Wydawca: Wydawnictwo Literackie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 512 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Muza - Jessie Burton

Świat wielkiej sztuki, jeszcze większych namiętności i tajemniczy obraz, który skrywa więcej niż tysiąc słów.

Po jednej stronie płótna dziewczyna trzyma odciętą głowę swojej siostry, po drugiej − lew, który za chwilę poderwie się do zabójczego skoku... Obraz, który latem 1967 roku trafia do renomowanej galerii w Londynie, elektryzuje środowisko marszandów. To może być „śpioch”, dzieło młodego hiszpańskiego artysty z lat 30. XX wieku zaginione w trakcie wojny. Potwierdzają to listy z muzeum Prado oraz fundacji Peggy Guggenheim. Wskutek szczególnego zbiegu okoliczności stenotypistka zatrudniona w galerii, 26-letnia Odelle Bastien, trafia na trop fascynującej historii z Andaluzji roku 1936. Losy Harolda Schlossa, Żyda z Wiednia, który pośredniczy w sprzedaży dzieł Kokoschki, Klee i Klimta, jego pięknej żony Sary i niezwykle uzdolnionej córki Oliwii, w nieoczekiwany sposób splotą się z jej własnym. Czarnoskórej imigrantki z Trynidadu, która choć nagrodzona prestiżowym literackim wyróżnieniem za debiutanckie opowiadanie, z trudem znajduje swoje miejsce w ksenofobicznym Londynie.

W tej pięknej powieści Jessie Burton raz jeszcze porywa nas w czarowny świat sztuki i artystów, namacalnie wręcz dając odczuć atmosferę minionych dekad, pełną wewnętrznych napięć i niepokoju. Mądra i poruszająca książka o kobiecości, miłości, wolności i sztuce.

Niełatwo powtórzyć spektakularny sukces debiutu, jakim była Miniaturzystka, przetłumaczona na 36 języków i sprzedana w nakładzie miliona egzemplarzy. A jednak Jessie Burton się udało! Mistrzowski akord.

Przykuwające uwagę postaci, zręcznie poprowadzona narracja, sugestywnie oddana atmosfera dwóch epok [rok 1936 w Hiszpanii i lata 60. w Londynie].

„Library Journal”

Oryginalna opowieść o wolności artystycznej, odnajdowaniu własnej formy ekspresji i poszukiwaniu twórczego odkupienia.

„Publishers Weekly”

W twórczy sposób Burton wtapia w historyczne wątki zagadkę oszustwa o dalekosiężnych konsekwencjach, związku między sztuką a artystą i skomplikowanej trajektorii kobiecych pożądań.

„Booklist”

Doskonała i mądra książka.

„Elle”

Opinie o ebooku Muza - Jessie Burton

Fragment ebooka Muza - Jessie Burton

Tytuł oryginału: MUSE
Opieka redakcyjna: JOLANTA KORKUĆ
Redakcja: PAWEŁ CIEMNIEWSKI
Korekta: ANETA TKACZYK, PATRYCJA WOJKOWSKA, AGATA WRÓBEL
Projekt okładki i stron tytułowych na podstawie oryginału: ROBERT KLEEMANN
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Infomarket
Copyright © Peebo & Pilgrim Ltd 2016 Wszystkie prawa zastrzeżone Fragment z G za pozwoleniem Bloomsbury Publishing Plc © John Berger, 2012, G, Bloomsbury Publishing Plc © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2016
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05915-9
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

7

Lawrie i ja umówiliśmy się do kina na naszą pierwszą randkę. Ostatecznie rzeczywiście poszliśmy na Żyje się tylko dwa razy. W filmie było tyle nagości i sadyzmu, że byłam zażenowana własnym wyborem. Zero romansu, tylko gadżety i klatka piersiowa Seana Connery’ego, która wyglądała tak, jakby pożyczył ją od małpy. Po namyśle doszłam do wniosku, że wolałabym obejrzeć film z Catherine Deneuve, ale właściwie cieszyłam się po prostu tym, że siedzę obok Lawrie’ego, czuję jego przyjemny zapach, ciepło jego ciała – człowieka, który mnie wybrał.

Przez następne dwa tygodnie widywaliśmy się niemal każdego dnia. Poszliśmy do Wallace Collection i do National Gallery – chcieliśmy sprawdzić, czy nie znajdziemy więcej obrazów sygnowanych literami I.R. (bez sukcesu). Byliśmy też w teatrze, wciąż jeszcze przechowuję odcinek biletu. Samuel Beckett nadał temu dramatowi tytuł Komedia[9], a ja nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego. Pamiętam swój zachwyt połączony z szokiem, gdy kurtyna poszła w górę i na scenie ukazała się trójka aktorów – mężczyzna i dwie kobiety grające jego kochankę i żonę. Były wciśnięte aż po szyję w gigantyczne urny do przechowywania prochów, nie mogły się ruszać i bełkotały coś nieskładnie, zanim w końcu zaczęły snuć fragmenty własnych historii, zupełnie nie zwracając na siebie nawzajem uwagi.

Odwiedzaliśmy też rozmaite restauracje i kluby w Soho – All Nighters, Flamingo – i przy okazji odkryliśmy, że doskonale nam się ze sobą tańczy. Nie lubiłam jednak, gdy trzeba było przekrzykiwać się w hałasie, a po jedenastej robiło się gęsto od dymu. Widzieliśmy tam różnych bandziorów oraz ich dziewczyny: wypomadowane włosy, złote pierścienie, atmosfera wrogości. Ale przede wszystkim liczyła się grana na żywo muzyka. Była cudowna – calypso, ska[10], jazz i blues.

Choć wtedy tego nie wiedziałam, nasza znajomość się zacieśniła. Nie pamiętam, kto pierwszy i co zaproponował – w każdym razie początkowy etap, tak bardzo odmienny od wszystkich następnych, kiedy to obie strony wzajemnie się sobie przyglądają, prawiąc komplementy i czyniąc rozmaite aluzje, mieliśmy już za sobą. Zaczęliśmy być od siebie zależni, chociaż nawet nie znaliśmy się zbyt dobrze – typowe dla młodych ludzi, którzy jeszcze nigdy się nie sparzyli, nie zostali przez nikogo zranieni ani porzuceni, którzy wszystkim się ze sobą dzielą, błędnie sądząc, że ta druga osoba stanowi lek na całe zło świata i rozwiąże wszystkie ich problemy. On był samotny, a ja czułam się zagubiona – czy może na odwrót? Nie spaliśmy ze sobą, nie doszliśmy do tego jeszcze. Nasz związek był bardzo niewinny, na swój sposób.

Od momentu naszej krótkiej rozmowy w deszczu przy Piccadilly Circus prawie nie spotykałam Quick. Wydaje się, że tylko Pamela i ja – i może kilku jeszcze pracowników naukowych, którzy przeważnie przesiadywali w piwnicy, gdzie mieściły się archiwa – pojawialiśmy się codziennie w pracy. Quick była nieobecna częściej, niż można by to uznać za dopuszczalne, nierzadko przychodziła jedynie na parę godzin. Ponieważ pracowałyśmy w części budynku przeznaczonej do prowadzenia badań naukowych, a nie w galerii frontowej przy Jermyn Street, u nas zawsze było cicho. Brakowało mi opieki i zainteresowania Quick.

Podczas jej nieobecności Pamela zaproponowała, żebym jadła swoje kanapki razem z nią na dziedzińcu, pozostawiając na ten czas recepcję bez nadzoru. Wahałam się, po pierwsze dlatego, że wciąż jeszcze nie skończyłam czytać książki Muriel Spark, jej zbioru opowiadań i słuchowisk radiowych, opublikowanych przed sześciu laty. Po drugie, nie miałam ochoty słuchać ulubionej frazy Pameli, która brzmiała: „Ludzie tacy jak ty”, a którą od czasu do czasu wtrącała do rozmowy – chociaż w sumie brak kontaktu z Cynthią i nieobecność Quick sprawiały, że łaknęłam damskiego towarzystwa. I po trzecie, naprawdę uważałam, że ktoś jednak powinien dyżurować w recepcji.

Pytania Pameli odnośnie warunków życia na Trynidadzie, które zadawała mi w porze lunchu, uświadomiły mi, jak niewiele szkoła i późniejsze doświadczenia nauczyły ją o zasięgu imperium. Ale trzeba przyznać, że wykazywała prawdziwe zainteresowanie – ciekawiły ją pogoda, to, w jakim stopniu wilgotność i wysokie temperatury wpływały na stan książek, odzieży, sposób przyrządzania potraw przez moją matkę, pytała też o muzykę i o ludzi, których znałam – pytania Pameli uświadomiły mi, jak odległe były już dla mnie te sprawy. Przywołały obraz Cynth, naszej długiej wspólnej podróży, a potem przypomniały mi o naszej głupiej kłótni i zawieszeniu kontaktów. Pomyślałam, że jeszcze chwila i się rozpłaczę, więc pozwoliłam mówić Pameli. Opowiadała mi o swojej matce, która była szwaczką, i o ojcu, który rozwoził mięso w Smithfield. Miała pięciu braci i siostrę, która zmarła, gdy Pamela miała osiem lat.

– Muszę cię o coś zapytać, Odelle. Masz jakiegoś faceta? – rzuciła. – Przez ostatnie kilka tygodni byłaś trochę roztargniona.

Zawahałam się. Tak bardzo chciałam rozmawiać o Lawrie’em, o miłości – jak to właściwie z nią jest i czy to, co czuję, to rzeczywiście miłość. Ale zamiast tego odparłam:

– Nie, nie mam.

Pamela zmrużyła oczy.

– No dobrze, masz prawo do własnych sekretów. Ja m a m chłopaka, nazywa się Billy. Pracuje na zapleczu klubu All Nighters, chociaż nie sądzę, byś zechciała się tam wybrać.

– Dlaczego? – zapytałam.

Roześmiała się.

– Po prostu jesteś zbyt rozsądna, żeby marnować młodość, tańcząc w klubach.

Teraz ja z kolei wybuchnęłam śmiechem, bo wyczułam, że był to rodzaj komplementu. Po raz pierwszy Pamela uznała mnie za osobę na poziomie. Ale niejako wbrew jej słowom moja wyobraźnia podsuwała mi inne obrazy – tego, jak razem z Lawrie’em tańczyliśmy właśnie w tamtym klubie, o którym mówiła Pamela, a po plecach spływał nam pot. Miałam wrażenie, że to byłam zupełnie inna ja.

Pamela traktowała Billy’ego trochę jak medal przypięty do piersi, ale gdy przypomniałam sobie mężczyzn z klubu, zaczęłam się zastanawiać, czy facet Pameli rzeczywiście jest taki wspaniały. W miarę upływu czasu, gdy nadal chodziłyśmy razem na nasz kanapkowy lunch, a ja wciąż nie mogłam doczytać do końca Muriel Spark, nagle ze zdumieniem odkryłam, że żal mi Pameli, której towarzystwo naprawdę polubiłam. „Billy ma wielkie marzenia” – mówiła, ale nigdy nie wyjaśniła dokładnie, o jakie marzenia chodziło. Miałam dziwne przeczucie, że niekoniecznie obejmowały również ją.

Reede zadzwonił do Lawrie’ego, informując go o „niezmiernym szczęściu”, jeśli chodzi o Prado w Madrycie, i poprosił, żeby postarał się jak najszybciej do niego przyjechać. Lawrie pojawił się w Instytucie następnego ranka i czekał na mnie na ławce pośrodku placu.

– No, no! – powiedziałam, siadając obok niego. – Bardzo jesteś podekscytowany tym, co dzieje się wokół obrazu?

Uśmiechnął się.

– Trochę. – Gdy nachylił się, żeby mnie pocałować, jakiś mężczyzna, który przechodził obok, zacmokał z dezaprobatą. Nie byłam pewna, ale wydaje mi się, że usłyszałam słowo: „obrzydliwe”. Zignorowaliśmy go, zresztą ja nigdy się nie odzywałam w podobnych sytuacjach, ale myślałam, że może Lawrie coś powie.

– No, dalej, chodźmy już – powiedziałam, kiedy było już jasne, że albo Lawrie nie usłyszał uwagi, albo nawet nie przyszło mu do głowy, że mogła być skierowana do niego. A może uznał, że w ogóle nie warto się tym zajmować? – Bo spóźnisz się na spotkanie z Panem Szychą. Ale ty idź pierwszy. Ja za tobą.

– Dlaczego?

– Nie chcę, żeby Pamela o nas wiedziała.

– Wstydzisz się mnie? – zapytał.

Roześmiałam się.

– Oczywiście, że nie. Chodzi o to, że... jak się o tobie dowie, to nie da mi spokoju.

Gdy siedziałam już przy swoim biurku po tym, jak udało mi się zmylić czujność Pameli, zaczęłam się zastanawiać, co się dzieje w gabinecie Reede’a na górze. Ciekawiło mnie wszystko, co dotyczyło obrazu. I chociaż moja matka zawsze mi powtarzała, że ten, kto podsłuchuje pod drzwiami, zasługuje na naganę, wiedziałam, że od Reede’a niczego się nie dowiem. Z kolei Quick była akurat nieobecna, a na Lawrie’em nie można było polegać, że zrelacjonuje mi wszystko ze szczegółami.

Weszłam tylnymi schodami na następne piętro i z wahaniem spojrzałam przez dziurkę od klucza. Czułam przyspieszone bicie serca, bałam się, że któryś z nich odwróci się i mnie usłyszy. Obraz Lawrie’ego stał na sztalugach, niedaleko biurka. Miał idealnie prostokątny kształt i wibrował kolorami: cynober, lawenda, indygo, terakota, żywe zielenie. Ku mojemu zupełnemu zaskoczeniu w jednym z głębokich skórzanych foteli siedziała Quick. Kiedyś, dawno temu, Instytut Skeltona był domem mieszkalnym – większość boazerii pozostała oryginalna – więc wyobraziłam sobie damy z epoki króla Jerzego siedzące w tym samym miejscu, które zajmowała teraz Quick, bawiące się ze zgrają małych piesków i zastanawiające, jakiż to deser można by zaserwować gościom.

Skąd Quick się tutaj wzięła? Wpatrywała się w puste palenisko, ramiona oplotła wokół ciała. Wyglądała na chorą, jakby czuła, że za chwilę wydarzy się coś strasznego. Sięgnęła do torebki i wyciągnęła papierosy, by za chwilę jednego zapalić.

– A zatem Izaak Robles – mówił Reede, wyciągając z biurka fotografię – czy słyszał pan może o nim?

– Nie – odparł Lawrie.

– Dostałem ją z Muzeum Prado w Madrycie. Uważają, że fotografia przedstawia Izaaka Roblesa w Maladze i pochodzi z tysiąc dziewięćset trzydziestego piątego albo trzydziestego szóstego roku. Nie wiemy, kim jest stojąca obok kobieta, ale zdjęcie wykonane zostało najprawdopodobniej w pracowni malarza, ona może być jego modelką. Na tym zdjęciu Izaak wygląda podobnie jak na innych, zrobionych w Madrycie nieco wcześniej, w latach trzydziestych. Gdy wykonano tę fotografię, Izaak Robles zaczynał powoli być sławny. No, ale oczywiście najbardziej poruszył mnie obraz widoczny na sztalugach w tle, który nie jest jeszcze skończony, ale do złudzenia przypomina pańskie płótno, panie Scott.

Zapadła cisza. Lawrie siedział odwrócony do mnie plecami, więc nie mogłam dojrzeć wyrazu jego twarzy, był jednak całkiem znieruchomiały, jakby wiadomość nim wstrząsnęła.

– Co takiego? – zapytał cicho Lawrie. – Czy to możliwe?

Reede uśmiechnął się.

– Byłem pewien, że ta wiadomość mile pana zaskoczy. Na fotografii Izaak dopiero co zaczął pracować nad sylwetką lwa, ale i tak widać, że nadał mu charakter alegoryczny, nie sądzi pan?

Lawrie wziął fotografię z wyciągniętej ręki Reede’a. Ramiona miał opuszczone, a głowę pochyloną, był skupiony. Quick pozostała na swoim miejscu i obserwowała go, zaciągając się głęboko papierosem.

– Jak Muzeum Prado weszło w posiadanie tej fotografii? – spytał Lawrie.

– Nie do końca wiadomo. Ich archiwa z lat trzydziestych nie są kompletne z oczywistych względów. Możliwe, że Robles dał tę fotografię komuś na przechowanie, kiedy wybuchła wojna. Może nie wiedzieli, co z nią zrobić, więc przekazali ją do Prado. Izaak Robles nie cieszył się sympatią kierownictwa muzeum, jego obrazy nie były w ich guście. Nikt nie chciał przyznawać się do związków z elementem niepożądanym.

– Elementem niepożądanym?

– Z tego, co wiemy, Robles obracał się w kręgach dość mocno lewicowych. A to oznacza, że mógł być politycznym agitatorem. Najprawdopodobniej w Prado przyjęli fotografię i schowali ją do archiwów. Robles nie żył wystarczająco długo, żeby mieć równie bogatą drogę twórczą i dorobek artystyczny tej miary co Miró albo Picasso. Ale nawet jego wczesne dokonania pozwalają umieścić go w gronie najlepszych. Niektórzy eksperci przypuszczają, że pozostawił po sobie tak niewiele nie tylko dlatego, że wcześnie umarł, ale także z tego względu, że zniszczył bardzo dużo swoich prac. Tego rodzaju historie zawsze czynią artystę kimś niezwykłym, na tym polega jego wyjątkowość. A wracając do meritum, wierzę, że obraz, który znajduje się w pana posiadaniu, okaże się wielkim przebojem.

– Przebojem?

– Tak, zyska wielki rozgłos. Czekał całymi latami na odkrycie, nikt nie wpadł na jego trop. Najprawdopodobniej pochodzi z tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego roku – mówił dalej Reede. – Wielka szkoda, że nie ma ramy. Na podstawie ramy można wiele powiedzieć. Zakładam, że Robles nie byłby zbyt znany, gdyby wrócił i pracował na południu Hiszpanii. Ale jeśli ten obraz jest rzeczywiście jego autorstwa, a ja sądzę, że tak właśnie jest, to został on namalowany w rozkwicie jego możliwości twórczych, przed wybuchem wojny. Wystarczy rzucić okiem na kolorystykę, surrealistyczną narrację, żartobliwy ton. To dzieło jest naprawdę niezwykłe. Teraz rozumiem, dlaczego w tamtym czasie był tak wysoko ceniony.

– Co mu się przytrafiło? – spytał Lawrie.

– Wojna, panie Scott, wojna mu się przytrafiła. Istnieje kilka hipotez odnośnie do jego dalszych losów. Zgodnie z jedną z nich Izaak Robles udał się na północ, by przyłączyć się do sił republikańskich, gdy wojska generała Franco posuwały się wolno od południa. Nigdy nie znaleziono jego grobu, ale w tamtym czasie było to na porządku dziennym. On pochodził z południa, z Andaluzji, i przez pewien czas mieszkał i pracował w Maladze, raczej bez większych sukcesów. Jeździł do Madrytu i do Barcelony, jest tam kilka jego litografii, raczej niezbyt wysokiej klasy.

– Rozumiem.

– Ale w czasie kiedy zrobiono to zdjęcie, Robles nie był tak bardzo zaangażowany w wojnę. Malował wtedy naprawdę dobrze. Porzucił idealizm, figuratywność i zaczął malować w całkiem innej estetyce. Na kilka miesięcy przed rozłamem Hiszpanii stworzył dzieło, które wywołało prawdziwe wrzenie. Było zatytułowane Kobiety w pszenicznym łanie. Słyszał pan o nim?

– Nie.

Reede zawrócił w kierunku drzwi i mogłabym przysiąc, że spojrzał prosto na dziurkę od klucza. Zesztywniałam.

– Nie jest jakoś szczególnie dobrze znany, ale to wyjątkowy obraz – odezwała się Quick, a wtedy Reede się do niej odwrócił. Moje sięgające zenitu emocje stopniowo opadły.

– Dlaczego jest taki niezwykły? – spytał Lawrie.

– Przeprowadziłem małe dochodzenie – zaczął Reede, zanim jeszcze Quick zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. – Wiemy, że Robles sprzedał Kobiety w pszenicznym łanie w Paryżu, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zrobiono to zdjęcie. Pośredniczył w tym człowiek, który nazywał się Harold Schloss.

– Rozumiem – powiedział Lawrie. Nawet przez dziurkę od klucza zdołałam zauważyć, że czuł się nieswojo.

– Dzieło na pewien czas trafiło do Nowego Jorku, a teraz wisi w galerii Peggy Guggenheim w Wenecji. Sam je tam widziałem – mówił dalej Reede – i mogę stwierdzić, że Kobiety w pszenicznym łanie mają bardzo wiele cech wspólnych z pańskim obrazem. Cóż za niesamowita tekstura. – Dotknął krawędzi malowidła. – Czasami myślę sobie, że Robles zostałby geniuszem, gdyby mógł dalej rozwijać swój talent.

– Dlaczego?

– Nie zawsze łatwo jest to wytłumaczyć. Otóż większości artystów często udaje się osiągnąć mistrzostwo tylko w ograniczonym zakresie, potrafią być na przykład wielkimi wizjonerami, ale technicznie malują bardzo słabo albo są w stanie stworzyć parę doskonałych, zdumiewających obrazów, a potem z jakiegoś powodu malują coraz gorzej i nie umieją wyjść z impasu. Wynika to z tego, że malarze ci nigdy nie pobierali klasycznych lekcji rysunku i kompozycji, a potem większość z nich nie potrafi tych braków samodzielnie nadrobić. Z drugiej strony, istnieją malarze doskonale przygotowani technicznie, świetni rysownicy, którzy nie mają za grosz wyobraźni i dlatego nigdy nie stworzą żadnego zakrojonego na wielką miarę dzieła. Naprawdę bardzo rzadko można spotkać artystę, który łączy w sobie wszystkie te cechy i umiejętności. Tak było z Picassem, powinien pan zobaczyć jego wczesne prace. To oczywiście subiektywna opinia, ale uważam, że Robles też był tego rodzaju malarzem. W przypadku pańskiego obrazu jego niezwykły talent objawia się jeszcze wyraźniej niż w dziele Kobiety w pszenicznym łanie. Niektórzy krytycy uważają, że jego nieliczne prace mają wydźwięk polityczny, inni zaś zaliczają je do arcydzieł eskapizmu. I na tym właśnie to polega: wybitne dzieła są ciągle odczytywane na nowo i nigdy się nie starzeją. Robles też miał tę cechę. Jego sztuka wciąż oddziałuje z wielką siłą, widz nigdy się nie nudzi, odkrywa w nim ciągle coś nowego. Co więcej, nawet na poziomie najprostszej zmysłowej recepcji jego malarskie wizje są prawdziwą ucztą dla oczu bez popadania w sentymenty i banał.

– Ale przecież nie potrafi pan udowodnić, że ten obraz namalował Robles – powiedziała Quick.

Reede zmrużył oczy i spojrzał na nią.

– W tej chwili nie, Marjorie. Ale są przecież sposoby. Robles namalował także inne obrazy. Trzeba będzie je odnaleźć, zestawić z nimi płótno pana Scotta i porównać. Pańska matka, z tego, co zrozumiałem, niedawno odeszła, panie Scott?

– Zgadza się.

– Zastanawiam się... Jak pan myśli, czy miała może jakieś kwity?

– Kwity?

– Tak, potwierdzające zakup. Na przykład nabycie obrazu.

– Nie była tego rodzaju kobietą, która przechowywałaby pokwitowania, panie Reede.

– Wielka szkoda. – Reede zamyślił się, patrząc na obraz. – Wszelkie dokumenty związane z zakupem dzieła bardzo by się przydały. Pytam o proweniencję obrazu nie tylko na wypadek, gdyby chciał go pan sprzedać, ale chociażby wystawić...

– Wystawić? – zapytała Quick.

Reede znowu spojrzał na nią spod zmrużonych powiek.

– Zgadza się. Pytam o to, panie Scott, ponieważ w grę mogą wchodzić różne kwestie prawne. 

– Mógłby pan doprecyzować? – poprosił Lawrie. W jego głosie wyczuwało się narastający strach.

Quick zgasiła papierosa.

– Może nie ma potrzeby teraz w to wchodzić, panie Reede. W Instytucie Skeltona nigdy nie było w zwyczaju urządzać wystawy jednego obrazu...

– Zapewne jest pan świadomy, co działo się w latach trzydziestych w Europie z wybitnymi dziełami sztuki, panie Scott – przerwał jej Reede. – Wiele z nich zaginęło. Niemcy zdejmowali je ze ścian w galeriach sztuki, zabierali z prywatnych domów...

– Ten obraz nie został skradziony – powiedział Lawrie.

– Mówi pan o tym z taką pewnością...

– Bo jestem tego pewien. Moja matka nigdy by niczego nie ukradła.

– Ja wcale nie sugeruję, że to zrobiła. Ale przecież mogła kupić skradziony obraz. Robles był Hiszpanem, o ile nam wiadomo, pracował wyłącznie w Hiszpanii, chociaż jego obrazy były sprzedawane w Paryżu. Czy pana matka miała jakieś związki z Hiszpanią?

– Nie mam na ten temat wiedzy.

– Cóż. Są różne hipotezy. Dzieła sztuki wędrowały dość swobodnie po Europie w tamtych czasach. Harold Schloss był znanym wiedeńskim marszandem specjalizującym się w malarstwie z początku dwudziestego wieku. Skoro to on sprzedał Kobiety w pszenicznym łanie, mamy prawo założyć, że również inne dzieła Roblesa mogły przechodzić przez jego ręce. Schloss miał galerię w Paryżu, więc niewykluczone, że pański obraz trafił do niego mniej więcej w tym czasie.

– Z Hiszpanii do Paryża?

– Prawdopodobnie. W tym czasie Robles już wrócił do Malagi, więc może Harold Schloss odwiedził go właśnie tam. Handlarze sztuki potrafią dotrzeć wszędzie, jeśli tylko zwęszą, że ktoś ma talent.

– To wszystko tylko domysły, panie Scott – mruknęła Quick. – Jedna z możliwych interpretacji zdarzeń...

– Wielu właścicieli galerii w Paryżu było żydowskiego pochodzenia – ciągnął Reede. – Nie znam dokładnie losów Schlossa, musielibyśmy to jeszcze zbadać, ale w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim, kiedy naziści okupowali Paryż, zlikwidowali całą masę takich biznesów, a właścicieli internowali przed wysłaniem ich do... cóż, obozów koncentracyjnych. Wielu obrazów nigdy nie odzyskano. Inne zostały ukryte, by pojawić się po latach w różnych dziwnych miejscach. Mogły to być na przykład sklepy ze starzyzną. Walizki. Stare tunele kolejowe. Pchle targi.

Zapadła cisza. Stałam za drzwiami i starałam się nie oddychać.

– Jezus Maria – powiedział Lawrie.

– Po wojnie wzięci do niewoli Niemcy twierdzili, że sporo dzieł po prostu spalili. To oczywiste bzdury. Ukradli zbyt wiele, żeby móc to potem wszystko unicestwić. I doskonale wiedzieli, co robią. Zdawali sobie świetnie sprawę z wartości malowideł, nawet jeśli twierdzili, że nie przystają one do nowej estetyki Rzeszy.

– Jak pan myśli, co się stało z Haroldem Schlossem? – spytał Lawrie.

Reede wyglądał na poirytowanego.

– Tak jak powiedziałem, będę musiał bliżej się temu przyjrzeć.

– Ten obraz nie został skradziony – powtórzył Lawrie.

– Tego nie można być pewnym, przynajmniej nie na tym etapie. W pierwszej połowie dwudziestego wieku na rynku sztuki panował prawdziwy chaos i wciąż jeszcze odzyskujemy różne dzieła. Sztuka zawsze była wykorzystywana do rozmaitych celów, nie tylko dla przyjemności. Posługiwano się nią dla wywarcia presji politycznej albo handlowano nią dla chleba.

– Rozumiem. – Lawrie przeczesał palcami włosy.

– Prowadzę rozmowy z przedstawicielem Fundacji Guggenheima, który powinien być bardzo pomocny w kwestii ustalenia, jakie dokumenty dotyczące Izaaka Roblesa są w ich posiadaniu, rzecz jasna o ile takowe w ogóle mają. Mogłyby one rzucić więcej światła na nasz obraz.

Lawrie wolno wypuścił powietrze z płuc.

– Dziękuję, pomyślę – powiedział. Podszedł do sztalug, żeby zdjąć z nich obraz, ale Reede wyciągnął rękę, by go powstrzymać.

– Nie sądzi pan, panie Scott, wziąwszy wszystko pod uwagę, że obraz będzie bezpieczniejszy tutaj? Mamy stróży nocnych i system alarmowy. Boję się, że w Surrey...

– Kryminalnej stolicy świata?

W tym momencie wtrąciła się Quick:

– Czy zawiadomienie o śmierci pana matki pojawiło się w gazetach?

– Tak.

To mnie zdziwiło, bo jacy ludzie zawiadamiają w gazetach, że ktoś zmarł?

– Właśnie tego rodzaju informacje przyciągają złodziei dzieł sztuki – powiedział Reede. – Rabusie sądzą, że zmarła osoba była w posiadaniu jakichś cennych rzeczy i kombinują, jak je buchnąć. – Słowo „buchnąć” w ustach Reede’a zwróciło moją uwagę. Gdyby wyraziła się tak Pamela, nie byłabym zdziwiona. – Wiem, że to, co mówię, brzmi trochę jak nie z tego świata, ale mimo to proszę nam pozwolić zaopiekować się pańskim obrazem. U nas będzie bezpieczniejszy.

Reede był naprawdę sprytny – uprzejmy, ale stanowczy, autorytarny, a jednocześnie gotowy do ustępstw – wszystko w jednym.

– Dobrze – zgodził się Lawrie. – Może tu zostać jeszcze przez pewien czas.

– Bardzo panu dziękuję. Naprawdę. Dam znać, jak tylko czegoś nowego się dowiem. Cieszę się, że powierzył pan tę sprawę właśnie Instytutowi Skeltona.

– Czy mógłbym zatrzymać to zdjęcie? – zapytał Lawrie, trzymając w ręku sfatygowaną fotografię.

Reede wyglądał na zaskoczonego.

– Zatrzymać? – powtórzył.

– Do czasu naszego ponownego spotkania. Chciałbym mu się bliżej przyjrzeć.

– Marjorie poprosi pannę Rudge albo pannę Bastien, żeby zrobiły dla pana kserokopię.

Na dźwięk mojego nazwiska ciarki przeszły mi po plecach. Przeraziłam się, co będzie, jak Reede zobaczy, że stoję pod drzwiami. A mimo to nie mogłam stamtąd odejść.

– Jestem pewien, że ta fotografia jest oryginalna, panie Scott – powiedział Reede – i dlatego nie mogę jej panu udostępnić. Marjorie, dobrze się czujesz?

Quick aż podskoczyła.

– Co pan powiedział?

– P r o s i ł e m, żebyś poleciła którejś z dziewcząt, żeby zrobiła panu Scottowi kserokopię tego zdjęcia.

Quick podniosła się i wzięła od Lawrie’ego fotografię. Trzymała ją czubkami palców, nawet na nią nie spojrzała. Odskoczyłam od dziurki od klucza i tak prędko, jak umiałam, zaczęłam się oddalać w głąb korytarza.

Ale nie byłam wystarczająco szybka.

– Odelle? – Quick mówiła niskim, cichym głosem. Zatrzymałam się i odwróciłam, z ulgą odnotowując, że zamknęła za sobą drzwi. – Chodź tutaj – powiedziała.

Zbliżyłam się do niej, zawstydzona.

