Mojry - Marek Soból - ebook

Mojry ebook

Marek Soból

0,0

Opis

 

[PK]

 

KlotoLachesis i Atropos greckie boginie przeznaczenia przędły nić życia ludzkiego. Co mają z nimi wspólnego bohaterki powieści Mojry Marka Sobola? Może to, że próbują zapanować nad losem, zachowując nadzieję w obliczu zła i śmierci. Może to, że snują opowieści o swoim życiu, poprzez opowiadanie oswajając zło, którego doświadczyły. Powieść Marka Sobola to nie tylko przykład literatury postmodernistycznej, z typowym dla niej zderzeniem różnych poziomów fikcji. Są to także trzy oryginalne i barwne historie miłosne. Współczesne boginie przeznaczenia są bowiem przede wszystkim silnymi kobietami, które ze swoich związków miłosnych, daleko odbiegających od klasycznych schematów, potrafią czerpać szczęście i siłę do zmagania się z życiem. 

 

ISBN 83-741406-9-0

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Mszanie Dolnej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 226

Rok wydania: 2005

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dawid Bieńkowski Nic Andrzej Czcibor-Piotrowski Cud w Esfahanie Adam Czerniawski Narracje ormiańskie Ida Fink Odpływający ogród Ida Fink Podróż Manuela Gretkowska My zdies' emigranty Manuela Gretkowska Kabaret metafizyczny

Manuela Gretkowska Tarot paryski Manuela Gretkowska Podręcznik do ludzi

Manuela Gretkowska Namiętnik Henryk Grynberg Drohobycz, Drohobycz Włodzimierz Kowalewski Światło i lęk Wojciech Kuczok Gnój Wojciech Kuczok Widmokrąg Krystian Lupa Labirynt Krystian Lupa Podglądania Cezary Michalski Siła odpychania Włodzimierz Pawluczuk Judasz Henryk Rozpędowski Charleston Janusz Rudnicki Mój Wehrmacht Sławomir Shuty Zwał Piotr Siemion Finimondo Mariusz Sieniewicz Czwarte niebo

Jerzy Sosnowski Wielosaan Jerzy Sosnowski Prąd zatokowy Magdalena Tulli W czerwieni Magdalena Tulli Sny i kamienie Magdalena Tulli Tryby .archipelagi.

Marek Soból Mojry

Patronat medialny:

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B, 2005 Wydanie I Warszawa 2005

Ewelinie

Lachesis

Moja kawiarnia właściwie nie różni się od innych w Paryżu. Można napić się dobrej kawy, bardzo dobrej, jak powiadają niektórzy, można też zjeść tartę jabłkową, a jeśli ktoś nie lubi rozpieczonych jabłek, jak Eryk, może zamówić duży kawałek czekoladowego ciasta. Codziennie stawiam na barze tacę ze świeżymi croissantami, jedną tacę, nigdy więcej, nigdy mniej. Stali klienci, jak poczciwy Chaim czy młody Bouvier, śpieszą się na swojego ulubionego rogalika, a ja od rana mam miłe towarzystwo. Te croissanty piecze dla mnie Teresa, taka mała, siwa staruszka spod numeru 47, która siedzi zawsze przy stoliku pod lustrem. Nigdy jeszcze nie wzięła ode mnie nawet centyma za rogaliki, ale nic w tym dziwnego, przecież przez cały dzień wypija tyle kiru, że doprawdy trudno pojąć, jakim cudem wraca do domu o własnych siłach.

Ale o czym to ja chciałam opowiedzieć?...

Tak, moja kawiarnia różni się od innych w Paryżu może tylko tym, że wszystko tu jest stare i zniszczone. Ciągle brakuje mi pieniędzy, a w dodatku sama jestem już stara i po prostu pasuję do tej rupieciarni. Młodzi tego nie rozumieją, oni lubią, jak wszystko lśni, wolą rzeczy nowe i czyste. Dla mnie ciekawsze są te, które pamiętają inne czasy, widziały ludzi w innych strojach, słuchały muzyki z trzeszczących płyt. Myślę sobie, że jest taki moment w życiu każdego człowieka, kiedy zaczyna lubić starocie.

Najpierw, gdy jest się młodym, lubi się wszystko, co nowoczesne, i każda z takich rzeczy wydaje się doskonalsza od poprzedniej. Nowa muzyka jest lepsza od starej, nowe samochody są piękniejsze od tych zeszłorocznych, a nowe ekspresy do kawy wydają się lepsze i sprawniejsze od tych, z których łuszczy się już emalia. Ale nawet Eryk, chociaż ma dopiero osiemnaście lat, mówi, że stary ekspres parzył dużo lepszą kawę, no cóż, musiałam wstawić nowy, bo tamten się zepsuł i już nie dało się go zreperować. Ten nowy ma kwadratowe guziki z napisami po angielsku, zapłaciłam za niego mnóstwo pieniędzy, i w dodatku nie chcieli mi go dać na raty, a to zupełny skandal, bo przecież nigdy nie zapłaciłam żadnego rachunku po terminie, chociaż nie zawsze wiodło mi się tak jak teraz, a i teraz nie wiedzie mi się najlepiej. Ale o tym już mówiłam. Tak czy inaczej, nie dali mi na raty, i to jest zupełny skandal. Pewnie dlatego, że jestem już taka stara...

Potem nagle coś się zmienia i człowiek przestaje rozumieć młodych. Ich muzyka wydaje się hałasem, nowe samochody są paskudne, wszystko w nich jest plastikowe, wszystko świeci, mruga, w ogóle nie umiałabym prowadzić takiego samochodu. Kiedyś mieliśmy z Henrykiem piękne auto, amerykańskie, ale to było tak dawno, jeszcze jak Henryk żył. On nie żyje już ponad piętnaście lat i nasze auto też tyle lat nie jeździło, chociaż stoi dalej w garażu, samotne i zakurzone. Nie wiem, po co wciąż płacę za ten garaż, bo to są nie byle jakie pieniądze, a przecież nie powodzi mi się najlepiej...

Ja myślę, że kochamy wszystko to, co pokochaliśmy w młodości i te rzeczy zestarzały się razem z nami. Politura na starych meblach już wyblakła i na kantach zaczyna świecić gołe drewno, ale my dotykamy ich delikatnie i czujemy ciepło, które wpisał w nie czas. Stare samochody coraz częściej się psują, ale my wciąż kochamy ich kształty, ich warkot, ich wielkie, wygodne kanapy i piękne, chociaż zupełnie nieprzydatne detale. Stare urządzenia są takie nieporadne, ale my wciąż cenimy wysiłek, który był potrzebny, żeby z nich korzystać. Mam stary odkurzacz, który Henryk kupił zaraz po ślubie. To nie do wiary, ale on wciąż jeszcze trochę działa. Wiem, że nowe odkurzacze mocno ciągną i nie trzeba tak bardzo się wysilać, a ja przecież jestem już stara i czasem nie mogę za jednym zamachem odkurzyć obydwu pokojów. Gdy nadchodzą deszczowe dni, to przypominają mi się wszystkie uderzenia, które dostałam w obozie, każde z nich czuję w moich starych kościach, zapisały się tam i teraz wracają z każdą słotą, jak złe wspomnienia.

Ale nie o tym chciałam mówić...

Ten odkurzacz jest taki piękny, owalny, z napisem tłoczonym na bakelitowej rączce. Jestem z niego bardzo dumna. Kiedy go ciągnę za rurę po dywanie, czuję się tak jak wtedy, gdy jechaliśmy naszym samochodem, w słoneczny dzień, bulwarem Saint Germain. Dach był zwinięty, ja rozpuszczałam moje długie, czarne włosy i kiedy tak jechaliśmy, wszyscy panowie przy kawiarnianych stolikach zapominali o swoich dziewczynach, które siedziały obok nich i piły kawę, i odwracali się za nami. Zazdrościli Henrykowi takiego pięknego samochodu i takiej dziewczyny. Obejmowałam go wtedy i opierałam mu głowę na ramieniu, a on jechał dumny i wyprężony i uśmiechał się pod nosem.

Młodość przemija, a my wciąż kochamy te same rzeczy i nawet tych samych ludzi, chociaż nie zawsze, ale czasem tak jest. Ja do dziś kocham Henryka, chociaż nie żyje już przeszło piętnaście lat.

Mówiłam już o tym...

Napije się pan jeszcze kawy?

Myślę, że moja kawiarnia nie jest taka najgorsza. Wiele osób odwiedza mnie codziennie od wielu, wielu lat, na przykład starsza pani Greffer. Przychodzi ze swoimi trzema pieskami, ubrana w kolorowe szmatki, niektóre już całkiem zniszczone, owinięta wełnianym szalem, nawet jak jest ciepło, i w starym berecie. Usta ma wyszminkowane na czerwono, zawsze nierówno, bo ona już prawie nie widzi, i to jest naprawdę niepoważne, bo przecież starsze panie nie powinny tak wyglądać. Jedną rękawiczkę to ma zupełnie bez palców, nie wiem dlaczego.

Młody Bouvier mówi o niej „stara wariatka", ale on nie zna całej historii, wciąż tylko kupuje i sprzedaje pieniądze, i nic by z tego nie zrozumiał, więc po co mam mu opowiadać. Te jej pieski to są zupełnie zwyczajne kundle, ale każdy jest inny, jeden mały i bardzo kudłaty, drugi wydłużony jak jamnik, a trzeci całkiem duży, czarny, i wszystkie mają śmieszne, wełniane kamizelki, tak samo dziurawe i zniszczone jak ubrania pani GrefFer. Przychodzi tu z nimi codziennie, pieski kładą się pod stolikiem i śpią, a ona zamawia kawę, ale prawie jej nie pije, tylko drzemie sobie, lekko pochylona, i pewnie jej się śni mój Henryk.

Pani GrefFer ma na imię Joanna i kiedyś przyjechała do Paryża z Austrii. Przyszła tu pewnego dnia wystrojona jak dama i od razu zakochała się w moim Henryku. Nie byłyśmy już takie młode, ale podobno razem wyglądałyśmy bardzo pięknie. Ona miała takie długie blond włosy, a ja miałam też długie, ale czarne. Bardzo ją lubiłam, szybko zostałyśmy przyjaciółkami i oczywiście nie mówiłam o niej „pani GrefFer", tylko po prostu Joanna. Chodziliśmy wszyscy razem do kina, jeździliśmy na pikniki za miasto albo do Ogrodów Luksemburskich, a w sobotę bawiliśmy się w kabarecie na Montmartre. To były bardzo miłe czasy, naprawdę bardzo miłe, a ona bardzo kochała się w moim Henryku.

Ja myślę, że ona tu wciąż przychodzi dla niego.

Naprawdę nie wiem, czy powinnam o tym opowiadać...

Może jednak napije się pan kawy?

Myślę, że zawsze było mnie za mało jako kobiety dla takiego mężczyzny jak Henryk. Żył mocno i szybko, jakby wiedział, że nie ma tyle czasu co inni. Kobiety za nim szalały, nie tylko pani GrefFer. Znałam wszystkie jego romanse, bo tak niedokładnie je ukrywał przede mną, jakby chciał, żebym żadnego nie przegapiła, o wszystkich wiedziała. Był bardzo poukładany i rozsądny, i sprytny, ale z tymi romansami jakoś nigdy mu nie wychodziło. Zawsze się domyśliłam, chociaż nikt inny nie wiedział, więc coś mi się wydaje, że specjalnie był wobec mnie taki nieostrożny, żebym mogła mu zabronić. Tylko że ja tego nigdy nie zrobiłam.

Henryk miał bardzo dobry gust, wszystko, co kupował, było piękne, wszystko musiał mieć w najlepszym gatunku. Samochód sprowadziliśmy aż z Ameryki, bo Henryk powiedział, że citroeny są paskudne i ciasne. Mieliśmy wtedy dużo pieniędzy, bo on pracował w ministerstwie, no i kawiarnia też lepiej prosperowała. Nie wiem, czemu teraz tak trudno mi związać koniec z końcem. Przecież ta kawiarnia nie różni się za bardzo od innych. Coś się zepsuło na świecie. Nawet Paryż się zepsuł. To na pewno dlatego, że jestem już taka stara...

Henryk miał dobry gust i te jego kobiety wszystkie były wyjątkowe, jakby je kupował w galerii. On ich wcale nie szukał, nie zdobywał, nie czarował, tak jak to robi Michel, który prowadzi kawiarnię przy następnej przecznicy. Michel to jest mistrz uwodzenia, ma swoje sekretne metody i czasem mi opowiada o nich i o swoich zdobyczach. Ja jestem już bardzo stara i on nie widzi we mnie kobiety, tylko najwyżej towarzysza do wieczornych rozmów, kiedy mu się akurat nie uda jakiś podryw i na jeden dzień zostaje sam. Ja też mu dużo opowiadam, bo to mądry i wrażliwy chłopiec, chociaż czegoś mu w środku brakuje. Z tymi dziewczynami to tylko sypia, spotka się kilka razy, a potem wszystko niszczy, jakby ze strachu, że pewnego dnia przy-wiąże się do jednej z nich i ona go za bardzo pokocha, a potem będzie miał kłopot. Może jest takim egoistą, a może coś mu się złego przytrafiło w życiu, ale nigdy o niczym takim nie mówił. A może on po prostu jeszcze nie dorósł, zupełnie tak, jakby był małym chłopcem, który ma bogatych rodziców i oni kupują mu tak dużo zabawek, że żadną z nich nie nauczył się bawić dłużej niż kilka minut, zaraz bierze następną, i żadnej nie potrafi docenić. Natura dała mu urodę i spryt i on może mieć tych zabawek, tych kobiet, ile tylko zapragnie, więc żadnej nie ceni i do żadnej się nie przywiązuje, bo wie, że zaraz może mieć piękniejszą albo mądrzejszą, w każdym razie inną.

Henryk taki nie był. Kobiety same kleiły się do niego, chociaż nigdy nie stosował żadnych podstępów i tak naprawdę nigdy ich nie uwodził. Był dobrym przyjacielem dla wszystkich, również dla mężczyzn, no ale niech pan sam powie, czy możliwa jest przyjaźń, taka czysta przyjaźń, między kobietą a mężczyzną, jeśli ona jest ładna i do tego niegłupia, a on przystojny? Jeśli ludzie są tak blisko, że sobie pomagają, lubią być razem, dawać sobie prezenty, troszczą się o swoje zdrowie, całują się na pożegnanie i na powitanie w policzek albo w czoło, no to czemu nie mieliby w końcu pocałować się w usta, przytulić mocniej niż zwykle, polubić smaku i zapachu tej drugiej osoby? Dlaczego nie mieliby w końcu dotknąć się czulej, a potem jeszcze czulej, nie zachwycić się pięknem swoich dłoni, ust, włosów, opalonych ramion? To się musi stać prędzej czy później i przyjaciele zostają kochankami. Zawsze tak jest, chyba że przyjaźń nie jest wcale tak wielka, albo mieszkają bardzo daleko od siebie, albo coś innego w życiu nie pozwala im się zbliżyć, ciężka praca, choroba, a może jeszcze coś innego.

Tych kobiet nie było wiele, wcale nie tak wiele. Wszystkie były w jakiś sposób niezwykłe, nawet taka malarka, strasznie brzydka, nos miała jak kartofel i oczy wąsko osadzone, i włosy rzadkie, zawsze tłuste i zaniedbane, ale za to malowała takie dziwne obrazy, które nie dawały spokoju, jak się je raz zobaczyło. Jeden wisi teraz podobno w Centrum Pompidou.

Ona była zawsze bez grosza i zawsze myślami gdzie indziej. Przychodziła tutaj i tylko mówiła, że u nas jest cudownie, i pytała, czy kawa jest droga, a jak sprzedała jakąś pracę, to wszystko zaraz przehulała i znowu nie miała pieniędzy. Mam w domu jej dwa obrazy - Henryk je kupił. Pewnie zapłacił o wiele więcej, niż były warte, bo chociaż mu się podobały, to kupował je przede wszystkim dlatego, że ona potrzebowała pieniędzy. Płacił w ratach, wydzielał jej, nie chciał dawać za dużo naraz, żeby wszystkiego nie przepiła.

Jak ona się nazywała? Nie pamiętam...

Ja mam już bardzo złą pamięć. Coraz to nie mogę sobie przypomnieć jakiegoś nazwiska albo nazwy ulicy. Wszystko dlatego, że jestem już taka stara...

Wiele z tych kobiet znałam. Niektóre miały okropnych mężów, albo grubych, albo głupich, albo gburowatych, i były z Henrykiem bardzo szczęśliwe, tak jak ja, bo on był wspaniałym mężczyzną i potrafił zadowolić kobietę pod każdym względem. Po prostu było w nim za dużo mężczyzny dla jednej kobiety.

On je wyciągał z ich okropnego, nudnego życia, tak jak poczciwy Chaim wyciąga różne cacuszka z małych galerii. Te rzeczy leżą tam przez wiele lat, dlatego że są trochę uszkodzone albo zbyt drogie, a czasem po prostu nie pasują do tego czasu i do tych ludzi, którzy teraz kupują. A poczciwy Chaim umie wypatrzyć prawdziwe skarby i umie się wybornie targować, i bywa, że płaci naprawdę niewiele. Potem ustawia je u siebie w mieszkaniu, dba o nie, czyści, poleruje, przyprawia utłuczone nosy i uszy, przestawia po sto razy tak długo, aż poczują się dobrze na nowym miejscu. On daje im uczucie, którego od dawna były pozbawione, kiedy leżały gdzieś zakurzone na półce i nikogo nie interesowały, a dawni właściciele dawno już o nich zapomnieli. Teraz pogodny, stary Żyd pieści je i zachwyca się nimi na nowo. Każdy, kto go odwiedza, wchodzi i siada cicho na środku, i nic nie mówi przez kilka minut, bo w jego mieszkaniu jest jak w bajce, jak na strychu pełnym skarbów, jak w albumie ze starymi zdjęciami. Można tak siedzieć godzinami i oglądać to wszystko, a potem chodzić powoli i dotykać tych wszystkich cudów, i zdmuchiwać z nich kurz, którego nie ma, i podziwiać pracę jakichś zręcznych rąk sprzed wielu, wielu lat...

Ale o czym to ja mówiłam?

Te kobiety przychodziły tu czasem na kawę, a ja byłam gotowa, czekałam, aż spojrzą na mnie tym wzrokiem pełnym wyższości i pogardy, jakim kochanki patrzą na żony, ale żadna nigdy tego nie zrobiła. Czasem mi się nawet wydawało, że patrzą na mnie z podziwem, więc sama nie wiem, co Henryk im o mnie mówił, ale na pewno nie powiedział nic złego. On mnie kochał, a ja nigdy nie byłam zazdrosna, bo wiedziałam, że nie mógłby ode mnie odejść.

Pani GrefFer była najładniejszą ze wszystkich kochanek Henryka. Nawet dzisiaj widać w niej to piękno, chociaż ma już siedemdziesiąt lat i jest taka zaniedbana. Czasem zapatrzy się w lustro, o tam, bo ona zawsze siada przy stoliku koło lustra, przy którym siedziała kiedyś sama Edith Piaf, naprawdę, więc gdy się zapatrzy w lustro, to ja ukradkiem spoglądam na nią i przypominam sobie jej piękne blond włosy, zanim jeszcze zrzedły i zżółkły, a potem posiwiały. Przypominam sobie jej profil i dźwięczny głos, i przypominam sobie jej modne stroje, z których teraz zostały tylko łachmany.

Kiedy mój Henryk umarł, często siadałyśmy we dwie, tutaj, w kawiarni, i wspominałyśmy, ale nie płakały. Ja od wojny nigdy nie płakałam, odkąd wyszłam z obozu, a pani GrefFer wtedy też nie płakała, chociaż pewnie jej się to czasem zdarzało z innych powodów. Rozmawiałyśmy o moim Henryku, o tym, jaki był męski i jakie miał piękne ciało, i zamiast płakać, to śmiałyśmy się, chichotałyśmy jak dwie staruchy-świntuchy, bo wszystkie wspomnienia o nim były jasne i dobre, i nawet umarł tak pięknie jak prawdziwy mężczyzna, i pozostał wspaniały do ostatniej chwili. Taki właśnie był mój Henryk, że nawet po śmierci umiał dawać kobietom radość, nawet po śmierci umiał się podobać. Czasem robiło nam się żal, że żadna z nas już nigdy go nie przytuli, nie poczuje zapachu jego owłosionego nagiego torsu, i robiło się nagle smutno, ale tylko na chwilę, bo przecież to dobrze, że Pan Bóg nie pozwolił mu się zestarzeć i zgarbić, że pozostanie na zawsze dojrzałym mężczyzną, spełnionym i kochanym, który odszedł, zanim dopadła go starość, tak jak dopadła nas, i mnie, i Joannę, to znaczy panią GrefFer, a on przed tym uciekł i teraz pewnie śmieje się tam gdzieś, i czeka na nas, i żal mu, że z każdym dniem stajemy się brzydsze i głupsze, i bardziej niedołężne.

Pani GrefFer zapytała mnie kiedyś, jak jeszcze byłyśmy po imieniu, dlaczego nigdy nie miałam jej za złe, że spotykała się z moim Henrykiem. Pytała tylko o siebie, bo nic nie wiedziała o innych jego romansach. Nikt o nich nie wiedział, tylko ja, bo on potrafił to sprytnie ukrywać i tylko wobec mnie był zawsze taki nieostrożny, jakby chciał, żebym zauważyła.

Ale ja już przecież o tym mówiłam...

Jak mieszkałam jeszcze w Polsce, zaraz po wojnie, przychodziła do nas góralka, która sprzedawała mięso po domach, i ona miała takie powiedzonko: „Co to za chłop, co mu skarpetki nie śmierdzą", i ja opowiedziałam tę historię pani GrefFer, i powiedziałam: „Co to za chłop, co nie ma kochanek", i śmiałyśmy się wtedy obie, ale mnie nie do końca było do śmiechu, bo prawda wcale nie była taka prosta, i nie jest, i na początku było mi bardzo trudno, chociaż nigdy nie byłam zazdrosna, ale to już zupełnie inna historia i ja naprawdę nie wiem, czy powinnam ją panu opowiadać.

A pan tak siedzi przy pustej filiżance, może Ines przyniesie panu jeszcze jedną kawę?

Ja bardzo niedawno odwiedziłam Polskę, po więcej niż czterdziestu latach, uwierzy pan? No ale co mi zostało teraz, gdy jestem sama? Zatęskniłam za mamą, za tatą, za siostrą. Policzyłam oszczędności i okazało się, że wystarczy mi na podróż, a nawet dowiedziałam się, że stąd, z Paryża, codziennie jedzie kilka autobusów do Krakowa, więc jak tylko postanowiłam, to pięć dni później już byłam tam, na swojej ulicy, pod moim domem, który wygląda prawie tak jak wtedy, tak samo jest zniszczony, chociaż wiele domów naokoło pięknie odnowiono i zamieniono w hotele, a w Starej Synagodze jest teraz muzeum.

Wszystko się zmieniło...

Potem byłam w tym drugim domu, w którym mieszkaliśmy, jak zrobili getto, a potem w miejscu, gdzie był ten trzeci, ale już go zburzyli, a potem chciałam zobaczyć obóz. Postawili wielki pomnik i prawie nic więcej tam nie ma, ale to jest jedyne miejsce, gdzie mogłam porozmawiać z mamusią, z tatą, z Helenką - moją siostrą. Oni leżą tam gdzieś, a może gdzie indziej, ale tam właśnie umarli.

Nikt, kto przeżył obóz, kto spędził w nim wiele lat, tak jak ja, nikt taki nie jest całkiem normalny, zawsze będą do niego wracały wszystkie te nieznajome ciała leżące na kupach, i duchy tamtych ludzi, i ból, i strach. Do mnie ciągle wracają...

Na drugi dzień zwiedzałam Kraków, to bardzo piękne miasto, bardzo stare, chociaż małe, nie takie duże jak Paryż, i poszłam znowu na moją ulicę, do dzielnicy żydowskiej, bo chciałam usiąść sobie w jakiejś kawiarni i pomyśleć trochę, powspominać, ale okazało się, że tam jest mnóstwo ludzi, i stoi scena, i jest jakiś festiwal, wielki koncert, a na scenie śpiewali po hebrajsku i ja nic z tego nie rozumiałam.

Ta moja ulica nazywa się Szeroka, bo wygląda zupełnie jak rynek. Teraz naokoło są same hotele, restauracje i kawiarnie, i jest też jeden, samotny wśród tych wszystkich uciech, komisariat policji. Jak tam przyszłam, to było pełno ludzi, z różnych krajów, Żydów, Niemców, nawet Francuzów, ale najwięcej Polaków, i ten tłum samych prawie słowiańskich ciał, brzuchów, piersi, ud, falował, zachwycony muzyką. Od razu poczułam się dobrze i zrobiło mi się ciepło w środku, i poczułam się tak, jakbym znów była młoda i mogła z nimi tańczyć. Jeden człowiek, wysoki i gruby, stał na środku i walił rękami w taki wielki afrykański bęben. Jacyś ludzie zebrali się wokół niego, wszyscy byli młodzi i wszyscy byli na bosaka, a dwie dziewczyny tańczyły w środku, ramiona miały uniesione do góry i wyginały się, i obie miały długie włosy, jedna jasne, a druga czarne, lśniące, zupełnie takie same, jak ja miałam, kiedy byłam młoda, trochę potargane, zawsze nie do końca uczesane i pachnące. Tańczyły w środku tego kółka, klaskały, śmiały się, a ich nagie stopy były już całe zakurzone, szare jak bruk. Tej czarnej uniosła się koszulka i widać było pępek z kolczykiem, ten kolczyk lśnił i rysował w powietrzu esy-floresy, kółka i ósemki, i różne inne wzory. Ja myślę, że to bardzo fajna moda, takie kolczyki w pępku, myślę, że mężczyznom to się musi bardzo podobać.

Już ja tam wiem, co się podobało mojemu Henrykowi.

Stałam i patrzyłam na nie, i pewnie się uśmiechałam, a ta czarna spojrzała na mnie i krzyknęła coś wesoło, chyba po polsku, ale ja nic nie zrozumiałam w tym hałasie, więc tylko pomachałam do niej, i patrzyłam dalej na ludzi, jak się bawią, młodzi i starzy. Niektórzy na pewno pamiętali wojnę i widzieli to wszystko, co widziały mury tej dzielnicy i co ja widziałam. Wydawało mi się, że ten koncert, muzyka i radość, akurat w tym miejscu, wymazują wszystkie potworności, które minęły już ponad pół wieku temu. Wielu z tych młodych ludzi musiało zostawić w tym kraju spalone ciała swoich dziadków. Starsi zostawili tu rodziców, siostry, braci, szkolnych kolegów... Przecież mało kto ocalał, prawie wszyscy zostali.

Byłam zmęczona po całym dniu, a tam zupełnie nie było gdzie usiąść, więc przycupnęłam na krawężniku i oparłam się o latarnię. Byłam zmęczona, ale czułam się młodo. Tam wszyscy byli weseli i siedzieli na ziemi, i ja też nie wstydziłam się tak usiąść, chociaż zupełnie nie wypada starszej pani siadać na krawężniku, a ja zawsze staram się być na miejscu i bardzo nie lubię ludzi, którzy nie umieją się zachować. Ale jak jest zabawa, to zabawa, i jak wszyscy się śmieją, to trzeba się śmiać, i dobra zabawa jest tylko wtedy, gdy się troszkę przesadzi, ale tylko troszkę. To cała sztuka tak się bawić, żeby przesadzić tylko troszkę. Raz przesadziłam za bardzo, pamiętam, poszliśmy do kabaretu i tańczyłyśmy z panią Greffer, z Joanną, na stole, i byłam już taka pijana, i ona też, i wszyscy stali naokoło i klaskali, i Henryk też się cieszył, że wszystkim się podobamy, bo przecież jedna z nas była jego żoną, a druga kochanką, więc on się cieszył i był naprawdę dumny. Do tego lokalu przychodzili malarze, artyści i wszyscy tacy dziwni ludzie, którzy niczego nie umieją dobrze w życiu zrobić, tylko malują piękne obrazy albo piszą piękne książki, a potem bardzo pięknie przepijają wszystko, co zarobią. No i my tańczyłyśmy na stole, i była świetna zabawa, ale potem skończyło się niedobrze, bo byłam już za bardzo pijana...

Aleja przecież nie o tym chciałam mówić...

Jak usiadłam na tym krawężniku, to akurat zmienił się zespół na scenie i muzyka zrobiła się rzewna i bardziej melodyjna. Tłum ucichł i uspokoił się trochę, a kilkanaście starszych osób o takiej semickiej urodzie, pewnie jakaś wycieczka z Izraela, tańczyło powoli w kręgu. Zrobili swoje kółeczko, spleceni ramionami, z głowami pochylonymi do środka, stąpali w zwolnionym tempie. Inni siadali tak jak ja, prosto na bruku, na swetrach albo na gazetach, niektórzy zapalali papierosy i rozmawiali półgłosem. Było już zupełnie ciemno, tylko reflektory rozpraszały mrok, ale gdy oświetlały scenę, to tłum cały ginął w czerni. Śpiewak zawodził płaczliwie i łkał na końcu każdej zwrotki, i mruczał melodyjny refren, ale ja nie wiedziałam, o czym śpiewał, i myślę, że większość ludzi nie wiedziała, bo przecież nie było tam wielu osób, które mówiły po hebrajsku. Ja nie mówię po hebrajsku, bo u nas w domu mówiło się po polsku, i tylko trochę znałam jidysz...

Ciągle się powtarzam...

W każdym razie nie rozumiałam nic z tego, co on śpiewał. Kto go tam wie. Może śpiewał o tęsknocie za krajem, może o dziewczynie, która go porzuciła, a może o swoich bliskich, których stracił w piecu, w obozie. Może to była jakaś wielka narodowa poezja, a może banialuki, takie tam, wierszoklectwo dla piosenkarzy, a może była w tym zaklęta wojna, a może tylko jakieś lamenty zakochanego chłopca.

Te wszystkie słowa, których prawie nikt tam nie rozumiał, odbijały się od bruku i kamienic wokoło i wcale nie były takie ważne. Ważna była muzyka, bo muzykę rozumieją wszyscy. Bóg w złości pomieszał kiedyś ludziom języki, jak chcieli zbudować wieżę do samego nieba, ale muzykę wszyscy rozumieją tak samo, no, może prawie wszyscy. Ja tam nie wiem, jak Murzyni w Afryce mogą grać rzewne piosenki, skoro mają tylko bębny. Przecież na bębnie nie da się rzewnie bębnić. Ta głupia Adela, ta, która przynosi bagietki, to ma chłopaka perkusistę, i on jest taki romantyczny, że coraz to ją bije. Ona jest z nim już chyba dwa lata i naprawdę nie wiem, czy lubi być poniewierana, czy tak bardzo go kocha. Ja bym nie była z takim chłopakiem nawet tygodnia. Jakby mnie uderzył, to już nigdy nie potrafiłabym się do niego nawet odezwać, bo mnie tak strasznie bili, a potem, kiedy byłam już zbita, to znowu mnie bili, a potem robili ze mną takie rzeczy, że nigdy nikomu o nich nie opowiem, nawet w sądzie, jakby ich sądzili, to ja bym nie powiedziała, już raczej bym wolała, żeby się wykpili, zresztą oni i tak pewnie wszyscy nie żyją, niektórych zabili, a inni sami umarli, bo to było przecież tak dawno. Ja byłam prawie dzieckiem, a oni byli już żołnierzami, mieli czarne mundury i byli tacy przystojni, a w środku tak bardzo źli. Nie da się nic powiedzieć o człowieku tylko po tym, jak wygląda, bo może być pięknym mężczyzną i mieć jasne oczy, a może robić takie straszne rzeczy. Niektórzy wyglądali jak diabły, ale niektórzy jak zwykli, zwyczajni młodzi chłopcy, którzy tutaj przychodzą co dzień, jak taki Bouvier albo ten młody policjant, co mieszka nad pralnią. Może Bouvier też by umiał zrobić kobiecie takie rzeczy, jak mnie robili, albo wrzucać żywe dzieci do pieca, aleja tego nie widziałam, tylko inni opowiadali. Może młody Bouvier, jakby była wojna i jakby mu dali piękny mundur i powiedzieli, że Żydzi są źli albo że Niemcy są źli, to może on też by ich ustawiał w szeregu, nago na placu, i strzelał do nich albo bił ich na śmierć, ja nie wiem. Mnie wybrali z szeregu pierwszego dnia, jak wypędzili nas na plac i staliśmy tacy nadzy, bo widocznie się im spodobałam, a potem przyjeżdżały nowe, ale mnie nie zabili, chociaż byłam już zbita i sina, i wychudzona. Nie wiem, dlaczego mnie nie zabili. Naprawdę nie wiem...

Ja o tym nigdy nie opowiem, nawet panu, chociaż panu tak dobrze z oczu patrzy, zresztą kogo to wszystko obchodzi, ludzie już tego nie chcą słuchać, bo po co, jeśli życie jest takie piękne. Wolą miłe opowieści. Kiedy ktoś opowiada o obozie, to mówią, że już dość się nasłuchali, aleja nigdy nie mogę mieć dość, każda rzecz mi przypomina, nagle jakaś twarz z ulicy coś przywoła, czasem jakieś nieostrożne słowo, jakieś nazwisko, a jak jestem u fryzjera, to zawsze siedzę taka sztywna i chce mi się płakać, bo pierwszego dnia od razu obcięli mi te moje piękne włosy i dopiero po wojnie na nowo je zapuściłam. Wtedy myślałam, że to najgorsza rzecz na świecie, że nic gorszego mnie już spotkać nie może, i płakałam całą noc, ale następnego dnia był piękny ranek, słońce świeciło i ustawili nas znowu na placu, bo codziennie ciągle nas tylko ustawiali, i jeden esesman zatłukł na śmierć panią, co przed wojną mieszkała pod nami, na parterze, i była taka pobożna i spokojna, nigdy nikomu nic złego nie zrobiła i chociaż była biedna, to kuchnię przedzieliła na pół, żeby w jednej robić jedzenie z mleka, a w drugiej z mięsa. Nasza mama to w ogóle sobie takimi rzeczami głowy nie zawracała, a ta pani była taka pracowita i pobożna, wychodziła z domu tylko po zakupy i do mykwy...

A pan w ogóle wie, co to jest mykwa?

On ją zatłukł, bo ciągle kichała i kaszlała - poprzedniego dnia staliśmy tam nago, chyba cztery godziny, i ona się po prostu przeziębiła, on gadał i gadał, a ona kichała i stała w pierwszym rzędzie, prawie naprzeciwko niego, i wcale nie chciała mu przeszkadzać, ale niektórzy ludzie zaczęli się śmiać i on w końcu wziął od innego żołnierza karabin i zatłukł ją. Nie wiem, dlaczego jej nie zastrzelił, może chciał mieć przyjemność z tego zabijania przy wszystkich. Aż się zasapał, a jej głowa rozpękła się na pół. A potem on mówił dalej, a ta pani, ona nazywała się chyba Majer, Rywka Majer albo jakoś tak, ja mam już bardzo złą pamięć, ale niektórych nazwisk, niektórych ludzi to nigdy nie zapomnę, więc ona leżała i drgała tak dziwnie, chociaż już nie żyła, bo jej mózg leżał na piasku, i wtedy zrozumiałam, że moje włosy nie były wcale najważniejsze, i wszyscy nagle poczuli, że tym śmiechem sprowadzili na nią śmierć, ale przecież nie wiedzieli, bo byli tam dopiero drugi dzień i jeszcze nie zdążyli się tego wszystkiego nauczyć. Chociaż ja tam byłam później tyle lat i dalej nie rozumiem. Ona pewnie i tak by potem zginęła, tak jak zginęli prawie wszyscy, prawie wszyscy, tylko ja miałam szczęście...

Zimno się zrobiło, chyba...

Siedzimy tak długo, cała zdrętwiałam.

Ja nie mogę pić kawy, jestem już taka stara, to w ogóle cud, że tak długo żyję po tym wszystkim, co przeszłam, ale odkąd nie mogę pić kawy, to piję już tylko gorącą wodę z miodem, miód jest bardzo zdrowy. Pan lubi miód?

Jak siedziałam wtedy na tym krawężniku, to zrobiło się tak rzewnie i leniwie, i nagle wszyscy się uspokoili i rozmarzyli. Wszyscy się zasłuchali, wszyscy rozumieli ten język nut. Ten chłopak już przestał bębnić, tylko stał i pił piwo z puszki, i tak się kołysał, a ja gdzieś odpłynęłam, i rozmarzyłam się przez chwilę, że obok mnie siedzi Henryk i że nie przeżyję zupełnie sama tego ostatka życia, który mi pozostał, ale potem nagle to znikło i przypomniało mi się, jak ludzie śpiewali w obozie, tak cicho śpiewali, mniej śpiewali, a bardziej mruczeli, bo w każdej chwili mogli pojawić się esesmani i bić.

I wszystko przyszło z tą płaczliwą pieśnią, wszystko przyszło...