewagę.

Uwielbiała to robić. Uwielbiała czuć się lepsza ode mnie.

Wypuściłam powoli powietrze z płuc. Jej słowa sprawiały mi tak wielki ból, że z trudem przełykałam ślinę.

– Naprawdę chcesz sprzedać własną córkę? Za kilka nic niewartych srebrników? – Celowo zaakcentowałam ostatnie słowa.

Chciałam, by mnie zrozumiała. By dotarło do niej, jak wielki błąd popełnia. Nie oczekiwałam przeprosin. Wiedziałam, że nigdy by się na to nie zdobyła. Chciałam jedynie jej zrozumienia. Jej miłości. Przez całe życie tylko tego pragnęłam. Teraz wiedziałam już, że cokolwiek zrobię, jak wiele jej oczekiwań spełnię, ona nigdy nie okaże mi takich uczuć, jakich potrzebowałam.

Myślałam, że moje dobitne słowa coś w niej poruszą. Jednak gdy na jej twarzy pojawił się cyniczny uśmiech, poczułam, że właśnie wewnętrznie umarłam.

– Jesteś głupią i naiwną gąską. – Przewróciła oczami. – Zawsze taka byłaś. Nigdy nie doceniałaś tego, co masz. To małżeństwo może pomóc nam wszystkim! Cała nasza rodzina będzie mogła żyć na poziomie. Wiesz, że brat Jamesa załatwił jednej z twoich kuzynek, Emmie, staż w jego klinice? Twoja ciotka, Olivia, dogadała się z ojcem Jamesa i będzie dla niego aranżować ogród. Naprawdę chcesz wszystkich zawieść?

Moje serce przepełniła ogromna boleść, której nie byłam w stanie wytrzymać. W jednej chwili wszystko zrozumiałam. Moja matka, osoba, która powinna być mi w życiu najbliższa, tak naprawdę nigdy mnie nie kochała. Po raz pierwszy zebrałam się na odwagę i postanowiłam się jej przeciwstawić, powiedzieć o swoich uczuciach. Gdybym cokolwiek dla niej znaczyła, to na pewno by mnie zrozumiała. Nigdy nie chciałaby wydać mnie za mąż dla majątku.

Teraz miałam wszystko czarno na białym. Maski opadły, kurtyna poszła w dół. Widziałam ją w świetle prawdy, która miażdżyła moje wnętrzności. Ból, jaki odczuwałam w tym momencie, był nie do opisania. Całe moje życie okazało się jedną wielką farsą. Teatrzykiem wymyślonym przez moją matkę. Ja okazałam się dla niej jedynie dodatkiem. Pacynką, która miała odegrać swoją rolę. I to tylko po to, by mogła pławić się w luksusach. Zyskałam pewność, że nawet po moim dzisiejszym szczerym wyznaniu robiłaby to bez grama jakichkolwiek wyrzutów sumienia.

– Chcę, żebyś miała dobre życie! Więc zacznij mnie szanować i nie bądź bezczelna! – Odwróciła się na pięcie.

Nie wytrzymałam. Chwyciłam stojącą na biurku porcelanową lalkę za szkłem i z całej siły cisnęłam nią o podłogę. Prezent od mojej niedoszłej teściowej właśnie rozprysnął się na wszystkie strony. Moja matka poderwała się z miejsca i przyłożyła dłonie do ust. Widziałam, jak jej oczy z każdą upływającą sekundą coraz bardziej ciemnieją.

– O mój Boże, co ty zrobiłaś?! – W głosie mojej rodzicielki dało się usłyszeć prawdziwe przerażenie. – Ty przeklęta gówniaro! To był upominek od Josephine! Jak mogłaś go zniszczyć?!

– Nie chcę niczego od tej rodziny! – huknęłam, cała trzęsąca się z emocji.

Luźno puszczone wzdłuż tułowia dłonie mojej matki zacisnęły się w pięści.

– Ta stara, odklejona wariatka namieszała ci w głowie! – fuknęła.

Poczułam bolesne ukłucie w klatce piersiowej. Nie miała prawa tak mówić. Nie miała prawa niszczyć pamięci o jedynej osobie, która była mi przez całe życie bliska.

– Babcia jako jedyna mnie rozumiała! – krzyknęłam z goryczą w sercu i ruszyłam w stronę drzwi.

Matka chwyciła mnie za ramię i pociągnęła do tyłu.

