Mucha - Aleksander Janowski - ebook
Opis

Mucha nie siada, proszę Państwa… na byle co. Nie krąży też nad byle czym. Mucha ma ważniejsze zadania. Mucha poleci jednak na lep. Na jaki lep? Otóż to. Dobre pytanie. Na lep właściwy. Dajcie jej do wyboru okruszki chałwy na talerzyku, resztki pączka z renomowanej cukierni Bliklego w Warszawie lub skomplikowany rysunek techniczny na sztywnym papierze, to co wybierze?… Twardy papier. Nie do wiary! Nienormalna jakaś? Nie z tego świata? Nie jesteśmy, niestety, specjalistami od insektologi stosowanej i nie potrafimy zaspokoić Państwa ciekawości. Pretensje prosimy kierować do autora.

Kim w takim razie jest tajemniczy „władca much”? Nie byle kim, bo obcym dyplomatą. Dlaczego w takim razie bawi się na ławeczce w publicznym parku w grę komputerową, jak jakiś niewyrośnięty dzieciak? Co widzimy na ekranie jego laptopa? Muchę! Dlaczego? Nie wystarczą mu bzykające wokół owady? Odpowiedzi na to ważkie pytanie poszukują dzielni stróże prawa, którzy służbowo działają nieustannie dla naszego dobra. Dla ułatwienia rozwiązania zagadki dodamy, że Mucha powieściowa posiada niezwykle specyficzny węch. Bezbłędnie wyczuwa niebotyczne zyski z ropy naftowej i nieomylnie kieruje swój owadzi lot w tamte okolice. Podążając jej tropem natrafiamy na prawdziwe skarby – białe, wielkie, pełnomorskie jachty, piękne zamki nad zatoką oceaniczną, wydłużone lśniące limuzyny z olśniewającymi kobietami w olśniewających sukniach z dekoltami w olśniewających brylantowych koliach oraz wyłysiałych, grubych potentatów z wypchanymi portfelami, rozrzucających banknoty studolarowe na każdym kroku. Jest cudownie. Poczesne miejsce w powieści zajmuje jednak romantyczna miłość dwojga osób płci przeciwnej, nad którą zawisa złowieszczo widmo tłustej, czarnej... muchy. Co mają czynić nieszczęśni zakochani? Jak mają uratować swoje uczucia przed zachłannymi, lepkimi, czarnymi mackami?

Autor wielu popularnych powieści, Aleksander Janowski, ostrzega, że zwykła packa lub powszechnie dostępne środki owadobójcze nie poskutkują. Zaleca zastosowanie dużego młota kowalskiego lub podręcznej wyrzutni granatów. Łatwo powiedzieć! Czy romantyczna miłość zwycięży przeciwności okrutnego losu? Autor dręczy nas niepewnością aż do ostatniej strony tej niezwykłej powieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 166

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Aleksander Janowski "Mucha"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright © by Aleksander Janowski, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Wojciech Ławski

ISBN: 978-83-7900-126-2

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242

Aleksander Janowski
Mucha
Wydawnictwo Psychoskok 2013

- Skąd tyle much w tym roku? – pomyślał z irytacją opędzając się od dokuczliwego owada. Odstawił ciężką, pękatą szklankę z kolorowego szkła na bambusowy stolik obok. Wziął do ręki serwetkę z emblematem elitarnego klubu tenisowego. Wytarł wilgotne palce. Położył zmiętą przy talerzyku z orzeszkami ziemnymi. „Nie ma nic stałego na tym świecie” – westchnął.

Nawet najlepsza Malt whisky smakuje już nie tak jak dawniej. Długotrwała recesja każdemu daje się we znaki, jak widać. Jeśli już producenci markowego napoju zmieniają potajemnie recepturę, to co jest pewnego na tym najlepszym ze światów? Na pewno zastąpili jakiś podstawowy, pierwotny składnik tanim jego odpowiednikiem. Importowanym z Chin, prawdopodobnie. Każdy usiłuje iść na skróty w tych niełatwych czasach. To tak jakby zamienić królową angielską na bezdomną żebraczkę z przedmieścia. Będzie różnica?

