Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 467 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miniaturzystka - Jessie Burton

Miłość, pożądanie, zdrada i mroczne sekrety bogatych kupców w siedemnastowiecznym Amsterdamie.

Jest październikowe popołudnie 1686 roku, gdy osiemnastoletnia Nella Oortman staje na progu wielkiego domu w bogatej dzielnicy Amsterdamu. Miesiąc wcześniej poślubiła zamożnego kupca, Johannesa Brandta i teraz przybywa, by wprowadzić się do męża. Lecz zamiast niego wita ją mrukliwa i niemiła Marin, siostra Johannesa. Gdy ten w końcu się pojawi, nie poświęci żonie zbyt wiele czasu. Podaruje jej jednak niezwykły prezent: okazałą drewnianą replikę domu, którą umebluje dla niej tajemnicza Miniaturzystka. Podziw dla jej zręczności szybko zastąpi lęk, gdyż drobiazgi wyposażenia i figurki przedstawiające domowników nie tylko odsłaniają ich tajemnice, ale i antycypują straszne wydarzenia, które wkrótce staną się ich udziałem. Skąd artystka tyle wie o sekretach rodziny Brandtów? Czyż nie są marionetkami w jej rękach, skoro zna ich przyszłość? I kim jest owa nieuchwytna kobieta?

Jessie Burton - jej debiutancka powieść – Miniaturzystka – była najbardziej rozchwytywanym tytułem podczas Targów Książki we Frankfurcie. Ukazuje się w 30 krajach. Jessie, która jest absolwentką Oxford University, pisała ją potajemnie, ukrywając ten fakt przed rodziną i znajomymi... Pracowała jako aktorka i menedżerka w londyńskim City, a po pracy zasiadała do pisania.

Pasjonująca powieść Jessie Burton, absolwentki uniwersytetu w Oksfordzie, inspirowana jednym z najcenniejszych zabytków Rijksmuseum i postacią autentycznej Amsterdamki, Petronelli Oortman, przeniesie nas w czasy złotego wieku Holandii, rozkwitu handlu i sztuki i pozwoli zajrzeć w serca postaci, które spoglądają na nas z obrazów Vermeera, Halsa i Rembrandta... Książka, która zrobiła furorę wśród wydawców na Targach Książki we Frankfurcie, ukazuje się w 30 krajach.

Opinie o ebooku Miniaturzystka - Jessie Burton

Fragment ebooka Miniaturzystka - Jessie Burton

Copyright © 2013 by Jessie Burton © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2014 Tytuł oryginału "The Miniaturist" © Copyright for the cover design by Katie Tooke Fotografia wykorzystana na okładce © Andersen M Studio REDAKTOR PROWADZĄCY: Jolanta Korkuć REDAKCJA: Anna Pawlikowska KOREKTA: Weronika Kosińska, Aneta TkaczykWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05686-8 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Motto

„Rozchwyćcież srebro, rozchwyćcież złoto, i niezmierne bogactwa, i cokolwiek najkosztowniejszego ze wszystkich klejnotów drogich”.

KSIĘGA NAHUMA 2, 91

„A gdy on wychodził z kościoła, rzekł mu jeden z uczniów jego: Nauczycielu! Patrz, jakie to kamienie, i jakie budowania? A Jezus odpowiadając rzekł mu: Widzisz te wielkie budowania? Nie będzie zostawiony kamień na kamieniu, który by nie był rozwalony”.

EWANGELIA WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA 13, 1–2

(Wszystkie cytaty pochodzą z podkreślonych fragmentów w domowej Biblii Brandtów).

Cytaty z Pisma Świętego podano w przekładzie Biblii Gdańskiej (przyp. tłum.). [wróć]

[Wtorek, 14 stycznia 1687 roku]

WTOREK, 14 STYCZNIA 1687 ROKU STARY KOŚCIÓŁ, AMSTERDAM

Pogrzeb ma być skromny, bo zmarła nie miała przyjaciół. Lecz słowa są w Amsterdamie jak woda: dostają się wszędzie i powodują zepsucie. Wschodni narożnik kościoła pełen jest ludzi. Kobieta widzi całą scenę z bezpiecznych stalli chóru, patrzy, jak członkowie gildii wraz z żonami gromadzą się nad otwartym grobowcem — przypominają mrówki krzątające się wokół plastra miodu. Dołączają do nich urzędnicy Kompanii Wschodnioindyjskiej, kapitanowie statków, regentki, cukiernicy — i on, nadal w tym swoim kapeluszu z szerokim rondem. Kobieta próbuje wzbudzić w sobie litość dla niego. Ale litość, w przeciwieństwie do nienawiści, można odłożyć na później.

Malowane sklepienie kościoła — jedyna rzecz, która oparła się reformatorom — wznosi się nad nimi niczym przewrócony kadłub wspaniałego statku, zwierciadło duszy miasta. Wymalowany na wiekowych belkach Chrystus Sędzia trzyma miecz i lilię, złoty frachtowiec pruje fale, Najświętsza Maria Panna tkwi nieruchomo na sierpie księżyca.

Podnosi sąsiednie siedzisko, a jej palce drżą na odsłaniającej się drewnianej przypowieści. Na płaskorzeźbie mężczyzna z pożądliwym grymasem na twarzy sra workiem z monetami. Co się zmieniło? — myśli.

A jednak…

Nawet zmarli są dziś obecni, płyty grobowe pod stopami żałobników kryją jeden szkielet na drugim, kości i proch. Pod posadzką znajdują się szczęki kobiet, i kość miedniczna kupca, i wydrążone żebra tłustego notabla. Są tam też malutkie trupki, czasem mniejsze od bochenka chleba. Zauważa, jak ludzie odwracają spojrzenie od tego skondensowanego smutku, jak odsuwają się od każdej małej płyty, i myśli, że nie może ich za to winić.

W tłumie kobieta dostrzega tę, dla której tutaj przyszła. Dziewczyna stoi nad otworem w świątynnej posadzce całkiem wycieńczona, pogrążona w żalu. Ledwie zauważa tych, którzy się przyszli pogapić. Przyodziani w kir grabarze idą wzdłuż nawy, trumna na ich ramionach chwieje się jak futerał na lutnię. Patrząc po twarzach, można by pomyśleć, że niektórzy mają jakieś zastrzeżenia co do tego pogrzebu. To sprawka Pellicorne’a, myśli kobieta. Tej samej starej trucizny sączonej do ucha.

Zwykle takie procesje mają ściśle ustalony porządek — na przodzie burmistrzowie, prosty lud za nimi — ale tego dnia nikt nie zaprząta sobie tym głowy. Kobieta przypuszcza, że takich zwłok nie było jeszcze w żadnym z domów bożych tego miasta. To takie rzadkie, takie wyzywające. Amsterdam nie istniałby, gdyby nie ryzyko, lecz teraz miasto łaknie pewności, gładkiego przejścia przez życie, strzeże swoich pieniędzy i wygód ślepym posłuszeństwem. Powinnam była wyjechać wcześniej, myśli. Śmierć podeszła za blisko.

Krąg się rozstępuje, kiedy grabarze torują sobie drogę. Bez ceremonii spuszczają trumnę do dołu; dziewczyna staje nad krawędzią. Ciska w ciemność bukiecik kwiatów, a szpak trzepocze skrzydłami, wzlatując pod sufit wzdłuż bielonej ściany kościoła. Głowy odwracają się w roztargnieniu, lecz dziewczyna ani drgnie, podobnie jak siedząca w stallach kobieta. Obie patrzą na kreślące łuk płatki, podczas gdy Pellicorne intonuje ostatnią modlitwę.

Kiedy grabarze zasuwają nową płytę na miejsce, służąca klęka nad znikającą czeluścią i zaczyna szlochać. Wyczerpana dziewczyna również nie ma siły powstrzymać łez, a ten brak godności i klasy spotyka się z ogólną dezaprobatą. Dwie kobiety odziane w jedwab stają koło stalli i szepczą do siebie:

— Znaleźliśmy się tutaj właśnie z powodu takiego zachowania — mruczy jedna.

— Jeśli są tacy przy ludziach, za zamkniętymi drzwiami na pewno zachowują się jak zwierzęta — odpowiada jej przyjaciółka.

— Racja. Ale chętnie zamieniłabym się z muchą gapiącą się na to ze ściany, bzzzz!

Tłumią chichot, a kobieta w stallach zauważa, że zbielały jej kłykcie dłoni zaciśniętej na wsporniku.

Posadzka kościoła zostaje ponownie zapieczętowana, krąg się rozprasza, zmarli znów są na dystans. Dziewczyna jak witrażowa święta, która zeskoczyła z okiennej szyby, w końcu zauważa obecność nieproszonych obłudników. Ludzie zaczynają ze sobą gadać, zmierzając w stronę wyjścia i krętych ulic miasta, a pochód zamykają dziewczyna i jej służąca, które w milczeniu idą ramię przy ramieniu wzdłuż nawy i wychodzą. Większość mężczyzn powróci do swoich kantorków i sklepów, ponieważ utrzymanie bogactwa Amsterdamu wymaga nieustannej pracy. Ciężka harówka przyniosła nam chwałę — mówi przysłowie — ale lenistwo zepchnie nas z powrotem do morza. A w tych czasach podnoszące się wody wydają się podchodzić coraz bliżej.

Gdy kościół pustoszeje, kobieta opuszcza stalle. Przyspiesza kroku, nie chce, żeby ktoś ją zauważył.

— Wszystko może się zmienić — mówi, a jej głos odbija się echem od ścian.

Gdy odnajduje nowo położoną płytę, widzi, że to pośpiesznie wykonana robota: granit wciąż jest cieplejszy niż inne grobowce, a ryte dłutem litery nadal pokrywa warstewka pyłu. Nie do wiary, że w ogóle doszło do czegoś takiego…

Przyklęka i sięga do kieszeni, by dokończyć to, co zaczęła. To jej osobista modlitwa: domek tak maleńki, że mógłby zmieścić się w dłoni, a w nim dziewięć pokoi i pięć ludzkich postaci; rzemiosło tak niebywałe, jakby powstało poza czasem. Ostrożnie umieszcza swój dar tam, gdzie w jej zamyśle zawsze miał się znajdować, i błogosławi chłodny granit zesztywniałymi palcami.

Popycha drzwi kościoła, odruchowo wypatrując kapelusza z szerokim rondem, płaszcza Pellicorne’a, spowitych w jedwabie kobiet. Wszyscy rozpłynęli się jak we mgle i mogłaby pomyśleć, że została tu całkiem sama, gdyby nie furkot skrzydeł uwięzionego szpaka. Czas nagli, ale kobieta przytrzymuje przez chwilę otwarte drzwi. Lekceważąc jej starania, ptak odfruwa jednak za ambonę.

Kobieta zamyka chłodne kościelne wnętrze i zwracając twarz ku słońcu, oddala się od pierścieniowatych kanałów w stronę morza. Szpaku, przemawia do niego w duchu, jeśli sądzisz, że tam będziesz bezpieczniejszy, to nie ja będę tą, która cię wyswobodzi.

I. [Połowa października 1686 roku]

I

POŁOWA PAŹDZIERNIKA 1686 ROKU KANAŁ PAŃSKI (HERENGRACHT), AMSTERDAM

„Nie pragnij łakoci jego; Bo są pokarmem obłudnym”.

KSIĘGA PRZYPOWIEŚCI SALOMONOWYCH 23, 3

Na drugą stronę

Petronella Oortman stoi na progu domu swego nowo poślubionego męża i stuka do drzwi kołatką w kształcie delfina, nagle onieśmielona spowodowanym przez siebie łomotem. Nikt się nie zjawia, choć się jej spodziewają. Termin był ustalony, listy napisane — papier jej matki lichy w porównaniu z kosztownym welinem Brandta. Nie, myśli, to nie najlepsze powitanie. Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę krótką jak okamgnienie ceremonię ślubną w poprzednim miesiącu — żadnych girland, weselnego kielicha, nocy poślubnej. Nella kładzie swój kuferek i klatkę dla ptaków na stopniu. Wie, że będzie musiała to później ubarwić w liście do domu — kiedy już znajdzie schody na piętro, pokój, biurko.

Odwraca się w stronę kanału, bo pod ceglanym murem po jego drugiej stronie rozlega się śmiech wioślarzy. Chuderlawy chłopak wpadł na kobietę z koszykiem ryb, półżywy śledź ześlizguje się po rozłożystej spódnicy handlarki. Ostry krzyk wieśniaczki przenika Nellę do kości. „Dureń! Dureń!”, wrzeszczy kobieta. Chłopiec jest niewidomy i szuka ryby na ziemi po omacku, jakby to był srebrny amulet; ma szybkie palce, nie traci rezonu. Łapie swoją zdobycz i rechocząc, biegnie wzdłuż kanału z wyciągniętym przed siebie wolnym ramieniem, gotowy do ewentualnej obrony.

Nella gratuluje mu w myślach i stoi dalej zwrócona twarzą do słońca, chłonąc to rzadkie październikowe ciepło, póki się da. Tę część Herengracht nazywają Złotym Zakrętem, ale dzisiaj ten szeroki odcinek wydaje się szarobury i zwyczajny. Wznoszące się nad szlamowatymi wodami kanału kamienice wyglądają niesamowicie. Zapatrzone we własne symetryczne odbicia na wodzie, dostojne i piękne, są jak klejnoty w koronie dumnego miasta. Ponad dachami natura robi co w jej mocy, by temu sprostać — obłoki w kolorze szafranu i moreli potwierdzają chwałę republiki.

Nella odwraca się z powrotem do drzwi, teraz lekko uchylonych. Czy już przedtem były niedomknięte? Nie jest pewna. Popycha je i zagląda do środka. Od marmurowej posadzki bije chłód.

— Johannesie Brandt! — woła głośno, lekko spłoszona.

Czy to jakaś gra? — zastanawia się. Będę tak stała do maja. Peebo, jej aleksandretta, uderza szybko skrzydełkami w pręty klatki, słabe popiskiwanie ptaka opada szybko na marmury. Nawet ucichły teraz za nimi kanał jakby wstrzymuje oddech.

Nella jedno wie na pewno, zaglądając głębiej w mrok. Ktoś ją obserwuje. Daj spokój, Nello Elżbieto, karci siebie w myślach, przekraczając próg. Czy mąż weźmie ją w ramiona i pocałuje, czy tylko uściśnie jej dłoń, jakby załatwiał interesy? Na ślubie nie zrobił żadnej z tych rzeczy, otoczony przez jej nielicznych krewnych; z jego rodziny nie było nikogo.

Żeby pokazać, że wiejskie dziewczyny też wiedzą, co to dobre maniery, schyla się i zdejmuje pantofelki — wykwintne, skórzane, oczywiście najlepsze, jakie ma, choć po co jej one, nie ma teraz pojęcia. Godność, orzekła jej matka, ale godność jest taka niewygodna. Rzuca pantofle na podłogę w nadziei, że hałas kogoś wywabi, a może odstraszy. Matka mówi, że Nella ma wybujałą wyobraźnię, „Nella w obłokach” — tak ją często nazywa. Porzucone pantofelki leżą zawiedzione, a dziewczyna czuje się po prostu głupio.

Na dworze nawołują się dwie kobiety. Nella odwraca się, ale przez otwarte drzwi widzi tylko plecy jednej z nich — jest bez czepka, o złocistych włosach, wysoka, odchodzi w stronę ostatnich promieni słońca. Włosy Nelli też się rozwichrzyły w podróży z Assendelftu, wiatr wyswobodził spod czepka pojedyncze kosmyki. Jeśli je teraz odgarnie, wyjdzie na to, że jest jeszcze bardziej zdenerwowana, niż chciałaby po sobie pokazać, dlatego pozwala im dalej łaskotać się w twarz.

— Cóż to, będziemy mieli menażerię?

Głos, stanowczy i dźwięczny, płynie z ciemności. Nelli cierpnie skóra, bo choć jej przypuszczenia się potwierdziły, wcale nie czuje się przez to pewniejsza. Patrzy, jak postać wyłania się z mroku, z wyciągniętą przed siebie dłonią — czy w proteście, czy w powitalnym geście, trudno orzec. To kobieta, wyprostowana i szczupła, ubrana w głęboką czerń, w wykrochmalonym i uprasowanym idealnie białym czepku na głowie. Ani jedno pasmo włosów nie zdołało się spod niego wymsknąć. Roztacza wokół delikatny, zaskakujący zapach gałki muszkatołowej. Oczy ma szare, usta poważne. Jak długo tutaj stała? Peebo skrzeczy z ożywieniem.

— To Peebo — wyjaśnia Nella. — Moja papużka.

— Widzę — odpowiada kobieta, patrząc na nią z góry. — Albo raczej słyszę. Mniemam, że nie masz ze sobą żadnych innych stworzeń.

— Mam małego pieska, ale został w domu…

— To dobrze. Narobiłby tylko bałaganu. Podrapałby meble. Te małe pieski to kaprys Francuzów i Hiszpanów — zauważa kobieta. — Są równie niepoważne jak ich panowie.

— I brzydkie jak szczury! — dodaje drugi głos z głębi korytarza.

Kobieta marszczy czoło, na chwilę zamykając oczy, a Nella ogarnia ją spojrzeniem, zastanawiając się, kto jeszcze jest świadkiem tej rozmowy. Jestem od niej młodsza o jakieś dziesięć lat, myśli, chociaż skórę ma gładką. Gdy kobieta, mijając Nellę, podchodzi do drzwi, w jej ruchach widać wdzięk, pewność siebie i stanowczość. Rzuca przelotne, aprobujące spojrzenie na buciki ustawione równo przy drzwiach i z zaciśniętymi wargami zagląda do klatki. Peebo stroszy piórka w przestrachu.

Nella postanawia odwrócić uwagę kobiety, podając jej dłoń na powitanie, lecz nieznajoma wzdryga się pod dotknięciem.

— Mocne kości jak na siedemnastolatkę — stwierdza.

— Jestem Nella. I mam osiemnaście lat — prostuje Nella, cofając rękę.

— Wiem, kim jesteś.

— Naprawdę mam na imię Petronella, ale w domu wszyscy wołają na mnie…

— Dotarło już za pierwszym razem.

— Jesteś gosposią? — pyta Nella. W mroku korytarza ktoś z trudem tłumi śmiech. Kobieta ignoruje to, patrząc na zewnątrz w perłowe przedwieczorne niebo. — Czy jest tu Johannes? Jestem jego nową żoną.

Kobieta wciąż się nie odzywa.

— Wzięliśmy ślub przed miesiącem, w Assendelfcie. — Nella nie daje za wygraną. Zresztą co innego jej pozostaje?

— Brata nie ma w domu.

— Brata?

Znów chichot dobiegający z ciemności. Kobieta patrzy Nelli prosto w oczy.

— Jestem Marin Brandt — oznajmia, jakby Nella powinna wiedzieć, o co chodzi. Wzrok Marin jest może surowy, ale Nella słyszy nutkę wahania w jej głosie. — Nie ma go tutaj. Myśleliśmy, że będzie. Ale go nie ma.

— A gdzie jest?

Marin znowu patrzy w niebo. Jej otwarta lewa dłoń jak liść zagarnia powietrze i z cienia przy schodach wychodzą dwie postacie.

— Otto — mówi.

Skóra Ottona jest ciemna, cała ciemnobrązowa. Szyja ponad kołnierzykiem, nadgarstki i dłonie wystające z rękawów — wszędzie niekończący się ciemny brąz. Wystające kości policzkowe, podbródek, szerokie czoło, każdy cal. Nella jeszcze nigdy nie widziała takiego człowieka.

Marin wygląda, jakby czekała na jej reakcję. Spojrzenie dużych oczu Ottona nie zdradza, że zauważył nieskrywaną fascynację Nelli. Kłania się jej, a ona dyga, przygryzając wargę, aż smak krwi przypomina jej, że powinna się opanować. Nella patrzy, jak jego skóra lśni niczym wypolerowany orzech, jak wokół głowy sterczą jego nastroszone czarne włosy. To obłok miękkiej wełny, a nie takie przylizane i tłuste strąki jak u innych mężczyzn.

— Ja…

Peebo zaczyna świergotać. Otto wyciąga ręce, w jego szerokich dłoniach spoczywa para chodaków.

— Dla pani — mówi.

Mówi z amsterdamskim akcentem, ale wymawia słowa tak, że stają się ciepłe i płynne. Nella bierze od niego chodaki, a jej palce muskają skórę mężczyzny. Niezdarnie wsuwa stopy w buty na grubej podeszwie. Są na nią za duże, ale nie ośmiela się tego powiedzieć, przynajmniej teraz jej stopy nie dotykają chłodnego marmuru. Zaciśnie skórzane paski później, na piętrze — o ile w ogóle tam dotrze, o ile przepuszczą ją przez sień.

— Otto jest na służbie u mojego brata — wyjaśnia Marin, ze spojrzeniem ciągle utkwionym w Nelli. — A to Cornelia, nasza służąca. Zaopiekuje się tobą.

Cornelia postępuje krok naprzód. Jest trochę starsza od Nelli — ma może dwadzieścia, dwadzieścia jeden lat — i nieco wyższa. Wita Nellę nieprzyjaznym uśmiechem, błękitnymi oczami lustruje młodą żonę, dostrzega drżenie jej dłoni. Nella uśmiecha się, onieśmielona jej ciekawością, i usiłuje wydobyć z siebie kurtuazyjne podziękowanie. Jest zarazem wdzięczna i zawstydzona, kiedy Marin w końcu oznajmia:

— Zaprowadzę cię na górę. Pewnie chcesz zobaczyć swój pokój.

Nella kiwa głową, a w oczach Cornelii pojawia się iskierka rozbawienia. Radosny świergot z klatki wznosi się i odbija od ścian, Marin zaś szybkim ruchem ręki daje Cornelii do zrozumienia, że ptak będzie musiał zostać w kuchni.

— Ale opary z gotowania… — protestuje Nella. Marin i Otto zwracają się ponownie w jej stronę. — Peebo lubi światło…

Cornelia podnosi klatkę i zaczyna huśtać nią jak wiadrem.

— Uważaj, proszę — mówi Nella.

Marin posyła Cornelii tylko szybkie spojrzenie i służąca zmierza już do kuchni, przy akompaniamencie wątłego popiskiwania Peebo.

*

Na górze Nella czuje się przytłoczona przepychem swojego nowego pokoju. Marin rozgląda się po nim z niezadowoleniem.

— Cornelia przesadziła z tymi haftami — gdera. — Jednak mamy nadzieję, że Johannes ożeni się tylko raz.

W pomieszczeniu są poduszki z inicjałami, nowa narzuta i dwie pary niedawno odświeżonych zasłon.

— Ciężki aksamit jest potrzebny, bo nie przepuszcza mgieł znad kanału — stwierdza Marin. — To był kiedyś mój pokój — dodaje, podchodząc do okna, by wyjrzeć na gwiazdy, które zaczęły pojawiać się na niebie. Kładzie dłoń na szybie. — Ma lepszy widok, dlatego postanowiliśmy oddać go tobie.

— O nie — protestuje Nella. — W takim razie powinnaś tu zostać.

Stoją naprzeciwko siebie, otoczone mnóstwem haftów, masą pościeli z wyszytym inicjałem B, jak Brandt, okolonym liśćmi winorośli, usadowionym w ptasim gnieździe albo wyrastającym z kwietnika. Literki B wyglądają, jakby zjadły jej panieńskie nazwisko, ich brzuszki są grube i wydęte. Nella czuje się niepewnie, ale z obowiązku przesuwa palcem po tym wełnianym darze, już teraz ciążącym jej na sercu.

— Czy w twojej wspaniałej siedzibie rodowej, w Assendelfcie, jest ciepło i sucho? — pyta Marin.

— Bywa wilgotno — odpowiada skwapliwie Nella, schylając się, żeby poprawić chodaki przywiązane niezgrabnie do stóp. — Tamy czasem puszczają. Nie da się jednak powiedzieć, żeby była wspaniała…

— Może nie mamy tak starego rodowodu jak wy, ale cóż to znaczy wobec ciepłego, suchego, zadbanego domu? — przerywa jej Marin. Nie jest to pytanie.

— Masz rację.

— Afkomst seyt niet. Pochodzenie się nie liczy — kontynuuje Marin, akcentując słowo „nie” dźgnięciem palcem w poduszkę. — Pastor Pellicorne tak się wyraził zeszłej niedzieli, a ja zanotowałam to na pierwszej stronie naszej Biblii. Poziom wód się podniesie, jeśli nie będziemy ostrożni. — Wygląda, jakby otrząsała się z zamyślenia. — Pisała do nas twoja matka — dodaje. — Chciała koniecznie opłacić twoją podróż. Nie mogliśmy na to pozwolić. Wysłaliśmy po ciebie barkę, naszą drugą barkę. Nie czujesz się obrażona?

— Ależ skąd, nie.

— Dobrze. Bo w tym domu „druga” znaczy świeżo pomalowana i z kajutą wyściełaną bengalskim jedwabiem. Johannes używa tej pierwszej.

Nella zastanawia się, gdzie też podziewa się jej mąż, który zamiast wrócić na czas, by ją powitać, pływa sobie barką. Myśli o Peebo, który jest sam w kuchni, w pobliżu ognia, w pobliżu garnków.

— Macie tylko dwoje służących? — pyta.

— To wystarczy — stwierdza Marin. — Jesteśmy kupcami, nie wałkoniami. Biblia powiada, że człowiek nie powinien pysznić się swoim bogactwem.

— Tak, prawda.

— To znaczy, jeśli zostało mu cokolwiek, czym mógłby się pysznić. — Marin spogląda na nią surowo, a Nella odwraca wzrok.

Światło w pokoju zaczyna przygasać. Marin zakłada osłonkę na świece. Są tanie, łojowe. Nella wolałaby bardziej wonny wosk pszczeli. Pachnące mięsem, kopcące świece są dla niej w tym domu zaskoczeniem.

— Cornelia wyszyła twoje nowe nazwisko chyba wszędzie, gdzie się dało — rzuca Marin przez ramię.

Owszem, myśli Nella, przypominając sobie nienawistne, badawcze spojrzenie służącej. Pewnie ma palce pokłute do krwi — i kogo za to ukarze?

— Kiedy wraca Johannes? Dlaczego go nie ma? — pyta.

— Twoja matka pisała, że nie możesz się doczekać, aż rozpoczniesz żywot małżonki w Amsterdamie — oznajmia Marin. — Czy to prawda?

— Tak. Ale do tego trzeba męża.

Zapada lodowata cisza, w trakcie której Nella zastanawia się, gdzie jest mąż Marin. Może schowała go w piwnicy? Tłumi nagłą chęć wybuchnięcia śmiechem i tylko uśmiecha się do jednej z poduszek.

— To wszystko jest takie piękne — mówi. — Naprawdę nie musiałaś.

— To robota Cornelii. Ja mam dwie lewe ręce.

— Jestem pewna, że to nieprawda.

— Zabrałam swoje obrazy. Uznałam, że te będą bardziej w twoim guście.

Marin wskazuje ręką na ścianę, gdzie odmalowana olejną farbą para ptaków łownych zwisa z haka — same pióra i pazury. Dalej na ścianie jest malowidło rozciągniętego zająca, myśliwskiego trofeum. Obok piętrzy się namalowany stos ostryg na talerzu w chińskie wzory, w cieniu przewróconego kieliszka z winem i półmiska przejrzałych owoców. Jest coś niepokojącego w tych ostrygach, w ich obnażonych wnętrzach. W jej rodzinnym domu matka wieszała na ścianach pejzaże i sceny z Biblii.

— Ten należy do mojego brata — informuje ją Marin, wskazując na obraz przedstawiający wazon przepełniony kwiatami, bardziej wyrazistymi niż na żywo, przesadnie kolorowymi, z połówką owocu granatu przycupniętą niżej, przy ramie.

— Dziękuję. — Nella zastanawia się, ile czasu zajmie jej obrócenie obrazów do ściany, zanim położy się spać.

— Zapewne zechcesz zjeść dzisiaj tutaj, na górze — oznajmia Marin. — Tyle godzin byłaś w podróży.

— Tak, to prawda. Byłabym wdzięczna. — Nella wzdryga się w duchu na widok zakrwawionych dziobów ptaków, ich szklistych oczu, które oznaczają, że mięso niebawem zacznie odchodzić od kości. Gdy na nie patrzy, ogarnia ją ochota na coś słodkiego.

— Masz może marcepan?

— Nie. Cukier to… Nie używamy go w dużych ilościach. On zaraża ludzkie dusze chorobą.

— W domu matka wałkowała marcepan w różne kształty.

Marcepan był zawsze w spiżarce; to jedyna skłonność, w której pani Oortman przypominała swego męża. Syreny, statki i naszyjniki ze słodkich klejnotów, wilgotna migdałowa masa rozpływająca się w ustach. Już nie należę do matki, myśli Nella. Pewnego dnia będę lepić słodkie figurki dla innych małych, spoconych rączek, dla głosików domagających się przysmaków.

— Każę Cornelii przynieść ci herenbrood i trochę goudy — mówi Marin, wyrywając Nellę z zamyślenia. — I kielich reńskiego.

— Dziękuję. Wiesz może, kiedy wróci Johannes?

Marin wysuwa podbródek i pociąga nosem.

— Cóż to za zapach?

Nella odruchowo kładzie dłoń na dekolcie.

— Czy to ja?

— Ty?

— Matka kupiła mi wodę perfumowaną. Olejek liliowy. O to ci chodzi?

Marin kiwa głową.

— Chyba tak — odpowiada. — Lilie. — Pokasłuje lekko. — Wiesz, co mówią o liliach.

— Nie wiem. Co?

— Co wcześnie zakwita, to wcześnie gnije.

Mówiąc to, Marin zamyka drzwi.

Opończa

O czwartej nad ranem następnego dnia Nella wciąż nie może zasnąć. Osobliwość nowego otoczenia, lśniącego i haftowanego, zasnutego zapachem dymiącego łoju, nie pozwala jej się uspokoić. Obrazy pozostały na widoku, bo nie miała odwagi odwrócić ich do ściany. Leży bezsennie, a myśli w jej skołatanej głowie krążą wokół wydarzeń, które doprowadziły do jej przyjazdu tutaj.

Dwa lata temu, kiedy umarł pan Oortman, w Assendelfcie mówili, że był człowiekiem, który nie omijał żadnego browaru. Nella nie znosiła aluzji, że jej papa był co najwyżej spitym Priapem, okazało się to jednak przygnębiająco prawdziwe. Ojciec zostawił im w spadku garść długów — zupa zrobiła się cieńsza, mięso chudsze, a służący odchodzili jeden po drugim. Ojciec nigdy nie „zbudował arki”, co było powinnością każdego Holendra w walce z podnoszącym się morzem. „Musisz poślubić kogoś, kto potrafi utrzymać grosz w trzosie”, stwierdziła jej matka, biorąc do ręki pióro. „Ale nie mogę dać nic w zamian”, odparła wtedy Nella. Matka cmoknęła z dezaprobatą: „Spójrz na siebie. Co więcej my, kobiety, mamy?”.

Ta konstatacja wprawiła Nellę w osłupienie. To, że została tak umniejszona przez własną matkę, sprawiło jej ból, a smutek po utracie ojca zastąpił dziwny żal nad sobą samą. Jej młodsze rodzeństwo, Carel i Arabella, przebywało wciąż na dworze i tam bawiło się dalej w piratów albo w kanibali.

Nella od dwóch lat ćwiczyła się w byciu damą. Zaczęła chodzić z gracją — choć narzekała, że nie ma gdzie, i po raz pierwszy poczuła, że chciałaby się w końcu wyrwać ze swojej wsi, w której zaczęła widzieć co najwyżej sielankowe więzienie, mimo ogromu rozciągniętego nad nią nieba. W ciaśniej niż kiedykolwiek zasznurowanym gorsecie doskonaliła swoją grę na lutni, poruszając zgrabnie palcami po gryfie, na tyle zatroskana o matczyne nerwy, by nie wszczynać buntu. W lipcu tego roku poszukiwania matki, prowadzone za pośrednictwem ostatniego ze znajomych ojca w mieście, nareszcie zakończyły się sukcesem.

Przyszedł list, zaadresowany starannym, wyrobionym pismem. Matka nie pozwoliła jej go przeczytać — ale po tygodniu Nella dowiedziała się, że ma zagrać dla kupca nazwiskiem Johannes Brandt, przybyłego aż z Amsterdamu. Gdy słońce zniżało się nad brązowiejącymi równinami Assendelftu, nieznajomy siedział w ich popadającym w ruinę domu i słuchał jej gry.

Nella miała wrażenie, że był poruszony, a kiedy skończyła, powiedział, że bardzo mu się podobało. „Uwielbiam lutnię — zwrócił się do niej. — To piękny instrument. Mam dwie, wiszą u mnie na ścianie, ale od lat nikt na nich nie grał”.

A kiedy Johannes Brandt — trzydziestodziewięcioletni „istny matuzalem”, jak zakrzyknął Carel — poprosił ją o rękę, zdecydowała się przyjąć oświadczyny. Odmowa byłaby dowodem niewdzięczności i niewątpliwej głupoty. Co innego jej pozostawało, jeśli nie — jak ujęła to Marin — żywot małżonki?

Po wrześniowej ceremonii w Assendelfcie, gdy zapisano ich imiona w księgach parafialnych, i po krótkim obiedzie u Oortmanów Johannes wyjechał. Tłumaczył, że trzeba dostarczyć towar do Wenecji i że musi to zrobić osobiście. Nella i jej matka pokiwały głowami ze zrozumieniem. Był taki czarujący z tym swoim krzywym uśmiechem, otaczała go aura władzy. W noc poślubną młoda małżonka spała, jak przez wszystkie poprzednie lata, z wiercącą się u boku siostrą. Ale wszystko idzie ku lepszemu, myślała, wyobrażając sobie, jak wznosi się nad Assendelftem i odradza jako nowa kobieta — żona, a później…

Z zamyślenia wyrywa ją szczekanie psów w sieni. Nella słyszy męski głos — to Johannes, jest tego pewna. Jej mąż jest tutaj, w Amsterdamie — trochę spóźniony, ale jest. Nella siada w małżeńskim łożu i niewyraźnie powtarza swoje kwestie: „Jakże jestem rada. Dojechałeś bezpiecznie? Tak? Co za szczęście, och, co za szczęście”.

Nie ośmiela się jednak zejść na dół, nagle spięta, przejęta myślą, że zaraz go zobaczy. Lęk budzi się w jej brzuchu, a Nella zastanawia się, jak by tu zacząć. Wreszcie wzuwa chodaki, narzuca szal na koszulę nocną i skrada się korytarzem.

Słychać pazury psich łap smyrgających po kafelkach. Psy przyniosły w sierści zapach morza, ogonami tłuką o meble. Marin pierwsza zeszła do Johannesa i Nella słyszy, jak rozmawiają.

— Nigdy tego nie powiedziałem, Marin — mówi Johannes. Jego głos jest niski, oschły.

— Mniejsza o to. Cieszę się, że cię widzę. Modliłam się o twój bezpieczny powrót.

Gdy Marin wychodzi z cienia, by mu się przyjrzeć, płomyk trzymanej przez nią świecy pełga i tańczy. Przechylona przez balustradę Nella obserwuje nieznajomy, zwalisty kształt podróżnego płaszcza Johannesa, jego zaskakująco grube palce, jak u rzeźnika.

— Wyglądasz na wyczerpanego — kontynuuje Marin.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki