Nantas - Emil Zola - ebook + audiobook

Nantas audiobook

Emil Zola

0,0

Opis

Nantas” to nowela autorstwa wybitnego francuskiego pisarza Emila Zoli, jednego z najważniejszych przedstawicieli naturalizmu.

Nantas, młody i pełen wiary we własne siły i możliwości mężczyzna, próbuje odnieść sukces w Paryżu. Wiedzie jednak życie na granicy ubóstwa. Któregoś dnia na jego drodze staje nieznajoma kobieta z zaskakującą propozycją...

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 43 min

Lektor: Joanna Lissner




Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-66362-95-6
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

I

Pokój, który Nantas zamieszkiwał od dnia swego przybycia z Marsylii do Paryża, znajdował się na najwyższem piętrze jednego z domów przy ulicy de Lille, obok hotelu barona Danvillier, członka rady stanu; dom był również własnością barona. Wychyliwszy się z okna, mógł Nantas widzieć cały jeden kąt pałacowego ogrodu, którego pyszne drzewa rzucały obfity cień. Wyżej, ponad zielonymi czubami drzew, otwierał się widok na Paryż, widać było koryto Sekwany, Tuileries, Louvre, perspektywę wybrzeża i całe morze dachów aż do niknącego w oddali przedmieścia Pére Lachaise.  Było to mizerne poddasze, z oknem wyciętem w dachu. Na umeblowanie, w jakie zaopatrzył się Nantas, składało się: łóżko, stół i krzesło. Sprowadził się tu dla taniości z zamiarem pozostania w tej kwaterze tak długo, dopokąd nie znajdzie sobie posady. Brudne tapety, sufit czarny, nędza i nagość tej izbiny, nie posiadającej nawet kominka, nie raziły go. Zasypiając w obliczu Louvre’u i Tuileryów, porównywał siebie do jenerała, co kładzie się spać w pierwszej lepszej przydrożnej oberży u bram wielkiego i ludnego miasta, które ma wziąć szturmem nazajutrz.  Dzieje Nantasa były krótkie. Syn murarza z Marsylii, rozpoczął studya od tamtejszego liceum, posyłany przez rodziców do szkół dzięki ambitnej miłości matki, której marzeniem było wykierować syna na pana. Rodzice zapracowywali się, byle go dopchać do bakalaureatu. Po śmierci matki jednak Nantas musiał przyjąć skromne miejsce u pewnego kupca, na którem wiódł przez lat dwanaście rozpaczliwie jednostajną egzystencyę. Dwadzieścia razy już byłby uciekł z Marsylii, gdyby go obowiązki synowskie nie przykuwały do ojca, który spadłszy z rusztowania stał się zupełnie niezdolnym do pracy. Obecnie on sam musiał zaspokoić wszystkie obudwu potrzeby. Jednego wieczora wszakże, wróciwszy do domu, zastał starca bez życia, z ciepłą jeszcze fajką u boku. W trzy dni potem, spieniężywszy odrobinę gratów, wyjechał do Paryża, mając w kieszeni dwieście franków.  W Nantasie tliła, odziedziczona po matce, uparta ambicya zrobienia karyery. Chłopak to był szybkiej decyzyi, z wolą zimną lecz mocną. Młodzieniaszkiem jeszcze mawiał o sobie, że jest „siłą.“ Śmiano się zeń często, gdy, zapędziwszy się w zwierzenia, powtarzał swe ulubione: „Jestem siłą“ — frazes ten bowiem nabierał dziwnie komicznego brzmienia, gdy się spojrzało na jego wytartą, prującą się w ramionach surducinę z przykrótkiemi rękawami, które nie dochodziły rąk. Stopniowo jednak wyrobił w sobie w ten sposób pewnego rodzaju religię siły, nic w świecie po za nią nie widząc, przeświadczony, że do silnych należy zwycięstwo. Podług niego: chcieć — znaczyło: módz. Reszta nie ma znaczenia.  Podczas niedzielnych samotnych przechadzek po spalonych przedmieściach Marsylii czuł w sobie wyraźnie gieniusz; na dnie jego istności tkwił jakiś instynktowny popęd, pchający go naprzód; wracając do swego okaleczałego ojca, by zjeść na wieczerzę ziemniaków, powtarzał sobie, że nadejdzie dzień, kiedy, nie potrzebując się więcej ograniczać, będzie mógł wykroić należny sobie udział w biesiadzie społeczeństwa, pośród którego nie był jeszcze niczem w trzydziestym roku życia. Nie były to bynajmniej żądze nizkiego gatunku, pospolite pragnienia zmysłowego użycia, lecz nader czyste samopoczucie inteligencyi i woli, które nie znajdując się na właściwem dla siebie miejscu, zmierzają z całym spokojem do zajęcia go, pod wpływem naturalnej potrzeby logiki.  Odkąd Nantas dotknął stopą bruku Paryża, zdawało mu się, że wystarczy mu wyciągnąć rękę, by zdobyć pozycyę, jakiej się czuł godnym. Tegoż samego dnia rozpoczął kampanię. Mając kilka listów polecających, udał się z nimi pod wskazanym adresem. Nadto poszedł zapukać do drzwi paru osób, znajomych z Marsylii, licząc na ich poparcie. Po upływie miesiąca jednak nie osiągnął żadnego rezultatu; mówiono mu, że chwila jest nieodpowiednia; czyniono mu zresztą obietnice, ale nie dotrzymano ni jednej. Tymczasem chuda sakiewka opróżniała się, zostało mu wszystkiego najwyżej dwadzieścia franków. O tych dwudziestu frankach miał jeszcze żyć cały miesiąc, nie jedząc nic więcej prócz chleba, przemierzając Paryż od świtu do zmroku i kładąc się spać bez światła, jak zbity ze znużenia, z pustemi dzień w dzień rękoma po daremnej gonitwie. Nie tracił pomimo tego otuchy, tylko w duszy jego wzbierał coraz większy gniew. Wyroki losu wydały mu się pozbawionemi jakiegokolwiek sensu logicznego i sprawiedliwości.  Jednego wieczora wrócił do domu, nie wziąwszy cały dzień nic w usta. Dnia poprzedniego spożył ostatni kęs chleba. Ani grosza przy duszy, ani jednego przyjaciela, coby pożyczył dwadzieścia sous. Przez cały dzień padał deszcz, jeden z tych szarych deszczów paryskich, tak przejmująco zimnych. Ulicami płynęły strugi błota. Nantas, przemokły do nitki, poszedł na Bercy, potem na Montmartre, gdzie mu wskazano jakiś wakans. Lecz w Bercy znalazł już miejsce zajętem, na Montmartre zaś pismo jego uznano za niedość piękne. Dwa te miejsca były jego ostatnią nadzieją. Był zaś gotów przyjąć pierwsze lepsze zajęcie, mając niewzruszone przekonanie, że sobie potrafi wyrąbać los przy pierwszej nadarzonej sposobności. Na razie nie żądał nic prócz chleba, tyle tylko, aby mieć z czego wyżyć w Paryżu i kawałka gruntu pod nogami, aby mieć na czem zacząć budowę gmachu przyszłości, cegła po cegle. Wlókł się z Montmartre na Lille noga za nogą, z sercem pełnem goryczy. Deszcz ustał, spieszący za interesami tłum popychał go na trotoarze. Przez kilka minut stał przed sklepem wekslarza: pięć franków wystarczyłoby może, aby kiedyś zawładnął całym tym światem; za pięć franków można żyć cały tydzień a w ciągu tygodnia da się dokonać nie mało rzeczy. Kiedy tak myślał, przejeżdżający pojazd obryzgał go błotem, tak że musiał sobie rękawem otrzeć ochlapaną twarz. Ruszył żwawiej z miejsca, zacisnąwszy zęby, czując dziką żądzę rzucenia się z pięściami na tłum, zagradzający ulicę; byłby to należny odwet za głupotę losu. Na ulicy Richelieu o mało go nie przejechał omnibus. Pośrodku placu Karuzelu rzucił okiem zazdrości na Tuilerye. Na ulicy Wszystkich Świętych małej wystrojonej dziewczynce ustąpić musiał z prostej drogi, którą kroczył z uporem odyńca, ściganego przez psiarnię; zboczenie to z obranego kierunku wydało mu się najwyższem poniżeniem; nawet dzieciom musi ustępować!... Nakoniec schroniwszy się do swej stancyjki jak ranione zwierzę, które idzie zdechnąć w swej jamie, padł ciężko na krzesło na pół martwy, wpatrując się w swe zabłocone spodnie i dziury w bucikach, z których ciekące błoto utworzyło już na podłodze sporą kałużę.  Tym razem