Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Marta Lewandowska wie, że ten konkurs może zmienić przyszłość jej pracowni. Stara elektrownia na warszawskiej Pradze ma zostać przebudowana w całodobowe centrum kultury, a zwycięski kontrakt da jej zespołowi stabilność, na którą pracowali latami. Problem w tym, że o dokładnie to samo walczy Adrian Krawiec - doświadczony architekt, właściciel większego studia i najbardziej niewygodny rywal, jakiego Marta mogła sobie wymarzyć.
Oboje wiedzą, że tylko jedno z nich może wygrać.
Podczas nocnej pracy w opuszczonym budynku Marta znajduje jednak dokumenty dotyczące konkursu sprzed siedmiu lat. Tego samego, po którym straciła nie tylko zawodową szansę, lecz także zaufanie do ludzi, dla których wtedy pracowała. W archiwalnej teczce znajduje własne nazwisko, podejrzaną decyzję i inicjały Adriana.
A on nie zaprzecza, że wie o tamtej sprawie więcej, niż kiedykolwiek jej powiedział.
Zamiast prostych odpowiedzi pojawiają się kolejne pytania. Stary kosztorys. Zmienione oceny. Znikające dokumenty. Ludzie, którzy przez lata wybierali milczenie, bo prawda mogła kosztować ich zbyt wiele. Im bliżej Marta jest odkrycia, co naprawdę wydarzyło się w dawnym konkursie, tym trudniej oddzielić człowieka, któremu nie powinna ufać, od mężczyzny, który jako pierwszy zaczyna traktować jej pytania poważnie.
Tymczasem obecny konkurs trwa. Marta i Adrian muszą pracować nocami w tym samym budynku, mierzyć te same przestrzenie i walczyć o ten sam kontrakt. Ich projekty konkurują, ale oni sami zaczynają dostrzegać w sobie coś więcej niż przeciwnika. Kompetencję. Uważność. Słabości, których żadne z nich nie pokazuje łatwo. I przyciąganie, którego coraz trudniej udawać.
Tyle że zaufanie nie rośnie tak szybko jak pożądanie.
Kiedy prawda zaczyna dotyczyć nie tylko starego konkursu, lecz również decyzji Adriana, Marta musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy można budować przyszłość z człowiekiem, który pomaga odkrywać cudze sekrety, ale własne ujawnia za późno.
„Nasza ostatnia bezsenność” to współczesny romans o rywalizacji, ambicji, zawodowej niezależności i bliskości, która rodzi się podczas nocy spędzonych nad projektami, dokumentami i pytaniami, których nikt wcześniej nie chciał zadać. Historia dwojga ludzi, którzy muszą nauczyć się, że prawda nie wystarcza, jeśli przychodzi dopiero wtedy, gdy nie da się już jej ukryć.
Publikacja została przygotowana z wykorzystaniem narzędzi wspomagających proces twórczy, w tym rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję. Ostateczna koncepcja, struktura i redakcja należą do autora.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 244
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jeden konkurs, dwoje rywali i noce, których nie potrafią zakończyć.
Laura Bellini
ROMANS
Strona tytułowa
INTRO
Rozdział 1 - Czerwony długopis
Rozdział 2 - Światło po szóstej
Rozdział 3 - Drugi finalista
Rozdział 4 - To, czego nie wyrzucił
Rozdział 5 - Między dwudziestą drugą a czwartą
Rozdział 6 - Granice światła
Rozdział 7 - Nagranie z korytarza
Rozdział 8 - Paczka dla K17
Rozdział 9 - Przesyłka, której nie odebrał
Rozdział 10 - Noc bez projektu
Rozdział 11 - Imię, którego zabrakło
Rozdział 12 - Projekt 214
Rozdział 13 - Człowiek z monitoringu
Rozdział 14 - To, co zostaje po świetle
Rozdział 15 - Nazwisko z dawnego biura
Rozdział 16 - Uczciwa przegrana
Rozdział 17 - Pod własnym nazwiskiem
Rozdział 18 - Kiedy nie trzeba już wygrywać
Rozdział 19 - Wynik
Rozdział 20 - Pierwsza noc, której nie musieli kończyć
Okładka
Strona tytułowa
Spis treści
Początek treści
O drugiej siedemnaście w nocy zaczęłam podejrzewać, że budynek mnie nie lubi.
Stara elektrownia kolejowa na warszawskiej Pradze skrzypiała za każdym razem, kiedy wiatr wciskał się pod niedomknięte świetliki. W dzień te dźwięki ginęły pod rozmowami architektów, trzaskaniem laptopów i prezentacjami organizatorów konkursu. Teraz zostałam sama z czterema kondygnacjami cegły, stalowymi belkami i własnym projektem, który za niespełna sześć godzin miał zdecydować, czy moja pracownia przetrwa kolejny rok.
Na ekranie wciąż świecił plan parteru.
Przesunęłam punkt świetlny o dwadzieścia centymetrów.
Cofnęłam zmianę.
Przesunęłam go znowu.
- To nie jest projektowanie. To jest negocjowanie z lampą.
Głos dobiegł z ciemnego przejścia prowadzącego do dawnej maszynowni.
Drgnęłam tak mocno, że potrąciłam kubek.
Adrian Krawiec wyszedł zza betonowego filaru z dwoma papierowymi kubkami kawy w dłoniach i miną człowieka, który nie uważał pojawiania się bezszelestnie o drugiej w nocy za wadę charakteru.
- Myślałam, że pojechałeś do hotelu.
- To zabawne. Ja myślałem, że ty pojechałaś.
- W takim razie oboje jesteśmy rozczarowani.
Postawił jeden kubek na moim stole.
Nie podziękowałam.
Adrian uśmiechnął się tylko i odsunął o krok, jakby doskonale wiedział, że przyjmę kawę dopiero wtedy, kiedy będzie mógł udawać, że jej tam nie zostawił.