Przypomniał mu się dowcip o farmerze opowiedziany na ostatnim przyjęciu przez prezesa jednego z polskich koncernów naftowych. Otóż pewien wieśniak, zapytany przez przygodnego letnika, dlaczego stosuje nadmierną, niezdrową dawkę nawozów sztucznych pod swoje jabłonie miał tłumaczyć dobrodusznie naiwnemu mieszczuchowi, że owoce przecież nie są przeznaczone do konsumpcji własnej, tylko na sprzedaż. Logiczne, prawda?

Ma dobre poczucie humoru ten Polak. Trzeba będzie kiedyś zaprosić go samego na lunch. Ma ciekawe poglądy na temat powstawania wielkich fortun w Europie Wschodniej po upadku komunizmu. Jak on to ujął?: ”Zwycięzców się nie sądzi... to zwycięzcy sądzą przegranych... poprzez mianowanych przez siebie sędziów...”. Dobre, nie?

A tak a propos, to ciekawe, co sam producent tej whisky teraz pija? Na czym jeszcze oni mogą oszczędzać w procesie produkcji? Na okresie leżakowania trunku? Skracają zapewne, stosując sztuczne dojrzewanie? Nie można i tego wykluczyć.

Dobrze jednak, że mimo ostatnich wstrząsów rynkowych produkty ropopochodne mają się nieźle. Stosunkowo nieźle, oczywiście. Zależy, z czym i jakim okresem porównywać.

Z jednej strony, cena dwustu dolarów amerykańskich za baryłkę raczej należy już do zamierzchłej przeszłości, z drugiej jednak nie jest dziś ona aż tak bardzo niska, by nadal nie gwarantować stabilnych profitów. Jeżeli koszt wydobycia nadal oscyluje w granicach dwudziestu kilku dolarów, to przy cenie sprzedaży osiemdziesiąt za baryłkę możemy ufnie patrzeć, jak to żona mawiała kiedyś?... aha... W świetlaną przyszłość.

To znów, jak wiadomo, nie jest tak, że światowa cena ropy ustala się samorzutnie, jak pogoda w Nowym Jorku, powiedzmy, zmieniając się, co pięć minut. Dobrze, bez przesady... zmienia się co piętnaście minut.

Ostatnia operacja z niby spontanicznym atakiem sił rebelianckich na ropociąg w Nibii pociągnęła za sobą niespodziewanie wielkie wydatki. I to wszystko na koszt Firmy, pochłaniając gros zysków. Ku niezadowoleniu akcjonariuszy, którym musiano zmniejszyć dywidendy z tego powodu. Naturalnie, coroczne wypłaty premiowe dla kierownictwa kompanii nie zmalały an o jednego centa. Po prawdzie mówiąc, nawet znacznie wzrosły. Ale przecież tak zwanej opinii publicznej takich pikantnych faktów podać nie sposób. Wszystko przeinaczy i przekręci, ukazując w fałszywym, niekorzystnym i krzywdzącym świetle niestrudzony wysiłek pełnego poświęceń Zarządu i samego Bossa.

Nic nie jest takie łatwe jak się wydaje na pierwszy rzut nieuzbrojonego oka. Otóż to... bardzo celna uwaga... to oko najpierw trzeba uzbroić. Dosłownie. Tylko że przedtem te chętne oczy trzeba najpierw znaleźć. Potem wyszkolić. Następnie opłacić, bo to przecież siła najemna. Naprowadzić na upatrzony cel. Przekupić albo w inny sposób zneutralizować ochronę rurociągu. Zapewnić dyskrecję po wykonaniu zadania. Czasem na zawsze. To wszystko kosztuje. Krocie.

Dopiero po pomyślnym wykonaniu operacji i pieczołowitym zatarciu śladów można publicznie wyrazić zaniepokojenie spadkiem wydobycia ropy naftowej na świecie i wyrazić słuszne oburzenie z powodu sabotażu dokonanego niecnymi rękami rebeliantów.

Kto to widział by wysadzać ropociągi akurat przed nadejściem srogiej zimy na półkuli północnej? Serca nie mają ci nędznicy. Gdzie była policja, ochrona i wojsko? Co robił prezydent tamtego państewka? Jak on dba o interesy swoich partnerów handlowych? Przecież zapasy strategiczne czarnego złota zaczną się kurczyć z tego powodu. K u r c z y ć.

Do tego, trzeba trafu, wyleciała naraz w powietrze stacja pomp na jedynej ropociągowej trasie przesyłowej prowadzącej do terminalu morskiego na wybrzeżu tejże Nibii. Co za szczególny pech i nieszczęśliwy zbieg okoliczności. A jak zareaguje cena tego niezbędnego surowca? Zgodnie z założeniem – wzrośnie. Znacznie.

Dopiero wtedy zatroskani komentatorzy w CNN mogą obwieścić milionom widzów na całym świecie w kilkudziesięciu językach, że „cena benzyny w Nowym Jorku skoczyła z dnia na dzień aż o 15 centów na galonie, z powodu zwyżki cen ropy naftowej”. I mocno, odważnie i w sposób wysoce obywatelski i zaangażowany skrytykować demokratów i ich prezydenta, kurczowo trzymających się władzy, za ten smutny fakt, brzemienny w niewyobrażalne skutki dla gospodarki narodowej,

Media mają przecież za zadanie informować, nie wyjaśniać. Więc niech rzetelnie poinformują, że cena jest wyższa. Nie muszą trudzić telewidza dodatkową, uciążliwą dla niego informacją o powodach znacznego wzrostu cen surowca. A już w żadnym wypadku nie obchodzi nikogo postronnego zawrotny wzrost zysków Firmy. Od tego boli codziennie głowa samego Prezesa i ewentualnie niektórych członków Zarządu. Oni wiedzą najlepiej jak ten zysk podzielić.

Taki jeden, dla przykładu, żurnalista z tych niby śledczych, czy jak ich tam przezywają, przed kilkoma laty wdał się na ekranie w niepotrzebne dywagacje, że niby, dlaczego cena paliw aż tak pnie się w górę i kto za tym stoi, wyobraźcie sobie. Dopatrzył się nawet zmowy wielkich koncernów naftowych, komik jeden. Ha – ha – ha.

Dopiero metoda łagodnej perswazji, zastosowana ze skutkiem natychmiastowym, zmieniła mu optykę patrzenia na różne rzeczy. Od tamtego czasu nosi okulary, bo wykonawcy zlecenia wyszli nieco za nakazane ramy, wykazując niepotrzebną inicjatywę własną. Po prostu, chłopakom brakowało ostatnio rozrywki, więc nieco sobie pofolgowali. Trzeba było potem przeprowadzić z nimi stosowną pogawędkę, uczulającą na pewne drobne aspekty ich zachowań. Z ostrzeżeniem.

W każdym razie wspomniany reporterek na nowym stanowisku odczytuje dziś bezbłędnie podawane mu na podglądzie prognozy pogody i nawet już aż tak bardzo nie sepleni. Widocznie przyzwyczaił się do sztucznej szczęki. Musiał, biedak, oszczędzać na dobrym protetyku i skorzystać z ubezpieczalni społecznej.

A gdyby utrzymywał się w ustalonych ryzach, mógłby sobie bez trudu pozwolić na niejeden zbytek. I dalej by sobie stażystki w telewizji zaliczał metodą na znajomość z producentem najpopularniejszych seriali. I nowego porsche by zachował, którego musiał potem się pozbywać, razem z wielkim Hammerem. I wielkie, piętrowe domiszcze nad samą zatoką. Z jachtem, a jakże. I dwoma kortami tenisowymi. I pełnowymiarowym basenem olimpijskim. I wielokrotnych wizyt natrętnego, jak jesienna mucha, komornika by uniknął.

Czy jest jakiś namacalny związek między bardzo obciążoną hipoteką, wysoką pensją a dobrym słuchem? A jakże. Bezpośredni. Nie trzeba być od razu zawodowym laryngologiem, by taki fakt zauważyć.

Taki to jest morał. Nieskomplikowany. A jednak dla niektórych niezrozumiały, widać.

Dla odprężenia wstał zza biurka z ustawionymi na nim obowiązkowymi, kolorowymi zdjęciami w solidnych, srebrnych ramkach. Ukazywały Małżonkę oraz dwie niezamężne córki, o tak zwanej urodzie dla amatora, w wystudiowanych, nienaturalnych pozach. Wykonał kilka szybkich wymachów ramion ze skłonami tułowia, starając się oddychać miarowo i spokojnie, zgodnie z zaleceniami osobistego trenera.