– Nigdzie nie pójdziesz, smarkulo! – Ścisnęła palcami mój podbródek i uniosła go na wysokość swojej twarzy. – Jutro zawiozę cię do kościoła. Jeśli będę musiała, zrobię to nawet siłą. Nie pozwolę ci zaprzepaścić tak wielkiej dla nas szansy!

Wyrwałam się i odsunęłam się od niej. Po raz pierwszy miałam w sobie tyle odwagi. Teraz nie miałam już nic do stracenia.

– W takim razie będziesz musiała mnie najpierw zabić albo wyrwać mi duszę, bo nigdy w życiu z własnej woli nie powiem Jamesowi „tak”! Ucieknę prosto sprzed ołtarza i wtedy będziesz musiała sama ogarniać ten bajzel i poradzić sobie ze wstydem, który ci pozostanie – oznajmiłam bez wahania, patrząc jej prosto w oczy.

Moje usta drżały z nerwów, ale byłam nieugięta. Nie spuszczałam wzroku z jej twarzy.

– Jeśli to zrobisz, możesz od jutra nie nazywać się moją córką! – Ostry ton głosu mojej rodzicielki przeszył mnie do szpiku kości.

Zesztywniałam. Mój umysł zasnuła gęsta mgła. Poczułam się tak, jakbym znalazła się właśnie w krzywym zwierciadle. Miałam wrażenie zupełnego wręcz odrealnienia. Jej słowa były dla mnie jak uderzenie obuchem w głowę. Zawiodła mnie już nie raz, ale w tym momencie… wbiła mi nóż prosto w serce.

Nawet nie zauważyłam, kiedy zabrała klucz od mojego pokoju z biurka. Pędem ruszyła w stronę drzwi, a ja, gdy tylko się otrząsnęłam z rozmyślań, natychmiast instynktownie pobiegłam za nią.

– Jeszcze zobaczymy, kto wygra! – zagrzmiała i zatrzasnęła mi drzwi przed nosem.

Przekręciła klucz w zamku i zamknęła mnie w pokoju. Oblał mnie zimny pot. Ciągnęłam za klamkę i uderzałam z całych sił w drzwi, ale na nic się to zdało. Kroki mojej matki zaczęły się oddalać. Dotknęłam drżącą dłonią klatki piersiowej. Nie spodziewałam się, że posunie się aż tak daleko i postanowi mnie uwięzić. Nie wiedziałam, co jeszcze może przyjść jej do głowy. Była zdeterminowana i gotowa do walki o luksus, którego według niej chciałam ją pozbawić. Wiedziałam już, że moje uczucia zupełnie się dla niej nie liczyły. W tej chwili mogła być zdolna do wszystkiego. Była kobietą, która nie cofała się przed niczym, by osiągnąć swój cel. Nie sądziłam, że będzie mieć teraz jakiekolwiek skrupuły.

Cofnęłam się i opadłam na łóżko. Zakryłam twarz dłońmi, załkałam cicho. Prawie dławiłam się własnymi łzami. Gdy uniosłam nieznacznie wzrok i spojrzałam na wiszącą na drzwiach szafy suknię ślubną, drgnęłam. Ostatkiem sił spróbowałam uspokoić nierównomierny oddech. Zacisnęłam usta.

– O nie! Nie ma mowy! Po moim trupie!

Poderwałam się z łóżka i w pośpiechu zaczęłam szukać mojej torebki. Gdy tylko ją dostrzegłam, podbiegłam do niej i przerzuciłam ją ukosem przez ramię. Włożyłam swoje ulubione, wygodne trampki, po czym wygrzebałam spod biurka niewielki plecak i wrzuciłam do niego kilka najpotrzebniejszych rzeczy, wraz z dokumentami i pieniędzmi.

Musiałam jak najszybciej się stąd wydostać. Zanim się tu uduszę.

Podeszłam do okna i otworzyłam je na oścież. Wzięłam głęboki wdech, po czym ostrożnie wyszłam na parapet. W tej chwili dziękowałam losowi, że nie miałam lęku wysokości. Doszłam do ściany domu. Objęłam nogami rynnę, skrzyżowałam stopy i ześlizgnęłam się po niej w dół. Gdy tylko znalazłam się na ziemi, odetchnęłam z ulgą. Nie dowierzałam, że się udało, ale uznałam, że z wdzięcznością muszę przyjąć ten nagły przypływ życiowego farta. Chciałam, by był to dobry znak.

