Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
Kielce, 1973 rok. Piętnastoletni Adam Lisowski sięga po kieliszek wódki. Jeszcze nie wie, że właśnie zrobił pierwszy krok w stronę uzależnienia, które będzie z nim przez następne lata.
Alkohol stanie się jego wiernym towarzyszem codzienności, ucieczką od bólu i poczucia winy.
Czy miłość ukochanej żony wystarczy, by mógł pokonać swojego największego wroga? Jaką rolę odegrają w życiu Adama zupełnie obcy ludzie?
***
To poruszająca historia o nałogu, który nieustannie kusi, obiecuje ukojenie, lecz w rzeczywistości zabiera człowiekowi wszystko, zaczynając od zdrowia, a kończąc na własnej godności. Pasmo upadków, obietnic poprawy, chwilowych zwycięstw, miesza się z powrotami do alkoholu.
Powieść o kruchości życia, sile ludzkich więzi, prawdziwej i cudownej miłości.
"Na dnie i z powrotem" to książka emocjonująca, szczera oraz dotykająca miejsc, w które rzadko mamy odwagę zaglądać.
Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, osadzona w Kielcach i okolicach oraz w Krakowie, w latach 1958-2003.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 156
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Agata Pakuła
Na dnie i z powrotem
© Agata Pakuła 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Redaktor prowadząca: Agata Pakuła
Redakcja i korekta: Anna Drabowicz-Wiśniak
Projekt okładki i skład: Szymon Bolek • bolek.studio
ISBN 978-83-971495-6-4
Wydawca:
AgataWydaje Kielce
E-mail: [email protected]
Konwersja na czytniki mobilne:
Szymon Bolek • bolek.studio
Siła człowieka nie polega na tym, że nigdy nie upada, ale na tym, że potrafi się podnosić
Konfucjusz
Po raz pierwszy koleżanka wódeczka zaprosiła Adama Lisowskiego do tańca, kiedy był młodym, ciekawym życia piętnastoletnim chłopakiem. Właśnie skończył szkołę podstawową i miał mnóstwo planów na przyszłość. Tańczyli wolno, z gracją i wyczuciem. Smakowała i pachniała wspaniale. Adamowi bardzo się spodobała nowa znajoma i zaczął zapraszać ją do siebie coraz częściej. Z każdym kolejnym dniem, tygodniem i rokiem ich wspólny taniec był coraz szybszy oraz bardziej intensywny. Koleżanka pozwoliła mu robić krótkie przerwy, ale szybko po niego wracała i zabierała w coraz mroczniejsze miejsca. Trzymała go mocno, gdy potykał się o własne nogi i wszystko, co stało mu akurat na drodze. Strata, ból, frustracja i niemoc zaczęły wypełniać całe jego ciało. Szczęście i spokój były daleką wyspą, która z dnia na dzień stawała się coraz bardziej nieosiągalna. Zatracał się coraz bardziej w chocholim tańcu1, z którego sam nie był w stanie się wyzwolić.
Wódeczka cieszyła się ogromnie, że udało jej się całkowicie uzależnić od siebie kolejnego mężczyznę. Z jego kobietą niestety się nie udało, nad czym bardzo ubolewała. Kochająca się para od zawsze była jej marzeniem. Musiała zadowolić się Adamem i za wszelką cenę chciała tańczyć z nim do ostatniego tchnienia, do ostatniej wypitej razem kropli. Nie przypuszczała jednak, że coś może stanąć jej na drodze i pokrzyżować misternie utkany plan…
1 Chocholi taniec – wyrażenie zaczerpnięte z dramatu Stanisława Wyspiańskiego Wesele oznaczające działanie bezcelowe, wynikające z niemocy, braku woli i bezradności. Jest to metafora stagnacji, apatii i braku inicjatywy do zmiany.
Adam urodził się parę minut przed północą pierwszego stycznia 1958 roku i był najmłodszym, bardzo wyczekiwanym dzieckiem Marii i Tadeusza Lisowskich. Mieli już trzy córki: dziesięcioletnią Ewę, dziewięcioletnią Basię, siedmioletnią Krysię i wreszcie doczekali się upragnionego syna. Szpital Położniczy im. św. Łukasza znajdował się tylko osiemset pięćdziesiąt metrów od kamienicy, w której mieszkali, ale Maria zdecydowała, że urodzi we własnym łóżku. Była zbyt słaba i zmęczona ostatnim okresem ciąży. Dużo przytyła, a bardzo spuchnięte nogi uniemożliwiały normalne chodzenie. Poza tym akcja porodowa rozpoczęła się szybko i niespodziewanie. Przy porodzie asystowała sąsiadka, która doskonale wiedziała, co robić, ponieważ nie raz była proszona o podobną przysługę.
Syn przywitał świat bardzo głośnym i donośnym krzykiem. Siostry, które spały w pokoju obok od razu obudziły się, przybiegły do mamy i z zaciekawieniem przyglądały się braciszkowi. Maria ze łzami w oczach próbowała uspokoić Adama, ale chłopak już pierwszego dnia pokazał rodzinie swój charakterek. Kiedy trochę się uspokoił, dumny Tadeusz wziął syna na ręce i mocno go przytulił. Od teraz nie był jedynym mężczyzną w ich babskiej rodzinie.
Lisowscy mieszkali w starej, przedwojennej kamienicy przy ulicy generała Karola Świerczewskiego w Kielcach. Na przestrzeni lat ulica ta bardzo często zmieniała swoją nazwę, od ulicy Wielkiej, po Krakowską, Pierackiego i Bandurskiego. To tam powstała pierwsza drukarnia, księgarnia i apteka. Od południa łączyła się ze Wzgórzem Zamkowym, na którym wznosiła się barokowa Bazylika Katedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Kościół, dzwonnica i wieże Pałacu Biskupów Krakowskich sąsiadującego z katedrą majestatycznie górowały nad niską zabudową śródmieścia Kielc. Kurant w dzwonnicy, składający się z dwudziestu czterech dzwonów, co pełną godzinę wygrywał melodię, która głośnym echem roznosiła się po okolicy. Mieszkańcy bez zerkania na zegar wiedzieli, która jest godzina i kiedy należy udać się na mszę świętą. Od północy ulica biegła aż do kieleckiego Rynku z drewnianymi oraz murowanymi kamienicami, Ratuszem i najstarszymi delikatesami, działającymi w tym miejscu od 1954 roku. W połowie przecinała ona centralną ulicę Kielc – Henryka Sienkiewicza – po której odbywał się zarówno ruch pieszy, jak i samochodowy, znajdowały się sklepy, cukiernie czy kino.
Tadeusz, wysoki, szczupły brunet o brązowych oczach, przyjechał z Olkusza do Kielc w 1947 roku, mając zaledwie dwadzieścia jeden lat. Ukończył zawodową szkołę samochodową i od razu zatrudnił się w Zakładzie Wyrobów Metalowych „Polmo-SHL”, gdzie został skierowany do pracy przy produkcji części do motocykli. Na początku pomieszkiwał u kolegi z pracy. Po trzech miesiącach, w letnie niedzielne popołudnie, zupełnie przypadkiem poznał na Rynku dziewiętnastoletnią Marię i od razu stracił dla niej głowę. Była bardzo szczupła i tylko kilka centymetrów niższa od niego. Miała długie, lśniące jasne włosy, które miejscami miały rudawy odcień, i jasnoniebieskie oczy. Do tego ciepły i miły głos, który zadziałał na Tadka niczym kojący balsam na jego samotną duszę. Maria mieszkała z bardzo schorowaną matką i marzyła, by poznać mężczyznę, który się nimi zaopiekuje. Pracowała tylko dorywczo, pomagając w cukierni przy ulicy Sienkiewicza. Po miesiącu starań o ukochaną, przystojny brunet zamieszkał z jasnowłosą pięknością. Bardzo szybko poprosił ją o rękę i późną jesienią składali przysięgę małżeńską w Bazylice Katedralnej. Matka Marii, mimo iż widziała, jak szczęśliwa jest jej córka, poddała się gruźlicy i zmarła zimą 1947 roku, tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia.
Tadeusz własnymi siłami wyremontował mieszkanie, w którym mieszkali. Jeden bardzo duży, i przez to niefunkcjonalny, pokój znajdujący się przy kuchni podzielił na dwa pomieszczenia. Większe stało się pokojem gościnnym, a mniejsze ich sypialnią, którą z czasem musiał przerobić na pokój dziecinny. Kiedy zakład zaczął produkować w 1954 roku pralkę wirnikową „Frania”, Lisowscy mieli już trzy córeczki. Mężczyzna dostał wtedy od szefa jeden egzemplarz w nagrodę za bardzo dobrą i wydajną pracę. Maria była zadowolona, ponieważ pranie ręczne ubranek dziewczynek było czasochłonne i wyczerpujące. Przy takiej gromadce pralka działała niemal cały czas. W ciągu sześciu lat ich dom zmienił się nie do poznania. Trzy małe kobietki zdominowały go całkowicie. Krzyki, piski i śmiech przeplatane z płaczem sprawiały, że Tadek nie miał chwili spokoju po powrocie z pracy do domu, szczególnie wtedy, gdy pracował na nocną zmianę. Wieczorami wychodził z kolegami napić się czegoś z procentami. Kupowali przeważnie wódkę z niebieską etykietą, która była dostępna w sklepach spożywczych. Do domu wracał tak pijany, że od razu kładł się na łóżko i zasypiał. Córki mogły krzyczeć i skakać po nim, a on tylko coraz głośniej chrapał. Czasami otwierał na chwilę oczy i widząc przed sobą rudowłose Ewę i Krysię oraz blondyneczkę Basię wiedział, że jest bezpieczny w swoim zwariowanym i hałaśliwym domu. Przez sen bardzo często zapewniał żonę o swojej dozgonnej miłości. Ona stała nad nim i, słysząc te słowa, uśmiechała się i delikatnie głaskała go po głowie. Nigdy nie robiła mężowi awantur. Była wdzięczna, że ciężko pracuje i stara się z całych sił utrzymać rodzinę, mimo iż przepijał część tak bardzo potrzebnych pieniędzy. Maria była bardzo gospodarną kobietą i tak prowadziła dom, że starczało im to, co Tadek oddawał jej z wypłaty. Z tyłu kamienicy, od podwórka, mieli kawałek placu, na którym zrobiła miejsce dla kilku kur, które dawały swojskie jajka. Świeże mleko prosto od krowy, za które płaciła grosze, przynosiła zaprzyjaźniona starsza kobieta. Z niego robiła zsiadłe mleko, twaróg i masło. Inne potrzebne zakupy robiła zawsze w delikatesach przy Rynku.
Narodziny Adama bardzo zmieniły rodzinę Lisowskich. Mały brunecik z pięknymi, dużymi, brązowymi oczami bardzo przypominał ojca. Szybko stał się żywą maskotką rozbrykanych sióstr i ukochanym synkiem Marii. Mama czytała mu bajki każdego wieczoru, a on zawsze zasypiał wtulony w nią. Był szczęśliwy, że może spać z nią w jednym łóżku. Niestety nie podobało się to Tadkowi, ale wiedział, że żona nie zmieni decyzji, dopóki syn nie zdecyduje, że będzie spał już sam. Siostry każdego dnia po przyjściu ze szkoły wymyślały różne zabawy, żeby ich braciszek się nie nudził. Najbardziej podobało mu się wożenie w wózku dla lalek i udawanie ich malutkiego dziecka. Gdy był głodny, przynosiły mu przepyszne bułeczki i pączki z nowej cukierni „U Dziadka”, która znajdowała się ulicę wcześniej, przy Jana Kilińskiego.
W 1965 roku Adam poszedł do pierwszej klasy w Szkole Podstawowej nr 2 przy ulicy Kościuszki. Rodzina Lisowskich była już bardzo dobrze znana w szkole za sprawą trzech starszych sióstr, które bardzo dobrze się uczyły. Najstarsza Ewa skończyła szkołę z wyróżnieniem i właśnie zaczęła pracę jako krawcowa. Średnia Basia przygotowywała się do zawodu kucharki, na który było wtedy duże zapotrzebowanie. Najmłodsza Krysia chodziła jeszcze do podstawówki i przez dwa lata pilnowała w szkole młodszego brata, a w domu odrabiała za niego wszystkie prace domowe. Oczywiście robiła to w tajemnicy przed rodzicami, którzy myśleli, że ich synek jest bardzo zdolny.
Ulubionym przedmiotem Adama była religia, ponieważ prowadził ją sympatyczny i lubiany przez dzieci ksiądz. Uroczystość pierwszej komunii świętej w maju 1968 roku była dla chłopca wielkim wyzwaniem. Ksiądz wybrał go do czytania podczas mszy, a Adaś bardzo nie lubił publicznych wystąpień. Z nerwów zapominał liter i zaczynał się jąkać. Tak też było i tym razem. Jednak widok mamy, która patrzyła na syna z bezgraniczną miłością i uśmiechem, zachęcał go do dalszego czytania i sprawił, że jąkanie minęło i płynnie przeczytał przydzielony przez księdza tekst. Także tego dnia dziesięcioletni Adam zobaczył pierwszy raz swojego ojca pijanego. Podczas komunijnego obiadu, który przygotowała mama, wypił tak dużo wódki, że w pewnym momencie bełkotał coś bez sensu i pokłócił się z córką Ewą. Chłopak nie zwrócił jednak na to szczególnej uwagi, ponieważ prawie cały czas siedział w drugim pokoju i patrzył na pierwszy zegarek, który dostał od rodziców.
W kolejnych latach syn zaczął już dostrzegać fazy pijanego ojca, który po powrocie z pracy nie zasypiał, tak jak robił to lata wcześniej, tylko siadał przy stole i gadał bez sensu albo, co gorsza, kłócił się ze swoimi córkami. Krzyczeli na siebie tak głośno, że słyszała to cała okolica. Ewa, nie mogąc już znieść swojego ojca, bardzo szybko wyszła za mąż, urodziła dziecko i wyprowadziła się z domu. Basia wyjechała do Warszawy, gdzie podjęła pracę jako pomoc kuchenna w ekskluzywnym hotelu Bristol. Mieszkała z dwiema koleżankami w pokoju pracowniczym niedaleko miejsca pracy. Najmłodsza Krysia poznała jakiegoś czarnoskórego młodzieńca i wyjechała z nim, nic nie mówiąc rodzicom.
Podczas awantur Tadeusz nigdy nie podnosił głosu na ukochaną żonę Marię. Za każdym razem, gdy wracał pijany z nocnej zmiany do domu, kupował dla niej słonecznika w małej, drewnianej budce na Rynku. Starszej kobiecie, która patrzyła na niego bez jakichkolwiek emocji, płacił drobnymi, z czułością przeliczając każdy grosik. Kobieta wiedziała, że jest to prezent dla jego żony, więc zawsze wybierała najpiękniejszą i największą roślinę. Gdy kłótnie z córkami dobiegały końca, mężczyzna włączał stojące w kuchni radio i tańczył z Marią, szeptając jej czułe słowa do ucha. Kobieta uwielbiała słoneczniki, ponieważ kojarzyły jej się z ciepłem i harmonią, których często brakowało w ich domu.
W ostatniej klasie szkoły podstawowej Adam wreszcie został w kamienicy sam z rodzicami. Od tego momentu matka starała się zastąpić mu siostry, do których był przywiązany przez wszystkie te lata. Była w szoku, kiedy dowiedziała się, że syn nigdy nie odrabiał prac domowych, nie sprzątał w pokoju i w ogóle w niczym nie pomagał siostrom. Był rozpieszczonym leniem, któremu wszystko było podstawiane pod nos. Powoli i cierpliwie uczyła Adama nowych obowiązków i tego, że od siebie też można coś dać kochanej osobie. Syn, widząc, ile dobrego robi dla niego mama i chcąc się jej odwdzięczyć, przynosił jej pączki z tej samej cukierni, z której przez całe dzieciństwo przynosiły mu słodkości siostry, gdy tylko ta miała ochotę na coś słodkiego Maria robiła synowi pyszne zsiadłe mleko, które uwielbiał, i twaróg, którym się zajadał. Tadek ciągle wracał po pracy do domu pijany, lecz nigdy nie zapomniał o słoneczniku dla żony. Nie było już córek, na które mógłby krzyczeć, więc od razu kładł się spać. Tańczył z Marią, gdy tylko trochę wytrzeźwiał. Syn zawsze wtedy siedział w kuchni i patrzył na szczęśliwą i uśmiechniętą mamę, którą ojciec trzymał w swoich ramionach.
Adam od pierwszej klasy podstawówki przyjaźnił się z trzema chłopakami. Gruby i mały Janek, który w ogóle się nie uczył i bardzo się męczył podczas chodzenia. Wysoki i bardzo szczupły Marek, który był pupilkiem nauczycieli, ponieważ ciągle prawił nauczycielkom komplementy i słabowidzący Franek, który po zdjęciu okularów nie widział nic, ale za to miał wybitny słuch. Wszyscy mieszkali bardzo blisko siebie i zawsze po szkole spędzali czas razem. Adam był bardzo przystojny i już pod koniec podstawówki wzbudzał zainteresowanie prawie wszystkich dziewczyn ze szkoły. One go jednak w ogóle nie interesowały, ponieważ był trochę skrzywiony przez swoje nadopiekuńcze siostry. Zdecydowanie wolał spędzać wolny czas z kumplami.
W ostatni piątek czerwca 1973 roku po odebraniu świadectw ukończenia szkoły podstawowej, chłopcy postanowili uczcić ten piękny dzień. Marek zaproponował zakup pół litra wódki, a że od rana po Rynku kręciło się sporo pełnoletniej młodzieży, która zakończenie roku szkolnego miała już za sobą, nie było problemu z realizacją tego genialnego pomysłu. Chłopaki zrobili zrzutkę i za parę chwil pomysłodawca trzymał w ręku pół litra stołowej. Szybko przeszli 750 metrów, usiedli w odświętnych granatowych spodniach i białych koszulach przy największym oraz najbardziej liściastym drzewie blisko Stawu Podzameckiego w Parku Miejskim. Dzień był bardzo upalny, temperatura przekraczała 30 stopni Celsjusza, a wiatr był prawie nie wyczuwalny. Janek, który miał przy sobie czekoladę, bez większego trudu rozpuścił ją w wódce, żeby nadać jej słodkawego smaku.
– To co, chłopaki, który próbuje pierwszy? – spytał Marek i spojrzał po kolei na kumpli.
Prolog
Rozdział I