Jak to mawiali starożytni? Coś jak „anima sana in corpore sano”, czyli zdrowym ciele, jako siedlisku zdrowego ducha. Mieli rację. Z tym, że to „corpore sano” sam Boss tłumaczy swoim podwładnym, jako „zdrowa korporacja”. To znaczy taka, co ma wysokie, stabilne zyski. I taki właśnie duch ma w firmie panować. Duch burzy i naporu.

No dobrze, przejdźmy teraz do spraw codziennych. Jak tam postępują negocjacje z tym ropociągiem Kaspijskim? Co wypisują i wygadują na zadany temat nasze zmanipulowane „środki przykazu?” Włączył przycisk w malutkim desktopie połączonym z ogromnym, naściennym ekranem.

Dlatego właśnie wolał przychodzić do swojego gabinetu skoro świt, jeszcze przed wszystkimi sekretarkami, by sobie swobodnie pomyszkować po Internecie. Przecież nie będzie narażał się na utratę prestiżu, by jak niedojrzały chłopiec skakać po ekranie w obecności osób trzecich. Nie licuje, nie wypada i nie uchodzi. To tak, jakby w czasie regularnego, czwartkowego seksu z Anitą ukradkiem surfować za jej plecami – w określonej pozycji, naturalnie - po Sieci, wyszukując wiadomości z giełdy nowojorskiej. To nie byłoby w dobrym tonie. I ona by rozpowiedziała, urażona, wszystkim natychmiast, jaki to z niego gbur i rano reszta sekretareczek witałaby szefa z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, grzecznie odpowiadając na pozdrowienia, unikając jednak jego wzroku.

Na takie błędy szanujący się dżentelmen sobie nie pozwala.

Ogromny ekran na ścianie zajaśniał niebieskawą poświatą. Czarny prezenter obok przystojnej Azjatki w błękitnej, swobodnej bluzce z głębokim rozcięciem komentował właśnie wydarzenia międzynarodowe: „W pobliżu miasta Rumbami w południowej Nibii doszło do kolejnego ataku na strategiczny rurociąg naftowy. Tym razem sprawcy ujawnili się, biorąc pełną odpowiedzialność za ten zbrodniczy czyn”.

Jak na razie, dobrze. Tak właśnie miało być. W przygotowanie i przeprowadzenie pozornie nieskomplikowanej akcji wpompowano masę środków. Ochrona rurociągu jest coraz lepsza i ten prosty fakt należało odpowiednio uwzględnić już na etapie planowania. Tłumaczenie powyższego zdania – „przeznaczyć odpowiednio zwiększone kwoty na wypłaty, komu trzeba.” Listę płac szef trzyma w pamięci. I jeszcze w jednym miejscu, na wszelki wypadek.

Jak to było w tym polskim dowcipie? Dlaczego ksiądz „to” nosi? Na wszelki wypadek... ha – ha.

Kamera ukazuje wielkim planem dwóch mocno zbirowatych osiłków, w kominiarkach na głowie, trzymających kawałek kartonu z napisem” AL Kaida – śmierć USA”. Patrzyli prosto w obiektyw, nie mrugając. Wypełnili sobą bez reszty ogromny ekran.

„Dobrze chłopaki popracowali - uśmiechnął się człowiek zza biurka. I Arabusom dołożymy za jednym zamachem. Niech teraz się tłumaczą”.

Zamachowiec na ekranie poruszył się nieznacznie. Musiał być zmęczony zbyt długim pozowaniem przed kamerą. Coś żółto błysnęło na jego szyi.

Zmiana tematu – Azjatka na ekranie komentowała właśnie kolejny obrazek – skutki tajfunu w Bangladesz. Gliniasta woda na ekranie występowała z brzegów.

Mężczyzna w gabinecie wstał, podszedł zdecydowanym krokiem do stolika z konsolą, wcisnął jakiś guzik. Prawie natychmiast wielki ekran ukazał poprzedni obraz, z dwoma uzbrojonymi w kałasznikowy opryszkami. „Automaty chińskiej produkcji” – mechanicznie odnotowała pamięć.

Co tak rozbłysło na szyi temu z lewej? Powiększył obraz kilkakrotnie. Patrzył w zbliżeniu na część włochatej piersi pod rozpiętym kołnierzem bluzy kamuflującej. Przybliżył jeszcze bardziej. Niech to szlag!!!

- Johnsona do mnie. Natychmiast – warknął w aparat na biurku.

Po kilku minutach zdyszany łysawy szatyn, w białej koszuli, bez krawata i marynarki trzasnął obcasami przed zwierzchnikiem. Tamten bez słowa wskazał mu ekran na ścianie. Bez powiększenia.

- Tak jest, szefie. Chłopaki wykonali zadanie wzorowo. Żadnych śladów nie pozostawiliśmy. Zadbałem o to osobiście – wykonał ruch jakby strzelał z pistoletu. „Al-Kaida dodatkowo skompromitowana” – patrzył w oczy jak wierny pies, czekający na akceptację i łakomy kąsek od pana.

Szef płynnie powiększał obraz. Najpierw zamaskowana gęba z automatem, potem górna część torsu z szyją, potem sama szyja, z rozdętymi żyłami i... O rany!!!... krzyżykiem... złotym krzyżykiem... prawosławnym chyba, bo ma przecież to dodatkowe poprzeczne ramię...

- O rany! – jednym tchem wyrzucił z siebie szatyn.

- I kto teraz uwierzy, że to Arab z Al-Kaidy? – zimnym szeptem wycedził przez zaciśnięte szczęki człowiek przy biurku. Zerwał się z fotela, postąpił krok do przodu i ostro, bez zamachu prawie, trzasnął szatyna wierzchem dłoni w twarz. Tamtemu krew zalała usta, kapiąc obficie na koszulę i kremowy dywan. Nie uczynił jednak żadnego ruchu.

- Skąd wyście go wytrzasnęli? – szef już się opanował. Normalny, biznesowy ton. Trzeba przecież zaradzić kryzysowi.

- To Glenn – szatynowi wyraźnie trudno było mówić z rozbitymi ustami. Szef wskazał mu głową w stronę łazienki. Pobity pośpiesznie znikł w jej wnętrzu. Słychać było szum cieknącej wody. Pojawił się po kilku minutach, umyty, w koszuli z mokrym przodem, z plastrem na górnej wardze.

- To Glenn znalazł... on ma kontakty... z tymi ze Wschodu...niedopatrzenie, szefie... przepraszam – seplenił.

- Glenna przenieść... do Afganistanu... rozumiesz?

- Tak jest, szefie... nie ma obawy... Talibowie atakują codziennie przecież...

- Nie zwlekajcie zbytnio... – Odprawił tamtego niecierpliwym ruchem ręki, w której ściskał telewizyjnego pilota.

Wcisnął w konsoli żółty guzik. Otworzyły się niewidoczne dotychczas drzwi w bocznej ścianie gabinetu. Wszedł osobnik o niewyraźnej, rozmytej twarzy, w pomiętym jasnym garniturze, nieharmonizującym z ponurą jesienną aurą za oknem. Zatrzymał się bez słowa przy biurku szefa.

- Przejrzyj taśmy z kamery śledzącej - nie podnosząc głowy znad papierów polecił gospodarz gabinetu. „Zobacz, kto ode mnie wyszedł. Jest sytuacja. Ma się tu więcej nie pojawić. Daję czas do poniedziałku. Zameldujesz osobiście.”

Wymięty garnitur pochylił się w ukłonie. Wyszedł bezszelestnie przez te same ukryte drzwi.

Jak mu się udaje tak wygniatać? – rozmyślał szef. „Przed godziną w windzie był wyprasowany. Leży w tym ubraniu, czy co? Jak byś wilka nie karmił, stale w las patrzy” – przypomniało mu się powiedzonko jego kierowcy. Nie zupełnie a propos? Nie szkodzi, ale myśl jest dobra.

Wygląda na to, że sytuację na ten czas mamy pod pełną kontrolą – pomyślał z zadowoleniem. Nie daj Boże, gdyby coś wyszło na jaw i Boss się o tym dowiedział. Taki skandal żurnaliści rozdmuchaliby przecież do niebios. I czyja głowa ległaby wtedy na pieńku?

I dlatego ta głowa musi nieustannie myśleć... za siebie i innych... baranów. Jak to Boss kiedyś go nazwał? „Szara eminencja”. Coś jak kardynał Richelieu przy francuskim królu Ludwiku, którymś tam z kolei. Ten duchowny bywał i doradcą i spowiednikiem i kto wie, czym jeszcze, strzegąc bezpieczeństwa monarchy i jego królestwa.

Tak i w moim przypadku – Boss jest od czystej roboty i trzeba go chronić... przed wścibskimi osobnikami różnego rodzaju i nawiedzonymi typu „zieloni” czy te niedawne zwariowane feministki, domagające się by koncerny naftowe odprowadzały część zysków na programy socjalne w krajach swego działania... na te wszystkie żłobki, szkółki i inne marnotrawstwo. A jeszcze jedna nierozumna zażądała pokaźnych kwot na bezdomne psy i koty... wyobraźcie sobie.

Po co się aż tak płodzicie? – chciałoby się spytać te wszystkie rozwydrzone hetery, wrzeszczące pod oknami i maszerujące w kółko z plakatami pod siedzibą Kompanii. Policja jest bezradna, bo demonstracja przebiega na mocy pozwolenia burmistrza. No to co, pytam? Czy muszą tak wrzeszczeć, czatując na przyjazd samego Bossa? Przepychać się do niego, wytrząsając pięściami bezczelnie trzymając przed sobą niemowlęta na ręku? Bossowa, z kolei, jest nadmiernie wrażliwa i ostatnio kazała rozdać manifestującym kobietom doskonałe kremowe ciastka z narożnej polskiej cukierni, bo na pewnona co dzień ich dzieci takich łakoci nie znają.

I jaki, myślicie, był skutek tego wysoce humanitarnego gestu? Przewidywalny. Ciacho, ciśnięte przez którąś wydrę z tylnego rzędu, wylądowało na wspaniałym kapeluszu Bossowej, a jeszcze inne na garniturze szefa, który usiłował własnym ciałem ją oddzielić od wrzaskliwych manifestantek.

Wtedy dopiero rozpasione policyjne mundury uczyniły ciasny krąg wokół Bossowej pary i przeprowadziły ją bezpiecznie do wejścia do gmachu. Żadnej z manifestujących nie zatrzymano. Taka jest nasza policja. A gdyby chodziło o poważniejsze sprawy?

Pojedynczy promień słońca przedarł się na chwilę przez zwartą pokrywę ciężkich chmur i wylądował na zdjęciu na ścianie ukazującym o wiele młodszego szefa w poblakłym mundurze z długim karabinem w ręku i granatami u pasa, na tle południowej przyrody.

No dobrze, co mamy na dziś w kalendarzu zajęć? Za dwadzieścia minut wyjazd do rafinerii ropy naftowej by Boss na miejscu mógł odebrać raport tamtejszego dyrektora na temat funkcjonowania nowego urządzenia, które miało być o kilkanaście procent wydajniejsze od poprzedniego, jak zapewniał producent. Wprawdzie można byłoby wysłać któregoś z zastępców, ale na uroczystość zaproszono przecież prasę i telewizję, a o wizerunek Bossa trzeba nieustannie dbać. I samemu dopilnować, by jacyś wścibscy żurnaliści z zastrzeżonej, tylko szefowi wiadomej listy, nie mieli zbyt wielu okazji do zadawania impertynenckich pytań.

Nie od dziś wiadomo, że sternicy wielkich korporacji przemysłowych zasiadają potem w rządzie, Kongresie czy Senacie, więc trzeba się Bossa trzymać. Jest karierogenny. Zajdzie bardzo daleko.

I on, prawa ręka Bossa – no, może jedna z prawych rąk, jeżeli można tak powiedzieć – zdmuchnie tamtemu najdrobniejszą drobinę piasku sprzed stóp, by doszedł na sam szczyt. Jeśli taki były nasz prezydent, o którym wszyscy mieli swoje zdanie, z którym się nie zdradzali, został wciągnięty przez określone siły w swoim czasie na sam szczyt szczytów, to co, Boss z jego majątkiem, potężnymi sojusznikami i mocnymi powiązaniami w biznesie ma być gorszy?

Przekazał wychodząc ostatnie polecenia sekretarce, która zerwała się na jego widok z uniżoną gorliwością uczennicy.

Kierowca już czekał przy samochodzie, polerując niepotrzebnie kawałkiem irchy lustrzaną powierzchnię olbrzymiego, czarnego lincolna, z przyćmionymi szybami i kilkoma nieprzyjemnymi niespodziankami w paru miejscach. Przeznaczonymi dla kogoś, kto chciałby nieopatrznie zademonstrować nieprzyjazne zamiary wobec wozu lub jego pasażerów. Lub nawet aluzję do takich zamiarów.

- Golić się można w tej lustrzanej powierzchni – szef wyciągnął do kierowcy dłoń, którą tamten z szacunkiem uścisnął, starając się nie miażdżyć mu palców swoją bochenkowatą łapą. Stalowe podkowy rozginał jak obwarzanki, ot tak, o zakład z innymi szoferami czekając długie godziny na parkingach. Zanim uciekł z Polski przez Austrię, jeszcze za rządów komunistycznych, był członkiem narodowej drużyny ciężarowców. Utrzymuje się chłop w doskonałej formie. No pewnie, jako sportowiec nie pije i nie pali. I na pewno nie ma wielkich stresów.

Piotr, wdzięczny szefowi za wyciągnięcie go z paskudnej, młodzieńczej historii z policją imigracyjną kilka lat temu, zachował wobec niego jakieś pierwotne uczucie wdzięczności i przywiązania. Tak nietypowe w naszym zbrutalizowanym świecie – myślał szef, siadając wbrew wszelkim regułom na miejscu obok kierowcy. Ciekawe, jaka jest jego cena za popełnienie nielojalności wobec pracodawcy. Bo każdy ma swoją cenę.

Poprzednik obecnego szofera wypaplał konkurencji treść podsłuchanej przypadkowo rozmowy, jaka toczyła się niespiesznie na tylnych siedzeniach wydłużonej limuzyny, specjalnie wynajętej na przyjazd jednego z pretendentów do fotela prezydenta tego z najlepszych krajów świata.

Wypaplał właściwie nie samą treść – konkluzję tylko, sam fakt porozumienia w delikatnej materii ustalania cen na rynku benzynowym, wbrew obowiązującemu prawu antymonopolistycznemu. Zapewne chciał tylko zaimponować kompanom przy piwie swoimi niby koneksjami z możnymi tego świata. Może i nie zdawał sobie do końca sprawy z potencjalnych skutków swego gadulstwa.

No, bo jakże to? Pod niebiosa krzyczymy, że tylko popyt i podaż, czyli wolny rynek jest wszechmocnym regulatorem wszystkiego, łącznie z cenami, a potem nagle taka niespodzianka - na czterech rogach ulicy, w czterech różnych stacjach benzynowych należących do czterech wielkich koncernów światowych, widzimy t ę s  a m ą cenę? Toż to zmowa! Koncerny dyktują ceny!!! Pogoń za nadmiernymi zyskami! – już widzimy te nagłówki w tak zwanej demokratycznej prasie. A wszystkim tym żurnalistom przecież się nie wyperswaduje, chociaż do tego należy dążyć.

A co z tym paplającym kierowcą? Dobre pytanie. Policja do dziś go szuka. Kilka lat. „Wyszedł z domu i nie powrócił” – poinformowała telewidzów zatroskana matrona w wieczornych wiadomościach. Statystyki wielkich miast zawierają takie przypadki. Może mu się żona znudziła, na przykład? Albo poczuł tak zwany zew drogi, czyli pociąg do podróży? Tych przyczyn jest wiele. Metropolia miejska to nie senna wioska gdzieś na pogórzu Apalaczy.

Szef jeszcze ma w pamięci jedyną w swoim rodzaju scenkę rodzajową - spogląda poprzez mały wziernik w ścianie, w specjalnym pokoju obok, do pieca podmiejskiego krematorium. Pięknie, zresztą, położonego. W sosnowym lesie, nad samym jeziorem. Powietrze przesycone żywicą. W oddali lśnią w porannym słońcu nagie, ośnieżone szczyty, na tle błękitnego nieba. Taka pocztówka w kolorze. Wymarzone miejsce wypoczynkowe.

Widzi jak po stalowym taśmociągu wjeżdża dostojnie, przy dźwiękach marsza pogrzebowego tego wielkiego Polaka – żona pamięta nazwisko – dębowa trumna, z miedzianymi okuciami. Otwierają się drzwiczki pieca. Buchają błękitne płomienie gazu. Technologia na służbie ludzkości. Sama nowoczesność.

Trumna wjechała. Drzwiczki się zamykają. Marsz rozbrzmiewa głośniej.

Czyjeś doczesne życie dobiegło końca. Przyjmij, Panie, jego skołataną duszę. Szef się przeżegnał.

