Miłość mimo woli - Sandra Marton - ebook
Opis

Grace uważa się za szczęśliwą i spełnioną kobietę. Ma wspaniałą pracę, również jej życie uczuciowe układa się pomyślnie. Ledwie zaczyna podkochiwać się w szefie, szejku Salimie, ten proponuje jej romans. Jednak po jakimś czasie Salim żąda, by powrócili do układu szef – podwładna. Zaraz potem Grace znika, a wraz z nią… dziesięć milionów dolarów.  Takiego postępku szejk nie zamierza puścić płazem. Postanawia odnaleźć Grace i okrutnie się zemścić. Ustala, że Grace leci z nowym szefem na Bali…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sandra Marton

Miłość mimo woli

Tłumaczyła

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tego grudniowego wieczoru Piąta Aleja przypominała magiczną krainę. Zmierzch jeszcze nie zapadł, lecz uliczne latarnie już rozświetlały ciężkie płatki śniegu, leniwie opadające na ziemię. Z setek okien drogich apartamentów niebotycznych wieżowców bił złoty blask świateł, a Central Park lśnił poniżej, otulony lukrową pokrywą śniegu.

Nawet zapracowani nowojorczycy uśmiechali się na ten widok, ale mężczyzna, który na to wszystko spoglądał z góry, ze swojego penthouse’u, nie cieszył się zjawiskową aurą. Dlaczego miałby się uśmiechać, skoro gniew przesłaniał mu cały ten piękny obraz?

Szejk Salim al Tadż, następca tronu Królestwa Senahdaru, Lew Pustyni Alhandryjskiej i Strażnik Ludu, stał nieruchomo, dzierżąc w dłoni kieliszek brandy. Przypadkowy obserwator mógłby pomyśleć, że książę podziwia zjawiska przyrody. Prawda była jednak taka, że ledwie zwracał na nie uwagę, gdyż koncentrował się na wspomnieniach wydarzeń, które miały miejsce pięć miesięcy temu.

Nagle z zamyślenia wyrwał go ruchomy pocisk na niebie. To znajomy jastrząb nadlatywał z Central Parku. Przez chwilę zawisł w powietrzu, aby zaraz opaść z gracją na gzyms tarasu rozciągającego się pod oknem Salima. Wbił mocne szpony w kamień i usadowił się na swoim miejscu, tak jak zwykł czynić przez ostatnie kilka miesięcy.

Ten ptak nie powinien mieszkać w mieście, a w szczególności w tym betonowo-szklanym kanionie o tej porze roku. Jednak, podobnie jak Salim, jastrząb należał do gatunku tych, którzy potrafili przetrwać w każdej sytuacji.

Powoli zdenerwowanie księcia ustępowało. Wzniósł milczący toast na cześć drapieżnika. W żadnym wypadku nie był sentymentalny. Sentymentalizm był słabością, a Salim podziwiał odwagę, zdecydowanie i konsekwentne dążenie do celu. Jastrząb uosabiał właśnie te wszystkie cechy – przetrwał w niesprzyjających warunkach i wzrastał w siłę.

Tak jak Salim.

Może pochlebiał sobie tym porównaniem, ale trudno było tego nie zauważyć. Salim rozwinął w sobie wiele pozytywnych cech, chociaż miał i wady, które ujawniły się w czasie ostatnich kilku miesięcy. Nie zamierzał jednak chować głowy w piasek. Należało stawić czoło rzeczywistości, bez względu na konsekwencje.

Siedzący za oknem ptak napuszył bursztynowo-brązowe pióra i wpatrywał się w park. Wkrótce nadejdzie noc, w czasie której upoluje swoje główne danie. Szejk nie miał wątpliwości, że szybko zaspokoi głód. Przecież był drapieżcą, jak on sam. Kolejne porównanie, pomyślał Salim i poczuł, jak drga mu mięsień na policzku.

Jastrząb pojawił się rok temu – szybował ponad zatłoczonymi ulicami i ku zaskoczeniu właściciela tarasu wylądował na gzymsie.

Książę Salim znał zwyczaje jastrzębi, gdyż jako młody chłopak hodował i trenował te ptaki, pozwalając im szybować ponad górami Senahdaru. Dobrze wiedział, jakie są odważne i niezależne, podziwiał dzikość bijącą w ich sercach nawet wtedy, kiedy grzecznie siedziały człowiekowi na ramieniu.

Wtedy, gdy przyglądał się wielkiemu ptakowi, martwił się, że zwierzę nie poradzi sobie w betonowej dżungli. A jednak tutaj książę się pomylił.