Podbiegłam do mojego opartego o płot roweru. Uniosłam stopkę i wskoczyłam na siedzenie. Nacisnęłam na pedały, po czym pospiesznie minęłam ogrodzenie. Ruszyłam w stronę głównej ulicy. Czułam, jak mocno bije mi teraz serce, ale nie oglądałam się za siebie. Nie interesowało mnie to, czy moja matka mnie zauważyła. Nie mogła już mieć nade mną kontroli. Dziś zrobiła wszystko, by wyrwać mnie z tego letargu, w którym tkwiłam przez lata. Wiedziałam już, że chcę innego życia. Biedniejszego, ale lepszego. Mojego.

Zjechałam z głównej drogi w stronę znajomej, piaszczystej szosy. Jeszcze kilka miesięcy temu była to moja stała trasa rowerowych wycieczek. Uwielbiałam tędy jeździć. Choć od domu babci dzieliło mnie ponad dwadzieścia kilometrów, nigdy nie doskwierał mi ból w nogach. Mięśnie nie dawały w kość, gdy serce rwało się do tak serdecznych spotkań. To był niezapomniany czas, który już nie wróci.

Wiatr we włosach wlewał w moje serce spokój. Włożyłam do uszu słuchawki od telefonu i włączyłam moją ulubioną playlistę. Kilometry uciekały mi bardzo szybko. Dziś miałam w sobie tyle mocy, że pędziłam tak, jakby podpięto mi do roweru silnik. Przejechałam przez znajomy, gęsty las i skierowałam się w stronę malowniczych pól. Co kilkaset metrów mijałam pojedyncze zabudowy niskich domów. Wokół mnie roztaczały się porośnięte słonecznikami duże, gruntowe działki. Słońce mocno grzało mnie w twarz. Żałowałam, że nie zabrałam ze sobą choć jednej butelki wody, ale cieszyłam się, że byłam już blisko celu. Lubiłam opuszczać Birmingham. Nie przepadałam za tym miastem. Wiązało się ze zbyt wieloma nieprzyjemnymi skojarzeniami. Minęłam kilka kolejnych domów, aż w końcu znalazłam się w niewielkiej, wydawałoby się nieco oddalonej od cywilizacji głuszy, którą tak uwielbiałam. Otoczyła mnie cisza, przerywana jedynie szelestem drzew i śpiewem ptaków. Czułam się niesamowicie wolna. Kochałam to uczucie.

Jechałam wąską ścieżką, prowadzącą wprost do malowniczej posesji mojej zmarłej babci, Flore. Zewsząd otaczały mnie teraz jeziora. Dźwięki dzikiej przyrody przywoływały miłe wspomnienia. Echo przeszłości dawało o sobie znać. Wyrzucałam sobie, że od tak dawna tu nie przyjeżdżałam. Po śmierci babci ciężko było mi się do tego zebrać. Teraz wiedziałam już, jak wielki błąd popełniałam. Tutaj, w otoczeniu tych majestatycznych krajobrazów, pozostawiłam cząstkę siebie. Cudownie było do niej powrócić.

Zjechałam ze ścieżki wprost na zarośnięty wysoką trawą teren. Zeskoczyłam z roweru i podprowadziłam go piechotą pod wysoką górkę. W końcu w oddali wyłonił się widok troszkę zaniedbanej, ale niezwykle urokliwej chatki nad jeziorem. Jak na skrzydłach ruszyłam w jej kierunku. Z sentymentem podziwiałam tak bliskie mojemu sercu rejony. Przeszłam z rowerem po drewnianej kładce nad wodą i stanęłam przed budynkiem z kremowej cegły. Po śmierci babci w domu nikt nie mieszkał. Nikt nie wiedział, że mam do niego klucze. Jeszcze przed tym, jak umarła, babcia dała mi jeden zapasowy zestaw. Kilka dni po pogrzebie dowiedziałam się, że nikt nie chce zająć się posesją. Przynajmniej tak twierdziła moja matka. Uważała, że nie uda się znaleźć nikogo, kto zechciałby zamieszkać na takim odludziu. Podejrzewałam, że babcia zapisała dom mnie. Gdy żyła, często o tym mówiła. Powtarzała, że kiedy odejdzie z tego świata, to miejsce będzie moją osobistą oazą. Cichym portem, w którym będę mogła tworzyć nowe dzieła, a przede wszystkim zaszywać się tu z dala od matki. Niestety żadna z nas się nie spodziewała, że tak się to skończy. Nie byłyśmy przygotowane na jej śmierć. Nie brałyśmy pod uwagę tego, że tak szybko odejdzie.

Teraz, gdy zostałam sama, nie miałam pojęcia, jak zdobyć prawa do tego miejsca. Nie miałam dostępu do spisanego przez babcię testamentu. Wszystkie dokumenty przejęli moi rodzice i nie dopuszczali mnie do nich. Od prawnika ojca usłyszałam, że sprzedaż na razie nie wchodzi w grę. Najpierw muszą zostać rozwiązane zawiłe sprawy spadkowe. Wiedziałam, że ten mężczyzna ewidentnie coś ukrywał. Twierdził, że babcia sporządziła dziwny zapis w testamencie, z którym spotkał się po raz pierwszy w karierze, i nie mogą się za to zabrać, zanim nie uregulują pewnych prawnych kwestii. Byłam pewna, że za tę zwłokę odpowiadała moja matka. Nie lubiła, gdy tu przyjeżdżałam. Uważała, że babcia miała na mnie zły wpływ. Flore była mamą mojego ojca. Moja rodzicielka nie utrzymywała z nią dobrych relacji. Były jak teściowe i synowe z kawałów, tylko w dużo bardziej antypatycznej wersji. Babcia była najbardziej wartościową i mądrą kobietą, jaką znałam.

Cholernie mi jej brakowało i bolało mnie, że nie mogłam uzyskać praw do tego miejsca. Zmarła kilka miesięcy temu, a ja wciąż nie umiałam pozbierać się po jej stracie. Stała się moją najlepszą przyjaciółką. Powierniczką moich sekretów. Bratnią duszą. Od nikogo nie otrzymałam w życiu tyle ciepła, co od niej. Jako jedyna wspierała moją pasję. Oddała mi nawet jeden z pokoi, który po jej namowach przekształciłam w amatorską pracownię. To właśnie w tym domu znajdowały się wszystkie najcenniejsze dla mnie obrazy, jakie namalowałam.

Wiadomość o tym, że babcia zmarła nagle z powodu udaru mózgu, poprzestawiała mój świat do góry nogami. Ona jako jedyna mnie rozumiała i jako jedyna naprawdę mnie kochała.

Oparłam rower o ścianę domu i przeszłam przez furtkę. Od razu zauważyłam, jak wiele się tu zmieniło. Gdy babcia żyła, bardzo dbała o ogród. Niestety teraz z jej kwiatów nic już nie zostało. Teren wokół ceglanego budynku porastały chwasty i wysoka trawa. Przedarłam się przez nie i weszłam na ganek, potem udałam się w kierunku wejścia. Przekręciłam klucz w zamku i lekko pchnęłam skrzypiące drzwi. Gdy znalazłam się w środku, moje serce zacisnęło się boleśnie. Znajomy widok kwiecistej kanapy i starych mebli spowodował, że natychmiast poczułam dotkliwą, żarliwą tęsknotę, której nie byłam w stanie niczym ugasić.

Za życia babci często u niej nocowałam. Prowadziłyśmy wtedy długie, wieczorne rozmowy, wspólnie gotowałyśmy, robiłyśmy owocowe przetwory na zimę i przeglądałyśmy rodzinne albumy. Flore uwielbiała haftować. Wiele mnie nauczyła. Obie miałyśmy w sobie coś z artystki.

Bardzo mi jej brakowało. Już nigdy nie będę dla nikogo tak ważna jak dla niej.

Instynktownie skierowałam się do kuchni. To w tym miejscu zazwyczaj się witałyśmy. Moje serce rwało się do tych spotkań, dlatego zazwyczaj wpadałam tutaj z takim rumorem, jakby wystrzelili mnie z procy. Dziś spokojnie oparłam się o futrynę drzwi. Omiotłam wzrokiem całą przestrzeń. Ostatni raz byłam tu kilka miesięcy temu, w dzień śmierci babci. W tym miejscu nadal czułam jej obecność. Oczami wyobraźni widziałam Flore krzątającą się między szafkami. Ubrana w ręcznie uszyty fartuszek w czerwone grochy, uśmiechała się do mnie zza wyspy. W powietrzu unosił się zapach świeżo upieczonej szarlotki. Obraz moich wspomnień ulotnił się, gdy niespodziewanie koło mojej twarzy przeleciała bzycząca mucha. Odgoniłam ją ręką i przyjemny widok zniknął. Wokoło mnie pozostała pustka.

Westchnęłam głośno i podeszłam do jednej z kuchennych szafek. Ostrożnie dotknęłam filiżanki w kwieciste wzory, jakby była największym skarbem, który teraz miałam. Flore uwielbiała robić nietuzinkowe napary ziołowe. Stała się w tym prawdziwą mistrzynią. Jej popisowa herbata lawendowa z wanilią smakowała jak żaden inny napój, którego dotąd kosztowałam. Uśmiechnęłam się do siebie, widząc za szklanymi drzwiczkami szafki schowany słoik z resztką tego wyjątkowego specyfiku. Pospiesznie zagotowałam wodę w czajniku i zalałam nią ukochany napar. Gdy tylko do moich nozdrzy dotarł znajomy zapach, poczułam na całym ciele gęsią skórkę. Moje oczy zaszkliły się łzami. Sączyłam herbatę z taką delikatnością i uważnością, jakby była ósmym cudem świata. Zresztą, rzeczywiście nim była. Wiedziałam, że piję ją po raz ostatni, dlatego tę chwilę przepełniała dla mnie swoista magia.

Wiedziałam, że już nigdy nie będzie mi dane doświadczyć tylu wspaniałości, które przeżyłam u boku babci. Ona jako jedyna rozumiała pragnienia mojej duszy.

Odstawiłam filiżankę na blat wyspy i usiadłam na zimnej terakocie. Podkuliłam nogi i oparłam brodę o kolana. Cichy szloch wydobył się z mojej krtani. Teraz mogłam sobie na to pozwolić. Byłam w domu. Płakałam, wyrzucając z siebie bolesne emocje. Moje życie okazało się jedną wielką farsą. Obłudą, w której jedyną prawdą, jaką miałam, było to miejsce. Dom mojej babci. Ta głusza, od której wszyscy tak uciekali, dla mnie była całym światem.

~*~

Późnym popołudniem wsiadłam na rower i pojechałam do najbliższego lokalnego sklepu oddalonego o ponad dziesięć kilometrów. Kupiłam świeże pieczywo i dwie butelki wody. W piwniczce Flore odnalazłam owocowe przetwory na zimę. Świeży chleb z jagodową konfiturą był dla mnie w tym momencie poezją smaków. Marzyłam o takiej normalności. O zwyczajnych drobiazgach, które sprawiały, że życie stawało się piękniejsze i dużo bardziej wartościowe.

Po zjedzonym posiłku udałam się do pracowni. Przebrałam się w moje ukochane dżinsowe, pochlapane farbą ogrodniczki. Włosy przewiązałam ulubioną czerwoną chustką. Nareszcie znów czułam się sobą. Otoczona płótnami i farbami, byłam jak w transie. W swoim świecie. Znów mogłam stworzyć nowe dzieło, nie bojąc się, że ktoś mi tego zabroni. Mogłam nakreślić kształt każdej chmury czy najdrobniejszego źdźbła trawy. Określić rozmiar drzew i fruwających po niebie ptaków.

Byłam artystką. Moja dusza rwała się ku wolności. Ku samospełnieniu, tworzeniu, zwiedzeniu świata. Nie chciałam rutynowego, schematycznego życia. Tej potwornej nudy, która zabiłaby we mnie pasję. Jako jedyna w mojej rodzinie wierzyłam w miłość. Nie chciałam wychodzić za mąż za byle kogo. A jeśli już, to na pewno nie za Jamesa Moore’a. Jeśli kiedykolwiek miałabym wziąć ślub, to tylko z kimś, kto będzie widział świat w podobny sposób jak ja. Z kimś, kto porwie moje serce. Chciałam drania, który będzie wart kochania.

Pragnęłam wyjść za kogoś, kto tak jak ja będzie cenił wolność. Wspólne poranki o wschodzie słońca i długie rozmowy po zachodzie. Kto tak jak ja będzie uwielbiał musujące wino i nie będzie marudził, że nie jest trunkiem z najwyższej półki. Kto będzie chciał czegoś więcej niż tylko spłodzenia gromadki dzieci, bo tak wypada. Nie chciałam stanowić tła dla męża, który nawet nie zauważył, kiedy zaczął po tym tle chodzić i je deptać. Nie chciałam być tylko cieniem mężczyzny, dla którego znaczyłam mniej niż jego zeszłoroczna kolekcja krawatów. Tak, kupował je co roku, zakładał na bankiety i wszystko odhaczał w tym swoim perfekcyjnym notesiku. Wszak nie mógł pozwolić na to, by widziano go z tym samym krawatem dwa razy. Wieszał je w szafie, jak trofea. A pierwszym trofeum, które zdobył, byłam ja. Byłam jego ozdobą. Byłam lalką, której nikt nie dostrzegał. No, może poza moją matką, ale to też tylko do momentu, gdy prosiła mnie o jakiś większy przelew.