Był moim najgroźniejszym konkurentem od chwili, gdy trzy miesiące wcześniej ogłoszono finałową piątkę pracowni zaproszonych do konkursu na przebudowę elektrowni w całodobowe centrum kultury. Jego studio było większe, bogatsze i miało na koncie realizacje, o których moje mogło na razie pisać wyłącznie w prezentacjach pod nagłówkiem „inspiracje”.
Moje nazwisko miało jedną przewagę.
Potrafiłam projektować światło tak, żeby ludzie chcieli zostać w miejscu dłużej, niż planowali.
I właśnie na tym zamierzałam wygrać.
Organizatorzy pozwolili finalistom spędzić ostatnie dwa dni w budynku. Każdy zespół dostał osobne pomieszczenie robocze, dostęp do dokumentacji i możliwość wykonania nocnych pomiarów. Moi współpracownicy po północy pojechali spać. Kazałam im. O dziewiątej mieli wyglądać jak ludzie, którzy wiedzą, co robią.
Ja mogłam wyglądać jak duch.
Adrian usiadł na krawędzi sąsiedniego stołu.
- Nadal walczysz z główną halą?
- Nie walczę.
Spojrzał na ekran.
- Od czterdziestu minut przesuwasz tę samą lampę.
Odwróciłam się do niego.
- Obserwujesz mnie od czterdziestu minut?
- Słyszę kliknięcia myszy.
- To jeszcze gorzej.
Zaśmiał się cicho.
Nie lubiłam jego śmiechu. Był zbyt spokojny jak na człowieka, którego projekt mógł za kilka godzin odebrać mi kontrakt wart więcej niż wszystkie zlecenia mojej pracowni z ostatnich dwóch lat razem.
Nie lubiłam też sposobu, w jaki przy Adrianie przestawałam pamiętać, że mam trzydzieści dwa lata, własną firmę i wystarczająco dużo doświadczenia, żeby nie reagować na mężczyzn tylko dlatego, że mają podwinięte rękawy koszuli i potrafią patrzeć tak, jakby rozmowa była czymś ważniejszym niż przerwa pomiędzy własnymi zdaniami.
Wzięłam kawę.
- To nie znaczy, że ci wybaczam.
- Co?
- Kawę.
- Nie wiedziałem, że wymaga wybaczenia.
- Od konkurencji wszystko wymaga podejrzliwości.
Jego uśmiech zniknął szybciej, niż się pojawił.
- Marta.
To, że powiedział moje imię poważnie, natychmiast mnie zirytowało.
- Nie.
- Jeszcze nic nie powiedziałem.
- Właśnie dlatego mówię wcześniej.
Zeskoczył ze stołu.
- Chodź ze mną.
- Zdecydowanie nie.
- Chcę ci coś pokazać.
Spojrzałam na zegar.
2:24.
- Jeżeli to twój projekt, wolę przegrać uczciwie.
- Nie chodzi o mój projekt.
To zatrzymało mnie skuteczniej niż prośba.
Adrian ruszył w stronę dawnej dyspozytorni. Po kilku krokach obejrzał się, ale mnie nie ponaglał.
Powinnam zostać.
Miałam prezentację do skończenia, trzy wizualizacje do sprawdzenia i dokładnie zero powodów, żeby nocą chodzić po opuszczonej elektrowni za człowiekiem, który rano miał stanąć przede mną przed tym samym jury.
Poszłam.
Dyspozytornia znajdowała się nad główną halą. Weszliśmy metalowymi schodami, których każdy stopień odpowiadał głuchym stukiem. Adrian włączył latarkę w telefonie.
- Znalazłem to za szafą - powiedział.
Na starym pulpicie leżała cienka szara teczka.
Na pierwszy rzut oka nie było w niej nic niezwykłego. Pieczęć urzędu miasta. Numer archiwalny. Data sprzed siedmiu lat.
Potem zobaczyłam nazwę konkursu.
Zatrzymałam się.
- Skąd to masz?
- Powiedziałem.
- Nie pytam, gdzie leżało.
Siedem lat wcześniej uczestniczyłam w pierwszym dużym konkursie w życiu. Miałam dwadzieścia pięć lat, za dużo wiary w ludzi i projekt, nad którym pracowałam przez cztery miesiące.
Nie wygrałam.
Pół roku później zobaczyłam fragmenty swojej koncepcji w realizacji innego zespołu.
Nigdy nie udowodniłam, skąd je mieli.
To wystarczyło, żebym przestała pracować dla innych.
Adrian otworzył teczkę.
Na pierwszej stronie widniała lista członków jury.
Na drugiej tabela ocen.
Na trzeciej moje nazwisko.
Pod nim, czerwonym długopisem, ktoś napisał:
„Projekt rekomendowany do finału. Wycofać przed publikacją wyników.”
Poczułam, jak kawa, którą wypiłam kilka minut wcześniej, zamienia się w coś ciężkiego i zimnego.
- Tego dokumentu nie było w oficjalnym archiwum.
- Wiem.
Spojrzałam na niego.
Nie zapytałam, skąd wie.
Nie musiałam.
Na dole strony, pod odręczną adnotacją, znajdowały się trzy inicjały.
A.K.
Przez kilka sekund słyszałam tylko wiatr uderzający o szyby dyspozytorni.
- Powiedz mi, że to nie ty.
Adrian nie odpowiedział od razu.
I właśnie ta chwila wystarczyła, żebym zrozumiała, że nasz obecny konkurs przestał być jedyną rzeczą, którą mogliśmy tej nocy przegrać.
Adrian nie powiedział nic przez kilka sekund.
Stał po drugiej stronie pulpitu, z dłonią opartą o metalową krawędź i światłem telefonu skierowanym w dół, jakby zależało mu, żebym widziała dokument, a nie jego twarz. Nie miał już w sobie tej nocnej lekkości, którą jeszcze kilka minut wcześniej próbował rozbroić mnie przy kawie. Nagle wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać mój konkurent - skupiony, zamknięty i niebezpiecznie trudny do odczytania.
- To są moje inicjały - powiedział w końcu.
Nie wiedziałam, czy bardziej rozwścieczyło mnie przyznanie, czy fakt, że nie próbował zaprzeczać.
- Świetnie. To teraz druga część zdania.
- Marta...
- Bez mojego imienia. O drugiej trzydzieści w nocy, w budynku, w którym jutro mamy ze sobą konkurować, pokazujesz mi dokument sugerujący, że siedem lat temu ktoś usunął mój projekt z konkursu. Pod decyzją są twoje inicjały. Nie zaczynaj od tonu człowieka, który chce mnie uspokoić.
Przesunęłam kartkę w jego stronę. Papier był suchy i pożółkły przy brzegach, ale czerwony zapis zachował intensywność. „Projekt rekomendowany do finału. Wycofać przed publikacją wyników.” Pod spodem A.K., niewielkie, pochylone litery.
Adrian spojrzał na nie tak, jakby widział je nie pierwszy, lecz setny raz.
To też zauważyłam.
- Wiedziałeś o tym.
Podniósł wzrok.
- Wiedziałem, że istnieje dokument.
- Od kiedy?
- Od siedmiu lat.
Roześmiałam się krótko. Bez humoru.
- To chyba rekord. A ja myślałam, że najgorszą rzeczą, jaką możesz dziś zrobić, będzie wygrać.
Odwróciłam się od stołu, bo nagle dyspozytornia zrobiła się za ciasna. Szklane ściany wychodziły na główną halę, teraz prawie czarną, tylko przy wejściu paliły się awaryjne lampy. W odbiciu widziałam własną twarz - zmęczoną, bladą i zbyt nieruchomą.
Siedem lat.
Przez siedem lat powtarzałam sobie, że może przesadziłam. Że architekci dochodzą do podobnych rozwiązań. Że publiczna przestrzeń, drewniane przepierzenia i system rozproszonego światła nie należą do mnie. Że być może moje poczucie krzywdy było wygodniejsze od przyznania, że po prostu przegrałam.
Potem zobaczyłam zdjęcia gotowej realizacji i już nie potrafiłam w to uwierzyć.
Nikt inny też nie chciał.
- Co dokładnie zrobiłeś? - zapytałam.
- Nie to, co myślisz.
- Nie wiesz, co myślę.
- Myślisz, że podjąłem decyzję o usunięciu twojego projektu.
- A nie?
- Nie miałem do tego uprawnień.
- Ale podpisałeś.
- Parafowałem odbiór dokumentu.
Odwróciłam się.
- Jakiego dokumentu?
Adrian zamknął teczkę, lecz jej nie zabrał.
- Pracowałem wtedy w biurze Marka Radeckiego.
Nazwisko znałam aż za dobrze. Każdy, kto zajmował się architekturą wnętrz publicznych w Warszawie, znał Marka Radeckiego. Jego pracownia wygrywała konkursy, obsługiwała duże inwestycje i od lat pojawiała się w branżowych mediach jako przykład tego, jak łączyć projektowanie z biznesem.
Siedem lat wcześniej to właśnie zespół powiązany z jego biurem dostał kontrakt, przy którym później zobaczyłam własne rozwiązania.
- Byłeś u niego? - zapytałam.
- Cztery lata.
Ta informacja nie powinna mieć znaczenia. Miała.
- Nigdy o tym nie mówiłeś.
- Nigdy nie pytałaś.
- Nigdy też nie wspomniałeś, że znałeś konkurs, który rozwalił mi początek kariery.
- Nie wiedziałem wtedy, że to ty.
Zmarszczyłam brwi.
- Moje nazwisko jest na dokumentach.
- Projekty w pierwszych etapach były kodowane. Widziałem numery, zestawienia ocen i pisma techniczne. Nazwiska uczestników pojawiły się później. Kiedy zorientowałem się, że jeden z numerów należał do ciebie, było już po wynikach.
- I co zrobiłeś?
Milczał ułamek sekundy za długo.
- Za mało.
To była pierwsza odpowiedź tej nocy, której uwierzyłam od razu.
Oparłam dłonie o chłodny blat pulpitu.
- Konkret.
Adrian przeciągnął palcem po krawędzi teczki.
- Byłem koordynatorem zespołu konkursowego. Młodym, ale już na tyle wysoko, żeby przepuszczać dokumenty między biurem, inwestorem i konsultantami. Dostałem do obiegu zestawienie ocen. Przy twoim numerze była rekomendacja do finału. Dwa dni później przyszedł drugi dokument. Twój numer zniknął.
- I nie zapytałeś dlaczego?
- Zapytałem.
- Kogo?
- Radeckiego.
Nazwisko zabrzmiało ciężej niż przed chwilą.
- Powiedział, że zmieniono kryteria techniczne i twój projekt nie spełnia wymagań dotyczących kosztu wykonania. Poprosiłem o potwierdzenie na piśmie.
- I dostałeś?
- Nie.
- Czyli uwierzyłeś na słowo.
- Nie.
- A jednak siedem lat później stoimy tutaj, a ja pierwszy raz widzę ten dokument.
Adrian przesunął dłonią po karku.
- Wróciłem wtedy do archiwum i zrobiłem zdjęcia części akt.
- Części?
- Tego, do czego miałem dostęp. Oceny, korekty, kilka notatek. Następnego dnia zabrano mi uprawnienia do folderu konkursowego.
Serce uderzyło mi mocniej, lecz nie z powodu jego bliskości.
- Masz te zdjęcia?
- Nie wszystkie.
- To znaczy?
- Telefon, na którym je zrobiłem, trafił później do ekspertyzy w innej sprawie.
- Jakiej?
Spojrzał na mnie.
- Właśnie wtedy odszedłem od Radeckiego.
- Nie odpowiedziałeś.
- Bo to nie jest rozmowa na pięć minut przed powrotem do pracy.
- Mamy sześć godzin.
- Marta.
- Przestań mówić moje imię tak, jakby miało załatwić resztę.
Zapadła cisza.
Gdzieś niżej w hali coś metalowego uderzyło o podłogę. Oboje spojrzeliśmy przez szybę, ale nic się nie poruszało. Budynek znów pracował pod wpływem wiatru.
- Ten dokument nie powinien tutaj być - powiedział Adrian.
- To już ustaliliśmy.
- Nie. Chodzi mi o dosłowne „tutaj”. Archiwum tamtego konkursu przechowywano w ratuszu. Później część akt przeniesiono do zewnętrznego magazynu. Ta elektrownia nigdy nie była miejscem archiwizacji.
Spojrzałam na teczkę.
- Więc ktoś ją tu przyniósł.
- Albo schował.
- Po co?
- Tego nie wiem.
- A znalazłeś ją przypadkiem?
- Szukałem gniazdka.
Przyjrzałam mu się podejrzliwie.
- O drugiej w nocy za ciężką metalową szafą?
- Mój przedłużacz wpadł za panel. Odsunąłem go i zobaczyłem, że jedna deska przy ścianie odstaje. Za nią była wnęka.
- Oczywiście.
- Brzmi źle?
- Brzmi jak wersja przygotowana przez człowieka, który projektuje prezentacje konkursowe.
Tym razem prawie się uśmiechnął, ale szybko zrezygnował.
Podeszłam do miejsca, które wskazał. Za szafą rzeczywiście brakowało fragmentu starej boazerii. Wąska wnęka była pełna kurzu, a na jego warstwie widniał świeży ślad po teczce.
- Co jeszcze tam było?
- Nic.
- Sprawdzałeś?
- Tak.
- Dokładnie?
- Marta, projektuję budynki. Kiedy widzę dziurę w ścianie, zaglądam do niej dokładniej niż przeciętny człowiek.
- Pocieszające.
Przykucnęłam i oświetliłam wnękę swoim telefonem. Głębokość może trzydzieści centymetrów. Z lewej strony prowadziła stara wiązka kabli, od dawna nieużywana. Na dnie kurz, niewielkie grudki tynku i coś białego.
Sięgnęłam ostrożnie.
- Co robisz?
- To, czego ty najwyraźniej nie zrobiłeś dokładniej niż przeciętny człowiek.
Wyciągnęłam mały prostokątny kawałek papieru.
Nie dokument. Oderwana część koperty.
Była na niej pieczątka.
Biuro Projektowe Radecki & Partnerzy.
Adrian zaklął pod nosem.
- Znasz to?
- Tak.
- To chyba oczywiste.
- Nie. Znam konkretnie ten typ koperty. Używaliśmy ich do przesyłek wewnętrznych.
Odwróciłam fragment. Z tyłu pozostała część odręcznego napisu. Dwie cyfry i litera.
„17/K...”
- Co to?
Adrian wziął papier, ale zrobił to ostrożnie, nie dotykając mojej dłoni.
- Numer obiegu. Siedemnasty dokument w sprawie oznaczonej literą K.
- Konkurs?
- Prawdopodobnie.
- Czyli ktoś schował tutaj dokumenty z twojej dawnej firmy.
- Na to wygląda.
- Związane z moim konkursem.
- Tak.
- W budynku, w którym oboje jesteśmy finalistami kolejnego konkursu.
Nie odpowiedział.
Najgorsze było to, że nie musiał.
Wróciłam do pulpitu i jeszcze raz otworzyłam teczkę. Tym razem nie czytałam czerwonej adnotacji. Przerzucałam kartki powoli, sprawdzając daty, pieczęcie, numery. Na piątej stronie znalazłam zestawienie punktów. Mój projekt zajmował drugie miejsce.
Na szóstej pierwsze.
Przy ocenie koncepcji światła miałam najwyższy wynik ze wszystkich.
Poczułam coś, czego przez siedem lat sobie zabraniałam.
Satysfakcję.
Nie dlatego, że ktoś mnie skrzywdził.
Dlatego, że nie zwariowałam.
- Miałam rację - powiedziałam.
Adrian stał nieruchomo.
- Tak.
Jedno słowo.
I właśnie ono zrobiło więcej niż wszystkie jego wcześniejsze wyjaśnienia.
Usiadłam na starym krześle operatorskim. Materiał pod moimi palcami był popękany, metalowa podstawa zaskrzypiała.
Przypomniałam sobie tamten dzień. Kawiarnię przy Marszałkowskiej, w której otworzyłam wyniki na telefonie. Patrycję siedzącą naprzeciwko mnie. Szklankę wody, której nie byłam w stanie podnieść. Trzy miesiące później utratę pracy, kiedy mój ówczesny szef uznał, że „za bardzo emocjonalnie” reaguję na podobieństwa między moim projektem a zwycięską realizacją.
Może właśnie wtedy nauczyłam się spać po cztery godziny i nazywać to ambicją.
- Dlaczego mi tego nie powiedziałeś wcześniej? - zapytałam.
Adrian podszedł bliżej, ale zatrzymał się po drugiej stronie stołu.
- Kiedy się poznaliśmy, nie wiedziałem, że chodzi o ten sam konkurs.
- Poznaliśmy się dwa lata temu.
- Tak.
- A kiedy się dowiedziałeś?
- Około dziewięciu miesięcy temu.
Policzyłam w pamięci.
- Przy konkursie na bibliotekę.
Jego twarz potwierdziła to wcześniej niż słowa.