Jastrząb czuł się jak udzielny władca Piątej Alei i całego parku. Salim z radością oddał mu ten taras, gdyż miał jeszcze do dyspozycji dwa pozostałe, okalające jego trzypiętrowy penthouse. A jastrząb rozwijał się coraz lepiej, polegając na swoim instynkcie, co sprawiało, że nic nie mogło go pokonać.

Jego samego, szejka Salima, też nic nie mogło pokonać, mimo że przez mijające pięć miesięcy robiono z niego głupca. Wkrótce położy kres tym działaniom.

Tamte wspomnienia nadal wyprowadzały go z równowagi. Szczególnie wtedy, gdy uzmysławiał sobie, jak dalece dał się wywieść w pole, jak bardzo uległ kłamstwom i najstarszej grze pozorów na świecie.

Upokorzyła go kobieta… Zagrała doskonale swoją rolę. A on przez całe życie był przekonany, że nigdy nie da się w ten sposób oszukać. A przy tym tak umiejętnie kłamała całym ciałem, ustami, jękami, prośbami i szeptami, które doprowadzały go do obłędu.

Och tak, tak, zrób tak jeszcze, proszę, dotykaj mnie, właśnie tak… Niech to szlag!

Nawet wspomnienia go podniecały. Wszystko to kłamstwa, ale nadal nie mógł zapomnieć jej dotyku, jej jedwabistego ciepła, słodkich ust i ciężaru piersi w swoich dłoniach.

Wszystko było kłamstwem, poza jej seksualnym nienasyceniem. A jej pożądanie było nieszczere. Oszukała go, wykorzystała i omamiła.

I na domiar złego pozbawiła go honoru – bo jak wytłumaczyć ten koszmarny poranek, kiedy się okazało, że zniknęła, a wraz z nią dziesięć milionów dolarów, które należały do niego?

Salim zatrząsł się ze złości. Odwrócił się od okna i nalał sobie kolejnego drinka.

No dobrze… część tych rozmyślań była przesadą. Nie obudził się ze świadomością, że zniknęła, bo właściwie nie przesypiali ze sobą całych nocy aż do rana.

Młody szejk zamyślił się głębiej.

No, może poza wyjątkowymi okazjami, w rodzaju brzydka pogoda albo późna pora. Każde z nich miało własne mieszkanie. Bez względu na to, jak długo trwał jakiś jego związek, Salim uważał, że to doskonałe rozwiązanie. Gdy się razem spędzało zbyt dużo czasu, prowadziło to do zażyłości, która wkrótce stawała się nudna.

Ostatnio, kiedy ją zostawił, poleciał na Zachodnie Wybrzeże w delegację. A kiedy wrócił do Nowego Jorku, już jej nie było, i owych dziesięciu milionów dolarów, wykradzionych firmie inwestycyjnej, którą zamienił w ponadnarodową potęgę. Wykradła je z konta, do którego tylko on znał kod.

Podszedł ponownie do okna, za którym śnieg padał już mniej obficie. Jastrząb odpoczywał przed łowami.

Książę stracił dziesięć milionów dolarów, a razem z nimi tę kobietę. Ale to się zmieni, wkrótce ją odnajdzie. Odkąd wczesnym rankiem zadzwonił do niego prywatny detektyw, Salim nie mógł myśleć o niczym innym. Wynajął go po tym, jak policja i FBI rozłożyły bezradnie ręce. A teraz czekał na tego człowieka z palącą niecierpliwością. Następnym jego posunięciem będzie ukaranie tej oszustki. Taką decyzję pochwaliliby jego przodkowie. Nic go nie rozgrzewało jak ta właśnie myśl. Odkąd Grace Hudson została jego kochanką, sprawy toczyły się zupełnie inaczej.

Właściwie po co udawać skromnego? Kobiety odkryły jego walory jako mężczyzny jeszcze w Senahdarze, gdy miał szesnaście lat. Od tamtej pory bywał samotny wyłącznie z wyboru. Zadziwiające było zatem, czemu wybrał Grace, skoro gustował w małych, rozkosznych i uległych brunetkach. Był wprawdzie wykształcony w Ameryce i poznał zwyczaje nowoczesnych kobiet, ale tradycja to tradycja. W związku z tym kobieta, która potrafiła o niego zabiegać, miała u niego największe szanse.

Grace nie odznaczała się takimi cechami. Była wysoka, miała jakieś metr siedemdziesiąt osiem, ale i tak sięgała mu tylko do ramienia, nawet w niebotycznych szpilkach. Nie można było nazwać jej „małą kobietką”, a poza tym, nie była brunetką. Miała takie płowe włosy ze złotawymi pasemkami. Kiedy zobaczył ją pierwszy raz, zapragnął powyjmować z nich wszystkie wsuwki. Kiedy już to zrobił, przypominała mu lwicę, szczególnie w… łóżku.

A jeśli chodzi o zabieganie o mężczyzn… Grace nie zabiegała o nikogo i nikomu nie pragnęła się przypodobać. Była bardzo dobrze wychowana i uprzejma, ale konkretna. Miała swoje zdanie i często je wypowiadała, nie bacząc na konsekwencje.

Była pięknym, tajemniczym wyzwaniem, które nie wysyłało sygnałów świadczących o tym, że jest zainteresowana Salimem.

Teraz już znał powód. Po prostu knuła od początku, wiodąc go do pułapki. A on tego nie zauważył, widział tylko to, że okazała się inna niż wszystkie.

Zacisnął szczęki.

Pewnie, że inna, przecież była jego podwładną. Wiedział, że nie należy mieszać pracy i przyjemności. Jeśli tak się robiło, zawsze były problemy.

Pojawiła się w jego życiu całkiem przypadkowo, jak to zwykle bywa. Potrzebował nowego pracownika. A zaczęło się od tego, że kryzys wieku średniego dopadł jego dyrektora finansów i księgowości – starego, nudnego kawalera, zaczesanego na pożyczkę i noszącego denka od butelek zamiast okularów. Zakochał się w jakiejś blondynce i, bez jakichkolwiek wyjaśnień, wyjechał z nią do Miami.

Wszyscy w biurze się śmiali. Książę trochę też, ale sytuacja się skomplikowała, bo potrzebował natychmiast zastępcy. Zaproponował wakat dyrektora dotychczasowemu zastępcy, Thomasowi Shipleyowi, ale teraz ten ostatni potrzebował asystenta. Znowu trzeba było kogoś zatrudnić. To miało być takie proste…

Gdzie podziewa się ten detektyw? – pomyślał Salim, nalewając sobie kolejny kieliszek brandy. Miał tu być o wpół do piątej. Dochodziła dopiero czwarta.

Wrócił do ponurego odtwarzania tamtych dni. Pamiętał dokładnie, jak dwa tygodnie później Shipley wparował do jego biura.

– Znalazłem trójkę kandydatów. Wszyscy są świetni.

Szejk właśnie opracowywał jakąś umowę opiewającą na miliard dolarów, i nie miał czasu na nic innego.

– A co mnie to obchodzi? Wybierz, kogo chcesz.

Shipley oponował:

– Ale ja jestem tu nowy, a ten asystent też będzie nowy… i wolałbym nie brać na siebie całej odpowiedzialności, książę.

Salim coś wymamrotał, ale wiedział, że Shipley ma rację. W końcu firma Alhambra Investments była jego dzieckiem. Założył ją i prowadził z wielkim sukcesem. Dawał pracownikom mnóstwo swobody, ale wymagał lojalności i rzetelnej informacji.

Spotkał się ze wszystkimi kandydatami następnego dnia. Wszyscy byli świetni, ale resume jednego z nich biło tamtych na głowę. Był tylko jeden szkopuł. Ten najlepszy kandydat był kobietą.

Kobieta asystentką Generalnego Dyrektora Finansów i Księgowości? Nie miał nic przeciwko kobietom, ale takie stanowisko?

Była dobra, i to bardzo – wkrótce się przekonał.

Była bardzo uprzejma, ale pełna rezerwy. Miała dyplomy uniwersytetów Cornell i Stanford i pracowała dla dwóch najlepszych firm na Wall Street. A że przy okazji była najpiękniejszą kobietą, jaką widział? Co z tego?

Zachowywała się z dystansem, on także, a poza tym nie była w jego typie. Co z tego, że jej lekko chropowaty głos nie dawał mu już następnej nocy spać, że zastanawiał się, jak wygląda, gdy rozpuści włosy wokół twarzy w kształcie serca, że w czasie rozmowy kwalifikacyjnej rozmyślał, jaką bieliznę nosi pod czarnym kostiumem od Armaniego…

Nieważne, stwierdził, i zatrudnił ją.

W trzy miesiące później zostali kochankami.

To był piątkowy wieczór i pracowali do późna, więc zaproponował, że ją odwiezie do domu. Ponieważ mieszkała w Soho, nadmienił, że został zaproszony do galerii na niedzielny wernisaż, niedaleko jej miejsca zamieszkania. Spytał, czy zechce z nim pójść. Zaraz potem żałował, że mu się wymknęło zaproszenie, ale stało się. Kiedy się zawahała, zażartował, że przynajmniej przy niej nie umrze z nudów. Uśmiała się i powiedziała, że czemu nie? Pożegnali się uprzejmym „dobranoc”.

