Wydawca: Psychoskok Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 244 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Specyfik - Aleksander Janowski


Nieszczęśni chorzy w Afryce ufnie i z wielką nadzieją oczekują na szczepionkę przeciwko AIDS, bo przecież cudotwórczy Specyfik, dostarczony pod egidą szlachetnej Organizacji Narodów Zjednoczonych, gwarantuje powrót do zdrowia i długie życie. Prawda? Owszem. Zanim jednak wspaniały ten Specyfik trafi do cierpiących w trudnodostępnym afrykańskim buszu, po drodze wszystko może się zdarzyć.

Autor szafuje morderstwami bez opamiętania? A jakże bez nich prowadzić poważny interes? Przymusowe a przedwczesne zgony są na porządku dziennym. I nocnym. Oszustwa? Mnogie i pomysłowe. Pieniądze? W nadmiarze - na licznych kontach bankowych i w gotówce.

Kobiety? Wyłącznie piękne, łagodne, serdeczne, słodkie i bardzo oddane. Mamonie. Mężczyźni? Mili każdemu damskiemu sercu bogaci dranie i przystojni, wysocy bruneci - oszuści matrymonialni. Romantyczna miłość? Sowicie opłacona z góry przez szczodrego sponsora i w pełni wkalkulowana w cenę ryzyka handlowego.

Polecamy.

Opinie o ebooku Specyfik - Aleksander Janowski

Fragment ebooka Specyfik - Aleksander Janowski

Aleksander Janowski

Specyfik

Wydawnictwo Psychoskok 2012

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok 

Copyright © by Aleksander Janowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok

ISBN: 978-83-63548-25-4

Wydawnictwo Psychoskok

ul. Chopina 9, pok. 23 , 62-507 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

http://wydawnictwo.psychoskok.plhttp://ebooki123.pl

wydawnictwo@psychoskok.pl

Część pierwsza.

Musiało się we mnie nagromadzić zbyt wiele stresów w ciągu ostatnich tygodni, gdyż zareagowałem nieco gwałtownie. Przyznaję to. Powinienem zachować się bardziej powściągliwie, jak przystało na szefa poważnej kompanii.

 - Co to znaczy „ nie damy rady?” Za co wam płacę? Na szczęście powstrzymałem się w porę i nie wygarnąłem już, że „za dużo”. Nie było potrzeby ich zrażać.

Irytowało mnie dziś wszystko. Zbyt jaskrawe słońce za oknami, a przecież w kalendarzu dopiero kwiecień. Pierwsza kiczowata zieleń na kasztanach w dole, daleko za oknem penthousu, w którym zasiadaliśmy, spoglądając na otaczający świat z góry, niczym jacyś bogowie na korporacyjnym Olimpie. Silny od rana wiatr ze sztormowymi porywami. A dokładnie mówiąc - narastające poczucie bezsilności. Frustracja. Niemożność. Tak jakby na polanę wypadł wprost na mnie ciężki, szablasty dzik, a naboje do nowiuteńkiego austriackiego sztucera z celownikiem optycznym zostały w bagażniku samochodowym. Sądzicie zapewne w tej chwili, że mam w zwyczaju mordować z rozmysłem niewinne zwierzaki? Ależ skąd. Strzelam tylko w obronie własnej. Tłustego zająca, do którego w swoim czasie nieopatrznie wypaliłem z obu luf, koledzy widzieli chwilkę później śmigającego do sporego zagajnika. Niedraśniętego. To było kilka lat temu. Od tamtego czasu nie poluję w ogóle. Opowiadam. Dowcipy myśliwskie.

W każdym razie, miałem absolutnie dość potulnych min moich najlepszych pracowników, których wezwałem właśnie w celu zaradzenia ekstraordynaryjnej sytuacji. Siedzą tu jak śnięte ryb jakieś. Zatracili - myślałem przyglądając się uważnie ich zatrwożonym twarzom - zdolność zaskakiwania mnie nowymi, nieoczekiwanymi pomysłami. Pozbyli się rzadkiej umiejętności szybkiego postrzegania najdrobniejszych niuansów sytuacyjnych a tym samym wykorzystania ulotnych, dogodnych okazji, jakie stwarza płynny rynek światowy. Żeby wygrywać, trzeba ciągle być na fali. O moim wielkim zamiłowaniu do surfingu wiedzą wszyscy.

Nie chce im się już ryzykować – stwierdziłem w duchu. Rozleniwili się. Uważają, że jeśli od trzech lat kompania utrzymuje najlepsze wyniki sprzedaży w całej branży, to już tak będzie zawsze. Pilnują tylko swoich wysokich apanaży i przywilejów. Za bardzo ich rozpieściłem.

Zdałem sobie naraz sprawę, że biegły psycholog mógłby wyciągnąć parę ciekawych wniosków na temat mojego obecnego stanu psychicznego. Zwróćcie tylko uwagę na skojarzenia - polowanie, strzelba, krew. Do czego to prowadzi? Pomyślę w wolnej chwili - uspokoiłem sam siebie. Ot, życie.

Kiedyś, dość dawno temu, kiedy zasiadłem po raz pierwszy na obecnym fotelu, dzięki pozytywnemu wynikowi głosowania w Radzie Nadzorczej, wprowadziłem pewną regułę korporacyjną, która dobrze mi służy do dnia dzisiejszego. Moim zdaniem, głównie dzięki niej zdołaliśmy wyprzedzić konkurentów w morderczym wyścigu biznesowym i opanować większą część rynku światowego.

Tu muszę dla większej jasności zboczyć z głównego toru opowieści i powrócić do pewnego zdarzenia w letnim barku przy niewielkiej plaży pod San Francisco. Sprzed kilkunastu lat. To już aż tyle?

Dmuchała wtedy od zachodu orzeźwiająca letnia bryza, spiętrzająca spienione zielone fale, które nieustannie szturmowały stromą skarpę, porośniętą gęstymi krzakami dzikiej róży. Po kilku godzinach upojnego hasania wśród białych grzywaczy, w pełnym słońcu i przy słonym wietrze, poczuliśmy, że dzienna dawka szczęścia została osiągnięta i można by nieco odpocząć. Przy piwie, najlepiej.

Nasza wesoła zgraja zwaliła się ze śmiechem, pohukiwaniem i wzajemnym poszturchiwaniem do najbliższego „piwopoju” – rodzaju niskiej, drewnianej stodoły, z szeroko rozwartymi okiennicami, bez szyb. Ciemnawe wnętrze zdobiły liczne morskie parafernalia – kotwice, liny, sieci, latarnie, koła sterowe i liczne zdjęcia brodatych marynarzy.

Panienki w białych szortach i bawełnianych bluzeczkach z napisami „Kocham Frisco” roznosiły na wątłych ramionkach - pozornie bez wysiłku - wielgachne tace z dużymi kuflami pienistego płynu. Jak one dają radę? Pod sufitem obracały się bezszelestnie śmigła wentylatorów. Wszystkie prawie stoliki, ozdobione różnobarwną meksykańską glazurą, obsiadły podobne młodzieżowe grupki, niektóre z niezłymi „surfówkami”. Niestety, w męskim towarzystwie.

Zamówiliśmy po dużym, litrowym kuflu miejscowego piwo-podobnego specjału. A co?Raz się żyje.

 - Trzeba uzupełnić poziom cieczy w organizmie – uczenie przekonywał nas poczerniały od słońca kolega przezwiskiem Rekin, z uwagi na pełnozębny, szeroki uśmiech, mój odwieczny rywal na desce surfingowej. Strzelił okiem do niezłej opalonej sztuki przy stoliku pod ścianą. Jej kompan bez zbytecznych ceregieli pogroził Rekinowi wymiarową pięścią. Sztuka, w skąpym, dwuczęściowym kolorowym kostiumie kąpielowym, roześmiała się uroczo.

Opróżniliśmy prawie połowę naszych kufli, kiedy naraz drzwi przesłonił sobą wysoki wąsacz, chudy, w jasnym kapeluszu, jasnych spodniach i bawełnianej koszulce z obciętymi rękawami, w zdartych do niemożliwości sandałach. Tylko dlatego spojrzałem w tamtą stronę, ponieważ w środku na moment pociemniało, jak podczas nagłego zaćmienia słońca.

Przybysz przechodził do baru obok mnie. Wtedy właśnie spostrzegłem na jego lewym ramieniu wytatuowaną granatowym tuszem kotwicę z liną okrętową. Nie taką zwykłą, małą, jakie tysiącami się widzi na tysiącu plaż. Nie – zaczynała się na nadgarstku i ciągnęła się czy raczej wiła po przedramieniu, poza łokieć aż do barku. Z napisem w obcym języku. Kilka liter wyłapałem – P i O i coś jeszcze. I czarny dwugłowy orzeł.

Przeszedł, usiadł na wysokim stołku. Zdjął kapelusz, położył obok. Mocno starsza, poorana twarz. Czujne oczka. W lśniącej, łysej jak kula bilardowa, czaszce, odbijało się światło żarówki pod sufitem. Śmiesznie. Barman bez pytania podsunął mu małe piwo w cienkim szkle i kieliszek mętnego płynu. Stary bywalec?

 - Co to za wilczur morski? – spytałem Rekina wskazując brodą osobnika przy barku.

 - To Rus, miejscowy zabytek. Były marynarz, z dawnych kolonistów rosyjskich. Jego pradziad prowadził magazyny futrzarskie na Alasce - rzucił do mnie obserwując niezłą kolejną serferkę pod ścianą. Też w towarzystwie.

I tak się zaczęło. Odczekałem, aż Rus dopił swoją szklankę. Podszedłem, przeprosiłem, przedstawiłem się i spytałem grzecznie, czy mogę zaoferować mu kolejne piwo. Spojrzał na mnie uważnie. Chyba po to, by ocenić, czy nie lituję się nad nim. Ocenił – słusznie, – że nie. Wtedy sam nie potrafiłem sobie wytłumaczyć tego impulsu – to nie było w moim stylu. Dziś wiem, że podświadomie poszukiwałem swojego mentora, swojego guru, swojego przewodnika i mistrza życiowego. Może dlatego, że ojciec, zawsze zajęty robieniem dużych pieniędzy w adwokaturze oraz przelotnymi miłostkami, opłacił dla mnie na odczepne dwie wspaniałe guwernantki, które miały mi zastąpić rodziców. Miały, owszem, mnóstwo różnych zalet, z wyjątkiem macierzyńskich. Za to jedna z nich dla żartu nauczyła mnie francuskiego. Pochodziła z Nowego Orleanu, jak się domyślacie.

Koledzy dawno już opróżnili swoje szkła, dawno zapakowali się w zakurzone , przesolone samochody i umknęli w pustynną dal, wskazując mnie smagłej kelnerce jako frajera, który zapłaci za wszystkie wypite hektolitry. Prosiaki. Był to nasz cotygodniowy, niewybredny, zwyczajowy żart. No, ale na zbyt biednego nie trafiło.

A ja ciągle słuchałem Piotra - tak miał na imię. Nie jego opowieści. Jego rozważań. Niespiesznie popijał piwo, co kwadrans moczył usta w kieliszku i przeziębionym głosem zadawał pytania, na które sam udzielał odpowiedzi, nie czekając na moje.

 - ... na pewno jak skończysz naukę, zostaniesz jakimś tam kierownikiem... menedżerem… będziesz komuś wydawał rozkazy… polecenia...

Kiwnąłem głową.

... jak nakażesz, tak zrobią... bo to przecież będą twoi podwładni...

Wniosłem swój wkład w dyskusję kolejny raz, potakując.

 -... ale sam jeden... sam jeden...- pociągnął łyk piwa – ogarniesz wszystko? – spytał, wyraźnie oczekując mojego zaprzeczenia.

Stanąłem na wysokości zadania.

 - Mowy nie ma. Sam wszystkiego nie ogarnę - stwierdziłem z absolutnym przekonaniem. Znam siebie na tyle dobrze.

 -... a jak się dowiesz, co naprawdę myślą, ci twoi podwładni?Może któryś z nich wie coś takiego, o czym nie masz pojęcia? – zajrzał mi w oczy.

Wybrałem milczenie. Rosjanin też zamilkł omiatając wyblakłymi niebieskimi oczami daleki wodny horyzont. Pochylił się do mnie.

 - Otóż mój pradziadek opowiadał, że w starej, rosyjskiej, carskiej flocie wojennej panowała żelazna zasada - jakikolwiek problem roztrząsano w mesie oficerskiej, najpierw udzielano głosu...komu, młody człowieku? - popił piwa.

 - Dowódcy, oczywiście – nie przeminąłem okazji popisania się swoją błyskotliwością.

 - A potem? – spojrzał na mnie z rozbawieniem.

 - Wiadomo – potem pierwszy oficer, drugi i tak dalej...- byłem z siebie dumny. Nawet po dużym kuflu. Rozwodnionego.

Piotr wychylił kieliszek, nakrywając go dłonią, kiedy barman z gotowością zbliżył się z butelką w ręku. „Anyżkowa „– przeczytałem nalepkę. Brr… Zwymiotowałbym po czymś takim.

 - Widzisz.... gdyby tak było, jak mówisz, oznaczałoby to…, że kapitan dogłębnie opanował każdą dziedzinę wiedzy, wszystko wie najlepiej i właściwie nikogo nie potrzebuje do kierowania okrętem i podejmowania innych ważnych decyzji, prawda?

Nie bardzo rozumiałem, o co mu dokładnie chodzi, ale głową kiwnąłem. Na wszelki wypadek, w sposób nieokreślony. I tak i nie. Kontemplacyjnie.

 - I dlatego na najlepszych okrętach batiuszki cara, naradę rozpoczynano od wysłuchania opinii najmłodszego jej uczestnika... takiego jungi... młokosa... Dopiero po nim zabierano głos w odwróconym porządku starszeństwa. Kapitan – na końcu, kiedy już wiedział, co myślą na ten temat jego podwładni. Mówiąc waszym językiem, kiedy miał pełnię dostępnej informacji.

Wyprostował się na stołku i rzucił mi tryumfalne spojrzenie.

 - Więc co musi robić nasz prezydent w Waszyngtonie, by ten kraj przestał się staczać? Co musi robić prezes wielkiej korporacji, by zapobiec bankructwu swojej firmy? – pomachał wielkim paluchem mi pod nosem.

 - Pytać podwładnych – wyrecytowałem po wojskowemu. Piotr uniósł ramię z wielką granatową kotwicą i trącił się ze mną kuflem. A te litery na jego skórze to jego imię. Po rosyjsku. W języku starocerkiewnym. Skąd to wiem? Sam mi powiedział. Później. A czarny, drapieżny orzeł o dwóch głowach patrzących w różne strony to godło starej Rosji.

I teraz siedzę tu z tymi super asekurantami, którzy czekają biernie na moją inicjatywę. Bo to ja jestem boss. I to ja za wszystko odpowiadam. Spojrzeli po sobie – ukradkiem. Spuścili głowy jak uczniaki przyłapani na paleniu marihuany w szkolnej toalecie w czasie przerwy. Kto zacznie?

Zadecydowali widocznie, zanim tu weszli, że James, najstarszy stażem, uchodzący w tym gronie za mojego zausznika, będzie prezentował ich wspólne stanowisko. Mieli rację. Donosił mi dokładnie o wszystkich i o wszystkim, nawet o ekscesach Toma z tą małą od FrankBanku, w narożnej damskiej toalecie. Nie reaguję na takie rzeczy, o ile nie powodują spadku wydajności pracy.

James trwożnie odkaszlnął, szukając wzrokiem pozwolenia na zabranie głosu. Skinąłem przyzwalająco.

 - Widzisz, boss, Chinole...mam na myśli naszych żółtolicych przyjaciół, musieli zadziałać przez swoje kontakty, gdyż to im – z uwagi na wyjątkowo niskie koszty produkcji – powierzono zadanie dodatkowego wyprodukowania ośmiuset milionów jednostek szczepionki...oraz zagwarantowano odpowiednio wysokie środki z budżetu ONZ a także specjalne dotacje od państw członkowskich na ten cel. Intratny kontrakt. Wielce.

Przerwał, czekając na moją reakcję. Nie było żadnej. Takie gadanie to dla mnie wczorajszy odgrzewany obiad, nie żadna informacja – wiedziałem o tym już trzy dni temu. Nie na darmo chodzę do rosyjskiej sauny na Brighton Beach z rezydentem nowojorskiego oddziału FSB. ”KGB zawsze KGB, nich cię zmiana nazwy nie myli” – mawiał Oleg. Mnie nie myliła. Dlatego wiedziałem także to, co James powie za chwilę.

 -... potrzebują takiej ilości specyfiku najdalej pod koniec pierwszego kwartału przyszłego roku, a dziś mamy...

 -... mamy przed sobą kalendarze, James, nie musisz marnować mojego i kolegów czasu takimi pseudoinformacjami – przerwałem mu dość bezwzględnie...

 - … a uruchomienie, co najmniej dwóch dodatkowych linii produkcyjnych celem zaspokojenia wzmożonego popytu, nawet, jeśli zainstaluje się je w tym ich... szukał czegoś w notatkach.

 - Czung - haju – dorzuciłem znudzonym tonem, odnotowując z satysfakcją jego niemaskowane zdumienie stanem mojej wiedzy.

Zapaliła się lampka na aparacie przede mną. Sekretarka. Wcisnąłem guzik głośnika.

 - Przepraszam, szefie, pan starszy radca Mu Tsiang z Biura Handlowego Chin pyta, czy jest pan dziś dostępny …

 - Proszę powiedzieć, Mary, że skontaktujemy się z nim niezwłocznie...po zakończeniu narady... w kwestii...,którą chciałby przedyskutować... jak sądzę… Wyłączyłem się.

Zdałem sobie naraz sprawę, że straciłem wątek. O czym to mówiłem? Spojrzałem na stos papierów przed sobą. O czym tak rozprawiałem? Popatrzyłem przez okno, na drapacze chmur nad Hudsonem. Pierwsze chmury wypływały znad horyzontu z prawej strony panoramicznej szyby i ciągnęły się ukośnie w kierunku białego sufitu.

James widocznie zinterpretował moje chwilowe milczenie jako zaproszenie do dalszej przemowy.

 -... i w tym ich Chung-haju dyskretnie dali do zrozumienia, że mogą odstąpić od publicznego, otwartego przetargu, na naszą korzyść, naturalnie, jeżeli potrafimy zapewnić dwukrotny wzrost produkcji najdalej do lata...

Spojrzałem na niego z wymownym wyrzutem. Nie rozwlekaj, chłopie, przechodź do sedna rzeczy... już.

 -... więc powiadam Chinolowi, że to jest absolutnie niemożliwe, że nikt nie jest w stanie zainstalować kilku dodatkowych linii w tak krótkim okresie. Pożartowałem - cytując chińskie przysłowie, - że nawet dziewięć ciężarnych kobiet do spółki nie urodzi dziecka w miesiąc. Chodzi o niezbędny czas. I poprosiłem, całkowicie niedwuznacznie, żeby nam dali trochę oddechu, chociaż do końca przyszłego roku. Przecież trzeba byłoby zmontować nową halę fabryczną..., bo gdzie umieścić nowe maszyny?

 - Martin, zwróciłem się do siedzącego przy końcu stołu stażysty - inżyniera, zechce pan uprzejmie włączyć klimatyzację… Wcześnie mamy upały tej wiosny...

Wysoki, w starannie nakrochmalonej białej koszuli z krótkimi rękawami typu ”pilot”, o gęstej grzywie spadających na oczy ciemnych włosów,zerwał się usłużnie, szybkim krokiem przemierzył pokój konferencyjny, chwycił sterownik, by uruchomić wentylację. Po chwili orzeźwiający prąd powietrza popłynął bezszelestnie skądś z góry.

Wytarłem chusteczką pot z czoła. Czy tylko mnie jest tak gorąco? James też jest spocony na twarzy. Reszta nie. Udają, że pilnie notują. Lizusy. Co tu jest do notowania?

Czas to naprawdę pieniądz. Szczególnie, jeśli go brakuje. Fizycznie nie jesteśmy w stanie ugryźć tak dużego kąska. Niestety.

W ciągu czterech miesięcy możemy dostarczyć i uruchomić najwyżej jedną wysokowydajną linię technologiczną do produkcji tego opatentowanego leku przeciwko AIDS. Ale przecież nie dwie! Nie dwie. W żadnym przypadku.

A to oznacza, że nasi żółci rywale, aby wywiązać się z zobowiązań, wpuszczą na swój nieogarniony rynek co najmniej jeszcze dwóch konkurentów – na pewno Szwajcarów i ... chyba Hindusów. A wtedy o zyski trzeba będzie zawalczyć zębami i pazurami... a może i o utrzymanie się na rynku w ogóle. Takie czasy. Gdyby to mój dziadek, spoglądający teraz z niejakim wyrzutem z olejnego portretu na ścianie widział. Złapałby się za głowę. Z nienagannym przedziałkiem po środku. Miał łatwiej. Pojęcie kupieckiej rzetelności, kiedy transakcje zawierano na słowo honoru, wymarło razem z pokoleniami, które odeszły.

***

A tak dobrze się zaczynało. Obstawiliśmy na początku kilku nadętych bubków z gmachu ONZ nad rzeką Wschodnią. Nigdy nie zapomnę pierwszego wrażenia z mojej i Jamesa wizyty w tym miejscu. Nigdzie przedtem, ani potem nie widziałem naraz takiego tłumu na korytarzach – w godzinach pracy. Faceci z łapami w kieszeniach, po łokcie, ramiona wzgardliwie uniesione, wzrok utkwiony w dalekim punkcie na przeciwległej ścianie, z wyrazem absolutnej wyższości, snujący się grupowo i pojedynczo, a między nimi przemykające chyżo zaaferowane panienki z teczkami pod pachą. Dominowało wrażenie chaosu i powszechnego oczekiwania na upragniony moment wyrwania się do pobliskich restauracji po zakończeniu przymusowego pobytu w tych szarych murach.

W każdym razie, po kilku posiedzeniach w wysoce snobistycznych miejscach i opłaceniu wielu pokaźnych rachunków – wraz z innymi kosztownymi zabiegami typu socjotechnicznego – udało się nam doczepić do programu dostarczania taniego leku przeciwko AIDS do państw Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. To znaczy, tani ten specyfik miał być dla zubożałej miejscowej ludności, objętej programem medycznym pod egidą,jak oni mówią, stosownego organu ONZ. Nam natomiast, miała spłynąć na rachunek korporacji niebotyczna góra pieniędzy szczodrze wyasygnowanych hojną ręką przez państwa - darczyńców, głównie z kufrów Jego Królewskiej Mości... zapomniałem nazwiska... sekretarka ma zapisane... z Arabii Saudyjskiej… taki tęgawy, owinięty w białe.

Czyli, krociowe zyski dla firmy mamy zapewnione i nie musimy zdzierać z przymierających biedaków ostatniej skóry. Proszę mnie dobrze zrozumieć – sumienie chrześcijańskie nie jest jeszcze kategorią biznesową, ale jakoś jest przyjemniej, kiedy można komuś pomóc... cudzym kosztem. I jest z czego się odwdzięczyć tym międzynarodowym pyszałkom biurokratycznym.

Dobrze,przyznam się, że kierowałem się nadzieją, iż wymienię w końcu mojego prywatnego siedmioletniego Boeinga... na nowiutki francuski Airbus A 380 z basenem, barkiem, mini polem golfowym, salą do ćwiczeń i salonikiem do opalania i masażu.

Poza tym,oceaniczny statek spacerowy też mi się starzeje. Jak cumowaliśmy ostatnio przy jachcie Abramowicza na Majorce, kapitan wskazał mi najnowszy helikopter K-35 i baterię rakiet przeciwlotniczych na rufie jego 120-metrowego pływającego cuda. Co świat powie o mnie, skoro już trzeci rok z rzędu latam modelem K-33?, że mi interesy nie idą... tak właśnie powie... I kto mnie zaprosi na szczyt ekonomiczny do Davos w pierwszej dziesiątce gości honorowych? Oczywiście, mogę sam tam się zjawić, kiedy zechcę, ale to już nie to. Trzeba dawać się błagać i łaskawie przystawać na zaproszenia.

I co teraz? To wszystko przez tych Chińczyków. Taka przykra niespodzianka. Rabują mnie z należnych mi co najmniej trzech miliardów przychodu. W ciągu czterech lat, naturalnie. Trudno, w przypadku Szwajcarów wspieranych przez agresywne niemieckie koncerny, mogę jeszcze zrozumieć ich ambicje... Ale Hindusi? Ten wielki do niedawna świat robi się jakiś niezwykle ciasny.

Trzeba będzie na początku starać się z Chińczykami ułożyć – może jakoś uda się skierować ich uwagę w inną stronę, na inne źródła zysku, w zamian, powiedzmy za udostępnienie im po przyzwoitej cenie kilku patentów na inne specyfiki? Muszę kogoś oddelegować do wysondowania prawdziwych zamiarów konkurentów. Kogo by tak im podesłać? Tegoż Jamesa? Jest znakomitym wykonawcą moich poleceń. Byłby dobry, nie pierwszyzna dla niego, ale i tak już zbyt dużo nici prowadzi w jego kierunku. Poza tym, dużo wie o funkcjonowaniu firmy i nie widzę potrzeby, by tę znaczną wiedzę nadal poszerzał. Mógłby się poczuć niezastąpiony. Gdyby tacy, na przykład, Szwajcarzy podstawili mu pod nos ofertę nie do odrzucenia, co by było? Najlepszy patent mnie nie ochroni. A wtedy musiałbym się uciec do metod stosownej perswazji bezpośredniej, czego nie lubię. Bez potrzeby. Na szczęście James jest bierny. Wykazywanie inicjatywy nie leży w jego charakterze. Dlatego, między innymi jest moim zastępcą. I pozostanie. Trzeba go dobrze pilnować.

Gdybym tak ważną i delikatną sprawę powierzył Jamesowi, w Pekinie mogą się domyśleć, jak wielką wagę ma dla mnie ta sprawa. Wtedy ich kontr żądania będą niewspółmiernie wysokie. Nie, tak nie można. Atak wprost na otwartej przestrzeni jest najgorszym rozwiązaniem, jak pokazała fatalna szarża lekkiej brytyjskiej brygady kawaleryjskiej na rosyjskie działa pod Bałakławą w wojnie Krymskiej w XIX wieku.

Muszę postawić dobrą zasłonę dymną. Kogo by tu przymierzyć do tego zadania? Kogoś z samego dołu korporacyjnej hierarchii, dla zmylenia przeciwnika. Takiego pozornego nieszkodliwca. W miarę bystrego.

 - Martin, zechce pan uprzejmie wyłączyć nawiew - zwróciłem się do stażysty. I znów tamten w parę wielkich kroków był przy sterowniku. Posłuszne dziecko – odnotowałem. Ile to może mieć lat? Rok po studiach? Szczyl. W wieku mojej najstarszej wnuczki. Zaraz, zaraz. Młody, posłuszny. Stażysta zaledwie. I naiwny jeszcze. Korporacyjne mięso armatnie. Tak, ten może się nadać.

 - Martin, proszę zostać po naradzie, na chwilkę. Będę miał prośbę do pana. Trzeba uporządkować sprawozdanie za ostatni kwartał, po moich poprawkach. Wyjaśnię panu kilka szczegółów. Uwinie się pan z tym w ciągu paru dni.

***

Starszy radca Mu wyglądem przypominał trochę Wielkiego Wodza Mao z czasów młodości, tylko o wiele łagodniejszym spojrzeniu, szczególnie, kiedy się uśmiechał. A uśmiechał się stale. Tym razem zjawił się w garniturze, co najmniej o dwa tony jaśniejszym niż poprzednio, nie tak pogrzebowo czarnym, jak miał w zwyczaju. Ciekawe, ile czasu mu potrzeba, by przeszedł do jasnych kolorów? To chyba nieprędko nastąpi, gdyż oni tam w tej dyplomacji, niezależnie od kraju, uważają, że niczego poważnego nie można załatwić, paradując, na przykład, jak ja dzisiaj, w wygodnej sztruksowej marynarce i brązowej koszuli. Bez krawata. Do tego wszystkiego w płóciennych spodniach i brazylijskich skórzanych lauferkach. Bez skarpetek, wyobraźcie sobie. W końcu jest piątek i pozwalam w tym dniu sobie i personelowi na takie swobody. Podobno to dobrze wpływa na nastroje załogi i integruje.

O dziwo, towarzysz Mu zjawił się dziś sam, bez nieodłącznego sekretarza, mówiącego bezbłędnym amerykańskim z Brooklynu. Ciekawe, czy temat rozmowy będzie aż tak błahy? To po co się aż tak dobijał o to spotkanie?

Zobaczyłem też, że nie ściska w ręku nieodłącznej cienkiej teczki z papierami. A z czego będzie cytował niezliczone wskaźniki produkcji? Z pamięci? Wątpię. Jest ich zbyt wiele. Nawet ja tego nie potrafię, a siedzę w tym interesie od wieków.

Lekki cień niezadowolenia przelotnie tylko przemknął po gładkiej twarzy Chińczyka, kiedy umoczył usta w jaśminowej herbacie, przygotowanej przez moje sekretarki specjalnie na jego cześć. Wiem, co pomyślał: ”Wołookie Jankeski o stopach wielkości średniego kajaka nigdy nie opanują subtelnej sztuki należytego przygotowania boskiego napoju”. Jestem skłonny się zgodzić z tak wyszukaną oceną, bo wiem, że herbatę sekretarki przygotowały z papierka, z wody zagotowanej w mikrofalówce. Więc o jakim smaku można mówić? Nie tykam tego. Pociągam kolę z kostkami lodu. Jeszcze bez ginu – za wcześnie.

Pierwsze kilka minut zeszły nam na banialukach – nauczyłem się już od niego konwersować z całą powagą na temat zdrowia jego licznej rodziny oraz cierpliwie odpowiadać, że - dziękuję - czuję się dobrze, małżonka jest zdrowa, tak i starsza córka też – dziękuję - i tak aż do najmniejszej wnuczki. Gość niezmiennie trzymał się ustalonego tempa - niespiesznie, z szacunkiem pochylając głowę przy każdym pytaniu.

Jak umówiliśmy się uprzednio z sekretarką, wsadziła po chwili głowę w drzwi: ”Przepraszam, szefie, dzwoni prezes RusMed z Moskwy, pan Iwanow, w sprawie tej inwestycji u nich... mówi, że musi z panem porozmawiać, bo to jest bardzo pilne...”.

Widzę, że źrenice pana nagle się zwęziły. Potem rozszerzyły się. Aha, załapał i zaniepokoił się. Świetnie. O to chodziło.

 - Przekaż proszę, że jak tylko skończę ważne posiedzenie, skontaktuję się z nim osobiście. Sekretarka znikła. Dobra dziewczyna. Pojętna. Moja szkoła.

 - Właśnie, jeśli chodzi o inwestycje – przypomniał gość, odstawiając filiżankę na stolik – mój rząd niezmiennie przywiązuje dużą wagę do wyrugowania w Afryce i Azji straszliwej choroby, jaką jest AIDS. Doświadczenia ostatnich dziesięcioleci wskazują niezbicie, że śmiertelne zagrożenia zdrowotne dla ludzkości mogą być wyeliminowane... pozytywnych przykładów przecież nie brakuje... malaria, cholera... zapalenie opon mózgowych zostały praktycznie...

 - Czy przyszedłeś tu komunały wygłaszać? –pomyślałem i poruszyłem się nieznacznie w fotelu.

 -... dlatego zależy nam na jak najszybszym uruchomieniu dodatkowych mocy produkcyjnych...

Zdałem sobie naraz sprawę, że nie słuchałem części wywodu mojego rozmówcy, bo i po co? Znam to na pamięć. Co on mówi o Ruskich?

... ich dochody tragicznie zmalały po spadku światowych cen nośników energii, szczególnie ropy naftowej i dziś Rosja sama potrzebuje kredytów. Potwierdził to przecież ich Prezydent Drogin na tegorocznym spotkaniu grupy G-8 w Las Palmas. Nie mają środków nawet na rozwój wewnętrzny, a co dopiero na inwestowanie za granicą...

Tu cię boli, przyjacielu – myślałem sącząc zimną kolę - nie chcecie Ruskich dopuścić do swego rynku farmaceutycznego i do niezłych zysków. Takie reguły gry mi odpowiadają. Co dalej? Ciekawe.

Radca Mu przerwał, patrząc na mnie wyczekująco. Oczywiście, mogłem mu odpowiedzieć w każdej chwili – nie jesteśmy w stanie spełnić waszych warunków, dotrzymamy zawartej umowy, jeżeli zainstalujemy jedną dodatkową linię produkcyjną. Chcecie więcej – dajcie nam więcej czasu lub... zwróćcie się do kilku jeszcze dostawców. Rozumowanie jest bezlitośnie proste, jak zimne ostrze gilotyny nad obnażoną szyją skazańca.

Utkwiłem wzrok w jego krawacie. Delikatny jedwab, błękitny. Mieniący się. Najwyższa jakość. Starannie zawiązany brytyjskim węzłem a la Książę Windsoru. Pamiętam, kupiłem w hotelowym butiku kilka podobnych na prezenty przyjaciołom, kiedy polecieliśmy pierwszy raz do Pekinu. Byli zachwyceni.

 - Wiem, że nasze poważnie zwiększone zamówienie stawia pańską szacowną firmę w niełatwej sytuacji – z jeszcze szerszym uśmiechem wypowiedział naraz oficjalnym tonem mój orientalny dręczyciel. „Zdajemy sobie sprawę z presji czynnika czasowego, jaki odgrywa niemałą rolę w każdej transakcji czy porozumieniu stron...”

Po co przeciąga tę torturę? Sadysta. Kończ już. Wiadomo, co powiesz.

 - Dlatego zastanawialiśmy się nad możliwością porozumienia, zadowalającego obie układające się strony... obustronnie korzystnego...

Co naraz słyszę? To tylko taki dyplomatyczny język ? Dla naiwnych? – pochyliłem się ku niemu wykazując całym sobą najwyższą uwagę i skupienie.

Radca Mu naraz się uśmiechnął. Jakoś tak niesłużbowo.

.- Wiem, że pan prezes jest entuzjastą wędkarstwa, prawda?

Zaskoczył mnie. Pozbierałem rozbiegane myśli.

 - Proszę? Wędkarstwo? W młodości łowiłem... kawalerem jeszcze... od tego czasu... nie bardzo… często.

 - Wobec tego zapraszam pana prezesa w sobotę na mały wypad w pobliskie Góry Niedźwiedzie. Znam taki niewielki czysty strumyk ze wspaniałymi pstrągami. Spokojnie sobie porozmawiamy w otoczeniu dziewiczej przyrody. Sprzęt zapewniam. Siódma rano nie jest dla pana prezesa za wcześnie?

 - Nie, skądże, dziękuję,... z przyjemnością... wstaję zazwyczaj o piątej rano... powtarzałem jak mechaniczna papuga, odprowadzając gościa do drzwi gabinetu. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mój rozkład dnia zna nie gorzej ode mnie. Przyznam, nie doceniłem swego orientalnego przeciwnika. Niedobrze.

***

Dobrze zapamiętałem swoją ostatnią kłótnię z ojcem. Wtedy nie wiedziałem, oczywiście, że będzie ostatnia. Nie przypuszczałem nawet wdając się z nim w rutynową wymianę poglądów, że tamten wieczór tak się fatalnie zakończy.

 - Przestań wreszcie traktować mnie jak duże niemowlę. W końcu sam chcę decydować o sobie. Wystarczy - odstawiłem kielich. Nawet nie poczułem smaku wina. Podobno unikalne i stare. Spojrzałem ojcu prosto w oczy. Nie wytrzymał i pierwszy odwrócił głowę.

 - Czy naprawdę nie widzisz, że w tym staczającym się kraju doprowadzono do nadprodukcji prawników i menedżerów biurowych? Że prawie nie kształcimy już inżynierów? Że produkcję zastąpiliśmy machinacjami finansowymi na światową skalę? Że zamordowaliśmy własną klasę średnią, która uczciwie płaciła temu państwu podatki? Że nie było przedtem żadnego deficytu budżetowego? Naprawdę chcesz, bym został kolejnym bezrobotnym z dyplomem adwokackim, żerującym na coraz biedniejszym społeczeństwie - rzuciłem mu w twarz.”To nie jest pewna przyszłość” - nie mogłem się już powstrzymać.

 - Nie wpadaj w tanią demagogię, Michael - od dziecka zwracał się do mnie wyłącznie po imieniu, nigdy per ”synku”, „kochany” lub z użyciem innych tego rodzaju czułych epitetów. Daremnie usiłowałem dojść przyczyn takiego stanu rzeczy. Może dlatego tak było, że od maleństwa paradowałem w jasnoblond włosach do jaskrawo błękitnych oczu, które na wiosnę szczególnie mi błękitniały? Mój brat natomiast, pieszczoszek tatusia i maminsynek, od kołyski wyglądał jak miniaturowy ojcowski sobowtór. Czarne włosy, czarne oczy, szeroki u nasady nos. Tylko cygara brakowało. Bezczelny.

Nabrałem powietrza i pokonując zdradzieckie drżenie głosu usiłowałem przemówić do ojca racjonalnie.

 - Chciałbym, jak już niejednokrotnie tłumaczyłem, otworzyć realny, własny biznes. Produkować coś namacalnego, pożytecznego, co zapewni stabilne, długotrwałe, godziwe zyski, a nie spekulować kolorowymi bańkami mydlanymi. Nie wiem, skąd mi się wzięło takie porównanie - może dlatego, że w przeddzień czytałem coś o bańce finansowej spowodowanej przez chciwe banki? Nie po raz pierwszy polemizowaliśmy z ojcem na temat mojej przyszłości i postępującego upadku Ameryki pod rządami demokratów, ale nigdy nie odczuwałem w sporze takiego rozdrażnienia graniczącego z wściekłością. Co mnie dziś ugryzło?

Matka uczyniła błagalny gest z zamiarem uspokojenia mnie. Miała, jak zawsze, nadzieję, że po tej nieszkodliwej w istocie scysji każdy z nas zostanie przy swoim zdaniu, ojciec z dobrotliwym uśmiechem przyjmie ode mnie w prezencie urodzinowym butelkę starej, dobrej whisky z najmodniejszym w tym roku krawatem i rodzinny wieczór zakończy się szczęśliwie i przyjemnie. Przez ostatnie lata jednak każda moja rozmowa ojcem, niezmiennie przekształcała się w konfrontację. Widocznie mieliśmy zbyt podobne temperamenty. Z drugiej strony, po kim innym miałem dziedziczyć swoje geny?

Mimo swoich zaawansowanych lat, ojciec zachował szczupłą sylwetkę i młodzieńczy wygląd. Pokpiwałem sobie z niego, kiedy był w nastroju do żartów, że więcej czasu spędza na grze w golfa ze swoimi politycznymi i korporacyjnymi klientami, niż na przesiadywaniu w reprezentacyjnym biurze w pobliżu Kapitolu. Chyba dlatego jeszcze nie utył, jak większość jego partnerów.

Odrzucił z czoła kosmyk ciągle gęstych, choć mocno siwiejących włosów i postąpił krok do przodu po dębowej mozaice podłogowej pamiętającej jeszcze epokę Roosevelta. Oznaczało to nieomylnie, że przechodzi do ataku.

 - Nie masz powodu obawiać się prawniczej przyszłości - twarz mu poczerwieniała, mówił o wiele głośniej, niż zazwyczaj. Z moimi koneksjami politycznymi i znajomością rynku…

Nie wiem, dlaczego przerwałem mu, chociaż nigdy sobie na to wobec niego nie pozwalałem.

 - Nie boję się niczego, tylko nie cierpię tych ugładzonych typów prawniczych o rozdwojonych językach i tej całej waszej pokrętnej kazuistyki… - wypaliłem nieopatrznie.

Ojciec znieruchomiał ze szklanką czerwonego wina w ręku. Jego twarz upodobniła się nagle kolorem do bordowej tkaniny na ścianach pokoju bibliotecznego. Zapadła cisza. Ogień w kominku przygasł na chwilę, potem wystrzelił wysokim płomieniem z cichym sykiem.

 - Przeproś natychmiast - matka scenicznie załamała ręce. Wiedziała, że ma piękne dłonie i lubiła je eksponować. Bardzo o nie dbała. Młodsza od ojca o blisko piętnaście lat, o kasztanowych włosach, ciemnych oczach i oliwkowej cerze po włoskich przodkach zaczynała tracić swoją niegdyś filigranową figurę. Dlatego stosowała przemiennie diety-cud, posty całodobowe, grę w tenisa, zabiegi we wziętych salonach masażu, lekcje jogi i wizyty u zaklinaczy tybetańskich. Aha, i usługi chirurgów plastycznych. Dzięki temu, z odległości kilkudziesięciu jardów, szczególnie o zmierzchu, mogła jeszcze z tyłu ujść za przysadzistą nastolatkę. Najważniejsze jednak jest to, że wobec mnie jest równie delikatna, miękka i ciepła jak zeszłoroczny chleb.

 - To tak oceniasz moje poświęcenie dla rodziny? Taka jest twoja synowska wdzięczność? - twarz ojcu nagle zbielała.

Opamiętałem się.

 - Nie, ale nie zamierzam studiować prawa. Interesuje mnie chemia i nie zmusicie mnie…

 - Nikt cię nie przymusza. W trosce o zapewnienie tobie dostatniej przyszłości uważam za konieczne, abyś kontynuował rodzinne tradycje, ponieważ twój brat - spojrzał z wyrzutem na żonę - z powodu tak zwanego bezstresowego wychowania domowego w dzieciństwie, nadaje się obecnie tylko do błaznowania w telewizji. Wskazał na wielki ekran, na którym męska gadająca głowa perorowała o przewadze amerykańskiego stylu życia nad wszystkimi innymi.”Dlatego musisz kontynuować chwalebne tradycje rodzinne” - wysunął podbródek do przodu.

 - Nie śmiej zarzucać mi zaniedbywania matczynych obowiązków - mama ustawiła się w pozie aktorki dramatycznej. Wycelowała palec wskazujący w swojego małżonka.” A kto całymi tygodniami przesiadywał na konwencjach partii republikańskiej i tylko dzwonił do domu co kilka dni, kiedy Michael złapał szkarlatynę? A co było, kiedy Jack rozłożył się z ospą? Nie pamiętasz? Naprawdę?To ci przypomnę - zostałam sama jak palec z głupią pomocą domową. Musiałem chłopcom tatusia w telewizorze pokazywać, kiedy pytali o ciebie. I teraz śmiesz czynić mi zarzuty? A poza tym, powiedz mi, skąd twoja sekretarka ma nagle długie futro z szynszyli? - matka wytoczyła swoje najcięższe działo.

Mój Boże, nie taki miał być ten wieczór rodzinny. Po co jeszcze rodzice mają się sprzeczać? Postanowiłem odegrać rolę rozjemcy. Może głównym powodem rodzicielskiej irytacji był poranny telefon od brata, że pozostanie jeszcze dwa dni w dalekim Los Angeles na zdjęciach kolejnego odcinka niemożliwie infantylnej opery mydlanej i nie przyleci na świętowanie ojcowskich urodzin?

Zamachałem rękami usiłując zwrócić ich uwagę na siebie. Zamilkli. Matka oddychała ciężko. Początki astmy?

 - Opowiem wam autentyczną historię z morałem - rozpocząłem dla rozładowania napięcia. „Posłuchacie?”Skinęli głowami. Każde z osobna. Dobrze. Mamy chwilowy rozejm.

- Za mną na roku studiuje sympatyczna Polka, córka emigrantów. Przyjechała tu z rodzicami w latach 80-tych, po jakichś tam zmianach politycznych w ich starym kraju…

 - Jesteś beznadziejny ignorant - nie omieszkał zauważyć ojciec - wtedy wprowadzono tam komunistyczną dyktaturę wojskową i każdy, kto mógł i jak mógł, starał się wyjechać na Zachód… Powinieneś znać podstawowe fakty.

Udałem, że taka uwaga mnie nie irytuje. Nie pierwszy raz.

 - … i matka wymogła, by młodszy brat tej obecnej studentki zaczął w Nowym Jorku uczęszczać na stomatologię, ponieważ jej ukrytym marzeniem było, by ukochany synek został lekarzem - dentystą… uzyskał prestiżowy, doskonale płatny zawód…

 - Wspaniale - rzucił ojciec rozglądając się za butelką z winem. Podszedłem i napełniłem mu kieliszek.”Rodzice zawsze chcą dobra swoich dzieci” - skomentował. Niepotrzebnie, moim zdaniem.

 - Zawsze - potwierdziła mama.”Zawsze”. Żebyś miał prestiżowy, dobrze płatny zawód…”

 -… mimo, że ten syn chciał po szkole średniej zacząć pracować w sklepie zoologicznym, bo to lubił… od maleństwa trzymał w domu akwarium i terrarium - poinformowałem spokojnie.

Ojciec i matka wybuchnęli zgodnym śmiechem. Sardonicznym. Albo sarkastycznym. Albo obydwoma naraz. Nic to. Będę kontynuował - postanawiam.

 - Po pięciu latach nauki i koszach ponad stu tysięcy dolarów, które ponosiła matka - sprzątająca bogate domy i ojciec - kierowca ciężarówek na dalekich trasach, syn tryumfalnie przyniósł do domu dyplom lekarski. Dumni rodzice promienieli.

 - Też bym się cieszyła. Też będę rada, jak przyniesiesz dyplom adwokacki - zapewniła matka. Ojciec starannie rozpalał fajkę. Unikał patrzenia na mnie.

Uczyniłem aktorską pauzę. Niech się przygotują na najważniejszą puentę.

 - I wtedy synek oświadczył stanowczo: ”Mamusiu, tatusiu, ukończyłem studia, ponieważ jestem wam posłuszny i nie chciałem was martwić swoją brutalną odmową. Uzyskałem upragniony przez was dyplom. Ale oświadczam, że jeżeli zmusicie mnie do pracy w zawodzie dentysty, prędzej popełnię samobójstwo, niż się podporządkuję. Od dziecka nienawidzę stomatologii. Jestem po rozmowie z menedżerem sklepu zoologicznego na sąsiedniej ulicy. Przyjmuje mnie na etat sprzedawcy” - zakończyłem swoją krótką opowiastkę.

 - Co za czarna niewdzięczność - wykrzyknęła mama.”Za wszystkie macierzyńskie poświęcenia. Jak on mógł? A nie jest to jakiś nowy głupi polski dowcip?"

 - Za tyle pieniędzy - oburzył się ojciec.”Wydziedziczyłbym łobuza. Wyrzuciłbym z domuna zbity pysk” - gorączkował się. Naraz wszystko dla mnie stało się jasne. Jak błyskawica w mroczną noc. Brakuje jeszcze piorunu. Uderzy, jak znam życie. Niechże będę tym piorunochronem.

Niczego