- Zobaczyłem nazwę twojej pracowni w dokumentacji referencyjnej. W opisie doświadczenia wspomniałaś o projekcie, który nie został zrealizowany. Numer konkursu był ten sam.
- Dziewięć miesięcy.
- Tak.
- Dziewięć miesięcy spotykaliśmy się na przetargach, konferencjach, prezentacjach. Piłeś ze mną kawę po komisji w Gdańsku.
- Pamiętam.
- Siedziałeś obok mnie przez trzy godziny w pociągu do Krakowa.
- Też pamiętam.
- I nic.
- Nie miałem dowodu, który mógłbym ci dać.
- Miałeś własną wiedzę.
- Wiedzę, że coś było nie tak. Nie wiedziałem, kto podjął decyzję ani dlaczego. Gdybym przyszedł do ciebie i powiedział: „Słuchaj, siedem lat temu pracowałem w firmie powiązanej z konkursem, który, jak podejrzewasz, został ustawiony, ale nie mam dokumentów”, co dokładnie miałabyś z tym zrobić?
- Miałabym wybór.
To trafiło.
Widziałam to po nim.
- Tak - powiedział.
- I właśnie tego mi nie dałeś.
Oparł dłonie o stół.
- Bałem się, że jeśli ci powiem bez dowodów, uznasz, że byłem częścią tego.
- A teraz?
Spojrzałam na inicjały.
- Teraz wyglądasz dokładnie jak część tego.
Adrian przyjął zdanie bez sprzeciwu.
To było irytujące. Łatwiej byłoby mi go nienawidzić, gdyby się bronił, podnosił głos albo próbował odwrócić problem. Zamiast tego stał naprzeciwko i wyglądał na człowieka, który doskonale rozumie, że sam doprowadził do miejsca, z którego nie ma dobrego wyjścia.
- Masz rację - powiedział.
- Nie chcę mieć racji w tej sprawie.
- Wiem.
- I nie chcę, żebyś wiedział, czego ja chcę.
- Dobrze.
Sięgnęłam po teczkę.
Adrian położył na niej dłoń.
Nie na mojej. Na okładce.
- Nie zabieraj jej teraz.
Spojrzałam najpierw na jego palce, potem na twarz.
- Zabierz rękę.
Zrobił to natychmiast.
- Dlaczego?
- Bo o ósmej budynek się zapełni. Ochrona, organizatorzy, zespoły. Jeśli wyjdziesz z teczką, kamera przy wejściu to zarejestruje.
- Myślisz, że ktoś jej szuka?
- Nie wiem.
- Coraz częściej to mówisz.
- Bo coraz mniej rzeczy rozumiem.
- Pierwszy rozsądny punkt tej rozmowy.
Zamknęłam teczkę i wsunęłam ją do torby na laptopa.
Adrian patrzył, ale nie próbował mnie zatrzymać.
- Zabieram ją.
- W takim razie przynajmniej zrób zdjęcia każdej strony.
- Już zamierzałam.
- I wyślij je poza telefon.
Spojrzałam na niego ostro.
- Naprawdę sądzisz, że ktoś będzie mi kasował pliki?
- Sądzę, że dokument, który przez siedem lat powinien znajdować się w innym archiwum, pojawił się za ścianą w miejscu ważnego konkursu. Nie musimy robić z tego thrillera, żeby uznać, że kopia w chmurze jest rozsądna.
Miał rację.
Nie powiedziałam mu tego.
Przez następne dziesięć minut fotografowaliśmy dokumenty. Nie „razem”, choć staliśmy obok siebie. Ja przekładałam kartki. On sprawdzał numery stron, żeby żadnej nie pominąć. Nasze dłonie ani razu się nie dotknęły.
Z jakiegoś powodu właśnie to zauważałam najbardziej.
Kiedy skończyłam, wysłałam cały zestaw Patrycji. Bez wyjaśnienia. Tylko jedno zdanie: „Nie otwieraj teraz, ale zachowaj.”
Odpowiedź przyszła po minucie.
„Jest 2:57. Oczywiście, że otworzę teraz.”
Uśmiechnęłam się mimo siebie.
Adrian zerknął na ekran.
- Patrycja?
- Skąd wiesz?
- Jest jedyną osobą w twojej pracowni, która odpisuje o trzeciej w nocy.
- Nie obserwuj mojego zespołu.
- Rynek jest mały.
- Ty masz odpowiedź na wszystko?
- Niestety nie na to, co jest najważniejsze.
Prawie zapytałam, co uważa za najważniejsze, ale telefon zawibrował.
Patrycja dzwoniła.
Odeszłam pod okno.
- Co się stało? - zapytała zamiast przywitania.
- Nic.
- Wysłałaś mi o trzeciej nad ranem sześć zdjęć dokumentów z konkursu sprzed siedmiu lat i napisałaś „zachowaj”. W twoim języku to jest mniej więcej odpowiednik alarmu pożarowego.
Spojrzałam na Adriana. Stał przy pulpicie, odwrócony bokiem, wyraźnie dając mi prywatność.
- Jestem w elektrowni.
- Wiem, gdzie jesteś. Z kim?
Zawahałam się.
Patrycja westchnęła.
- O Boże. Z nim.
- Nie zaczynaj.
- Nie zaczynam. Pytam: Krawiec jest z tobą?
- Tak.
- Marta.
- Później.
- Czy on ma coś wspólnego z tymi dokumentami?
Znów spojrzałam w jego stronę.
- Nie wiem.
Była to prawda i nienawidziłam jej.
Patrycja zamilkła.
- Przyjadę wcześniej.
- Nie. Śpij.
- Przestań udawać, że wszystko jest normalnie.
- Właśnie dlatego chcę, żebyś spała. O dziewiątej mamy prezentację. Bez względu na to, co znalazłam, nie pozwolę, żeby siedem lat temu odebrano mi jeden konkurs, a dzisiaj drugi.
Po drugiej stronie usłyszałam cichy oddech.
- To jest najbardziej twoje zdanie, jakie kiedykolwiek powiedziałaś.
- Dobranoc.
- Za dwie godziny jestem.
Rozłączyła się.
Schowałam telefon.
- Dobra przyjaciółka - powiedział Adrian.
- Wspólniczka.
- Jedno nie wyklucza drugiego.
- W twoim przypadku konkurencja najwyraźniej też nie wyklucza wielu rzeczy.
Znowu ten cień uśmiechu.
- To miało być obraźliwe?
- Nie jestem pewna.
Podeszłam do drzwi.
- Wracam do projektu.
- Marta.
Odwróciłam się.
- Jedno jeszcze.
- Masz wyjątkowo dużo „jednego jeszcze”.
- Nie pokazuj tego organizatorom przed prezentacją.
- Dlaczego?
- Bo komisji przewodniczy Tomasz Wilczek.
Nazwisko znałam. Profesor, urbanista, doradca miasta, człowiek o nienagannej reputacji.
- I?
- Siedem lat temu był konsultantem po stronie inwestora w tamtym konkursie.
Zrobiło mi się zimno.
- Jest na liście?
Adrian otworzył dokument na odpowiedniej stronie.
Był.
Nie w jury.
W rubryce niżej.
„Konsultacja formalna: dr Tomasz Wilczek.”
- Wiedziałeś o tym? - zapytałam.
- O jego udziale wtedy tak. Nie wiedziałem, że będzie przewodniczył tutaj, dopóki nie ogłosili składu.
- I nadal przystąpiłeś do konkursu.
- Ty też.
- Ja nie wiedziałam.
- Właśnie dlatego chcę ustalić fakty, zanim komukolwiek coś zarzucimy.
- „My”?
Adrian spojrzał na mnie spokojnie.
- Nie powiedziałem „my”.
- Prawie.
- To ty usłyszałaś.
Przez sekundę patrzyliśmy na siebie w półmroku.
Było w nim coś nieznośnie znajomego. Nie dlatego, że znałam Adriana dobrze. Przeciwnie. Znałam tylko jego wersję konferencyjną, konkursową, zawodową. Człowieka, który zawsze był o pół zdania przed innymi, nigdy nie improwizował bez powodu i potrafił wejść do sali pełnej sponsorów tak, jakby to oni czekali na jego zgodę.
Teraz zobaczyłam coś innego.
Niepewność.
Może nawet lęk.
Nie o konkurs.
O to, co wydarzy się, kiedy dowiem się reszty.
- O której pierwszy raz zobaczyłeś tę teczkę? - zapytałam.
- Dzisiaj. Kilkanaście minut przed tobą.
- Przysięgasz?
Przez moment wyglądał, jakby chciał odpowiedzieć czymś ironicznie rozsądnym. Nie zrobił tego.
- Tak.
Skinęłam głową.
Nie oznaczało to, że mu wierzę.
Ale znaczyło, że zapamiętam odpowiedź.
Zeszliśmy do hali osobno. Adrian skręcił do swojej części roboczej, ja do mojej. Przy drzwiach zatrzymałam się.
- Adrian.
Spojrzał.
- Do prezentacji jesteśmy konkurentami.
- Oczywiście.
- Nie chcę żadnych przysług.
- Nie zamierzałem ci ich dawać.
- Dobrze.
- Marta?
- Co?
- Jeśli wygrasz, nie będę zakładał, że to przez lampę.
Przewróciłam oczami.
- Idź pracować.
Uśmiechnął się.
Tym razem naprawdę.
A potem odszedł.
Usiadłam przed laptopem i otworzyłam projekt.
Punkt świetlny nadal był tam, gdzie zostawiłam go godzinę wcześniej.
Przesunęłam go o dwadzieścia centymetrów.
Popatrzyłam.
Cofnęłam zmianę.
I po raz pierwszy tej nocy pomyślałam, że może problem rzeczywiście nigdy nie dotyczył lampy.
O piątej czterdzieści Patrycja weszła do naszej sali z dwiema papierowymi torbami, trzema kawami i miną człowieka, który przez całą drogę układał serię pytań, a teraz zamierzał zadać wszystkie jednocześnie.
- Nie - powiedziałam, zanim otworzyła usta.
Położyła torby na stole.
- Fantastycznie. W takim razie ty opowiadasz, a ja tylko reaguję.
- Mamy trzy godziny do prezentacji.
- Dwie godziny i czterdzieści minut.
- Tym bardziej.
- Marta, wysłałaś mi dokument, według którego siedem lat temu ktoś ręcznie wyciął cię z konkursu.
- Wiem, co ci wysłałam.
- A na dole są inicjały faceta, z którym od pół roku prowadzisz zawodową wojnę pod tytułem „kto pierwszy zdobędzie wszystkie sensowne zlecenia w tym mieście”.
- Dziewięć miesięcy.
Patrycja zmrużyła oczy.
- To poprawka merytoryczna czy właśnie przyznałaś, że liczysz?
- Wiesz, od kiedy zaczął nam wchodzić w te same konkursy.
- Oczywiście.
Wyjęła z torby kanapkę i podała mi ją bez pytania. Przyjęłam, bo z Patrycją można było kłócić się o wszystko oprócz jedzenia. W naszej pracowni obowiązywała niepisana zasada, że jeśli któraś pracowała dłużej niż piętnaście godzin, druga miała prawo narzucić jej posiłek.
Miała trzydzieści pięć lat, krótkie czarne włosy, głos o jedną tonację niższy, niż ludzie się spodziewali, i talent do organizowania chaosu tak, żeby wyglądał na metodę. Poznałyśmy się w firmie, z której obie później odeszłyśmy. Ja po konflikcie dotyczącym tamtego konkursu. Ona pół roku później, twierdząc, że „ktoś musi pilnować, żebyś nie założyła działalności jednoosobowej i nie umarła przy pierwszym Excelu”.
Siedem lat później zatrudniałyśmy sześć osób.
Jeśli wygrałybyśmy elektrownię, mogłyśmy zatrudnić kolejne trzy.
Jeśli nie, jeden duży projekt kończył się za dwa miesiące i po raz pierwszy od dawna musiałybyśmy ostrożnie liczyć, ile mamy oddechu.
Patrycja wiedziała o tym tak samo dobrze jak ja.
- Opowiedz - powiedziała.
Zrobiłam to.
Bez skracania. O Adrianie. O wnęce. O kopercie. O Marku Radeckim. O tym, że Wilczek był konsultantem przy dawnym konkursie.
Przy części dotyczącej dziewięciu miesięcy milczenia Adriana Patrycja przestała jeść.
- On wiedział?
- Wiedział, że coś się nie zgadzało. Nie miał dokumentów.
- I uznał, że najlepiej będzie nic nie mówić.
- Tak.
- Kocham mężczyzn podejmujących za kobiety decyzje w ich najlepszym interesie.
- Nie kochasz mężczyzn.
- Tym bardziej mam obiektywny ogląd.
Usiadła naprzeciwko.
- Wierzysz mu?
Spojrzałam na pliki otwarte na drugim monitorze. Zdjęcia dokumentów, jedno po drugim.
- Nie wiem.
- To nie jest odpowiedź.
- Właśnie że jest. Tylko nie ta, którą chcesz usłyszeć.
Patrycja oparła się o krzesło.
- Dobrze. Inaczej. Czy myślisz, że brał udział w wycięciu twojego projektu?
- Twierdzi, że nie miał takich uprawnień.
- To nadal nie jest odpowiedź.
- Wiem.
Wstałam i podeszłam do makiety. Była prawie gotowa. Główna hala elektrowni w naszej koncepcji miała pozostać otwarta i surowa. Bez zabudowywania jej nowymi ścianami, bez udawania, że cegła i stal są czymś bardziej romantycznym niż stary przemysł. Projekt opierał się na świetle, ruchomych przegrodach i zmianie funkcji zależnie od pory dnia. Rano przestrzeń warsztatowa. Wieczorem wystawiennicza. W nocy małe kino, scena, miejsce koncertów.
Moja część.
Patrycja odpowiadała za logistykę użytkowania, budżet i plan wdrożenia. Bez niej mój projekt byłby piękną wizją ryzykującą bankructwo inwestora.
Bez mojej wizji jej budżet byłby tabelą.
Dlatego działałyśmy.
- Prezentujemy - powiedziałam.
- Oczywiście.
- Nie poruszamy sprawy dokumentów przed komisją.
- Też uważam.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
- Naprawdę?
- Marta, jeżeli pokażesz to piętnaście minut przed własnym wystąpieniem, nikt nie będzie mówił o projekcie. Będą mówić o skandalu. A jeżeli Wilczek jest w to zamieszany, dasz mu czas na przygotowanie wersji. Jeżeli nie jest, oskarżysz człowieka bez wystarczających dowodów.
- Adrian powiedział prawie to samo.
- Cofam wszystko.
Parsknęłam śmiechem.
Po raz pierwszy od chwili znalezienia teczki napięcie odrobinę puściło.
Patrycja podała mi kawę.
- A teraz część nieprzyjemna.
- Myślałam, że to była część nieprzyjemna.
- Nie. Tamta była sensacyjna. Nieprzyjemne jest to, że musisz się przespać.
- Nie ma szans.
- Marta.
- Za trzy godziny mam komisję.
- Właśnie dlatego. Masz oczy człowieka, który widzi dźwięki.
- To może być przewaga projektowa.
- Na kanapie. Czterdzieści minut.
- Nie zasnę.
- To leż z zamkniętymi oczami i udawaj.
- Patrycja...
- Jestem twoją wspólniczką i mam trzydzieści procent firmy. Wykorzystuję władzę korporacyjną.
- Masz czterdzieści procent.
- Jeszcze lepiej.
Nie zamierzałam wygrać tej rozmowy.
Położyłam się więc na niewielkiej sofie w pomieszczeniu socjalnym, przykryłam płaszczem i zamknęłam oczy. Przez pierwsze dziesięć minut myślałam o prezentacji. Przez następne pięć o czerwonym długopisie. Potem o Adrianie.
To było najbardziej irytujące.
Nie o dokumentach.
O nim.
O tym, jak natychmiast cofnął rękę, kiedy kazałam mu jej nie trzymać na teczce. Jak nie próbował mnie dotknąć, kiedy usiadłam po zobaczeniu wyników. Jak odpowiadał na pytania, nawet jeśli odpowiedź działała przeciwko niemu.
I o dziewięciu miesiącach.
Dziewięć miesięcy wiedzy, której nie uznał za moją.
To powinno wystarczyć, żebym przestała się nad nim zastanawiać.
Nie wystarczyło.
Kiedy otworzyłam oczy, było po szóstej trzydzieści.
Patrycja siedziała przy stole i nanosiła ostatnie poprawki do slajdów.
- Spałaś - powiedziała.
- Kłamiesz.
- Chrapałaś.
Usiadłam gwałtownie.
- Nie chrapię.
- To była informacja kontrolna. Teraz wiem, że jesteś przytomna.
Rzuciłam w nią poduszką.
Uchyliła się.
- Wysłałam zdjęcia naszej prawniczce.
Zamarłam.
- Co?
- Nie podałam nazwisk. Powiedziałam, że znaleźliśmy możliwy dokument archiwalny dotyczący starego konkursu i chcemy wiedzieć, jak zabezpieczyć oryginał.
- Bez konsultacji ze mną?
