Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
105 osób interesuje się tą książką
Oboje nie wierzą, że mają szansę na miłość.
Co się stanie, gdy los zetknie ich pogubione dusze?
On – zamknięty w twardej zbroi lekarskiego profesjonalizmu. Ona – uwięziona w wieży lęku, odtrącenia, za maską uśmiechu. Oboje są z innej bajki. Nigdzie nie zagrzewają miejsca, nie tworzą przyjaźni, relacji, uciekają od rodzin. Czy jest coś, co może sprawić, że on będzie jej rycerzem, a ona jego księżniczką? Nic na to nie wskazuje, aż pewnego razu… Gdyby to mogło być takie proste! Gdyby to była bajka!
Najnowsza powieść znawcy ludzkich dusz Tomasza Kieresa pokazuje boleśnie prawdziwy obraz współczesnej samotności. Jej bohaterowie zdają się być ludźmi sukcesu – są piękni, robią karierę, z pozoru niczego im nie brak. Obojgu jednak tajemnica odebrała nadzieję na szczęście. Co się stanie, gdy los zetknie te pogubione dusze? Czy będą mieli swoje „…i żyli długo i szczęśliwie”?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 396
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-68987-23-2
Adrian popatrzył na swoje odbicie w lustrze windy. Dopiero w tej chwili zwrócił uwagę na to, że wciąż miał na sobie lekarski fartuch. Kiedy wchodził do gabinetu Krzysztofa, ordynatora chirurgii i jednocześnie swojego bezpośredniego przełożonego, plan miał zupełnie inny. Składa wymówienie i po prostu znika.
Tak jak zawsze.
Kiedy jednak stanął przed swoim szefem, nagle nie wiedzieć czemu się rozmyślił. Spojrzał w te uczciwe i po prostu dobre oczy i pomyślał, że nie może mu tego zrobić. Nie dzisiaj, nie w tym dniu.
Jeśli chodziło o mówienie wprost, czy innymi słowy nieowijanie w bawełnę, Adrian był mistrzem. Co w połączeniu z dosyć oschłą i bezpośrednią szczerością tworzyło kombinację niespecjalnie zjednującą mu sympatię. Był bardzo dobry w tym, co robił, i tylko to trzymało go na posadach tak długo, jak chciał je zajmować. Na tej konkretnej i tak się zasiedział. Miesiąc wcześniej minęły trzy lata, odkąd rozpoczął pracę w tym szpitalu i mieszkał w tym czterdziestotysięcznym mieście. Do tej pory jego postoje nie trwały dłużej niż dwa lata. Było ich dokładnie siedem, no i teraz ósmy, dłuższy.
To był czas na zmiany i niepotrzebnie, zupełnie nie w swoim stylu, nie postawił dzisiaj kropki nad i.
Zamiast powiedzieć, z czym przyszedł, po prostu złożył szefowi świąteczne życzenia. Trudno rzec, kto był takim obrotem sprawy bardziej zaskoczony. On sam czy właśnie… To był chyba pierwszy raz, odkąd tu pracował, aby z czymś takim wyjść. Radość szefa była bezcenna. Uściskał Adriana, a ten mu na to pozwolił. Wymienili jeszcze kilka uprzejmości i Adrian opuścił gabinet przełożonego, zanim zdążyło zrobić się niezręcznie. Na odchodnym potwierdził, że tak w pierwszy, jak i drugi dzień świąt będzie na dyżurze i tyle.
W tym momencie drzwi od windy się otworzyły, przerywając jego rozmyślania nad spotkaniem sprzed kilku minut. Przez krótką chwilę zastanawiał się, czy jednak nie wrócić do gabinetu szefa i powiedzieć, z czym naprawdę przyszedł. Koniec końców tylko westchnął i wyszedł z windy. Załatwi to po Nowym Roku. Mimo że swojej decyzji na pewno nie zmieni, nie będzie psuł szefowi Wigilii.
Jego życie polegało na zmianach. A jednak wszystko pozostawało takie same. I tak dokładnie miało być.
— Panie doktorze, może pan nam pomóc? — usłyszał pytanie gdzieś za sobą.
Odwrócił się gwałtownie i zobaczył dwie kobiety. Obie ubrane były w sportowe stroje, obcisłe leginsy treningowe oraz bluzy z napisem „trener”. Jedna z nich, na pierwszy rzut oka wyglądająca na młodszą, trzymała się za przedramię, które ewidentnie musiało ją boleć, ale zacięcie na jej twarzy starało się przykryć ten ból.
Naturalnie to była kwestia definicji, ale z grubsza nie wyglądało to na coś bardzo poważnego.
— Proszę zgłosić się na izbę przyjęć — odpowiedział raczej oschle.
A właściwie powiedział to normalnie, ale to, co dla niego tak brzmiało, inni odbierali jako, delikatnie mówiąc, niemiłe. Nie żeby się tym kiedykolwiek przejmował. Wychodził z założenia, że on jest od leczenia, a nie od bycia miłym.
— Tam — dodał jeszcze, wskazując ręką punkt, do którego stała niemała kolejka.
Wzrok kobiet powędrował za jego ręką, aby po chwili ponownie skupić się na nim. Pod wrażeniem na pewno nie były. Przy czym ta młodsza, z bólem, wydawała się obojętna, tak jakby jego reakcja była dokładnie tym, czego oczekiwała. Starsza natomiast była wyraźnie zirytowana. Zanim jednak zdążyła się odezwać, Adrian postanowił uciąć wszelkie spekulacje.
— Jestem już po dyżurze.
— Ale jest pan lekarzem? — W jej głosie słychać było wyraźną irytację.
— Owszem — przytaknął — po bardzo długim dyżurze. — Specjalnie zaakcentował ostatnie słowa. — A ponadto nie widzę zagrożenia życia.
W tym momencie starsza już nie wytrzymała.
— Jakim cudem tacy ludzie zostają lekarzami?! — warknęła z wyraźną wściekłością w głosie.
— Są młodzi i głupi — odpowiedział automatycznie, właściwie bez zastanowienia, a takie sytuacje rzadko mu się zdarzały.
— A potem stają się starzy i zgorzkniali — tym razem odezwała się młodsza.
W jej tonie nie było złości jej koleżanki. Bardziej można było wyczuć smutne stwierdzenie faktu, jakby ta młoda dziewczyna doskonale wiedziała, co znaczyło bycie starym i zgorzkniałym.
Adrian tylko przez chwilę się zastanawiał. Wbrew wrażeniu, jakie starał się sprawiać, akurat pomocy nigdy nie odmawiał. Zwłaszcza jako lekarz. I mimo że jego stosunek do własnej pracy mocno się zmienił na przestrzeni lat, to wykonywał ją najlepiej, jak potrafił. Na razie.
Starzy i zgorzkniali. Te słowa zadźwięczały mu w głowie. Czy właśnie taki był? Do czterdziestych czwartych urodzin brakowało mu niecałe trzy miesiące, ale przecież to nie metryka stanowiła o tym, czy człowiek był stary, czy młody. Do pewnego stopnia oczywiście. Ale wszystko było w głowie.
A dzisiaj, stojąc tutaj po dwudziestoczterogodzinnym dyżurze, dokładnie tak się czuł. Staro. Przed nim była Wigilia, którą miał zamiar przespać. A jutro rano zaczynał kolejny dyżur, i kolejny. Natomiast co do zgorzknienia, to sam pewnie zdefiniowałby je nieco inaczej, ale musiałoby mu się chcieć przeprowadzać tego typu samoanalizy.
Popatrzył jeszcze chwilę na obie kobiety i chyba właśnie rezygnacja w oczach tej młodszej podziałała na niego bardziej niż złość starszej.
Spojrzał w kierunku drzwi najbliższego gabinetu. Podszedł do nich i zajrzał do środka. Nikogo tam nie było. Skinął głową na trwającą w oczekiwaniu pacjentkę.
Klaudia zawahała się przez moment. Ręka bolała ją mocno. Ale nic nie było pęknięte. Tego była pewna na sto procent. W ogóle ta wyprawa do szpitala jej zdaniem nie miała żadnego sensu. Abstrahując od faktu, że nienawidziła szpitali, to nic jej nie było. Z pewnością ręka będzie spuchnięta przez kilka dni, ale to wszystko. W swojej pracy rehabilitantki zajmowała się chyba wszystkimi możliwymi przypadkami i potrafiła poznać, czy kość jest lub była złamana. Tym bardziej u siebie samej.
Zosia jednak się uparła. Co ją przywiało do klubu w Wigilię?
Na dzisiejszy poranek Klaudia miała zaplanowane trzy treningi personalne i właśnie pod koniec ostatniego to się stało. Podawała hantle klientce, jednocześnie pokazując, jak tamta ma wykonać ćwiczenie. I tak niefortunnie się ustawiła, że jej przedramię znalazło się pod hantlem, który tamta wypuściła z dłoni.
Ból był okropny i dźwięk, który rozniósł się po sali, mógł wskazywać, że coś tak chrupnęło. Dokładnie w tym momencie weszła Zosia i zakomenderowała wizytę w szpitalu. Ona tu była szefową i nie było mowy, aby tak to zostawić. A argumenty, że Klaudia zna swoje ciało, a ponadto jest Wigilia i w szpitalu mogą stracić mnóstwo czasu, całkowicie bez sensu, nie przemawiały do Zosi.
Musiał ją zobaczyć fachowiec, jakby sama nim nie była.
Kiedy znalazły się w środku i zobaczyły kolejkę na ostry dyżur, chciała natychmiast wyjść. Taka opcja zdaniem przełożonej była nie do przyjęcia. Zamiast tego ruszyły na poszukiwanie szansy obejścia kolejki.
Znalazły lekarza, ale jego nastawienie sprawiło, że Klaudia jeszcze bardziej zapragnęła opuścić to miejsce. Nic dobrego nie mogło się tu wydarzyć, a zwłaszcza w taki dzień jak dzisiaj. A to, że się tutaj znalazła, przypisywała jakiejś chorej ironii losu. Wigilia nie kojarzyła jej się z niczym dobrym. Znaczy kiedyś, bardzo dawno temu, coś dobrego musiało się dziać. Ale tego nie pamiętała. Pamiętała natomiast wszystko od wizyty właśnie w szpitalu.
Zamknęła na chwilę oczy, aby je szybko otworzyć. Nie chciała przywoływać tamtych obrazów, mimo że w jej głowie były widoczne, jakby miały miejsce przed chwilą, a nie lata temu. Podobno człowiek potrafi wyprzeć traumatyczne wspomnienia, a zostawić sobie te dobre. Podobno mózg tak działa. Jej w takim razie musiał się trafić inny mózg. Ona tych dobrych chwil nie pamiętała. A może takich nie było. Musiały być. Przed tamtym dniem.
Nagle poczuła delikatne popchnięcie. To Zosia wybiła ją z zamyślenia, kierując w stronę gabinetu, do którego udał się lekarz. Z pewnością jego podejście nie zjednywało mu sympatii, ale nie sprawiał również wrażenia, jakby mu na takowej zależało. W jakiś paradoksalny sposób Klaudia to szanowała. Nie udawał kogoś, kim nie był. Czego oczywiście nie można mylić z chamstwem, ale w tym przypadku nie można było o tym mówić. Trzeba wziąć również pod uwagę, że faktycznie mógł być zmęczony i przyjęcie jej nie należało do jego obowiązków.
Mimo to zabrał je do gabinetu.
— Czy mogę zobaczyć rękę? — spytał od razu, gdy tylko za kobietami zamknęły się drzwi.
Klaudia usiadła na wskazanym przez lekarza fotelu, a rękę ułożyła na specjalnym stoliku zabiegowym.
Adrian w międzyczasie założył lateksowe rękawiczki i najdelikatniej jak umiał, zdjął z ręki ręcznik, w który była zawinięta. Ręcznik był wciąż mokry. Najwidoczniej kobiety uznały, że zimno może pomóc.
Widok nie należał do najprzyjemniejszych, a całe przedramię już było bardzo spuchnięte. Adrian zbadał je dokładnie. Przy każdym jego dotknięciu czuł, jak kobieta napina rękę. Z jej ust nie wydobywał się przy tym żaden dźwięk, tak jakby za punkt honoru postawiła sobie nie okazać słabości.
Po dobrych kilku minutach lekarz przerwał ciszę.
— Na złamanie mi to nie wygląda.
— A nie mówiłam — odezwała się pacjentka, a jej uwaga była wyraźnie skierowana w stronę towarzyszącej jej koleżanki.
— Ale tego nie może być pan pewny? — tamta zwróciła się bezpośrednio do niego, a w jej głosie można było wyczuć lekką zaczepność.
— Aby mieć całkowitą pewność — odpowiedział spokojnie — należałoby zrobić prześwietlenie, ale według mnie to jest bardzo mocne stłuczenie.
Na chwilę zapadła cisza.
— A co się właściwie stało? — spytał.
— Wypadek przy pracy — odpowiedziała Klaudia. — Nieuwaga z mojej strony.
— Ta nieuwaga mogła mieć poważne konsekwencje — zauważył.
— Nie takie jak w pana przypadku — stwierdziła.
— Pewnie nie, tylko że w moim ucierpieliby pacjenci, a tutaj ucierpiała pani — odpowiedział chłodno, co specjalnie nie zmieniło tonu jego głosu.
Ten doktor z pewnością nie przypominał lekarzy o charakterach dobrych wujków, tak często przedstawianych na filmach, no chyba że słynnego House’a, ale tamten miał dodatkowo cięty język. Ten z kolei był maksymalnie zdystansowany, jakby za nic w świecie nie chciał wejść w interakcje z drugim człowiekiem, co było o tyle ciekawe, że wykonywał taki, a nie inny zawód.
Mimo to, kiedy ją badał, czuła jakiś bliżej nieokreślony spokój, że badanie będzie przeprowadzone z największą możliwą dokładnością i wyczuciem. Jakby w momencie dokonywania diagnozy ten człowiek otwierał jakąś furtkę, przez którą wychodził do świata, tylko i wyłącznie na ten moment.
Akurat to było jej dosyć łatwo ocenić. Mimo że każdy, kto ją znał, popukałby się w czoło, gdyby się porównała do tego mężczyzny, ale ona wiedziała lepiej. Zwłaszcza że klucz tkwił w słowie „znał”. Bo kto ją tak naprawdę znał?
— Mogę pani przepisać coś przeciwbólowego, jak również taką mocniejszą maść na opuchliznę. Ale to tyle, zwłaszcza że pominęliśmy rejestrację. Jeśli naturalnie chciałaby pani mieć pewność, że kość nie pękła, to niestety już trzeba odbyć oficjalną drogę.
— Może powinnyśmy? — spytała Zosia, patrząc raz na lekarza, raz na Klaudię.
Ją osobiście ten lekarz do końca nie przekonał. Sama była osobą raczej otwartą i z gruntu przyjazną. I chociaż nie miała złudzeń, że nie wszyscy byli tacy, to wychodziła z założenia, że bycie życzliwym nic nie kosztuje, a świat jest dzięki temu po prostu lepszy. Kiedy więc spotykała na swojej drodze ludzi z przeciwnego bieguna, na którym bez wątpienia rezydował ten lekarz, starała się nie odpłacać pięknym za nadobne, ale stosowała zasadę ograniczonego zaufania.
— Nie sądzę — odpowiedziała Klaudia. — Też od początku czułam, że nic nie pękło.
Na jej twarzy pojawił się uspokajający uśmiech.
Zosia odpowiedziała tym samym. Klaudia była przeciwieństwem tego doktora. Życzliwa, pełna uśmiechu i cierpliwości. Abstrahując od wysokich kwalifikacji, to były cechy, których szukała u swoich pracowników. I Klaudia miała je wszystkie.
— Jeśli jesteś pewna…
— Jestem.
— Proszę chwilę poczekać — wtrącił lekarz i opuścił gabinet.
— Ciekawy człowiek — stwierdziła Zosia, kiedy drzwi za doktorem się zamknęły.
Mimo że ręka dawała się jej we znaki, Klaudia nie mogła powstrzymać uśmiechu. „Ciekawy człowiek” w ustach Zosi z pewnością nie było komplementem.
— Przyjął nas, bądź co bądź. Może nie jest taki zły, za jakiego najwyraźniej chce uchodzić.
Tym razem uśmiech pojawił się na twarzy Zosi.
— Ty we wszystkich widzisz dobro.
— Tylko dopóki nie pokażą, że się mylę, a to się rzadko zdarza.
Zosia zdecydowanie ją przeceniała, ale skoro taką ją widziała, Klaudia nie miała zamiaru z tym dyskutować. Może faktycznie starała się widzieć dobro nawet tam, gdzie go nie było. W końcu przez większość dzieciństwa widziała je w matce.
Dalsze rozważania przerwało wejście lekarza. Miał ze sobą strzykawkę, jakieś lekarstwo oraz materiały opatrunkowe.
— To powinno złagodzić ból i trochę zmniejszyć opuchliznę — powiedział, napełniając strzykawkę.
Kiedy było już po zastrzyku, wyjął tubkę z maścią. Opakowanie było w połowie opróżnione. Nasmarował całe przedramię, a następnie owinął bandażem.
— To jest mocna maść, tylko na receptę, ale może pani wziąć resztę. — Podał jej tubkę. — Na dzisiaj powinno wystarczyć.
Spojrzał na zegarek.
— Ewentualnie na noc można umyć rękę i nałożyć świeżą warstwę. Ale to raczej później, i jeśli ból byłby bardzo dokuczliwy. Nie mogę pani w tej sytuacji przepisać żadnych środków o silniejszym działaniu przeciwbólowym.
Klaudia pokręciła głową.
— Te ogólnodostępne wystarczą — odpowiedziała.
Nie miała zamiaru brać leków, które ścięłyby ją z nóg. Nie taki ból wytrzymywała. A ponadto jakby teraz bolało mniej.
Lekarz wydawał się czytać jej w myślach, gdyż powiedział:
— W tej chwili już zastrzyk zaczął działać, ale w końcu przestanie.
— Dam radę — odparła stanowczo.
— OK, jasne, rozumiem. To tyle ode mnie. Naturalnie jest jeszcze kwestia prześwietlenia, ale, tak jak mówiłem, moim zdaniem nie jest konieczne. Tylko jeśli chciałaby się pani uspokoić.
— Jestem spokojna — powiedziała.
I dokładnie taka była. Może to była kwestia lekarstwa, które jej podano, ale była spokojna. A przecież była w szpitalu w Wigilię. Te dwa elementy to nie był spokój, tylko coś zupełnie z przeciwnego bieguna. Normalnie to wyciągnęłaby dłoń po te mocne środki bez większego zastanowienia. Tylko aby zagłuszyć ból. To jednak była odległa przeszłość. Teraz narzuciłaby sobie trening. Do wycieńczenia. Do padnięcia na twarz. To byłaby jej Wigilia. Dzisiejszy wypadek przekreślił te plany, ale przyniósł ten dziwny spokój. A może był on związany z pulsującym bólem? To nie było teraz ważne. Musiała się cieszyć tym, co miała, bo trudno było przewidzieć, jak długo to potrwa.
— A pani? Czy pani jest spokojna? — zwrócił się do Zosi.
Ta przez chwilę się zastanawiała, czy nie ironizuje, ale doktor wciąż miał ten sam wyraz twarzy, z jakim ich przywitał. Można było go nazwać neutralnym, ale Zosi z pewnością przychodziły do głowy dosadniejsze określenia, jednak o bycie złośliwym z czystym sumieniem nie mogła go posądzić.
— Trudno mnie winić, że się martwiłam — odparła.
— Oczywiście — powiedział.
W tym momencie obie kobiety były przekonane, że mężczyzna się uśmiechnie. On jednak nie zmienił wyrazu twarzy, tylko podniósł się z miejsca. Wizyta była skończona, a jego już dawno nie powinno tutaj być. Chociaż raczej nigdzie mu się nie spieszyło.
— Bardzo dziękuję za przyjęcie. Wiem, że był pan już po dyżurze. Tym bardziej dziękuję — powiedziała Klaudia.
— Nie ma problemu — odparł. — To moja praca.
Co prawda jego pierwotna reakcja była inna, ale nie miał zamiaru za nią przepraszać. Jego też należało zrozumieć.
— A ja przepraszam za mój komentarz na początku. Byłam zaniepokojona o przyjaciółkę. To mnie co prawda nie usprawiedliwia, ale przepraszam.
— Nie ma sprawy. Rozumiem. Wszyscy jesteśmy podenerwowani. Taki czas.
— A nie powinniśmy być właśnie teraz życzliwi i wyrozumiali? — spytała wyraźnie zaintrygowana Klaudia.
Po raz pierwszy odkąd na siebie wpadli, na twarzy mężczyzny pojawił się szeroki uśmiech.
— Pewnie ma pani rację. Powinniśmy.
— Ale nie jesteśmy?
— Myślę, że każdy za siebie powinien odpowiedzieć. Ja dużo pracuję z ludźmi, wiadomo, i doświadczenie mi mówi, że jest znaczna różnica między tym, co powinniśmy, a tym, jak jest w rzeczywistości.
— A to nie jest tak, że może wszyscy są zagonieni i podenerwowani i to wpływa na ich zachowania, zwłaszcza przed świętami? — wtrąciła Zosia.
— To może trzeba zwolnić. Myślę, że jak się nie kupi stu kilogramów jedzenia i tysiąca prezentów i nie padnie ze zmęczenia przed pierwszą gwiazdką, to święta też się odbędą. Ale specjalistą nie jestem, więc nie wiem, może się nie odbędą. To jest temat na dłuższą rozmowę, a pani powinna odpocząć.
Tym razem wizyta była już zdecydowanie skończona.
— Jeszcze raz dziękujemy — powiedziała Klaudia.
— Wesołych świąt — dodała Zosia.
Adrian kiwnął głową.
— Nawzajem — odparł i zwracając się bezpośrednio do Klaudii, dodał: — Jakby coś się działo nie tak, to proszę zajrzeć do szpitala. Jutro i pojutrze mam dyżur w ciągu dnia. Nazywam się Adrian Zalewski. Proszę o mnie zapytać.
— W oba dni? — Zosia nie mogła ukryć zaskoczenia.
— Ktoś musi.
Adrian otworzył drzwi gabinetu. Teraz czuł się już naprawdę zmęczony. Po chwili kobiet już nie było, a on zamknął za nimi drzwi i wrócił na fotel. Musiał złapać chwilę oddechu, zanim wróci do domu.
Adrian otworzył oczy. Na zewnątrz było już ciemno. Podejrzewał, że od dawna. Spojrzenie na zegarek tylko go w tym utwierdziło. Właśnie dochodziła dwudziesta pierwsza, a to oznaczało, że spał ponad osiem godzin. Nie do końca taki był jego plan. Po pierwsze jednak jego pobyt w szpitalu nieco się wydłużył, a po drugie po wejściu do mieszkania po prostu padł na łóżko. Pierwotnie zakładał, że położy się wieczorem, aby odespać i pójść do pracy w miarę wypoczęty, jednak zmęczenie wzięło górę.
A może nie było to zmęczenie, tylko bardziej chęć wyłączenia się? Zanim przyjął te kobiety, czuł się w miarę dobrze, a dopiero ta jedna konsultacja jakby przechyliła szalę. Tak jakby cały gdzieś tam wiszący ciężar zjechał na jego barki. Nic dziwnego, że zaraz usnął i prawda była taka, że przyjął ten sen z ulgą. Gdyby zdążył pomyśleć, to i wdzięczność by się gdzieś zaplątała. Osiem godzin niczym nieprzerwanego snu. Komu powinien za to podziękować?
Tylko że teraz był niemal na sto procent pewien, że noc miał z głowy. A jutro czekał go dwunastogodzinny dyżur, który na pewno nie będzie spokojny. Nigdy nie był. Wielość i różnorodność przypadków nie mogła się z niczym równać. I najgorsze, że większość nie wynikała z jakichś zdarzeń losowych czy nagłych chorób. Raczej z czystej głupoty i, co często się z tym wiązało, z nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Przecież te kilogramy kupione ponad miarę nie mogły się zmarnować. A i tak się marnowały. To jednak nie było jego zmartwienie. Głupota zawsze wygrywała.
U niego przynajmniej się nic nie zmarnuje.
Podszedł do lodówki i zajrzał do środka. Poza światłem była tam również paczka pierogów z pobliskiego sklepu. Miał nadzieję, że były zjadliwe. Zresztą był wystarczający głodny, aby zjeść cokolwiek.
W tym momencie zobaczył, jak wyświetlacz w jego telefonie zaczął się świecić. Westchnął ciężko, podejrzewał, że to nie było pierwsze połączenie z „życzeniami”. W końcu i tak musiał odebrać, to lepiej było mieć to z głowy.
— Halo — odezwał się do słuchawki.
— Chyba powinnam być wdzięczna, że odebrałeś telefon od swojej starej i schorowanej matki.
Mimo ponad czterdziestu lat na karku poczuł, jak prawie staje na baczność. W duchu przynajmniej. Nawet kiedy wreszcie w wieku mocno nastoletnim wyzwolił się spod tego wypełnionego nieustającymi pretensjami wpływu matki, poprzez wpuszczanie jednym, a wypuszczanie drugim uchem, i pogodził się z faktem, że nigdy nie dorówna ani jej ambicjom, ani swojemu bratu, ta sztywność na dźwięk jej głosu nie chciała go opuścić.
Warto dodać, że w wieku sześćdziesięciu pięciu lat jego matka była okazem zdrowia i na każdym kroku podkreślała, jak młodo się czuje. Poza oczywiście rozmowami z nim. Wtedy była i stara, i schorowana. Nie trzeba było dodawać, że on był główną przyczyną takiego stanu. Tym razem również nie omieszkała o tym wspominać.
— Do grobu mnie wpędzisz. Żeby nawet w Wigilię nie zadzwonić. Ja już nie mówię o przyjechaniu, to by było pewnie za wiele. — W tym momencie westchnęła teatralnie.
Adrian był pewien, że wszyscy zebrani w domu jego rodziców słyszeli, jak jego matka cierpi.
— A wiesz jak ojcu jest przykro?
Pytanie było oczywiście retoryczne i miało wywołać określony efekt. Pewnie nawet nie tyle u niego, ile u publiczności, żeby powstał jasny obraz, z czym tutaj mieli do czynienia. Natomiast jeśli chodziło o jego ojca, to nie sądził, aby w ogóle odnotował jego nieobecność. Zwłaszcza jeśli był tam jego brat Sławek z rodziną, a z pewnością był, wtedy cały świat jego ojca był wypełniony. Sławek, podobnie jak ich ojciec, był prawnikiem. Bardzo dobrym prawnikiem, który z sukcesami kontynuował rodzinną tradycję. Bez wątpienia w tej chwili byli zanurzeni w rozmowie, rozwiązując jakieś prawnicze kwestie. To był właściwie jedyny temat, na który jego ojciec lubił rozmawiać, a Sławek zawsze służył pomocą.
— To pewnie i tak dla ciebie nie ma znaczenia. — Adrian nie zdążył się odezwać, ale w scenariuszu tej rozmowy jego rola przypadała dużo później. — W każdym razie wszystkiego dobrego mój synu, niech nowonarodzony Jezus Chrystus otoczy cię swoją łaską, niech wleje ci dobro w serce, żebyś pamiętał o swoich rodzicach, którzy tyle dla ciebie poświęcili. I żebyś też czasem pomyślał o innych, a nie wyłącznie o sobie.
Można by te „życzenia” nazwać śmiało pasywno-agresywnymi, tyle tylko, że nic w nich pasywnego nie było. Ale dokładnie tego się spodziewał.
Teraz była jego kolej.
— I wam również wszystkiego dobrego, dużo siły i spokoju, zwłaszcza żeby znosić mnie.
— Nie musisz być złośliwy — burknęła lekko, ale szybko się poprawiła. W końcu tam po drugiej stronie była publiczność. — Przecież wiesz, że się martwimy o ciebie i wszystko wynika z troski. Chcielibyśmy, abyś się tak nie przepracowywał, żebyś wreszcie coś osiągnął.
— Ja się nie przepracowuję.
— A praca w święta zamiast być z rodziną, to co to jest, jak nie przepracowywanie się?
W tym momencie usłyszał wyraźny smutek. Gdyby to była ich pierwsza w życiu rozmowa, byłby gotowy w niego uwierzyć.
— Dzięki temu ktoś inny jest z rodziną. Tak że może myślę też trochę o innych.
To ostatnie nie było do końca prawdą, ale trudno było dyskutować z takim argumentem. Faktycznie w każdym szpitalu, w którym pracował, koledzy po fachu uwielbiali mieć obok siebie kogoś, kto zawsze pracował w święta i wolne dni.
— Ale nie myślisz o nas.
Adrian był pewien, że teraz usłyszy szloch. Pasowałby idealnie. Matka jednak pewnie uznała, że to byłoby za dużo i tylko otarła łzę. Tak mu się przynajmniej wydawało.
— Tata chce z tobą porozmawiać.
Gdyby Adrian nie stał oparty o szafki w kuchni, to mógłby stracić równowagę. Swoją drogą ciekawe, kto był bardziej zaskoczony takim obrotem sprawy, on czy ojciec.
Inna rzecz, że widownia musiała być niemała, skoro matka poszła w tym kierunku.
— Cześć synu — usłyszał usztywniony głos ojca.
Zawsze miał taki, jak z nim rozmawiał.
— Cześć ojcze. Wszystkiego dobrego ci życzę, zdrowia i jeszcze więcej sukcesów w kancelarii.
Adrian wiedział, że to ostatnie było najważniejsze.
— Tobie też synu, wszystkiego dobrego i szkoda, że cię z nami nie ma. Może następnym razem.
— Może — odpowiedział, a po drugiej stronie zapadła cisza.
Ciekawe, czy ojciec słyszał jeszcze jego słowo, czy oddał telefon jak gorący kartofel.
Przez chwilę Adrian zastanawiał się, czy to już koniec, ale wyświetlacz wskazywał, że połączenie nie zostało przerwane.
Może zapomnieli. Potrzymał jeszcze kilka sekund telefon przy uchu i już miał się rozłączać, kiedy usłyszał trzeci głos.
— Cześć bracie, jesteś tam jeszcze?
— Jestem. Ty też występujesz przed publicznością czy rozmawiamy sami?
Sławek roześmiał się.
— Jaką publicznością?
— Nie chcesz mi powiedzieć, że ta szopka była tylko dla małego kręgu. W to nie uwierzę.
— Nawet cię nie zmuszam. Rzeczywiście parę osób słyszało, mamę przede wszystkim — potwierdził Sławek.
— To już wszyscy wiedzą, jak złym synem jestem.
— Chyba zawsze wiedzieli.
Adrian ponownie usłyszał śmiech brata.
— Też bym się roześmiał, gdyby to nie było tragiczne — stwierdził.
Ze Sławkiem zawsze miał bardzo dobry kontakt. W latach ich młodości bycie pupilkiem rodziców nigdy starszemu z braci do głowy nie uderzyło. Natomiast po przyjęciu posady w kancelarii ojca i po tym, jak jego kariera zaczęła się błyskawicznie rozwijać, Sławek zaczął wykazywać oznaki kogoś, kto zaczyna wierzyć w swój geniusz, w którym od dziecka utwierdzali go rodzice.
— Chyba się nie przejmujesz?
Zastanówmy się, pomyślał. Twoi rodzice traktują cię jak nieudacznika, nic, co zrobiłeś, nigdy nie było zbyt dobre. Był zdecydowanie za stary, aby się czymś takim martwić, ale do przyjemności to nie należało.
— Od dwudziestu kilku lat już nie.
— To dobrze. Co u ciebie w ogóle słychać? Nic się nie odzywasz.
— Ty też nie. A u mnie w porządku. Normalnie: praca.
— Rozumiem, że jutro i pojutrze także pracujesz. Nie pomyślałeś, że istnieje też życie poza pracą?
W tym momencie to Adrian wybuchnął śmiechem.
— I mówi to ktoś, kto chyba wziął ślub z kancelarią.
— To prawda, ale nie tylko z kancelarią wziąłem ślub i ty też mógłbyś pomyśleć o znalezieniu sobie kobiety.
Matka skończyła, teraz ten, pomyślał Adrian i mimo wyspania ponownie poczuł się zmęczony. Nie byłoby łatwiej, gdyby każdy zajął się swoim życiem?
— Myślę, że czasy znajdowania sobie kobiet już minęły — odparł. — A nie pomyślałeś, że może ja chciałbym znaleźć sobie mężczyznę?
W słuchawce zapadła dłuższa cisza. Która nawet specjalnie nie zaskoczyła Adriana. Tak Sławek, jak i rodzice byli bardzo poprawni. Nikt by ich nie podejrzewał o coś takiego jak homofobia. O swój wizerunek dbali bardzo. Ale był pewien, że gdyby rzeczywiście przyprowadził partnera, no to, delikatnie mówiąc, konsternacja by była.
Chwila ciszy trwała dłużej, niż powinna, i została zakończona lekko nerwowym śmiechem Sławka.
— Nie, no jasne… ja nie wiedziałem.
— Żartuję sobie.
— Tak czułem, że mnie wkręcasz — już spokojniej powiedział starszy brat. — Ale wiesz, gdyby coś, to spoko.
Dzięki za pozwolenie, pomyślał Adrian. Już mu się nie chciało kontynuować ani tego wątku, ani tym bardziej tej rozmowy. Ostatni raz wymienili tyle słów tak dawno temu, że nawet tego nie pamiętał. Naturalnie wina, jeśli o takiej można było mówić, leżała po obu stronach, ale widocznie żadnemu z nich nie zależało aż tak bardzo na kontakcie. Tym bardziej nie było sensu udawać, że łączyło ich coś bliższego. To zniknęło wiele lat temu.
— Jasne — odpowiedział Adrian. — Nie zatrzymuję cię, pewnie na ciebie czekają. Wszystkiego najlepszego. Przekaż też życzenia Agacie ode mnie i uściskaj dzieci.
Tak się chyba mówiło.
— Dzięki. Tobie też wszystkiego dobrego. I może jakoś się spotkamy w nowym roku.
Kolejna pusta formuła.
— Może — odpowiedział. — Zdzwonimy się.
Tak jak zawsze.
— Trzymaj się — powiedział jeszcze Sławek i nie czekając na odpowiedź, rozłączył się.
Adrian podejrzewał, że obaj odetchnęli z ulgą i każdy wrócił do swojego świata.
A ten tutaj był jego. Tymczasowy. Dopóki nie zmieni go na inny, ale wciąż podobny, żeby nie powiedzieć: taki sam. Tylko w innym miejscu, ale wciąż podobnym. Takie same ulice, tacy sami ludzie, kręcący się w kółko, a on razem z nimi.
Nawet ta Wigilia jest taka sama jak poprzednia i poprzednia. A jutro będzie kolejny dzień, też taki sam.
Wyjął z lodówki pierogi i schował je z powrotem. Jakoś stracił apetyt. Pogasił wszystkie światła. Chciałby położyć się teraz i zasnąć, ale wiedział, że sen i tak nie przyjdzie. Zamiast tego usiadł na fotelu przy drzwiach balkonowych i spojrzał na sąsiednie bloki. W większości mieszkań paliły się światła. Nikt nie szedł spać o tej porze. Święta się dopiero zaczynały.
Klaudię obudził ból ręki. Musiała się na niej położyć podczas snu. Fakt, że w ogóle zasnęła, graniczył z cudem. Chociaż może powinna się cieszyć, że się obudziła.
Gdy wróciła ze szpitala, nie było tak źle. Podane jej lekarstwo wciąż działało i ból przypominał lekkie ćmienie zęba. Dało się z tym wytrzymać. Jednak wieczorem wszystko się zmieniło, a na dodatek dostała lekkiej gorączki. Z góry założyła, że miała ona związek ze stłuczeniem, gdyż przeziębienia czy grypy, które właśnie szalały, na pewno nie potrzebowała. Naturalnie zaaplikowała sobie sporą dawkę środków przeciwbólowych, licząc nie tylko na zmniejszenie bólu, ale również obniżenie temperatury. Zapadła po tym w dosyć płytki sen, a kiedy przebudziła się w środku nocy z wciąż bolącą ręką, jeszcze coś wzięła. No i wtedy zatonęła kompletnie.
Aż do teraz, kiedy widocznie przekręciła się na obolałą rękę i ból ją obudził. Dobrze, że tak się stało. Nawet nie pamiętała, co i ile wzięła w nocy. Była półprzytomna i jedyne, czego chciała, to uśmierzyć ból. A ten często pojawiał się wraz ze świadomością, którą chciała wyłączyć jeszcze bardziej niż tę pieprzoną rękę.
Skarciła się za własną głupotę. Krzywiąc się lekko z bólu, poszła do łazienki, aby zmienić opatrunek. Najpierw wzięła jednak długi prysznic. Wieczorem nie miała na to siły, a potrzebowała zmyć z siebie wczorajszy dzień. I nie tylko dzień. Wigilia zawsze była trudna. Nietrudnej nie pamiętała. I nie chodziło o jakieś świętowanie. Wiara odpływała z niej systematycznie. Kiedy wydarzyło się najgorsze, zadawała pytania, na które nie dostawała odpowiedzi. A później? Później wszelkie dobro, jakie powinno być w jej życiu, jakie powinno ją otaczać, znikało, powoli, krok po kroku. Nagle ona, najmłodsza w rodzinie, dziecko właściwie, musiała się stać najstarsza. Musiała zająć się tymi, którzy powinni zająć się nią. Przestała wierzyć w cokolwiek poza sobą. A i to musiało przyjść z czasem.
— W ciebie wierzę — powiedziała do swojego odbicia w lustrze.
Czasami, kiedy przychodziło zwątpienie, gubiła się w tym, co te słowa naprawdę znaczyły. Jednak koniec końców konkluzja była zawsze ta sama. W niej i tylko w niej była siła, aby kroczyć przez każdy kolejny dzień.
Dosyć sprawnie nasmarowała rękę maścią i zrezygnowała z bandaża. Nie było sensu dusić przedramienia, skoro i tak była w domu. Założyła tylko koszulkę z krótkimi rękawami. Przyjrzała się ręce, która już zmieniała kolor. Siniak będzie wielki i z pewnością nie zniknie zbyt szybko, ale to może i dobrze. Będzie jej przypominał o niepopełnianiu takich głupich błędów.
Od samego rana była rozkojarzona i właściwie coś takiego wisiało w powietrzu. Mimo że starała trzymać się w ryzach. Ale wczorajszy dzień był już za nią. Teraz tylko przetrwać te dwa pozostałe dni.
— Spokojnie — powiedziała na głos. — Kto to zrobi jak nie ty.
W tym momencie ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Aż podskoczyła na jego dźwięk. Kto to mógł być, dzisiaj, o tej porze?
Lista osób nie była zbyt długa i kończyła się właściwie na jednej. Mogła również do niej zajrzeć Zosia, aby sprawdzić, jak się czuje i prawdopodobnie to zrobi, ale nie tak wcześnie. Cóż, nie musiała zgadywać.
Dzwonek ponownie się odezwał, teraz już dłużej, natarczywiej. Za chwilę wszyscy na piętrze będą wiedzieć, że ktoś do niej przyszedł.
Szybko zajrzała do telefonu. Tak jak się spodziewała, już w nocy było kilka nieodebranych połączeń i nad ranem również. Przyszło nawet „ostrzeżenie” brzmiące krótko — „przyjeżdżam”, wysłane o czwartej trzydzieści nad ranem. O jakiej innej zresztą miałoby być?
Klaudia pokręciła głową. Oczywiście mogłaby udawać, że jej nie ma, ale to akurat pewnie nie przyniosłoby żadnego efektu, ponieważ osoba po drugiej stronie była z pewnością gotowa dzwonić do jej drzwi jeszcze przynajmniej przez godzinę.
Ciężko westchnęła, przyrzekając sobie w duchu, że nie da się ściągnąć na dno, i podeszła do drzwi.
— No nareszcie. Co siostrzyczko, nie mów, że nie chciałaś mnie wpuścić — powiedział mężczyzna stojący na korytarzu.
Następnie nie czekając na zaproszenie, pewnym krokiem wszedł do środka. Tylko ją minął, bez przytulenia ani pocałunku w policzek. Przynajmniej pamiętał, że tego nie lubiła. Natomiast zapach alkoholu nie mógł być już wyraźniejszy.
Mariusz rozejrzał się po domu.
— Nic nie jest gotowe?
To było jego standardowe pytanie. Zawsze. Tak jakby jego wizyty były czymś wyjątkowym, a ona, młodsza siostra, powinna być przygotowana. Zwłaszcza że zawsze przybywał bez zapowiedzi, lub z taką jak teraz, na kilka godzin przed. Często też wiązało się to z faktem, że akurat nie miał się gdzie podziać albo mu się nudziło. Albo, co kiedyś bywało najczęstsze, potrzebował pieniędzy. Teraz to ostatnie zniknęło. Odkąd w końcu powiedziała stanowczo: nie. Na początku nie docierało i Mariusz był jeszcze bardziej przykry niż zazwyczaj. Ale kiedy powiedziała, że jeśli nie przestanie, to nigdy więcej się nie zobaczą, odpuścił. Nie stał się nagle kochanym bratem, ale przynajmniej tamten temat mieli z głowy.
— Jak widzisz, miałam wypadek i ważniejsze rzeczy na głowie — powiedziała, pokazując mu posiniaczoną rękę.
Mariusz skrzywił się, jakby zobaczył najobrzydliwszą rzecz w swoim życiu. Widać było, że przez chwilę waha się, czy spytać, co się stało. Ale w końcu dał sobie spokój. Może to nie było wystarczająco interesujące. Z pewnością szalę przeważył fakt, że nie było o nim.
Zamiast tego odwrócił się od siostry i zaczął przemierzać mieszkanie.
— Ładnie tutaj, dobrze, że wróciłaś bliżej domu — stwierdził.
Wynajmowała to mieszkanie od pół roku, dokładnie trzydzieści cztery kilometry od ich domu rodzinnego, a Mariusz odwiedził ją pierwszy raz. Naturalnie miało to związek z pieniędzmi, ale prawda była taka, że ona też się nie rwała do kontaktu.
Przez większość swojego dorosłego życia była swojego rodzaju nomadem. Często zmieniała miejsca, zmieniała otoczenie. Dwa lata gdzieś w jednej lokalizacji uchodziły wręcz za rekord. Wszystko traktowała jak doświadczenie, zdobywanie wiedzy, naukę. I do pewnego stopnia tak to wyglądało. Z pewnością gdyby miała taką tezę obronić w sądzie, zrobiłaby to bez mrugnięcia powieką. Natomiast fakty były takie, że nie mogła usiedzieć w miejscu. Czuła wtedy, że coś ją zaczyna pętać, jakby ktoś niewidzialnymi linami przywiązywał ją do miejsca i ludzi, a wtedy zaczynała się dusić. Dosłownie i w przenośni.
W takiej sytuacji, jak to ładnie nazywała, jechała zdobywać nowe doświadczenia. I tak jeździła, aż w pewien sposób zatoczyła koło. Odkąd stąd wyjechała, nigdy nie zbliżyła się na bliżej niż sto kilometrów do domu. Teraz też nie zamierzała. Natomiast pojawiła się oferta pracy. Rozmowę przeprowadziła online. Spodobało jej się to, co usłyszała. Zosia miała już doświadczenie w treningach tak personalnych, jak i medycznych, które były specjalnością Klaudii. A teraz Zosia postanowiła założyć własną firmę i potrzebowała ludzi, którzy nie tylko byli dobrzy w swoim fachu, ale również którym mogła zaufać. Od razu przypadły sobie do gustu. Klaudii spodobała się energia i pozytywne nastawienie nowej przełożonej. To było coś, czego sama nie miała. Ona szła zawsze do przodu miarowo, krok za krokiem, czujnie, bez opuszczania gardy nawet na sekundę. I mimo że Zosia postrzegała ją jako osobę, która widzi w innych dobro, te sprawy były o wiele bardziej skomplikowane.
Jedno nie ulegało kwestii, Zosia miała na nią pozytywny wpływ. I to powoli stawało się problematyczne, ponieważ Klaudia nie mogła pozwolić, aby to, jak się czuje, zależało od kogokolwiek innego niż ona sama.
Pojawienie się Mariusza powoli zaczynało przywracać ją do rzeczywistości. Rzeczywistości nomady.
— Dobrze? — spytała lekko zaskoczona.
— No pewnie, że dobrze — odparł, jakby mówił najoczywistszą rzecz na świecie. — Rodzina powinna trzymać się razem.
Chciała spytać, o jakiej rodzinie mówi, ale nie miała ochoty na kłótnie. Chciała przejść te dni pozytywnie, cokolwiek to znaczyło, ale pragnęła też, aby to było na jej własnych zasadach. To stanowiło jej siłę i opokę.
— Skoro tak mówisz.
Mariusz wszedł do salonu i od razu usadowił się na sofie. Klaudia usiadła na fotelu obok.
— Może ostatnio nasze kontakty nie były za częste, ale skoro mieszkasz teraz niedaleko, to nie widzę powodu, aby tego nie zmienić.
Te słowa były jak wielki sygnał alarmowy.
— A co w ogóle cię sprowadza akurat dzisiaj?
Klaudia momentalnie pożałowała tego pytania, więc szybko dodała jeszcze:
— A Mariola gdzie?
— Jola — poprawił ją. — Mariola to już dawno nieaktualne.
— Jasne, Jola.
Zawsze ją dziwiło, gdzie Mariusz znajdował te dziewczyny. Schemat był zawsze ten sam. Na początku używał tego swojego czaru, który niewątpliwie kiedyś miał, hektolitry alkoholu temu, a którego ona akurat nie widziała. Kiedy w jakiś sobie tylko znany sposób udawało mu się omotać dziewczynę, ta sprowadzała się do niego. Może stary dom ich rodziców również był magnesem. Następnie w zależności od stopnia zaangażowania lub negacji, to już było bardzo indywidualne, dana dziewczyna traciła złudzenia w ciągu sześciu miesięcy do roku. Rekordzistka wytrzymała prawie dwa lata. Co było niesamowitym wynikiem, biorąc pod uwagę, że Mariusza nie trzymała się żadna praca, a z alkoholem był za pan brat i tak naprawdę potrzebował kucharko-sprzątaczki, okazjonalnie kochanki, a przede wszystkim sponsorki swojego dosyć beztroskiego życia. Ktoś musiał płacić rachunki.
— Jola jest u rodziców.
— Sama?
Mariusz roześmiał się.
— Z niewiadomych powodów nie są moimi fanami.
— Może nie dali ci szansy.
— Mało kto daje — stwierdził zamyślony.
Klaudia przymknęła na chwilę oczy. Zaraz się zacznie, pomyślała. Od momentu, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi, wiedziała, dokąd to wszystko będzie zmierzać. Nie sądziła jednak, że zacznie się tak szybko. Tylko o czym mieli rozmawiać? Przeszłość to było jedyne, co ich tak naprawdę łączyło.
— Jola ci dała i chyba wiele przed nią.
— Czy na pewno? — spytał lekko podniesionym głosem i wyraźnie zaczepnie. — Wszystkie okazywały się takie same. Odrobina kłopotów i od razu się zmywały.
Dobrze, pomyślała Klaudia. Miejmy to za sobą. Zanim jednak zdążyła się odezwać, Mariusz spytał:
— Masz coś do picia?
— Wodę.
Brat pokręcił z dezaprobatą głową. Jednak słowa siostry zupełnie go nie zraziły. Sięgnął za to do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął półlitrową butelkę czegoś kolorowego, co z pewnością było alkoholem.
Klaudia nie znała się na wódkach, zwłaszcza tych nieprzezroczystych, ale co do zawartości butelki nie miała wątpliwości.
— Naprawdę? — spytała.
Serdecznie miała dosyć tej wizyty, która nawet na dobre się nie zaczęła.
Mariusz uśmiechnął się szeroko.
— A co ty taka święta jesteś? No i właśnie święta są. — Roześmiał się jeszcze, jakby powiedział jakiś świetny dowcip, i pociągnął łyk z butelki.
— Nie przygotujesz nic do jedzenia dla brata? — spytał.
— Nie — odparła stanowczo.
Może nie była to najbardziej świąteczna odpowiedź, ale to był czas, kiedy w wielu domach spotykali się ludzie, którzy tego wcale robić nie chcieli, jednak z jakichś powodów z roku na rok wciąż powtarzali ten rytuał nakładania masek i robienia dobrej miny do złej gry. To było jak niekończące się kręcenie w kółko. Wciąż powtarzane te same czynności, bez grama refleksji, bez chęci zmiany, prowadzące donikąd, a ich kulminacja następowała na koniec roku. Klaudia nie była w tym wszystkim jakaś lepsza. Jej życie to też były takie koła, może trochę większe, może cykle dłuższe, ale wciąż koła, w których wracała do punktu wyjścia, aby ponownie ruszyć w tę samą drogę, tylko w innym miejscu.
Spotkania z bratem też były takie same. Zawsze prowadziły tylko do jednego.
— Nie przygotuję — powtórzyła. — Dlaczego tutaj w ogóle jesteś?
Słowa siostry nie zrobiły na Mariuszu żadnego wrażenia. Siedział w tej chwili ze wzrokiem utkwionym gdzieś w przestrzeni, jakby w ogóle nie słyszał, co ona do niego mówi.
— Przecież to dzisiaj, a właściwie wczoraj — powiedział, nie patrząc na nią.
— Co dzisiaj, a właściwie wczoraj? — spytała ostro.
Naturalnie znała odpowiedź na to pytanie, ale nie miała zamiaru wejść na tę drogę użalania się nad sobą. W końcu minęło osiemnaście lat.
Jej pytanie wyrwało go z miejsca, w którym się znajdował.
Spojrzał na nią nieco mglistym wzrokiem. Wszystko wskazywało na to, że nie była to jego pierwsza butelka w ostatnich godzinach. Tak bardzo przypominał w tej chwili ich matkę. Nawet gdyby Klaudia chciała przywołać jakieś ciepłe uczucia, nawet gdyby chciała go zrozumieć, to w żaden sposób nie potrafiła. To ona była dzieckiem, to nią trzeba było się zająć, otoczyć miłością i opieką. A okazało się, że to na niej wszystko spoczęło.
— Jak możesz tak mówić? Wiesz doskonale co. A może nie ma to dla ciebie znaczenia? Może się dla ciebie nie liczy, nie liczą? Nie obchodzą cię. Tak jak ja cię nie obchodzę. Zawsze myślałaś tylko o sobie. Czekałaś tylko, aby ją zostawić, aby nas zostawić.
Klaudia poczuła, że głowa jej zaraz eksploduje.
— A kto się wami zajmował przez te wszystkie lata? Najmłodsze dziecko. Musiałam zadbać o wszystko i wszystkiego przypilnować, kiedy matka leżała pijana, a ty podziewałeś się nie wiadomo gdzie, traktując dom jak hotel. Matka i mój starszy brat. Czy to nie wy powinniście zająć się mną?
— Wiesz, jak nam było trudno.
— A mnie nie było? A mój świat się nie zawalił? Miałam piętnaście lat. Pieprzone piętnaście lat. I zostałam zostawiona sama sobie. Nikt mi nic nie wytłumaczył. Nikt mnie nie objął. Zostałam sama, bo tobie i jej, dwojgu dorosłym ludziom, było trudno?!
Klaudia nagle zamilkła. Była pewna, że jej głos rozniósł się po bloku. Nie to jednak ją martwiło. Znowu dała się w to wciągnąć. Znowu Mariusz uruchomił w niej to, co najgorsze. Ona miała swoje życie. Niezależnie od tego, jakie było, było jej. I nie pozwoli, aby brat ściągnął ją do siebie, w swoje błoto, w którym z takim oddaniem tkwił przez te wszystkie lata.
— Nigdy nas nie rozumiałaś — podniósł się z miejsca i zachwiał przez moment. Na szczęście utrzymał równowagę. — Nie miałaś pojęcia, jak cierpieliśmy.
Ich cierpienie było lepsze, bo obnosili się z nim każdego pieprzonego dnia, myślała rozżalona.
Klaudia zacisnęła szczęki z całej siły. Nie, powiedziała znów do siebie w myślach, nie. I zamiast się odezwać, ruszyła w kierunku drzwi. Otworzyła je jednym szarpnięciem. Na szczęście Mariusz nie miał zamiaru protestować. Kiedy znalazł się na wysokości siostry, zatrzymał się na chwilę.
— Zbudowałaś sobie to życie, zostawiając nas na pastwę losu i myślisz, że jesteś lepsza. Nie jesteś — wyrzucił z siebie.
Nie doczekawszy się reakcji, prychnął, roznosząc alkoholowy zapach wokół siebie, i wyszedł z mieszkania.
Klaudia, jak najspokojniej potrafiła, zamknęła drzwi i przekręciła klucz w zamku. Przez chwilę stała oparta o drzwi, nie chcąc wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Chciała zachować pozory, że słowa brata nie bolały. Nie chciała przyjąć na siebie tej nienawiści. Dlatego nie odezwała się już słowem. Pragnęła, aby zabrał wszystko ze sobą.
Nagle zerwała się do biegu i wpadła do łazienki. Klęknęła przed toaletą, jednocześnie uderzając się w rękę. Jęknęła z bólu, ale to nie on sprawił, że znalazła się w tym miejscu. Jej ból był głęboki i trawił ją od lat. Gdzieś go zdusiła, zamknęła i żyła w stworzonych przez siebie kręgach bezpieczeństwa, ale on był i nikt tak jak jej brat nie potrafił wyciągnąć go na wierzch.
Jej ciałem wstrząsnęły konwulsje, jednak nic nie wyszło z jej ust. Nie jadła od wczoraj, a zresztą nie tego się chciała pozbyć. Opadła na podłogę i poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Szybko je obtarła i mimo dojmującego bólu w urażonej ręce wstała na nogi. Opłukała usta i wyszła z łazienki.
Nie upadnie. Nie upadła jako dziecko, kiedy nie miała na dobre pojęcia, jak stać na nogach. Nie upadła przez te wszystkie lata. I z pewnością nie stanie się to dzisiaj.
Trzeba przygotować sobie świąteczne śniadanie, powiedziała w myślach i ruszyła do kuchni.
Adrian wyszedł ze szpitala. Zmrok zapadł już wiele godzin temu. Co prawda dzień zaczął stawać się dłuższy, jednak do wyraźnego odczucia zmiany pozostało jeszcze sporo czasu. W sumie nie miało to większego znaczenia. Lubił ciemność, mrok, w którym mógł się przemykać niezauważony, nieistniejący. Zresztą zawsze, kiedy opuszczał szpital, takim się stawał. Szary człowiek, na którego nikt nie zwracał uwagi. Poruszający się gdzieś na granicy rzeczywistości. W najlepszym razie zostawiający odczucie, że chyba ktoś tu był, ale nie zdążyliśmy zwrócić na niego uwagi i zniknął, zanim na dobre zdążył się pojawić.
Oba dni świąt, z których drugi właśnie dobiegał końca, były dokładnie takie, jakich się spodziewał. Nie miał praktycznie chwili wytchnienia. To było w sumie niesamowite. W takich dniach często miał odczucie, że ludzie nie chcą spędzać świąt wśród tak zwanych bliskich i wybierają najbardziej chyba ekstremalną opcję, czyli trafienie do szpitala. Prawdopodobnie nie było to świadome działanie, ale jak wytłumaczyć fakt, że ponad połowa przypadków dotyczyła osób będących pod tak zwanym wpływem. I były to sytuacje, których pewnie dałoby się uniknąć, gdyby nie wypili tych mitycznych „tylko dwóch piw”, co pewnie w święta było jeszcze mniej prawdopodobne, gdyż mało kto w tym czasie pił akurat piwo.
Adrian nie był fanem alkoholu. Naturalnie rozumiał, że wszystko jest dla ludzi. Trzeba tylko podejść do tego z rozsądkiem. Tego ostatniego tak na co dzień wiele nie dostrzegał, a już na pewno nie u pacjentów w święta. Zawsze sobie powtarzał, że jakby mu zabrakło rozsądku, to co by mu zostało. Tylko że alkohol w niczym nigdy nie pomagał.
W swoim życiu miał wiele trudnych chwil. Chwil, kiedy potrafił zakwestionować całą swoją egzystencję. I właśnie w takich momentach używki byłyby najlepszym rozwiązaniem. Spróbował raz. Po kilku pierwszych kieliszkach poczuł swego rodzaju luz, który nie trwał jednak długo. Postanowił jednak sprawę dociągnąć do końca. I pił, i pił. Rozsądek zwyciężył nawet wtedy. Podświadomie wiedział, że był na drodze donikąd i za wszelką cenę chciał dojechać nią do końca. Gdzieś w trakcie podróży stracił świadomość, a kiedy rano się obudził, najgorszy wcale nie był ból głowy. To tylko fizyczne doznanie, które i tak miało zniknąć. Najgorsze było to wyłączenie, ten brak pełni sprawności, który sobie sam zafundował. Nie był w pełni sobą jako człowiek i jako lekarz. A jakiekolwiek demony chciałby przepędzić, i tak wracały ze zwielokrotnioną siłą.
Na szczęście dyżur miał dopiero nocny, więc zdążył dojść do siebie. Nawet moment picia wybrany był zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Wszystko musiało być poukładane i mieć sens. Co było paradoksalne, jeśli odnosić to do jego życia, ale akurat tak daleko zapędzać się nie chciał.
Odetchnął nocnym powietrzem. Było dosyć mroźnie, co trochę kłóciło się z wysoką temperaturą podczas świąt, ale może front się zmieniał. To, co poczuł, było nieco orzeźwiające. Powolnym krokiem ruszył w kierunku domu. Jego czas w tym miejscu powoli się kończył. I tak się zasiedział, jak na niego. Ale ze wszystkich miejsc, w których pracował, chyba najbardziej lubił ten szpital i tych ludzi. To ostatnie zdanie było o tyle śmieszne, że lubił ich dlatego, że trzymali się z daleka, szanowali jego pracę i jego dystans. I przynajmniej otwarcie nikt go nie oceniał. A wcześniej różnie z tym bywało i zwykle jego praca oceniana była przez pryzmat charakteru.
Istniał jeszcze jeden powód. Cała jego podróż zatoczyła coś w rodzaju koła. Od miejsca, w którym wszystko się zaczęło, dzieliło go niecałe pięćdziesiąt kilometrów. I właściwie w tamtym kierunku powinien uczynić kolejny krok. Nie wiedział, dlaczego miałby to zrobić. Tego wytłumaczyć przed sobą nie umiał. Ale ta siła ciągnęła go przez wszystkie lata. Gdzieś tam daleko byli ludzie, którzy powinni usłyszeć prawdę.
Nawet nie zauważył, jak znalazł się na wysokości basenu. Od szpitala dzielił go kilometr, a przeszedł go nie wiadomo kiedy. Jeszcze jeden i będzie w mieszkaniu. Przez ten czas nie zauważył nawet jednej żywej duszy. Jutro był już normalny roboczy dzień, więc pewnie przynajmniej część korzystała z ostatnich godzin wolnego.
Minął basen i znalazł się obok budynku, w którym mieścił się jakiś sklep z odzieżą oraz punkt przyjmowania i nadawania paczek. W tym momencie usłyszał szczęknięcie drzwi. Skierował wzrok w tamtą stronę i zobaczył, że z boku budynku ktoś wychodzi. Światło w tym miejscu było dosyć słabe, więc trudno było rozpoznać, kim jest ta osoba. Adrian już miał odchodzić, ale wydało mu się, że w tej postaci widzi coś znajomego. W takich sytuacjach zazwyczaj oddalał się dosyć szybko, ale może to pora sprawiła, że jednak został w miejscu.
Przyjrzał się jeszcze raz budynkowi i na górze na balkonie zobaczył baner reklamowy. Musiał pojawić się niedawno, gdyż nie przypominał sobie, aby wcześniej go widział.
„Klub formy doskonałej. Treningi personalne i medyczne. Zapraszamy serdecznie” — brzmiał napis na banerze. Pod nim był jeszcze numer telefonu oraz adres internetowy i odnośniki do Facebooka i Instagrama.
Osoba, co do czego nie miał już wątpliwości, była kobietą, zamknęła drzwi na klucz i odwróciła się w jego stronę. Na widok stojącej sylwetki aż podskoczyła i momentalnie przyjęła coś, co mógł śmiało określić jako pozycję obronną.
— Przepraszam bardzo — powiedział szybko. — Nie chciałem pani przestraszyć.
— I dlatego tak pan stoi w ciszy? — spytała ostro.
Klaudia czuła, jak bije jej serce. Bycie samotną dziewczyną, która nie raz i nie dwa wracała z różnych miejsc o różnych porach, sprawiło, że była dosyć wyczulona na zagrożenia. W tym momencie jednak takiego nie czuła, co oczywiście nie znaczyło, że ono nie istniało. Natomiast jej reakcja wynikała bardziej z faktu, że została przestraszona.
— Jeszcze raz przepraszam. Przechodziłem obok, usłyszałem szczęk drzwi i jakoś automatycznie się zatrzymałem.
Adrian uznał, że musi się wytłumaczyć. Nie chciał przestraszyć kobiety i choć normalnie mało się przejmował, co inni myślą, to akurat z tym, co się stało, nie czuł się najlepiej.
— No to chyba teraz może pan już ruszyć w swoją stronę — powiedziała, wciąż stojąc nieco w cieniu. Nie bała się specjalnie, ale wolała, żeby mężczyzna sobie poszedł.
Adrian zrozumiał, że kobieta czeka, aż on zniknie. Postanowił spełnić jej prośbę. Skinął lekko głową i ruszył przed siebie. Uszedł jednak raptem może z dziesięć kroków, kiedy zatrzymał się i odwrócił.
Kobieta wciąż stała w tym samym miejscu. Prawdopodobnie nawet nie drgnęła.
