43,90 zł
Morderstwo w Hotelu Grand Alpine — Lucy Foley. Panna Marple w samym sercu alpejskiej zagadki
„Morderstwo w Hotelu Grand Alpine” Lucy Foley to klasyczny kryminał osadzony w luksusowym hotelu w szwajcarskich Alpach, gdzie śnieżna zamieć odcina gości od świata, a panna Marple próbuje odkryć, kto spośród nich jest mordercą. To propozycja dla miłośników Agathy Christie, zagadek logicznych i kryminałów rozgrywających się w zamkniętej, odizolowanej przestrzeni.
Kluczowe informacje: akcja rozgrywa się w szwajcarskich Alpach · miejscem wydarzeń jest luksusowy Hotel Grand Alpine · zagadkę rozwiązuje panna Marple · nie trzeba znać wcześniejszych historii Agathy Christie · książka nie jest częścią serii · wydanie ma twardą oprawę o fakturze płótna i zdobienie złotą folią
Co czeka czytelnika w „Morderstwie w Hotelu Grand Alpine”?
O czym jest „Morderstwo w Hotelu Grand Alpine”?
Wysoko w szwajcarskich Alpach stoi Hotel Grand Alpine — luksusowy kurort, do którego prowadzi tylko jedna linia kolejowa. Gości przyciągają ośnieżone szczyty, eleganckie wnętrza i doskonałe warunki do zimowego wypoczynku.
Nie wszyscy jednak przyjechali tu odpoczywać. Pod warstwą kurtuazji i wyrafinowania kryją się dawne konflikty, ponure sekrety i intencje, których nikt nie chce ujawnić.
Kiedy w hotelu zostaje znalezione ciało jednego z gości, a gwałtowna śnieżyca odcina budynek od świata, każdy staje się potencjalnym podejrzanym. Morderca jest blisko, a nikt nie może czuć się bezpiecznie.
Wydarzenia obserwuje panna Marple. Jej umiejętność dostrzegania drobnych szczegółów i rozpoznawania ludzkich słabości może okazać się jedyną szansą na odkrycie prawdy, zanim dojdzie do kolejnej tragedii.
Dlaczego ta książka spodoba się fanom Agathy Christie?
„Morderstwo w Hotelu Grand Alpine” wykorzystuje elementy charakterystyczne dla klasycznej powieści detektywistycznej: ograniczone grono podejrzanych, odcięte od świata miejsce, skrywane sekrety oraz zagadkę wymagającą uważnego śledzenia szczegółów.
W centrum historii znajduje się panna Marple, bohaterka stworzona przez Agathę Christie. Znajomość wcześniejszych książek z jej udziałem nie jest jednak potrzebna, by śledzić tę historię.
Jaki klimat ma „Morderstwo w Hotelu Grand Alpine”?
Elegancja luksusowego kurortu kontrastuje tu z poczuciem zagrożenia. Śnieżyca uniemożliwia ucieczkę, a świadomość, że zabójca znajduje się w pobliżu, sprawia, że każde zachowanie i każda rozmowa mogą nabrać znaczenia.
Alpejska sceneria nie jest jedynie tłem. Izolacja hotelu wzmacnia napięcie i zamyka bohaterów w przestrzeni, w której coraz trudniej utrzymać pozory.
Dla kogo jest ta książka?
To książka dla czytelników, którzy lubią klasyczne kryminały, twórczość Agathy Christie oraz historie, w których rozwiązanie zagadki zależy od obserwacji, logiki i właściwej interpretacji zachowań bohaterów.
Spodoba się także osobom szukającym kryminałów osadzonych w górach i zamkniętych przestrzeniach, gdzie niewielka liczba podejrzanych pozwala samodzielnie próbować wskazać sprawcę.
Kim jest Lucy Foley?
Lucy Foley jest autorką bestsellerowych kryminałów i thrillerów, które ukazały się w ponad 40 krajach. Jej książki, w tym „The Hunting Party”, „The Guest List”, „The Paris Apartment” i „The Midnight Feast”, sprzedały się łącznie w ponad dziesięciu milionach egzemplarzy.
Foley jest wieloletnią miłośniczką twórczości Agathy Christie. Wcześniej napisała również opowiadanie do zbioru „Marple”, poświęconego legendarnej bohaterce Christie. Mieszka w Sussex z mężem i synami.
Co mówią o Lucy Foley i tej książce?
„Lucy Foley jest mistrzynią swojego fachu. Zawsze każe zgadywać aż do ostatniej strony.” — Frieda McFadden
„Nie mogłam jej odłożyć!” — Bonnie Garmus
„Tak pomysłowa, klimatyczna i pełna napięcia! Foley doskonale uchwyciła pannę Marple!” — Shari Lapena
„Lucy Foley jest niezwykle pomysłową pisarką.” — Anthony Horowitz
„Sprytne zwroty akcji sprawiłyby, że Agatha Christie byłaby dumna!” — Claire Douglas
„Ta pomysłowa zagadka kryminalna będzie trzymać cię w niepewności do samego końca.” — Alice Feeney
„Wspaniała. Zachwyci zarówno fanów Christie, jak i Foley.” — A. J. Finn
Często zadawane pytania FAQ
O czym jest „Morderstwo w Hotelu Grand Alpine”? To kryminał o morderstwie w luksusowym hotelu w szwajcarskich Alpach. Gdy śnieżyca odcina obiekt od świata, panna Marple próbuje ustalić, kto spośród gości jest zabójcą jednego z gości.
Kto rozwiązuje zagadkę w „Morderstwie w Hotelu Grand Alpine”? Sprawę rozwiązuje panna Marple, słynna bohaterka stworzona przez Agathę Christie.
Czy trzeba znać wcześniejsze książki z panną Marple? Nie. Książkę można czytać bez znajomości wcześniejszych historii Agathy Christie.
Czy „Morderstwo w Hotelu Grand Alpine” jest częścią serii? Nie. Książka nie jest częścią serii, choć występuje w niej znana z twórczości Agathy Christie panna Marple.
Gdzie rozgrywa się akcja książki? Akcja toczy się w luksusowym Hotelu Grand Alpine położonym wysoko w szwajcarskich Alpach.
Jaki rodzaj kryminału reprezentuje ta książka? To klasyczna zagadka kryminalna z ograniczonym gronem podejrzanych, zamkniętą przestrzenią i śledztwem opartym na obserwacji oraz logicznym łączeniu faktów.
Dla kogo jest „Morderstwo w Hotelu Grand Alpine”? Dla miłośników klasycznych kryminałów, twórczości Agathy Christie, zagadek logicznych oraz kryminałów rozgrywających się w górach.
Czy w książce ważna jest górska sceneria? Tak. Śnieżna zamieć odcina hotel od świata i sprawia, że luksusowy kurort staje się zamkniętą przestrzenią, w której morderca pozostaje wśród gości.
Jak wygląda wydanie książki? Książka ukazuje się w luksusowym wydaniu w twardej oprawie o fakturze płótna, ozdobionej złotą folią.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 392
Tytuł oryginałuMurder at the Grand Alpine Hotel
Projekt okładkiNATALIA TWARDY
Koordynacja projektuANNA RYCHLICKA
Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA
RedakcjaIWONA HUCHLA
KorektaANNA KURZYCA
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Murder at the Grand Alpine Hotel © 2026 Agatha Christie Limited. All rights reserved.
AGATHA CHRISTIE, MARPLE, the Agatha Christie Signature and the AC Monogram Logo are registered trademarks of Agatha Christie Limited in the UK and elsewhere.
All rights reserved
Lucy Foley asserts the moral right to be identified as the author of this work.
www.agathachristie.com
Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne)
All rights reserved
Polish translation © Anna Sznajder MMXXVI
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7139-9
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Moim rodzicom, którzy wysłuchiwali
moich niekończących się opowieści na tylnym
siedzeniu samochodu i którzy wspierali moją
miłość zarówno do książek, jak i do gór!
Gondola sunie cicho przez chmury w kierunku zamarzniętego świata na szczycie góry. To cud współczesnej inżynierii przemieszczający się między kolumnami wwierconymi w wiekową skałę, a czerwony kolor jego kadłuba jaskrawo kontrastuje z ponurą paletą bieli i szarości.
Ktoś jest w gondoli. Pewnie jeden z gości hotelowych chcący jako pierwszy zjechać ze stoku tego dnia. W nocy spadł świeży śnieg i pokrył zbocze góry nieskazitelną warstwą puchu, łagodząc kontur lodowca obejmujący jedną jej stronę. W świetle poranka mieni się perłowym blaskiem. Niewyraźne niebieskawe wgłębienia na jego powierzchni wskazują, że pod lodem mogą się kryć śmiertelnie niebezpieczne rozpadliny.
W małej budce przy wyciągu pracownik kolejki tupie nogami i dmucha sobie w dłonie, by się rozgrzać. Nie może się doczekać spotkania z innym człowiekiem, choćby ten kontakt miał trwać tylko chwilę. Tutaj na górze pędzi się samotną egzystencję, mając za towarzystwo tylko orły, a jedyne rozlegające się tu dźwięki to nieziemskie jęki i trzaski lodowca, który nieprzerwanie pełznie w kierunku miasta. Mężczyzna zna lęki swoich przodków, wie, że wierzyli w złośliwe duchy gór i olbrzymy żyjące wśród tych szczytów, a także powód, dla którego unikali tego miejsca, uznając je za siedlisko mrocznej magii. Czasami – gdy seraki, czyli gigantyczne bryły lodu, spadają z hukiem, który niemal bez końca odbija się echem wśród okolicznych skał, gdy podczas zimowej burzy trzaskają fioletowe błyskawice, albo gdy w oddali słychać głuche pomruki lawiny – nie jest do końca pewien, czy sam nie wierzy w takie rzeczy.
Ciemna postać w gondoli siedzi z głową opartą o tylną szybę i zapewne zachwyca się widokiem.
Mechanizm kolejki się zatrzymuje. Drzwi zaczynają się otwierać. Jednak siedząca postać się nie porusza.
Pracownik wyciągu zagląda przez okno kabiny. Czyżby ta osoba spała? Nie zamierza wysiąść? Być może ten ktoś przyjechał tu tylko, by podziwiać widoki i nie opuści gondoli, by zaraz wrócić na dół tą samą drogą. W końcu spodziewane są jeszcze większe opady śniegu.
A jednak... jest w tym coś dziwnego. Panuje tam osobliwy bezruch. Pracownik kolejki ma wrażenie, że nadal jest tam sam, tak, jak był, zanim gondola z pasażerem wyłoniła się spośród chmur.
Czy powinien tam pójść i zajrzeć do środka?
Wcale nie chce tam patrzeć.
Uderza go nagły impuls (to dziwne, bo jest porządnym szwajcarskim protestantem), żeby się przeżegnać.
Gdy wychodzi ze swojej budki na mroźne powietrze, gondola wykonuje subtelny podskok i zatrzymuje się w końcowej pozycji. W tym momencie siedząca postać upada, sztywna i bezwładna niczym figurka z miśnieńskiej porcelany strącona z kominka, lądując twarzą na metalowej podłodze kabiny.
Pracownik kolejki przez chwilę przygląda się temu z przerażeniem. Potem rzuca się do działania. Ale jeszcze gdy śpieszy tam pokrytą lodem ścieżką, wie, że to nie ma sensu. Pasażer gondoli już nie żyje.
– Och, spójrzcie! – woła pani Bantry. – Jak uroczo! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam u nas łyżwiarzy. A ty, Jane?
Pociąg Grand Alpine Express objeżdża zamarznięte jezioro. Śmigający tam i z powrotem łyżwiarze stanowią żywe plamy koloru w tej bladej scenerii.
– Ja też nie, moja droga – odpowiada panna Marple. – Jednak dla tych z nas, którzy mają za sobą wiktoriańskie dzieciństwo, to był stały element zimy.
– Diano! – Pani Bantry odwraca się do mnie. – Sprawdziłaś rozkład jazdy pociągów? Na wypadek gdybyśmy chciały po coś zjechać z góry?
– Tak, pani Bantry – odpowiadam jej. – Ostatni w dół jest o dziesiątej, ostatni w górę pół godziny później. A rano pierwszy jadący na dół jest o ósmej, pierwszy do góry o ósmej trzydzieści.
– Ciekawe, dlaczego jeżdżą do tak późnej pory – docieka pani Bantry.
– Być może po to, by goście mogli wybrać się do miasta na kolację – podsuwam. – Mają tam też kasyno, jedno z niewielu legalnych w Szwajcarii.
– Cóż, z tego raczej nie skorzystamy, prawda, Jane? – oświadcza pani Bantry. – Ale jakaś miła kolacja...
– Lubię grać w brydża – przyznaje panna Marple w zamyśleniu. – Ale nigdy nie grałabym w karty na pieniądze. Nigdy nie uważałam tego za zajęcie właściwe dla prawdziwej damy. Być może jestem staromodna.
Przyjaciółka pani Bantry jest idealnym uosobieniem starszej pani – właściwie niemal zbyt idealnym – ze zwojem miękkiej włóczki na kolanach i swoimi drutami dziewiarskimi, stukającymi o siebie niemal w rytm klekotu kolei zębatej. Nic nie wytrąca jej z rytmu: ani kołysanie wagonu, ani szarpnięcia ramienia mężczyzny siedzącego za nią, ani też nagła zmiana nachylenia torów, gdy pociąg zaczyna się piąć pod górę.
– Hotel ma własny pokój gier – mówię. – W broszurce napisano, że znajduje się on tuż przy bibliotece.
– Diana jest niezwykle kompetentna i ogromnie ułatwia mi życie – zwraca się do swojej starszej przyjaciółki pani Bantry – zwłaszcza teraz, gdy pamięć zaczyna mi szwankować.
Lubię panią Bantry, nawet jeśli czasami mówi o mnie, jakby mnie tam nie było. Teraz odwraca się do mnie:
– Iloma językami się posługujesz, Diano?
– Trzema.
– Chyba poznałyście się w pociągu, prawda? – docieka panna Marple.
– Owszem – odpowiadam. – Jechałam z Londynu, aby odwiedzić ciotkę w Much Benham. Pani Bantry i ja zaczęłyśmy rozmawiać. Wspomniała, że potrzebuje kogoś, kto pomoże uporządkować jej sprawy po... – Przerywam, nie będąc pewna, jak mam kontynuować.
– Po śmierci Arthura – kończy rzeczowo pani Bantry.
– Tak – potwierdzam z wdzięcznością. – I aby pomóc w zarezerwowaniu podróży. Byłam gotowa ograniczyć swoją pracę sekretarki w Ministerstwie Wojny do jednego dnia w tygodniu, więc od razu opracowałyśmy plan.
Pani Bantry uśmiecha się z aprobatą.
– Przez ostatnich kilka miesięcy byłaś ogromną pociechą dla samotnej starej kobiety, moja droga. Mam czwórkę dzieci i one pamiętają, by odwiedzać swoją starą matkę, ale wszystkie są bardzo zajęte własnymi sprawami! – Wzdycha, po czym jakby się ożywia, podziwiając widoki za oknem. – I to ty zaproponowałaś to miejsce, prawda, Diano? A może... – zastanawia się i marszczy brwi – przeczytałam o tym w gazecie? Widzisz! Zaczynam zapominać różne rzeczy.
– Myślę, że otrzymała pani broszurę, pani Bantry.
– Tak, teraz to sobie przypominam! Wspaniała kolorowa broszura. Zastanawiam się, czy kierują to specjalnie do wdów, które chcą roztrwonić majątek po swoich mężach. I zawsze przedstawiają tam wszystko jako lepsze, niż jest w rzeczywistości. Chociaż to miejsce może być wyjątkiem. Spójrzcie na to! – Robi zamach ręką, pokazując widok za oknem pociągu.
Warstwa świeżego śniegu błyszczy się tak, jakby była oświetlona od środka. Malutka, puchata czarna wiewiórka przeskakuje z jednej gałęzi jodły na drugą, strząsając wokoło śnieg. Gdy pokonujemy kolejny zakręt, dostrzegam lekki ruch wśród ciemnych jodeł stojących tam niczym strażnicy, a trzy kozice pokryte brązową zimową sierścią z wdziękiem odskakują od czerwonego metalowego potwora, który właśnie zakłócił ich spokój.
Mały pociąg powoli pnie się po zboczu. Można poczuć, jak ciężki pojazd z mozołem wciągany jest pod górę, gdy koła zębate z grzechotem wskakują w zęby szyny. Rozlegają się okrzyki, gdy kilka walizek i toreb zaczyna się powoli staczać wzdłuż przejścia.
Za drzewami po drugiej stronie pociągu można dostrzec w dole St Celeste – wygląda teraz jak zabawkowe miasteczko, a wszelkie oznaki życia zniknęły z pola widzenia. Przejeżdżamy przez niewielkie pasmo chmur i przez chwilę nic nie widać – potem wyłaniamy się już ponad nimi, a ja przypominam sobie tych kilka razy, kiedy leciałam samolotem – to dziwne uczucie odłączenia od świata poniżej. Francuz wskazuje orła, który szybując pod nami, zatacza z gracją łuki.
W pociągu panuje tłok, otaczają nas inni goście hotelowi, a powietrze wilgotnieje od oddechów. Gdy ocierają się o siebie ramiona odziane w futra, przeskakują między nimi ładunki elektryczne. Kiedy wsiadaliśmy, wywiązała się niemiła przepychanka o miejsca przy oknach po tej stronie, z której rozciąga się lepszy widok na szczyty. Brytyjczycy z naszej grupy zostali w tyle, narzekając na maniery pasażerów z kontynentu.
Przyglądam się naszym współtowarzyszom podróży, którzy jadą do tego samego hotelu. Amerykanie wydają się nieco zdrowsi i zamożniejsi od reszty – nie doświadczyli reglamentowania żywności. Francuzi mają najlepsze futra, a Włosi najbardziej eleganckie bagaże. Anglicy, niestety, wydają się raczej szarzy i nudni. Są nawet Niemcy. Za każdym razem, gdy się odzywają, Brytyjczyk wyglądający na starego wojskowego, siedzący po drugiej stronie przejścia, wyraźnie się jeży. Pośród pasażerów jest też pięć lub sześć grup zakonnic, które można rozróżniać po kolorach habitów: granatowe, czarne, jasnoniebieskie.
Spoglądam ponownie na dwie starsze kobiety i doznaję lekkiego szoku, kiedy dociera do mnie, że panna Marple obserwuje mnie tymi swoimi jasnoniebieskimi oczami, lekko przechylając głowę na bok. Uśmiecham się uprzejmie i czekam, aż odwróci wzrok. Jednak ona tego nie robi i najwyraźniej nie czuje się wcale zażenowana tym, że przyłapano ją na ciekawości.
Zastanawiam się, co ona widzi. Patrzy na mnie ze zrozumieniem? Kolejna wolna kobieta. Dzielące nas mniej więcej cztery dekady nie mają tu większego znaczenia. Jesteśmy równie użyteczne (lub bezużyteczne) dla społeczeństwa. Żadna z nas niczego nie spłodziła – ani dosłownie, ani też w przenośni. Jesteśmy towarzyszkami. Zostawione kobiety. Pani Bantry, jako kobieta zamężna – choć niedawno owdowiała – należy do innej grupy. Emanuje z niej autorytet, którego my nigdy nie osiągniemy. Lubię jednak jej pomagać. Daje mi to poczucie celu, a także solidarności – zdecydowana poprawa po niektórych nudniejszych zajęciach w Ministerstwie Wojny.
– Piękny naszyjnik, moja droga.
Dopiero po chwili dociera do mnie, że panna Marple mówi do mnie sponad swojej robótki na drutach.
– Dziękuję.
– Mogę...?
– Och, oczywiście. – Podnoszę go z dekoltu, by pokazać jej pierścionek zawieszony na łańcuszku.
– Srebrny – oznajmia niczym jubiler oceniający klejnot. – Dwa serca i siedem granatów. Uroczy.
– Dziękuję. – Wypuszcza go z dłoni, a ja z ulgą opadam na oparcie swojego siedzenia, kiedy pani Bantry zwraca się do przyjaciółki: – Co chciałabyś tu robić, Jane?
– Chyba najbardziej będzie mi odpowiadało siedzenie w hotelu i patrzenie na góry – odpowiada panna Marple. – Sądzę, że ich lodowy majestat można najlepiej docenić, siedząc w ciepłym i wygodnym miejscu. Muszę też pamiętać o swoim reumatyzmie. Zabrałam także ze sobą lornetkę do obserwacji ptaków.
– Ależ, Jane, przecież jest zima – stwierdza jej przyjaciółka. – Z pewnością nie będzie żadnych ptaków, które warto podziwiać.
– Och – mówi panna Marple, a jej bladoniebieskie oczy nieco się rozszerzają – jestem pewna, że znajdę tu sporo do oglądania. Zwykle tak jest. A już na pewno w St Mary Mead.
– Jane, wyglądasz niczym uosobienie niewinności, kiedy to mówisz – zauważa pobłażliwie pani Bantry. – A jednak jestem pewna, że potrafisz być dosyć przebiegła.
Panna Marple poklepuje motek włóczki trzymany na kolanach, jakby to był mały cierpliwy piesek. – Ależ wcale nie, Dolly. Zupełnie nie.
– Co tam dziergasz, moja droga?
– To? Och, to sweter z alpejskim wzorem dla drogiego Raymonda. Myślę, że będzie w nim świetnie wyglądać, o ile da się namówić do włożenia go, bo przecież lubi się ubierać w nowoczesnym stylu. Wydaje mi się, że to będzie jeden z pierwszych moich wyjazdów wakacyjnych w ostatnich latach, na który udaję się bez wsparcia Raymonda. On jest taki hojny. Ale jednocześnie można się przez to czuć... w pewnym sensie zobowiązanym. Och, być może to nie jest właściwe słowo. Po prostu lubi wyrażać opinie na temat tego, dokąd podróżuję, i tym podobnych rzeczy – wyjaśnia, po czym dodaje pośpiesznie: – Jednak to z powodu tego, że jest taki opiekuńczy.
– Cóż, zabraniam ci się czuć zobowiązaną wobec mnie – przykazuje pani Bantry. – Tak naprawdę to wszystko zawdzięczamy naszej drogiej posiadłości Gossington Hall. Oby nowi właściciele dobrze o nią dbali.
Wjeżdżając do górskiego tunelu, pociąg wydaje długi, żałosny jęk, a staccato mechanizmu zębatego przypominające odgłosy wydawane przez gigantyczną maszynę do szycia, odbija się echem od skał. Czytałam, że musieli wykuć w skale ten tunel dla torów, ponieważ na zewnątrz góra biegnie niemal pionowo.
W pociągu robi się cieplej, a nawet trochę duszno, gdy zewnętrzny świat się oddala. I nagle okno przemienia się w czarne lustro. Widzę odbicie swojej twarzy – jest jaśniejsza, wygląda obco, miejsce oczu zajmują puste zagłębienia. To głowa Śmierci. Odwracam się od tego widoku.
A potem ponownie wyjeżdżamy z tunelu. Z powodu wysokości zatyka mi uszy. Świat pod nami znika całkowicie pod wirującą warstwą chmur. Pokrywa śnieżna jest tu wyraźnie grubsza, a gałęzie drzew są obciążone śniegiem bardziej niż te na drzewach rosnących niżej. Między nimi po raz pierwszy dostrzegamy hotel – przypomina to przebłyski czegoś zza rozdartej białej zasłony.
Czeka na nas kilkoro sań – co tylko potęguje wrażenie nieziemskości – zaprzęgniętych w konie, które potrząsając łbami, sprawiają, że rozbrzmiewają liczne przyczepione do nich dzwonki, i prychają w mroźne powietrze obłokami gorącej białej pary. Każdymi saniami kieruje woźnica w czerwono-złotym uniformie i czapce ozdobionej złotą plecionką.
– Jane – piszczy z zachwytu pani Bantry. – Chyba cieszysz się, że tu przyjechałyśmy, prawda?
– Owszem, ale chyba wolałabym, żeby pozwolili nam pójść pieszo. To wcale nie jest daleko. Chodzi o konie. Zastanawiam się, czy nie ufamy za bardzo tym gigantycznym, niesfornym bestiom...
Ale zostaje stanowczym gestem posadzona na tylnym siedzeniu sań przez innego członka personelu odzianego również w czerwony uniform i z poczerwieniałym od mrozu nosem.
– Mieliśmy tu nowe opady śniegu, madame – informuje ją, podając jej gruby koc, którym ma okryć sobie kolana. – Spadło go dużo i trudno się po nim chodzi. Trzeba też szczególnie uważać po zmroku.
Pędzimy drogą pośród jodeł, śnieg skrzypi pod płozami sań, a skóra na twarzach napina nam się pod wpływem mroźnego powietrza. Potem drzewa ustępują, a naszym oczom ukazuje się majestatyczny budynek Hotelu Grand Alpine, lśniący w całej swej okazałości, z którego wnętrza dobiegają dźwięki muzyki oraz głosy niewidocznych gości. Wpatruję się w bajkowe gotyckie wieże na obu końcach budynku, czerwone okiennice oraz nazwę hotelu wypisaną ozdobnymi złotymi literami, która dumnie góruje nad środkową częścią dachu pokrytego ołowianą blachą. Z każdego okna wylewa się różowozłote światło, które stanowi ciepły i przyjemny kontrast z mroźnym szarym pustkowiem na zewnątrz. Po obu stronach drzwi obrotowych stoją dwaj lokaje w liberiach ze złotymi wózkami bagażowymi gotowi pomóc gościom.
Ze znajdującego się tuż za rogiem i tętniącego życiem tarasu roztacza się widok na majestatyczne szczyty. Broszurę na temat hotelu przeczytałam od deski do deski, żeby od samego początku mieć podstawową wiedzę na temat tego miejsca. Widać słynną czerwoną gondolę pnącą się pod górę oraz kilka wyciągów krzesełkowych i talerzykowych – te przejawy najnowszej technologii stanowią ostry kontrast w stosunku do romantycznej ponadczasowości sań. Kręta trasa wijąca się po zboczu góry to zapewne słynny tor saneczkowy Verglas. Na rozległych białych stokach widać maleńkie kolorowe kropki – to narciarze – przywodzące na myśl setki czy nawet tysiące cukrowych kuleczek, którymi posypuje się desery.
Gdy goście schodzą z sań, każdemu z nich odziany w czerwono-złoty strój pracownik hotelu wręcza mały termos z gorącą czekoladą. Napój jest ciemny i lśniący, i tak gęsty, że ledwo się wylewa, gdy przechyla się kubek, a do tego delikatnie doprawiono go cynamonem. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek piła coś o tak bogatym smaku, a już na pewno nie od czasów wojny.
– Och – wzdycha panna Bantry po upiciu łyczka. – To sprawia, że zaczynasz się zastanawiać, czy ten nędzny napój, który mamy w Anglii, to naprawdę czekolada. Nic dziwnego, że wszystkie miejsca były zarezerwowane w każdy weekend poza tym! – Krzywi się nieco. – Chociaż nie jestem pewna, czy Arthur by to pochwalił. Był bardzo zły na Szwajcarów za to, że zachowali neutralność. No i jeszcze... Cóż... naprawdę nie lubił wydawać pieniędzy. Jestem pewna, że uznałby to wszystko za sporą rozrzutność. Ale teraz, kiedy go nie ma, żyję bardzo oszczędnie. Nie pozwalam sobie na żadne inne ekstrawagancje. A jego śmierć... była dla mnie przypomnieniem tych wszystkich rzeczy, których się nie zrobiło, i tego, jak bardzo ulotny jest nasz czas... – Przerywa na dźwięk odległego mechanicznego wycia.
Odwracam się i dostrzegam w oddali przebłysk czerwonego pociągu, który nabiera prędkości, wjeżdżając między drzewa, a który potem znika z pola widzenia, rozpoczynając podróż powrotną w dół góry.
– Ostatni pociąg – oznajmia pani Bantry. – To sprawia, że człowiek czuje się raczej dziwnie. Ta świadomość, że teraz jesteśmy tu zupełnie sami. Cieszę się, że jestem tu z tobą, Jane. Twoje towarzystwo zawsze podnosi mnie na duchu. A ty, Diano, jesteś niezwykle kompetentna. – Marszczy brwi, po czym mówi: – Tylko mnie posłuchajcie! Ależ melodramatyczna się robię. Ale jeśli ktoś raz natknie się na zwłoki we własnej bibliotece, już nigdy nie wyzbędzie się uczucia, że może się wydarzyć właściwie wszystko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