Chciałam kogoś, kto wyrwie mi serce, włoży je do szklanej skrzyni i ułoży na miękkiej poduszce, dbając o nie jak o największy skarb. Chciałam kogoś, kto będzie tolerował moje wariactwa i dziwne nawyki. I nie każe mi się przy tym zmieniać. Za cholerę nie obchodziło mnie, co wypada robić w towarzystwie bogatych, a czego nie. Chciałam jeść moje ukochane kwaśne żelki i popijać je sproszkowaną oranżadą. Wyjmować rodzynki z sernika bez strachu, że ktoś krzywo na mnie spojrzy. Bo przecież sernik wiedeński powinien być podany na porcelanowym talerzyku z malunkami jak z epoki renesansu. Nie tego chciałam! Nie pragnęłam przepychu. Wręcz przeciwnie. Chciałam skromnego życia wśród moich obrazów, z kimś, kto naprawdę mnie pokocha.

To tak wiele?

Kolejne godziny uciekały mi przez palce. Nawet nie wiedziałam, kiedy zaczęło się ściemniać. Pochłonięta malowaniem, całkowicie straciłam poczucie czasu. Gdy na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, wyszłam przed dom. Udałam się nad jezioro. Usiadłam na drewnianym, lekko popękanym pomoście i wpatrywałam się w otaczającą mnie przestrzeń. Tafla wody mieniła się w blasku księżyca. Odwróciłam się za siebie i spojrzałam na dom ze starymi okiennicami. Uwielbiałam tu przebywać i czuć ten niesamowity spokój, który bił z tego miejsca. Tu stawałam się prawdziwie wolna. Wolna od tego, czego żądała ode mnie moja matka. Wolna od z góry narzuconych zasad, którym nie chciałam się podporządkowywać. Tu był mój azyl. Moja bezpieczna przystań. Wokoło roztaczały się jeziora. Jedno mniejsze wpadało do kilku większych. Zewsząd otaczały mnie lasy i zarośnięte wysokimi krzewami pola. Przez dłuższy moment trwałam bez ruchu i przyglądałam się niebu. Kilka mew latało nad wodą. Ich głośny krzyk wybił mnie z chwilowego otępienia. Miałam wrażenie, że dziwny prąd przeszył moje ciało. Patrzyłam na ptaki i pragnęłam być jak one. Móc odlecieć, dokąd tylko zechcę. Poszybować tam, dokąd poniesie mnie serce. Do miejsca, w którym będę mogła być w pełni sobą.

Drżący oddech opuścił moje gardło. Zrobiłam głęboki wdech. Jutro miałam wziąć ślub z mężczyzną, którego nie kochałam i który nie kochał mnie. Nie chciałam takiego życia. Czułam, że przyszła pora, żebym wreszcie przerwała tę farsę. To była ostatnia szansa na to, by coś zmienić. Bałam się, bo wiedziałam, że jeśli nie pojawię się na uroczystości, zostanę wykluczona z rodziny. Będę kompletnie sama. Ale pragnienie szczęścia i pozostanie w prawdzie i zgodzie z samą sobą było dla mnie najcenniejsze.

Jutro moja matka swoim krzykiem postawi na nogi całe miasto. Rodziny Moore’ów i Reynolds’ów zostaną okryte hańbą i wstydem. To będzie mój koniec w Birmingham. Mój koniec w Alabamie. Już nigdy nie będę mogła tu wrócić, bo nie będę miała do czego i do kogo wracać.

Byłam gotowa na ten krok. Musiałam uratować siebie. Nawet kosztem całego obecnego życia i przeszłości, którą tu pozostawię. Musiałam uciec. Nieważne dokąd, ważne, że daleko od tego, kogo tu udawałam.

Siedziałam tak jeszcze przez godzinę, zastanawiając się, co James zrobi jutro.

Cóż, nie miałam pewności, czy w ogóle zauważy, że mnie nie ma.

Copyright

Nie pozwól mi zniknąć

Copyright © Aleksandra Witkowska

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.

książka ISBN 978-83-7995-894-8

ebook ISBN 978-83-7995-895-5

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Paulina Kalinowska

Korekta: Anna Nowak |

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara |

Skład i typografia:

Przygotowanie ebooka:

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz w

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl