Miłość pod okiem trenera - Dominika Smoleń - ebook + książka
BESTSELLER

Miłość pod okiem trenera ebook

Dominika Smoleń

3,4

Opis

Julia nie czuła się dobrze w swoim ciele. Krytyczne myśli i oceny wpędziły ją w kompleksy,  ale mogły doprowadzić do czegoś gorszego – depresji. Dziewczynie wydawało się, że za wszystkie porażki w jej życiu odpowiadają nadprogramowe kilogramy. Pewnego dnia przyjaciółka namawia ją, by poszła na zajęcia fitness. Julka nie spodziewa się, że ten krok odmieni jej życie – właściwie odmieni je brunet z ciałem herosa, który nie wyobraża sobie dnia bez sportu i zdrowego odżywiania… 

„Miłość pod okiem trenera” to nie tylko powieść dla niegrzecznych dziewczynek, to przede wszystkim historia, która poruszy niejedną czytelniczkę i pozwoli uwierzyć w siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 247

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (234 oceny)
71
45
47
52
19
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
cytrynkanikolinka

Nie polecam

Większego ścierwa dawno nie czytałam. Bohaterka jest edytorką książek i przyznam, pod względem edytorskim książka nie jest zła - pod każdym innym tak. Bohaterowie do poprawki - problemy poruszone w książce są spłycone i przedstawione w bardzo powszechny sposób. Dialogi nierzeczywiste i przesadzone, a o fabule żal wspominać - nie ma sensu marnować na to słów.
30
fitmag80

Z braku laku…

mdła..
20
agulas1234

Nie polecam

bardzo infantylna
10
karolina170602

Nie polecam

Słabo napisany tekst, ciężko się czyta. Historia niezbyt ciekawa. Dotrwałam do końca licząc na poprawę, ale nic tego ...
10
aniaszpaniel1

Nie polecam

Zazwyczaj nie czytam opinii przed przeczytaniem książki. Tym razem żałuję, co tu się odj**ło. Książka tak spłycona, że chwilami miałam wrażenie że czytam jakieś podloty 12 latki. Zdecydowanie nie polecam.
10

Popularność




Copyright © by Dominika Smoleń, 2021Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2022All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Aneta Grabowska

Korekta: Aneta Krajewska

Zdjęcie na okładce: © by sakkmesterke/123rf

Projekt okładki: Marta Lisowska

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek, [email protected]

Ilustracje przy nagłówkach: © by pngtree.com

Wydanie I - elektroniczne

ISBN 978-83-8290-034-7

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Podziękowania

Dla wszystkich, którzy nie wierzą w miłość i w to, że życie naprawdę można zmienić nalepsze…

Wszystko zmienia sięnagle.Trzymam skarby przy boku i chronię przednimi.Kiedyś tańczyłem zdiabłem,teraz sypiam z aniołem, dziś kocham zbogini.

Quebonafide – Bogini

Rozdział 1

Czułam się gruba i odpychająca. Myśląc o sobie, potrafiłam przywołać w głowie tylko negatywne określenia. Nie kochałam samej siebie, raczej nienawidziłam – za wszystkie porażki i za to, co w życiu powinnam osiągnąć, a czego nie udało mi się dokonać.

Stałam przed lustrem i patrzyłam na odstający brzuch, szerokie uda i twarz, na której dawno nie widziałam uśmiechu.

Westchnęłam, bo zdawałam sobie sprawę, że muszę coś z tym zrobić. Sama doprowadziłam się do takiego stanu. Nie miałam nadwagi z powodu żadnej choroby – raczej dlatego, że wolałam zajadać stres, niż się z nim mierzyć. Pomyślałam, że powinnam w końcu iść na siłownię i przejść na dietę.

Problem w tym, że nie znałam innego stylu życia.

Uwielbiałam słodycze i fast foody, a cola była moim ukochanym napojem. Na samą myśl, że musiałabym ograniczyć te przysmaki, a na dodatek pocić się przy obcych ludziach, czułam się tak, jakbym zaraz miała wyzionąćducha.

W swoim życiu zaczynałam już wiele diet: głodówek, diety opartej tylko na warzywach i owocach, diety ketogenicznej… Nic mi nie pomagało. Nawet jeśli schudłam kilka kilogramów, to wracały one do mnie szybko – niczym bumerang. Zresztą, w tych „superdietach” nie umiałam wytrwać dłużej niż dwa tygodnie, bo cichy głosik w mojej głowie namawiał, żebym sobie odpuściła, skoro jestem wiecznie głodna i zła. A chyba nie na tym powinno to wszystkopolegać…

Wyciągnęłam telefon z kieszeni i zrobiłam sobie zdjęcie. Nie wyglądałam na nim atrakcyjnie. Ale niby dlaczego na wyświetlaczu miałabym ujrzeć superlaskę, skoro tak się nie czułam?

Włączyłam komunikator i wysłałam fotę do mojej przyjaciółki Asi.

Wyglądam jak świnia – napisałam.

Chwilę później poczułam, że urządzenie wibruje. Aśkaodpisała:

Jeśli chcesz, możesz dzisiaj iść ze mną na zajęcia fitness. Prowadzi je bardzo fajny chłopak i daje ostry wycisk. Jak spędzisz godzinę na słuchaniu jego poleceń, to gwarantuję ci, że nie będziesz miała siły myśleć o sobie w takisposób!

Zacisnęłam usta w wąską kreskę, bo wszechświat najwidoczniej chciał sprawić, żebym jednak coś ze sobązrobiła.

Skoro nawet Asia proponowała mi wspólne wyjście na siłownię, to widocznie powinnam spróbować. Chociaż raz. Później będę mogła szczerze powiedzieć przyjaciółce, że mi się nie podobało – bo szansa na to, że pokocham sport, była chyba jedna namilion.

Uważasz, że facet umie prowadzić tego typu zajęcia dla kobiet? Co jest z nim nie tak? – zapytałam w kolejnejwiadomości.

Po chwili Asia wysłała mi emotkę – twarz, która płakała ześmiechu.

Chodź ze mną i sama się przekonaj. Gwarantuję ci, że sięzakochasz!

To było akurat wątpliwe… Aśka znała moją niechęć do ruszania się z kanapy.

Będę po ciebie za dwie godziny. Będę miała pewność, że nie zrezygnujesz tuż przed wyjściem na zajęcia fitness… – dodałaszybko.

Cóż, jednak dobrze mnie znała… Rzuciłam telefon na fotel, po czym usiadłam przy biurku, żeby włączyć swojego laptopa i chociaż przez chwilę oddać się błogiemu lenistwu.

***

Dwie godziny później faktycznie przyjechała po mnie Asia. Nie otworzyłam drzwi od razu, bo przypatrywałam się sobie – a raczej temu, jak wyglądam w starych, wyblakłych już dresach. Przeważnie nie nosiłam takich spodni – stawiałam raczej na wygodne dżinsy. Patrząc na swoje odbicie, wiedziałam nawet dlaczego – w szerokich dresach wyglądałam na jeszcze grubszą i jeszcze mniejatrakcyjną.

Kiedy w końcu otworzyłam swojej przyjaciółce, ta rzuciła w moją stronę bidon.

– Masz – oznajmiła. – Będziesz tegopotrzebować.

– Nie mogę wziąć butelki z wodą? – zapytałam.

– A po co jeszcze bardziej szkodzić środowisku? – odpowiedziała pytaniem napytanie.

Wzruszyłam ramionami i włożyłam bidon do torby, do której spakowałam też ręcznik i obuwie nazmianę.

– To co? Jesteś gotowa na trening, który zmieni twoje życie?

– Nigdy nie jestem gotowa na aktywność fizyczną – mruknęłam.

– Nawet na seks? – dopytywała Asia.

Nie odpowiedziałam. Nawet moja przyjaciółka nie musiała wiedzieć, że tak właściwie to od dawna nie spałam z żadnymchłopakiem.

Miałam dwadzieścia cztery lata. Skończyłam studia z edytorstwa. I od dawna w moim łóżku nie gościł żaden mężczyzna. Ba, ja także nie odwiedziłam żadnej sypialni.

Moją codzienność mogłam porównać do monotonnej walki o kolejne jutro. Nie było w tym wszystkim miejsca na przygody na jedną noc ani na dłuższe związki. Nie nadawałam się do tego – nie czułam się ze sobą na tyle dobrze, by uwierzyć, że ktokolwiek mógłby tak naprawdę mnie pokochać.

– Chodźmy już na tentrening…

***

W recepcji okazało się, że nie muszę płacić za pierwsze wejście – a raczej za pierwsze tortury – i mogę to potraktować jako swego rodzaju próbę. Dopiero po zajęciach, które nazwano BPU (podobno od: brzuch, uda, pośladki), miałam się zastanowić, czy chcę kupić karnet. Nie planowałam tu wracać, więc byłam przekonana, że nie będę musiała wydawać swoich ciężko zarobionych pieniędzy.

Asia zaprowadziła mnie najpierw do szatni, a później do jakiejś sali, w której czekało już kilka kobiet w różnym wieku. Niektóre były bardzo szczupłe, inne miały kilka nadprogramowych kilogramów. Odnosiłam jednak wrażenie, że byłam najgrubszą osobą w pomieszczeniu – i pewnie była to prawda.

Przyjaciółka ruszyła w kierunku haczyków, na których wisiały maty. Wzięła jedną z nich. Zrobiłam to samo, bo byłam przekonana, że tak trzeba. Asia była stałą klientką siłowni i zajęć fitness, a więc wiedziała, co wziąć i jak się zachować. Położyłam matę na wolnym fragmencie podłogi i upiłam łyk wody z bidonu.

– Już jest… – Po sali poniósł się szept kilku kobiet.

Rozejrzałam się i skierowałam wzrok na jedynego faceta w pomieszczeniu. Był to wysoki, umięśniony brunet, który wyglądał, jakby właśnie wrócił z pokazu mody sportowej. Zdecydowanie był przystojny – nawet bardzo. Jego umięśnione uda i jędrny tyłeczek opinały przylegające do ciała spodenki, a bluzka na grubych ramiączkach, którą miał na sobie, odsłaniała wytrenowane bicepsy. Można się było tylko domyślać, że brzuch ma równie doskonały – tego nie dało się zobaczyć. Nie miałam rentgena w oczach, a koszulka w tym miejscu była akurat luźna.

Nie dziwiłam się już, że tak wiele kobiet przychodziło na jegozajęcia.

Mnie jednak trzeba było zachęcić czymś więcej niż tylko ładną buźką. Stwierdziłam, że nawet gdyby był najprzystojniejszym facetem na ziemi, to nie zmusiłby mnie do pocenia się w towarzystwie tych wszystkichbabeczek.

– To jak? Zaczynamy? – spytał prowadzący. – Dla tych, które jeszcze mnie nie znają, krótkie info. Nazywam się Bartek i przez najbliższą godzinę będę was katował, aby każda z was osiągnęła swój cel, czyli wymarzonąsylwetkę.

Kobiety zgromadzone w sali zaczęły piszczeć i klaskać. Najwidoczniej wszystkie były wielkimi fankami Bartka – albo jego bicepsów… Przecież żadna z nich nie poleciałaby na tę gadkę o katowaniu, prawda?

Czas umierać – pomyślałam, kiedy prowadzący włączył jakąś playlistę ze skocznąmuzyką.

– Zacznijmy od prostej rozgrzewki – oznajmił Bartek, a potem zaczął prezentować ćwiczenie, które miałyśmy powtórzyć.

Po trzech minutach byłam cała spocona, a niechęć do sportu wręcz ze mnie emanowała i wypełniała chyba całe pomieszczenie. Obiecałam sobie, że jeśli to przeżyję, to od razu zjem jakiegoś dobrego hamburgera…

***

Ocknęłam się i od razu zauważyłam, że pochyla się nade mną kilka osób – w tym przystojny trener.

Co tak właściwie się stało? – pomyślałam. Moja przyjaciółka, jakby czytając mi w myślach, powiedziała:

– Zemdlałaś, Julka. Chyba za bardzo spadł ci cukier. Albo coś.

– Czułam, że fitness może mnie zabić… – mruknęłam pod nosem, próbując wstać. Kiedy usiadłam, zakręciło mi się w głowie, więc musiałam oprzeć się oBartka.

– Nie sądziłem, że mogę być taki zabójczy – oznajmił chłopak, który najwidoczniej słyszał mój cichy bełkot.

– Nie obraź się, po prostu nie lubię sportu – rzuciłam.

– Żeby tylko… – dodałaAsia.

– Szkoda. Wydawało mi się, że jestem w stanie zarazić miłością do zdrowego stylu życia nawet tych najbardziejopornych.

– Trafiłeś na nieodpowiednią osobę. Nawet od reguły zdarzają się wyjątki, a ja… no cóż, nie nadaję się do tego, żeby ruszać się zkanapy.

Odsunęłam się od Bartka, czując się już o wiele lepiej. Chłopak od razu się przysunął i spojrzał prosto w moje oczy. Przypatrywał mi się przez chwilę, po czym klasnął w dłonie i obwieścił koniec zajęć. Zaczęłam wstawać, a on od razu podał mi dłoń, żeby pomóc.

– Zrób sobie badania i przyjdź znowu na moje zajęcia. Obiecuję, że jeśli tylko dasz mi szansę, to pokochaszfitness.

– Jestem za gruba na niektóre ćwiczenia – rzuciłam, a moje usta zacisnęły się w wąskąkreskę.

Bartek zaczął sięśmiać.

– Tu nie chodzi o to, jaką ktoś ma wagę, tylko o to, że sport to kwintesencja zdrowia. Gdy człowiek ma lepszą kondycję, to od razu czuje się tak, że mógłby przenosić góry. Im więcej się ćwiczy, tym ćwiczenia wychodząlepiej.

Westchnęłam, bo trener bardzo sprytnie obszedł moje stwierdzenie.

– Może przyjdę. Jeśli Asia mnie zwiąże, zaknebluje i przywiezie nazajęcia.

Bartek przewrócił oczami, co lekko mnierozbawiło.

– Więc myślę, że jeszcze się spotkamy – odpowiedział. Wstał i odszedł w kierunku swojego sprzętu.

– Może powinnyśmy jechać do szpitala, co? – spytała mnie przyjaciółka, która dotychczas siedziała cicho, obserwując kobiety opuszczające salę.

– Nie sądzę, żeby było to konieczne. Jutro pójdę po skierowanie na badania krwi. Jestem pewna, że to spadek żelaza albo coś podobnego… Często mam takieproblemy.

***

Kiedy wracałyśmy do mojego mieszkania, Asia milczała. To do niej niepodobne, więc byłam lekko zdumiona takim zachowaniem. Przeważnie moja przyjaciółka była bardzo gadatliwą dziewczyną.

– Wszystko okej? – zapytałam.

– Tak. Po prostu nie wiedziałam, że tak się to wszystko dzisiaj potoczy. Naprawdę nie chciałam wyciągać cię na siłę, ale nie powiedziałaś mi, że kiepsko się czujesz.

W sumie to miałam raczej kiepską samoocenę, a nie samopoczucie. Czułam się koszmarnie, ale związane było to z moim wyglądem, a nie z tym, że czasem mam anemię. Ba, nawet trener delikatnie zasugerował, że powinnam wziąć się za siebie. Wiedziałam, że jeśli czegoś nie zrobię, to w pewnym momencie może być już za późno, ale ciężko mi było zebrać się w sobie i zejść zkanapy.

– Nic się nie stało. Może jeszcze wrócę na zajęcia do Bartka…

Asia sięuśmiechnęła.

– Tak czułam, że te jego zajęcia ci się spodobają. Daje wycisk, ale jest fenomenalny, prawda?

– Nie czułam tego fenomenu, kiedy ledwo łapałam oddech – wyszeptałam.

– Będzie lepiej – pocieszała mnie przyjaciółka. – Najważniejsze jest zrobienie pierwszego kroku. Później jakoś idzie zgórki.

Dla mnie była to kwestia dyskusyjna, gdyż zaczynałam chyba z milion razy, szczególnie różne diety, ale jakoś spektakularnych efektów nigdy nie osiągnęłam.

***

Pożegnałam się z przyjaciółką i od razu ruszyłam pod prysznic. Stojąc pod strumieniem gorącej wody, która koiła nerwy, czułam, że dałam dziś z siebie naprawdę dużo. Było mi z tym nawet całkiem nieźle. Może jeden trening to nie jakieś nie wiadomo co, ale gdybym tak poprosiła Bartka o pomoc…

Uzmysłowiłam sobie, że tak naprawdę wszystko miałam na wyciągnięcie dłoni – i to niekoniecznie w postaci trenera personalnego. Wystarczyłaby mi Asia, która uwielbiała ćwiczyć i dbać o siebie. Chociaż moja przyjaciółka wielokrotnie sugerowała, że powinnam zmienić styl życia, to nigdy wprost nie powiedziała, że jestem gruba jak świnia. Pewnie dlatego nie prosiłam jej o pomoc w walce ze swoją wagą. Ale chyba musiałam to zmienić, bo wiedziałam, że sama nie dam sobie rady.

Rozdział 2

Dwa dni później byłam już przekonana, że cała ta afera na siłowni była spowodowana moją anemią. Lekarz przepisał mi żelazo na receptę, więc wiedziałam, że niebawem jego niedobór zniknie, a ja poczuję się znacznie lepiej. Oczywiście zasugerowano mi też zmianę diety, ale… wciąż nie byłam przekonana. Niby chciałam wyglądać jak modelka, ale zdrowy tryb życia wydawał mi się koszmarny.

Żeby oderwać się od wszystkich negatywnych myśli, postanowiłam, że zadzwonię do Asi i postaram się z nią jakoś dojść do porozumienia w tej drażliwejkwestii.

Przyjaciółka przybyła do mnie szybko i chętnie – mówiąc, że nie piła jeszcze dzisiaj kawy, więc chętnie wypije ją ze mną. Po wyściskaniu się w progu Aśka usiadła przy stole kuchennym, a ja przygotowałam dwa gorące napoje. Położyłam przed nią kubek z kawą i usiadłam tak, aby patrzeć jej prosto wtwarz.

– Byłaś u lekarza? – zapytała odrazu.

– Tak. To tylko anemia. Mam zmienić nawyki żywieniowe…

Dziewczyna klasnęła wdłonie.

– Widzisz, jak dobrze się składa! Otrzymujesz takie zalecenie akurat wtedy, kiedy chcesz zabrać się zaodchudzanie.

– Chcę? – zapytałam, zanim ugryzłam się wjęzyk.

– No chyba tak. Byłaś już ze mną na treningu i wszystko wskazywało na to, że w końcu się za siebieweźmiesz.

– Nic nie obiecywałam! – rzuciłam, czując, że powoli rośnie mi ciśnienie.

– Ale sama mi pisałaś, że nie lubisz swojego wyglądu. Myślałam, że to jest równoznaczne z tym, że chcesz coś z tym zrobić…

Westchnęłam.

– Nie wiem, czego chcę. To znaczy, chciałabym być szczupła. Nie lubię swojego widoku w lustrze i marzę o tym, żeby zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Nie mam jednak pojęcia, czy wystarczy mi silnej woli, żeby w tym wytrwać. Nigdy mi się to nie udawało. Jeśli i tym razem się nie powiedzie, to chyba się całkowicie załamię. Sama na pewno nie dam rady, to będzie bolesnaporażka.

Asia upiła łyk kawy i długo mi się przypatrywała.

– Cieszę się, że mi o tym powiedziałaś. Mam wrażenie, że to pierwszy raz, kiedy tak właściwie zdradziłaś, że sobie z czymś nie radzisz. Zdaję sobie sprawę, że ty uwielbiasz wszystko robić na własną rękę, ale czasem ludzie potrzebują wsparcia. Dla ciebie zawsze ważne były nauka i kariera. Ja wolałam zajmować się sportem, bo to moja pasja. Dobrze wiesz, że w tej kwestii możesz na mnie liczyć. Jeśli zaś chodzi o zbilansowaną dietę, najlepiej zacząć od diety pudełkowej, żeby się przyzwyczaić do dużej ilości warzyw, owoców i innych dobroci, których pewnie dotychczas nie jadłaś zbytczęsto.

Skrzywiłamsię.

– Mówisz o cateringudietetycznym?

Asia skinęła głową i znów napiła się kawy, a ja parsknęłamśmiechem.

– Zbankrutuję, jeśli zamówię coś takiego. Kiedyś przez przypadek widziałam jakiś cennik i wiem, że to poza moimi możliwościami finansowymi.

– Masz to szczęście, Julka, że pracujesz w domu. Niby możesz to wszystko sama przygotowywać, ale gwarantuję ci, że na początku będzie cię bardzo ciągnęło do innych rzeczy.

– Przy diecie pudełkowej będzie nibyinaczej?

– Nie, ale przy diecie pudełkowej będziesz miała pustą lodówkę i brać chęci wyjścia dosklepu.

Przewróciłam oczami.

– Nie przekonuje mnie to – odparłam.

– W takim wypadku polecę ci jedną stronę z przepisami. Właściwie układają tam diety, a koszt miesięczny nie jest duży, więc będziesz sobie mogła na to pozwolić. Nie jest to dopasowane do żadnej choroby, ale ty masz tylko anemię, więc chyba i tak przejdzie.

– Cieszę się, że nie zaproponowałaś mi dietetyka, do którego musiałabym chodzić co tydzień. Chybabym sobie żyły podcięła, gdybym co kilka dni musiała patrzeć na swoją wagę, a na dodatek płacić za to ciężkiepieniądze.

Asia wzruszyłaramionami.

– Według mnie dietetyk jest o wiele lepszy niż każda z tych diet internetowych, ale dobra dieta internetowa jest lepsza niż twoje śmiecioweżarcie.

Uśmiechnęłam się i wypiłam pół kawy od razu, gdyż nie lubiłam się nią delektować. Po prostu chciałam, żeby kofeina na mnie zadziałała i dodałaenergii.

– To kiedy chciałabyś pójść ze mną na siłownię? – spytałaAsia.

– Może zaczniemy od poniedziałku? – odpowiedziałam, czując, że tym razem moja przyjaciółka postara się, abym zobaczyła jakieś efekty odchudzania.

– Będę jutro o osiemnastej. Znowu pójdziemy na zajęcia doBartka.

Jęknęłam cicho – oczywiście zniezadowolenia.

– Nie dość, że będę musiała kupić karnet, to jeszcze zamierzasz mnie wyciągnąć do miejsca, w którym ostatnio tylewycierpiałam?

Asia uśmiechnęła się szeroko – prawie od ucha doucha.

– Słońce, ty jeszcze nie wiesz, co to jestcierpienie!

Odnosiłam wrażenie, że wiem. Niemniej czułam, że moja przyjaciółka niebawem przedstawi mi całkiem nową definicję. Nie byłam pewna, czy czekam na ten moment, ale chyba już nie było odwrotu. Pozostało mi więc tylko bycietwardą!

Rozdział 3

Za namową Asi wykupiłam dietę online. Przepisy wydawały się proste i całkiem smaczne, ale przerażała mnie myśl, że będę musiała wszystko ważyć i spędzać czas na gotowaniu, żeby jeść zdrowe posiłki w równych odstępach czasu.

– Wejdzie ci to w nawyk – przekonywała mnie przyjaciółka, kiedy do niej zadzwoniłam w celu opowiedzenia o moichwątpliwościach.

– No nie wiem. Wydaje mi się, że ja się po prostu do tego nienadaję.

– Już się poddajesz? Twoja motywacja jest bardzo słaba! Przecież chcesz się zmienić, prawda?

– Chcę – przyznałam.

Bardziej niż samej zmiany chciałam jednak efektów – tego, by ludzie w końcu zaczęli mnie traktować inaczej niż tylko jak bezwartościowego grubasa, który nie umie ułożyć sobie życia. Albo tego, że poczuję się piękna dla siebie, no dobra – w oczach innych też bym chciała wyglądać inaczej.

Chociaż większą część każdego z moich dni zajmowała praca i redagowanie książek kochałam, bo to moja wymarzona ścieżka kariery, to jednak brakowało mi w tej szarej egzystencji jakichkolwiek innych barw i uniesień – miłości, regularnego kontaktu z rodziną, większego grona przyjaciół. Właściwie to mój świat kręcił się tylko wokół laptopa, na którym pracowałam, oraz wokół jedzenia i napojów, bo w międzyczasie je pochłaniałam. Od czasu do czasu na horyzoncie pojawiała się Aśka – ale jej codzienność była zwykle na tyle szalona i pasjonująca, że czas na wspólną kawkę i pogaduchy miała mocno ograniczony.

Odnosiłam wrażenie, że dopiero teraz, kiedy Asia starała się mnie przeciągnąć na „jasną” stronę mocy – czyli zdrowe nawyki żywieniowe plus uprawianie sportu – zaczęła znajdować tego czasu na tyle, żeby być czujnym obserwatorem zmian, które wprowadzam. Obstawiałam jednak, że chodziło nie o troskę – albo raczej nie tylko – a o to, że moja najlepsza przyjaciółka liczyła, że niebawem będę dla niej świetną towarzyszką w jej pasji. Niestety nie wyobrażałam sobie siebie z uśmiechem na twarzy, kiedy licznik na bieżni pokazuje ponad dziesięć przebiegniętych kilometrów. Ba, o przysiadach ze sztangą starałam się nawet nie myśleć, bo mój umysł od razu podsuwał wizję złamanej kości lub jakiegoś urazukręgosłupa.

Mimo wszystko chciałam zmiany. Może nie w charakterze, który bardzo u siebie lubiłam – raczej w nastawianiu i w poprawie własnej sylwetki. Chciałam czuć się piękna i chciałam czuć spojrzenia pełne pożądania, kiedy wychodziłabym na miasto, ubrana w jakieś przylegające do ciała dżinsy i w bluzkę odsłaniającą brzuch. Aktualnie rzadko wychodziłam z domu, a jeśli już musiałam, to zakładałam ciuchy, które były raczej luźne i nie eksponowały moich zbyt dużych bioder, fałdek na brzuchu i ogromnych ramion. Ot, po prostu znikałam w tłumie – nijakaprzeciętniaczka.

Bardzo chciałam, żeby to sięzmieniło.

Pragnęłam w końcu poczuć się niezwykłą kobietą, która jest w stanie znaleźć sobie przystojnego faceta. Takiego, który będzie traktował mnie jak najważniejszą osobę w całym wszechświecie. Teraz… nie czułam się nawet godna takiej miłości. No bo kto poleciałby na grubego wieloryba, którego męczy wchodzenie po schodach do własnegomieszkania?

Żeby to mieszkanie jeszcze było wyżej niż na pierwszympiętrze…

– Twoja spersonalizowana dieta będzie pewnie dostępna od jutra? – zapytała Aśka, wyrywając mnie z przygnębiającychrozmyślań.

– Tak. Przed wykupieniem dostałam dostęp na jeden dzień próbny i to wszystko wyglądało fajnie, dlatego zamówiłam dietę na trzy miesiące – rzekłam. – I niby to dieta online, ale i tak wydałam na nią kupę kasy. A co, jeśli naprawdę nie będę umiała trzymać się tych odstępów między posiłkami, a ważenie produktów będzie dla mnie zbytczasochłonne?

– Dramatyzujesz, Julka. Przecież tyle ludzi się zdrowo odżywia! Skoro oni dają radę, to czemu niby ty nie dasz?

– Bo oni pewnie mają o wiele silniejszą wolę, co pomaga im trzymać się z dala od czekolady, chipsów, burgerów, pizzy i coca-coli! – burknęłam.

– Nikt nie rodzi się asertywny i z silną wolą. To się trenuje. Musisz się nauczyć mówić „nie”, nawet samej sobie. A może: tym bardziej samej sobie. Jeśli będzie męczyło cię to, że masz ochotę na coś dobrego, to w diecie jest mnóstwo różnych przepisów, które mogłyby tę potrzebę zaspokoić. Powiedzmy: koktajl z gorzką czekoladą lub jakieś batony z dodatkiem miodu. Mówię ci, że za bardzo wszystko komplikujesz! A tu po prostu trzeba działać! – stwierdziła Asia, używając do tego głosu w stylu: „ja wiem lepiej, więc musisz mnieposłuchać”.

Westchnęłamcicho.

– I tak już zapłaciłam za dietę, więc postaram się do niej stosować – oznajmiłam. – Ale czy to źle, że myślę o ewentualnychkomplikacjach?

– Tak – powiedziała moja najlepsza przyjaciółka. – Bo tylko zaśmiecasz sobie tę piękną główkę takimi głupotami, które mają małą szansę na to, żeby okazały sięprawdą.

Posłałam Aśce spojrzenie pełne niedowierzania.

Małeszanse?

Przecież to były wątpliwości, które miałam podczas wcześniejszych diet. Zresztą kwestie te poruszano praktycznie na wszystkich portalach i forach o odchudzaniu. To chyba jednak oznaczało gwarantowaneproblemy!

– Podchodzisz do tego tak, jakbyś musiała to robić za karę – rzuciła w pewnym momencie.

– Bo właściwie to lubię opychać się jedzeniem. To w jakiś sposób mnie uszczęśliwia. Chociaż na chwilę. A co zrobię, jak będę musiała zamiast chipsami napychać się marchewkami? To już nie jest to samo – wymamrotałam.

– Właśnie: to cię uszczęśliwia na chwilę. A jeśli zmienisz swoje nawyki żywieniowe i trochę schudniesz, to będziesz szczęśliwsza na dłużej – rzekłaAśka.

– Skąd wiesz? – spytałam.

– Popatrz na mnie. Mam więcej energii, lepszą sprawność, a od czasu do czasu naprawdę jem coś bardziej kalorycznego. Przecież wychodzimy wspólnie na pizzę, prawda?

– Raz na ruski rok – bąknęłam.

– Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Zachowujesz się tak, jakbyś chciała schudnąć bez żadnego wysiłku. A tu właśnie o ten wysiłek chodzi. Bo bez pracy nie ma kołaczy, co nie? Nawet moja babcia tak mówiła. Nauczysz się czerpać radość z ćwiczeń i z tego, że twój organizm jest oczyszczony z całego syfu i toksyn, którespożywasz.

Różne myśli bombardowały moją głowę. Czułam się, jakbym była pod ostrzałem. Ale w słowach Aśki dostrzegałam dużo racji. Tyle że ja zdawałam sobie sprawę z tego, że moje nastawienie do odchudzenia mocno kuleje. Może faktycznie motywowałam się inaczej niż trzeba? Może nie powinnam chcieć się odchudzać dla kogoś – w tym wypadku dla innych ludzi, którzy mieli mnie podziwiać i kochać za to, że w końcu nie wyglądam jak świnia – ale dla samej siebie: żeby mieć więcej energii… i żeby spojrzeć w lustro bez uczucia obrzydzenia. Wydawało mi się, że chcę pokochać samą siebie, ale nigdy mi się to nie udawało. Zawsze uważałam, że zbędne kilogramy nie pozwalają mi na to, żeby poczuć do siebie miłość i akceptację. A może recepta na sukces była inna – może właśnie powinnam spróbować najpierw pokochać i zaakceptować siebie, mimo wad, i to z tej miłości zrobić dla siebie cośdobrego?

– Masz rację, Aśka, jestem beznadziejna. Jakim cudem ty się ze mną tyle lat przyjaźnisz? – zapytałam.

– Głupia! Przecież nie obchodzi mnie twoja waga. Liczy się to, jakim jesteś człowiekiem. A prawda jest taka, że zawsze mogę na tobie polegać. W dodatku jesteś jedną z najinteligentniejszych osób, które znam. Miło czasem porozmawiać z kimś, dla kogo nie liczą się tylko błahostki – wyjaśniła.

Uśmiechnęłam się lekko, chociaż było to raczej wymuszone. Nie gadałam z nią o błahostkach dlatego, że po prostu nie było o czym – czułam się samotna, nie miałam nawet nikogo na oku, a o swoich problemach z brakiem akceptacji samej siebie starałam się raczej nikomu nie mówić. Ot, ukrywałam to, opowiadając o pracy, nowych projektach, kursach i o tym, co planowałam robić w przyszłości.

Aśkę znałam jeszcze z liceum, gdzie jakimś cudem zaczęłyśmy się dogadywać. Wtedy ja nie byłam jeszcze taka gruba, a ona wydawała się cicha i mniej energiczna – i na tyle uwielbiała język polski, że razem pomagałyśmy w prowadzeniu szkolnej gazetki. Z tym że ja poszłam później na studia z edytorstwa, bo chciałam pracować przy książkach, Aśka zaś zaczęła pracę w dziale marketingu w firmie swojej matki. Nasze drogi trochę się rozeszły, ale więź pozostała. Wciąż byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami, chociaż różniłyśmy się, a wspólnych zajęć było mniej. Ale obie byłyśmy dosyć zapracowane, więc to nam właściwie było na rękę. Tyle że ja po ciężkim dniu pracy zaczynałam oglądać jakiś serial na Netfliksie, a Aśka gnała na siłownię albo fitness.

– Za półtorej godziny mamy zajęcia z Bartkiem, więc chyba powinnaś spakować rzeczy do torby – oznajmiła mojaprzyjaciółka.

Skrzywiłam się. Po raz kolejny musiałam włożyć do torby rozciągnięte dresy, buty sportowe i bidon. Planowałam jeszcze wcisnąć swój biust w stanik sportowy, który grzecznie sobie czekał w mojej sypialni na łóżku, abym o nim niezapomniała.

– No dobra. Ruszę dupę. Ale jeśli ten Bartek wciąż będzie taki irytujący i będzie starał się mi wmówić, że ból mięśni jest cudowny, a pot to łzy mojego tłuszczu, to naprawdę dam mu z liścia w tę jego śliczną buźkę, po czym opuszczę trening – zapowiedziałam.

Aśka roześmiałasię.

– Słyszę, że Bartek nie przypadł ci do gustu. Ale coś mi się wydaje, że kiedyś się dogadacie… Gdy już uświadomisz sobie, że jego pomoc naprawdę pozwoli ci osiągnąć cel, jeśli chodzi o wymarzoną wagę – stwierdziła.

– Nie sądzę… – burknęłam.

– Oj, Julka! Nie powiesz chyba, że nie jest w twoim guście? Przecież jest przystojny, świetnie się na niego patrzy, a na dodatek facet zna się na spalaniu kalorii. Dlaczego miałabyś nie uczęszczać na jegozajęcia?

– Bo jest jakiś taki… zbyt szczęśliwy, że może katować mnie tymi wymyślnymi ćwiczeniami – mruknęłam.

– To jego praca, a on naprawdę zna się na rzeczy. Wiele kobiet wraca na jego zajęcia nie tylko dlatego, że dobrze się na niego patrzy. Chodzi raczej o świetne efekty. Znam kilka osób, które zrzuciły ponad dziesięć kilogramów z jego pomocą – oznajmiła moja najlepszaprzyjaciółka.

– Chciałabym tyle schudnąć… – wymamrotałam, chociaż prawda była taka, że musiałam zrzucić więcej. Tylko obawiałam się, że prędzej zabiję Bartka, żeby zetrzeć mu z twarzy ten jego uśmieszek, niż będę stosować się do porad dotyczących poprawności wykonywaniaćwiczeń.

Obiecałam sobie jednak, że się postaram. Widziałam się z trenerem tylko raz. Aśka znała go o wiele dłużej i darzyła go sympatią. Nie mogłam chyba skreślić go za pierwsze wrażenie, prawda? Szczególnie że podobno pomagał kobietom takim jak ja całkowicie zmienić swoje życie.

No to zobaczymy, panie trenerze, co pan dla mnie wymyśli… – pomyślałam.

Rozdział 4

Dojechałyśmy przed budynek siłowni o wiele wcześniej, niż zaczynały się zajęcia. Musiałam wypełnić jakieś formularze w związku z zakupem karnetu, a także zapłacić za to, żeby w ogóle iść na zajęcia Bartka, który oferował katowanie się i mordęgę w ramach zajęć fitness.

Załatwiałam karnet, do którego zrobili mi nawet zdjęcie kamerką komputerową, żeby wprowadzić mój wizerunek do ich systemu – aby nikt inny nie korzystał z mojej wejściówki. Aśka w tym czasie poszła do szatni, a później miała zacząć rozgrzewkę.

Po odebraniu karty i szybkim ogarnięciu się w damskiej szatni ruszyłam w kierunku mojej przyjaciółki – na szczęście była ona w takim miejscu, że z łatwością ją dostrzegłam. Aśka biegała na bieżni, gadając z jakimś facetem, który ćwiczył tuż obok niej. Nie rozmawiali o żadnych ważnych sprawach, tylko o ostatnio oglądanym filmie, więc nie wiedziałam, czy znali się wcześniej. Zazdrościłam jednak mojej przyjaciółce, że z taką łatwością potrafiła zagadać do płci przeciwnej – bo zwykle to ona wykazywała inicjatywę. Ja też chciałam, żeby jakiś fajny mężczyzna zwrócił na mnie uwagę – niestety od dłuższego czasu nikt nie zaproponował mi nawet niezobowiązującej kawy, nie wspominając o wyjściu do dobrej restauracji.

– Hej – zaczęłam, przerywając rozmowę przyjaciółki. – Skończyłam już wszystkie formalności.

– To wskakuj na bieżnię – powiedziała Aśka, posyłając mi uśmiech, po czym wróciła do rozmowy z facetem.

Spojrzałam na ścianę, gdzie wisiał zegar. Zajęcia z trenerem Bartkiem miały się zacząć dopiero za piętnaście minut. Wolałabym jednak spokojnie poczekać sobie na ławeczce przed salą do fitnessu. Po ostatnim treningu BPU wiedziałam już, że to dla mnie straszny wysiłek, więc obstawiałam, że dzisiaj będziepodobnie.

Aśka zaś namawiała mnie do tego, żebym przez co najmniej dziesięć minut pociła się tu z nią – a przecież miała świadomość, że moja kondycja jest tak słaba, iż nawet przy spacerowym tempie pewnie czułabym się zmęczona i miałabym przyspieszony oddech.

Przez kilka uderzeń serca przyglądałam się Aśce, która nawet nie patrzyła, czy faktycznie uruchamiam sprzęt do ćwiczeń, bo zaczęła gadać z tym swoim przystojniakiem o najlepszym horrorze, który można obejrzeć w Halloween – miało nadejść za kilka dni. Coś czułam, że niebawem okaże się, iż ten dzień spędzą razem… Ne jednej kanapie, pod jednym kocem, a gdzieś nieopodal będzie stała miska z popcornem.

Stwierdziłam, że się oddalę i dam im trochę przestrzeni do prywatnej rozmowy – chociaż pewnie Aśce nie przeszkadzałby fakt, że się im przysłuchuję. Powolnym krokiem ruszyłam w kierunku sali, w której miały się odbyć dzisiejsze zajęcia. Kobiety, których ostatnio było sporo, jeszcze gdzieś sobie krążyły, więc pod drzwiami, na ławeczce, czekałam tylko ja.

W pewnym momencie obok mnie pojawił się trenerBartek.

Byłam na tyle zamyślona, że nawet nie zauważyłam, kiedy siędosiadł.

– Hej. To ty jesteś tą przyjaciółką Aśki, która ostatnio straciła przytomność, prawda? – spytał, uśmiechając się domnie.

– Taaa… Julia jestem – wymamrotałam.

– Ale już wszystko u ciebie dobrze? Nie będziesz dziś potrzebowała pomocy medyka? – dopytywał.

– Raczej nie. Mam anemię, ale od kilku dni biorę na to odpowiednią dawkę żelaza. Jeśli tym razem zemdleję, to raczej dlatego, że moja energia życiowa gdzieś się ulotni – skomentowałam.

– Nie chciałbym mieć na swoich zajęciach trupa. To byłby cios dla marketingu siłowni – zauważył trener, śmiejąc sięcicho.

– No cóż, nagłówki w stylu: „Gruba kobieta umarła na zajęciach fitness w jednej z okolicznych siłowni” na pewno przyniosłyby rozgłos. Może byłoby odwrotnie i ludzie chcieliby obejrzeć miejsce, w którym wyzionęłam ducha? – zapytałam.

Trener zaśmiał sięgłośno.

– Ale sprzęt, którego akurat byś używała, to chyba musielibyśmy wyrzucić. Raczej nikt nie chciałby dotykać maty, na której były zwłoki – oznajmił.

Skrzywiłam sięmimowolnie.

– Faktycznie. Matę musielibyście wyrzucić albo sprzedać w internecie, bo może znalazłby się jakiś fanatyk, który lubi kolekcjonować rzeczy z miejsc zbrodni – mruknęłam.

– Twój sposób myślenia mnieprzeraża.

Wzruszyłamramionami.

– Pracuję z książkami. Powiem tak: po kilku latach pracy mało rzeczy jest mnie w stanie zaskoczyć. Nawet w romansach często pojawiają się tak pojebane rzeczy, że czasem mam ochotęzwymiotować.

– Czy Aśka przyprowadziła cię tu siłą? Nie wykazujesz entuzjazmu związanego z tym, że mogłabyś zmienić swoją sylwetkę i styl życia na zdrowszy… – zainteresował sięBartek.

– Czy to oskarżenia? – spytałam, a mój głos zabrzmiał trochę ostro. – Nie jestem typem sportsmenki, ale chciałabym być chudsza. Po prostu nie rozumiem idei ćwiczeń i diety, a przynajmniej nie do końca. Dotychczas wszystkie moje próby schudnięcia okazywały się raczej niewypałem… No i nie wiem, jak katowanie swojego ciała na zajęciach z tobą miałoby pomóc, skoro ledwo wyrabiam z tym, żeby trzymać siędiety.

– Dieta to siedemdziesiąt procent sukcesu, to fakt. Płaski brzuch kształtuje się głównie w kuchni, ale skoro ćwiczenia mogą zmienić coś w aż trzydziestu procentach, to chyba nie warto z nich rezygnować? Sukces wymaga wysiłku, a sport pomaga uczyć się dyscypliny, także w kuchni.

– Starasz się mi wmówić, że jeśli wrócę do domu z ciężkiego treningu, to nie będę miała ochoty zjeść nic słodkiego? – dopytywałam.

– Możliwe. A może po prostu nie będziesz miała siły, żeby iść do sklepu i kupić sobie nową tabliczkę czekolady. Po pewnym czasie będzie raczej chodziło o to, że nie chcesz zniszczyć efektu, który już masz, więc spalając podczas treningu, powiedzmy, trzysta kalorii, będziesz starała się to szanować, żeby nie przytyć ponownie. Chociaż dodam w tym momencie, że odpowiednia porcja kalorii jest konieczna, aby zobaczyć efekty. Nie można jeść za mało, bo wtedy organizm nie chce spalać tłuszczu, tylko wręcz przeciwnie: magazynuje go – odpowiedziałBartek.

– Wiem, wiem. O tym mówiła mi już Aśka i namówiła mnie na spersonalizowaną dietę – skomentowałam.

– Cieszę się, Julka. Mam nadzieję, że wytrwasz i będziemy się tu spotykać co najmniej te trzy razy w tygodniu, żebym mógł trochę podziałać z twoim ciałem – rzekł trener, po czym wstał, gdyż w naszym kierunku zaczęło zmierzać stado kobiet, w tym moja najlepsza przyjaciółka.

Bartek od razu otworzył drzwi do salki fitness, a kobiety, mówiąc do niego: „dzień dobry!”, zaczęły wchodzić dośrodka.

Ja także wstałam z ławki i poszłam zająć miejsce. Aśka szybko znalazła się przy mnie. Uśmiechała się jeszcze szerzej niż zwykle, co świadczyło o tym, że gadka z facetem, który ćwiczył obok niej, poszła raczej w dobrym kierunku.

– Jak tam? – zapytała. – Nawet nie zauważyłam, kiedy i gdziezniknęłaś!

– Jestem jak ninja – stwierdziłam, chociaż wiedziałam, że Aśka była po prostu zbyt zainteresowana tamtym mężczyzną, aby zauważyć, że się oddaliłam. Na ninję się nie nadawałam, po pierwsze – nie te kształty, a po drugie – musiałabym mieć jakieś profesjonalne przeszkolenie.

– Wyglądasz na bardziej zrelaksowaną niż wcześniej – zauważyła Asia, przyglądając mi sięuważnie.

– Powiedziałabym raczej, że chcę sobie dać szansę na to, żeby zawalczyć o nowe życie, o lepszą wersję samej siebie – wymamrotałam.

– O cholerka! Nie wiem, co się stało przez te piętnaście minut, ale coś czuję, że może wpadł ci w oko jakiśprzystojniak…

– Co? Nie! – zaprzeczyłam szybko, a moja przyjaciółka zaczęła sięśmiać.

W tej samej chwilki trener puścił muzykę i do podpiętego mikrofonu, którego używał nawet przy ćwiczeniach, rzucił:

– To jak, dziewczynki? Zaczynamy katusze, na które wszystkie tak bardzo czekałyście?!

Tłum na sali odpowiedział podnieconym krzykiem, a także oklaskami. Zauważyłam, że w pomieszczeniu nie ma ani jednego faceta, nie licząc trenera Bartka. Czy według płci męskiej ćwiczenia BPU, które dla mnie były pierwszym krokiem w kierunku stanu przedzawałowego, były zbyt łatwe? Kurczę, jeśli tak, to naprawdę nie wyobrażałam sobie tego, że kiedyś będę miała na tyle dobrą kondycję, żeby zająć się czymśtrudniejszym.

– To co, piękne panie, zaczynamy rozgrzewkę?! – krzyknął Bartek, po czym ustawił odpowiednią piosenkę na laptopie. – Róbcie to, co ja i dajcie z siebie stoprocent!

Bartek zajął miejsce na środku sali na niewysokim podwyższeniu, po czym zaczął od delikatnych krążeń głowy, aby zminimalizować ryzyko kontuzji u którejś z nas. Później przeszedł do rozgrzewania kolejnych partii ciała, które były najbardziej narażone na urazy. To akurat była łatwizna, nawet dlamnie.

Schody zaczęły się już trzy minuty później, kiedy piosenka zmieniła się na naprawdęskoczną.

– To jak, pajacyki będą idealnym zwieńczeniem naszej rozgrzewki, co?! – ryknął do mikrofonu.

Kobiety oczywiście pisnęły uradowane, jakby czekały na to całe życie. Ja natomiast zastanawiałam się, czemu, do jasnej cholery, zmiana trybu życia musi być taka trudna. Niby chodziło tylko o pajacyki, ale patrząc na to, że robiłam je średnio dwa razy wolniej niż wszyscy, to czułam się bardziej zniechęcona niż pełna energii – chociaż dawałam z siebie naprawdę sto procent.

Rozdział 5

Byłam spocona. Wszędzie. Pot dosłownie kapał z mojego czoła, a mój podkoszulek był przemoczony. Nawet między piersiami w staniku sportowym perliły się kropelki potu. A wystarczył do tego jeden trening – a raczej chyba przygotowanie do fizycznej pracy na Syberii. Ledwo łapałam oddech i pewnie wyglądałam, jakbym dopiero co wyszła spod prysznica. Nie byłam teraz ponętna i seksowna, a mój zapach pewnie mógłby odstraszać nawet te krwiożercze komary, których wciąż było pełno, chociaż nadeszła już jesień.

Dobrze, że miałam w szatni rzeczy na zmianę, a także ręcznik i pachnący żel. Gdyby nie Aśka, to nie wiedziałabym, co dokładnie spakować do torby treningowej. Pewnie nie wzięłabym nawet butów na zmianę…

Upiłam potężny łyk wody z bidonu, po czym spojrzałam na przyjaciółkę, która wyglądała tak, jakby zajęcia fitness stanowiły dla niej tylko rozgrzewkę. Patrząc na jej świetną kondycję, naprawdę się zastanawiałam, jakim cudem można tyle lat wytrwać w miłości do sportu – a także: ile czasu zajmie mi doprowadzenie się do porządku, żeby po treningu nie wyglądać niczym świnia, która cudem uciekła z rzeźni.

– Jak się czujesz, Julka? – spytała, sięgając po swójbidon.

– Jakoś żyję – wymamrotałam.

Dziewczyna roześmiała się, zwracając tym uwagę kilku wychodzących już z pomieszczeniaosób.

– Będzie tylko lepiej – obiecała. – Początki są zawszenajgorsze.

– To prawda – powiedział trener, dołączając do naszej rozmowy.

On także wyglądał, jakby ten trening był dla niego zaledwie początkiem poważniejszych ćwiczeń. Z tym że było to bardziej zrozumiałe w jego przypadku – w końcu on na co dzień pracował w siłowni i prowadził różnego rodzaju zajęcia, stąd wydolność jego organizmu musiała być lepsza. Natomiast Aśka chodziła na fitness trzy razy w tygodniu, a do tego w każdy weekend biegała po parku. Jedynie w zimie – z tego, co wiedziałam – wybierała zamiast tego bieżnię.

– Sorry, mam w tym momencie ochotę iść tylko pod prysznic, zwinąć się w kulkę na podłodze i wyzionąć ducha – stwierdziłam.

– Oj, Julka, Julka – odparł Bartek. – Masz fajny sposób bycia, ale twoje nastawienie do sportu powinno siępoprawić.

– I do diety – dorzuciła od razuAśka.

– Wypchajcie się może, co? Jesteście jak dwa Brutusy, ale prawda jest taka, że dałam dzisiaj z siebie wszystko, chociaż nie zrobiłam nawet połowy powtórzeń, które zrobiła reszta. Nie nadaję się do niczego. Jedynie do liposukcji – burknęłam.

– Już się poddajesz? Początki są najtrudniejsze! – rzucił Bartek, patrząc na mnie przez dłuższą chwilę. Co prawda nie wyczuwałam złych intencji, ale jego słowa i tak mocno wryły się w mojągłowę.

– Julka ma dosyć słabą wolę walki, ale tłumaczyłam już jej, że odpowiednia motywacja do diety i do ćwiczeń naprawdę pomoże jej w tym, żeby trochę schudnąć, a przy okazji wzmocni w niej tego ukrytego głęboko fightera – oznajmiła moja najlepszaprzyjaciółka.

Czułam się, jakbym była pod ostrzałem ocen i komentarzy, a nie miałam siły się z tym wszystkim mierzyć. Niby wykonałam cały trening i powinnam być z siebie ogromnie dumna, ale nie potrafiłam. Nie było ze mną dobrze. Byłam na tyle gruba i pozbawiona kondycji, że wszystko robiłam trzy razy wolniej i część ćwiczeń była dla mnie ogromnym wyzwaniem, bo nie potrafiłam na przykład odpowiednio utrzymać równowagi. A Bartek i Aśka? Twierdzili, że stać mnie na więcej i że nie powinnam się poddawać.

Ale jedno się zgadzało – byłam tak wykończona, że naprawdę nie miałam siły na to, żeby iść do sklepu po coś słodkiego. Na szczęście przed wyjściem, za radą Aśki, która to chyba przewidziała, zdążyłam sobie zrobić sałatkę na kolację, dlatego przynajmniej nie będę musiałagłodować.

– Idę do szatni – powiedziałam, po czym obróciłam się na pięcie i praktycznie wybiegłam z sali fitness, zbierając w sobie ostatki sił.

Szybko otworzyłam szafkę, wzięłam potrzebne rzeczy i ruszyłam pod prysznic. Na szczęście jeden z nich był jeszcze wolny, więc się tam ulokowałam. Odkręciłam wodę, nastawiłam kurek, aby była odpowiednio gorąca, i z całej tej bezsilności po prostu zaczęłam płakać. Nie było to jednak kilka łez, które ot tak spłynęły sobie po moich policzkach, a raczej coś w stylu wycia, bo zawodzę nawet samą siebie. Jakim cudem mam się zmienić i stać się lepszą wersją samej siebie, skoro czuję, że wszystko, co robię, już na starcie rozpada się niczym domek z kart? – zastanawiałamsię.

Miałam w sobie największą od lat motywację do tego, żeby schudnąć – dzięki ćwiczeniom i zdrowemu odżywianiu się. Mimo wszystko dla Aśki i Bartka to wciąż nie było „to”. Niestety – z dnia na dzień nie mogłam obudzić się jako inny człowiek: ani pod względem nastawienia, ani większej woli walki, ani tym bardziej innej sylwetki. Chociaż musiałam przyznać, że myślałam już kiedyś nawet o tym, żeby faktycznie udać się na liposukcję. Przerażała mnie jednak sama procedura odsysania tłuszczu, a także jej koszty i późniejsza zwisająca, sflaczała skóra, która mogła po tym zostać. W dodatku byłam świadoma, że jeśli faktycznie nie zmienię swoich nawyków, to te efekty i tak byłyby tylko na chwilę, a później kilogramy znowu by do mnie wróciły. A ja? Znowu byłabym nieszczęśliwym człowiekiem, który nienawidzi samej siebie i nie akceptuje tego, jakwygląda.

W sumie nie miałam pojęcia, dlaczego we współczesnym świecie tak wielką wagę przykłada się do wyglądu – a raczej do szczupłej, wręcz anorektycznej sylwetki. Jeszcze kilkaset lat temu krągłe, kobiece kształty były uznawane za najlepsze – wręcz świadczyły o wysokim statusie społecznym. Im kobieta miała szersze biodra, tym mogła liczyć na więcej adoratorów, bo miała ona największe szanse na urodzenie zdrowego potomstwa i na to, że nie umrze w trakcie porodu. A teraz? Wszystko się zmieniło. Ja natomiast do tych czasów chyba po prostu nie pasowałam, chociaż uwielbiałam swój zawód – i jeszcze kilkaset lat temu nie mogłabym go wykonywać. Coś zacoś.

Otarłam łzy i posiedziałam jeszcze ze dwie minutki pod strumieniem gorącej wody, nim wyszłam spod prysznica, owinięta w ręcznik. Po chwili byłam już ubrana w dżinsy, koszulkę i wełniany cardigan, bo jesienne wieczory były dosyć chłodne.

Przed szatnią znalazłam od razu Aśkę, której samochodem miałyśmy wracać do domu, ale nie powiedziałam do niej ani jednego słowa. Ona także nic nie mówiła, chociaż liczyłam, że będzie się starała trochę złagodzić nasz spór.

W milczeniu wyszłyśmy z siłowni i skierowałyśmy się naparking.

Nie było to jednak milczenie lekkie i łączące nasze dusze. Było raczej tak, jakby żadna z nas nie chciała nic powiedzieć, bo obie bałyśmy się, że rzucimy w swoim kierunku coś raniącego, co jeszcze bardziej by nasporóżniło.

Kochałam Aśkę niczym siostrę, a jej pewnie wydawało się, że tak naprawdę nie zrobiła nic złego, ale prawda była taka, że zraniła mnie – chociaż może nie chciała. Ale wypominanie mi w pierwszym dniu ćwiczeń, że brak mi silnej woli i nie jestem typem wojowniczki, było dla mnie obraźliwe. A przecież widziała, że nie dość, że pojawiłam się na treningu, to jeszcze udało mi się go wykonać w całości – chociaż robiłam niektóre rzeczy „poswojemu”.

– Jesteś na mnie zła? – spytała Aśka, kiedy podjechałyśmy pod mójblok.

– Trochę – odpowiedziałamcicho.

– Nie chciałam powiedzieć nic, co by cię mogło zranić. Może odebrałaś moje słowa jak atak, ale nie o to mi chodziło – wyjaśniła przyjaciółka.

– Uważasz, że jestem nadwrażliwa? – burknęłam.

– Czasami. W niektórych sprawach. Wyjątkowo, jeśli coś dotyczy twojego wyglądu i próby zmiany figury – przyznała.

Westchnęłam głośno. Może to była prawda. Wiedziałam przecież, że wygląd jest moim największym kompleksem i że nie umiem sobie do końca poradzić z krytyką w tej kwestii. Ale starałam się! I to na początek powinno wystarczyć.

– Prześpij się z tym wszystkim, Julka. Odpocznij, zjedz coś pożywnego. Dojdziesz wtedy do wniosku, że faktycznie nie była to reakcja adekwatna do sytuacji. Ale za jakiś tydzień, jeśli faktycznie będziesz dalej trzymała się diety, powinnaś mieć większego kopa do działania. Jutro nie idziemy na trening, bo potrzebujesz czasu na regenerację mięśni. Natomiast pojutrze…

Na mojej twarzy pojawił się grymas. Pewnie znowu będziemy szły na trening do Bartka… Dzisiaj, przed zajęciami, przez moment naprawdę myślałam, że ten facet jest w porządku. To dzięki naszej rozmowie w ogóle skończyłam trening. Ale ta krótka wymiana zdań „po” zajęciach… To wszystko sprawiło, że czułam swego rodzaju zawód.

– Dzwoń, jeśli będziesz potrzebowała jakichkolwiek rad albo pomocy – powiedziała jeszczeAśka.

Wymamrotałam kilka słów na pożegnanie, po czym wysiadłam z jej auta i z trudem dotarłam do swojego mieszkania. Od razu otworzyłam lodówkę, z której wyciągnęłam miseczkę sałatki warzywnej. Do tego wzięłam jeszcze kromkę żytniego chleba. Zjadłam posiłek dosyć szybko – chociaż na stronie z dietą radzili, żeby żuć każdy kęs jak najdłużej. Byłam jednak piekielnie głodna. Miałam wrażenie, jakby mój żołądek nie miał dna – i jakbym mogła zjeść konia z kopytami. Nic więc dziwnego, że po zjedzeniu tej mojej superkolacji nie czułam się zbyt nasycona. Ale wiedziałam, że nie potrzebowałam więcej kalorii. Mimo wszystko w mojej głowie krążyła myśl o tym, aby zamówić pizzę i wypić sobie do tego drinka z colą. Z trudem porzuciłam tę myśl. Przebrałam się zamiast tego w swoją ulubioną bawełnianą piżamkę i wskoczyłam dołóżka.

Byłam tak padnięta przez ten trening i tak bardzo wykończona przez całą resztę dnia, że zasnęłam praktycznie od razu po przyłożeniu twarzy do poduszki. Przed snem zdążyłam pomyśleć jedynie o tym, że naprawdę trudno będzie mi się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. Podobno wyrabianie zdrowych nawyków trwa około miesiąca – a ja byłam na samym początku, w dniu pierwszym. Myśl o tym, że czekały mnie ponad trzy tygodnie, zanim zacznę się cieszyć z wprowadzonych zmian, była dobijająca. Szczególnie że naprawdę nie miałam pojęcia, czy wytrwam w swoich założeniach przez tyle dni. Chociaż musiałam przyznać, że nigdy wcześniej nie byłam chyba bardziej zmotywowana. Dzisiejszy dzień zasiał we mnie jednak wątpliwości – czy to wystarczy?