W cieniu cokołów. Część III - Aleksander Janowski - ebook
Opis


„W cieniu cokołów. Część III” Aleksandra Janowskiego to trzeci tom wspomnień dziennikarza, autora i tłumacza.

Autor pisze w nim o latach osiemdziesiątych, trudnych politycznie. Zajmująco opisał swoje koleje losu, bogate doświadczenia oficjalnego tłumacza na najwyższym szczeblu państwowym. Dodatkowej pikanterii dodaje fakt, że opisuje on epokowe wydarzenia widziane również z perspektywy... Genewy i Wiednia, gdzie przyszło mu przebywać w delegacjach służbowych. Wszystko przedstawione z pewnym dystansem do siebie, do ówczesnych spraw, ze szczyptą sarkazmu, gdzie wypada, i z pewnym sentymentem do najlepszych lat swojej kariery zawodowej. Nie brak w tekście zabawnych anegdot politycznych i nie tylko.

Trylogia tłumaczeniowa Aleksandra Janowskiego powinna zajmować poczesne miejsce w bibliotece podręcznej każdego tłumacza, każdego kandydata i każdego aspiranta do tego trudnego zawodu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Aleksander Janowski
W cieniu cokołów

Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2016

Aleksander Janowski „W cieniu cokołów”

Copyright © by Aleksander Janowski, 2016

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana w 

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Jacek Antoniewski

Projekt okładki: Robert Rumak

Korekta: Anna Kłosowska

Ilustracja na okładce: © Mariusz Prusaczyk – Fotolia.com

ISBN: 978‒83‒7900‒669‒4

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

Tak byłem podekscytowany perspektywą pracy w wysoce prestiżowym Departamencie Organizacji Międzynarodowych MSZ, że oświadczyłem dyrektorowi Piotrowi Freybergowi, iż nie potrzebuję urlopu i mogę przystąpić do pełnienia swoich obowiązków już od 1 sierpnia, czyli za tydzień. Uśmiechnął się wyrozumiale i przedstawił mi w skrócie zakres mojej przyszłej pracy.

Na wstępie dał do zrozumienia, że jak w każdej organizacji z dawno ustaloną hierarchią, na nowego pracownika zwala się najbardziej niewdzięczne i pracochłonne zajęcia. Ciekawsze i łatwiejsze dzielą między siebie starzy departamentalni wyjadacze. Ta szlachetna tradycja ogólnowojskowa jest pieczołowicie kultywowana również w jego departamencie. Nikt tego zmieniać nie zamierza, tym bardziej dla kogoś w randze I sekretarza Ambasady w Moskwie, dotychczas udzielającego się wyłącznie w dyplomacji dwustronnej. W DMO – jak powszechnie wiadomo – uważano aktywność na polu multilateralnym, czyli wielostronnym, za prawdziwie nobilitującą i zasługującą na naprawdę poważne traktowanie.

Z powyższego rozumowania wynikało, że muszę dostosować się do panujących zwyczajów i ochoczo zaprząc się do departamentalnego kieratu. Po kilku jednak latach, kiedy już wciągnę się do nowej pracy, nadejdzie i moja kolej. Wtedy łakome kąski przypadną i mnie w udziale – dodał na pocieszenie dyrektor. Z uśmiechem.

Na razie więc przejmę po koledze, który wyjeżdża na placówkę do Rzymu, obowiązki zajmowania się Państwową Agencją Atomistyki, w jej aspekcie międzynarodowym. Do tego dochodzą rutynowe, codzienne czynności pracownika dyplomatycznego – pisanie notatek, sprawozdań, wystąpień, przyjmowanie dyplomatów z obcych ambasad i na bieżąco wyjaśnianie im jedynie słusznych zasad polskiej polityki zagranicznej na obecnym niełatwym etapie historycznym. Oprócz powyższego – uczestnictwo w przyjęciach, imprezach, organizowanie konsultacji z innymi państwami tak zwanego obozu socjalistycznego przed doroczną sesją Zgromadzenia Ogólnego ONZ i tym podobne codzienne przyjemności. Nudził się nie będę. 

–           Nie mam większego pojęcia o energii atomowej – jęknąłem. Towarzyszyłem tylko kiedyś jako tłumacz delegacji sowieckich atomistów podczas ich wizyty w PAA i zwiedzania reaktora w Świerku.

–           No to już pan jest lepszy od nas wszystkich w tej materii – zaśmiał się Freyberg. „Poznał pan słownictwo fachowe i ma ogólne pojęcie o dyskutowanych zagadnieniach.” – Powierzchowne, przyznam się.

Dodam, że zachowałem się wobec dyrektora trochę asekuracyjnie. Wprawdzie kilkanaście lat temu, ale bardzo solidnie przygotowałem się do swojej roli i dokładnie przewertowałem kilka grubych dzieł z zakresu atomistyki. Wykułem na pamięć podstawowe pojęcia. Do dziś na hasło „pręty paliwowe” reaguje automatycznie w języku rosyjskim „tiepło wydielajuszczyje elementy”, czyli TWEŁy, w skrócie. Po angielsku „fuel rods”.

Dyrektor nie czynił z tego większego problemu.

–           Nauczy się pan. Wszyscy się ciągle czegoś uczymy. Najważniejsze są dobre chęci. Poza tym, w naszej bibliotece zgromadzono obszerną literaturę w każdym z oficjalnych języków ONZ na temat pokojowego wykorzystania energii atomowej jak również jej aspektów militarnych. Kolejna Konferencja Generalna Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Wiedniu przypada na drugą dekadę września. Ma pan więc trochę czasu na przestudiowanie materiału i nauczenie się specyficznego żargonu naukowego na tyle, by nie wyglądać na kompletnego laika w oczach specjalistów. Powodzenia – i serdecznie uścisnął mi dłoń.

Mam więc, co chciałem. I dobrze mi tak. „Obawiaj się spełnienia marzeń” – żartowali moi amerykańscy koledzy w Moskwie. Istotnie.

Przez całą sobotę i niedzielę – Koleżankę Małżonkę wysyłałem na obiady do drogich teściów – siedziałem obłożony książkami w językach angielskim, polskim i rosyjskim i przedzierałem się przez ONZ i jej struktury, agendy, komitety i or

ganizacje. WHO, UNESCO, IATA, UNDP, ECOSOC, IAEA, UNIDO, UNCTAD, ILO, FAO, ITU, WMO, WTO, UNHCR,

ICC i tym podobne zestawy wielkich liter nic mi, ale to naprawdę nic pierwotnie nie mówiły. Owszem, kilka z nich znałem ze słyszenia i nagłówków w gazetach, ale nic ponadto. Miałem po prostu inne zainteresowania.

Teraz musiałem mozolnie te tajemne skróty rozszyfrowywać, poznawać problematykę odpowiednich instytucji i zakres ich działalności, do tego zgłębiać strukturę organizacyjną, zasady i metody ich pracy. Należało niezwłocznie zapoznawać się ze wszystkimi zagadnieniami wynikającymi z charakteru działalności tych skomplikowanych tworów biurokratycznych. Nie mogłem przecież w rozmowie z kolegami czy zwierzchnikami pytać, co oznacza ten czy inny użyty przez nich skrót. Jestem jakby nie było specjalistą od organizacji międzynarodowych, ze szczególnym uwzględnieniem tych specyficznych, czyli wiedeńskiej MAEA i jej krajowej odpowiedniczki PAA. Na szczęście tylko dwóch.

Jak się okazało się, do tejże Organizacji Narodów Zjednoczonych, założonej w roku 1945 w San Francisco, należało już ponad 180 państw. Ich naczelnym a szczytnym zadaniem jest ni mniej ni więcej tylko utrzymanie pokoju światowego, zapewnienie dobrobytu ludzkości i tym podobne gargantuiczne zamiary, stosowne raczej bogom niż ludziom. Jak trzeba, trudno – będę walczył o pokój i dobrobyt.

–           Widzisz, te sprawy są jak… horyzont. Im bardziej do niego się zbliżasz, tym bardziej się oddala – brzmiała kolejna sentencja starszego departamentalnego kolegi. Rozumiem, należy walczyć. Nie chodzi o cel, chodzi o proces. Dobrze, zawalczę, skoro zachodzi taka potrzeba.

Dowiedziałem się też bez szczególnego zaskoczenia, że sama rozrośnięta do niemożliwości Organizacja, z siedzibą główną w Nowym Jorku, dzieli się na struktury i podstruktury, a te z kolei – nie pozostając w tyle – na stosowne komitety, komisje i podkomitety. Należy wiedzieć, który czym się zajmuje, by w sprawie rozwiązania konfliktu palestyńsko-izraelskiego, na przykład, nie trafić do drzwi, za którymi załatwia się sprawy ekonomiczne – społeczne albo prawa dziecka lub podział światowych stref rybołówczych. Należy dokładnie czytać tabliczki na drzwiach wejściowych przed wejściem. Ha… ha…

Od każdej najdrobniejszej sprawy i sprawki istnieją odrębni specjaliści. Ja mam być ten „od atomu”.

Ktokolwiek z naszego kierownictwa ministerialnego, partyjnego lub rządowego zażyczy sobie teraz informacji o stanowisku Polski na temat pokojowego wykorzystania energii atomowej lub członkostwa w Traktacie o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej otrzyma rzeczową, uargumentowaną ekspertyzę od niejakiego A. Janowskiego z MSZ.

–           Czy to ten były tłumacz od rosyjskiego? Przecież on się na tym nie zna – zareaguje w pierwszym odruchu wysoko postawiony ten czy ów.

Czujecie bluesa? Muszę być naprawdę dobry w swojej nowej roli, skoro jej się podejmuję. Nie ma innego wyjścia.

–           Mnie to zajęło chyba ponad rok – „pocieszył” mnie dobrodusznie radca Stanisław K., sympatyczny specjalista od kontroli zbrojeń. „Nie martw się i staraj się, prócz załatwiania codziennej „bieżączki”, poznawać chociaż jedną strukturę dziennie. Dużo czytaj, pytaj kolegów – ekspertów, a reszta przyjdzie sama.”

–           Zacznij od czytania sprawozdań delegacji polskiej z posiedzeń wiedeńskiej Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej.

Tak najlepiej zgłębisz same zagadnienie i poznasz zróżnicowane podejścia do nich poszczególnych delegacji i bloków politycznych – zasugerował radca Henryk P. kolejny departamentalny i ministerialny guru od spraw kontroli zbrojeń na forach międzynarodowych.

Podziękowałem z entuzjazmem.

–           Wiesz, Henio wrócił z pracy w Sekretariacie ONZ – poinformował inny kolega. „Cztery lata w Nowym Jorku. Zarobił niezłe pieniądze, mimo że nasze państwo zabiera swoim pracownikom międzynarodowym 70 procent wynagrodzenia walutowego”.

–           O, to musi fenomenalnie znać angielski – skomentowałem.– Zna. Jak rodowity Amerykanin.

–           Musi być naprawdę świetny, skoro go do tego ONZ wzięli.

Kolega spojrzał z ukosa.

–           Jest niezwykle sprawny zawodowo, ale to polski rząd go tam oddelegował.

–           O! – powiedziałem z nutą dużego, niekłamanego podziwu. Bierze się to stąd, że ja po angielsku wtedy jeszcze nie myślałem. Myślałem po polsku i w myślach przekładałem na angielski. Dlatego mówiłem w tym języku wolniej i jakby z wahaniem. Stąd brał się mój niekłamany podziw dla każdego, kto płynnie, bez mozolnego wyszukiwania potrzebnych słów wysławiał się w języku Szekspira w takim samym stopniu jak ja Mickiewicza czy Puszkina, czyli na poziomie języka ojczystego, tak zwanego native speakera.

–           To nie każdy w DMO wyjeżdża do Sekretariatu ONZ? – chytrze zarzuciłem wędkę.

–           Nie każdy. Ktoś musi pracować tu, w firmie, na miejscu.

Jak my z tobą.

–           To gdzie takich wyrobników jak my, zsyłają?

Kolega roześmiał się serdecznie.

–           Do Stałego Przedstawicielstwa Polski przy ONZ w Nowym Jorku. Albo w Genewie. Albo w Wiedniu.

–           Niezłe miejsca jak na zesłanie.

–           Nawet bardzo. Ale wyjedziesz dopiero po latach urzędolenia tutaj i zdalnej obsługi naszych delegacji na sesję Zgromadzenia Ogólnego. Musisz być cierpliwy.

Jasne. Będę pracował tu, w firmie. Ktoś musi. „Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma” słusznie powiada ludowe przysłowie.

Wychodząc po południu z gmachu wpadłem na kolegę z Biura Tłumaczy.

–           A gdzie się podział Leszek Z.? – spytałem po przywitaniu się i wymianie najnowszych plotek zawodowych. Przypomnę, że chodziło o pracownika, który namówił mnie do wstąpienia do Partii, przekonując, że ma ona obecnie wyraźny charakter reformatorski i potrzebuje uczciwych ludzi mojego pokroju, by od wewnątrz dokonać niezbędnych zmian. „Dalej tyra w konsulacie w Chicago?”

–           Nie, powrócił do Kraju, już po stanie wojennym.

–           I co porabia? Dyrektoruje u was w Biurze?

–           Ależ skąd! Zwolnił się następnego tygodnia po powrocie.

–           Tak? Dlaczego? – nie kryłem zdumienia.

Kolega rozejrzał się dokoła.

–           Powiedział, że z tymi palantami żadna reforma się nie uda i ma tego wszystkiego powyżej uszu!

–           Coś podobnego! Leszek?!

–           Tak! On! Wyobraź sobie!

–           I gdzie jest teraz?

–           Znalazł wspólnika z pieniędzmi i razem otworzyli zakład naprawy „mercedesa”. Podobno świetnie prosperuje.

–           Popatrz, popatrz! Z drugiej strony, dobrze mu życzę.

–           Ja też. Buduje socjalizm prywatnie, jak mówi.

No proszę. Skoro nawet taki Leszek zwątpił… to musi być…

„ślepozaułkowo”, jak palnąłem kiedyś na którymś tłumaczeniu.

Nikt wtedy nie zareagował krytycznie na taki neologizm. Zmęczeni byli? Nie słuchali? Chyba tak.

Zaraz pierwszego dnia po oficjalnym stawieniu się w MSZ otrzymałem kartki na mięso, cukier i czekoladę dla siebie i żony. Jeszcze w Moskwie wiedzieliśmy o bardzo nieciekawej sytuacji żywnościowej w Kraju po wprowadzeniu stanu wojennego i nie stanowiła ona dla nas zaskoczenia. Przydziały kartkowe na mięso teoretycznie wystarczały mniej więcej na dwa tygodnie, potem należało przejść na wegetarianizm. Dobrze, człowiek zniesie wszystko, ale wytłumaczcie to naszemu kocurowi Mikikowi. Nie dało się. Ratunek, jak zawsze leżał w polskiej pomysłowości.

Nasze mięso przydziałowe otrzymywał więc kocurek, z powodu swojego niskiego stanu świadomości społecznej. Stworzenia dwunogie musiały oswoić instytucję „wiejskiej baby”, która co tydzień obnosiła po klatce schodowej skrwawione kawały cielęciny, po cenach mocno komercyjnych. Maksymalnie komercyjnych. Musiała hołdować starej zasadzie „śmierć frajerom”.

– Żeby państwo wiedzieli, jak ja przed milicją muszę się kryć – usprawiedliwiała się kobiecina. Naszych skromnych zasobów nie wystarczyłoby na dłuższą metę na zakupy aż tak drogiej cielęciny. Należało więc wykazać daleko idącą elastyczność i pomysłowość.

Kochacie koniki? Wyścigi, zakłady, wysokie wygrane, szampan, panowie w cylindrach panie w futrach i w brylantach? Ten tętent kopyt, poranne harcowanie po rośnej łączce na oklep. „Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni…” Hej, łza się w oku kręci. My, Polacy, kochamy kawalerię… Nie, ja niestety, o czym innym. O smaku końskiego mięsa. Przepraszam.

Jestem najpierwszy przeciwko mięsnemu ubojowi koników. Jestem przeciw. Obydwiema rękami głosuję przeciw. Nie powinno się mordować tych (i innych) szlachetnych stworzeń.

A w warunkach wyższej konieczności?

Przepraszam was, koniki, klaczki i źrebaczki, ale na ulicy Targowej, tuż koło Stadionu, przy wiadukcie mieściła się jatka końska. Bez kolejki i tłoku kupowało się grube połacie końskiej polędwicy na wspaniałe befsztyki i czerwonawe obłe kiełbasy o doskonałym smaku.

Na swoje nikłe usprawiedliwienie podam, że w takiej Belgii, na przykład, konina uchodzi za delikates i nasz ukochany kraj od lat eksportuje żywe koniki za wysoce pożądane waluty wymienialne.

Rzućcie we mnie kamieniem. Zasługuję. Niedużym, proszę.

Umiłowani teściowie, którzy w czasie Powstania Warszawskiego oglądali sceny wykrawania przez wygłodzoną ludność płatów mięsa z zabitych przez pociski koni, nie brali tego mięsa do ust. Odmawiali zdecydowanie. Nam, natomiast, pozwoliło przetrwać kilkanaście miesięcy we względnie dobrej formie. Dostaliśmy jednak w zimie krwawienia dziąseł, z braku dostatecznej ilości witamin. Pół Warszawy również.

Dodam, że po ustaniu konieczności, mięsa konikowego ani końskich kiełbas nie jadamy. Jako pokutę za popełnione grzechy wobec tych miłych stworzeń.

Koledzy przyznali, że początkowo z obawą przyjęli wprowadzenie w Ministerstwie wojskowego zarządu komisarycznego po ogłoszeniu stanu wojennego. Istotnie, na początku opaśli pułkownicy przydzieleni do każdego z departamentów, kazali meldować sobie o wszystkim, przeglądali każdy dokument, kwestionowali każde zarządzenie, dopatrując się nieprawomyślności i nielojalności wobec nowej władzy w zielonych mundurach. Świętego zapału starczyło im mniej więcej na kilka tygodni.

Sądzę też, że ktoś im musiał jednak wytłumaczyć, z kim mają do czynienia i pewna nadgorliwość ustąpiła miejsca życzliwemu przyzwoleniu na zasadzie – „wy tam róbcie, co należy, tylko, wiecie, uważajcie”. Swoją rolę odegrały też bez wątpienia skomplikowane zagadnienia, jakimi zajmował się MSZ w stosunkach dwustronnych i wielostronnych, wymagające długiego zaznajamiania się z nimi, na co wojskowi nie mieli ani chęci ani czasu. Skończyło się na grze pozorów i minimalnej uciążliwości dla obu stron. Dało się żyć i robić swoje.

Przyznam się, że i sam Departament i zatrudnieni w nim pracownicy okazali się w pełni ze mną kompatybilni (to słowo poznałem właśnie w DMO w pierwszym tygodniu pracy). Oprócz fenomenalnie zdolnego dyrektora kierowali nim w zastępstwie wicedyrektor Tadeusz Strulak, alfa i omega spraw politycznych i rozbrojeniowych oraz wspomniane już wcześniej zjawisko intelektualne Henryk Jerzy Sokalski od praw człowieka i zagadnień społecznych. Obaj genialni. Kropka.

Miałem więc do kogo równać i z kogo brać przykład.

Na marginesie dodam, że w Biurze Tłumaczy do elity umysłowej zaliczyłbym ok. 75 procent zatrudnionych, co oznacza ponadprzeciętnie wysoki poziom. W Ambasadzie Polski w Moskwie, przepraszam, ok. 50, co też nie jest źle. W DMO, natomiast, z wyjątkiem mnie naturalnie, 95 procent to była prawdziwa śmietanka dyplomatyczna. Każdy, ale to naprawdę każdy kraj na świecie przyjąłby taką kadrę z otwartymi ramionami. Pogratulować. Co ja tam, w takim razie, robiłem? Miałem się uczyć!!!

Czas na prezentację kolegów, w porządku dowolnym, oprócz wymienionych wcześniej wybitnych postaci – Andrzej A., specjalista od V Komitetu ZO ONZ, a więc niezwykle ważkich spraw budżetowych, Krzysztof W., niezmienny sekretarz delegacji polskiej na sesje ZO (dodatkowo z francuskim po pobycie w Maroku z rodzicami), arabista z francuskim, angielskim i rosyjskim Kazimierz T. od spraw politycznych, którego miałem zaszczyt zastąpić w Moskwie, koledzy Ryszard R., Dariusz M. i Wojciech J. od II Komitetu, czyli kwestii ekonomicznych. ELITA.

Z tymi ludźmi współpracowałem najczęściej. Jestem im wdzięczny za pomoc, dobre rady i wsparcie.

Dzień pracy zaczynał się zazwyczaj na nucie towarzyskiej – koledzy powracający z delegacji z krajów zachodnich zawsze przywozili do Departamentu zwyczajowe „łupy”, to znaczy w tym przypadku puszki doskonałej kawy rozpuszczalnej: Nescafe, Maxwell, Folgers i inne.

Zbierano się w pokoju pracowników politycznych, czyli moim. Nastawiano wodę do gotowania, wsypywano do filiżanek po szczodrej łyżeczce kawy, zalewano wrzątkiem i zaczynała się „pracownicza burza mózgów”. Rej wodzili wicedyrektorzy Strulak i Sokalski.

W atmosferze żarcików, dowcipów i totalnego luzu niepostrzeżenie kierowali dyskusję na sprawy aktualnej rezolucji na porządku dziennym takiego czy innego Komitetu. Każdy z nas bez obaw i skrępowania, że wyjdzie na głupka, dorzucał swoje najbardziej zwariowane – zdawałoby się – pomysły i, o dziwo, czasem wpadał na wartościowy trop.

Po pół godzinie takiego intelektualnego baraszkowania każdy wracał do swego biurka z nowym ładunkiem energii i tworzył, korygował i szlifował swoją część składową wystąpienia naszego dyrektora, lub ministra na odpowiednim zgromadzeniu publicznym. W takiej atmosferze pracowało się chętnie i wydajnie.

Dodam tylko, że na początku koledzy się krzywili na moje przywiezione z Moskwy puszki z napisem po rosyjsku „Kofie rastworimyj”. Kawa rosyjska? Od kiedy? Kiedy jednak nastąpił przydługi okres braku wyjazdów zagranicznych z powodu ostrych ograniczeń budżetowych w Ministerstwie, „kawa Janowskiego” zyskała uznanie. Kiedy wyznałem, że kosztowała mnie zaledwie jednego rubla za 200gramową puszkę, wyrażono pogląd, że gdyby człowiek sowiecki żywił się wyłącznie kawą rozpuszczalną, od dawna mielibyśmy w ZSRR komunizm pełną gębą. He… he… he.

Departament nasz podlegał formalnie wiceministrowi Jaroszkowi, dyplomacie starej daty, zawsze, ale to zawsze ubranemu w trzyczęściowy ciemny garnitur, z białą koszulą i ciemnym krawatem, w nienagannie wypolerowanych butach. Nagły awans, jak szeptano po kątach, otrzymał po pewnym wydarzeniu w Zgromadzeniu Ogólnym. Kiedy Związek Sowiecki najechał Afganistan w roku 1979, kraje zachodnie w ONZ forsowały gniewne rezolucję potępiające ten niesprowokowany atak na suwerenny kraj członkowski. Rosjanie bronili się przy pomocy starego chwytu, że niby zostali zaproszeni przez niemniej suwerenny rząd. Skąd my to znamy?

W każdym razie, po burzliwej debacie wstępnej rezolucję przegłosowywano z niekorzystnym dla tak zwanych KS, czyli krajów socjalistycznych, stosunkiem głosów. Z demoludów tylko Rumunia głosowała wyzywająco odrębnie. Reszta popierała towarzyszy sowieckich. Polska też.

Jako ciekawostkę należy przypomnieć fakt, że za czasów Gierka nasz kraj nigdy oficjalnie nie wyraził poparcia dla pochopnego kroku ówczesnego sowieckiego sojusznika. Ani tak, ani nie. Ot, dyplomacja. Zachód to rozumiał.

Ale Gierka dawno już „odejdziono” i teraz mieliśmy inną rzeczywistość.

I teraz wyobraźcie sobie zdumienie, niedowierzanie i zaskoczenie ówczesnego dyrektora departamentu Jaroszka, przebywającego służbowo na sesji ZO w Nowym Jorku, kiedy otrzymał polecenie z Warszawy, aby w głosowaniu nad rezolucją afgańską Polska delegacja od głosu się w s t r z y m a ł a , czyli nie poparła jedynie słusznego stanowiska Związku Sowieckiego!!! Tak, tego samego, hegemona, co „na czele” i „wiodącej siły”. Konsternacja!!!

Jak to jest możliwe? Przecież jeszcze kilka tygodni temu na konsultacjach demoludów (bez „rozbijackiej” Rumunii) uzgodniono, że kraje socjalistyczne zagłosują przeciwko prowokacyjnej rezolucji imperialistów zachodnich. I co teraz? Co robić? Czy oni tam w tej Warszawie zwariowali?

Na własną odpowiedzialność, grożącą surowymi konsekwencjami dyscyplinarnymi i zagrożeniem dla dalszej kariery, wykazując niezmierną odwagę cywilną i niezwykle trzeźwą ocenę ówczesnej sytuacji międzynarodowej, dyrektor Henryk Jaroszek podjął decyzję głosowania przeciw wymienionej rezolucji, zgodnie z uprzednio uzgodnionym stanowiskiem krajów socjalistycznych. Wbrew swojemu bezpośredniemu zwierzchnikowi w Ministerstwie! Krok absolutnie bez precedensu. Ten wyjątkowy w swojej wymowie wyczyn został później należycie oceniony i wynagrodzony awansem służbowym. Między nami mówiąc, stanowisko wiceministra słusznie należało się Jaroszkowi – za głębię wiedzy, długoletni staż dyplomatyczny i doświadczenie.

Á propos, nazwisko tamtego wiceministra, który wysłał polecenie, sprzeczne z wcześniej podjętymi ustaleniami, zniknęło wkrótce z listy pracowników MSZ. Oddelegowano go do innej odpowiedzialnej pracy.

Pewnego kawowego poranka dyrektorzy oświadczyli, że na polecenie wojskowych należy przygotować zwięzły dokument(„by wojaki nie przemęczyły się czytając” – skomentował któryś z dowcipnisiów) wykazujący niezbicie, że wprawdzie Polska wpłaca doroczną składkę na utrzymanie ONZ w wysokości prawie 2 mln dolarów – á propos, Japonia łoży 24, USA – 18, ale suma wymiernych i niewymiernych korzyści znacznie przekracza tę niewielką, w skali kosmicznej, kwotę.

Trzeba było słyszeć komentarze, jakie zaczęły padać w naszej nieskrępowanej wymianie poglądów. Nie, cenzuralne też się zdarzały. Byliśmy jak by nie było z definicji dyplomatami.

Strulak i Sokalski na pewno. Zawsze i „w każdych okolicznościach przyrody” emanowała z nich sama kultura, w nadmiarze.

Ponieważ informacji miał jakoby zażądać sam Jaruzelski i to „na przedwczoraj”, nie pozostało nam nic innego, jak niezbicie wykazać – na papierze, na szczęście – jakim to dobrodziejstwem dla ludzkości, w tym dla naszego szczęśliwego kraju, jest wymarzone członkostwo w wysoce prestiżowej, jedynej w swoim rodzaju, Organizacji Narodów Zjednoczonych.

– Skontaktujcie się, panowie, ze swoimi odpowiednimi ministerstwami i agencjami. Poproście, by przekazali nam listę stypendystów, stażystów, darowizn, pomocy naukowych, uzyskanych technologii, opracowań specjalistycznych… wszystkiego, co miało związek z ONZ. Zrobimy zbiorcze zestawienie, po czym my z Jurkiem dopiszemy wstęp i zakończenie z odpowiednimi argumentami. Przedstawimy projekt dokumentu do akceptacji wiceministrowi… w poniedziałek, powiedzmy – podsumował Strulak nieco zachrypniętym po gorącej dyskusji głosem. „Do roboty”.

Jako że koronnym argumentem przeciw członkostwu w ONZ pozostawała sprawa tej nieszczęsnej składki, linią najmniejszego oporu wydawało się jej obniżenie. Niełatwe to brzemię spadło na potężne i zdolne barki Andrzeja A. Na przeciągających się do późnej nocy posiedzeniach V Komitetu i jego specjalistycznego organu Andrzej uporczywie argumentował i przekonywał swoich kolegów z innych państw, że dochód narodowy Polski – z powodu sankcji ekonomicznych niesłusznie nałożonych na nasz biedny kraj przez państwa zachodnie – spadł o określony procent i on wnioskuje, aby o taką właśnie wielkość obniżyć składkę naszego kraju na następny okres budżetowy. Zawsze osiągał swoje, mimo że w wymiarze mniejszym od maksymalnego. Ale to była świadoma taktyka. Brawo, Andrzeju!

Wtajemniczeni wiedzieli jednak, że określonej wysokości składki towarzyszy równie określona liczba miejsc, przyznawana płatnikowi w Sekretariacie ONZ. Co to oznacza w praktyce? Jeśli jakieś państwo wpłaca rocznie do budżetu ONZ kwotę, powiedzmy, 10 mln rocznie, ma prawo do zatrudnienia w aparacie urzędniczym Organizacji stu pracowników, na przykład. Jeśli każdy z nich pobiera w dolarach roczną pensję w wysokości 100 tysięcy, to już razem zarabiają milion. Kraj wpłacający 5 milionów, dysponuje 50 pracownikami itd. itp.

Zmniejszając więc składkę do budżetu Organizacji, pomniejszamy tym samym liczbę swoich ludzi w niej, którzy pilnują polskich interesów. Ale o tym w dokumencie nie wspomnieliśmy. Po co? Zycie, ono jest niezmiernie bogate w swoje jakże różnorodne przejawy i nie mieści się w sztywnych ramach regulaminów wojskowych. Ot, takie niby drobne przeoczenie. Każdemu się zdarza.

A co, może mieliśmy napisać tak zwaną szczerą prawdę? ONZ i zatrudnieni w niej nienormalni idealiści naprawdę zamierzają uczynić ten… zakichany świat choć odrobinę lepszym. Już widzę reakcję – „to co, uważacie, że my tu, wiecie, coś nie tak czynimy? Rząd wam się nie podoba, szeregowy?” Dziękuję… postoję.

Udałem się więc posłusznie do Państwowej Agencji Atomistyki, by się przedstawić, zadzierzgnąć niezbędne kontakty robocze i u samego źródła wyłowić potrzebną informację o korzyściach dla naszego kraju wypływających ze współpracy z ONZ i jej agendami typu Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej w Wiedniu.

Na wstępie muszę dodać, że do roku 1968 rej w polskiej atomistyce rej wodzili niepodzielnie naukowcy pochodzenia żydowskiego. Kiedy po swoim opuszczeniu Polski ogołocili totalnie z fachowców tę ważną dziedzinę wiedzy i nauki, uważano, że kraj nasz długo nie podźwignie się z wielkiego upływu krwi i popadnie w stan permanentnej anemii kadrowej.

Na szczęście sprawy wzięli w swoje zdolne ręce ludzie typu Prezesa Sowińskiego, praktyka i menedżera, i po kilku latach odbudowali potencjał naukowy polskiej atomistyki, wychowali godnych młodych następców.

W kontrowersyjnej kwestii zaprzestania budowy polskiej elektrowni atomowej w Żarnowcu moi rozmówcy w większości skłaniali się ku wersji, iż ówczesne rozwiązania techniczne sowieckich reaktorów z chłodzeniem wodnym nie gwarantowały w pełni należytego stopnia bezpieczeństwa. Naprawdę dobrze się stało, że budowę wstrzymano. Mnie takie wyjaśnienie wystarczało.

Dodawali, że nad zachodnimi instalacjami atomowymi buduje się potężną kopułę z betonu, by w razie – uchowaj Boże – „rozszczelnienia” reaktora, pierwiastki radioaktywne nie przedostały się do środowiska naturalnego i nie stanowiły zagrożenia dla przyrody i organizmów żywych.

Nad reaktorami w krajach socjalistycznych takich zbytków nie konstruowano, z powodu wiecznych oszczędności, i to był dodatkowy powód rezygnacji z budowy polskiej elektrowni atomowej.

W tejże PAA przedstawiono mnie głównemu specjaliście – eleganckiemu, inteligentnemu poliglocie Jackowi Kaniewskiemu, o szczupłej, pociągłej twarzy ascety, ujmującym sposobie bycia oraz ogromnym poczuciu humoru. Tacy ludzie byliby ozdobą naszej służby dyplomatycznej. Jacek jednak „wolał konkrety”, jak się wyraził.

Z jego słów i przedstawionych dokumentów wynikało niezbicie, że w warunkach szczupłego budżetu PAA współpraca z wiedeńską MAEA jest niezmiernym skarbem i prawdziwym dobrodziejstwem w przepływie przekazywanej nam technologii, w dostępie do najnowszej myśli technicznej i możliwości kształcenia i doskonalenia zawodowego naszej młodej i starszej kadry naukowej.

Po trzeciej chyba kawie, będąc prawie rówieśnikami, przeszliśmy na nieuchronne „ty”.

–           W wymiarze dolarowym… na ile byś określił korzyści wypływające dla nas ze współpracy z agencjami systemu ONZ w twojej dziedzinie? – zadałem w końcu to sakramentalne pytanie.

Jacek musiał znać odpowiedź od dawna.

–           Nieraz dyskutowaliśmy o tym w naszym gronie – przyznał. „Co najmniej kilka milionów dolarów rocznie.” Widzisz, Rosjanie są dobrzy, ale technologia zachodnia jednak jest pewniejsza i efektywniejsza i oficjalny dostęp do niej zapewniamy tylko przez Wiedeń i międzynarodowy atomistyczny ośrodek badawczy CERN w Genewie” – w ramach tejże nieocenionej ONZ.

Podziękowałem serdecznie za jakże miłą i treściwą rozmowę. Tacy właśnie ludzie są Polsce – jak się mówiło w żargonie „niezbędnie potrzebni”. Dobrze, że ich mamy. Między nami, sporządziłbym specjalny „złoty rejestr”, w którym figurowaliby wyjątkowi ludzie typu Jacka i innych wybitnych postaci, wymienionych na łamach tej książki. Nasz skarb narodowy.

–           Trąci to wiecie, czym szeregowy Janikoski?

–           Wiem. I nadal jestem za odpowiednim doborem i selekcją.

W DMO dyrektor Strulak z zadowoleniem zaakceptował wnioski z mojej zwięzłej notatki z rozmowy z J. Kaniewskim, którą sporządziłem po powrocie.

A telefon w mieszkaniu? Dziękuję… czekam, ósmy rok od złożenia podania.

Po dalszym tygodniu wyszło na jaw, dlaczego moja niedoskonałość dostąpiła zaszczytu zatrudnienia w DMO.

–           Zabieramy pana na konsultacje krajów socjalistycznych w Pradze, przed kolejną sesją Zgromadzenia Ogólnego ONZ, panie Aleksandrze. Wie pan, niektórzy towarzysze sowieccy na szczeblach kierowniczych dobrze znają angielski, ale czasem na niższych szczeblach, szczególnie eksperckich, występują drobne nieporozumienia… językowe. Czasem coś nie tak zrozumieją… może my po rosyjsku niedokładnie wytłumaczyliśmy. – Naturalnie, zdarza się. Słowa mają przecież tyle znaczeń.

–           Właśnie. Dlatego chcemy, by pan nam pomógł językowo w trudniejszych momentach negocjacji.

–           Ależ z miłą chęcią, panie dyrektorze.

–           Przetłumaczy pan na rosyjski nasze wystąpienie, by potem nie było żadnych wątpliwości?

A więc tu tego przysłowiowego psa pogrzebano.

–           Ależ oczywiście. Bez problemu, panie dyrektorze.

Freyberg podał mi kilkanaście spiętych razem kartek papieru maszynowego.

–           Tu jest projekt wystąpienia wiceministra Jaroszka…15 stron. Na kiedy pan byłby gotów? Pojutrze da pan radę?

–           Czy mamy w departamencie maszynistkę z rosyjskim?

–           Niestety. Z angielskim tylko. Dwie.

–           Gdyby pan dyrektor zwrócił się z prośbą do departamentu, zajmującego się sprawami ZSRR, o wypożyczenie od nich na kilka godzin pani Wilczyńskiej, która pisze po rosyjsku metodą bezwzrokową, byłbym gotowy jeszcze dziś, powiedzmy… za pięć… sześć godzin maksimum.

Freyberg spojrzał z niedowierzaniem.

–           Tłumaczy pan trzy strony na godzinę? W wariancie ostatecznym? Jest to możliwe?

–           Normalnie dyktuję pięć stron zwykłego tekstu politycznego na godzinę. Już na czysto. Ponieważ tu mamy do czynienia z tekstem politycznym, gospodarczym, wojskowym, kulturalnym, praw człowieka i społecznym, a poza tym, maszynistka musi odpoczywać co jakiś czas, ustalam tempo naszej pracy na trzy strony… Dodaję godzinę na okoliczności nieprzewidziane.

–           Hm… skoro pan tak mówi. Zadzwonię do dyrektora Departamentu Sowieckiego.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok