Reportaż z życia - Aleksander Janowski - ebook
Opis


Reportaż z życia” Aleksandra Janowskiego stanowi osobną książkę części drugiej reportażu i koncentruje się wokół wyjazdów oraz delegacji zagranicznych autora między innymi do Chin, ZSRR, Kuby czy Rumuni.

W rozkwicie swojej kariery Aleksander Janowski był tłumaczem rządowym języka rosyjskiego i pracował w ambasadzie polskiej w Moskwie. Obsługiwał spotkania i rozmowy z ówczesnymi przywódcami państw i delegacji rządowych na przykład z Breżniewem, Tito, Gromyko, Szewardnadze, Jaruzelskim, Gierkiem. Kuluary wielu takich spotkań, jak również ciekawe anegdoty z nimi związane przedstawione są w tej książce. Stanowi ona kontynuację autobiograficznych wspomnień autora, który relacjonuje swoje najbardziej interesujące doświadczenia zawodowe i prywatne, ale szczególnie te związane z wyjazdami służbowymi. Ze stronic książki poznajemy profesjonalistę, któremu znajomości języka rosyjskiego, mimo że jest Polakiem, mogą pozazdrościć sami Rosjanie.

Doświadczenia translatorskie przedstawione w książce ozdobione zostały czystym poczuciem humoru, dlatego czyta się ją z wielką przyjemnością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 256

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Aleksander Janowski
Reportaż z życia
Wydawnictwo Psychoskok

Aleksander Janowski „Reportaż z życia”

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2016 Copyright © by Aleksander Janowski, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Jacek Antoniewski

Projekt okładki: Juliusz Kłosowski i Robert Rumak

Korekta: Ryszard Krupiński

Zdjęcie na okładce: Juliusz Kłosowski – www.JulisSimo.com

Redaktor prowadząca: Renata Grześkowiak

ISBN: 978‒83‒7900‒459‒1

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-500 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:[email protected]

My, tłumacze, wierzymy przywódcom

Henryk Jerzy Sokalski

Tom II

Zawsze chętnie podejmowałem się obsługi delegacji z Ministerstwa Kultury. Z kilku powodów. Po pierwsze, dyrektorował tam Jacek Dobierski - wielki, dobroduszny, życzliwy, łysy i inteligentny, zawsze uśmiechnięty, ceniący fachowość we wszystkim. Po drugie, ze względu na jakże odmienny charakter ludzi, z jakimi miałem zaszczyt i przyjemność tam pracować.

             Sowieckie delegacje kulturalne uwielbiały pobyty u nas. Wtedy dla nich Polska to był Zachód. Zakupy? Ależ oczywiście, jak najbardziej. Panie szczególnie polubiły małe, prywatne pawiloniki na Marszałkowskiej przed Pałacem Kultury. Można tam było nabyć najmodniejsze ciuszki, jeśli nie prosto z Paryża, to uszyte wczoraj według najnowszej nadsekwańskiej mody.

             Poza tym, co wieczór urządzaliśmy Rosjanom zamknięte pokazy filmowe. Wyświetlaliśmy najnowsze Jamesy Bondy, „Ostatnie Tango w Paryżu” czy „Emmanuelle”. Siedziałem wygodnie w kabinie operatora i nadawałem do mikrofonu dialogi filmowe w tłumaczeniu, niczego nie cenzurując – na prośbę publiczności – nawet te wszystkie amerykańskie „shit” i fuck.”

             Goście pozostawali pod wielkim i przemożnym wpływem kinematografii polskiej i dosłownie modlili się do Tyszkiewicz czy Brylskiej, gotowi byli całować rękę Wajdzie czy Kieślowskiemu.

- Ach, jacy jesteście szczęśliwi, ile u was wolności, jaki wysoki poziom życia – powtarzali na każdym prawie kroku.

             Pamiętam jak zabraliśmy delegację ukraińskiego Ministerstwa Kultury do Krakowa. W teatrze Starym Jan Paweł Gawlik wystawiał “Noc listopadową”. Bilety wyprzedane na kilka miesięcy naprzód. Reżyser osobiście wprowadził nas na miejsca rezerwowe. Widownia pękała w szwach. Kurtyna uniosła się.

 Dwumetrowa Pallas Atena w lśniącym hełmie i białej tunice do podłogi, dzierżąc w ręku długą lancę, metalicznym głosem zaczęła recytować swoją kwestię. Dołem puszczono kolorowe dymy. Czar i magia absolutna.

             Po pierwszym akcie rozległy się spontaniczne, długie, frenetyczne brawa. Totalny, oszałamiający, nie dający się opisać sukces. Ukraińcom, rozumiejącym częściowo nasz język, błyszczą wilgotne oczy. Nigdy niczego podobnego nie oglądali w swoim życiu. Przyznam się, że jako przyszywany warszawiak też nie. Nieziemsko wspaniałe widowisko. Słowa zawodzą. Powtórzyłem te oceny Gawlikowi. Wyraźnie wzruszył się.

             Zagadnięty o plany twórcze, zwierzył się ukraińskiemu ministrowi Kucharskiemu, że chciałby wystawić w Krakowie sztukę z teatru Lubimowa na Tagance pod tytułem ”Drewniane konie”. Jest tam pewien specyficzny ton, który chciałby wydobyć.

             Komplementowany za dokładność tłumaczenia, myślę sobie, o ileż przyjemniej i bezstresowo pracuje się z ludźmi tego pokroju i czy to nie powinno być moją domeną. No ale na razie trzeba zarabiać tam, gdzie regularnie płacą, czyli głównie i przede wszystkim w MSZ. Odepchnąłem tę myśl na później.

             Moi podopieczni i ja również zauważyliśmy niezwykłe podobieństwo jednej z trzecioplanowych postaci w sztuce do Puszkina. Sprawiło to Gawlikowi przyjemność. Tak, są pewne przesłanki, aby sądzić, że rosyjski wieszcz odegrał określoną rolę w stłumieniu powstania dekabrystów z tamtej epoki. Coś mi mówiło, że stwierdzenie to raczej jest dalekie od komplementu. Ukraińcy też nie dopytywali się o szczegóły.

Rozdział 1

             Los chciał, że niedługo później wylecieliśmy na naradę ministrów kultury do Pragi. W drodze z lotniska do hotelu kierowca włączył radio. Nadawali reportaż z wyścigu kolarskiego: “a nasze pedalisty w zaduuuu…” Czyż to nie jest uroczy język?

             Od razu po przyjeździe wjechałem na najwyższe piętro hoteliku przy Praskim Rynku. Oniemiałem z wrażenia na widok kilkudziesięciu wież, wieżyczek i wieżuniek nad okolicznymi dachami. Ależ tu malowniczo! Przyznam, że piwo czeskie przy obiedzie wywierało nie gorsze wrażenie od architektury.

             Wieczorem, po obradach, zaproszono nas do sali kinowej. Czechosłowacy zawsze słynęli ze wspaniałej obsługi i gustownego wystroju swoich imprez. W rogu ustawiono stoliki z zimnymi zakąskami i napojami chłodzącymi. Kelnerzy krążyli po sali dodatkowo oferując piwo i wino.

            Światło zgasło, rozjaśnił się ekran. Razem w sali zgromadziło się nie więcej niż 50 osób, w tym kilka kobiet. Najpewniej maszynistki z delegacji.

 Film krótkometrażowy bardzo szczegółowo dokumentował wyrąb lasu w Sudetach. Piły mechaniczne jęczały, siekiery stukały, traktory warczały dzielnie wlokąc po trawie potężne pniaki.

             Popijaliśmy piwo, opowiadaliśmy dowcipy półgłosem. Dwie znudzone panie po skończeniu swoich herbat wstały i wyszły. Ziewały dyskretnie.

 Las się ścielił, piły zgrzytały. Poprosiliśmy o drugie piwo.

 Kolejne zdegustowane damy ostentacyjnie opuściły salę projekcyjną. Drzewa padały nadal, piły jęczały, siekiery pracowicie postukiwały.

             Ostatnia kobieta też miała ostatecznie dość i wstała ze swego miejsca. Udała się w kierunku drzwi wyjściowych. Zamknęła je za sobą.

             Na sali pozostali sami piwosze.

             Film nagle się urwał.

             Pokaz wznowiono błyskawicznie - na ekranie w pełnym technikolorze Królewna Śnieżka i Siedmiu Krasnoludków wesoło zabrały się do korzystania z różnicy płci, rytmicznie przy tym podśpiewując. Homerycki śmiech delegatów i aprobujące okrzyki. Uśmiechnięci kelnerzy wnieśli gorące parówki z musztardą i liczne kufle ze świeżym piwem.

 Zivot je krasny. Kultura je krasna. Pivko je dobre. Język czeski jest uroczy.

         W praskiej fabryce lektor partyjny kończy wykład radosnym stwierdzeniem: ”I za 20 lat bedemy mieli u nas komunizmus.”

 Głos z sali: ”Ja se ne bojem, ja mam rakovinu…”

             Szanowałem zawsze naszych pobratymców z Południa za ich mocno swoiste poczucie humoru. „Dobry Wojak Szwejk” ozdabia moją półkę z książkami od lat. Przestudiowany wielokrotnie. U Le Carre wyczytałem o wiele później, że czeska Praha przesiąknięta jest melancholijną atmosferą stłumionego buntu. Jakże trafnie powiedziane.

 Przy wyjeździe minęliśmy rozciągnięty nad ulicą transparent NA ZAWSZE Z SOVECKIM SVAZEM, A NIGDY INAK.

Rozdział 2

             Wylatujemy z ministrem Olszowskim do Moskwy na tradycyjne konsultacje dwustronne. Wieczorem jedziemy na przyjęcie w starej polskiej ambasadzie w starym centrum miasta. Przy wejściu gości wita osobiście ambasador Nowak. W mocno już podeszłym wieku, ale zachował żywy umysł. Mówi się, że będzie ambasadorował dożywotnio, z uwagi na zasługi. “Tak czy owak, zawsze Nowak”.

            Zgodnie ze zwyczajem dyplomatycznym, odgrywamy na wieczornym przyjęciu rolę gospodarzy – krążymy wśród zebranych, zabawiając ich rozmową. Na pytanie jakiegoś urzędnika z miejscowego Ministerstwa Kultury o sprawy polskie odpowiadam, że kraj nasz żyje dwoma sukcesami – gospodarka rozwija się pomyślnie i nasze orły sportowe zdobyły brązowy medal w piłce nożnej.

             Swoja drogą, mam niepomierny podziw i uznanie dla trenera Górskiego - umiał znaleźć zawodników, którzy chcieli i umieli walczyć do końca i ich mistrzowsko wytrenował. Wprowadził zasadę w zespole - „jeden za wszystkich i wszyscy za jednego.” Nie było kunktatorstwa i rozmieniania się na drobne. Ten człowiek z charakterem potrafił wpoić żelazne zasady walki do końca swoim podopiecznym. Długo przed nim, i długo po nim, nasi piłkarze, jeśli zdobyli w meczu prowadzenie, natychmiast kurczowo trzymali się własnej bramki, aby tylko nie przegrać meczu i obronić stan posiadania. I przegrywali w końcu z nadmiaru asekuracji.

             Pan Kazimierz Piłkarski Wielki stosował inną zasadę – atakuj, atakuj, tym bardziej atakuj. W jednym z ważnych meczów przegrywaliśmy po pierwszej połowie różnicą dwóch bramek. Trener wszedł do szatni, popatrzył na zwieszone głowy zawodników - ”Oni wam strzelili dwie bramki, no to musicie im teraz wpakować trzy”. Tylko tyle. I chłopaki walnęli tamtym trzy gole.

             Górski to stara, dobra, polska, patriotyczna, lwowska szkoła. Takich już nie produkują. Gdzie się podziali trenerzy z charakterem? Ile będziemy czekali na podobnego człowieka? Biblijne czterdzieści lat? Nie mniej. Jestem pewien.

Rozdział 3

             Na konferencję KBWE do Helsinek postanowiono zabrać też tłumaczy – legendarnego Henryka Sokalskiego z angielskim, bardzo sprawnego językowo Kazimierza Tomaszewskiego, repatrianta z Francji, niezwykle dokładnego i metodycznego Leopolda Kutyłę z niemieckim i waszego pokornego sługę z rosyjskim, oczywiście. Dlaczego mnie? Przez niedopatrzenie, chyba.

             Delegacja właściwa miała przylecieć samolotem w przeddzień rozpoczęcia imprezy.

Kilkoro nas wysłano z Gdańska drogą morską statkiem “Mazowsze”, z ładunkiem samochodów oficjalnych i innego niezbędnego sprzętu. Informuję, że stateczek ten został zakupiony od braci Węgrów jakiś czas temu.

             Od Węgrów? Mają jakieś morze? Jeszcze nie i dlatego statek kursował tylko po Balatonie. Po jeziorze, znaczy? I nasi kupili go na Bałtyk? Na żeglugę morską?

              - Szeregowy Janikowski, nie utrudniajcie, wiecie, i nie zadawajcie głupich pytań – odpowiedziałby nasz kapral na obozie wojskowym dla studentów.

             Zamieszkałem w kajucie z Markiem Grelą, wschodzącą gwiazdą Departamentu Planowania, człowiekiem wielce obytym, kulturalnym, sympatycznym i towarzyskim.

 Wypłynęliśmy wieczorem. Wiało silnie. Morze mocno wzburzone. Przestronny salon pasażerski świecił pustkami. Właściwie nie było nikogo poza nami dwoma.

 Kelner przytaskał ogromne kotlety schabowe. Spałaszowaliśmy. Namawiał na dodatkowe porcje, ponieważ pasażerowie leżą plackiem w kabinach “jak nieżywi” i na kolację nie zejdą. Jedzenie się zmarnuje.

             Poczuliśmy się z Markiem jak stare wilczęta morskie i wcięliśmy po dwie porcje.

Zrobiła się godzina prawie północna, a nam od tej chwiejby  czyli kołysania, nic nie było. Czuliśmy się normalnie. Byliśmy z siebie dumni.

             Na nieszczęście kelner zaproponował po piwie. Coś mi mówiło, że kotlet raczej wypełnia żołądek treścią stałą, która nie kołysze się w takt pochylenia statku, a piwo – wręcz odwrotnie. Nie usłuchałem jednak tego głosu.

 Marynarz nas pochwalił, jacy to my jesteśmy kozacy morscy. Może jeszcze po piwie? Lekkomyślnie kiwnęliśmy głowami, że owszem. Wypiliśmy.

             Wyszliśmy po obfitej kolacji na pokład. Nigdy nie byłem na morzu w sztorm, ale widziałem dość dużo filmów, żeby sobie uzmysłowić, że na coś podobnego zgody nie wyrażałem.

            Góry wodne unosiły się i opadały rytmicznie i mocno nieprzyjemnie. Piana morska zmoczyła nas błyskawicznie. Wiatr wył jak stado wygłodzonych wilków. Po pokładzie bez trzymania się za poręcz nie można było zrobić dwóch kroków. Szybko nam odechciało się mocnych morskich wrażeń i zbiegliśmy pod pokład do naszej kajuty. Teraz jestem mądry i nie położyłbym się na łóżku za żadne skarby, tylko siedział w fotelu do rana. Wtedy nie byłem.

             Jak tylko zajęliśmy pozycje horyzontalne, świat zawirował mi przed oczami i ledwo zdążyłem do toalety. Na zwolnione miejsce szczupakiem rzucił się Marek.

            Do bladego świtu i przez calutki następny dzień umieraliśmy powolną, męczeńską śmiercią, wywracającą nam żołądki na drugą stronę. Wymiotowaliśmy w końcu już tylko żółcią. Byliśmy tak osłabieni, że nie mieliśmy siły unieść głów, aby skorzystać rano z propozycji napicia się marynarskiej herbaty z rumem.

             Dobiliśmy do nabrzeża w Helsinkach, kiedy już pożegnaliśmy się z wszelką nadzieją na postawienie kiedykolwiek nogi na suchym lądzie. Pół godziny po zacumowaniu odzyskaliśmy jednak normalne kolory twarzy i poczuliśmy straszliwy głód.

             Powiedziano nam, pałaszującym odgrzewane przedwczorajsze kotlety, że tamtej fatalnej nocy na Bałtyku zatonął duży niemiecki frachtowiec z ładunkiem wyrobów stalowych. Nasz bielutki balatoński statek turystyczny nie był najlepiej dostosowany do takich warunków sztormowych - 7 w Skali Beauforta.

             Zobaczyliśmy po rozejrzeniu się wokół, że stoimy w jakimś fiordzie. Dookoła snuje mnóstwo łodzi motorowych. O tam, sto metrów dalej, gdzie polska flaga łopoce nad drzewami, mieści się nasza ambasada. W czasie wojny - siedziba hitlerowskiej Kriegsmarine.

 Naprzeciw nas pysznił się okazały biały pałacyk z doskonale utrzymanym trawnikiem. Nad nami wysoko krążył pasażerski jednomiejscowy samolocik.

           Wyszliśmy na pokład, podziwiając krajobraz z mnóstwem skalistych, porośniętych sosnami wysepek. Powietrze - niezwykle czyste, przesycone zapachami wodorostów.

             Nagle samolocik się zniżył, przeleciał nad nami, wylądował na swoich pontonowych płozach na wodzie i posterował w kierunku małej plażyczki przy pałacyku. W otwartych drzwiach budynku ukazał się kamerdyner we fraku z tacą, nakrytą białą serwetką. Dostrzegliśmy na niej z tej odległości wysoką szklankę soku pomarańczowego i coś jeszcze, jakby cukiernicę.

             Samolocik już znalazł się przy brzegu. Wpełzł częściowo na piasek. Kamerdyner usłużnie otworzył drzwiczki. Z samolotu wyskoczył szczupły, młody człowiek w butach do konnej jazdy. W tym samym czasie stajenny wyprowadził zza rogu pałacyku gniadego rumaka, niecierpliwie zarzucającego rasową głową.

             Pilot wziął z tacy szklankę soku, upił trochę, odstawił. Podał koniowi kostkę cukru. Bez wysiłku wskoczył na siodło i lekkim truchtem znikł za zabudowaniami. Służący wrócił do domu. Koniec sceny z filmu.

             Istotnie, jak mawiano nam na szkoleniach partyjnych, kapitalizm wszedł w swoją ostatnią fazę gnicia. Jak widać na załączonym  obrazie.

             Delegacja nasza ma przywieźć wieczorem teksty wystąpienia do tłumaczenia. Stateczek posłuży za pływający hotel, aby zaoszczędzić na kosztach noclegu. Tak uczyniły wszystkie kraje socjalistyczne i kilka zachodnich.

           Ponieważ mamy czas do wieczora, udajemy się na zwiedzanie stolicy Finlandii.

 Szczerze mówiąc, niewiele tu jest do oglądania poza Pałacem Prezydenckim i Rybim Targiem przy nim. Ot, typowe miasto garnizonowe – bez obrazy. Nadzwyczaj czysto, schludnie i bogato.

           - Olku, to wcale nie jest Zachód - tłumaczą mi bywali koledzy.

           Może i nie jest, ale niczego innego w życiu nie widziałem i chcę tylko, żeby tak dostatnio, schludnie i czysto było u nas.

             Każdy z nas poszedł w swoją stronę, ja również. Co za kontrast z rosyjskimi dyplomatami, którzy poruszają się tylko w grupach, pod kontrolą.

            Jest to mój pierwszy wyjazd do kraju niesocjalistycznego, nawet  jeśli to nie jest prawdziwy Zachód. Idę główną ulicą  kręcąc głową na wszystkie strony. Jak prowincjusz, owszem.

            Przyklejam nos do wystawy księgarni. Widzę “Słownik przekleństw języka rosyjskiego” za 40 marek fińskich. ”Wojna zimowa roku 1940“ - 25 marek. Nie kupię. Drogo dla mnie. Idziemy dalej. Czytam szyldy. „ Postipankki”, chyba bank pocztowy.

             O, sklep pornograficzny. Tyle o tym słyszałem od kolegów. Wchodzę. Rzeczywiście, wygląda to na erotomanię. Kupię kolegom karty do gry z nagimi panienkami.

           Sprzedawca mnie rozczarowuje – niestety, policja wszystko zgarnęła na czas konferencji. Trudno.

          Wychodząc, czuję na sobie czyjś wzrok – oglądam się. W odległości

kilkudziesięciu kroków, za rogiem, przy ziemi, wystaje głowa jednego z młodszych pracowników ambasady. Jestem śledzony. Ha… ha… Ale kino! Czy ktoś naprawdę sądzi, że ucieknę?

             Wchodzę do domu towarowego. Trzy piętra. Wszystkie artykuły dobrej jakości. Tak, poziom gospodarczy i konsumpcyjny Finlandii zaspokoiłby moje niewygórowane ambicje. Nie wytrzymuję, kupuję sobie za 20 marek piękny, jedwabny, wzorzysty krawat. Na pewno włoski. Cudo!

            Dwadzieścia lat później zauważyłem na nim dyskretną metkę – ”Made in Poland”. Zapewniam was, wtedy w Polsce takich krawatów nie widzieliśmy. Widocznie produkowali wyłącznie na eksport.

             Dobrnąłem do parku nad wodą. Cicho, świątecznie, zielono, fala pluska. Wchodzę do toalety. Sosnowe lakierowane deski, laboratoryjna czystość, papierowe ręczniczki, perfumowane mydło w płynie. Ot, zwykła parkowa toaleta. No cóż – wzdycham - organoleptycznie stwierdzam istnienie drobnych różnic cywilizacyjnych między Polską a Finlandią.

             Na targu warzywno - rybnym przed Pałacem jeszcze raz upewniam się,

że jako minimalista życiowy bardzo pragnę, by Polska osiągnęła poziom rozwoju gospodarczego tego tu fińskiego kraju, który wcale nie jest Zachodem.

            Delegacja przyleciała wieczorem z tekstami do tłumaczenia. Każdemu z nas przydzielono osobny pokoik, aby w spokoju mógł przygotować obcojęzyczny przekład. Warunki do pracy doskonałe.

            Wchodzę do swojego pomieszczenia. Maszyna z rosyjską czcionką jest, moje słowniki dotarły. Nie widzę papieru maszynowego. Jakże bez niego?

            Idę do administracji i proszę o papier do pisania, a także, jeśli można, kilka kanapek i kawę, bo będę pracował do bardzo późna w nocy. W porządku, wszystko będzie zorganizowane jak należy.

             Po pół godzinie dostarczono mi wszystko, co niezbędne. Zabrałem się do roboty. Od razu zauważyłem, że tekst polski był miejscami niepotrzebnie i barokowo zawiły. Należało najpierw dojść do tego, ”co poeta miał na myśli”, aby adekwatnie przełożyć na inny język. Wpadałem do innych kolegów, by upewnić się, czy prawidłowo odczytuję intencje autorów naszego wystąpienia plenarnego.

             Nagle otwierają się drzwi i wchodzi jeden z wiceministrów z trzyosobową świtą.

 - Wy co chcecie?” – pada pytanie, bez żadnych wstępów.

 - Dziękuję, wszystko już mam, maszynę i papier mi przynieśli… właśnie pracuję… - uniosłem głowę znad maszyny.

 - No to jak chcecie”… spojrzeli na mnie dziwnie i wyszli.

   Teksty skończyliśmy nad ranem.

             Po śniadaniu rozdawano imienne przepustki do wielkiej hali ”Finlandia”, gdzie miały toczyć się obrady. Przepustki otrzymali wszyscy, oprócz mnie. Nikt nie wie, dlaczego. Co to? Niektórzy towarzysze byli pewni, że ucieknę do tego czasu? - pomyślałem.

             Poszedłemdo naszego kierownika sektora skandynawskiego w MSZ, urzędującego na czas konferencji w jednym z pomieszczeń ambasadzkich.

 - Miałem polecenie, aby pana skreślić z listy - nie patrzy mi w oczy.

 - Czy to wiceminister polecił? - wymieniłem nazwisko.

        Potakująco skinął głową. Rozumiem, zadziałała niewidzialna ręka protektora pani X. Co za towarzystwo!

       - Dobrze - słyszę swój niezwykle spokojny głos - kiedy towarzysz Gierek zechce podejść do Breżniewa i zapyta, gdzie jest tłumacz, co pan mu powie? Niech Jaroszewicz tłumaczy? I czyja to będzie wtedy wina? Będę musiał powiedzieć, że już tu, na miejscu, odmówiono mi wstępu na salę obrad. Wyobraża pan sobie możliwe  skutki?

       Urzędnik zastanawia się chwilę.

       - Panie Aleksandrze, nic do pana nie mam. Na dole stoi samochód ambasady. Proszę powiedzieć kierowcy, że pan potrzebuje przepustkę. On wie, gdzie pana zawieźć. Powinien pan zdążyć przed oficjalnym otwarciem konferencji.

             Pojechałem na komendę policji. Po chwili trzymałem w ręku przepustkę. Bez żadnego problemu. Zachowałem ją do dziś.

             Dołączyłem  do naszych na sali obrad. Rzucone ukradkiem na mnie zdziwione spojrzenie jednego z wiceministrów tłumaczyło wszystko. Niech teraz się boi, że poskarżę się Gierkowi. Na moim miejscu on by to na pewno zrobił.

            Otrzymałem pierwszą lekcję dyplomacji – nie obawiaj się wroga,  bardziej obawiaj się swoich. Oni są bliżej.

             Wielka Konferencja generalnie zakończyła się sukcesem przede wszystkim bloku wschodniego, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. W zamian za potwierdzenie powojennego status quo Rosjanie zgodzili się jednak na zapis o ”swobodnym przepływie idei i ludzi”.

            - Czy oni nie wpuszczają konia trojańskiego? - usłyszałem głos wiceministra Mariana Dobrosielskiego.

             Oby miał racje. Moim zdaniem Rosjanie obecnie rozumują tak samo, jak w swoim czasie Stalin, pytając z przekąsem, ile to papież ma dywizji. Ten sam imperialny  styl.

             Z obrad plenarnych najbardziej zapamiętałem polemikę między przedstawicielem Turcji a arcybiskupem Makariosem z Cypru. Zakończył płomienne przemówienie i naraz, dużymi krokami, powiewając czarną sutanną, zbliżył się do sowieckiej delegacji i zagadnął o coś Breżniewa. I nie jest ważne, czy pytał tamtego o godzinę czy o pogodę. Wymowa jest jednoznaczna – pamiętaj, Turcjo, że mam tu braci w wierze i nie zawaham się prosić ich o pomoc w razie potrzeby. To było znakomicie rozegrane i wszyscy z obecnych tak to odebrali, łącznie z zaskoczonym przywódcą sowieckim.

             Wystąpienie polskiej delegacji odczytaliśmy w swoich językach z kabin, do których gospodarze pozwolili na ten czas wejść naszym tłumaczom. Poszło gładko. Było, zresztą, naprawdę dobre.

             W ambasadzie polskiej do szarego świtu Gierek z Jaroszewiczem negocjowali z Helmuthem Schmidtem warunki wyjazdu z Polski stu tysięcy rdzennych Niemców, w zamian za duży kredyt walutowy na korzystnych dla Polski warunkach. Kolega Leopold zasłużenie dostał za ten nadludzki wysiłek tłumaczeniowy Złoty Krzyż Zasługi.

             Kiedy tydzień później, już w Warszawie, osobiście gratulowałem mu wysokiego odznaczenia, zareagował słowami:  ”Czego mi gratulujesz? Przecież wszyscy dostaliśmy Złote Krzyże za tę konferencję”. Musiałem wyglądać głupio.

- Przychodził do ciebie do pokoju wiceminister z dyrektorami? - spytał Poldek.

- Tak.

- Pytał, co chcesz?

- Tak.

- I co powiedziałeś?

- Myślałem, że chodzi o papier maszynowy i inne techniczne sprawy, bo akurat o to przed chwilą poprosiłem sekretarkę z działu administracji  w Ambasadzie. Odpowiedziałem wiceministrowi, że dziękuję, ale już wszystko mam, co potrzebne.

- Niczego tobie nie wyjaśnił? Że miałeś do wyboru podwyżkę uposażenia lub order?

- Nie.

- Osoby towarzyszące też nie powiedziały?

- Nie.

 „Głupiego i w kościele biją”, jak mawiał kolega Ryszard z drużyny siatkarskiej. Poinformowałem dyrektora Wegnera o “przepustkowej” historii i o  zdarzeniu z Krzyżem Zasługi.

- Co za ludzie! – zareagował z oburzeniem. Aż poczerwieniał, biedny.

             Od tamtego dnia kierował mnie tylko do obsługi samego ministra Olszowskiego oraz wiceministrów Mariana Dobrosielskiego i Tadeusza Olechowskiego, ludzi wysoce kulturalnych, wolnych od małostkowych zachowań.

             Podwyżki ani odznaczenia jednak nie otrzymałem. Mieli mnie zmusić wbrew mojej woli? Skoro sam nie chciałem…

Rozdział 4

             W czasie wolnym od zajęć oficjalnych w MSZ nasz dyrektor pozwalał na obsługę delegacji na szczeblu ministerialnym i rządowym w innych instytucjach.Tak poznałem kierownictwo Ministerstwa Pracy i Płacy, z którym wylecieliśmy do Moskwy na resortowe konsultacje państw socjalistycznych. Zabrali też ze sobą własną tłumaczkę, starszą nieco panią, Rosjankę z pochodzenia.

          Rozpoczęła cały proces, odczytując przy stole obrad zawczasu przygotowany tekst. W momencie dyskusji nad referatem, kiedy już delegaci mówili bez przygotowanego tekstu, usłużnie pozwoliła mi kontynuować, ze słuchu tylko.

          Nie miałem pretensji – bliższa jej własna koszula ciału. Na pewno miała cichą nadzieję, że poślizgnę się na nieznanej mi tematyce i jej pozycja wewnątrz jej macierzystego ministerstwa pozostanie niezagrożona. Ot, zwykłe środowiskowe zawiści i zazdrości. Normalka. Taki jest ten zawód.

             Gładko powtarzałem tekst za ich ministrem, tłumacząc natychmiastowo. Pozwalałem mu wyprzedać mnie nie więcej niż o pół zdania. Właściwie tematyka z pogranicza prawa i gospodarki nie stanowiła już dla mnie żadnego problemu.

             Reakcja pani tłumaczki po zakończeniu obrad była naprawdę wzorowa. Podeszła, pogratulowała mi. Przyznała, że jej polszczyzna nie dorównuje mojej (ruszczyzna też, pomyślałem nieskromnie) i byłoby jej przyjemnie pracować ze mną nadal. To jest właściwe zachowanie i takie byłoby moje w stosunku do lepszych ode mnie. Ujęła mnie swoją kulturą i zachowaniem. Ujęła mnie cała ich delegacja.

            W drodze powrotnej, po kawie z koniakiem, podszedł do mnie w samolocie dyrektor ich gabinetu ministra.

         - Panie Aleksandrze, niech pan przechodzi do pracy do nas – pan do NICH nie pasuje.

         Podziękowałem serdecznie, obiecując, że się zastanowię nad tak zaszczytną propozycją. Nie chciałem go urazić. Nie mogę jednak czegoś podobnego zrobić Wegnerowi. Zostałem w MSZ.

Rozdział 5

     Kiedy Leszek kolejny raz zaproponował mi członkostwo w partii, zgodziłem się. Po namyśle.

    Obecna partia rzeczywiście zmienia kraj i jak widać czyni to metodami dalekimi od sowieckich. Stanowczo broni polskiej specyfiki, w określonych granicach oczywiście, ale ciągle usiłuje te granice poszerzać.

   Poza tym, czy Zachód kiwnął palcem, by pomóc Enerdowcom, Czechosłowakom czy Węgrom w ich zrywach? Nie. Czy zaryzykuje wojnę światową o Polskę? Czy będzie umierał za Gdańsk? Nie. Nie będzie. Kto w Jałcie sprzedał nas Rosji? Wielka Brytania i USA - cynicznie nie powiadamiając nas o podjętych już w roku 1941 wobec Sowietów zobowiązaniach. Do końca karmiono nas złudzeniami.

      Jest czas bycia lwem i czas bycia lisem. Tyko sami, od wewnątrz i spokojnie, możemy coś zmienić i zrobić. Nikt nas nie wyręczy.

      Jestem głupi? Zgadzam się. Czy dziś zrobiłbym to samo? Absolutnie. Jeszcze raz? Bez zastrzeżeń.

     Jestem nadal głupi? Ktoś musi. Tacy głupcy są potrzebni, by mądrzy mogli z tego później korzystać.

     Nawóz historii? Niech i tak będzie.

Rozdział 6

            Z Ryszardem Frelkiem, sekretarzem KC, wylecieliśmy na naradę do Budapesztu. W latach 1950 -1970 Węgrzy były naszą płomienną, wielką, szczerze odwzajemnianą miłością. Nikogo, nawet Francji, nie kochaliśmy tak bezinteresownie, gorąco, całym sercem, irracjonalnie i z oddaniem. Marszałek Bem, ”Magyar – Lengyel Baratsag”… ”Polak – Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki…” były na ustach wszystkich Polaków.

            Budapeszt oczarowuje, nastraja i wabi. Miasto upaja muzyką cygańskich skrzypiec, porywająco tańczy czardasza. Elizabeth Taylor i Richard Burton, jak powszechnie wiadomo, obchodzili tu rocznicę ślubu. Czy nie mogli w Paryżu lub Rzymie? Mogli. Wybrali jednak Budapeszt. Mieli rację.

             Nasi gospodarze na prośbę Frelka zabrali wieczorem całą delegację do “Posta Kocs”, przytulnej restauracyjki w podziemiach Budy. Występował tam znany skrzypek - wirtuoz.

             Podano wino, zakąski. Rozmowy, śmiech, dowcipy. Atmosfera wybitnie relaksacyjna.

            Wychodzi mistrz Sandor. Typowy Magyar w stroju ludowym. Zaczyna czardaszem Monty,ego. Odnoszę wrażenie, jakby wodził tym swoim smyczkiem wprost po moim sercu. To jest Menuchin, Ojstrach, Perelman i Kulka razem wzięci. Co za talent.

            Krzyczymy głośno, wrzeszczymy, wraz z innymi bijemy szaleńcze brawa. Mistrz wykonuje jeszcze dwa utwory, kłania się i wychodzi.

             Staramy się ochłonąć. Zamawiamy kolejny dzban wina. Frelek wyraża życzenie podziękowania mistrzowi osobiście.

            Przyprowadzają skrzypka do naszego stołu. Za pośrednictwem Zeleńskiego sekretarz pyta, co tamten by zagrał dla delegacji polskiej, która szczerze kocha Węgry i ich mieszkańców.

           Mistrz ogniście wykonuje kolejnego czardasza. Obecni Węgrzy tupią i walą kuflami w blaty. Na propozycję sekretarza składamy się po dwadzieścia forintów dla Mistrza. Artysta szczerze dziękuję.

           Sekretarz pyta, co by tamten zagrał dla swojego najlepszego przyjaciela.

           Skrzypekrozpoczyna coś, co momentalnie ucisza całą salę, coś przeciągłego jak stepowa ukraińska dumka. Nasz tłumacz szepce ”to jest ta melodia, przy której Węgrzy popełniają samobójstwo.”

            Zrzucamy się po kolejne dwadzieścia forintów. Frelek, widzę, daje trzy papierki.

 Mistrz promienieje, jest wyraźnie zadowolony, że jest aż tak doceniany. Frelek pyta, co by zagrał na weselu swojej córki.

          Arcymistrz prosi resztę orkiestry o akompaniament i rzęsiście, płomiennie, z werwą, pieprzem i papryką, a la Paganini, wyrzuca z instrumentu skrzącą się feerię dźwięków i szaleńczego rytmu, w rytmie czardasza, oczywiście. Nikt już nie siedzi, wszyscy stoją, podrygują jak mogą, stukają się kuflami, radują się jak dzieci. Kładziemy na stół kolejne dwudziestoforintówki.

             Po uspokojeniu się biesiadników węgierskich, sekretarz Frelek prosi o zapytanie, co arcymistrz by zagrał dla swojej ojczyzny. Muzyk poważnieje.

             Przy pierwszych dźwiękach melodii Węgrzy zrywają się na nogi. Zakrzykują ”Ellen, Magyar” jak jeden mąż, nawet nasza węgierska ochrona. Oczy im płoną, dać im szable w dłoń, a rozniosą wszystko w strzępy i drzazgi. Zapytani, co to za utwór, nawet nasi węgierscy opiekunowie odmawiają wyjaśnienia. Aha, poruszyliśmy widocznie jakąś czułą strunę patriotyczną.

             W knajpce - istne trzęsienie ziemi, huragan, tajfun i pandemonium. Pijemy do dna. Za Węgry. Za braci Węgrów. Kładziemy chętnie na stół po pięćdziesiąt forintów. Ostatnie. Nie żałujemy.

            W rok później miałem okazje odwiedzić ”Posta Kocs” jeszcze raz. Wino mieli. Dobre jedzenie - również. Skrzypka, owszem, też zatrudniali, ale innego. Dobrego rzemieślnika. Zaledwie. Więcej już tam nie pójdę. „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody”. To wiem. Ale do knajpki?

Rozdział 7

      Jeśli chodzi o porównanie jakości przekładu i zespołów tłumaczeniowych w krajach socjalistycznych, zacząłbym od obowiązującej wtedy doktryny. Koledzy radzieccy mieli surowo nakazane o p u s z c z a ć treści ukazujące cokolwiek lub kogokolwiek w ich kraju w niekorzystnym świetle. Ceausescu mógł sobie z pianą na ustach krytykować Związek Sowiecki, a Breżniew siedział uśmiechnięty, nie podejrzewając nawet, jakie kalumnie miotane są w tej samej chwili na politykę Moskwy.

      Cała reszta tłumaczy z naszych państw starała się przekładać z maksymalną wiernością, tam, gdzie to było technicznie możliwe.

      Jak się zorientowałem z licznych rozmów z kolegami z innych zespołów, systematycznie kształcono tłumaczy w Czechosłowacji, NRD, Polsce i ZSRR. W kabinach najlepiej prezentowali się Niemcy, Polacy i Rosjanie. Ci ostatni z poprawką na uwagę poczynioną powyżej, to znaczy do pewnego momentu. Z Bułgarami i Rumunami to były kwestie przygotowania indywidualnego. Nie mieliśmy wrażenia, że tam działa jakiś system – tak wielkie zauważaliśmy różnice poziomu między poszczególnymi osobami.

            Żeby było dziwniej, największe kłopoty z rosyjskim mieli Bułgarzy. Padali ofiarą dużej bliskości obu języków. Z drugiej strony, mówili merci na dziękuję, ascenseur na windę, pardesiuta na płaszcz i kamion na ciężarówkę – z francuskiego. Jeśli imprezy odbywały się w Polsce, po prostu prosiliśmy bułgarskich kolegów, aby sobie odpoczęli. Nasi ludzie w kabinach załatwią za nich wszystko.

          Poza tym, Bułgarzy wtedy uporczywie lansowali jakąś księżycową koncepcję nauczania języków obcych, zgodnie z którą już po dwóch tygodniach ofiara eksperymentu miała doskonale opanować nawet najbardziej egzotyczne narzecze. Wtedy w ogóle w powietrzu unosiło się mnóstwo pomysłów – od nauczania przez sen do hipnozy, byle by tylko uniknąć ciężkiej harówki wkuwania na pamięć. Mieliśmy do tych teorii zdrowy, sceptyczny stosunek, niezachwiany do dziś.

            Mieliśmy też koleżankę Klaudię, która prowadziła jakieś badania zdrowotne w tym zawodzie. Przychodziła do kabiny, przyklejała mi jakieś czujniki pod koszulę i jak tylko zaczynałem mówić, coś tam mierzyła. Potem pokazywała mi wyniki: ”jak zaczynałeś, miałeś ciśnienie 160/100 i puls 120, potem ciśnienie spadło do 120/70 i puls na 68. ”Wyjaśniała, że u amatorów jest inaczej – denerwują się w procesie pracy. Zawodowcy odwrotnie - nerwy przedtem, a w pracy spokój. Kolegom mówiłem, że dla siebie wypracowałem formułę, która mi pomaga zachować ten spokój – denerwować się będę, kiedy zasiądę  między Panem Bogiem a Świętym Piotrem, a na razie to tylko Gierek z Breżniewem. Oczywiście, dodawałem, ”których darzę dużym szacunkiem.” Tyle uszu dookoła.

            Klasyczna próbka tekstu politycznego z tamtego okresu: ”Nieustannie działając na rzecz dalszego doskonalenia instrumentów pobudzających stały rozwój świadomości szerokich rzesz pracowników miasta i wsi oraz ludowej inteligencji, wyróżniających się swoją aktywną postawą w budownictwie socjalistycznym, mającym na celu dalsze zwiększenie stanu dobrobytu najszerszych warstw ludności, nie ustajemy w działaniach  w kierunku mobilizacji młodego pokolenia i przygotowania go do pełnego uczestnictwa we wszechstronnym procesie walki o lepsze jutro i pokój na całym świecie”... Uff!!!

             Pokażcie mi jedną osobę, która powtórzy w całości ten akapit. To mógłby być urywek z dowolnego wystąpienia dowolnej partii na naradzie sekretarzy KC do spraw ideologicznych.

             Któregoś dnia w Sofii, po wysłuchaniu pięciu kolejnych, prawie jednakowo brzmiących referatów, powiedziałem koledze, że nie zamierzam słuchać Bułgara, ponieważ i tak wiem, co powie. Będę tłumaczył na polski nie śledząc oryginalnego wystąpienia. Gdybym jednak za bardzo odszedł od wygłaszanego tekstu, niech kolega mnie kopnie pod stołem. No bo co biedny Bułgar może powiedzieć? Musi powitać zebranych i wyrazić zadowolenie, że mają zaszczyt ich gościć? A jakże. Musi ocenić sytuację międzynarodową przedstawioną już przez poprzedników? Nie może inaczej. Musi przejść do zadań, jakie przed nami stoją? Oczywiście. Może powiedzieć coś zasadniczo innego niż przedtem delegat ZSRR, NRD i Polski przed nim? Nie. Nie może.

             No więc bezczelnie gadam to, co mi się wydaje, że powinien wygłaszać Bułgar.

 Powitałem zebranych, przekazałem pozdrowienia w imieniu gospodarzy, zapewniłem o wierności zasadom socjalizmu i zamierzałem przejść do oceny sytuacji międzynarodowej. Wszystko było by dobrze, gdyby kolega nie zaczął głupio chichotać.

           Do kabiny nagle wszedł któryś z organizatorów, bo ten śmiech było słychać w słuchawkach innych tłumaczy. Płynnie wskoczyłem w temat - akurat mówca zaczął naświetlać sytuację na świecie, która na ten moment pozostaje wielce skomplikowana i złożona, czyli akurat to, co chciałem ogłosić urbi et orbi… Kolega został upomniany, że powaga sytuacji nie licuje … wiecie… i aby się stosownie zachowywać. Dobrze mu tak - zachciało mu się śmiać z poważnej tematyki. Nie godzi się, wiecie…

 Okazało się, że ci sami Bułgarzy, których my, Polacy, zwykliśmy traktować tak trochę lekceważąco, mają komputeryzację o wiele bardziej zaawansowaną i sami produkują części do maszyn trzeciej generacji.

             W czasie kolacji na górze Witosza nad Sofią w prywatnych rozmowach przy ich doskonałych czerwonych winach eksportowych, nie ustępujących francuskim – moim zdaniem - koledzy miejscowi wykazali dużo zdrowego rozsądku w podejściu do zagadnień światowych.

             Zastanawiałem się, że im nie są właściwe nasze porywcze czasami decyzje i romantyczne uniesienia. Będąc po stronie Trzeciej Rzeszy w czasie ostatniej wojny i zwalczając partyzantkę Tito, obecnie są jednym z najbardziej zdeklarowanych zwolenników ZSRR. Szli z silniejszym.

 “Wy, Polacy, zawsze plujecie pod wiatr. Ale was jest dużo, wy możecie.” - powtarzali. Czy ja wiem?

             Na głównym placu Sofii do dziś stoi otaczany powszechną estymą pomnik cara Aleksandra, naszego kata, a dla Bułgarów wyzwoliciela z niewoli tureckiej, w której tkwili przez pięć wieków prawie. Jak to pozory mylą i jak podróże rzeczywiście kształcą. „Uniwersytety bardziej, trzeba się było nie lenić” – dorzuca mój cyniczny przyjaciel.

 Dwaj Rosjanie po pijanemu narzekali na Stalina i na cały sowiecki ustrój.

 Rano żona jednego z nich nalega, aby natychmiast biegł do NKWD i doniósł

 na kolegę.

 “A gdzie będę w taki deszcz biegał? “- odrzeka małżonek, wyglądając przez okno.

 Po godzinie słyszą walenie kolbami w drzwi.

 NKWDzista na progu mówi: ”A Iwan Iwanowicz się nie lenił…”

 Zawsze byłem i pozostanę tym leniwym. Za duży deszcz.

            Przy okazji podaję przepis na doskonałego tłumacza rządowego: bardzo dobra znajomość języków, żelazne zdrowie (w tym żołądek strusia, nerwy z liny stalowej, pamięć słonia, wytrzymałość maratończyka, refleks kobry, natychmiastowa gotowość pamięci - nikt przecież nie będzie czekał, aż pobiegnę do komputera i sprawdzę, jak powiedzieć w obcym języku ”turkuć podjadek” bądź „ładowarka nasiębierna”), głęboka wiedza na temat zjawisk kulturowych, społecznych i politycznych obszaru zainteresowania, nieustanna praca nad sobą, kultura osobista, superdyskrecja i takt, niezwykła odporność na stresy, pracowitość, zrównoważony charakter, rzetelność, punktualność, właściwy tryb życia, unikanie zgubnych nałogów. Łatwe. Każdy to potrafi. Sam niejednokrotnie próbowałem.

            Generał Górecki, znakomity szef ochrony Gierka, nieraz osobiście dzwonił do naszego dyrektora z prośbą, by określonej koleżanki nie wysyłać do obsługi delegacji najwyższego szczebla, dodając dla wyjaśnienia, że ”za bardzo wychodzi ze swojej skromnej roli” lub wręcz „usiłuje budować karierę na czynniku kobiecym”.

         W przypadku kolegów najczęstszym argumentem było, że ”toasty spełniają do dna członkowie delegacji, nie tłumacze”. No cóż. Zdarzało się i to. Tłumacze to zwykłe istoty ludzkie, ze swoimi wadami, zaletami, ambicjami i ambicyjkami. Nie rzucajmy w nich pochopnie kamieniami.

            Czy mogę podać świetlane przykłady do naśladowania? Proszę najuprzejmiej – z wielkich postaci wymienię śp. Henryka Jerzego Sokalskiego oraz Igora Zakrzewskiego.

 Fenomen tego pierwszego podziwiam tym bardziej, że Henryk jednocześnie pełnił trudne i czasochłonne obowiązki wicedyrektora Departamentu Organizacji Międzynarodowych w MSZ, a więc nie miał sposobności ćwiczenia się w przekładzie na co dzień. Poza tym, nie kończył studiów za granicą, tylko Uniwersytet Warszawski. Skąd więc ta fenomenalna sprawność? Fenomen i tyle! Wielka szkoda, że odszedł przedwcześnie. Wielkiej miary Człowiek.

          Jeśli chodzi o Igora, nie zdawał egzaminów maturalnych, gdyż musiał wcześnie zarabiać na życie. Zatrudnił się jako bibliotekarz w zapadłej mieścinie za Uralem. Pozwoliło mu to  pochłonąć tony wszelkiego rodzaju literatury – od Homera i Owidiusza, poprzez Balzaka i innych, do współczesności.

         O co mi chodzi? O to, że chciał! „Nie matura, tylko chęć szczera” do przyswajania bogatego i szerokiego słownictwa z różnych dziedzin pozwoliła mu zostać znakomitym specjalistą. Można zgłębiać wiedzę na studiach lub poza nimi. Nie wolno jednak zaprzestać ciągłego procesu nauki własnej. Kształcenie ustawiczne – to jest podstawa sukcesu.

            Pozostałych znakomitych kolegów i koleżanki  wymieniałem  już w innych miejscach. Można więc osiągnąć szczyty doskonałości w tym zawodzie? Można! Naprawdę nie święci garnki lepią. 

             Ceną, jaką się płaci za powodzenie w tym wyczerpującym zawodzie  jest raczej wygórowana - na tuzin pracowników Biura Tłumaczy zdarzyło się pięć nowotworów złośliwych, jedna perforacja żołądka z powodu owrzodzenia, kilka ciężkich nerwic i stanów depresyjnych. Przypadek? Zapewne. Jak wszystko w tym życiu.