– Podsłuchiwałaś? – spytała. Ponieważ zauważyłam w jej oczach błysk rozbawienia, nie widziałam powodu, żeby kłamać. W końcu przyłapała mnie, jak chyłkiem starałam się oddalić pustym korytarzem.

– Przepraszam. Proszę, niech pani...

– Podobno nie wypada zaglądać do pokojów przez dziurki od klucza.

– Tak, wiem.

Spojrzała na fotografię, którą trzymała w ręku i znieruchomiała.

– Myślisz, że miał talent? – zapytała.

– Tak uważam. Wierzy pani, że ten obraz rzeczywiście namalował Izaak Robles?

Wcisnęła mi fotografię do rąk.

– Skoro Reede tak twierdzi, to musi być prawda. W końcu to on jest ekspertem. A poza tym wygląda na to, że nasz obraz jest tym samym, który widać na fotografii. A ty co o tym myślisz?

– Ja nie jestem ekspertem.

– Niepotrzebny mi żaden cholerny ekspert, Odelle. Chcę się tylko dowiedzieć, czy obraz ci się podoba. To nie jest żaden test.

Wyglądała na wyczerpaną, zauważyłam, że drżą jej lekko ręce.

– Ten obraz wytrąca mnie z równowagi.

Quick oparła się o ścianę.

– Mnie też. Burzy mój spokój.

– Ale jest piękny.

– Temat obrazu jest bardzo złożony i tylko z pozoru niewinny.

– Co pani przez to rozumie?

– Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten obraz kryje w sobie dodatkowe treści, do których nie mamy dostępu. Nie możemy się do nich dostać, wiemy tylko, że tam są.

Przyjrzałam się uważnie fotografii. Była czarno-biała, pomięta, lekko ubrudzona, z wyraźną plamą w lewym dolnym rogu. Wyglądała tak, jakby wiele przeszła. A jednak postaci uchwycone na zdjęciu były dosyć wyraźne: mężczyzna i kobieta stojący przed dużym, na wpół ukończonym płótnem. Wnętrze przypominało warsztat. Mężczyzna zidentyfikowany jako Robles nie miał na sobie marynarki, a rękawy jego koszuli były zrolowane. Z ust wystawał mu papieros. Nie uśmiechał i patrzył prosto na fotografa. Miał gęste, lekko kręcone włosy i ciemne brwi, szczupłą twarz, przyjemnie uwypuklone kości policzkowe i mocne, krępe ciało. Nawet w tej wyjętej z minionego czasu chwili jego oczy przykuwały uwagę, a spojrzenie było bardzo zdecydowane. Trzymał w ręku paletę pokrytą najróżniejszymi pigmentami. Jego ciało zwrócone było w kierunku aparatu. Mężczyzna wydawał się butny, pewny siebie i wyzywający.

Kobieta po jego prawej stronie wyglądała na szczęśliwą. Miała szczery, naturalny wyraz twarzy – w rzeczywistości najprawdopodobniej była jeszcze nastolatką, ale na tych starych fotografiach dziewczęta zawsze wyglądają nad wiek poważnie. Tak naprawdę kobieta widoczna na zdjęciu śmiała się – dlatego prawie nie było widać jej mocno zmrużonych oczu. Była radosna i swobodna, a to zawsze sprawia, że nawet osoba o przeciętnej urodzie wydaje się piękna. Jej przylegające do głowy włosy były ufryzowane w drobne fale w stylu lat trzydziestych, ale wymykały się spod kontroli, jakby nie zależało jej na dopieszczonym wyglądzie. Kobieta wskazywała na obraz i trzymała w ręku pędzel.

– Kim ona jest? – zapytałam.

Quick zamknęła oczy.

– Może jego muzą. Albo po prostu modelką.

– On wygląda jak Paul Newman, tyle że o urodzie południowca – powiedziałam, na co Quick zareagowała śmiechem.

Fotografia mną wstrząsnęła. Opowiadała jakąś niesamowitą historię. Odwróciłam zdjęcie i z drugiej strony, pośród licznych śladów upływającego czasu, w dolnym lewym rogu dostrzegłam ręcznie napisane dwie litery: „O” i „I”.

– Widziała to pani? Co oznaczają te dwie litery? – zapytałam. – Czy „I” to Izaak?

Ale Quick nagle straciła ochotę do dalszych spekulacji.

– Niech pani wreszcie przestanie tu tkwić i wpatrywać się w tę fotografię, panno Bastien. Nie mamy zbyt wiele czasu. Proszę pójść i skopiować ją dla pana Scotta. No już.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[9] W oryginale sztuka Becketta nosi tytuł Play.

[10] Ska – muzyka taneczna z Jamajki, popularna w latach sześćdziesiątych.