No, ale przecież nie po to tu przybył. Tuż za poprzednikiem na taśmociągu pojawia się związany... okrwawiony... tak, nie ma wątpliwości... ten, co powinien. W mundurze kierowcy tylko. Jest nieprzytomny. Po zastrzyku. To decyzja szefa. Trzeba być humanitarnym.

Rozwierają się drzwiczki pieca. Zapalają się włosy na głowie... jeszcze nie nieboszczyka...Zajęło się ubranie. Drzwiczki się zamykają. O teraz, świeć Panie!

„Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz” – słusznie mówi Pismo Święte. Marne pozostałości niegodziwca zostaną zmieszane z popiołami poczciwego poprzednika. Rodzina cnotliwego obywatela zatroszczy się nieświadomie o ich stosowne zabezpieczenie, bez naszego udziału.

Jest to przykład dobrej, rzetelnej, przemyślanej, czystej roboty wykonanej rękami innych. Morał – trzeba mieć swoich ludzi wszędzie. Dbać o ich należytą selekcję. I lojalność, okupioną udziałem w zyskach kompanii. Tak jest – działamy jak kompania akcyjna. Jeżeli człowiek jest zainteresowany udziałami w zyskach przedsiębiorstwa, pracuje lepiej, prawda? Nie, to nie jest szwedzki socjalizm, skądże. Socjalizm to zaraza przecież.

Więc nowy kierowca jest również dyskretny. Kilka razy w jego obecności specjalnie podrzucano pewne pogłoski, za które konkurencja zapłaciłaby niezłe pieniądze...i nic... na żadnej z giełd finansowych czy w żadnej gazetce nie było spodziewanej reakcji, która mogłaby wskazywać na jakikolwiek przeciek. „Ufaj, ale sprawdzaj” – jak mawiał kiedyś rosyjski przywódca z brązową plamą na czole do naszego prezydenta – aktora. I miał rację.

Dlatego też, jak kiedyś w wojsku, szef stworzył w firmie system stałej weryfikacji personelu, którego te napuszone urzędasy z rozdętymi budżetami gdzie indziej nigdy nie wymyślą. Nie ma ludzi poza podejrzeniem – takie jest jego motto. Co z tego, że ktoś był prześwietlony jednorazowo przez odpowiednie służby przed przyjęciem do pracy? Przecież potem mogło mu się odmienić. Te wszystkie wykrywacze kłamstw, wymyślone przez jajogłowych profesorków uniwersyteckich, to kurom na śmiech. Całodobowa obserwacja wybranych, szczególnie ważnych dla firmy pracowników – to jest właściwe rozwiązanie. Gdyby kontrolowano wszystkich stale, bez wyjątku, bez względu na zajmowane stanowisko, nie byłoby tych głośnych skandali ze sprzedawaniem Rosjanom naszych tajemnic obronnych, prawda? Albo Chińczykom? Czy Izraelitom?

- Dojeżdżamy, szefie – kierowca obrócił głowę w kierunku pasażera. Szef i sam mógłby to stwierdzić, nawet w nocy, z zawiązanymi oczami. Jakiekolwiek filtry by nie instalowano na potężnych urządzeniach do przeróbki ropy, w powietrzu zawsze będzie się unosił cierpki siarkopodobny zapach.

A jakże - już przed bramą stoi pikieta. Kilka wychudzonych, narkomanopodobnych postaci z transparentami. Trzymają jakieś hasła o obronie środowiska naturalnego. Nic osobiście przeciwko Bossowi. Dobrze zorganizowane. Pieniądze nie są wydane na marne.

Ponieważ zgłosiliśmy tę niby protestującą ekipę do biura gubernatora już ponad miesiąc temu, wszystkie niezbędne pozwolenia zostały wydane. Gdyby teraz ktoś naprawdę chciał zakłócić przebieg wizyty i zgłosił swój zamiar zorganizowania legalnego protestu, takiego pozwolenia by już nie uzyskał. Z uwagi na względy bezpieczeństwa oraz przepisy porządkowe – nie można blokować ruchu drogowego, na przykład. Ta grupka krzykaczy stoi tu na użytek mediów, za nasze pieniądze. Niech wszyscy widzą jak otwarci jesteśmy na demokrację i dialog ze społeczeństwem. O wizerunek trzeba dbać nieustannie. Nic na żywioł.

Jeszcze