W niedzielę też byli grzeczni, aż do chwili, kiedy odprowadził ją pod drzwi. Wtedy ich spojrzenia się spotkały i już wiedział, że przez te kilka tygodni pragnął jej bardzo mocno, chociaż dotykał tylko jej dłoni na powitanie. Bez ostrzeżenia przyciągnął ją do siebie.

– Nie – powiedziała, ale uwięził jej usta pocałunkiem.

Jej usta były słodkie i gorące, a pocałunki szalone jak jego. To było tak, jakby nigdy przedtem nie całował kobiety. Smakowała jak uzależniający narkotyk, a jej źrenice rozszerzyły się niczym studnie, w których pragnął utonąć.

– Salim – wyszeptała. – Salim, nie powinniśmy…

Wsunął dłonie pod jej żakiecik i pieścił jej sutki. Minutę później posiadł ją, opierając o ścianę, podciągając jej spódniczkę wysoko na biodra, zdzierając z niej koronkowe majteczki… Do diabła z tym, że stali na korytarzu jej apartamentowca i ktoś mógł ich zobaczyć, do diabła z dobrymi manierami. Do diabła ze wszystkim, poza namiętnością, która ich zespoliła.

Szczytowała w jego ramionach i kiedy w końcu złapali oddech, wcisnęła klucz do zamka, a on ją zaniósł do jej sypialni i kochali się tam jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze.

A potem kochali się niemal bezustannie przez następne trzy miesiące, w jego łóżku, w jej łóżku, na siedzeniu jego limuzyny, w jego biurze, na biurku, tam, gdzie go zauroczyła, gdzie rzuciła na niego czar.

Trzy miesiące szalonego romansu i zniknęła, razem z dziesięcioma milionami dolarów i wszystkimi nadziejami, jakie Salim w niej pokładał.

Kryształowy kieliszek pękł od siły książęcego uścisku, a złocisty płyn rozlał się na drewniany parkiet. Pręga wewnątrz dłoni nabiegła krwią, a on wyciągnął z butonierki śnieżnobiałą płócienną chustkę i owinął rękę.

– Do jasnej cholery – warknął.

Najpierw wściekał się na Shipleya, ale nie Shipley był w tej sytuacji winien, tylko on sam.

Dał się podejść starym jak świat sztuczkom i kłamstwom kobiety, która go omamiła swoją urodą. Dlaczego przeżywa to po raz kolejny?

Bo znał te szczegóły aż do bólu, opowiadał o tym policji i FBI, czuł upokorzenie, kiedy ku ich lubieżnej uciesze odpowiadał, że tak, miał z nią romans, tak, miała dostęp do jego biurka, telefonu i komputera…

Nikt nie mógł znaleźć ani jej, ani pieniędzy.

Aż w końcu, dzisiejszego ranka zadzwonił prywatny detektyw.

– Znaleźliśmy pannę Hudson, Wasza Wysokość.

Salim postanowił przyjąć detektywa w domu, nie w biurze. W pracy nikt o tym nie rozmawiał, bo nikt z jego podwładnych nie chciał się narazić na jego gniew.

Nagły ruch zwrócił uwagę księcia. To jastrząb wzbił się w powietrze jednym ruchem mocnych skrzydeł i wdarł się w przestrzeń nad Piąta Aleją.

Delikatne brzęczenie domofonu wyrwało księcia z zamyślenia. Detektyw przybył trochę za wcześnie. Bardzo dobrze. Im wcześniej, tym lepiej.

– Tak? – rzucił do słuchawki domofonu.

– Niejaki pan Taggart do Waszej Książęcej Mości.

– Niech wejdzie.

Salim czekał w marmurowym holu, założywszy ręce na piersi. Kilka chwil później drzwi od prywatnej windy się rozsunęły i pojawił się Taggart, niosąc opasłą teczkę pod pachą.

– Wasza Wysokość.

– Panie Taggart.

Podali sobie ręce. Salim naprowadził Taggarta gestem dłoni do salonu, gdzie na dywanie walały się resztki rozbitego kieliszka.

– Mały wypadek – powiedział Salim. – Nic poważnego. Czy zechce pan zdjąć płaszcz?

Taggart otworzył teczkę i wyjął stertę papierów, z fotografią jakiejś kobiety na samej górze.

– Grace Hudson – powiedział.

Szejk kiwnął głową. Oczywiście, że to ona. Stała na ulicy, w jakimś mieście, ubrana w biznesowy kostium i pantofle na wysokich obcasach. Wyglądała na zwykłą, Bogu ducha winną dziewczynę. A przecież wcale nią nie była.

– Mieszka w San Francisco, pod nazwiskiem Grace Hunter.

– Jest w Kalifornii?

– Tak. Mieszka tam i pracuje jako audytor w prywatnym banku.

Trochę spadła w hierarchii, ale w końcu nie mogła pokazać żadnego listu z referencjami. I tak nie były jej potrzebne – w końcu miała na koncie dziesięć milionów. To czemu nadal pracuje jako audytor?

– Panieńskie nazwisko jej matki to właśnie Hunter, a dodatkowo ta praca daje jej możliwość zaszycia się i przeczekania. To stała procedura wśród złodziei. Niedługo wyleci na Karaiby czy gdzieś do Brazylii.

No tak, była sprytna, ale niewystarczająco.

– To dlaczego nie mogli jej odnaleźć?

– Mają inne sprawy na głowie – detektyw wzruszył ramionami.

Książę ponownie spojrzał na fotografię. Miał nadzieję, że nie będzie wyglądała tak pięknie. Ale nadal była wysoka i smukła. Pamiętał, jak rozkosznie było dotykać jej włosów i bawić się ich jedwabistą sprężystością, jak cudownie opadały kaskadą na plecy.

– Czy ma kochanka? – wypalił szorstkim tonem, ku własnemu zaskoczeniu.

Znał ją i jej temperament. Zapewne długo nie pozostałaby sama.

– Tego nie sprawdziłem. – Taggart się uśmiechnął.- Jej szef bardzo się koło niej kręci.

Salim poczuł, jakby ktoś uderzył go pięścią w żołądek.

– To znaczy?

Detektyw wzruszył ramionami.

– Odprowadza ją wieczorami do domu. A za kilka dni wylatują na konferencję na Bali. Będą tam cały tydzień. Książę dobrze wie, jak to jest z tymi ładnymi dziewczynami…

O, tak, wiedział aż nazbyt dobrze. I wiedział też, czemu Grace pracuje w kolejnym banku w San Francisco.

– Wcale mu się nie dziwię, jeśli książę chciałby usłyszeć moje zdanie.

– Nie płacę za twoje zdanie, Taggart.

Detektyw przełknął.

– No, nie, tak… – odchrząknął. – Wszystko jest w teczce. Adres tej pani, gdzie pracuje, nawet nazwa hotelu na Bali, w którym będzie na konferencji z szefem… to jest, w którym odbędzie się konferencja.

Szejk skinął sztywno głową. Czemu karać posłańca za złą wiadomość?

Dotknął lekko ramienia detektywa i odprowadził go do windy.

– Dziękuję za pana nieocenioną pomoc.

– Czy mam zawiadomić władze, Wasza Wysokość?

– Od tej chwili sam się tym zajmę.

– Jeśli będzie pan ją ścigał na własną rękę, mogę wyszukać, jakiego rodzaju dokumenty ekstradycyjne mamy podpisane z Bali.

Co za przenikliwość.

– Proszę już tylko przesłać rachunek i dziękuję raz jeszcze.

Taggart wszedł do windy, a Salim czekał, aż zatrzasną się za nim drzwi. Potem skierował się do okna salonu. Po co samemu tłuc się za Grace? Przecież mogły to zrobić odpowiednie służby, a on już by się z nią policzył, gdyby stanęli twarzą w twarz.

Ciemna plama na niebie, szybki zwrot drapieżnej sylwetki i jastrząb wylądował na gzymsie z jakimś szarym zwierzątkiem w szponach. Zrobił to, do czego był stworzony.

Salim zacisnął zęby. Też tak zrobi.

Na komórce wcisnął bezpośredni guzik łączący go z pilotem.

– Tak, sir?

– Jak długo będziesz szykował maszynę na lot na Bali?

– Bali, Wasza Wysokość – zadumał się pilot, jakby Salim mówił o locie do sąsiedniego miasta. – Tylko opracuję trasę z międzylądowaniem na tankowanie i wypełnię plan lotów.

– To do roboty – rozkazał Salim, rzucił okiem na jastrzębia i wybiegł z salonu.

ROZDZIAŁ DRUGI

Grace Hudson zawsze się szczyciła etykietką obieżyświata.

Studiowała na uniwersytetach oferujących zagraniczne stypendia w Europie. Ponieważ była wybitną studentką, wyjechała na półroczne stypendium do Londynu, a potem do Paryża. Następnie pracowała przez kilka lat w firmie brokerskiej w Nowym Jorku, a stamtąd bywała delegowana do Londynu, Brukseli, Paryża, Dublina i Moskwy.

Ale Bali? Leżące po drugiej stronie kuli ziemskiej, pełne pięknych plaż, słoneczne i otoczone lśniącym morzem? Zdziwiła się, kiedy usłyszała, dokąd ma jechać. Czyżby James Lipton Czwarty, jej szef, naprawdę roztaczał przed nią takie możliwości?

Spojrzała na broszurkę konferencji. Na stronie tytułowej wielkimi literami napisano: SOPAC-PBA, czyli Konferencja Stowarzyszenia Prywatnej Bankowości Południowego Pacyfiku. Wewnątrz broszurki widniała długa lista prelegentów, warsztatów i wykładów.

– Zapewne orientuje się pani, co to jest SOPAC-PBA, panno Hunter? – spytał Lipton.

Panno Hunter. To nazwisko nadal ją zaskakiwało, bo przyjęła panieńskie nazwisko matki po… No właśnie, po wydarzeniach w Nowym Jorku. To nazwisko brzmiało podobnie do jej własnego nazwiska i zaczęła do niego przywykać.

Nie martwiło jej, że ktoś ją odnajdzie…

– Panno Hunter? Czy mam to pani wyjaśnić?

– Ależ skąd, panie Lipton. To Stowarzyszenie Prywatnej Bankowości Południowego Pacyfiku.

– Wiele się pani nauczy na takiej konferencji. Czy jest pani gotowa?

– O, tak, proszę pana.

– Pewnie się pani zastanawia, czemu panią tam wysyłam? Bo podoba mi się pani praca i zaangażowanie i zdaje się, że nasz dyrektor finansowy niedługo się z nami pożegna. Może pani zajmie jego miejsce.

Znowu pozycja szefa finansów, którą kiedyś zajęła nie dzięki sobie, tylko dzięki widzimisię tego egoisty Salima…

– Panno Hunter?

– Tak, panie Lipton?

– Niech pani sekretarka zabukuje wszystko dla nas dwojga.

– Dla dwojga?

– Oczywiście. Ja też jadę, w końcu to przecież ważne wydarzenie.

Sekretarka Grace wywiązała się z zadania, ale Liptonowi nie podobało się na przykład, że lecieli samolotem rejsowym, a nie wynajmowanym przez firmę czarterem. Kolejną uwagę zgłosił do pokoju hotelowego. Zażądał apartamentu.

Grace przeprosiła i zapewniła, że sekretarka załatwi wszystkie zmiany. Ale Lipton postanowił, że sam poinstruuje sekretarkę. Grace wiedziała, że ma u niego karne punkty i postanowiła pilnie przyłożyć się do wszelkiej nauki, jaka ją miała spotkać. W końcu ta praca mogła okazać się pracą jej życia, a Bali było miejscem, które zawsze chciała zobaczyć. Ale nie sama, tylko z kochankiem. Właśnie z nim…

Otrząsnęła się i rozkazała sobie w duchu, żeby nie wracać do przeszłości. Powiedziała sobie stanowczo, że ma dobrą pracę z perspektywami i jest szczęściarą, która jedzie na poważną konferencję.

Jedyne, co ją zniechęcało, to fakt, że będzie musiała spędzić prawie cały tydzień z Jamesem Liptonem Czwartym. Bywał czasem obcesowy, ale z tym sobie radziła. Gorzej, że było w nim coś, czego po prostu nie znosiła. I nie chodziło o jego protekcjonalizm, tylko o coś śliskiego i złego, co od niego czasem wyczuwała.

Co za niedorzeczność.

Lipton był filarem całej społeczności, a jego imieniem nazwano jakiś stadion i galerię sztuki nowoczesnej w jednej z dzielnic miasta. Jego żona działała w niezliczonych fundacjach charytatywnych.

I kiedy w końcu Grace zapięła pasy w samolocie, wmówiła sobie, że jest idiotką. Przecież nie musiała go lubić, tylko okazywać szacunek, jak każdemu pracodawcy. Te myśli towarzyszyły jej do momentu, w którym samolot wzbił się w powietrze.

Okazało się zaraz potem, że filar społeczności wcale nim nie był. Według Grace leżał na samym dnie swojej szlamowatej firmy – praktycznie w jej śmietniku.

Dwadzieścia minut po starcie, kiedy pilot ogłosił, że są na odpowiedniej wysokości i można odpiąć pasy, wspaniały pracodawca Grace zamienił się w wykrochmalonego potwora.

Siedzieli blisko siebie, podobno, żeby można było przejrzeć notatki, co wydawało się logiczne. Do chwili, kiedy oparł się na jej ramieniu, sugerując, że jeśli poczuła się zmęczona, to może skorzystać z sypialni mieszczącej się na końcu samolotu.

– Dziękuję panu, ale…

– Ze mną, oczywiście – dodał.

Dodał czy nie?

Chyba go nie zrozumiała. Może to przez huk silników.

Jednak nie mogła już inaczej zinterpretować jego lepkich palców, które musnęły jej piersi, kiedy sięgał po książkę, ani dłoni, która opadła na jej udo, gdy pytał o jakiś raport, ani widoku jego obrzydliwie mokrego języka, którym oblizywał obrzydliwie wilgotne usta, kiedy na nią ukradkiem patrzył.

Nadal jednak Grace okłamywała się, że to przesada i że jest ostatnio uprzedzona do mężczyzn.

Postanowiła nie wszczynać żadnej awantury. Zaczęła udawać, że bardzo ciężko pracuje i wpatrywała się intensywnie w ekran laptopa. Lipton w końcu wyszedł do toalety, a ona pobiegła na koniec samolotu i zajęła pojedyncze miejsce. Udawała, że śpi i czekała, kiedy pilot ogłosi lądowanie.

Wiedziała już, że Lipton przywiózł ją tu tylko po to, by ją zdobyć. Cóż, osiągnie cel tylko wtedy, kiedy na plaże Bali spadnie śnieg. Nie chodziło o żadną konferencję. Dała się nabrać.

Na płycie lotniskowej podjechał po nich różowy wózek golfowy, a Lipton pomagał jej wsiadać, podtrzymując jej pośladek ręką. Obejrzała się ze złością.

– O, pardon – uśmiechnął się z miną rekina.

Świnia, pomyślała, ale… może to rzeczywiście przez przypadek. Jak ten Lipton w ogóle śmiał coś takiego robić? Kierowca wózka był na miejscu, uśmiechając się grzecznie. A ten Lipton… w końcu pracowała u niego od kilku miesięcy, wielokrotnie siedzieli do późna nad jakimiś projektami i zawsze zachowywał się poprawnie.

Czyżby zachowanie Don Juana z Senahdaru przesłaniało jej rozum? Na pewno nie. Nienawidziła Salima i zawsze już tak będzie… Ale aż do tego niedzielnego wieczoru, gdy wpadli sobie w ramiona, nigdy jej nie dotknął. Bez względu na to, jaki był – nieczuły, arogancki i bez serca – nigdy nie obłapiałby kobiety w taki sposób.

Wózek golfowy zostawił ich przed hotelem. Pierwszy wielki napis, jaki rzucił jej się w oczy, informował: „WITAMY NA KONFERENCJI SOPAC-PBA”. Kolejną rzeczą, już w holu recepcji, była ogromna szklana woliera wypełniona kolorowymi, nerwowo fruwającymi ptaszkami. A potem zobaczyła ramię Liptona owijające się wokół jej talii jak wąż. Oparł dłoń tuż pod jej piersią. Odepchnęła go, ale on tylko mocniej ścisnął.

– Recepcja na prawo – powiedział, patrząc w tamtym kierunku. Wyglądało to tak, jakby on i jego ręka to były dwa osobne byty. Co teraz? Mocować się? Wykręcać? Nie było czasu, bo recepcjonista wyszczerzył zęby w stronę Liptona. Grace zrobiła kroczek w bok, a ramię Liptona opadło.

– Słucham pana?

– James Lipton Czwarty.

– Oczywiście. Bardzo się cieszymy, że jest pan z nami. Witamy na Bali.

Nikt nie zwracał się do Grace, ale w końcu można się było tego spodziewać. To Lipton był atrakcją dla hotelu.

– Mój apartament już gotowy?

– Oczywiście, sir. Zechciałby pan tu podpisać… doskonale. Wayan! – Recepcjonista pstryknął palcami i jak spod ziemi wyrósł boy hotelowy, ubrany w jaskrawą koszulę i oliwkowe spodenki. – Zaprowadź państwa do Apartamentu Prezydenckiego.

Chłopiec sięgnął po bagaże, a Lipton po Grace. Grace zrobiła kolejny unik i z uśmiechem powiedziała:

– Nazywam się Grace Hud… Hunter. Mam rezerwację na swoje nazwisko.

– Bzdura – powiedział Lipton, jakby w ogóle nie istniała. – Panna Hunter jest moją asystentką i będzie mi towarzyszyć.

– Nie jestem pana asystentką, tylko głównym audytorem w pańskim banku.

Jak można było powiedzieć coś równie głupiego? – zdawał się pytać sztuczny uśmiech recepcjonisty.

– To znaczy, chyba zaszła pomyłka – brnęła dalej.

– Grace – miękko odezwał się Lipton, chociaż głos miał chłodny jak stal. – Jesteśmy tu służbowo. Zarezerwowałem dwupokojowy apartament z dwiema łazienkami. Ma jadalnię i salon, w których możemy pracować i przyjmować innych uczestników konferencji. Jakiś problem?

Jego spojrzenie było twarde i zimne. Co robić? Scenę przed recepcjonistą? Postarać się wrócić do San Francisco na własną rękę? Stracić pracę, której długo szukała, bo nie miała referencji? Nikt poza nią nie wiedział, jakie to upokarzające być uzależnioną od bogatego faceta, który ma wielkie wpływy i szerokie kontakty.

– Grace, pytam, czy masz jakiś problem z asystowaniem mi w tej podróży – dociekał Lipton.

– Nie, nie mam, skoro tak dokładnie mi to pan wytłumaczył.

Lipton uśmiechnął się zwycięsko.

Boy hotelowy zaprowadził ich do apartamentu, który zajmował połowę najwyższego piętra. Na miejscu zwróciły ich uwagę widok na morze, wielki telewizor plazmowy, kandelabry firmy Waterford i reprodukcje Gauguina.

Grace interesowała się jedynie tym, czy do jej łazienki jest wejście wyłącznie z jej sypialni, i czy sypialnię można zamknąć na klucz od środka. Zrobiła to, ledwie chłopiec opuścił salon. Przez dwa kolejne dni otwierała swój pokój tylko wtedy, kiedy była gotowa do wyjścia. Nie przyjmowała żadnych zaproszeń Liptona na herbatę, drinka, śniadanie czy kolację, chyba że w towarzystwie innych ludzi.

Nie komentował jej zachowania, ale napięcie między nimi narastało i wiedziała, że to nie potrwa długo. Cóż, będzie musiał się dostosować.

Parsknęła na samą myśl. Tacy faceci nigdy nie ponosili porażek, a na pewno się do nich nie przyznawali. Jak mogła dać się wciągnąć w pułapkę?

Już to przerabiała. Możliwości zrobienia wielkiej kariery u boku szefa, który był niewzruszony i chłodny, a po kilku wydłużonych popołudniach zaczął się jakby trochę łamać…

– Kłamca, oszust, kłamca i oszust – wyszeptała.

Teraz było zupełnie inaczej. Nigdy w życiu nie zapragnęłaby, żeby usta Liptona ją całowały, żeby jej piersi chowały się w jego dłoniach, żeby tak mocno do niej przywierał. Nigdy nie miała takich marzeń Nie wiedziała, że kobiety mogą tak marzyć, dopóki nie spotkała pewnego oszałamiającego mężczyzny. Dopóki nie zaczęła pracować dla Salima al Tadża i nie złamała wszystkich możliwych zasad.

Po co to ciągle rozpamiętywać? Ich romans skończył się tak gwałtownie, jak się zaczął. Nie, żeby ją to jeszcze ruszało. Przynajmniej zachowała dumę, z której tamten próbował ją obedrzeć. Porzuciła go, zanim on porzucił ją.

– Grace! – władczy i wściekły głos dobiegający zza drzwi wyrwał ją z rozmyślań. – Mamy spotkanie o ósmej. – Gałka przy drzwiach zgrzytnęła. – Nie ma żadnego powodu, żeby te drzwi były zamknięte!

Powodów było aż nadto. I mnóstwo powodów przemawiało za tym, żeby odejść z tej pracy, kiedy tylko wrócą do Stanów. Może nawet zostać kelnerką czy kasjerką. W końcu ludzie też w taki sposób zarabiają jakieś pieniądze i nie spotykają takich szumowin jak jej szef.

– Grace, wyjdź wreszcie, do cholery!

Grace wygładziła dół bladozielonej sukienki, wzięła torebkę i otworzyła drzwi. Lipton miał ponury grymas na ustach, ale oczy mu zapłonęły, gdy ją zobaczył. Przestraszyła się go i poczuła, że tego wieczoru wydarzy się coś złego.

Spotkanie jak to spotkanie, przebiegało pozornie normalnie. Odbywało się w hotelowych ogrodach, z wybranymi uczestnikami konferencji. Tylko Lipton starał się wszystkim udowodnić, że Grace jest jego kochanką. Stał blisko niej, opierając dłoń na jej lędźwiach, przeplatał palce przez jej dłoń, kiedy podawał jej drinka, o którego nie prosiła, i powtarzał „my” i „nas” w sposób nie budzący wątpliwości.

Ludzie wszystko zinterpretowali tak, jak sobie życzył. Mężczyźni ją taksowali, kobiety okazywały odrobinę pogardy. A kiedy znalazła się w damskiej toalecie, jedna z nich podeszła i wyszeptała:

– On ma żonę.

– Kto? – spytała bezmyślnie Grace.