- O, teraz nagle cenimy prawo do informacji?
To zabolało wystarczająco celnie, żebym nie odpowiedziała.
Patrycja spoważniała.
- Przepraszam. Ale musimy zabezpieczyć siebie.
- Co powiedziała?
- Żeby nie pisać po dokumentach, nie rozdzielać stron, nie robić z nimi niczego poza kopiami. Po prezentacji mamy zadzwonić.
Skinęłam głową.
- Dobrze.
- I jeszcze jedno.
- Oczywiście.
- Adrian przyszedł.
Spojrzałam na zegar.
6:38.
- Gdzie?
- Przed drzwiami.
- I co chciał?
- Ciebie.
- Bardzo zabawne.
- Nie żartuję.
- Co powiedział?
Patrycja wstała.
- Że pojawił się problem z dokumentacją techniczną budynku. Organizator chce zebrać liderów wszystkich pięciu zespołów.
- Teraz?
- Teraz.
- To nie może poczekać do ósmej?
- Podobno nie.
Włożyłam buty i poprawiłam włosy, korzystając z odbicia w wygaszonym monitorze.
- Jak wyglądał?
Patrycja uniosła brwi.
- Pytasz zawodowo?
- Pytam, czy wyglądał, jakby coś się stało.
- Wyglądał jak zawsze.
- To znaczy?
- Jak facet, którego koszula kosztuje więcej niż mój ekspres do kawy i który ma czelność dobrze wyglądać po nieprzespanej nocy.
- Nie pytałam o to.
- Ale usłyszałaś.
Minęłam ją bez komentarza.
Adrian stał przy wejściu do naszej sali. Marynarkę przerzucił przez ramię, rękawy koszuli nadal miał podwinięte. Wyglądał na równie niewyspanego jak ja, tylko w jego przypadku brak snu usuwał zawodową perfekcję i zostawiał coś bardziej ludzkiego.
Nie powinnam była tego zauważać.
- Co się stało? - zapytałam.
- W nocy wykonano ponowny pomiar konstrukcji nad północną częścią hali.
- I?
- Okazało się, że dwie belki mają gorszy stan, niż wynikało z dokumentacji konkursowej.
Patrycja podeszła bliżej.
- Jak bardzo gorszy?
- Na tyle, że przez kilka miesięcy po rozpoczęciu inwestycji ta część może być wyłączona z użytkowania.
Spojrzałyśmy na siebie.
W naszej koncepcji północna część hali była kluczowa dla pierwszego etapu otwarcia.
- To zmienia harmonogram - powiedziała Patrycja.
- Wszystkim - odpowiedział Adrian. - Organizator daje godzinę na korekty, potem prezentacje zgodnie z planem.
- Godzinę? - zapytałam.
- Tak.
- Kiedy się o tym dowiedziałeś?
- Piętnaście minut temu.
Patrycja spojrzała na mnie znacząco.
Dokładnie wiedziałam, co chciała powiedzieć.
Tym razem przyszedł od razu.
- Dzięki - powiedziałam.
Adrian przyjął to bez uśmiechu.
- Spotkanie w hali za pięć minut.
Ruszył korytarzem.
Dogoniłam go po kilku krokach.
- Adrian.
Zatrzymał się.
Patrycja została z tyłu.
- Czy twój projekt też wykorzystuje północną część w pierwszym etapie?
Spojrzał na mnie.
- Tak.
- Czyli jesteśmy równie ugotowani.
- Niezupełnie.
- Masz plan B.
- Zawsze mam plan B.
- Oczywiście.
Ruszył dalej, a ja szłam obok niego.
- Co zrobisz?
- Przeniosę funkcję edukacyjną do zachodniego skrzydła. Stracę powierzchnię ekspozycyjną, ale uruchomię budynek zgodnie z terminem.
- Zachodnie skrzydło ma problem z akustyką.
- Wiem.
- Więc?
- Zmieniam funkcję ekspozycyjną na warsztatową.
Zatrzymałam się.
On zrobił jeszcze dwa kroki i obejrzał się.
- Co?
- Nic.
- To było bardzo wymowne „nic”.
- Miałam podobny pomysł.
Kącik jego ust uniósł się.
- To chyba pierwszy raz, kiedy przyznajesz, że myślimy podobnie.
- Nie wykorzystuj tego.
- Za późno.
W głównej hali czekali już przedstawiciele organizatora oraz liderzy trzech pozostałych zespołów. Tomasz Wilczek stał przy dużym stole z dokumentacją, rozmawiając z konstruktorem.
Patrzyłam na niego inaczej niż dzień wcześniej.
Miał około sześćdziesięciu lat, siwe włosy, proste okulary i ten rodzaj spokojnej uprzejmości, który w środowisku akademickim bywał mylony z łagodnością. Widziałam go wcześniej kilka razy na konferencjach. Nigdy nie rozmawialiśmy dłużej niż dwie minuty.
Teraz wiedziałam, że siedem lat wcześniej jego nazwisko znajdowało się w dokumentach konkursu, z którego mnie usunięto.
Wilczek zobaczył mnie.
- Pani Marta. Dobrze, że już pani jest.
Normalne zdanie.
Normalny ton.
Mimo to przeanalizowałam każde słowo.
- Co dokładnie się zmieniło? - zapytałam.
Konstruktor rozłożył rysunek.
- Belki B17 i B18. Korozja na styku ze ścianą zewnętrzną jest głębsza, niż wykazała ekspertyza wstępna. Nie ma zagrożenia teraz, ale w trakcie przebudowy strefa musi być zamknięta.
- Jak długo?
- Cztery do sześciu miesięcy.
Wokół stołu zaczęły padać pytania. Terminy, budżet, możliwość podparcia tymczasowego.
Ja patrzyłam na numer belki.
B17.
„17/K...”
Fragment koperty.
Przypadek.
