Wydawca: H.O.P.E. Assn. Kategoria: Specjalistyczne Język: polski Rok wydania: 1

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 663

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Mistrz i Zielonooka Nadzieja - Johanna Kern

Papierowe wydanie na stronie oficjalnej autorki http://johannakern.pl/produkt/mistrz_i_zielonooka_nadzieja/

Johanna Kern, kanadyjska reżyserka i producentka filmowa urodzona i wychowana w Polsce, oraz kilkakrotnie nagradzana pisarka, opowiada o niezwykłych przeżyciach z Mistrzem poznanym podczas spontanicznych transów, których niespodziewanie zaczęła doświadczać wiele lat temu. Książka ta wypełniona jest zabawnymi "scenami" ze starożytnej świątyni oraz historiami z osobistego i zawodowego życia uznanego filmowca. Dostarczając znakomitej rozrywki, przedstawia jednocześnie unikalne podejście Mistrza i autorki do nauk psychologii, samorozwoju, fizyki kwantowej, filozofii i religii. A wszystko to w formie wciągającej i fascynującej opowieści.

Książka "Mistrz i Zielonooka Nadzieja" nie promuje żadnej religii ani wierzenń. Można się nią zachwycić i wykorzystać zawartą w niej wiedzę bez względu na swoje przekonania religijne, wiek, płeć, rodzaj wykonywanego zawodu czy stylu życia.

Iwona Majewska-Opiełka - psycholog, specjalista w zakresie kierowania ludźmi, mentor, coach i doradca dla najwyższej kadry kierowniczej; autorka wielu książek oraz Logodydaktyki - drogi rozwoju - polecając tę książkę tak opowiada o swoim pierwszym spotkaniu z Johanną Kern w Toronto - gdy Johanna Kern zgłosiła się na konsultację, nie wiedząc jak wytłumaczyć to, co ją spotyka: 

"Kiedy Johanna Kern na sesji terapeutycznej opowiedziała mi o swoich doznaniach, nie od razu w nie uwierzyłam. Była połowa lat 90-tych ubiegłego wieku. Nikt wtedy nie mówił głośno o alternatywnych światach. Przyglądałam się jej zatem, szukając mistyfikacji lub zaburzeń świadomości czy percepcji. Nie znajdowałam. A kiedy przeczytałam jej spójne, mądre a jednocześnie proste i intuicyjnie prawdziwe zapiski, pomyślałam sobie, że taka młoda osoba bez dyplomu z fizyki czy filozofii nie mogła tego stworzyć. Podobnie czułam czytając 'Kurs Cudów'. Uznałam, że wiedza ta musi pochodzić z innego źródła. Z wyższego, bardziej rozumnego. Książka ta jest piękną historią ujęta w lekką formę. Niech nas nie zwiedzie ta forma, docierajmy do sedna nauk w niej zawartych. Jest w nich mądrość i nadzieja."

Również inni eksperci, naukowcy oraz psychologowie światowej renomy wypowiadali się na temat przeżyć i książki Johanny:

“Przypomina mi ‘Księgi Urantii’, ‘Kurs Cudów oraz prace Carlosa Castanedy. Znakomicie napisana, dalece przewyższa swą jakością inne prace opublikowane w tym gatunku”.

-- Brian Van der Horst, pisarz, dziennikarz, terapeuta i konsultant; główny moderator w Europie ‘Integral Instytute’ Kena Wilbera --

“Myślę, że książka ta znajdzie sobie bardzo szeroką rzeszę czytelników, jak książka Carlosa Castanedy, autora światowego bestselleru. Pełna bogatych metafor, symboliki oraz intrygujących postaci z różnych światów, książka Johanny Kern jest artystycznym wyrazem, naukową podróżą, jak i prawdziwą historią życia.”

-- Prof. dr. hab. Jerry Solfvin, profesor Centrum Studiów Indyjskich, przy Uniwersytecie Massachusetts Dartmouth (USA); badacz w Psychical Research Foundation (Fundacji Badań Metapsychicznych ) przy Uniwersytecie badań naukowych w Duke, USA --

 "Sam materiał książki przypomina prace Carlosa Castanedy, z tym że Johanna Kern odbywa swoją transcendentalną podróż wewnętrznie, co wyklucza jakąkolwiek potrzebę rozstrzygania dylematu czy jej nauczyciel jest postacią istniejącą fizycznie, czy nie. W jej przypadku, Mistrz może być podmiotem istniejącym w świecie ‘wyobrażeniowym’, jako to co Carl Jung nazywa ‘archetypem’. Zatem oprócz wizyt u Johanny Kern -- inni ludzie mogliby być w stanie również się z nim skontaktować, dlatego że reprezentuje on to, co Jung nazywa ‘zbiorową świadomością’. Johanna Kern jest świetną pisarką i opowiada swoją historię w ujmujący, lekki i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika sposób. Jak już powiedziałem porównując tę książkę do publikacji Castanedy – nie jest istotnym, aby dociekać od kogo naprawdę pochodzi zawarta w niej wiedza, tylko zwrócić uwagę na to, w jaki sposób ona działa, i jak może przyczynić się do dobra i szczęścia ludzkiego. Czuję, że ‘Mistrz i Zielonooka Nadzieja’, z powodu znakomitej, trafiającej do każdego formy przekazu i swojej głębokiej mądrości, może mieć poważny wkład w rozwój i ogólne dobro każdego z nas.”

-- Prof. dr. hab. Stanley Krippner, autor wielu książek i artykułów; profesor psychologii na Uniwersytecie Saybrook, USA, były prezes Stowarzyszenia Psychologii Humanistycznej, Parapsychologicznej oraz Towarzystwa Badań Snów; Członek Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, Naukowego Towarzystwa do Badań nad Seksem, Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologów, Amerykańskiego Towarzystwa Hipnozy Klinicznej oraz Naukowego Towarzystwa do Badań nad Religią;  były dyrektor Laboratorium Snu w Maimonides Centrum Medycznym w Nowym Jorku oraz Centrum Badania Dziecka przy Uniwersytecie Kent, USA.

Niektóre opinie czytelników:

Książka Johanny Kern to jeszcze jeden dowód na to że czasami, po otwarciu okładki, można odkryć tajemnicę niespotykanego umysłu i jego dzieła.Tak piszą ludzie niezwykli i wyjątkowi. Jednym z cudów naszej codzienności jest możliwość spotkania tak fascynujących osób. Poznałem Johannę jako właśnie taką, a teraz jej książka w pełni to potwierdza. Z szacunkiem i radością polecam.”

-- Romuald Lipko, muzyk (“Budka Suflera”), kompozytor ponad 200-tu przebojów wielu z najsłynniejszych artystów polskiej piosenki --

“Ja już raz przeczytałam... Dla mnie rewelacja. Muszę się z nią przespać i trochę przetrawić i przeczytam po raz drugi na spokojnie, powoli... Z taką lekturą mogę wyjechać na bezludną wyspę i czytać ją, czytać wiele razy... To jest książka, którą chce się mieć stale "pod ręką" i wracać do niej i po raz kolejny czytać z ołówkiem w ręku. Tyle w niej madrosci... czyżbym ileś mojego życia czekała na coś takiego?”

-- Małgorzata Bednarek, Piekary Śląskie 

“Właśnie przeczytałam!  Zatonęłam w niej, pochłonęła mnie bez reszty.. Zawarte w niej wyjaśnienia naukowo-filozoficzne, nasza droga do zmian, jej etapy, usłane niejednokrotnie cierpieniem, rozstaniami i łzami, uświadamiają, że życie mimo wszystko jeśli zechcemy i dokonamy takiego wyboru, może być oparte na Czystej Miłości i szczęściu. Wszystkie wibracje zależą od nas.”

--  Małgorzata Tyczyńska, Bydgoszcz

 “Zbliżam się już do końca książki i... aż mi żal... Książka niesamowicie porusza zarówno umysł jaki i serce.  Tak bardzo ta książka mnie przenika i z każdym dniem jest mi bliższa  Jak cudowny mądry PRZYJACIEL. Już teraz wiem, że wrócę do niej chyba od razu, chociaż nigdy nie lubiłam tak czytać książek... Wiem, że to będzie moja swego rodzaju "Biblia" Chyba zamówię sobie jeszcze jedną, bo ten egzemplarz pewnie zaczytam na śmierć ...”

 -- Iwona Bukowska, Piła

“Zaczęłam czytac i to co czytam robi tak głębokie wrażenie na mnie i tak to ogromnie przeżywam, że czytając płaczę...”

-- Agnieszka Ruzik, Sundsvall

“Z niecierpliwością czekałam na polskie tłumaczenie książki Johanny Kern 'Mistrz i Zielonooka Nadzieja'. To książka, która zdecydowanie daje nam NADZIEJĘ i jest w pewnym sensie drogowskazem. Czy nasze życie ogranicza się tylko do "tu i teraz"? Czy razem ze śmiercią naszego ciała ktoś wyłączy światło? Czemu służy ta nasza ludzka egzystencja? Już jako mała dziewczynka zadawałam sobie te pytania. Poszukiwałam odpowiedzi poznając różne religie. Jednak nie znalazłam w nich satysfakcjonujących odpowiedzi. Czemu akurat ta czy inna religia uzurpuje sobie prawo do "bycia tą jedyną słuszną"? Zawsze gdzieś pod skórą czułam, że jest wiele dróg do Boga lub Światłości. W trakcie czytania książki Johanny Kern czułam, że jakoś znam te nauki, że one są gdzieś już we mnie. Głęboko ukryte, nieuporządkowane. Prawa opisane w tej lekturze... przecież gdzieś głęboko w swym sercu, duszy je mam i często moje wybory, decyzje są podejmowane jakby intuicyjnie zgodnie z tymi prawami. Myślę, że my z tą wiedzą przychodzimy na świat, ale jest ona jakby zawoalowana. W pogoni za dobrami materialnymi zapominamy o niej. Zatracamy się w iluzji. Tak też gorąco polecam lekturę "Mistrza i Zielonookiej Nadziei". Jest to książka, której nie da się przeczytać i odłożyć na półkę. Do jej lektury wraca się często. Zmusza nas do myślenia, do dalszych poszukiwań i kolejnych odkryć. Za każdym razem czytając odkrywamy ją na nowo.”

-- Beata Dziubińska-Gad, Włochy koło Nowej Słupi

“Ja również mam już tą wspaniałą książkę. Polecam gorąco wszystkim to wspaniałe dzieło. Ja już od czytania pierwszych kartek byłam coraz to bardziej zauroczona, chciałam coraz więcej i więcej. Książkę czyta się jednym tchem. Najcudowniejsze jest to, że bardzo chciałam z tej książki czerpać nauki dla siebie, efekt jest doskonały. Często zaglądam do tej książki i wiem, że ta właśnie książka będzie ze mną już na zawsze.”

-- Sylwia Sewerniak, Gliwice

Ja - moja największa tajemnica, przyczyna działań, sukcesów, emocji, smutku i szczęścia. Ja - wibrująca cząstka, która dzięki tej książce nabiera rozpędu i wkracza na nieodkryte lądy, która uczy się świata, siebie i odkrywa nieodkryte. Bardzo dziękuję za tą niezwykłą książkę, że mogę ją odkrywać i czerpać z niej siłę i inspirację.”

-- Agnieszka Kalinowska, Lublin

“W życiu nie czytałam 'takiej' książki! Gorąco polecam!”

-- Anka Borczykowska, dziennikarz, Wągrowiec

Gdyby ktoś zapytał mnie jaka jest najlepsza książka na całym świecie, nie zawahałabym się ani chwili: "Mistrz i Zielonooka Nadzieja”.

 -- Anna Młodawska, blogerka, wykładowca UW, tłumacz przysięgły, Warszawa.

 Papierowe wydanie na stronie oficjalnej autorki http://johannakern.pl/produkt/mistrz_i_zielonooka_nadzieja/

 

Opinie o ebooku Mistrz i Zielonooka Nadzieja - Johanna Kern

Fragment ebooka Mistrz i Zielonooka Nadzieja - Johanna Kern

MISTRZ IZIELONOOKA

NADZIEJA

JOHANNA KERN

Publikacja: HUMANS OF PLANET EARTH ASSN.

Redaktor angielskiego wydania: Brian Van der Horst

Pomoc przy redagowaniu polskiego wydania:

Ewa Tarasiuk

Okładka i ilustracje: Johanna Kern

Copyright © 2013 Johanna Kern

WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

ISBN:1484073061

ISBN-13:978-1484073063

Dedykacja

Mojej rodzinie, przyjaciołom i Tobie,

SPISTREŚCI

Co Mówią Eksperci

    1

Podziękowania

    5

Wprowadzenie - od Autorki

    9

1

Mistrz, Uczeń, Sanktuarium i Moce

   13

2

Kapłanka Mocy i Nadziei

   57

3

Zamknięcie Oczu Percepcji

   77

4

Za Drzwiami Obfitości

 109

5

Obywatele Poza Czasoprzestrzenią i Ciałem

 129

6

Prawa Wrogów i Przyjaciół

 153

7

Granice Umysłu

 191

8

Matryce Zbójców i Uzdrowicieli

 231

9

W Odległych Zakamarkach Wieczności

 257

10

Cienie Na Ścieżce Ego

 297

11

Poszukiwanie Groty Czystej Miłości

 333

12

Łąka Pełna Wzorów i Wyborów

 359

13

Loty Percepcji

 379

14

Stopnie Do Wyzwolenia

 401

15

Zasłony Śmierci, Zasłony Miłości

 417

16

Papierowe Latarenki Dla Nieskończonej Mocy

 437

17

Skarby W Dłoni Przeznaczenia

 461

18

Eksploracja Krainy Cieni

 481

19

Cykliczne Koło Tworzenia

 509

O Autorce, Johannie Kern

 539

Publikacje Johanny Kern

 543

Jak skontaktować się z Autorką

Album Zdjęciowy

 545

 547

COMÓWIĄEKSPERCI

„Johanna Kern jest znakomitą profesjonalistką, filmowcem o wielkim talencie, która ku swemu ogromnemu zaskoczeniu doznała naprawdę niezwykłych transcendentalnych, wręcz nadprzyrodzonych przeżyć. Czasami takie osoby, będąc pod natchnieniem, spisują tomy ksiąg zawierających duchowe, ewolucyjne objawienia oraz instrukcje, jak na przykład ‘Księgi Urantii’ lub ‘Kurs Cudów’. Czasami przeżywają szereg transów, by stać się tunelem przepływających przez nich starożytnych mądrości lub być świadkami paranormalnych zjawisk. Historia Johanny jest szczególnie niezwykła, ponieważ rejestruje i pokazuje rozwój jednostki na przestrzeni czasu, będąc swego rodzaju odpowiedzią na odwieczne pytanie ‘o co tutaj chodzi i co warte jest życie?’ Ponadto, książka ta jest znakomicie napisana, stając się fascynującym dokumentem, który przewyższa swą jakością inne prace opublikowane w tym gatunku. Obfity zasób informacji i wskazówek w niej zawartych zdecydowanie może pomóc każdemu, kto jest zainteresowany własnym rozwojem, gdyż duchowi przewodnicy Autorki mogą stać się dla niego bardzo cenni.”

-- Brian Van der Horst, pisarz, dziennikarz, terapeuta i konsultant; główny moderator w Europie ‘Integral Institute’ Kena Wilbera; były dyrektor Centrum Neuro-Linguistycznego Studiów Zaawansowanych w San Francisco; wykładowca na Uniwersytecie Johna F. Kennedy'ego w Orinda, w Kalifornii, Uniwersytetu Kalifornijskiego w Sonomie, Paryskiego Uniwersytetu XIV i XIII oraz Uniwersytetu Apple; były redaktor akwizycyjny dla wydawnictw książkowych „J.P. Tarcher Books” i „Houghton-Mifflin”; były redaktor takich pism jak „New Reality” (Nowe Realia), „Practical Psychology” (Psychologia Praktyczna), „Playboy”, „The Village Voice” (Głos Sielski); autor książek i ponad 1000-ca artykułów w gazetach i czasopismach. Obecnie pisze dla „Intelligence” (Inteligencji), biuletynu poświęconemu tematowi neuronów i rozumowania, oraz dla „Integral Leadership Review” (Przeglądu Integralnego Przywództwa). Brian Van der Horst został uhonorowany za swoją działalność zawodową w księdze „Kto Jest Kim na Świecie” od 1994 roku, oraz w księdze „Kto jest Kim w Ameryce” od roku 2007.

***

„Kiedy Johanna Kern na sesji terapeutycznej opowiedziała mi o swoich doznaniach, nie od razu w nie uwierzyłam. Była połowa lat 90-tych ubiegłego wieku. Nikt wtedy nie mówił głośno o alternatywnych światach. Przyglądałam się jej zatem, szukając mistyfikacji lub zaburzeń świadomości czy percepcji. Nie znajdowałam. A kiedy  przeczytałam jej spójne, mądre a jednocześnie proste i intuicyjnie prawdziwe zapiski, pomyślałam sobie, że taka młoda osoba bez dyplomu z fizyki czy filozofii nie mogła tego stworzyć. Podobnie czułam, czytając ‘Kurs Cudów’. Uznałam, że wiedza ta musi pochodzić z innego źródła. Z wyższego, bardziej rozumnego. 

Książka ta jest piękną historią i teorią ujętą w lekką formę. Niech nas nie zwiedzie ta forma, docierajmy do sedna nauk w niej zawartych. Jest w nich mądrość i nadzieja. Jest też miłość, z której niemal wyłącznie składa się Autorka. Poznając ją, trzeba ją po prostu kochać. 

Jestem przekonana, że lektura książki ‘Mistrz i Zielonooka Nadzieja’ okaże się fascynująca i transformująca życie każdego Czytelnika.”   

-- Iwona Majewska-Opiełka, psycholog,specjalista w zakresie kierowania ludźmi, mentor, coach i doradca dla najwyższej kadry kierowniczej; od 1990 rokudoradca rozwoju osobowości i trener liderów w USA i Kanadzie, a od 1994 roku także w Polsce; była współzałożycielką Akademii Sukcesu w Chicago, a przylatując z Ameryki jako pierwsza w Polsce prowadziła zajęcia wspierające skuteczne działanie jednostek i firm; w 2000 roku założyła w Polsce Akademię Skutecznego Działania;autorka wielu książek oraz Logodydaktyki - drogi rozwoju.

***

„Bardzo dziękuję za udostępnienie mi nowej książki Johanny Kern, ‘Mistrz i Zielonooka Nadzieja’. Zamierzałem przerzucić jedynie kilka stron, aby zorientować się w temacie – a tu nagle zostałem wciągnięty w niezwykle pasjonującą lekturę, którą czyta się z zapartym tchem. Jako naukowiec, który poświęcił wiele lat na poważne badania zjawisk paranormalnych, w swej pracy spotkałem się, pośrednio lub bezpośrednio, ze wszystkimi możliwymi rodzajami zjawisk oraz niezwykłych ludzkich zdolności. Mogę Was zapewnić, że specjalne zdolności Johanny Kern są zupełnie wyjątkowe. Gdzieś pomiędzy nocnymi zwidami, snami i transami medialnymi leży bogaty obszar niewykorzystanego potencjału ludzkiego. Historia Johanny Kern wydaje się wkraczać w granice takiego obszaru, co sprawia, że jej wyjątkowa książka potrafi przenieść czytelnika w niezwykłe rejony, jednocześnie nie pozostawiając wątpliwości co do realności opisanych pięknym językiem przeżyć. Jak Carlos Castaneda, autor światowego bestselleru ‘The Teachings of Don Juan’, Johanna jest swego rodzaju transcendentalnym antropologiem, odkrywającym inne światy i powracającym stamtąd ze szczegółowym sprawozdaniem, które sprawia, że my, pozostali, czujemy się tak, jakbyśmy sami tam byli. Myślę, że książka ta znajdzie sobie bardzo szeroką rzeszę czytelników, jako że opisuje historię Autorki w sposób nie tylko bardzo realny i inteligentny, ale jest również pełna bogatych metafor, symboliki oraz intrygujących postaci z różnych światów. Książka ta jest artystycznym wyrazem, naukową podróżą, jak i prawdziwą historią życia. Wielkie brawa dla Autorki-Hermenethre!”

-- Prof. dr. hab. Jerry Solfvin, profesor Centrum Studiów Indyjskich, przy Uniwersytecie Massachusetts Dartmouth (USA); były starszy asystent badań w Psychical Research Foundation (Fundacji Badań Metapsychicznych ) przy Uniwersytecie badań naukowych w Duke, USA  - współpracując z Williamem Rollem, przeprowadzał badania nad poltergeist, medytacją, PSI (Postrzeganiem Pozazmysłowym i Telekinezą) oraz wraz z Edem Kellym nad psychofizjologią; zrobił pracę doktorancką z PSI, uzdrawiania i placebo - pod kierunkiem Martina Johnsona i Sybo Schoutena w Utrechcie w Holandii; były dyrektor podyplomowych studiów parapsychologii na Uniwersytecie im. Johna. F. Kennedy’ego w Kalifornii; Dr. Solfvin kontynuuje badania naukowe na temat PSI oraz efektów placebo.

***

„Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem bardzo intrygujący rękopis Johanny Kern. Z psychologicznego punktu widzenia, jej ‘spontaniczne transy’ odzwierciedlają fakt, że cykl REM  (faza snu w której występują szybkie ruchy gałek ocznych) występuje także w ciągu dnia, chociaż większość ludzi go nie zauważa. Johanna Kern może być szczególnie na niego podatna, a jej ‘spontaniczne transy’ mogą występować w czasie, w którym normalnie miałaby dynamiczne sny, gdyby wtedy spała. Prof. dr. hab. Ernest Rossi, który przeprowadził rozległe badania nad tymi cyklami, zawsze planuje sesje hipnozy klinicznej na godziny, które są odpowiednikami fazy snu REM w ciągu dnia.

Sam materiał książki przypomina prace Carlosa Castanedy, z tym że Johanna Kern odbywa swoją transcendentalną podróż wewnętrznie, co wyklucza jakąkolwiek potrzebę rozstrzygania dylematu czy jej nauczyciel jest postacią istniejącą fizycznie czy nie. W jej przypadku, Mistrz może być podmiotem istniejącym w świecie ‘wyobrażeniowym’, jako to, co Carl Jung nazywa ‘archetypem’. Zatem oprócz wizyt u Johanny Kern - inni ludzie mogliby być w stanie również się z nim skontaktować, dlatego że reprezentuje on to, co Jung nazywa ‘zbiorową świadomością’.

Johanna Kern jest świetną pisarką i opowiada swoją historię w ujmujący, lekki i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika sposób. Jak już powiedziałem – porównując tę książkę do publikacji Castanedy – nie jest istotnym, aby dociekać od kogo naprawdę pochodzi zawarta w niej wiedza, tylko zwrócić uwagę na to, w jaki sposób ona działa i jak może przyczynić się do dobra i szczęścia ludzkiego. Czuję, że ‘Mistrz i Zielonooka Nadzieja’ z powodu znakomitej, trafiającej do każdego formy przekazu i swojej głębokiej mądrości, może mieć poważny wkład w rozwój i ogólne dobro każdego z nas.”

-- Prof. dr. hab. Stanley Krippner, autor wielu książek i artykułów; profesor psychologii na Uniwersytecie Saybrook, USA, były prezes Stowarzyszenia Psychologii Humanistycznej, Parapsychologicznej oraz Towarzystwa Badań Snów; założyciel Międzynarodowego Towarzystwa Badań Nad Dysocjacją; Członek Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, Naukowego Towarzystwa do Badań nad Seksem, Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologów, Amerykańskiego Towarzystwa Hipnozy Klinicznej oraz Naukowego Towarzystwa do Badań nad Religią;  były dyrektor Laboratorium Snu w Maimonides Centrum Medycznym w Nowym Jorku oraz Centrum Badania Dziecka przy Uniwersytecie Kent, USA.

PODZIĘKOWANIA

Mojej rodzinie i przyjaciołom z całego serca dziękuję za to, że zawsze byliście przy mnie podczas moich niezwykłych i tak bardzo wymagających zrozumienia i cierpliwości przeżyć. 

Maciejowi, mojemu kochanemu synowi i jego żonie, Merrylene - dziękuje za ich miłość i wsparcie, które zawsze dodawały mi sił. Jestem z Was dumna i czuję się zaszczycona, że jestem Waszą mamą.

Moim drogim dziadkom - dziękuję za troskliwość, głęboką mądrość i za nauczenie mnie patrzenia na świat oczyma miłości. Nawet i po Waszej śmierci, Wasza miłość towarzyszy mi wszędzie, na każdym etapie życia.

Mojej ukochanej mamie - dziękuję za siłę, której mnie nauczyła, za jej wrażliwość, nieustającą dbałość o moje dobro, ogromne wsparcie wszelkiego możliwego rodzaju i za to, że zawsze kierowała mnie we właściwym kierunku. Mamo - choć tak daleko od Ciebie, zawsze sercem jestem przy Tobie. Dziękuję Ci za Ciebie, za moje życie i za Twoją w nim obecność, najdroższa mamo.

Ewie Tarasiuk, wspaniałej dziennikarce i mojej przyjaciółce, składam cały ogrom podziękowań za wytrwanie ze mną podczas kilku miesięcy trudów tłumaczenia tej książki na język polski, za jej ostre, wszystkowidzące„pióro” korekty, któremu nie uszła żadna najmniejsza nawet literka!  Ewo, bez Ciebie wersja polska tej książki nigdy nie powstałaby na takim wspaniałym poziomie. Dzięki Tobie czułam się nie tylko pewnie, pracując z tak znakomitą redaktorką, ale też odnalazłam w Tobie drogą przyjaciółkę, która, tak jak ja, włożyła w tę pracę całe swoje serce.

Moje najgłębsze podziękowania dla redaktora wersji angielskiej, Briana Van der Horst, za jego nieustający doping, zachętę, mądrość, ogromną wiedzę oraz gigantyczną pomoc, które zaowocowały książką zdobywającą nagrody na międzynarodowych, prestiżowych festiwalach książkowych.

Specjalne podziękowania dla prof. dr. hab. Stanleya Krippnera oraz prof. dr. hab. Jerry’ego Solfvina za ich nieoceniony wkład, ogrom wiedzy i wsparcie, a także za znalezienie czasu na  przeczytanie i ocenę nie tylko moich przeżyć, ale i mojej książki.

Romualdowi Lipko - z głębi serca dziękuje za wieloletnie wsparcie, za cierpliwość podczas różnych trudów i za olbrzymi wkład w moje życie. Romku - wiele lat temu, nie wiedząc nawet o moich„tajemnych przeżyciach”, poradziłeś mi, bym napisała książkę, mówiąc, że chętnie byś ją przeczytał. Dziękuję Ci dzisiaj za tę inspirację, za wiarę we mnie, za Twą piękną muzykę i wielkie, ciepłe serce. 

Iwonie Majewskiej-Opiełce - ogromnie dziękuję za wspieranie mnie od początku mojej niezwykłej przygody i za to, że nie pozwoliła mi się poddać. Iwonko, Twoja wielka mądrość i wkład w rozwój człowieka zostawiły ślad nie tylko w moim życiu, ale także pomogły, we właściwym dla nich czasie, wielu osobom.

Mojej wieloletniej przyjaciółce Elli T. Nojd - dziękuję bardzo za piękną przyjaźń i ogromną pomoc przy porządkowaniu oraz spisywaniu z moich ręcznych zapisków rozdziałów tej książki. Ellu, ileż to razy wzbogacałaś i rozjaśniałaś moje dni, jak i pomagałaś mi nieść mój ciężar na tak wiele różnych sposobów. Jesteś, byłaś i zawsze będziesz w moim sercu.

Richardowi P. Geerowi - mój drogi przyjacielu, dziękuję Ci za to, że przez tyle lat byłeś przy mnie, zawsze oferując swą pomoc, bez względu na to, jak duże lub małe były moje wyzwania. Jestem ogromnie wdzięczna za Twoje cenne spostrzeżenia, głęboką mądrość, poznanie i docenianie, kim jestem, i nigdy nieustającą gotowość do pomocy w redagowaniu moich artykułów i książek.

Irenko Jarocka, Basiu Kwasek i Pani Stasiu Kara - nigdy nie zostaniecie przeze mnie zapomniane. Zawsze będziecie żyć w moim kochającym Was sercu. Jestem Wam ogromnie wdzięczna za każdą spędzoną razem chwilę, za każdą łzę i uśmiech, którymi się nieraz dzieliłyśmy. Pomimo że fizycznie już Was nie ma, Wasza przyjaźń i miłość - choć teraz trochę inaczej -  tak jak zawsze są w moim życiu wielka radością i pomocą.

I wreszcie Tobie, mój ukochany mężu, Patricku Kernie - dziękuję za Twą piękną miłość, Twój promienny uśmiech, czułość, delikatność, a zarazem wielką siłę (wszystko naraz!), Twoją niesłychaną wrażliwość, bystrość spostrzeżeń, oraz Twoje wielkie oddanie dla nauk Mistrza. Stałeś się moim Prawdziwym Domem.

A także Tobie, Drogi Czytelniku - dziękuję za wszystko, kim jesteś. Za Twoje piękne serce, umysł i duszę - ogromnie dziękuję.

WPROWADZENIE – OdAutorki

- Witaj Córko - powiedział starożytny Mistrz i tak się to wszystko zaczęło.

Nic nie było już takie samo. Moje życie, takie jakie znałam do tej pory, nagle przewróciło się do góry nogami i przez  następne dwadzieścia lat przeżywałam doświadczenia, które można znaleźć chyba jedynie w bajkach i fantastycznych opowieściach - ale nie w zwykłym, codziennym życiu.

Jestem filmowcem (producentką, scenarzystką i reżyserką) i czuję się bardzo szczęśliwa, spełniona w swoim zawodzie, nie muszę szukać dodatkowych wrażeń. A jednak, z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny, zaczęłam regularnie wpadać w transy, w których poznałam obdarzonego niezwykłą mocą i mądrością starożytnego Mistrza, żyjącego przed dziewięcioma tysiącami lat. To właśnie on i to, czym się ze mną podzielił, kompletnie zmieniło mój cały światopogląd i to, w co przedtem wierzyłam.

Otrzymałam zupełnie świeże, nowe spojrzenie na wszystko, co uważamy za najcenniejsze: nas samych, źródło naszego istnienia i cel naszego przeznaczenia. Dowiedziałam się, czym jest prawdziwa moc, sukces, szczęście, bogactwo i wolność bez żadnych ograniczeń. Dowiedziałam się o Siedmiu Mocach, które tworzą i regulują cykle świata i jak można polepszyć swoje życie poprzez dostrojenie się do potęgi ich energii.

Chociaż moja historia może się wydawać niektórym z Was„spełnieniem cudownych marzeń”, muszę przyznać, że zapłaciłam wysoką cenę za to, czego się nauczyłam. By stać się uczniem Mistrza, musiałam zostawić za sobą wszystko to, co kochałam i w co wierzyłam. Od nowa zrozumieć świat, nasze życie i rolę, jaką mamy do odegrania. Wiele lat później, po kilku przeżytych, kluczowych dla mnie Inicjacjach, z radością mogę podzielić się z innymi tą głęboką wiedzą„odkrytą na nowo” po dziewięciu tysiącach lat od jej pierwszego, starożytnego przekazu.

Teraz także inni mogą nauczyć się korzystać z ogromnej mądrości i potęgi pradawnej wiedzy, bez konieczności pokonywania trudów, stawiania czoła wielu wyzwaniom i uczenia się na własnych błędach, tak jak ja to musiałam robić.

Książka„Mistrz i Zielonooka Nadzieja” jest oparta na moim osobistym pamiętniku oraz naukach, jakie otrzymywałam podczas moich transów. Wszystkie wydarzenia i osoby w niej zawarte są prawdziwe, tak jak i moje przeżycia, które opisuję.

Historia ta ujawnia także, jak to wpłynęło na moje życie osobiste i zawodowe, jak zastosowałam w życiu nauki zdobyte w transie. Lekcje te pełne były zabawnych„scen” odbywających się w starożytnej świątyni. Musiałam przeżyć je w taki sposób, aby„doświadczyć” wiedzy - zamiast przyjąć ją tylko intelektualnie - a potem wypróbować ją w codziennym życiu.

Tak… oczywiście, że kwestionowałam moje zdrowie psychiczne, zastanawiając się, czy przypadkiem nie wariuję. A czy Wy byście tego nie robili? Jednak w końcu zrozumiałam ogromną wartość tego, czego się nauczyłam. I to jest ważniejsze niż cokolwiek innego.

Od wielu lat, jednocześnie wykonując zawód filmowca, doradzam i udzielam konsultacji dotyczących zdrowia, duchowości, problemów emocjonalnych, rodzinnych, związków partnerskich i małżeńskich, śmierci, życia oraz kariery zawodowej. Aż do wydania tej książki jedynie kilku moich najbliższych przyjaciół znało moją prawdziwą historię. Pomagali mi zaakceptować to, co działo się ze mną, stale namawiając mnie do podzielenia się naukami Mistrza z szeroką publicznością.

Mam nadzieję, że wielu z Was, Drodzy Czytelnicy, zostanie zainspirowanymi, by odnaleźć nowy sens w swoim życiu, rozwijając się i osiągając jeszcze więcej, niż to się udało mnie. Dlaczego mamy to robić? Po prostu dlatego, że jesteśmy ludźmi, a nasza natura zawsze pragnie badać, rozwijać się i uczyć. A także dlatego, że jeszcze nie dowiedzieliśmy się wszystkiego, co tylko można odkryć o nas samych, świecie w którym żyjemy i tym, co znajduje się poza tym światem.

Dlaczego nie odświeżyć swego spojrzenia na to, co jest dla nas najważniejsze: kim jesteśmy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy.

Niniejsza książka zawiera 19 rozdziałów, z których każdy obejmuje inny temat fascynujący ludzkie umysły od szeregu stuleci. Podczas gdy tematy te były dotychczas„zarezerwowane” przeważnie dla naukowców, filozofów, psychologów i teoretyków - i niezbyt zrozumiałe dla zwykłego człowieka - nauki Mistrza, przedstawione są w prosty i przystępny sposób, skierowany bez wyjątku do każdego.

Sama opowieść może być także źródłem rozrywki dla wszystkich, którzy lubią się bawić, śmiać, płakać, ale też być często mile zaskakiwanymi i przenoszonymi do fantastycznego świata, pełnego przygód i magii, które można odnaleźć w niewiarygodnych opowieściach.

Nauki tu zawarte nie powinny być rozumiane lub przyjęte jako jedyna, wyłączna i ostateczna prawda. Są one tylko przykładem tego, jak osobisty rozwój może nam pomóc odnaleźć i zrozumieć sens i istotę naszej egzystencji.

Ogromnie się cieszę , że mogę przekazać w Wasze ręce moją historię oraz nauki Mistrza, z jego unikalnym podejściem do psychologii, samorozwoju, fizyki kwantowej, filozofii i religii.

Mam nadzieję, że ta nowa perspektywa pomoże Wam, Drodzy Czytelnicy, na bardziej radosne, świadome podejście do życia i wszystkiego, co tylko jest dla Was najważniejsze. Moje życie, dzięki naukom Mistrza  zmieniło się na lepsze. Mam nadzieję, że Wasze również będzie pełniejsze i bardziej szczęśliwe.

Johanna Kern

ROZDZIAŁ 1

MISTRZ,UCZEŃ,SANKTUARIUM IMOCE  

itaj, Córko - powiedział Mistrz. I tak się to wszystko zaczęło.

Stałam twarzą w twarz z Najwyższym Kapłanem. Patrzył na mnie głęboko, intensywnie, prawdziwie. Czułam jak jego oczy szukają czegoś we mnie i poza mną.

- No to doigrałam się - pomyślałam - i jak ja mam z tego wybrnąć?

Ta moja wieczna potrzeba wrażeń! Ta nieustająca chęć poznania wszystkiego za wszelką cenę…! Tak to się właśnie często kończy, że pakuję się w tarapaty.

I tak oto znowu znalazłam się w bardzo dziwnej sytuacji: zagubiona gdzieś w starożytności, stałam pośrodku jakiejś świątyni, zupełnie sparaliżowana wzrokiem jej Najwyższego Kapłana. Czułam, jak moja wola pod wpływem jego mocy topniała, opuszczając mnie szybko.

- Całkiem nieźle - pomyślałam - chyba wystarczająco dużo wrażeń dla ciebie, moja droga?

Jak się tutaj dostałam…? Nie, nie wynalazłam wehikułu czasu. Nawet gdybym w takie machinerie wierzyła i tak nie miałabym dość rozumu, żeby to wymyślić. Nie eksperymentowałam też z narkotykami ani z żadnymi substancjami halucynogennymi. Nigdy mnie to nie interesowało.

Nie wiem, co przywiodło mnie do starożytnej świątyni, gdzie Najwyżsi Kapłani panowali nad duchem i materią. To, co się wydarzyło, kompletnie wychodziło poza wszelkie moje wyobrażenie. Byłam przecież zupełnie przeciętnym człowiekiem, w niczym nie różniłam się od innych i w moim pojęciu byłam dość dobrze wychowana. Miałam trzydzieści dwa lata, moje życie wypełnione było różnymi obowiązkami i nie było w nim miejsca ani czasu na jakiś magiczny czy mistyczny nonsens.

Mój mąż, mój syn i ja niedawno przenieśliśmy się z Europy do Kanady i sam ten fakt dla całej naszej trójki był już wystarczająco stresujący. Wszystko było tu inne. Musiałam uczyć się od podstaw panujących tutaj zasad i stylu życia. W Europie byłam zawodową aktorką posiadającą stałą pracę. Za oceanem musiałam zaczynać wszystko od zera łącznie z nauczeniem się nowego języka. Miałam nadzieję, że szybko zdołam opanować angielski i że wkrótce będę mogła kontynuować moją karierę artystyczną.

Jednakże teraz patrząc w oczy Mistrza, poczułam  nagle jak gdyby nic się kompletnie nie liczyło. Nic nie miało znaczenia. Ani moje marzenia, ani cele które sobie stawiałam, ani nawet historia całego mojego życia.

***

Mojego męża poznałam w liceum plastycznym, do którego oboje uczęszczaliśmy. A historia naszej nastoletniej miłości była jakby żywcem wyjęta z jakiegoś popularnego romansu.

Jakub zachwycał pięknymi, spadającymi na ramiona blond włosami, spod których patrzyły figlarnie niebieskie jak bławatki oczy. Idealnie białe zęby i smukłe ciało dopełniały obrazu, a wszystko to sprawiało, że wyglądał raczej na młodego gwiazdora niż na początkującego artystę malarza. Zawsze otoczony był sporym wianuszkiem ładnych dziewcząt, z oczami pełnymi zachwytu i pożądania. Obserwowały każdy najmniejszy jego krok, a on, niespecjalnie zwracając na nie uwagę, zawsze robił to, co chciał, i dokładnie tak, jak chciał.

Ja nie wpatrywałam się w niego tak jak tamte dziewczęta i daleko mi było do tego, aby zostać jego wielbicielką. Nie lubiłam go i nie podobało mi się, że był otoczony tyloma adoratorkami. W moim przekonaniu był arogancki i uważałam, że nie nadawał się do niczego. Zwykły kobieciarz i tyle - myślałam o nim z lekką pogardą.

Aż pewnego dnia przyszedł do mnie do domu, przyprowadzony przez jednego z moich przyjaciół. Wizyta trwała niepełne pół godziny, przy czym zrobił mi prawdziwy bałagan na biurku, pozostawiając na nim rozsypane skorupki po spałaszowanych orzeszkach ziemnych.

- No to jak, do jutra?- rzekł przy pożegnaniu, patrząc mi przy tym głęboko w oczy.

- Ha! - pomyślałam sobie. Co za bezczelność. Nigdy w życiu!

A jednak myliłam się i to bardzo. Nie tylko spotkaliśmy się następnego dnia, ale i na drugi dzień potem. I znowu… i tak dzień po dniu. Przegonił wszystkie kręcące się wokół niego dziewczyny i nie odstępował mnie na krok. Uparcie i zdecydowanie pracował nad tym, bym zmieniła o nim zdanie. Co prawda minęło kilka tygodni zanim zauważyłam, że spędzam z nim większość mojego czasu. Wkrótce też nagle zrozumiałam, że jestem z tego bardzo zadowolona.  I tak się zaczęło…

Jakub nigdy już nawet nie spojrzał na inne dziewczyny. Puszczał mi wieczorami płyty rock-and-roll’a i lubił przy tym w ciemności czesać moje długie włosy. Mieliśmy fajnych przyjaciół i świetnie się razem bawiliśmy. Wszyscy nas lubili. Byliśmy piękną parą i czuliśmy się ze sobą bardzo dobrze. Mieliśmy piękne marzenia i zaczęliśmy snuć wspólne plany.

Wyszłam za niego za mąż w ostatnim dniu czerwca pięknego upalnego lata. Bałam się bardzo. Byłam jeszcze taka dziecinna. Moja suknia ślubna uszyta była z prawdziwej francuskiej koronki i wyobrażałam sobie, że wyglądam w niej dorośle i dystyngowanie. Nawet pofarbowałam sobie włosy na czarno, żeby były ładnym kontrastem dla mojej śnieżnobiałej kreacji. Użyłam popularnego wtedy szamponu koloryzującego, więc ta czerń zmyła się w ciągu kilku tygodni po ślubie, a moje włosy odzyskały swój naturalny kolor.

Nasz ślub odbył się w kościele. W Polsce, jako kraju katolickim, z zasady nie wybierało się religii, przyjmując ją niejako automatycznie już w momencie urodzenia. Kościół, w którym braliśmy ślub, wypełniony był po brzegi. Nie tylko członkami naszych rodzin oraz krewnymi, ale również naszymi przyjaciółmi i kolegami ze szkoły. Z powodu naszego młodego wieku - Jakub miał lat dziewiętnaście, a ja osiemnaście, nasze małżeństwo stało się niezwykłym wydarzeniem w mieście. Ludzie byli nas po prostu ciekawi.

Cała ceremonia ślubna, jak na mój gust, była zbyt przytłaczająca, sztywna i poważna. Modliłam się o to, żeby to się wreszcie skończyło i żebym mogła z tym przystojnym młodzieńcem w szarym ślubnym garniturze, który stał u mego boku, pohasać na bosaka po kwiecistej łące. W sumie byłoby o wiele ciekawiej i przyjemniej wziąć taki „łąkowy” ślub. Już sobie nawet zaczęłam wyobrażać naszych gości weselnych kicających i śmiejących się do rozpuku...

- Byłoby to o wiele odpowiedniejsze w dzisiejszym słonecznym dniu! - myślałam z głębokim przekonaniem.

- Czy Ty Jakubie ...? Czy Ty Joanno ...? - Ksiądz beznamiętnie recytował formułki. Miałam ochotę roześmiać się w głos widząc, jak bardzo był znudzony powtarzaniem po raz kolejny słów przysięgi. 

Nasi goście dobrze bawili się na weselu, które my uznaliśmy podobnie jak ślub, za zbyt długie. Wymknęliśmy się z niego po kilku godzinach, pozostawiając rozbawione towarzystwo samym sobie. Zaprosiliśmy jednego z gości, bliskiego przyjaciela - rudowłosego Wiktora do naszego nowego maleńkiego mieszkanka, gdzie wszyscy troje, żartując i zaśmiewając się wesoło, przegadaliśmy całą noc poślubną, aż do białego świtu. Ciesząc się młodością i radosnym życiem, myślałam wtedy, że wszystko to po prostu świetna przygoda. I rzeczywiście tak było.

Nasz syn Maciej urodził się w pod koniec roku w miejscowym szpitalu. Nie wydałam najmniejszego jęku w trakcie całego porodu. Wierzyłam głęboko, że nie powinnam krzyczeć, aby mój maleńki syn poczuł, jak bardzo prawdziwie jest przeze mnie kochany i wyczekiwany. Jedynie mocno zagryzałam wargi aż do krwi. To rzeczywiście pomagało.

- Przecież poród jest zupełnie normalną rzeczą dla kobiety - myślałam sobie. - Nie jest to żadna tortura ani zbrodnia na moim ciele, lecz przywilej dany mi przez Matkę Naturę.

Moja teściowa zaplotła mi włosy w warkocze, żeby się nie potargały. Istotnie spełniło to swoje zadanie, ale przy tym sprawiło, że wyglądałam jeszcze młodziej. Widziałam jak lekarze i pielęgniarki rzucali mi zaciekawione spojrzenia. Jakby zaskoczeni byli tym, że takie dziecko jak ja potrafi zachować się z godnością, dając życie drugiemu dziecku. Ja z kolei patrzyłam na nich z największym zdumieniem, ponieważ wyglądało na to, że żadne z nich nie miało pojęcia o tym, czym naprawdę są narodziny człowieka. Owszem, świetnie znali się na całej medycznej procedurze i technicznie potrafili odebrać poród. Ale to wszystko miało na celu przyjęcie na świat jedynie ciała dziecka. A co z przyjściem na świat jego jestestwa, jego duszy?

- Zupełnie nie wiedzą, co robić - pomyślałam. - Widzę, że wszystko teraz zależy ode mnie.

Nie chciałam, by moje dziecko urodziło się w zimnej szpitalnej sali wypełnionej krzykami i spieszną krzątaniną podczas rutynowych zabiegów. Narodziny to przecież wielkie święto! Zrobiłam więc, co mogłam, pomimo młodego wieku i braku doświadczenia. Otworzyłam serce szeroko i starałam się zapomnieć o bólu. Skupiłam się na miłości do dziecka, która otoczyła go jak ramionami, napełniając ufnością i spokojem.

Wreszcie Maciej przyszedł na świat... Niewysłowiona siła biła od niego, jak od prawdziwego olbrzyma w maleńkim ciałku. Miał gęste, ciemne włosy i dość intrygujący kolor skóry - niemal pomarańczowy. Później dowiedziałam się, że taki kolor jest normalny u noworodków. Są one zwykle czerwone po porodzie, a jeśli dostaną przy tym mechanicznej żółtaczki, tak jak mój syn, ich skóra może nabrać takiego właśnie odcienia.

Nie mogłam zasnąć przez całą noc. Poranek zastał mnie zupełnie przytomną, pogrążoną w myślach o moim pomarańczowym synu. O jego malutkiej kochanej twarzy i malutkich kochanych usteczkach, które jeszcze się do mnie nie uśmiechnęły.

A wracając do moich włosów: wyglądały zupełnie porządnie nawet na drugi dzień. Moja teściowa Kasia miała rację - warkocze do porodu to świetny pomysł!

Teraz tu w Kanadzie nasza mała rodzinka starała się jak najlepiej zaadoptować w nowym środowisku. Każde z nas miało swój własny zestaw przeszkód do pokonania. Maciej podobnie jak ja musiał nauczyć się angielskiego od podstaw, by dorównać kolegom ze swojej klasy. Jakub, który był biegły w angielskim, ucząc się go jeszcze w kraju, został zarządcą wieżowca w Toronto. Pomagałam mu w pracy administracyjnej, jednocześnie starając się realizować swoje marzenia o karierze artystki w Ameryce. Nie było na to żadnej szybkiej metody. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że aby coś osiągnąć, musiałam w pełni poświęcić się zadaniu, zawsze czujna i gotowa, ciężko pracując i nigdy się nie poddając.

Wszyscy troje odczuwaliśmy niesamowity stres. Byliśmy sami na obcym kontynencie, zdani tylko i wyłącznie na własne siły. Próbowałam pozbyć się przytłaczających myśli i znaleźć więcej wewnętrznego spokoju. Przestać się martwić i lepiej skoncentrować się na tym, co chciałam osiągnąć. Zaczęłam więc eksperymentować z relaksującymi technikami, próbując to i owo, cokolwiek mogłam znaleźć na ten temat. Jedna z koleżanek, które tu poznałam, poleciła mi dobrą książkę przysięgając, że zmieniła swoje nastawienie do życia, stosując metodę w niej opisaną. Metoda ta wydawała się dość prosta. Postanowiłam jej spróbować.

Zgodnie z instrukcją położyłam się płasko na plecach na dywanie i zaczęłam odprężać ciało, licząc w myślach głębokie oddechy od jednego do dwudziestu. Szybko poczułam, jak moje myśli zaczęły gdzieś odpływać, a umysł pracował jakby w zwolnionym tempie. Było to zupełnie przyjemne, uspakajające. Tak wyciszona miałam wyobrazić sobie jasne schody i wspiąć się po nich w górę. Na ich szczycie trzeba było znaleźć się w spokojnym, pięknym otoczeniu i uczynić je swoim ulubionym miejscem - własnym sanktuarium.  Po kilku próbach wszystko się udało! Wyobraziłam sobie prześliczną oazę na szczycie góry, słoneczną i przewiewną, z pięknym widokiem na całą okolicę. Istotnie czułam się tutaj wspaniale. Instrukcja zalecała, aby kontynuować wizualizacje każdego dnia i „przychodzić” do swego sanktuarium ilekroć pragnęło się znaleźć więcej siły i spokoju.

Metoda wydawała się być bardzo skuteczna zupełnie tak, jak twierdziła moja znajoma. Uradowana, że znalazłam złoty środek na stres, stosowałam ją przez kilka następnych tygodni.

Pewnego dnia odkryłam, że nie byłam sama w mojej oazie: byli tu jacyś obcy! Lekko mnie to zaniepokoiło, gdyż nigdy nie wyobraziłam sobie nikogo poza mną. Moja odwieczna ciekawość jak zwykle wzięła górę. Szybko zapomniałam o wszelkich obawach i przyjrzałam się dokładnie moim gościom.

Przede mną stali trzej mężczyźni. A raczej -  unosili się lekko w powietrzu tuż nad ziemią. Na nogach mieli brązowe sandały i nosili długie białe szaty przepasane sznurami. Wszyscy trzej mieli identyczne, przyjazne twarze i ciemne włosy zaczesane do tyłu. Nie można było ich odróżnić.

- A cóż to takiego? - pomyślałam wielce zaintrygowana. Identyczni mnisi-trojaczki?

Patrzyłam na nich z niedowierzaniem. Byłam pewna, że nic mi od nich nie zagrażało. A nawet wydawało mi się, że jakbym skądś ich znała. Jakbyśmy już kiedyś się spotkali…

- Czy to jest jakiś następny poziom, który osiągnęłam w tej metodzie?  - zastanawiałam się. Taki bardziej zaawansowany czy coś takiego?

- Mamy dla Ciebie prezent - powiedział jeden z mnichów-trojaczków. - Dar ‘Pięciu Poprzez Trzy i Trzy Poprzez Pięć’.

Oooooo. To zabrzmiało tak ciekawie i niewiarygodnie, że aż mnie rozbawiło.

- Świetnie! Może być - ‘Pięć Poprzez Trzy i Trzy Poprzez Pięć’,’ - powiedziałam. - Śmiało, dawajcie. Uwielbiam prezenty.

W tym momencie zauważyłam, że trzymali w dłoniach białe kule opalizującej energii, jakby mgiełki. Zanim zdążyłam otworzyć usta, żeby o nie zapytać, mnisi-trojaczki wysłali te kule w moją stronę. Tak po prostu! Trzy białe kule przypłynęły w powietrzu i zaczęły wnikać we mnie, jedna po drugiej. Dziwne, ale w ogóle nie odczuwałam  przy tym żadnego lęku. Wręcz przeciwnie - wnikające we mnie kule napełniły mnie rosnącym poczuciem szczęścia. W przeciwieństwie do moich zwykłych radości, to uczucie było inne: nigdy przedtem nie zaznałam tak olbrzymiego spokoju. Jakby nagle potężne szczęście owinęło mnie ciepłym szalem.

Spojrzałam w dół, tam gdzie wniknęły we mnie  kule  gdzieś tuż ponad brzuchem. Hmm, wszystko wyglądało zupełnie normalnie.

- Co to było takiego? - zapytałam.

- Pentakle - usłyszałam w odpowiedzi. - Oto otrzymałaś dar ‘Pięciu Poprzez Trzy i Trzy Poprzez Pięć’.

***

Przez kilka następnych dni starałam się pojąć, co właściwie się stało. Cóż to było takiego u licha ciężkiego?  W życiu nie słyszałam podobnej historii. 

Mnisi-trojaczki? Dar ‘Pięciu Poprzez Trzy i Trzy Poprzez Pięć?’ A w ogóle co to są te jakieś ‘Pentakle’? - zachodziłam w głowę. - A może ja tracę rozum?

Nie miałam pojęcia, co o tym wszystkim sądzić. Postanowiłam nic nikomu nie mówić. Ani słówka - nawet znajomej, która podzieliła się ze mną tą metodą. Ostatecznie nie znałam jej na tyle, żeby omawiać z nią dziwaczne przeżycia.

- Jeśli to kiedykolwiek wyjdzie na jaw - pomyślałam - to zamkną mnie w szpitalu psychiatrycznym albo naszpikują jakimiś mocnymi środkami farmaceutycznymi. O, nie. Nie powiem nikomu. Po moim trupie!

Chciałam zachować to wszystko w tajemnicy przynajmniej na razie i sama znaleźć jakąś logiczną odpowiedź. A może akurat natknę się na coś, co da mi jakąś wskazówkę?

Mijał dzień za dniem, a ja ciągle nie znajdowałam odpowiedzi. Nic. Nawet najmniejszej, minimalnej wskazówki.

- A może powinnam wrócić do tych wizualizacji i zobaczyć, co się wydarzy? - zastanawiałam się. - Być może mnisi-trojaczki znów mnie odwiedzą i wyjaśnią to wszystko? W sumie nie mam przecież nic do stracenia - zdecydowałam - skoro i tak już chyba zwariowałam.

Zaczęłam więc znów stosować tę technikę codziennie odwiedzając moją wewnętrzną oazę. Nic jednak nowego nie odkryłam. Ciągle mając nadzieję, że przecież wcześniej czy później coś się musi wydarzyć, odkryłam prawdziwe znaczenie słowa „wierzyć”. To nowe znaczenie brzmiało mniej więcej tak: „naucz się cierpliwości i czekaj aż ktoś się być może odezwie do Ciebie. Jeśli w ogóle będą mieli na to ochotę.”

Nie pozostało mi więc nic innego, tylko czekać.

Aż wreszcie ktoś istotnie się do mnie odezwał! Był to właśnie Mistrz, który teraz stał przede mną,  ubezwłasnowolniając mnie swoją potęgą.

Miał na sobie brązowe sandały i długą białą szatę, zupełnie tak jak mnisi-trojaczki. Jego włosy też w podobny sposób zaczesane były do tyłu. Zauważyłam, że jego twarz wyglądała jakoś ponadczasowo. Trudno było powiedzieć, czy był młody czy stary. Nie mogłam też dokładnie określić koloru jego oczu, pomimo że w nie patrzyłam. Niebieskie? Szarawe? Ich kolor jakby zmieniał się co chwilę. Mistrz był raczej przystojny. Ta jego ponadczasowa twarz miała ciekawy, „wewnętrzny” blask.

- Będę Cię nauczał - powiedział.

Oszołomiona zdałam sobie sprawę, że już nie byłam w tym samym miejscu, które wyobrażałam sobie podczas wizualizacji. Zamiast na szczycie góry w oazie stałam teraz pośrodku wielkiej komnaty antycznej świątyni. Wiedziałam także, że było to tysiące lat temu. Nie miałam pojęcia jak się tam znalazłam, gdyż przecież nie próbowałam sobie nic takiego wyobrazić. Ostatnią rzeczą, którą pamiętałam, było branie głębokich wdechów z zamkniętymi oczami. A teraz nagle stałam twarzą w twarz z Najwyższym Kapłanem tej świątyni.

Świątynia była miejscem niezwykłym. Jej ściany wykonane były z białego kamienia. Podłoga również była kamienna. Nie było tu nigdzie żadnych okien. Całe to wielkie pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy, oświetlone było przez palący się olej w kaganku. Stał on na białym kamiennym filarze mającym może półtora metra wysokości. Nic innego tutaj nie było. Tylko Mistrz i ja, zupełnie jak pomniki w kamiennym świecie. Nie mogłam oderwać oczu od jego twarzy. Zdawałam sobie sprawę, że mój umysł działa bardzo powoli, jakby w szoku.

- Zaczniemy, kiedy będziesz gotowa. - Jego głos, choć pełen siły, był raczej przyjazny.

Poczułam jak pierwsza logiczna myśl zaczęła krystalizować się w moim umyśle. Skupiłam się na niej z wysiłkiem.

- Jjjjestem... gotowa - wyszeptałam.

- Świetnie. - Mistrz skinął głową i wskazał dookoła. - Oto Komnata Siedmiu Mocy.

- Mmmocy? - wyjąkałam.

- Siedmiu Mocy, które tworzą świat - wyjaśnił. - Do Twoich obowiązków będzie należała opieka nad tą komnatą. Musisz zadbać o utrzymanie właściwej równowagi pomiędzy Mocami.

Następna myśl przychodząca mi do głowy była tak szybka i mocna, że prawie zwaliła mnie z nóg. Ogarnęła mnie nagle jakaś szczenięca wesołość i teraz mogłam odezwać się już bez trudu.

- Bułka z masłem - powiedziałam, patrząc mu śmiało w oczy.

- Cieszy mnie to - odpowiedział. - Zanim rozpoczniesz swoje obowiązki, musisz przedtem otrzymać kolejny dar od kapłanów.

- Aha, więc ci mnisi-trojaczki to byli Wasi księża? - zapytałam i w tej samej sekundzie poczułam, że coś dziwnego dzieje się z moim ciałem. Zaskoczona dostrzegłam, że unoszę się poziomo w powietrzu. Leżałam na plecach, zupełnie jakbym płynęła na fali w morzu.

- Otrzymasz dar o nazwie ‘Siedem Poprzez Pięć i Pięć Poprzez Siedem’ - usłyszałam słowa Mistrza.

Zastanawiałam się, jak to się miało odbyć. Czy Mistrz cudownym sposobem pomnoży się i zamieni w siedmiu kapłanów, którzy wyślą mi kule energii, tak jak poprzednio uczynili to mnisi-trojaczki?

Nic takiego się nie stało. Zamiast tego zobaczyłam siedem białych opalizujących kul energii wynurzających się z wnętrza mego ciała, jedna po drugiej  rozpływających się w powietrzu i znikających jak kamfora.

- Dziwne - pomyślałam - ja przecież odczuwam to tak, jakbym otrzymywała tę energię, a nie oddawała. Zamknęłam oczy. I wtedy usłyszałam jakieś głosy, jakieś śpiewy.

- Czy to kapłani? - zapytałam i otworzyłam oczy.

Nie było tam jednak nikogo z wyjątkiem Mistrza.

- Powróć teraz do swojego ciała - powiedział - i przyjdź tutaj znowu jutro.

Wyszedł, a raczej zniknął. Spojrzałam w dół, próbując sobie przypomnieć, jak wyglądało moje ciało. Już nie unosiłam się w powietrzu, lecz znowu stałam pośrodku tego, co on właśnie nazwał Komnatą Siedmiu Mocy. Miałam na sobie zestaw pięknych złotych bransolet błyszczących wokół mych nadgarstków i kostek od nóg. Byłam bosa, a wokół bioder przepasaną miałam krótką zieloną spódniczkę w długie złote pasy. Nie, na pewno nie był to mój zwykły ubiór, chociaż musiałam przyznać, że wyglądałam chyba całkiem ładnie.

- Co się stało z moim ciałem...? - wyszeptałam zaskoczona. Po czym zapadłam w głęboki sen.

Obudziłam się kilka godzin później skulona na podłodze. Usiadłam, prostując zdrętwiałe nogi i ręce. Rozejrzałam się dokoła.

Mocne słońce, zaglądając przez okno, rozświetlało wszystko wokół. Siedziałam na beżowym  wełnianym dywanie w naszym pokoju gościnnym. Tak, to były nasze meble. Ta sama beżowa sofa, stolik, którego blat był ładnie inkrustowany turkusową ceramiczną mozaiką.

Uszczypnęłam się mocno w udo i syknęłam z bólu szybko, rozcierając skórę pod dżinsami.

- No to się narobiło - powiedziałam do siebie. Klan jakichś starożytnych magów ściga mnie poprzez stuleci, gdzieś poza czasem i przestrzenią. Może chcą mi zrobić pranie mózgu i wykorzystać mnie do ich niecnego planu: opanowania świata i zarządzania nim Siedmioma Mocami - zastanawiałam się. - Wpadłam jak śliwka w kompot. Jak ja mam teraz z tego wybrnąć?!

***

Późną nocą siedziałam sama w sypialni przy wyłączonych światłach. Otulona przyjemną ciemnością patrzyłam przed siebie, pozwalając myślom przepływać bez ładu i składu. Kompletna cisza panowała w całym domu. Ani jednego słowa, ani jednego westchnienia. Jak gdyby wszystko zamarło po moich niezwykłych przeżyciach.

Wciąż nie mogłam do końca zrozumieć, co się stało. Tak jak nie mogłam też pojąć tego, co się działo ostatnio z całym moim życiem. Nic nie wydawało się już takie samo, a wszystko co przedtem znałam, przeżywałam, przestało mieć jakikolwiek głębszy sens. Już od dłuższego czasu zaczęłam odczuwać, że to co było ważne dla mnie kiedyś, teraz stało się zupełnie nieistotne. Puste. Mój mąż wydawał się odległym, nierzeczywistym, niemogącym mnie zrozumieć człowiekiem, który nie jest w stanie ukoić rosnącego we mnie niezadowolenia. Dystans pomiędzy nami ciągle się powiększał z dnia na dzień. Zaczęłam czuć się obco we własnym domu. Doprawdy nie miałam pojęcia, co z tym zrobić. Wiedziałam tylko, że nie mogę tak dłużej żyć. Czułam, że muszę coś zmienić, nadać życiu nowy wymiar, wyjść z tej stagnacji. Zmierzyć się z niewiadomym, które już nadchodziło.

W nagłym odruchu sięgnęłam w ciemności po telefon. Chciałam z kimś porozmawiać, żeby uporządkować myśli i być może lepiej zrozumieć to, co się wydarzyło. Jednym z moich nowych przyjaciół był Janusz, nauczyciel jogi. Janusz pochodził z Polski mogliśmy więc porozmawiać w ojczystym języku.  Czułam wielką potrzebę podzielenia się z nim moją tajemnicą. Z jakiegoś powodu wyobrażałam sobie, że nauczyciele jogi to ludzie wyjątkowi, którzy wiedzą wszystko. Opowiedziałam mu więc o Mistrzu i starożytnej świątyni.

Janusz był bardziej podekscytowany moją opowieścią niż mogłam się tego spodziewać. Powiedział mi, że to co przeżyłam było transem. I że miałam w tym transie wizję. Poradził mi, aby kontynuować tę fascynującą przygodę i ponownie wejść w trans. Zapewnił mnie, że doznałam bardzo ważnego i głębokiego doświadczenia, które muszę zaakceptować.

Początkowo jego wywody mocno mnie poddenerwowały. Stwierdziłam, że najwyraźniej chce on sobie poeksperymentować moim kosztem. Natychmiast mu to powiedziałam.

- Transy i wizje są tylko wytworami umysłu. To ‘zabawa’ dla wariatów, którzy nie mają nic lepszego do roboty w swoim życiu - wybuchnęłam. - Mam wystarczająco dużo problemów i nie potrzebuję żadnych dodatkowych, wariackich rozrywek. Chcę rozwiązać swoje problemy, znaleźć jasność umysłu i skupić na tym, co naprawdę jest dla mnie ważne.

- A co jest naprawdę dla Ciebie ważne? - zapytał Janusz.

Westchnęłam. - Wygląda na to, że zupełnie nie to, co myślałam. Więc muszę się dowiedzieć, co to naprawdę jest.

- Wydaje mi się, że postawiłaś przed sobą wielkie zadanie - rzekł Janusz.

- Kiedy ja naprawdę już nie mogę tak dłużej. Całe moje życie wydaje się bez sensu. Zupełnie jak kręcenie się w kółko w pogoni za własnym ogonem. Można od tego dostać prawdziwego zawrotu głowy i trzeba mocno stać  na nogach, żeby nie upaść. Owszem, to bardzo  zajmujące zajęcie. Ale przecież do niczego to nie prowadzi. 

- Hm - powiedział. - Nie zgadzam się z tym. Wierzę, że Twój trans i wizja to nie jakieś ‘wariactwo’ - jak Ty to nazywasz, ale właśnie najlepszy dowód na to, że już rozpoczął się dla Ciebie bardzo ważny, wyzwalający proces.

- O tak - roześmiałam się - Wszyscy szaleńcy są bardzo wyzwoleni, nie uważasz? Dlatego mogą robić to, co chcą i być kimkolwiek chcą.

- Więc może nie jest tak źle być szalonym… Prawda?

- Być może nie - zgodziłam się.

Następnego dnia rano obudziłam się jakaś niespokojna. Było pochmurno i zimno. Przyćmione światło wpadające przez okno sprawiało, że wszystko wydawało się być bezkształtne, widmowe.

Tak jak i w całym mieszkaniu beżowy kolor dominował także w sypialni. Duże łóżko zajmowało tu najwięcej miejsca, a ciepłe światło kremowego abażuru wysokiej lampy nadawało pomieszczeniu przyjemną atmosferę. Nie mogłam powstrzymać się od myśli, że teraz w półmroku pokój ten wygląda prawie tak tajemniczo, jak Komnata Siedmiu Mocy.

Przez około godzinę leżałam w łóżku z otwartymi oczami zatopiona w myślach. Zdecydowałam, że nadszedł czas, aby wprowadzić prawdziwe zmiany w moim życiu. Ta paląca potrzeba wydawała się być silniejsza niż strach przed niewiadomym. Przestało się liczyć to, co mówił mi rozum, co podpowiadała zwykła logika.

Nie było żadnego śniadania tego poranka. Zamiast tego odbyłam długą rozmowę z moim mężem przy kuchennym, drewnianym stole. Powiedziałam mu, że przepadło gdzieś nasze szczęście, że radość zupełnie nas opuściła. I że nasz związek nie miał już żadnego sensu od ładnych kilku lat. Wyglądało na to, że nie mieliśmy już ze sobą nic wspólnego, że nie mieliśmy sobie więcej nic do zaoferowania, bo każde z nas miało teraz zupełnie inne potrzeby i marzenia.

Jakub wyglądał blado, a jego niebieskie oczy wydawały się być zimne jak stal. Milczał i trudno było powiedzieć, czy naprawdę mnie słuchał. Patrzyłam w jego zmrożoną twarz. Twarz bez wyrazu. Nie przestawałam mówić i płakać.

Powiedziałam, że chcę się z nim rozwieść. Że lepiej, abyśmy rozstali się jako przyjaciele, nie czekając na dzień, gdy zaczniemy się nienawidzić i całkowicie uczynimy siebie nawzajem nieszczęśliwymi.

Skinął tylko głową i powiedział, że nie ma już więcej czasu na dalsze rozmowy. Skoro taka jest moja decyzja, on ją zaakceptuje. Tak po prostu. Nie chciał się ze mną kłócić ani zatrzymać mnie przy sobie. Oboje wiedzieliśmy, że był to koniec.

Jakub udał się do pracy, a ja znowu zalałam się łzami.

Po kilku godzinach w końcu udało mi się nieco uspokoić. Byłam dumna z siebie, że znalazłam odwagę na trudną rozmowę o rozstaniu i tym samym byłam wierna temu, co naprawdę czułam. Teraz już po wszystkim ogarnęły mnie zupełnie inne emocje. Mieszanka ulgi, niepokoju i niedowierzania.

Zadzwoniłam do prawnika i po rozmowie z nim wszystko stało się bardziej realne. Moja spontaniczna decyzja o rozwodzie zaczęła żyć własnym życiem, stając się decyzją ostateczną.

Nie wiedziałam, jak wszystko się potoczy, czy nasz rozwód będzie cichy, pełen kompromisu i zrozumienia. Nie wiedziałam też, jak dam sobie radę sama i z czego będę żyła po rozwiązaniu naszego małżeństwa.

Weszłam do sypialni i zamknęłam drzwi. Wzięłam głęboki oddech i rozejrzałam się wokół. Wszystko było tu takie znajome, prawdziwe. Tyle to już razy budziłam się w tym pokoju… Przez chwilę uważnie przypatrywałam się olejnemu obrazowi na ścianie: pojedyncza kropla wody spadająca w nieznane. Przypomniałam sobie ten dzień, kiedy Jakub ją namalował.

Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy.

- Jestem gotowa, jestem gotowa - moje ciało szeptało tęskną piosenkę.

Zaczęłam odprężać mięśnie i liczyć głębokie oddechy.

Szybko wpadłam w trans i zanim się zorientowałam, znowu znalazłam się w starożytnej świątyni.

***

Najwyższy Kapłan już mnie oczekiwał. Poczułam wielką ulgę na jego widok, tak bardzo ucieszyła mnie jego obecność. Podobnie jak poprzednio myśli opuściły mnie szybko i jedyne co czułam, to tęsknotę za jego głosem. Ciepłym, napełniającym mnie spokojem, pomimo jego przytłaczającej mocy.

- Witaj, Córko - powiedział.

- Witaj, Mistrzu - odpowiedziałam i dodałam radośnie - więc chciałeś, żebym wróciła.

Powoli zbliżył się do mnie i spojrzał mi w oczy. Jego moc ponownie mnie zahipnotyzowała, ale jakoś mnie to tym razem nie przeraziło ani nie zniechęciło. Wyczekiwałam z ochotą tego, co miało nastąpić, cokolwiek by to nie było.

- Opowiedziałam o Tobie mojemu przyjacielowi Januszowi -oznajmiłam śmiało.

- Wiem - skinął głową. - Pamiętaj jednak, że dowiesz się tutaj rzeczy, którymi będziesz mogła podzielić się z innymi, ale także poznasz  pewne tajemnice, które będziesz musiała zachować dla siebie. Rozumiesz?

Zgodnie pokiwałam głową. Postanowiłam od razu zabrać się do pracy.

- Powiedziałeś mi, że jest Siedem Mocy, które tworzą świat.

- Pierwsza Moc to Prawo. - On też najwyraźniej nie tracił czasu.

- Prawo? - powtórzyłam - jakie prawo?

- Prawo Uniwersalne - powiedział Mistrz.

- Masz na myśli Prawo Karmy? - przerwałam rozczarowana - już o tym słyszałam…

- Nie. Ja tu nie mówię o Prawie Karmy, lecz o Prawie Uniwersalnym zwanym też Prawem Kosmicznym - odparł.

- A to jest coś innego?

- Tak.

Nagle zauważyłam, że nie byliśmy sami w Komnacie Siedmiu Mocy. Gdzieś z tyłu za Najwyższym Kapłanem, znajdowały się jakieś tajemnicze figury. Obserwowały nas w półmroku. Przestraszyło mnie to trochę, ale też i zaciekawiło. Przysunęłam się bliżej Mistrza, aby móc im się lepiej przyjrzeć. On zauważył moje wysiłki, ale w żaden sposób nie próbował mi pomóc. Patrzył tylko na mnie w milczeniu.

- To są jakieś rzeźby - powiedziałam zaskoczona.

Przyjrzałam się im uważnie. Wykonane były z szarego kamienia. Siedem postaci znajdowało się po prawej stronie komnaty a siedem po lewej. Mierzyły ponad dwa metry, a ich kamienne twarze pozbawione były jakiegokolwiek wyrazu. Włosy spadały im na ramiona, a ich oczy były dużo większe i dłuższe od ludzkich oczu i zachodziły im na skronie. Ich ramiona skrzyżowane były na piersiach i zauważyłam, że wszystkie miały pierścień na jednym palcu. Ten pierścień jednak znajdował się na innym palcu każdej z kamiennych rzeźb. Nie miały też na sobie żadnego ubrania oprócz skąpych przepasek wokół bioder. Najbardziej charakterystyczną cechą tych postaci  było to, że nie posiadały żadnej płci: nie były ani męskiego ani żeńskiego rodzaju. Wszystkie te figury były zupełnie identyczne, jakby wykonane z tej samej formy.

Grupa posągów po prawej stronie stała w rzędzie patrzącym w stronę środka Komnaty Siedmiu Mocy. Natomiast rząd tych po lewej stronie ustawiony był tak, że wszystkie patrzyły na grupę posągów po prawej.

Spojrzałam pytająco na Mistrza.

- Reprezentują one Siedem Mocy, które tworzą świat - powiedział, patrząc na posągi.

- Ale przecież jest ich czternaście - zdziwiłam się - a nie siedem.

- To prawda - skinął głową i podszedł do siedmiu po prawej stronie. Dotknął pierwszego w rzędzie posągu. - Ten tutaj reprezentuje Prawo Uniwersalne.

Spojrzałam w stronę pierwszego w rzędzie posagów po lewej stronie.

- A co reprezentuje tamten...? - zapytałam.

- Także Prawo - odrzekł Najwyższy Kapłan.

Nagle poczułam się bardzo nieswojo. - Jako to…? - pomyślałam - czy to znaczy, że te siedem posągów po prawej stronie reprezentuje moce dobra, a te po lewej moce zła?

Poczułam jak zimny dreszcz przebiegł mi po plecach.

- Tak więc zło też ma swoje Moce…? - Mój głos zabrzmiał jakby wydobywał się ze studni.

Widziałam jak Mistrz zawahał się lekko.  -To, co jest reprezentowane poprzez posągi po lewej stronie, też ma swoje Moce… -  powiedział powoli.

- Jak to? - wycedziłam przez szczękające zęby. Jego potwierdzenie jeszcze bardziej mnie przeraziło. To, co się tutaj działo, nagle przestało mi wyglądać na świetną przygodę.

- Jak już się dowiedziałaś - odpowiedział - musi być zachowana odpowiednia równowaga pomiędzy Mocami.

- Czy to znaczy, że one są sobie równe? - Czułam jak wysychało mi w gardle.

- Jak najbardziej.

- Ale przecież to bardzo ważne, aby Dobro pokonało Zło. Czy to nie tak ma być? - powiedziałam stanowczo.

- Zupełnie nie tak - uśmiechnął się. - To ‘Dobro’, jak to Ty nazywasz, nie ma wcale pokonać tego co nazwałaś ‘Złem’. Owszem, prędzej czy później połączą się one ze sobą - i to co uznałaś za ‘Dobro’ istotnie przemieni strukturę tego, co określiłaś jako ‘Zło’. Przynajmniej zawsze tak było do tej pory. Do tego jednak czasu zanim tak się nie stanie, musi być zachowana właściwa równowaga pomiędzy Mocami.

Spojrzał mi w oczy. - A Twoim obowiązkiem jest dopilnowanie tej równowagi w Komnacie Siedmiu Mocy, czyż nie tak?

Patrzyłam na niego w milczeniu. Nie byłam wcale pewna, czy tak naprawdę pojmuję, o czym on mówi. Ale jakoś czułam intuicyjnie, gdzieś tam w środku, że nie mam się czego bać. Że to, co usłyszałam od niego, było prawdą, choć jeszcze nie potrafiłam jej pojąć.

- W porządku - rzekłam. - Poddaję się.

- Bardzo dobrze - powiedział Mistrz. - Możemy więc kontynuować.

Popatrzyłam z szacunkiem na pierwszy posąg z prawej, a potem spojrzałam na jego brata bliźniaka po lewej stronie. W przyćmionym świetle kaganka, w ciszy starożytnej świątyni i w obecności Mistrza - nagle poczułam świętość posągów, ich równość. Mój umysł przestał działać na tę chwilę, nie zaśmiecając się żadnymi myślami. Nie czułam ani oporu, ani potrzeby, aby wahać się lub oceniać cokolwiek. Jakieś nieznane słowa zaczęły tworzyć się w mojej jaźni, jak gdyby poza umysłem. Pozwoliłam im zaistnieć, popłynąć.

- Szanuję Cię i modlę się do Ciebie Prawo Wszechświata - usłyszałam swój własny głos jakby skądś z zewnątrz - Dzięki Ci składając Pierwsza z Mocy tworzących ten świat, czczę Ciebie i błogosławię.

Podczas kiedy mówiłam, rozłożyłam ramiona, czyniąc coś w rodzaju symbolicznego mostu pomiędzy pierwszą statuą na prawo a pierwszą po lewej stronie.

Kiedy skończyłam podeszłam do kaganka i zauważyłam wiele małych miseczek z brązu umieszczonych na krawędzi filara. Z zadziwiającą zręcznością nalałam trochę oleju z kaganka do jednej z tych miseczek. I tak utworzyła się świeca, którą zapaliłam dla Pierwszej Mocy.

Ten dziwny rytuał wydawał mi się znajomy i naturalny, jakbym odprawiała go przez całe swoje życie dzień po dniu. Było to zresztą wspaniałe uczucie: być tam i robić to, co właśnie robiłam. Postanowiłam nie zastanawiać się nad tym wszystkim w tej chwili.

Mistrz obserwował moje poczynania, a jego przyjazna obecność znów napełniła mnie spokojem. Poczułam, jak ramiona skrzyżowały mi się na piersi i pokłoniłam się Pierwszej Mocy - Prawu Wszechświata. Powtórzyłam raz jeszcze tę krótką modlitwę, która przyszła do mnie wcześniej. A kiedy to zrobiłam, zauważyłam że trzymam teraz w dłoniach insygnia, jak gdybym stała się starożytną Kapłanką.

- To wszystko, Córko -  powiedział Najwyższy Kapłan. - Jesteś wolna i możesz teraz odejść.

- Jak to odejść? - zapytałam nieco zdezorientowana. - A gdzież ja mam teraz pójść?

- Powróć do swojego ciała - powiedział - i przyjdź tutaj jutro.

Nagle przypomniałam sobie ten zimny dom, do którego miałam powrócić ciałem. Ogarnął mnie wielki smutek. Niespieszno mi było do niego. Tak jak i nie chciałam wracać do tej pustej skorupy, którą stałam się w swoim życiu. Pochyliłam głowę, z cichym uporem opóźniając swoje odejście.

- Wszystko będzie dobrze - powiedział Mistrz, jakby odgadując moje myśli - Zaopiekujemy się Tobą. Obiecuję. Nie musisz się niczego bać. Nasza świątynia będzie Cię teraz chronić. Najważniejszym jest żebyś znalazła swoje własne sanktuarium, spokojne miejsce do życia.

- Jakże ja mogę znaleźć sobie własne mieszkanie?- zaoponowałam.    - Nie stać mnie na to. Nie mam żadnych pieniędzy i muszę znaleźć najpierw jakąś pracę, żebym mogła pozwolić sobie na coś takiego.

- Nie - zaprzeczył Najwyższy Kapłan - odkąd zostałaś moją uczennicą, będzie to Twoją jedyną pracą. Na cały etat. Znajdziesz teraz swoje sanktuarium, a my zapewnimy Ci resztę. Damy Ci wszystko czego Ci potrzeba.

Poczułam się jak w jakiejś bajce z „Tysiąca i Jednej Nocy”. Jednak będąc ciągle tam, w starożytnym świecie, uwierzyłam i zaufałam Mistrzowi. Nie miałam wątpliwości co do jego potęgi.

- Zanim odejdę - powiedziałam - proszę wyjaśnij mi znaczenie darów, jakie otrzymałam od Ciebie i mnichów-trojaczków… Dlaczego używacie cyfr w ich nazwach? Pamiętam, że było tam Trzy, Pięć i Siedem.

- Te dary to pewne energie, które pomogą w ewolucji Twojej duszy. Cyfry zaś, którymi się posługujemy, pozwalają opisać cechy tych energii i kierunek dalszego Twego rozwoju. Są one symbolami tych energii oraz procesów, które już się dla Ciebie rozpoczęły.

- Rozumiem - powiedziałam, chociaż tak naprawdę nie do końca to zrozumiałam. - Więc posługujecie się pewnym systemem numerologicznym, który pozwala stworzyć symbole dla różnych energii oraz procesów?

- Tak, można to tak powiedzieć - skinął głową.

- Aha. A co możesz mi powiedzieć o liczbach Trzy, Pięć i Siedem - dociekałam z uporem.

- Trzy oznacza Rozstanie. Pięć reprezentuje Rozwój. Natomiast Siedem symbolizuje Życie.

- Rozstanie, Rozwój i Życie - powtórzyłam. - Brzmi to świetnie, ale ja nadal tego nie rozumiem - przyznałam wreszcie.

- Rozstanie reprezentowane liczbą Trzy oznacza, że ​​ktoś zostawia za sobą wszystko co stare, aby wniknąć w istotę rzeczy i odnaleźć swoją własną drogę, aby poznać własnego ducha i serce. Rozstanie jest jednocześnie Odejściem, jak i Przyjściem. Kto rozstaje się z Iluzją, zbliża się do Prawdy.

Podobało mi się to co mówił.

- Liczba Pięć jest symbolem Rozwoju - kontynuował. - Rozwój jest możliwy z powodu  harmonijnego postępu, czyli naturalnego Przenikania, wnikania w istotę rzeczy. Takie zaś Przenikanie jest wynikiem następującego Rozwoju.

Ta odpowiedź również mi się spodobała.

- Natomiast liczba Siedem jest symbolem Życia. Życia, które jest równe Bytowi w Miłości - zakończył.

- Życie, które jest Bytem w Miłości? - powtórzyłam.

- Tak - potwierdził. - Życie, które równa się Bytowi w Miłości jest wielkim darem.  A Życie równe Bytowi w Miłości symbolizowane jest poprzez cyfrę Siedem w naszej świątyni.

- Tak więc twierdzisz, że Wasze dary to energie, które mają za zadanie pomóc mi w Rozstaniu się z Iluzją, w Rozwoju na drodze ewolucji mojej duszy, oraz w przyjęciu Życia, które równa się Bytowi w Miłości. Czy tak?

- Tak - potwierdził.

Nadal nie byłam w stanie zupełnie ogarnąć tego wszystkiego i widać było, że on to zauważył.

- Zapytaj swojego przyjaciela, tego nauczyciela jogi. Może on Ci to wyjaśni? - powiedział z uśmiechem. - To wszystko na dzisiaj - dodał i zanim zdążyłam wybełkotać cokolwiek - już go nie było. Po prostu zniknął na moich oczach.

Spojrzałam na moje bose stopy ozdobione złotymi bransoletami i westchnęłam. Tyle było niewiadomych w moim życiu, tyle zagadek. A teraz także i tutaj...

Z kolejnym westchnieniem zaczęłam wychodzić z transu, powoli przywracając czucie w moim ciele. Zanim jednak opuściłam świątynię, Mistrz powrócił.

- Pamiętaj, co Ci obiecałem - powiedział. - Nikt nigdy nie jest tak naprawdę sam. Będziemy się Tobą opiekować. Nie zapominaj o tym.

UCZEŃ

Było już późne popołudnie, a ja ciągle jeszcze nie wyszłam z sypialni. Nikt tu nie przyszedł, żeby zapytać, dowiedzieć się, co się ze mną dzieje. Mieszkanie było ciche i zupełnie puste. Poczułam jak łzy spływają mi po policzkach.

Kiedy zmywałam je z twarzy pod prysznicem, zadzwonił telefon. Coś mi powiedziało, że muszę go odebrać, więc nago wybiegłam z łazienki, pozostawiając za sobą małe kałuże na podłodze. Zdołałam dopaść do telefonu w ostatniej chwili i złapawszy słuchawkę szybko w nią wykrzyknęłam.

- Tak! - wrzasnęłam do ucha rozmówcy, teraz dopiero łapiąc oddech.

- Mam dla Pani dobrą wiadomość - spokojnie i profesjonalnie powiedział mój prawnik.

Doniósł mi, że po rozstaniu z mężem przez sześć miesięcy będę miała zapewnioną opiekę finansową. Będę więc mogła się wyprowadzić i spokojnie poszukać mieszkania dla siebie. Co więcej, dokładnie tak jak powiedział Mistrz, nie będę musiała się martwić ani o znalezienie pracy, ani o utrzymanie. Przez sześć miesięcy wszystko będzie mi zapewnione.

Odłożyłam słuchawkę i ciężko opadłam na krzesło. Z jednej strony wszystko to wyglądało wspaniale. Z drugiej strony było to  przerażające.

- A jeśli to wszystko prawda…? - wyszeptałam, myśląc o tym, co właśnie przydarzyło mi się w świątyni.

Tego samego dnia wieczorem Janusz, ten szczupły i brązowooki nauczyciel jogi, zabrał mnie na  wspaniałą kolację do hinduskiej restauracji w zachodniej części Toronto. Bardzo podobał mi się jej wystrój, jej cicha i elegancka atmosfera.  Stoły przykryte były lnianymi obrusami w kolorze owocu mango, a odcień ciemnych, drewnianych futryn znakomicie pasował do wielu rzeźb i płaskorzeźb ozdabiających kąty i ściany. Przedstawiały one jakieś postacie historyczne oraz indyjskich bogów.

Wąsy naszego kelnera wydawały się większe od jego twarzy. Patrząc na nie, poważnie zastanawiałam się, czy były tak ciężkie, że aż trudno je było nosić. Z przyjemnością stwierdziłam, że podane przez niego jedzenie nie było wcale zbyt ostre. Podobał mi się też przyjemny zapach kadzideł z drewna sandałowego, które palono w czasie posiłków w całej restauracji.

Janusz pił do kolacji wodę, podczas gdy ja raczyłam się czerwonym winem... No tak, oczywiście! Jeden kieliszek za dużo i oto zaczęłam beztrosko wyjawiać Januszowi tajemnice starożytnej świątyni.

Obiecałam sobie wcześniej, że nic nikomu nie powiem o posągach w Komnacie Siedmiu, jak ją teraz w skrócie nazywałam. Co prawda nie byłam pewna czy były to jakieś sekretne ceremonialne statuy i czy powinnam  trzymać to wszystko w tajemnicy. Odkąd pamiętam zawsze starałam się być jedną z najlepszych uczennic w szkole. Byłam bardzo ambitna, dbałam o to, by jak najlepiej się uczyć i lubiłam zdobywać wiedzę. Tak więc i teraz pragnęłam być wzorową uczennicą Mistrza. Niestety, tym razem było już chyba za późno…, bo jeżeli coś zawaliłam swoim roztrzepaniem, nie umiejąc trzymać języka za zębami, musiałam ponieść tego konsekwencje.

- Biorę na siebie odpowiedzialność - rzekłam uroczyście do Janusza.

- Znakomicie - powiedział. - Ale za co Ty chcesz być odpowiedzialna?

- Za świątynię - powiedziałam z radosną beztroską typową dla osoby będącej na lekkim rauszu.

- Chcę być odpowiedzialna za wszystkie jej tajemnice i nie mam zamiaru niczego więcej wyjawić.

- To bardzo dobrze - Janusz skinął głową.

- No właśnie -  przyznałam ochoczo. - Czy mogłabym prosić o trochę więcej wina? - dodałam, patrząc na pusty kieliszek. Niepijący alkoholu nauczyciel jogi miał najwyraźniej mnóstwo zrozumienia i cierpliwości dla mojej rozbawionej osoby. Dolano mi więc wina. Będąc w coraz weselszym nastroju, opowiedziałam mu szczegółowo o tym, co jeszcze wydarzyło się w świątyni. O całej dzisiejszej lekcji. Kiedy doszłam do momentu, w którym Mistrz zapewnił mnie o swojej opiece, prosząc mnie, bym znalazła swoje własne „sanktuarium” - jak zwykł on nazywać mieszkanie - Janusz, przerywając mi, powstrzymał mnie ruchem ręki.

- Zaraz, zaraz, poczekaj... Mistrz obiecał zaopiekować się Tobą?

- No właśnie, mówię Ci przecież… - przytaknęłam. - Powiedział, że mam być jego uczennicą na cały etat i że mam się nie martwić o żadną pracę ani o płacenie rachunków.

Janusz wziął mnie za rękę i spojrzał mi głęboko w oczy. - Czy Ty zdajesz sobie sprawę z olbrzymiej wagi tej sytuacji? Czy wiesz, że to może być najważniejsza rzecz w całym Twoim życiu?

- O tak! - przyznałam. - Wiem, że to musi być jakaś cholernie poważna sprawa. Tym bardziej, że ​​realia tego i tamtego, starożytnego świata, jakoś się nawzajem połączyły… i moje wszystkie rachunki istotnie będą pokryte w ciągu najbliższych sześciu miesięcy.

Opowiedziałam mu o telefonie, który otrzymałam zaraz po „powrocie” ze świątyni. Podzieliłam się swoimi wątpliwościami: a jeśli znalazłam się pod wpływem jakichś ciemnych mocy, korzystających z tego, że byłam obecnie w skomplikowanej sytuacji życiowej i finansowej? A jeśli mój rozchwiany stan emocjonalny umożliwił jakimś złym magom kontrolę nade mną w celu wykorzystania mnie jako swojego narzędzia? Przecież Mistrz jeszcze dzisiaj starał mi się wytłumaczyć, że dobro i zło były w pewien sposób sobie równe, na miłość boską!

- Rozumiem, że się boisz - Janusz pokiwał głową.

- Powiedz, co Ty byś zrobił na moim miejscu? - zapytałam.

- Ja? -  uśmiechnął się lekko. - Joasiu, ja modlę się o to całe moje życie, aby otrzymać tak wspaniałe przeżycie, jakiego doświadczyłaś. I wiesz co?

- Co? - zapytałam po krótkiej chwili, wpatrując się w jego anielską twarz.

- Nigdy mi się nic takiego nie przydarzyło. Dziewczyno, nawet nie wyobrażasz sobie jak ogromnym darem jest to, co jest Ci dane - powiedział.

Patrzyłam w jego łagodne, szczere oczy. Hmm… A może jednak miał rację? W końcu był to przecież człowiek, który spędził większość życia medytując, studiując różne religie i wierzenia, podróżując do klasztorów i konsultując się z przewodnikami duchowymi z całego świata. Musiał przecież coś wiedzieć...

- Janusz - powiedziałam cicho - proszę Cię, pomódl się za mnie.

- Zawsze to robię - odpowiedział.

Jego pomoc okazała się nieoceniona, kiedy poprosiłam go, aby pomógł mi lepiej zrozumieć symbolikę liczb użytych w nazwie darów mnichów-trojaczków oraz Mistrza.

- Ależ ta ich numerologia jest po prostu genialna! - wykrzyknął. - I wcale nie jest to trudne do zrozumienia. Posłuchaj: ‘Pięć Poprzez Trzy i Trzy Poprzez Pięć’ oznacza ‘Rozstanie Poprzez Rozwój i Rozwój Poprzez Rozstanie’…

- Nie rozumiem - przyznałam.

- Naprawdę? No dobra, spróbujmy więc tak: ‘Rozwój następuje dlatego, że ktoś rozstaje się z Iluzją i zbliża się do prawdy - i - Rozstanie z Iluzją i zbliżanie się do prawdy odbywa się dlatego, że ktoś rozpoczął już proces Rozwoju’. Rozumiesz?

- Ojej! - powiedziałam. - Rzeczywiście, teraz rozumiem… Czyli dzieje się to jednocześnie, a Rozwój i Rozstanie nawzajem z siebie wynikają.

- No właśnie - Janusz skinął głową.

- A co z tym drugim darem który dostałam?

- To też jest łatwe. ‘Siedem Poprzez Pięć i Pięć Poprzez Siedem’: ‘Życie równe Bytowi w Miłości Poprzez Rozwój - i - Rozwój Poprzez Życie równe Bytowi w Miłości.’ Proste, prawda?

- Wiesz co - powiedziałam po chwili - to wszystko brzmi bardzo intrygująco, zgadzam się. Ale dla mnie jednak ciągle jest to mistyczny nonsens. Zwłaszcza że nie mam nawet pojęcia jak sobie wyobrazić to jakieś tam ‘Życie równe Bytowi w Miłości’… I wiesz co? Chyba wejdę w to. Choćby po to, żeby przekonać się, czy Mistrz naprawdę istnieje i co wyniknie z tej całej wariackiej - słyszysz mnie? - wariackiej przygody. Chodź, wypijmy za to!

Janusz, poważnie patrząc mi w oczy, powoli podniósł swą szklankę z wodą. Stuknęłam się z nim tak energicznie, że stworzyło to ciekawą kałużę mieszanki wina i wody na ślicznym „mangowym” obrusie.

Kelner z wielkimi wąsiskami obsługujący mnie i Janusza okazał się wyjątkowo wyrozumiały. Być może ta przychylność spowodowana była bardziej sutym napiwkiem Janusza niż zwykłą ludzką życzliwością. Niemniej kałuża na stole została szybko i bezproblemowo usunięta. Potem zamówiono nam taksówkę.

Janusz postanowił odwieźć mnie do domu w obawie, że po drodze może mi się przytrafić jakaś niefortunna przygoda. Na szczęście nic „specjalnego” się nie wydarzyło, nie licząc oczywiście małego nieporozumienia z kierowcą przy płaceniu rachunku. Powiedziałam mu, że kiedy nastanie Życie równe Bytowi w Miłości nikt już nie będzie używał pieniędzy, a tym samym płacił za taksówki. Kierowca natychmiast zażądał zapłaty za kurs grożąc, że inaczej nie odblokuje drzwi.

SANKTUARIUM

Znalazłam swoje „sanktuarium” już następnego dnia. Tak po prostu. Wynajęcie niedrogiego mieszkania w porządnej dzielnicy lub w centrum Toronto graniczyło z cudem. Podobnie jak Nowy York lub Los Angeles w Stanach, kanadyjskie Toronto jest potwornie drogim miastem. Północno-amerykańskie wielkie miasta to prawdziwe olbrzymy, a ludzie często zmieniają tu pracę. A razem z nią zmieniają miejsce zamieszkania (inaczej nie byliby w stanie szybko przemieszczać się na drugi koniec miasta). Właściciele mieszkań doskonale o tym wiedzą, dlatego podnoszą czynsze raz do roku, a czasem nawet częściej, na przykład gdy mieszkanie na nowo jest wystawiane do wynajęcia. W związku z tym ceny mieszkań jak i czynszów w tych wielkich miastach są ogromnie wyśrubowane.

A mnie po prostu się udało! Zadzwoniłam do kilku miejsc, które dawały oferty mieszkań do wynajęcia. Któregoś popołudnia udałam się do jednego z takich miejsc. Tak właśnie znalazłam moje sanktuarium.

Znajdowało się na pierwszym piętrze w uroczej dwupiętrowej kamieniczce położonej tuż w centrum Toronto. Zaskoczona byłam spokojem uliczki, przy której jak się okazało, wkrótce miałam zamieszkać. Wysokie drzewa, rosnące tuż obok asfaltowej nawierzchni, najwyraźniej ochraniały ją przed gwarem i zgiełkiem wielkiego miasta. Obok uliczki znajdował się też maleńki park.

Samo mieszkanie było dość atrakcyjne, choć odrapane tu i tam ściany wymagały odświeżenia. Kamieniczka była przecież wiekowa. Dwa pokoje z kuchnią posiadały ładne, ciemnobrązowe drewniane framugi drzwiowe w kształcie łuków oraz duże okna. Białe ściany były ładnym kontrastem dla ciemnych futryn, a drewniana podłoga z kanadyjskiego klonu dodawała temu miejscu bardzo przytulnej atmosfery. Zarówno mieszkanko jak i wysokość czynszu były prawdziwym rarytasem jak na Toronto. Poprzedni lokator mieszkał tutaj aż ponad piętnaście lat, co powodowało automatyczne zamrożenie czynszu za wynajem. Opuścił je tylko dlatego, że przeprowadził się do innej prowincji gdzie dostał lepszą pracę.

Do dzisiaj nie mam pojęcia, jak udało mi się wynająć to mieszkanie… chętnych było ponad dwadzieścia osób. W Toronto bardzo skrupulatnie sprawdza się dane wszystkich chętnych, szczególnie wysokość ich zarobków oraz referencje z poprzednich miejsc zamieszkania. A jednak wybrano właśnie moją ofertę. Nie mam pojęcia dlaczego, gdyż przecież nie miałam żadnej pracy. Być może dlatego, że zarządzająca budynkiem miła kobieta w średnim wieku od razu mnie polubiła? Ona też, podobnie jak poprzedni lokator, chciała jak najszybciej zmienić miejsce zamieszkania. Nie pytałam dlaczego.

Niemniej - tak jak tego chciał Mistrz - mogłam stworzyć własne sanktuarium…

Byłam tym wszystkim przerażona. Nigdy przedtem nie żyłam samotnie. Wyszłam za mąż w wieku lat osiemnastu i Jakub zawsze znajdował się w moim życiu.

Przez kilkanaście lat naszego związku doświadczyłam ze strony męża dużo troski i czułości. Dbał o mnie, mogłam na niego liczyć w każdej sytuacji. Przeżyliśmy razem wiele wspaniałych chwil. A jednak gdzieś po drodze zaczęliśmy się mijać. Nie było już wspólnych marzeń ani planów. Jakub nie był jeszcze gotowy na to, by zrozumieć przemianę, jaka we mnie zaszła. A może ten rozpad zaczął się już wiele lat temu, gdy wbrew jego woli zdecydowałam, że będę zawodową aktorką? Owszem, dopięłam swego, bo w końcu ustąpił, ale do końca nie był do tego przekonany. A ja już wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę nie można być szczęśliwym z kimś, kto nie popiera naszych marzeń.

Tak jak wtedy, tak i teraz stało się to bardzo oczywiste. Nawet jeśli te nowe marzenia wciąż znajdowały się we mgle. Nawet jeśli nie były jeszcze bardzo sprecyzowane. Nie wiedziałam tak do końca, co przyniesie mi moje przeznaczenie. Jednak czułam, że to co miało nadejść, było ważniejsze i silniejsze od czegokolwiek innego w moim życiu. Wiedziałam o tym gdzieś na samym dnie własnej duszy.

Opuszczałam więc mojego męża i całe moje „stare” życie. Wiedziałam, że muszę odejść…

Maciej, który miał teraz trzynaście lat, miał zamieszkać z ojcem przez najbliższy rok, a dopiero później przeprowadzić się do mnie. Wszyscy troje zdecydowaliśmy, że tak będzie najlepiej. Mój mąż znosił samotność o wiele gorzej niż ja i kompletnie nie był na nią gotowy. Maciej również twierdził, że po rozwodzie to tacie będzie trudniej, bo „mama zawsze sobie przecież poradzi”. W jego oczach ja byłam tą silniejszą…

Nic dziwnego, że przy tych zawirowaniach w życiu osobistym nie miałam czasu, by choć na krótką chwilę wrócić do starożytnej świątyni. Zajmowało mnie to, co dzieje się tu i teraz. Pakowałam się, płakałam i milczałam. Jakoś wiedziałam, że Mistrz zrozumie i wybaczy brak mojej obecności.

Jakub chciał pomóc mi w przeprowadzce. Wynajął białego vana, aby wszystko poszło szybko i sprawnie. Jechaliśmy nim w milczeniu, patrząc tępym wzrokiem na ulicę pokrytą śniegiem. Szarym, smutnym śniegiem. Jak to w lutym.