Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Dla wszystkich kobiet, które choć raz pomyślały, że to już koniec, a jednak znalazły w sobie siłę, by powiedzieć: „Nie, to dopiero początek!”.
Czasem jeden sekret wystarczy, by przewrócić czyjś świat do góry nogami…
Monika ma czterdzieści lat i po śmierci męża próbuje poskładać swoje życie na nowo. Z pozoru silna i opanowana, w środku wciąż jest rozdarta i zagubiona. Gdy przypadkiem trafia na trop, który podważa wszystko to, w co dotąd wierzyła, rozpoczyna prywatne śledztwo. Prawda, którą odkryje, okaże się trudna, ale też wyzwalająca.
Towarzyszą jej trzy niezwykłe kobiety: Teresa – teściowa, która długo żyła cudzym życiem i dopiero teraz odkrywa, że chciałaby spełniać własne marzenia; Adrianna – artystka z głową w chmurach, która po latach rozczarowań znajduje miłość, choć szczęście wcale nie okazuje się proste; a także Marysia – czternastoletnia buntowniczka, która szukając swojego miejsca, podejmuje brzemienną w skutkach decyzję.
Ich losy splatają się w poruszającej, pełnej emocji opowieści o stracie, przebaczeniu i dawaniu drugiej szansy. Czy Monika zdoła wybaczyć i pozwoli sobie na nowe uczucie? Czy Teresa spełni swoje marzenie, a Ada wyjdzie w końcu za mąż? I czy Marysia wybrnie z tarapatów, w które wpadła na własne życzenie?
„Miejsce w sercu” to pokrzepiająca powieść o czterech kobietach, które muszą zmierzyć się z przeszłością, by odzyskać siebie. O miłości, która przychodzi nie wtedy, gdy jej szukasz, lecz wtedy, gdy jest na nią miejsce.
Natalia Bieniek urodziła się i wychowała w Łodzi. Z wykształcenia jest anglistką, obecnie pracuje jako copywriterka. Zadebiutowała w 2002 r. na łamach „Esensji” opowiadaniem „Diabeł morski”, które ukazało się również w języku angielskim i hiszpańskim. Autorka powieści obyczajowych „Uśpione marzenia”, „Dom sekretów”, „Dom na skraju lasu” i „Zamiana ról”. Mieszka z mężem i córką w Warszawie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 240
Copyright © Natalia Bieniek, 2026
Projekt okładki
Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Zdjęcie na okładce
© Antonia/Adobe Stock
Redaktor prowadzący
Anna Derengowska
Redakcja
Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta
Barbara Szymanek
Jolanta Rososińska
ISBN 978-83-8444-503-7
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Dzień zaczął się pechowo już o szóstej dwadzieścia, kiedy zgodnie z planem w telefonie Moniki miał zadzwonić budzik. Tak się jednak nie stało – albo pogrążona w głębokim śnie nie usłyszała sygnału. Przewróciła się na drugi bok i spała dalej, ignorując godzinę pobudki.
Otworzyła zaspane oczy dopiero o siódmej pięćdziesiąt, co niemal wprawiło ją w stan przedzawałowy. Potrząsnęła komórką, sprawdzając, czy ta przypadkiem się nie wyładowała. Wyglądało na to, że nie, a ustawienia były aktualne i czytelne. Oprzytomniała natychmiast i pognała do łazienki. Dotąd jeszcze nigdy nie zdarzyło się jej zaspać do pracy.
Myjąc w pośpiechu zęby, przeprowadziła krótką analizę dalszych kroków, które powinna przedsięwziąć, by zmaksymalizować wykorzystanie czasu. Z bólem serca postanowiła zrezygnować z prysznica, co w jej przypadku stanowiło prawdziwe poświęcenie, ale obecnie każda minuta była na wagę złota. Zgodnie z harmonogramem już o dziewiątej czekało ją spotkanie w siedzibie macierzystego banku. Sprawdziła pocztę elektroniczną w komórce. Rozmowy miały się rozpocząć w centrali, a w porze szczytu dojazd tam trwał niemal godzinę. Jej irytacja tylko rosła. Nawet jeśli zrezygnuje ze śniadania, a makijaż zrobi, stojąc w korku, spóźnienie i tak ma, nomen omen, jak w banku.
Już miała pędzić do garażu podziemnego, gdy ponownie zerknęła na wyświetlacz z otwartym kalendarzem i zobaczyła, że dział kontraktów sojuszniczego banku zaplanował jej spotkanie na dziewiątą trzydzieści, w ich siedzibie, czyli po drugiej stronie miasta. W zupełnie innym miejscu! To musiała być jakaś pomyłka. Nie da się przecież odbyć tych dwóch spotkań jednocześnie! Monika westchnęła z irytacją, jednak natychmiast przeszła do działania. Wybrała prywatny numer swojej asystentki, która zapewne tkwiła właśnie w autobusie jadącym do pracy. Trzeba jak najszybciej wyjaśnić to nieporozumienie.
– Pani Sylwio, proszę mi powiedzieć, gdzie mam poranne spotkanie. – Telefon przyciskała do ucha ramieniem, jednocześnie zakładając czarne lakierowane szpilki. – W kalendarzu jest sprzeczność. Centrala czy oddział?
– Oddział – wychrypiała asystentka po drugiej stronie słuchawki. – Pewnie kalendarz internetowy się pani nie zaktualizował.
– Dziękuję. – Monika bez zbędnej zwłoki zakończyła połączenie.
To była dobra wiadomość. Oddział znajdował się bliżej jej mieszkania, więc była szansa, że jednak zdąży. Spojrzała szybko w lustro i omiotła swoje odbicie niezbyt przychylnym wzrokiem. Nie dało się ukryć, że nie wygląda świeżo. Trudno, w samochodzie rozświetli cerę, korektorem rozjaśni worki pod oczami, wytuszuje rzęsy. Nie można wymagać od czterdziestoletniej kobiety, by tuż po wstaniu z łóżka wyglądała jak nastoletnia gwiazda filmowa po powrocie ze SPA.
Poza tym miała prawo być zmęczona. W zeszłym tygodniu siedziała w pracy często do dwudziestej drugiej. Terminy goniły, finalizacja ważnego projektu we współpracy z innym bankiem wymagała całkowitego skupienia i poświęcenia każdej wolnej chwili. Nadgodziny były jej chlebem powszednim od roku, a w ostatnim miesiącu stały się wyjątkowo uciążliwe. Na domiar złego to właśnie Monika była odpowiedzialna za formalności związane z przeprowadzaną fuzją. Była dyrektorem departamentu, co napełniało ją dumą. Znała swoją wartość, a obowiązki służbowe traktowała bardzo poważnie. Przyzwyczaiła się do swojego trybu życia, tak naprawdę lubiła tę wieczną gonitwę i ciągłe nagromadzenie zadań. Bank to było miejsce, w którym spędzała dużą część doby i gdzie czuła się dobrze. Była tam szczęśliwa.
To dzięki pracy miała mniej czasu na myślenie o tym, co się stało przed dwoma laty. Znajomi i rodzina ją podziwiali, mówili, że jest dzielna, że świetnie sobie radzi, że jej przeżycia załamałyby niejedną osobę, a ona jest nad wyraz wytrwała i silna. Monika uśmiechała się delikatnie, słysząc te słowa, ale ich nie komentowała. Koncentrowała się na bieżących zadaniach. A tych jej nie brakowało.
Dojechała do pracy dziesięć minut przed początkiem spotkania. Nie ma to jak wyczucie czasu. Wysiadła ze służbowego samochodu perfekcyjnie umalowana i całkiem nieźle uczesana. Są plusy stania w korkach – można się zrobić na bóstwo. Przynajmniej na tyle, by nie straszyć swoim wyglądem wyższej kadry menedżerskiej.
– Pani dyrektor jak zawsze idealna! – pochwaliła recepcjonistka.
Monika zbyła tę uwagę łaskawym uśmiechem.
– Delegacja już czeka. – Dziewczyna wskazała bramki znajdujące się na lewo od schodów. – W konferencyjnej na pierwszym piętrze nie udało nam się włączyć klimatyzacji, a po weekendzie panuje tam zaduch, więc spotkanie przenieśliśmy do sali sto dwa.
– Rozumiem. Dziękuję za informację, pani Ingo. – Monika była jak zawsze uprzejma. Zanim wypowiedziała imię dziewczyny, dyskretnie zerknęła na identyfikator na jej piersi. Bez niego nie miałaby pojęcia, jak się zwrócić do pracownicy.
W toalecie jeszcze raz skontrolowała swój wygląd. Nic nie wskazywało na to, że za późno dziś wstała. Garsonka była elegancka, koszula wyprasowana i świeża. Makijaż precyzyjny, odpowiedni do pracy.
Pozornie dzień jak co dzień.
*
– Jak to padł system wentylacji? – Dyrektor Biernacki bezskutecznie próbował włączyć klimatyzator.
W sali konferencyjnej było gorąco i śmierdziało brudnym mopem. Już zaczynał się pocić, a minęło zaledwie pięć minut, od kiedy tu wszedł.
Jego asystent bezradnie rozłożył ręce. Dreptał nerwowo wokół przełożonego.
– I jak my teraz wyglądamy w oczach francuskiej delegacji?! – Dyrektor zaczął rwać włosy z głowy. Miał choleryczny charakter. Monice zdało się, że asystent pozieleniał na twarzy. – Zaraz zaczynamy rozmowy. Proszę natychmiast otworzyć okna!
– Niestety, nie da się – wysapał asystent. – Automatyczna blokada.
– Automatyczna blokada?! – Szef wzniósł oczy ku sufitowi, jakby oczekiwał pomocy sił nadprzyrodzonych.
Monika zdała sobie sprawę, że nigdy dotąd, przez całe pięć lat pracy w tym biurowcu, nie powzięła ani jednej próby mechanicznego otwarcia okna. Nie miała nawet takiego pomysłu. Było to tak niedorzeczne, że aż niewiarygodne.
Jednak to ona zachowała zimną krew.
– Spokojnie – zwróciła się do Biernackiego. – Już dzwonię do informatyków.
Lubiła łagodzić spory. Jak to kobieta, tak mówią. Dobrze jest mieć kobietę na wyższym szczeblu zarządzania. Tak też mówią. Monika działała szybko, rozsądnie i logicznie. W pierwszej kolejności dążyła do znalezienia optymalnego rozwiązania w kryzysowej sytuacji. Ponarzekać można później, kiedy problem się rozwiąże, ale najlepiej nie narzekać wcale. Tego nauczyło ją życie – i taka właśnie była. Monika Janiszewska, dyrektor do spraw kredytów hipotecznych w Banku Inicjatyw Rodzinnych.
Słuchała uważnie telefonicznych wyjaśnień pracownika departamentu informatyki. Jej czoło pozostało gładkie, a twarz pozbawiona wyrazu. Biernacki tymczasem poczerwieniał, jakby zaraz miał eksplodować. Przeczuwał, że problem nie jest łatwy do rozwiązania. Niebawem miała przybyć delegacja z partnerskiego banku, sama menedżerska śmietanka, a niektórzy przyjechali na to spotkanie specjalnie z innych miast. Dzisiejsze rozmowy były kluczowe, natomiast prezentacja, którą miał wygłosić do spółki z Moniką, była wręcz niezbędna do podjęcia negocjacji. Tymczasem sala konferencyjna była kompletnie niegotowa! Dosadniej rzecz ujmując: śmierdziało w niej niemal tak, jakby wentylacją spływała kanalizacja.
– Włączono awaryjne zasilanie – wyjaśniła Monika, gdy skończyła rozmawiać z informatykami. – Trochę potrwa, zanim odczujemy… pozytywne skutki.
W pracy miewali wiele problemów, najczęściej były to trudności związane ze stopami procentowymi, wskaźnikami gospodarczymi, notowaniami giełdy czy zmianami przepisów prawnych. Problemów z wentylacją w tak dużym zakresie i w tak nieszczególnym momencie jednak dotąd jeszcze nie było.
Do sali weszła asystentka działu finansów.
– Pani Sylwio. – Biernacki znów poluzował krawat. – Proszę zaproponować naszym gościom kawę i powiedzieć, że z przyczyn od nas niezależnych spotkanie rozpoczniemy z… – Spojrzał na zegarek. – Z małym opóźnieniem.
Monika nie łudziła się, że opóźnienie będzie małe. Zapewne od godziny do dwóch.
– Rozważyłabym znalezienie sali w Hotelu EuroStars – doradziła przytomnie.
Negocjacje mogły się przeciągnąć, a wtedy atmosfera stanie się nie do wytrzymania i może zachęcić drugą stronę do przerwania rozmów. Hotel EuroStars graniczył z budynkiem, w którym znajdowało się biuro banku.
– W ostatniej chwili może być trudno o sale. – Asystent już zaczął marudzić.
– Więc sprawdźcie to! – Monika przybrała ostrzejszy ton.
Nie cierpiała, kiedy ludzie znajdywali problemy tam, gdzie ich nie było, i narzekali, zamiast szukać rozwiązania. Owszem, sytuacja nie wyglądała dobrze, ale to jeszcze nie powód, by siedzieć i załamywać ręce. Nie zaszkodzi przecież spróbować. W życiu różne rzeczy się zdarzają, trzeba być przygotowanym na wszystko. Nikt nie wiedział o tym lepiej niż dyrektor Monika Janiszewska.
Na domiar złego Biernacki przypomniał sobie, że zostawił w domu wydruki raportów, z których miał roboczo korzystać. Wydrukowanie nowych zajmie sporo czasu.
– Cholera jasna! – zaklął głośno.
Chodziło o liczący przeszło sto stron raport połączony z prezentacją. Dyrektor lubił mieć podczas spotkań pod ręką wydruki. Męczyło go ciągłe patrzenie w laptop, zwłaszcza podczas dłuższych spotkań.
Co za dzień, co za bałagan! – pomyślała Monika i zachciało jej się śmiać. Kto by pomyślał – poważny bank, sami profesjonaliści. Zwykły pracujący poniedziałek. A tu wszystkie biurowe tragedie naraz! Ale wyjdą z tego. Poradzą sobie. Jak zawsze przy jej pomocy! Dyrektor miał czwórkę małych dzieci, które często narażały go na rozmaite straty. Nieraz informatycy musieli ratować jego służbowy laptop, na przykład kiedy dwuletni syn Biernackiego wylał na niego sok z marchwi. Sprawa zyskała oczywiście kategorię „ściśle tajne”, choć nieoficjalnie wszyscy o tym wiedzieli i żartowali z tego w biurze przez kolejne trzy dni.
Spojrzała na Biernackiego z niespodziewaną dozą sympatii.
– Być może będę mogła pomóc w sprawie wydruków. – Grzebała przez chwilę w teczce. Sama też lubiła drukować najważniejsze dane i zabierać wydruki do domu.
W pomieszczeniu zapanowała pełna nadziei i wyczekiwania cisza.
– Słucham? – Biernacki nie od razu skojarzył, o co chodzi. Wciąż myślał o problemach z wentylacją.
– Mam te wydruki. – Wyjęła z teczki gruby plik mocno sfatygowanych kartek. Wyglądały tak, jakby ktoś ochlapał je wodą – pofałdowane od wilgoci i z naciekami rozmoczonej farby drukarskiej.
– Co się z nimi, na Boga, stało? – Biernacki zmarszczył brwi. – Prysznic z nimi brałaś czy jak? – Spojrzał na koleżankę z udawaną naganą.
Monika chrząknęła. Nie zamierzała się tłumaczyć. Komentarz dyrektora był nie na miejscu. Powinien się cieszyć, że będzie miał ściągę w postaci jej wydruków, skoro zapomniał swoich, a on jeszcze narzeka. Jak to ludzie lubią wymyślać sobie problemy i powody do marudzenia – po raz kolejny tego ranka przyszła jej do głowy ta myśl.
To prawda, Monika miała w zwyczaju przeglądać służbowe dokumenty wieczorami, leżąc w wannie, pośród pachnącej olejkami piany i aromatycznych świec. Tak romantycznie.
Ale Biernackiego nie powinno to obchodzić.
– Jeśli nie chcesz z nich skorzystać, to ja je wezmę – powiedziała do niego zimno.
– Spokojnie, przecież żartowałem – zmitygował się Jarosław. – Są czytelne. – Spojrzał na kartki łaskawszym okiem. – Bardzo ci dziękuję. Miałem trudny poranek. Janek w nocy wymiotował, a Basia wstała o piątej, budząc także mnie.
Monika nie miała ochoty tego słuchać. Z ulgą przyjęła wiadomość, że w Hotelu EuroStars czeka na nich wyposażona w klimatyzację, wysprzątana i ładnie pachnąca sala, gdzie będą mogli odbyć spotkanie w cywilizowanych warunkach. Ten dzień mógł jeszcze wrócić na właściwe, ściśle wyznaczone tory.
Sytuacja została uratowana.
Spotkanie okazało się wielkim sukcesem – zarówno dyrektor Biernacki, jak i dyrektor Janiszewska wypadli niezwykle profesjonalnie. Przeciwna strona również opuściła negocjacje zadowolona, czyli każdy uzyskał to, co chciał, niczego istotnego nie tracąc.
*
– Dzwoniła do mnie mama pięć razy. Jestem w pracy. Czy to pilne?
Monika starała się, by jej głos zabrzmiał łagodnie. Teściowa bywała histeryczką, hipochondryczką, a czasem zwykłą marudą. To był typ starszej pani, która siedzi przy parapecie i z nudów podgląda życie sąsiadów, a wieczorami dokarmia bezpańskie koty. Codzienne wycieczki emerytowanej nauczycielki, Teresy, ograniczały się do przychodni zdrowia, kościoła, osiedlowego bazarku oraz cmentarza. Właśnie w tym ostatnim miejscu drogi Moniki i Teresy czasem się przecinały. Teściowa chodziła na grób Adama bodaj codziennie i nie mogła zrozumieć, dlaczego Monika pojawia się tam raz na miesiąc lub rzadziej.
Telefony od Teresy oznaczały zazwyczaj dwie rzeczy: albo rozmowa miała dotyczyć cmentarza i jakichś mniej lub bardziej upierdliwych uwag na temat rozstawienia kwiatków w wazonach, albo teściowa podejrzewała u siebie kolejną ciężką chorobę. Monika przerabiała już z nią zagadnienie dusznicy, wrzodów żołądka i żylaków; poznała teoretyczne podstawy zakrzepicy żył i bakteryjnego zapalenia jelita. A także większość dolegliwości sercowych wymienionych w poradnikach dla kobiet. Wiedza teściowej opierała się w głównej mierze na podręcznej encyklopedii zdrowia, w dodatku nieco przedawnionej, bo w wersji z lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku.
Jeśli ten telefon miał dotyczyć spraw zdrowotnych, będzie musiała szybko zakończyć monolog Teresy. Łatwiej jej to przychodziło, gdy była w pracy. Mówiła wówczas, że ma spotkanie, musi kończyć, i po problemie. Biedna Teresa, w sumie Monice było jej żal.
Teściowa powinna znaleźć sobie jakieś zajęcie – emerytura wyraźnie jej nie sprzyjała. Mogłaby zapisać się na uniwersytet trzeciego wieku, chodzić na zajęcia z malowania pejzaży (co z tego, że nie ma talentu, większość emerytów go nie ma, a tu przecież nie o talent chodzi, ale o to, by zadbać o siebie po sześćdziesiątce). Mogłaby również dołączyć do grupy „Miejscy wędrownicy sześćdziesiąt plus”, która organizowała piesze wycieczki po okolicznych lasach i parkach, spacery z kijkami, lekkie biegi oraz inne formy aktywności fizycznej dla emerytów. Zamiast wciąż narzekać na zdrowie, mogłaby zrobić coś dla siebie i popracować nad kondycją fizyczną. Z pewnością by jej to nie zaszkodziło. Monika dawała jej stosowne ulotki zachęcające do zapisania się do klubu seniora. Pokazywała ogłoszenia na przykościelnej tablicy – tam również reklamował się dom seniora. Wszelkie zabiegi, by wyciągnąć teściową z niebytu, były jednak bezskuteczne. Teresa reagowała oporem i nigdy nie przeczytała do końca ogłoszeń, które podrzucała jej Monika. Sprawa była beznadziejna, a teściowa pozostawała niereformowalna.
Tym razem jednak rzecz nie dotyczyła zdrowia Teresy. Już na wstępie teściowa rzuciła ze wzburzeniem:
– Czy ty byłaś, Monisiu, ostatnio na cmentarzu? – Ledwo łapała powietrze ze zdenerwowania.
Czyli opcja numer jeden: cmentarz.
– A o co chodzi? – Monika wolała od razu przejść do rzeczy.
– Ktoś usunął wszystkie kwiaty, które ostatnio przyniosłam! Te różowe astry i pomarańczowe nagietki! Czy to aby nie ty?
Jak tak dalej pójdzie, zaraz będą musiały omawiać hiperwentylację i palpitacje serca.
– Nie, to nie ja – odparła spokojnie Monika.
Nie widziała powodu, żeby kłamać. Czasem rzeczywiście usuwała bukiety przyniesione przez Teresę, gdyż gust teściowej był krańcowo różny od jej własnego. Te wszystkie majtkowe róże, pomarańcze, fiolety wymieszane z żółtym. Niedobrze jej się robiło od feerii festynowych barw na grobie jej męża. Wolała białe róże albo inne delikatne kwiaty. Adam szczególnie ukochał peonie, miały one dla nich obojga wyjątkowe znaczenie. Dbała więc o to, by przynosić na grób bukiet białych peonii. Tym razem jednak to nie ona usunęła florystyczny folklor z płyty nagrobnej.
Już miała zakończyć połączenie, wymawiając się ważnym spotkaniem, gdy dotarł do niej sens kolejnych słów teściowej:
– No ale to ty zostawiłaś zamiast moich kwiatów ten wielki dziki bukiet czerwonych peonii?!
Zesztywniała.
Ktoś postronny pomyślałby, że to beznadziejnie błaha rozmowa, tymczasem wcale taka nie była. Monika zmarszczyła brwi. Coś jej się nie zgadzało.
W międzyczasie do gabinetu weszła sekretarka, żeby położyć na biurku zamówione wcześniej wydruki z działu prawnego. Monika przytrzymała telefon bliżej ust, a wolną ręką pokazała sekretarce, że jest zajęta – żeby ta jak najszybciej wyszła.
Jak to ujęła Teresa? Dziki bukiet czerwonych peonii? Przed chwilą Monika gotowa była przysiąc, że żadnych czerwonych peonii nie kładła. Ale może jej się pomyliło. To przez przepracowanie, nadgodziny, wzmożony stres. Dni jej się mieszały, bo każde popołudnie poza biurem wyglądało tak samo. Tak, musiała się pomylić. W finansach nie myli się nigdy, co innego sprawy codziennego życia. Tutaj łatwiej o omyłki i niedopatrzenia. Ale to nie ona.
– Nie, to nie ja – powiedziała. – Muszę kończyć, mam spotkanie.
Wyłączyła się, zanim teściowa rozpoczęła swój zwyczajowy lament. Umowy na biurku rzeczywiście czekały na stosowne poprawki i jeśli nie chciała zostawać po godzinach ani zabierać ich do domu, musiała się im bliżej przyjrzeć.
Nie mogła jednak się skupić. Wierciła się na krześle, oglądała paznokcie, poprawiała włosy, patrzyła za okno. Niech szlag trafi te umowy. Wiosna była tak piękna tego roku. Rozkwitały właśnie drzewa i kwiaty. Było ciepło, a momentami wręcz gorąco. Słońce wisiało wysoko, niebo miało czysty, nasycony kolor błękitu. Teoretycznie żyć, nie umierać. Dla niej jednak od dwóch lat ta pora roku była prawdziwą zmorą. To właśnie wiosną wiele lat temu poznała Adama, wiosną wzięli ślub, w maju byli w podróży poślubnej… Wszystkie najpiękniejsze, najbardziej romantyczne chwile w jej życiu związane były z tym czasem w roku. Dlatego teraz, kiedy wszystkich wkoło rozpierała energia, ona wolałaby zaszyć się w piwnicy i cierpliwie przeczekać. To co dobre, minęło. Nigdy nie wróci. Zawsze już będzie tęsknić. Nic tego nie zmieni.
Wstała i podeszła do okna. Kilka pięter niżej ludzie szli chodnikami, przecinali ulice – jedni zgodnie z prawem, po pasach, drudzy poza nimi – siedzieli na ławkach na pobliskim skwerze, jeździli na rowerach. Miasto rozkwitało, wprost kipiało życiem. Dostrzegła parę stojącą przy fontannie. Chłopak i dziewczyna obejmowali się, może nawet całowali – z tej odległości nie widziała dokładnie, zresztą wcale nie chciała widzieć. Odwróciła się i zaczęła intensywnie mrugać, chwilowo oślepiona przez słońce. Chwyciła z biurka chusteczkę, by wytrzeć łzawiące oczy.
Umowy będą musiały poczekać. Przyjrzy im się w domu – i tak muszą być gotowe dopiero na jutro. Przy okazji zyska plan na wieczór. Nic nie pomaga na wiosenne smutki tak jak skupienie na pracy zawodowej. Od razu odechciewa się bzdur.
Zupełnie wbrew zdrowemu rozsądkowi ponownie wyjrzała przez okno. Tak jakby chciała się dobić. No i się udało. Na ławce obok całującej się pary przysiadła młoda matka z wózkiem – po chwili wzięła na ręce owinięte w kocyk maleństwo i przytuliła do piersi. Biuro wydało się nagle Monice duszne. Klimatyzację już naprawiono – i była nastawiona na wysokie obroty – jednak czuła, że nie wytrzyma tu dłużej. Drapało ją w gardle, oczy przeraźliwie piekły.
Z Adamem nigdy nie zdecydowali się na dziecko – i był to ich wspólny wybór. Byli jeszcze tacy młodzi. Ona robiła karierę w banku, on w kancelarii adwokackiej. Nie mieli czasu na pieluchy i kolki. Zresztą świat stał przed nimi otworem, tyle szans, tyle perspektyw. Mieli żyć razem jeszcze z pięćdziesiąt lat, myśleli, że ze wszystkim zdążą… Ich historia potoczyła się jednak inaczej.
Zasunęła żaluzje. Na blat biurka padł podłużny prążkowany cień. Poczuła, że jeśli zaraz stąd nie wyjdzie, to się udusi. Rzadko kończyła pracę w biurze o siedemnastej, więc ten jeden raz mogła sobie na to pozwolić. Poranne rozmowy się powiodły, projekt zmierzał do szczęśliwego końca, ważny etap prac mieli za sobą.
Niewiele myśląc, spakowała umowy do teczki, po czym opuściła gabinet.
Sekretarka spojrzała na nią ze zdziwieniem.
– Ma pani jakieś spotkanie na mieście? Nieformalny obiad z delegacją?
Monika nie uważała za stosowne się jej tłumaczyć, a jednak z lekkim uśmiechem wyjaśniła:
– Poranna awaria klimatyzacji mnie zmęczyła. Postanowiłam, że dokończę pracę w domu. Ty też możesz już iść. Wykonaliśmy dziś kawał dobrej roboty. Należy nam się wolne popołudnie.
Dziewczyna odwzajemniła uśmiech. Po pracy była umówiona ze swoim chłopakiem, więc i tak musiała na niego zaczekać. Wzruszyła ramionami, nie poznając pani dyrektor. Przy okazji zauważyła, i to z niemałym zdziwieniem, że przełożonej – zawsze tak zadbanej i perfekcyjnej – rozmazał się makijaż. Oczy miała czerwone, jakby zapłakane. To pewnie alergia, pomyślała. Wiadomo, maj – wszystko kwitnie na potęgę.
Monika nie mogła przestać myśleć o peoniach, które ktoś położył na grobie Adama. Usilnie chciała o nich zapomnieć, zignorować je, wymazać z pamięci, zanim w jej duszy osadzi się pierwsze ziarno niepokoju i zacznie kiełkować. Kto przyniósł te kwiaty?
Wychodząc z biura, poczuła intensywny zapach. Doniczkowe krzewy rosnące na patio w drodze do garaży zakwitły.
*
Szła przez cmentarz szybkim krokiem. Włosy powiewały jej na wietrze, raz po raz wpadając do oczu. Odgarniała je niecierpliwie dłonią, rozglądając się. Wcześniej nie zwracała uwagi na otoczenie – zazwyczaj przemykała alejkami z pochyloną głową, lawirowała pomiędzy nagrobkami, nie patrząc na mijanych ludzi, jakby byli niewidzialni. Oni też jej unikali. Zwłaszcza żałobnicy, którzy niedawno utracili bliskich, zdawali się tak pogrążeni we własnych myślach i wspomnieniach, jakby świat zewnętrzny nie istniał. Żałoba oddziela człowieka od życia szczelną szybą.
Cmentarz był praktycznie pusty. Piękna pogoda zachęcała zapewne do innych aktywności niż odwiedziny na grobach. Gdyby nie telefon od Teresy, Monika też by tu dziś nie przyszła. Czuła jednak dziwną potrzebę, której do końca nie rozumiała. Po prostu musiała zobaczyć te kwiaty, choć umowy w teczce wołały o jej uwagę, a przez tę niespodziewaną eskapadę pewnie będzie musiała siedzieć nad nimi do późnej nocy.
Rozglądała się uważnie, choć sama nie wiedziała, czego się spodziewa. Bo chyba nie tego, że spotka tajemniczą osobę od peonii? Czy to jakiś tajemniczy krewny, o którym nigdy nie słyszała? A może dawny współpracownik Adama? A jeśli to zwykły przypadek? Może kwiaty spadły z płyty obok i ktoś, przechodząc, losowo odłożył je na grób jej męża? Miała tylko nadzieję, że nie natknie się na Teresę. Teściowa wprawdzie wolała przychodzić na cmentarz do południa, ale zawsze istniało ryzyko, że zmieniła zwyczaj.
Ściskała w dłoni bukiet czerwonych tulipanów. Innych kwiatów w budkach przed cmentarną bramą nie zdołała kupić, a jej ulubionych peonii nie było w asortymencie tutejszych handlarzy. Powinna była pomyśleć o tym wcześniej i wstąpić po drodze do kwiaciarni w centrum. Osoba, która przyniosła peonie na grób Adama, musiała tak właśnie zrobić…
Były tam. Świeże i jędrne. Dorodne. Aż upuściła tulipany, tak wielkie wrażenie zrobiło na niej to, co zobaczyła. W wazonie stał olbrzymi, bujny bukiet świeżych peonii! Zamrugała kilkakrotnie i przetarła oczy, żeby upewnić się, że to nie jest przywidzenie.
To nie były kwiaty od niej. Wcześniej myślała, że może w natłoku obowiązków zapomniała, że je kupiła, ale nie, to nie ona przyniosła tę wiązankę. Pochyliła się, by obejrzeć ją z bliska. Bukiet był piękny i bujny; większość kwiatów zdążyła się już rozwinąć. Monika zbliżyła nos do płatków i wciągnęła powietrze – pachniały intensywnie i świeżo. Po chwili zmarszczyła brwi, gdy wyczuła coś jeszcze: aromat przebijający się spod kwiatowej woni, równie mocny, lecz inny, ciężki, z nutą piżma, zmysłowy, intensywny. Miała wrażenie, że skądś go zna. Zaciągnęła się nim jeszcze raz, głęboko, jak palacz dymem papierosowym.
Niewiele myśląc, wyjęła peonie i wyrzuciła je do pobliskiego kubła na śmieci. W zamian włożyła tulipany, które przyniosła. Następnie szybkim krokiem wróciła na parking. W drodze do domu była w stanie myśleć tylko o tym, kim jest tajemnicza osoba od kwiatów.
*
Kolejny dzień niestety nie przyniósł Monice wytchnienia. Podczas porannego spotkania z zespołem, gdy miała wyciszony telefon, aż trzy razy dzwoniła do niej Teresa. Nastawiona na poważną rozmowę, może nawet na solidną kłótnię, Monika oddzwoniła.
– O co znów chodzi? – W jej głosie wybrzmiała nieskrywana irytacja.
– Widziałam kogoś! – Teściowa sapała, jakby dokądś biegła. – Ktoś tu był!
– Kto? Gdzie? – Monika nic z tego nie rozumiała.
– Przy grobie Adama! Jakaś kobieta! Szłam za nią, ale ją zgubiłam. Widziałam ją z daleka, ale pomnik Winnickich trochę mi zasłaniał…
Monika przymknęła oczy, licząc w myślach do dziesięciu. Jeszcze tego brakowało, żeby Teresa ganiała obce osoby po cmentarzu.
– Mamo, to mógł być każdy. Ludzie przychodzą na groby! Może to ktoś od Winnickich. – Starała się myśleć racjonalnie, ale ona również poczuła podskórny niepokój.
– Nie! Ta kobieta stała zwrócona w stronę naszego nagrobka! To znaczy: nagrobka Adama!
Sytuacja stawała się żałosna, ale Monika nie traciła rezonu. Ktoś tu musiał zachować zimną krew.
– Spokojnie, mamo. Spotkamy się w weekend, to o tym porozmawiamy, dobrze?
Kolejne ziarno niepokoju zostało jednak zasiane. Wyglądało na to, że nie uniknie rozmowy w cztery oczy z teściową, chociaż wcale nie miała na to ochoty.
Przez resztę dnia nie mogła się skupić. Jej myśli krążyły wokół dawnych znajomych Adama, jego współpracowników i dalszej rodziny, która była wyjątkowo nieliczna. Nikt poza nią i Teresą nie wykazywał dotąd większego zainteresowania pomnikiem Adama, choć minęły już dwa lata. A tu nagle takie dziwy.
Bębniła palcami w biurko, drugi raz czytając ten sam raport. Nie mogła się skoncentrować, jej wzrok bezmyślnie prześlizgiwał się po danych w tabelkach. Jak tak dalej pójdzie, będzie musiała siedzieć w pracy nocami, by nadrobić zaległości. Zamiast analizować dane finansowe, przeglądała w myślach stare dzienniki klasowe, fotografie znajomych Adama, rejestr jego nielicznej rodziny. Ktoś niespodziewanie zainteresował się jego grobem, a ona była coraz bardziej ciekawa, kto to był.
Jeśli chodzi o rodzinę zmarłego męża, Monika nie znała jej zbyt dobrze, ale Teresa z pewnością rozpoznałaby któregoś z jej członków. Nie zawahałaby się też przed obdzwonieniem kuzynów i ciotek, żeby ich o to wypytać. Tymczasem z jakiejś przyczyny tego nie zrobiła, tylko zawracała głowę Monice. Może po prostu starsza pani, osoba z wybujałą wyobraźnią, nie wiedziała, co zrobić z nadmiarem wolnego czasu ani jak poradzić sobie z żałobą po stracie syna.
Natomiast co do znajomych Adama Monika była lepiej zorientowana od teściowej. W końcu spotykali się od studiów. Przed oczami migały jej jak w kalejdoskopie twarze, przebłyski wspomnień, kilka pamiętnych scen i wyrazistych sytuacji – cała parada mniej lub bardziej znanych postaci defilowała w jej pamięci. A wśród nich Adrianna. Stara dobra Adrianna, która obracała się w ich towarzystwie. Zarówno w liceum, gdzie siedziały w jednej ławce, jak i potem, w czasach studenckich.
Po powrocie do domu nie mogła przestać myśleć o ich życiu tuż przed wypadkiem. Dotąd spychała bolesne przeżycia na dno niepamięci, ale teraz zaczęła powoli wracać do tamtych chwil. Kto przyniósł kwiaty na grób Adama? Czy to jakiś znajomy z dawnych lat? Czy ktoś, kogo jej mąż poznał tuż przed śmiercią? Miała ochotę porozmawiać z Teresą, ale wiedziała, że to zły pomysł. Jedynie potwierdzi, że jej też ta sytuacja nie daje spokoju. Nie chciała jeszcze bardziej denerwować i tak już przewrażliwionej teściowej. Dlatego na razie postanowiła działać samodzielnie.
Zaczęła od przejrzenia starych zdjęć rodzinnych męża. Nie było tego dużo, przynajmniej w wersji drukowanej. Włamywanie się do jego komputera uznała za niedorzeczność. Przede wszystkim nie znała hasła. To w sumie nie stanowiło problemu – mogłaby zlecić zaprzyjaźnionemu informatykowi z firmy złamanie kodu, mogła też spróbować zrobić to sama, ale czułaby się jak złodziejka, przebrzydła manipulatorka. Poza tym bała się tego, co mogłaby tam znaleźć.
Przeglądała koperty z odbitkami, które od lat zalegały na dnie szafki na dokumenty, przykryte całą masą papierów: rachunkami za meble, starymi polisami ubezpieczeniowymi… W jednej z kopert znalazła ich wspólne zdjęcie, jeszcze sprzed ślubu, robione analogowym aparatem fotograficznym, prześwietlone i lekko rozmazane. Było lato, a oni, szeroko uśmiechnięci, obejmowali się na tle jakiegoś parku. Wręcz emanowali radością. Serce jej się ścisnęło, gdy zalała ją fala wspomnień. Co się z nami stało? – spytała się w myślach. Poczuła tęsknotę za czymś dawno utraconym, przegapionym, niepełnym. Przepełniał ją smutek, ale też niepokój. Analizowała pospiesznie ich ostatnie wspólne dni, miesiące, lata – i doszła do wniosku, że coś było nie tak, i to bardziej, niż można by przypuszczać. Osoba, która położyła kwiaty na pomniku Adama, nie była kimś przypadkowym. Adam nie poznał jej wiele lat temu, to musiała być świeża znajomość, niedawna i aktualna w momencie jego śmierci. A także, o zgrozo, bliska. Co więcej, taka, o której Monika wcześniej nie wiedziała.
W spontanicznym odruchu postanowiła pojechać do kancelarii Adama. To tam jej mąż przez ostatnie lata życia przebywał najczęściej, gdy był poza domem. Może dawni koledzy z pracy będą coś wiedzieć o osobie, która mogła przynieść na grób peonie? Wprawdzie miała się spotkać z Adrianną, bo przyjaciółka sygnalizowała, że chce porozmawiać, ale Monika napisała jej, że jednak dziś nie może. Miała ważniejsze sprawy.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
ROZDZIAŁ 1
Okładka
