Miłość w czasach dyskontów - Daniel Koziarski - ebook
Opis

Dziś jest dobry moment na miłość – możliwe, że kolejnego już nie będzie.

Oliwia ma trzydzieści siedem lat. Po średnio udanym doświadczeniu emigracyjnym na Wyspach zdążyła dorobić się w Polsce narzeczonego, pracy w korporacji i mieszkania na kredyt. Na jej życiu ciążą jednak trudne doświadczenia z przeszłości, które nie pozwalają cieszyć się kolejnymi osiągnięciami i zbliżającym się wielkimi krokami ślubem.

Oliwia zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę wciąż przed czymś ucieka, a jej życie zatrzymało się wiele lat temu, pewnego styczniowego dnia.

Autor we właściwym sobie, nasyconym goryczą stylu uświadamia, że życie daje wiele szans na podjęcie decyzji i tylko od nas zależy, czy zdążymy je wykorzystać.

Angelika Zdunkiewicz, www.lustrorzeczywistosci.pl

Historia Oliwii pokazuje, że każdy chce kochać i być kochanym, czasami za wszelką cenę. Miłość często okazuje się towarem deficytowym, dlatego ludziom zdarza się ją zastępować substytutami. „Miłość w czasach dyskontów” to historia o pustce, bylejakości w uczuciach i samotności, jaką odczuwamy nawet wtedy, gdy wokół nas są ludzie.

Marta Mrowiec, www.martamrowiec.pl

Miłość w czasach dyskontów” to jedyny w swoim rodzaju portret ludzkiej egzystencji – tak kruchej i bezwiednie przeciekającej między palcami. Daniel Koziarski w sposób nader osobliwy pokazuje, że każdy człowiek samodzielnie decyduje o własnym losie i tylko od niego zależy, jak trwały będzie grunt, po którym przyjdzie mu kroczyć przez życie.

Miłka Kołakowska, www.mozaikaliteracka.pl

Daniel Koziarski. Urodził się w 1979 roku w Gdyni. Z zamiłowania jest pisarzem, z zawodu prawnikiem. Zadebiutował w 2007 roku powieścią „Kłopoty to moja specjalność, czyli kroniki socjopaty”. Później wydał m.in. „Zbrodnie pozamałżeńskie” napisane w duecie z Agnieszką Lingas-Łoniewską, „Kobietę, która wiedziała za mało” i „Ciemnokrąg”. Lubi podróżować, wracać do starych komiksów i w sposób zjadliwy komentować rzeczywistość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 353

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Maj 2017

Na cztery dni, które pozostały do ślubu, i dokładnie na tydzień przed trzydziestymi ósmymi urodzinami, Oliwia nie była już właściwie niczego pewna. Miała tylko jedno pragnienie – chciała, żeby ktoś zatrzymał czas, tak jak pauzuje się film, na którego oglądanie straciło się nagle ochotę.

Tak, właśnie tak – zatrzymał go, a nie tylko spowolnił jego upływ, bo cóż znaczyłoby jeszcze parę dodatkowych dni czy nawet tygodni, w których wciąż byłaby tak samo daleko, a może jeszcze dalej, od odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Przecież każdy dzień, a teraz może nawet każda kolejna godzina, zamiast porządkować sytuację, przybliżać ją do jakiejkolwiek prawdy, przymnażał wątpliwości i wzmagał panikę. Temu poczuciu calkowitego zagubienia nie towarzyszyła zarazem chęć, żeby „było już po wszystkim”, bo przecież, do cholery, tu chodziło o jej życie i… całą resztę.

Była emocjonalnie wyczerpana i przytłoczona od nadmiaru przemyśleń, rachunków sumienia i impulsów. Każda konkluzja, którą przynosiły głębokie, trwające bez końca analizy, prędzej czy później obracała się w pył i była zastępowana przez inną, mniej lub bardziej odmienną od poprzedniej. W efekcie ogarnął ją decyzyjny bezwład, a w jej głowie panował mętlik.

Ostatnio uciekała w pracę, starając się zagłuszyć wszelkie wątpliwości. Bezskutecznie. Teraz, bijąc się z myślami, wzięła urlop na żądanie, bo zmęczyły ją dziwne spojrzenia i pytania, które mnożyły się w ostatnich dniach. Miała wrażenie, że nie są podyktowane troską o nią, ale stanowią wyraz zgryźliwości. Czuła się jak mucha zamknięta w pułapce, której wyrywa się kolejno skrzydełka i odnóża, pytając jednocześnie z troską, jak się czuje i czy można jej jakoś pomóc. Z drugiej strony wiedziała, że była przewrażliwiona i nie chciała się skompromitować zbyt emocjonalną czy infantylną reakcją ani ulec pokusie jakiejś nadmiernej wylewności.

Ale samotność była równie złym pomysłem. Postanowiła zaprosić do siebie Filipa. Ostatnio sporo rozmawiali na fejsie, a ona nie szczędziła mu szczegółów. Wiedział więc na bieżąco, co się u niej dzieje i jakie rozterki przeżywa.

– Co robisz dzisiaj? – spytała.

– To znaczy… kiedy konkretnie?

– No… na przykład teraz? – I nie czekając na jego odpowiedź, zaproponowała, czy raczej zarządziła: – Wpadnij na śniadanie. Smażę naleśniki. Pankejksy konkretnie. Full wypas. Ser, syrop klonowy, banany, bakalie.

Filip poczuł się trochę niezręcznie, choć przecież w jej propozycji nie było niczego niestosownego. Wcześniej zjadł tylko symboliczne śniadanie, bo zaspał i musiał szybko się ogarnąć, żeby zdążyć na rozprawę w Gdańsku, więc nie pogardził dodatkowym poczęstunkiem.

Nawet jeśli był on tak naprawdę, co podejrzewał, pretekstem do „dania głównego” – wiwisekcji Oliwii.

Miał umówione spotkanie z potencjalnym klientem, ale postanowił je przełożyć z „ważnych powodów służbowych”. Przecież nie mógł mu powiedzieć, że prawdziwym powodem są pankejksy u najlepszej przyjaciółki. Tamten i tak zrobił mu karczemną awanturę i oznajmił, że znajdzie sobie innego, bardziej wiarygodnego prawnika. Życie nie znosi próżni. Ale Filip nie miał wątpliwości, że Oliwia cholernie go w tej chwili potrzebuje i ona musi być dla niego priorytetem, a on dla niej oparciem. Znał ją w końcu od czasów liceum i doskonale potrafił wyczuć, kiedy i jak wejść w rolę najlepszego przyjaciela. Dwadzieścia kilka lat przyjaźni, której nie skruszył ani czas, ani okresy milczenia i rozłąki, ani niesprzyjające im okoliczności, ani osoby trzecie, ani życiowe dramaty, ani niuanse codzienności.

Choć znał Oliwię bardzo długo, to jednak czasem przyłapywał się na pewnej bezradności. Wciąż potrafiła go zaskakiwać swoimi wyborami czy zachowaniami. Jej życiu towarzyszył jakiś element niepewności, której sama była źródłem. Wydawało mu się wtedy, że wiedział o niej tak naprawdę dużo mniej, niż zakładał. Było w tym coś fascynującego i niepokojącego zarazem.

– Słuchaj… Stało się coś? – spytał.

Nie chodziło mu o to, żeby wyrażać jakiś szczególny niepokój, nie oczekiwał, że zaraz wszystko mu streści – po prostu miał nadzieję usłyszeć coś więcej, zanim się u niej pojawi.

– Nie, nic się nie stało – podkreśliła, by za chwilę dorzucić: – Jeszcze się nie stało. Wiesz… Chciałam tylko porozmawiać o… Właściwie to o wszystkim.

– O wszystkim… – powtórzył, a potem zamilkł na chwilę.

Kiedy oznajmił, że będzie u niej w ciągu pół godziny, westchnęła z ulgą i rozłączyła się. Właściwie to zapewne w czasie tych fejsowych, coraz bardziej jałowych pogawędek powiedział jej już wszystko, co miał do powiedzenia, ale mimo to liczyła, że osobista rozmowa z nim przyniesie jej ulgę, a jego mądrość zadziała jak drogowskaz czy inspiracja.

A może po prostu nie chciała być sama. Może bała się samotności w momencie, w którym ważyła się jej przyszłość i miała podjąć ostateczną decyzję.

Usłyszała w radiu, że zmarł Robert Miles. Nigdy szczególnie nie obchodził ją Robert Miles, choć oczywiście kojarzyła to nazwisko z kilku chwytliwych, ale niezbyt wyrafinowanych przebojów z lat dziewięćdziesiątych.

Teraz jednak, kiedy z głośnika popłynęła jego piosenka One & One ze słowami: The sky isn’t always blue/The sun doesn’t always shine/It’s alright to fall apart sometimes1, zebrało jej się nagle na płacz.

Z litości nad sobą.

– Ja pierdolę. Jesteś cholernie żałosna! – skarciła się za reakcję na ten kiczowaty impuls do kolejnego przypływu melancholii, ale łzy same płynęły jej teraz z oczu.

Sięgnęła po chusteczkę, żeby doprowadzić się do porządku. Tknęło ją, żeby poszukać czegoś na temat tego kawałka. W Wikipedii natrafiła na słowa Milesa o tym, że powinniśmy próbować dotrzeć do sedna tego, czym jest czas. Tymczasem niekiedy brak nam czasu nawet na refleksję nad tym, co się dzieje w naszym życiu.

Dobrze, zatem spróbujmy, postanowiła.

A potem pomyślała jeszcze, że jak tak dalej pójdzie, to na dzień przed ślubem będzie analizować piosenki Scootera pod kątem swoich emocjonalnych rozterek.

1 Robert Miles, One & One (B. Steinberg/R. Nowels/M.C. D’Ubaldo).

Kwiecień 2014

Rumun Liviu mieszkał w Gdyni od niemal dziesięciu lat, a od niemal siedmiu pracował w PPR International. Starsi pracownicy nazywali pieszczotliwie korporacyjny kolektyw Polską Partią Robotniczą z szeregowymi pracownikami obsadzonymi w zaszczytnej roli „przodowników pracy”, podlegającymi „kierownictwu” wyznaczającemu jedynie słuszne kierunki rozwoju, ale większość była zbyt młoda, by pamiętać czasy czy tym bardziej genezę PRL-u.

Oliwia na początku nie zwracała na Liviu uwagi, ale podczas jednej z integracyjnych imprez poznała go bliżej i spodobały jej się cierpkie, ironiczne komentarze, które ze znakomitym wyczuciem wplatał w rozmowę, jego specyficzne poczucie humoru, wreszcie otwartość i rozległość zainteresowań, które sięgały od Eurowizji po poezję Miłosza.

Tak naprawdę nikt nie wiedział, ile Liviu ma lat, a on nie chciał o tym mówić. Mógł mieć zaawansowaną dwudziestkę, a równie dobrze już jakiś czas temu skończyć czterdziestkę. Z racji jego pochodzenia żartowano, że jest doskonale zachowanym przyjezdnym wampirem, który w swoim znajdującym się na Wzgórzu Świętego Maksymiliana mieszkaniu wysysa, toczy i magazynuje polską, a więc najwyższej jakości, choć zbyt chętnie jednak przelewaną, krew.

Ten dzień zaczął się podobnie jak inne matrycowe korporacyjne dni, ale zakończył jednak trochę w niespodziewany sposób, niewątpliwie smutnym dla wielu akcentem.

Liviu złożył wypowiedzenie, o czym oznajmił Oliwii i jeszcze paru zaufanym osobom drżącym głosem.

Kończył się pewien etap historii, więc nie tylko samego Liviu ogarnęło wzruszenie i melancholia. Chociaż w takich miejscach nie istnieje pojęcie constansi kolejni korpożołnierze znikają z frontu, dźgnięci zdradziecko przez przełożonych w plecy lub wycięci serią z HR-owskiego karabinu maszynowego, tudzież odchodzą na własne życzenie naiwnie szukać szczęścia i spełnienia gdzie indziej, niejednokrotnie w bliźniaczo podobnych, naznaczonych tymi samymi patologiami miejscach.

– Znalazłeś nową pracę? – bardziej stwierdziła, niż spytała Oliwia, kiedy po godzinach poszli na kawę. – Dlaczego nic nie powiedziałeś?

– Nie, nie znalazłem – zaprzeczył natychmiast. – Po prostu postanowiłem coś zmienić.

– Coś zmienić? Wiesz, to bardzo poważna decyzja. Nie boisz się o swoją przyszłość?

– Czego mam się bać? Przyszłość i tak jest jasna. Wszyscy w końcu umrzemy, kochanie.

– Ale czy to na pewno dobry moment?

– Nigdy nie będzie dobrego momentu. Sama przecież wiesz.

Pomyślała, że ostatnią konkluzją trafił w sedno. Zazdrościła mu tej odwagi. Gotowości do zmierzenia się z impasem i przewidywalnością. Przekonania, że trzeba wyjść poza strefę komfortu i przyzwyczajeń i wywrócić ten stolik zwany własnym życiem do góry nogami.

Tak, należało to zrobić właśnie w ten sposób – trochę gwałtownie, bez przesadnego namysłu i zabezpieczenia, bez tych ciągnących się w nieskończoność podchodów, analiz zysków i strat, bez wyrzucania sobie braku rozsądku i zapobiegliwości, niekończących się porównań z innymi, roztaczania ponurych scenariuszy, w których zamiast nowych możliwości pojawiających się na horyzoncie królować będzie destabilizacja i niepewność jutra.

Z drugiej strony zadawała sobie pytanie, ile w tym zachowaniu było poddania się jakiemuś impulsowi, a na ile wynikało ono jednak z przemyślanej decyzji. Ostatecznie granice nie są wcale takie oczywiste. Impuls nie zawsze przecież wyrasta ze spontaniczności, czasem jest efektem zbierających się w człowieku latami przemyśleń i emocji, które w pewnym momencie znajdują gwałtowne ujście.

A co, jeśli i mnie zastanie tutaj czterdziestka? – pomyślała sobie.

Zaczęła mu się znowu uważnie przypatrywać, po raz nie wiadomo który próbując zgadnąć jego wiek. Jej natrętny wzrok wprawił go w wyraźne zakłopotanie.

– Masz jakiś pomysł na życie? – odezwała się. – Wybacz, ale zawsze kojarzyłeś mi się z tym miejscem… I jakoś nie wyobrażam sobie, że… – urwała.

Popatrzył na nią dobrotliwie, z wdzięcznością. Zdobył się na subtelny uśmiech.

– Wyobraźnia nie jest od tego, żeby nas ograniczać. Wszystko będzie w porządku, zobaczysz. To nie koniec świata. Poza tym odłożyłem trochę pieniędzy.

– I co, zamierzasz teraz żyć z oszczędności? – Skrzywiła twarz.

– Nie. Zamierzam otworzyć restaurację. Włoską pizzerię – odpowiedział.

Zaśmiała się głośno, w ostatniej chwili powstrzymując się przed lekceważącym machnięciem ręką.

– Nie żartuję – stwierdził z przekonaniem.

– Włoską?

– No przecież nie otworzę rumuńskiej pizzerii. Mam już nawet nazwę: Giuseppe. Tylko nie mów nikomu, dobrze? Bo jeszcze ktoś mi podbierze pomysł.

Jeśli faktycznie nie żartuje, to zwariował, pomyślała wtedy.

– Nie powiem – obiecała mu. – Pod warunkiem że zrobisz wielkie otwarcie, na które mnie zaprosisz.

– Moja droga, to przecież oczywiste – stwierdził i mrugnął do niej porozumiewawczo okiem. – Zrobię otwarcie z wielką pompą. Będzie tyle darmowej pizzy, że zanim zacznę, już zbankrutuję.

Nagle przyszło jej do głowy, że może w tym wszystkim chodzi o coś więcej. Że może z jakiegoś powodu zdecydował się zakończyć swoją polską przygodę i wrócić do Rumunii, do rodzinnej Transylwanii.

Nigdy wcześniej nie zwierzał się z takiego pomysłu, ale ogólnie, mimo gadatliwości, był człowiekiem niezwykle skrytym, który wolał rozmawiać o innych niż o sobie. Szczególnie nie lubił opowiadać o swoich problemach czy rozterkach.

– Nie chcę dziwnie zabrzmieć, ale… Na pewno wszystko z tobą w porządku, Liviu?

– Mój Boże. Przestań, bo zaraz poczuję się winny! – Pokręcił głową, udając oburzenie. – Popatrz na zewnątrz. Świat jest piękny, tylko trzeba to piękno dla siebie odkryć. I zobaczyć nowe możliwości. Byle nie było na to za późno!

Odpowiedziała mu uśmiechem. Zamyśliła się, bo nagle naszła ją osobista refleksja.

Czy dla niej nie było już za późno?

I co to w takim przypadku znaczy? Kiedy w ogóle następuje moment, którego nie wolno przegapić? Czy decydują o tym raczej obiektywne, czy subiektywne kryteria? I jak go w ogóle uchwycić, żeby nie obudzić się z ręką w nocniku?

Listopad 2013

Oliwia poleciała wraz z przyjaciółką Kamilą na kilka dni do norweskiego Bergen. Skłoniły ją do tego pełne zachwytów opinie znajomych oraz te, które znalazła w internecie. Rzeczywiście, okazało się, że miasto nie było w żaden sposób przereklamowane. Nadmorskie, malownicze położenie, hanzeatyckie nabrzeże wraz z pocztówkową zabudową, spora liczba atrakcji rozrzuconych w niedalekiej odległości od siebie – wszystko razem sprawiało, że jego eksploracja była czystą przyjemnością. Poza tym Bergen nazywano „bramą do fiordów”. Oliwia wraz z Kamilą zamierzały skorzystać z tej możliwości i udać się w rejs statkiem, żeby doświadczyć tych niezwykłych widoków, z których słynęła Norwegia.

Kiedy Oliwia szykowała się do wieczornego wyjścia na spacer, niespodziewanie zadzwonił telefon.

Matka zwykle starała się nie niepokoić jej podczas wyjazdów, więc tym bardziej, ilekroć Oliwia widziała, że dzwoni, kiedy ona jest poza granicami kraju, zaraz nabierała przekonania, że tym razem na pewno stało się coś złego. Ostatecznie zwykle chodziło o pierdoły, ale tym razem jednak instynkt jej nie zawiódł.

Zanim matka przemówiła, westchnęła ciężko, a potem wyrzuciła z siebie:

– Policja zatrzymała Janka!

– Co? – spytała z niedowierzaniem Oliwia.

Od razu przyszło jej na myśl, że znowu wdał się w jakąś historię z narkotykami.

– Boże, kiedy jechał do Warszawy na ten marsz, czułam, że coś się stanie! – powiedziała matka.

– Ale to w związku z Marszem Niepodległości? Powiesz mi wreszcie, o co chodzi?! – dociekała Oliwia.

– Podobno rzucił się na policjanta. Tak przynajmniej twierdzi policja. On mówi, że był prowokowany, że spokojnie szedł i został wyciągnięty z tłumu. Że policja potrzebowała chłopca do bicia i trafiło na niego.

On zawsze jest prowokowany! – pomyślała Oliwia ze złością o młodszym o dziesięć lat bracie, który – odkąd sięgała pamięcią – był źródłem rozmaitych kłopotów dla siebie, rodziny i otoczenia.

– Postawiono mu zarzuty? – spytała.

– Nie. Jeszcze nie – odpowiedziała Anna.

– Skontaktuj się z jakimś adwokatem. Nie wiem, co jeszcze możesz dla niego zrobić… – W tonie Oliwii pobrzmiewała obojętność.

– Może powinnaś wrócić? – spytała matka tonem, w którym pozorna prośba mieszała się z zaznaczonym wyraźnie oczekiwaniem.

– Dlaczego miałabym wracać? Niech wypije piwo, którego sobie nawarzył – odpowiedziała z irytacją Oliwia.

– Wiesz, że tu nie chodzi tylko o niego. Jestem z tym sama… – rzekła z wyrzutem i teatralną bezradnością matka. – Nie wiem, co robić…

Oliwia obawiała się tego argumentu. Po śmierci swojego męża, a ojca Oliwii, matka ciągle szukała pretekstów i sposobów, żeby angażować ją w swoje życie, włączać do swoich problemów i rozterek.

Córka miała do niej pretensje o to, że stosuje wobec niej szantaż emocjonalny. Nawet jeśli czasami nie miał on charakteru bezpośredniego, to faktycznie coraz częściej matka sięgała po takie argumenty czy po takie słowa, żeby wzbudzić w Oliwii poczucie winy. W ten sposób kruszyła w niej opór i rozbijała pewną asertywność.

Oliwia była wściekła, ale najczęściej ulegała. Może właśnie dlatego była zła na matkę – bo musiała się przed sobą przyznać do pewnej bezradności wobec niej.

– Jesteś tam? – Głos Anny wyrwał ją z rozmyślań.

Oliwia miała ochotę się rozłączyć, ale powstrzymała się przed tym impulsem. Wolała być męczona przez matkę, niż sama męczyć się poczuciem, że ją w ten sposób uraziła.

– Masz kontakt do tego adwokata, który ostatnio pomagał Jankowi? – podpowiedziała matce.

– Gdzieś mam… – przyznała tamta.

– Nazywa się Jacek Bednarczyk. Ma kancelarię na Świętojańskiej, ale nie pamiętam dokładnie pod jakim numerem. Chyba przy Empiku. Wyszukać ci czy sobie znajdziesz?

– Poradzę sobie. – Głos matki zdradzał pretensje. – Kiedy wracasz?

– W piątek.

– Dopiero? Mówiłaś, że jedziesz tylko na kilka dni.

– No bo poleciałam na kilka dni – odpowiedziała ze złością Oliwia.

– A co, jak zastosują wobec niego tymczasowe aresztowanie? – spytała strapiona matka.

– Nie wiem! Nie jestem prawnikiem! Idź do tego adwokata. Nie ma czasu do stracenia.

Anna westchnęła, a potem, zanim się rozłączyła, postanowiła jeszcze wbić córce szpilę:

– Baw się dobrze!

– Ja pierdolę! – rzuciła głośno poirytowana Oliwia.

Kamila wróciła z zakupów i zauważyła, że jej koleżanka jest czymś wyraźnie przybita. Zapytała, co się stało, a Oliwia otworzyła się i nie tylko powtórzyła przebieg rozmowy z matką, ale i wylała na zewnątrz wszystkie swoje żale.

– Zamierzasz wrócić? – spytała ostrożnie Kamila.

– Już i tak mam popsuty urlop – odpowiedziała Oliwia, a potem zamilkła.

Widać było, że się zastanawia, ale to wahanie trwało krótko. Nagle podniosła się i oznajmiła zdecydowanym tonem:

– Wiesz co? – Zacisnęła zęby. – Nie wracam. I zamierzam z pobytu tutaj wycisnąć jak najwięcej.

Ale gdzieś tam, w głębi duszy wiedziała, że jeszcze nic nie jest przesądzone. Matka nie powiedziała przecież ostatniego słowa, żeby postawić na swoim i ściągnąć ją do Polski, a bieg wydarzeń, szczególnie w takim przypadku, był nie do przewidzenia.

Październik 2016

Niedzielny, uroczysty obiad u mamy. Tradycja, która od śmierci ojca, z przerwą na pobyt Oliwii w Londynie, stała się szczególnie ważna. W zależności od nastroju i okoliczności, czasem Oliwia traktowała ją jako męczący obowiązek, a innym razem jako w gruncie rzeczy przyjemny, stały, integrujący rodzinę punkt każdego tygodnia.

Z perspektywy Oliwii istotne było również to, że skoro matka mogła liczyć na jej regularną obecność w niedzielę, to czasem odpuszczała dłuższe spotkania w ciągu tygodnia. Oliwia zawsze bowiem mogła się wykręcić mówiąc coś w stylu: „Jestem mocno zajęta. Będę w niedzielę, to wszystko ci opowiem, mamo”.

Dzisiaj spotkali się w składzie czteroosobowym. Matka, Oliwia z Adamem i Janek. Humory wszystkim dopisywały, a rozmowy, przynajmniej na początku, dotykały neutralnych tematów, nie budząc niezdrowych emocji i kontrowersji. Zawsze jednak w towarzystwie, nawet najmniejszym, można było liczyć na kogoś, kto złamie tę zasadę i zepsuje, lub przynajmniej nadpsuje, atmosferę. Czasem nie trzeba było otwierać nawet pola do konfrontacji, wystarczała z pozoru niewinna uwaga czy drobna złośliwość.

– Byłem wreszcie w tej twojej pizzerii – rzucił nagle w kierunku Oliwii Janek.

– Jakiej pizzerii? – Spojrzała na niego nieco skonfundowana.

– No w Giuseppe – dopowiedział. – Tej, którą otworzył twój kumpel.

– No i?

– Ty, ale to nie jest Włoch! – zawołał i zarechotał. To był ten charakterystyczny głupi śmiech, który dobiegał często wieczorami spod jej bloku, kiedy skrzykiwała się osiedlowa „brać półgłówkowa”, żeby pić piwo i wymieniać swoje ważkie przemyślenia.

– Przecież ci już wspominałam, że to Rumun – przypomniała. – Naprawdę, gdybyś czasami posłuchał, co do ciebie mówię, nie traciłbyś czasu na dokonywanie wielkich odkryć.

– Rumun, he, he – zaśmiał się zgryźliwie Janek. – Widziałem go. Cygan jakiś, a może uchodźca raczej.

– Przestań… Nie mów tak o nim. – Popatrzyła na niego zażenowana. – Przynajmniej nie w moim towarzystwie.

Również matka rzuciła synowi karcące spojrzenie. Tylko Adam miał kamienną twarz, starając się zachować neutralność.

Oliwia miała mu często za złe tę – skrytą za parawanem dobrych manier – bezemocjonalność i asekuranctwo. Ludzie strachliwi czy bez wyrazu lubią paradować w szatach obiektywizmu. To żadna cnota, ale słabość.

– I jak, smakowała ci pizza? – wtrącił się nagle Adam, jakby tym banalnym pytaniem zamierzał rozładować napięcie.

– Nie, chujowa… – odparł Janek.

– Nie wyrażaj się… – skarciła go matka. – Zjedzcie więcej zupy, no, weźcie sobie, proszę.

– Smakuje jak jakaś dyskontowa – ciągnął tymczasem Janek, krzywiąc się. A potem dodał jeszcze rozbawiony: – Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że właśnie stamtąd ją kupuje, a jacyś Cyganie udający Włochów niby ugniatają ciasto przy piecu dla zmyłki.

– Pewnie odebrało ci apetyt, gdy się okazało, że jada tam pełno obcokrajowców zamiast hajlujących łysoli, wykrzykujących po każdym kęsie: Czołem wielkiej Polsce! Sorry, ale tych szukaj w kebabach.

– Ty i te twoje multi-kurwa-kulti! – syknął w jej kierunku. – Dobrze, że to ścierwo się u nas na dobre nie zalęgnie. Nie ma tutaj warunków, żeby wzrastać jak na pedalskim, demoliberalnym Zachodzie.

– Przestańcie! – zaprotestowała gwałtownie Anna. Drobna piąstka uderzyła w stół, aż naczynia zatrzęsły się na pięknym białym, uprasowanym obrusie.

Sam jesteś ścierwo, przeszło przez głowę zdenerwowanej Oliwii, kiedy utkwiła nienawistne spojrzenie w bracie.

Chciała się podnieść, oznajmić wszystkim, że straciła apetyt, ale wolała nie robić scen, bo to do niej w ostatecznym rozrachunku matka miałaby później pretensje.

– I jak, otwierasz ten swój warsztat? – odezwał się znowu Adam, zwracając się do Janka i zmieniając w ten sposób temat.

Nawiązywał do tego, że Janek zapowiadał wcześniej odejście wraz z kolegą z pracy z warsztatu samochodowego, w którym pracował, i założenie wraz z nim, w charakterze wspólnika, własnej działalności.

– Chciałbym. Ale nie jest tak łatwo się usamodzielnić – westchnął ciężko Janek. – Na to potrzeba przecież pieniędzy.

W tym momencie, bez zbędnej dyskrecji, przeniósł porozumiewawczo wzrok na matkę.

Jej uciekające spojrzenie zdawało się mówić w odpowiedzi: To nie jest dobry czas, żeby rozmawiać na ten temat.

Ale Oliwia wiedziała już, co się święci. Matka nie potrafiła odmówić mu pomocy, choć ciągle dawał jej mnóstwo powodów, żeby wątpiła w uczciwość jego intencji i z dużą dozą wątpliwości traktowała wszelkie jego deklaracje. Wiedziała, że jej brat postawi na swoim i wyciśnie z niej po raz kolejny pieniądze. Oliwia widziała w tym nie tyle naiwność matki, co głęboką niesprawiedliwość.

W końcu był jej syneczkiem, któremu się nie powiodło i za którego niepowodzenia chętnie brała współodpowiedzialność. Matka też lubiła powoływać się na przypowieść o synu marnotrawnym, wierząc, że któregoś dnia Janek wyjdzie na ludzi. Oliwia przypominała jej wtedy o serialu Ballada o Januszku, który wspólnie przed laty oglądały.

W tej przedłużającej się ciszy Anna przeniosła wzrok na Adama, swojego – miała nadzieję – przyszłego zięcia. Oliwia wiedziała, że matka za nim po prostu przepada, że już na początku niezwykle skutecznie wkradł się w jej łaski. W końcu reprezentował wszystkie pożądane u wymarzonego zięcia cechy, jakich wyczekiwać mogła starzejąca się, gorzkniejąca polska matrona, która chciała „dobrze wydać córkę za mąż”. Przede wszystkim odnosił się do niej z niemal czołobitnym szacunkiem. I ogólnie był szarmancki, nienaganny w sferze manier, no i – co miało przecież znaczenie – przystojny i elegancki, czyli reprezentacyjny. W dodatku był szanowanym lekarzem z dobrego domu, który potrafił się ładnie wysławiać lub szybko dostosowywać do rozmówcy, kiedy zachodziła taka potrzeba.

Nie przeszkadzało jej nawet, że ma już nastoletniego syna. Ostatecznie dla Anny najważniejsze było to, że nie był rozwodnikiem.

Adam też zdawał się ją lubić, czego wyrazem były nie tylko komplementy kierowane bezpośrednio pod jej adresem, ale i sposób, w jaki wyrażał się o niej w rozmowach z Oliwią.

Ale Oliwia nie wiedziała już sama, na ile jego słowa były szczere, a na ile stanowiły element wyuczonej czy taktycznej kurtuazji.

W ogóle miała niemały kłopot z rozgryzieniem Adama. Czasem, obserwując go, nie potrafiła się pogodzić z tym, że inteligentny człowiek może tak idealnie dopasowywać się do innych, jak gdyby sam był pozbawiony właściwości. Często zachowywał się, jakby nikomu nie chciał przeszkadzać, nikomu nie chciał się narażać. Człowiek – tło. Na początku znajomości taka zdolność adaptacyjna może jej pasowała czy wręcz imponowała, ale później ten jego brak wyrazistości zaczął ją uwierać.

Boże, jakiż ten konwencjonalny gorset był przewidywalny i irytująco staroświecki.

Kiedy zwierzała się ze swoich myśli przyjaciółkom, raczej stawały w jego obronie, mówiąc, że niekonfliktowość, szczególnie w tych czasach, jest bardzo pożądaną cechą. Ale Oliwii coraz częściej kojarzyła się z miałkością i co gorsza – z nudą. Do tego stopnia, że nieraz prowokowała Adama do zajęcia stanowiska, do opuszczenia bezpiecznych pozycji, do kłótni wręcz.

Chciała wiedzieć o nim więcej. Pod tą maską dobrych manier musiała kryć się jakaś właściwość, jakiś kształt.

Co będzie, jeśli się jej oświadczy?

Coraz bardziej bała się nie tyle pytania, czy za niego wyjdzie, ile swojej reakcji na nie.

Listopad 1994

Oliwia podjęła ostatnią próbę przekonania rodziców. Anna była pomysłowi córki nieco mniej niechętna niż mąż, ale to jemu pozostawiła ostatnie słowo. Zresztą Oliwia widziała w zachowaniu matki pewien schemat – kiedy trzeba było wyegzekwować od niej posłuszeństwo czy wyperswadować jej jakiś pomysł, lubiła się wysługiwać i zasłaniać Aleksandrem, nie chcąc być tą złą.

– Tato, nie wiem, dlaczego robisz z mojego wyjścia taki wielki problem… – Oliwia nie mogła pogodzić się ze sprzeciwem ojca.

– Powiedziałem ci już. Masz piętnaście lat. To trochę za mało, żeby włóczyć się po koncertach – odpowiedział oschle, siląc się na spokój.

– Ale przecież to tylko koncert w Gdańsku!

– Nie, nie… Powiedziałem ci już, że to mi się nie podoba. Mam jakieś złe przeczucia.

– Dużo rzeczy ci się nie podoba, wiesz? A ja mam się tylko uczyć i zdobywać dobre oceny. Nic mi się nie należy od życia? – Zebrało jej się na płacz.

– Oliwka, to nie fair… – Spojrzał na nią z wyrzutem.

– Co jest nie fair? – ryknęła. – Chodzę do najlepszej szkoły w Trójmieście, a może i w Polsce. Nic nie robię, tylko się uczę.

– Robisz to dla siebie i dla swojej przyszłości – podkreślił obruszony jej uwagami.

– Ale to wy nalegaliście na…

– To chyba oczywiste, że chcemy, żebyś była jak najlepiej wykształcona, że nam na tobie zależy – przerwał jej. – Teraz może masz pretensje, ale kiedyś nam za to podziękujesz. Jak kiedyś będziesz miała własne dzieci, zrozumiesz nas.

– Tato, to tylko koncert Golden Life, a potem wspólne oglądanie rozdania nagród MTV. Będzie spokojnie – argumentowała.

– Nie znam żadnego Golden Life – podkreślił Aleksander. – A rozdanie nagród możesz potem obejrzeć w telewizji.

– Ty nic nie rozumiesz. – Tupnęła nogą. – Chodzi o to, żeby miło spędzić czas w towarzystwie znajomych.

– Są inne sposoby spędzania czasu ze znajomymi – odburknął. – Poza tym mamy środek tygodnia. Przecież jutro idziesz do szkoły! Nie masz jakichś lekcji do odrobienia?

– Odrobiłam już z myślą o koncercie. A poza tym jutro jest w szkole spokojny dzień.

– Będziesz miała jeszcze wiele okazji…

– Kilkoro moich kolegów i koleżanek ze szkoły będzie na tym koncercie! Jakoś do nich rodzice mają zaufanie! – podkreśliła, a potem rzuciła błagalnie: – Tato, zgódź się, proszę!

– Oliwia, już mnie nie denerwuj. Powiedziałem ci, że nie podoba mi się ten pomysł. Jak nie masz co robić, to pomóż matce.

Spojrzała na niego z ogromnym wyrzutem i wybiegła do swojego pokoju. Usłyszał trzaśnięcie drzwiami, a potem głośny płacz. Niewzruszony machnął tylko ręką i przeszedł do salonu. Rozsiadł się na kanapie, sięgnął po gazetę i zatopił się w lekturze.

Tymczasem Oliwia, wtulona w poduszkę, powtarzała sobie, jak bardzo nienawidzi rodziców i swojego życia. Zastanawiała się, czy nie postawić na swoim i nie uciec z domu na koncert, zostawiając rodzicom wiadomość, żeby się nie martwili. I choć bała się konsekwencji tak zamanifestowanego nieposłuszeństwa, to mocno korciło ją, żeby wreszcie zrobić coś, czego nikt się po niej nie spodziewał. Pokazać, że nie będzie wiecznie grzeczną, dobrze ułożoną dziewczyną godzącą się na rzeczywistość, jaką zaprogramowali dla niej rodzice. Dać im do zrozumienia, że jeśli nie będą liczyć się z jej zdaniem, to stać ją, żeby i tak postawić na swoim. Jednak tym razem, mimo żalu, złości i frustracji, które zamiast ustępować, nasilały się, postanowiła odpuścić. Po prostu stwierdziła, że jeszcze nie jest gotowa na to, by rzucić im tak prowokacyjnie rękawicę.

Włączyła sobie kasetę Midnight Flowers Goldenów i żeby zająć czymś uwagę, zaczęła czytać zbiór opowiadań nieznanego jej autora Andrzeja Sapkowskiego, którą to książkę pożyczył, a właściwie wcisnął jej kolega z klasy, podkreślając, że z miejsca pokocha postać wiedźmina Geralta.

Nagle ktoś pociągnął za klamkę i otworzył drzwi. W progu stał mały Janek, uśmiechając się do niej zawadiacko.

Tym razem, zamiast go przegonić, popatrzyła na niego z czułością.

– Choć tu, mój ty mały towarzyszu niedoli – zwróciła się do niego z uśmiechem i zapraszająco przywołała dłonią.

Wrzesień 2015

Oliwia nie wiedziała, czy się cieszyć, czy nie, że przepisana maść na grzybicę nie zadziałała. Wcześniej na jej brzuchu i piersiach pojawiły się zmiany rumieniowo-złuszczające i stara lekarka, wyraźnie mająca problem z rozpoznaniem przypadłości, poleciła jej stosowanie środka na grzybicę.

A więc to jednak nie to! – pomyślała.

Ale zarazem ogarnął ją niepokój, co właściwie jej dolega, skoro nawet tak doświadczona dermatolog wydawała się zakłopotana swoją niewiedzą.

Anita, koleżanka z pracy, poleciła jej dermatologa – Adama Bronowskiego, przyjmującego prywatnie w centrum Gdyni.

– Facet ma głowę na karku, jest miły i w dodatku przystojny – zachwalała Anita.

Oliwia nie chciała jej pytać, z czym do niego trafiła, zwłaszcza że Anita miała dość wątpliwą reputację.

Oliwia skorzystała z rekomendacji i teraz kręciła się nerwowo na krześle w poczekalni, gotowa w każdej chwili dać nogę, byle tylko odroczyć tę kłopotliwą rozmowę. Przed nią było co prawda tylko kilka osób, ale wizyta każdej z nich przedłużała się w nieskończoność. W takich przypadkach nigdy nie wiadomo, czy bardziej gadatliwy jest lekarz, który próbuje urozmaicić sobie czas lub po prostu zabawić pacjenta rozmową, czy też sam pacjent, który podczas jednej wizyty chce załatwić kilka do kilkunastu tematów.

Z nudów Oliwia dopisywała w myślach historie przypadłości do poszczególnych osób. A potem pomyślała ze współczuciem o Bronowskim, który nie tylko musi to wszystko oglądać, ale bywa, że i dotykać (co z tego, że przez rękawiczkę).

Minęło kolejne pół godziny, podczas której Oliwia, nie mogąc już wysiedzieć, zdążyła zapoznać się z zawartością wszystkich ulotek, obwieszczeń i plakatów na korytarzu. Wreszcie nadeszła jej kolej. Zapukała na wszelki wypadek i usłyszawszy „proszę”, weszła niepewnym krokiem do gabinetu.

– Dzień dobry – rzuciła nieśmiało.

– Dzień dobry – odpowiedział jej Bronowski, uśmiechając się promiennie.

Teraz mogła zweryfikować pozytywnie słowa Anity. Był wysokim brunetem o nieco pociągłej, szlachetnej twarzy, z zauważalnym dołkiem w brodzie, który dodawał mu niewątpliwego uroku. Przynajmniej w oczach Oliwii. W jego spojrzeniu kryła się jakaś uważność połączona ze spokojem. To ważne, że od razu wzbudził jej zaufanie.

– Co panią do mnie sprowadza w ten miły wieczór? – spytał.

Opisała mu, tak plastycznie, jak się dało, jak wygląda wysypka na brzuchu i piersiach. Opowiedziała o poprzedniej diagnozie i nieskuteczności zastosowanego środka.

– Niestety, przez ubranie niczego nie zobaczę – rzucił żartem, który ją speszył.

To pewnie standardowy żart dermatologa wypowiadany niemal przy każdej okazji, pomyślała sobie.

Denerwowała się, rozmyślając, czy każe jej pokazać piersi, czy też do postawienia diagnozy wystarczy mu brzuch. Nie miała jakichś szczególnych kompleksów z powodu swoich piersi, ale trudno jej się było obnażyć przed obcym facetem, nawet jeśli to lekarz.

Wskazał jej kozetkę. Usiadła, zdjęła bluzkę i koszulkę, pozostawiając stanik. Popatrzył badawczo na jej ciało, na razie z pewnej odległości. Bezskutecznie próbowała wyczytać coś z jego twarzy. On tymczasem włożył rękawiczki, przybliżył się do niej i dotknął zmian w kilku miejscach.

– To nie wszystko… – bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Są jeszcze na piersiach – przyznała.

– To proszę pokazać – rzucił.

Chciała zapytać, czy to naprawdę konieczne, ale uznała, że byłoby to głupie pytanie, więc westchnęła, by dodać sobie odwagi, i drżącymi dlońmi uwolniła się ze stanika.

Jego ledwie kilkusekundowe spojrzenie w jej odczuciu trwało nazbyt długo.

– Może się pani ubrać – polecił jej i wrócił za biurko.

– I co pan wypatrzył, panie doktorze? – spytała niepewnie.

– Łupież różowy Giberta – stwierdził tajemniczo.

Popatrzyła na niego skonfundowana, zastanawiając się, czy sobie z niej żartuje. A on, jakby czytając w jej myślach, dopowiedział poważnym tonem:

– To naprawdę się tak nazywa, uwierzyłaby pani? To jest takie dziwactwo, niby niegroźne, ale na pewno niekomfortowe. Mam dla pani złą wiadomość – zmian będzie przybywać i będą się złuszczały. Ale mam też dobrą wiadomość – nie pojawią się na twarzy, więc nikt, no, może poza mężem czy partnerem, nie musi o tym wiedzieć.

Nie mam męża, chciała powiedzieć, ale ugryzła się w język.

– Ile to wszystko potrwa? To znaczy… Cały ten bałagan na mojej skórze?

– Około miesiąca – poinformował ją. – Trochę się pani pomęczy, trochę poswędzi. Zapiszę pani maść do smarowania, żeby z tym swędzeniem coś zrobić. No i polecę mydło, szampon – takie, żeby nie irytowały skóry.

A potem coś tam nagryzmolił na recepcie i osobnej kartce, na której dał jej instrukcje, i podał jej te papierki.

Kiedy już miała zbierać się do wyjścia, zauważyła na jego biurku Uległość Houellebecqa.

Nie uszło jego uwadze, że zatrzymała na tej książce wzrok.

– Wszyscy znowu mówią o Houellebecqu, więc sam muszę się przekonać, czy to prorok, czy oszust i prowokator – stwierdził.

Chciała coś odpowiedzieć, ale nic mądrego nie przychodziło jej na myśl, więc na wszelki wypadek odpowiedziała tylko uśmiechem. W takich momentach wyrzucała sobie, że ostatnio zdecydowanie za mało czyta i dlatego zachowawczo podchodzi do wszelkich dyskusji o literaturze. Tym bardziej teraz, kiedy była pod wpływem stresu, mogło się to zakończyć kompromitacją.

Podziękowała, pożegnała się i wyszła, przeklinając w duchu, że nie stać ją było na nawiązanie dłuższej rozmowy z tym sympatycznym facetem.

Może dlatego, że wyobraziła sobie, jakkolwiek idiotycznie by to nie zabrzmiało, że patrząc jej w oczy, wciąż tak naprawdę widzi jej pokryte wysypką piersi.

Listopad 1999

Mniejsza o tę cholerną mikroekonomię i matematyczne zawiłości, których Oliwia do końca nie ogarniała, a które miał jej dzisiejszego popołudnia, i być może wieczoru, wyjaśnić Szymon, kolega z roku.

No dobra, tutaj w ogóle nie chodziło o mikroekonomię.

Kiedy zaprosił ją do swojego lokum w sopockim akademiku, targały nią sprzeczności. Z jednej strony cieszyła się, że zrobił krok we właściwym kierunku, czuła się podekscytowana perspektywą spotkania. Wcześniej robił jakieś podchody w jej kierunku, a ona dawała mu do zrozumienia, że jego uwaga nie tylko jej nie przeszkadza, ale wręcz jest mile widziana, i w dość oczywisty sposób zachęcała do odważniejszych kroków. Z drugiej zaś strony teraz obawiała się, żeby jednak nie przeszarżował, gdy już będą sam na sam.

Kiedy podkreślił, że jego kumpel Arek wróci dopiero jutro wieczorem, zaczęła się zastanawiać, czy próbował ją w ten sposób na coś przygotować, czy była to tylko pozbawiona głębszego podtekstu informacja, że będą mieli trochę prywatności.

Nie o to chodzi, że nie chciała. Wręcz przeciwnie – jej wyobraźnia skutecznie rozbudzała pożądanie i podsycała seksualny apetyt. Po prostu znajomość z Szymonem wydawała się obiecująca i bała się, że jego nagła natarczywość czy nieodpowiednie zachowanie zdyskwalifikują go w jej oczach i wszystko skończy się, zanim tak naprawdę się zacznie. Może jednak powinna była nalegać na bardziej neutralne miejsce? Choć teraz za późno na zmianę planów – z całą pewnością coś takiego nie zostałoby przez niego dobrze odebrane.

A może, pomyślała, czasem, zbyt często, niepotrzebnie pozwalała, by jakieś przesadne analizy pozbawiały jej młodość smaku nieskrępowanej radości i spontaniczności. Winiła za to liceum i rodziców, którzy usztywnili i sformatowali jej nastoletnie lata. Wciąż krępował ją gorset zachowawczości, nieufności i jakiejś etykiety, mimo że zaraz na początku studiów postanowiła go zrzucić.

Z pewnością studia szybko pozwalały jej nabrać pewności siebie, niezależności w myśleniu i samodzielności, ale wciąż przyłapywała się na tym, że tkwi w dawnych schematach myślowych. Odczuwała ten paraliżujący strach przed konsekwencjami nieodpowiedzialności. Ciągle się zastanawiała, co rodzice powiedzieliby na taki czy inny jej postępek.

Tak właśnie było dzisiaj – radość ustępowała pod wpływem jakichś dziwnych wątpliwości.

Kiedy wpisała się do zeszytu w recepcji i wyjaśniła urzędującej starszawej kobiecie, że idzie odwiedzić kolegę z roku pod dziesiątką, ta nie odezwała się ani słowem. Ale jej wzrok mówił wszystko. Oliwia poczuła, że myślała o niej jak o młodej kurewce, która nie może przeżyć dnia bez rozłożenia nóg.

Stanęła przed drzwiami i zapukała. Te otworzyły się i pojawił się w nich Szymon. Włosy miał podżelowane, był gładko ogolony i pachniał wodą po goleniu.

– Cześć – powiedziała Oliwia, uśmiechając się do niego. – Jestem trochę wcześniej. Mam nadzieję, że to nie problem…

– Hej. Spoko. Wejdź, proszę. – Odwzajemnił uśmiech i uczynił zapraszający gest dłonią, robiąc jej przejście.

Weszła do środka i ucałowali się po przyjacielsku.

– Trochę tu ogarnąłem, ale jeszcze sporo brakuje do ideału – stwierdził lekko zawstydzony, widząc, jak ona rozgląda się wokół.

Musiała się z tym zgodzić, ale zaśmiała się tylko dobrotliwie i wyrozumiale.

– To Arek jest bałaganiarzem, ja tu tylko sprzątam – usprawiedliwiał się. – Może gdybyś mi dała te dodatkowe piętnaście minut…

Przejął od niej płaszcz i powiesił na wieszaku w zdezelowanej, odrapanej szafie, która mogła pamiętać jeszcze czasy Gierka.

– Naprawdę, nie przejmuj się – odrzekła, kładąc swój mały plecak na podłodze.

Oliwia rozglądała się wciąż z zainteresowaniem, tylko nieco bardziej dyskretnie, kątem oka. Pokój był dwuosobowy, stosunkowo przestronny, z łóżkami ustawionymi przy ścianach i biurkiem wciśniętym pomiędzy nie, w centralnym miejscu pod oknem. Pełną symetrię zakłócały nieco kradnące cenną powierzchnię szafy i komoda. Całość uzupełniały łazienka i aneks kuchenny.

– W sumie żyje się tu nie najgorzej, ale mało jest prywatności – stwierdził, wzdychając. – A Arek niestety często ma towarzystwo. Jak potrzebuję spokoju i ciszy, to przyznam, że trochę mnie to wszystko drażni. Na szczęście jest czytelnia i tam chodzę się uczyć.

– Nie myślałeś o tym, żeby coś wynająć? – zapytała.

– Wiem od chłopakow, że na stancjach też nie ma luksusów – odrzekł. – Ale mam oczy i uszy otwarte. Jak się trafi coś sensownego za fajną cenę, odbijam stąd.

Oliwia niegdyś rozważała studia poza Trójmiastem. Chodziło o to, żeby uwolnić się spod opieki rodziców, zaznać pełni niezależności. W ostatecznym rozrachunku argument finansowy, wzmocniony kwestią doraźnego komfortu, przeważył szalę na korzyść miejscowej uczelni.

Czasem, po kolejnej kłótni z rodzicami, wracała do niej myśl o przeniesieniu się na inną uczelnię. Zbyt mocno jednak Oliwia wrosła w swój rok, szczególnie w swoją grupę, żeby myśleć teraz, na poważnie, o tego rodzaju wolcie.

– Napijesz się czegoś? – spytał, wyrywając ją z rozmyślań.

– Chętnie. Może jakiejś herbaty?

– Wstawię wodę. – Podniósł się i ruszył pędem w kierunku kuchni.

Próbowała sobie wyobrazić, jak wygląda życie tutaj, i przychodziła jej do głowy niewygoda i niepraktyczność takiego rozwiązania na dłuższą metę. Może na początku jest trochę frajdy we wspólnym pomieszkiwaniu, dzieleniu jakiejś beztroski, ale przecież potem zaczyna się zwykła codzienność, pojawiają się obowiązki, ujawnia się potrzeba odrębności. Czy zatem wspólne mieszkanie staje się walką o każdy centymetr, czy może nerwową grą w stawianie współlokatora przed faktami dokonanymi? Czy sztuka kompromisów była w takim miejscu w ogóle możliwa?

Za chwilę dobiegł ją głos Szymona:

– Mam czarną, czarną i czarną. Jaką wybierasz?

– Czarną – odrzekła rozbawiona. – Bez cukru.

– Ale potem i tak będę ci słodził! – zapowiedział głośno.

– Nie mam nic przeciwko temu – stwierdziła zadowolona, a potem dodała: – Pozwolisz, że przygotuję w tym czasie notatki.

– No tak, w końcu po to się tutaj spotykamy – rzucił niby ze zrozumieniem, a może dał w ten sposób wyraz rozczarowaniu.

– No nie tylko! – odparła.

Natychmiast wyszedł z aneksu i stanął przed nią rozpromieniony.

– To już brzmi lepiej! – zawołał, a potem, po chwili wahania, zapytał nieco bełkotliwie: – Czy gdybym powiedział, że to taka nasza pierwsza specyficzna randka, zaprotestowałabyś?

Przez moment patrzyła na niego uważnie, z sympatią. Nie musiał tego zaznaczać, ale skoro już to zrobił, wypadało jej odpowiedzieć. Tym bardziej że wydawał się teraz mocno zmieszany, pewnie żałując swojego głupiego, nieudolnie sformułowanego pytania. Więc odpowiedziała:

– Nie.

Wtedy dał się słyszeć gwizdek czajnika.

Saved by the whistle.

– O cholera! – zawołał. – Muszę wracać, żeby tyle pary nie poszło w gwizdek!

*

Zaledwie po godzinie mało produktywnej nauki, pełnej nienaukowych dygresji, postanowili zaczerpnąć świeżego powietrza i poszli na spacer Monciakiem. Na dworze zrobiło się ciemno i… romantycznie. Sopocka promenada mieniła się przyjaźnie i zachęcająco rozświetlającymi drogę kolorami świateł i szyldów.

– Jesteś głodna? – spytał z troską w głosie.

– Nie – odpowiedziała. – Ale jeśli ty jesteś, możemy coś zjeść.

Przechodzili akurat obok pizzerii, więc – żeby nie tracić zbyt dużo czasu na rozglądanie się za właściwym miejscem, weszli do środka i wzięli margheritę na spółkę.

Do akademika wrócili z winem. Żeby mikroekonomia wchodziła łatwiej i weselej.

Wino, jak to wino, jeszcze bardziej rozluźniło atmosferę. Oliwia pomyślała, że zawsze można je potem winić, jeśli sprawy przybiorą oczekiwany/nieoczekiwany obrót (niepotrzebne skreślić).

Leżeli razem na łóżku. W pewnym momencie przyciągnął ją do siebie i zaczął całować. Najpierw delikatnie, żeby wybadać jej reakcję, a potem coraz śmielej, skoro już nie tylko nie oponowała, ale wydawała się go zachęcać do dalszych poczynań.

Wciąż jednak musiał się czuć niepewnie, bo nagle rzucił zakłopotany:

– Powiedz mi, kiedy…

– Kiedy co? Kiedy masz przestać? – zachichotała.

– No… – Spojrzał na nią z lekką konsternacją.

Zamiast odpowiedzieć słowami, zaczęła mu rozpinać guziki koszuli, dając w ten sposób do zrozumienia, że może iść na całość. Teraz, kiedy zniknęły wątpliwości, ulotniły się też ostatnie zahamowania. Zaczęli się rozbierać w pośpiechu, trochę niezdarnie.

– Bierzesz tabletki? – szepnął jej w pewnym momencie do ucha.

Poczuła jego gorący, przyspieszony oddech.

– Nie – odpowiedziała trochę zmartwionym głosem.

– Spokojnie – odrzekł, mrugając do niej okiem. – Jako przezorny student jestem przygotowany.

Wstał, podszedł do biurka w bokserkach, które wyglądały teraz komicznie, jak mały namiot, i z szuflady wyciągnął prezerwatywę. Zdjął wreszcie bokserki i stanął przed nią nago, odsłaniając naprężonego, znajdującego się w stanie bojowej gotowości penisa. Założył na niego kondom i położył się obok niej. Kiedy znowu zaczęli się całować, ona pieściła go dłonią.

Patrząc w oczy, zdjął jej majtki, które do tej pory oddzielały ją od kompletnej nagości. Nie miał wątpliwości, że w jej spojrzeniu odbijało się pożądanie.

Była bardziej niż gotowa na jego przyjęcie. Pragnęła go całą sobą.

Kiedy ją posuwał, nie hamowała się przed wydawaniem z siebie na wpół dzikich odgłosów zadowolenia, mając gdzieś, czy ktoś ją usłyszy i co sobie o niej pomyśli.

Potem leżeli obok siebie długo i rozmawiali.

Tak bardzo potrzebowała kogoś, z kim czułaby się nieskrępowana i po prostu szczęśliwa. Kogo obecność uspokajałaby ją, a jednocześnie powodowała przyspieszone bicie serca.

Pomyślała wtedy, że to wszystko przyszło zbyt łatwo, i nagle ogarnął ją jakiś podskórny niepokój.

Wrzesień 2001

Pogoda wciąż dopisywała, ale sezon powoli się kończył. Nastał wrzesień i park rozrywki Eight Suns nie był czynny codziennie, jak w lipcu i sierpniu, ale już tylko w weekendy. Pracy było mniej, na szczęście jednak dzięki znajomym Oliwia, która wybrała departament Foods, mogła w ciągu tygodnia dorabiać w dziale Retail, przy sprzątaniu sklepów i magazynów oraz inwentaryzacjach.

Ale miała coraz bardziej dość intensywnej pracy i kolejnych nadgodzin. Chociaż wciąż bywało wesoło i sympatycznie, do tego stopnia, że czasem zacierały się granice między tym, czy było się w parku pracownikiem, czy klientem, zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki, a perspektywa powrotu zaczęła zaglądać w oczy. „Wakacje życia” powoli dobiegały końca.

Tymczasem Oliwia, o ile dzięki programowi Work & Travel zasmakowała Stanów – zakochując się w nich z miejsca, o tyle tak naprawdę nie skorzystała w ogóle z możliwości podróżowania, pozostając cały czas w stanie Connecticut, w którym mieszkała i pracowała.

Toteż kiedy niespodziewanie Ela i Michał – para studentów z Polski, również uczestników programu – zaproponowali jej, żeby przyłączyła się do wycieczki nad słynny wodospad Niagara, dokąd zamierzali się udać wynajętym samochodem, ochoczo zadeklarowała swój udział. Potem jeszcze dokooptowali Litwina Mindaugasa i zaczęli planować szczegóły.

Oliwia wolała co prawda zobaczyć Nowy Jork, który poznała jedynie z perspektywy lotniska i międzystanowej trasy, jaką przebyła Greyhoundem, ale miała nadzieję, że przed powrotem do Polski będzie miała jeszcze okazję to zrobić. Może nawet w tym samym gronie, jeśli wycieczka nad Niagarę się uda.

Wyruszyli bardzo wcześnie rano. Prowadził Michał, którego miała podmienić za kółkiem Ela. Pogoda i humory im dopisywały. Z radia sączyły się melodyjne amerykańskie piosenki, których większości nie była w stanie rozpoznać. Wymieniali anegdoty, żarciki i obserwacje, dzieląc się swoimi doświadczeniami i przeżyciami z pracy w parku. Każde z nich żałowało, że czas pobytu w Stanach dobiega końca.

Oliwii nie było jednak nadmiernie smutno z tego powodu, bo coraz bardziej tęskniła za Szymonem, który mimo jej namów nie zdecydował się wziąć udziału w programie Work & Travel, ale też nie miał nic przeciwko temu, żeby ona skorzystała z tej możliwości.

Jakoś po dziewiątej muzyka zamilkła. W radiu pojawiły się niepokojące newsy, niemające większego sensu fragmenty katastroficznych informacji, których znaczenia nie byli w stanie pojąć. W skupieniu nie pomagał Michał, który angielski znał bardzo słabo i teraz jedynie nerwowo, trochę odruchowo, przerzucał kolejne stacje w poszukiwaniu piosenek. Ela skarciła go, że zajmuje się radiem, zamiast koncentrować się na drodze.

Oliwia miała wrażenie, jakby kolejni spikerzy zapowiadali jakieś filmy. Mindaugas, siedzący z tyłu, obok Oliwii, miał wyraźnie pobladłą twarz.