Jak ludzie umierają - Emil Zola - ebook

Jak ludzie umierają ebook

Emil Zola

3,7

Opis

Jak ludzie umierają” to nowela autorstwa wybitnego francuskiego pisarza Emila Zoli, jednego z najważniejszych przedstawicieli naturalizmu.

Jak ludzie umierają” jest jedną z mniej znanych nowel autora takich dzieł jak „Germinal”, „Nana” czy „W matni”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 50

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-66362-94-9
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

I

Hrabia de Verteuil liezy lat pięćdziesiąt pięć Jest on potomkiem jednego z najznakomitszych rodów Francyi i posiadaczem znacznej fortuny. Bocząc się na republikę, by zająć się czemkolwiek, pisywał artykuły do poważnych przeglądów, które otwarły mu wstęp do „Akademii nauk moralnych i politycznych"rzucał się w wir przedsiębiorstw, zapalał się kolejno do spraw rolnictwa, edukacyi i sztuk pięknych. Był nawet czas jakiś deputowanym i wyróżnił się gwałtownością swej opozycyi.  Hrabina Matylda de Verteuil ma lat czterdzieści sześć, cytowana dotychczas jako najpiękniejsza blondynka w Paryżu. Płeć jej zdaje się nawet zyskiwać z wiekiem na białości. Dawniej była cokolwiek szczupłą, obecnie ramiona jej w miarę dojrzenia nabrały okrągłości soczystego owocu. Nigdy nie była piękniejszą w samej rzeczy. Kiedy się jawi w salonie, promieniejąc przepychem swych złotych włosów i atłasowego biustu, podobną się zdaje do wschodzącej gwiazdy i przejmuje zazdrością niejednę dwudziestoletnią kobietę.  Małżeństwo jej z hrabią jest jednem z tych, o których świat nic nie znajduje do powiedzenia. Pobrali się, jak-się najczęściej pobierają ludzie ich sfery. Nie brak takich, co twierdzą, że żyli z sobą nader zgodnie przez całe lat sześć. W owym okresie mieli syna Rogera, który jest porucznikiem, i córkę Biankę, wydaną zeszłego roku za pana de Bussac, referenta w radzie stanu. Odrodzili się oboje w dzieciach. Ochłódłszy dla siebie od lat wielu, zachowali jednak w swych sercach szczerą przyjaźń z silnym podkładem samolubstwa. Zasięgają więc wzajemnie w każdej ważniejszej okoliczności swej rady, są dla siebie, w obecności ludzi, bez najmniejszego zarzutu, zostawszy jednak sami, usuwają się co żywo każde do swoich apartamentów, aby się oddać całkowicie swym zaufanym.  Pewnej nocy, około drugiej nad ranem, hrabinie Matyldzie, która wróciła z balu co tylko, . pokojówka, pomagająca jej zrzucić toaletę, oświadcza przed samem opuszczeniem sypialni:  — Pan hrabia był dzisiaj wieczór cierpiący.  Hrabina, przez pół już zasypiając, odwraca leniwie głowę, aby szepnąć:  — O!...  Poczem, wyciągając się:  — Pamiętaj mnie zbudzić o dziesiątej, zamówiłam modystkę.  Rano, podczas śniadania, nie doczekawszy się hrabiego przy stole, posyła najpierw do męża po wiadomości, następnie decyduje się sama pójść go odwiedzić. Znajduje go w łóżku. Jest mocno blady ale zupełnie poprawny. Było już trzech lekarzy, poszeptali z sobą, wydali zlecenia i mają wieczorem powrócić. Chorego obsługuje dwóch lokai, którzy poruszają się nader poważnie i w najgłębszem milczeniu, zciszając jak najstaranniej na dywanie swe kroki. Obszerny gabinet zdaje się drzemać, pełen surowego jakiegoś chłodu; nigdzie porzuconej sztuki bielizny, wszystkie meble na swojem miejscu. Choroba nie naruszyła tu w niczem porządku, godności ani ceremoniału, przygotowaną jest każdej chwili ną przyjęcie gości.  — Jesteś cierpiący, mój drogi? — zapytuje hrabina wchodząc.  Hrabia czyni wysiłek, aby się uśmiechnąć.  — Och! cokolwiek znużenia, nic więcej, — odrzecze. — Potrzeba mi jedynie wypoczynku... Dziękuję ci bardzo, że byłaś łaskawa się fatygować...  Mijają dwa dni. Komnata nie traci nic z swej godności. Każdy przedmiot leży gdzie zawsze, leki i ziółka pojawiają się i nikną, nie zostawiwszy na meblach najmniejszego śladu. Ogolone twarze służby nie śmieją zdradzić czemkolwiek zniecierpliwienia lub nudy. Tymczasem hrabia wie dobrze, że choroba jego jest śmiertelną. Zażądał od lekarzy całej prawdy i bez skarg oddał im się do dyspozycyi, Większą część czasu przepędza z zamkniętemi oczyma, albo też patrzy przed siebie nieruchomo w jeden punkt, jakby zadumany nad swą obecną samotnością.  Hrabina opowiada między znajomymi, że mąż jest cierpiący. Nic nie zmieniła w swym trybie życia, je, śpi, udaje się na spacerach w tych samych co zawsze godzinach. Co rano i co wieczór przychodzi osobiście zapytać hrabiego, jak się czuje.  — I cóż? lepiej mój przyjacielu?  — Lepiej, daleko lepiej. Dziękuję ci, droga Matyldo.  — Jeżeli sobie życzysz, zostanę przy tobie.  Dziękuję, to zbyteczne. Jan i Franciszek wystarczą. Po co się masz fatygować?  Rozumią się oboje zupełnie; żyli każde z osobna i przygotowani są w odosobnieniu również umrzeć. Hrabia znajduje w tem pełną goryczy satysfakcyą egoisty, by rozstać się z życiem w osamotnieniu, nie patrząc na nudną komedyę żalu dokoła swego łóżka. Stara się zatem, zarówno ze względu na siebie, jak i na żonę, ile możności skrócić przykrość ostatniego sam na sam. Ostatniem jego pragnieniem jest zejść z tego świata przyzwoicie, jak człowiek światowy, nie deranżując nikogo, w nikim nie budząc wstrętu.  Pewnego wieczora zaczyna mu braknąć oddechu. Czuje, że rana nie doczeka. Wówczas, zdobywając się na uśmiech ostatni, oznajmia hrabinie, przybyłej z zwykłą wizytą:  — Nie odchodź... czuję się niedobrze...  Chce jej oszczędzić gadaniny ludzkiej. Hrabina, podzielając z swej strony to zdanie, pozostaje w pokoju męża. Lekarze nie opuszczają już ani na chwilę dogorywającego. Lokaje pełnią służbę z tą samą zawsze milczącą akuratnością. Posłano po dzieci, Rogera i Blankę, którzy zajęli miejsca w pobliżu łóżka, obok matki. Reszta rodziny znajduje się w sąsiednim pokoju. W ten sposób na poważnem oczekiwaniu mija noc. Rano zjawia się ksiądz z ostatnimi sakramentami, które hrabia przyjmuje w obliczu wszystkich, by po raz ostatni w życiu ukorzyć się przed religią. Po skończonej ceremonii gotów jest na śmierć.  Nie spieszno mu jednak, zdaje się dość jeszcze mieć sił, aby umierać cicho, bez śmiertelnych konwulsji. Tylko jego oddech rozbrzmiewa w przestronnej komnacie słabym szmerem popsutego zegarka. Znać, że to śmierć człowieka dobrze wychowanego. Ucałowawszy wreszcie żonę i dzieci, oddala ich od siebie łagodnym giestem, odwraca twarz ku ścianie i umiera — samotny.  Wówczas jeden z lekarzy, nachyliwszy się, zamyka zmarłemu powieki i rzecze:  — Nie żyje.  Wśród panującej ciszy dają się nagle słyszeć westchnienia i płacz. Hr. Matylda, Roger i Blanka uklękli. Płaczą, zasłoniwszy rękoma twarze. Wreszcie syn i córka uprowadzają matkę, której postać zachwiała się w progu na dowód rozpaczy, szarpnięta ostatnim spazmem łkań. Od tej chwili nieboszczyk należy do przedsiębiorcy pogrzebowego.  Lekarze też odeszli, z pochylonemi, stosownie do chwili głowami, oblekając twarze w smutek. Poproszono w parafii o księdza, który ma siedzieć przy zwłokach. Obaj lokaje dozorują ciała wraz z księdzem, siedząc na krzesłach w postawach sztywnej powagi; to upragniony kres ich trudów. Jeden z nich dostrzegł łyżeczkę, zapomnianą na którymż z sprzętów, powstaje więc i chowa ją do kieszeni, aby najmniejszy szczegół nie psuł dysonansem ładu komnaty.  Z dołu, z dużego salonu, dolatuje tymczasem stuk młotków; to tapicerzy przeobrażają go na żałobną kaplicę. Cały jeden dzień trwa balsamowanie zwłok; drzwi w czasie tej czynności są zamknięte, specyalista balsamujący ciało pracuje nad niem sam jeden wraz z swymi pomocnikami. Skoro nazajutrz rano zniesiono zwłoki hrabiego na dół i stawiono w trumnie na katafalku, miał już na sobie ubranie frakowe a twarz jego posiadała świeżość młodzieńczą.  W dzień pogrzebu