Między kadrami - Martyna Pustelnik - ebook + książka
NOWOŚĆ

Między kadrami ebook

Pustelnik Martyna

0,0

Opis

Pokochaliście „Prawie jak w książkach” Martyny Pustelnik? W takim razie musicie poznać jej nową książkę dla młodzieży!

Czasem największe katastrofy prowadzą do najpiękniejszych zakończeń.

Wakacje Maddie miały wyglądać zupełnie inaczej. Chciała po prostu napisać scenariusz, nakręcić film razem z najlepszą przyjaciółką Elliei powalczyć o swoją przyszłość. Ale nawet to nie idzie zgodnie z planem, gdy życie rzuca jej kłody pod nogi. Mama Maddie informuje ją, że jest w ciąży, w ekipie pojawiają się pierwsze problemy, a relacja przyjaciółek przechodzi próbę. W skrócie: NIC NIE IDZIE ZGODNIE ZE SCENARIUSZEM!

W całym tym chaosie Maddie zbliża się do Jamesa – starszego brata Ellie. Znają się od dziecka, jednak w pewnym momencie ich relacja się zmienia, a emocje stają się coraz trudniejsze do zignorowania. Z pomocą przyjaciół dziewczyna musi zmierzyć się z tym, co przeraża ją najbardziej: odrzuceniem, porażką i… uczuciami.

Poruszająca, zabawna i zdecydowanie prawdziwa historia o dorastaniu, lojalności i odnajdywaniu swojego głosu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 408

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ROZDZIAŁ 1

Wnaszym filmie musi być tańczący wampir. I ktoś jedzący mandarynkę widelcem.

Nawet nie podnoszę głowy znad książki. Takie słowa nie robią już na mnie wrażenia. Słyszę je średnio trzy razy na godzinę. Eleanor częstuje mnie nimi jak babcia starymi landrynkami i niezbyt ją obchodzi, że już więcej nie zmieszczę. Składam się w osiemdziesięciu procentach z wody i w dwudziestu procentach z naszych pomysłów na film.

Niestety liczba pomysłów jest odwrotnie proporcjonalna do liczby nakręconych filmów. Chcę przez to powiedzieć, że nie nakręciłyśmy jeszcze żadnego.

Ale tym razem będzie inaczej. Czuję to w kościach i w zapachu letniego powietrza, które wpada przez uchylone okno wielkiego domu Eleanor. Tym razem nam się uda. Te wakacje, te kilka tygodni to będzie coś innego, będą pełne obietnic, spełnionych marzeń i biegania boso po łące. W te wakacje wreszcie zrobię coś więcej niż przeczytanie dwudziestu książek. W końcu wyjdę ze skorupy. Nakręcę film i może nawet się zakocham!

– Znam tę minę – mówi Eleanor. – Przestań myśleć o wielkiej miłości, Maddie. Mamy film do zrobienia!

– Wcale o tym nie myślałam! – protestuję.

Ellie patrzy na mnie z politowaniem. Wie, że kłamię. Zawsze to wie. Jej radar jest nastrojony ośmioma latami przyjaźni. A raczej siedmioma latami i dziesięcioma miesiącami przyjaźni, bo przez pierwsze dwa miesiące naszej znajomości Eleanor mnie nienawidziła. Nie ukradłam jej piórnika ani nic takiego. Jej niechęć do mnie opierała się na najważniejszych dla dziewięciolatki aksjomatach: ja miałam jasne włosy i lubiłam Krainę Lodu, a ona była brunetką z zamiłowaniem do Tima Burtona. W jej świecie takie dziewczyny jak ja były jedenastą plagą egipską. Na szczęście, tak jak moja idolka tamtych lat, Czarodziejka z Księżyca, pokonałam ją siłą przyjaźni. I ciastek. Okazuje się, że kiedy chce się obalić aksjomat, potrzebne są ciastka. Najlepiej z kawałkami czekolady. Przynosiłam je Eleanor codziennie do szkoły, aż w końcu łaskawie zgodziła się ze mną porozmawiać. I kiedy okazało się, że łączy nas nie tylko miłość do ciastek, ale i do filmów, przyczepiłyśmy się do siebie jak guma do włosów. Nic nie było nas w stanie rozdzielić, nawet fakt, że nienawidzi popu i Taylor Swift, nawet zupełnie inny rozkład zajęć w nowej szkole, nawet to, że kiedyś przypadkiem krzywo obcięłam jej włosy nożyczkami do papieru.

– Myślałam, że mamy nakręcić komedię kryminalną. Skąd w niej wampiry? – pytam, bo nie nadążam za wizją Eleanor. Byłoby mi łatwiej, gdyby nie zmieniała się co pięć minut.

– Nie wiem. Na pewno coś wymyślisz. I pamiętaj, że…

– Tak, wiem. Musimy namówić Marka Knopflera, aby pozwolił nam użyć swojej piosenki w swoim filmie.

Z jakiegoś powodu, chociaż jeszcze o tym nie wie, Mark Knop­fler objął patronat honorowy nad naszym filmem.

– Ale on jeszcze żyje, prawda? – Ellie zrywa się na równe nogi, jakby fakt, że były wokalista Dire Straits jest osobą nie tylko śmiertelną, ale i dość wiekową, dopiero dotarł do jej zwojów mózgowych.

– Jak nie, to moja ciotka myśli, że potrafi gadać z duchami. Załatwi się – odpowiadam, popijając zimną lemoniadę.

Eleanor wraca na swoje krzesło zadowolona. Po drodze potyka się o wielki głośnik – część nowego kina domowego.

– Nie rozumiem, po co kupili je takie wielkie – narzeka pod nosem. – Oni i tak oglądają tylko powtórki Milionerów.

– Zrobili to pewnie dla ciebie. Narzekałaś im, że na starych nie da się dobrze obejrzeć Władcy pierścieni.

Wzdycham z zazdrością. Ile ja bym dała, aby być taka jak ona. Mieszkać w wielkim domu, mieć rodziców prawników i nie martwić się absolutnie niczym – ani pryszczami na czole, ani wizją opłaty czesnego, ani tym, czy mojego ojczyma nikt nie postrzeli na patrolu. Opieram się o marmurowy stolik i po raz kolejny zdaję sobie sprawę z tego, że prócz miłości do ciastek i filmów łączy nas bardzo niewiele. Ja jestem jedynaczką, Eleanor ma brata, ja uwielbiam psy, Eleanor koty, ja na wakacje jeżdżę do cioci nad morze, ona do Japonii, Grecji, Tajlandii, ja kocham kolory, ona jest uzależniona od czerni… Od czasów Glindy i Elfaby nie było mniej dobranej pary przyjaciółek.

– Martwisz się czymś. – Ellie uwielbia zauważać takie rzeczy. Sądzę, że naczytała się za dużo Nancy Drew. – Znowu sprawdzałaś, jak dojechać do sklepu papierniczego, a internet powiedział ci, że masz raka?

– Podobno dezorientacja to jeden z głównych symptomów guza mózgu – odpowiadam, chociaż tym razem dla odmiany potencjalnego nowotworu nie ma na liście moich zmartwień.

– No to chyba masz go od urodzenia. Twoja mama uważa, że zgubiłaś się już przy pierwszych krokach.

– Nie, ona uważa że gdybym nie była przywiązana pępowiną, to zgubiłabym się już w kanale rodnym. – Poduszka omija głowę Eleanor i uderza w jeden z tych zbyt dużych głośników. – Po prostu… został mi rok, żeby wykminić, jak zarobić na studia.

– Jak trzeba będzie, to ci pożyczę tę kasę, Maddie. Oddasz mi, jak zdobędziemy naszego pierwszego Oscara.

Przewracam oczami. Nienawidzę tej odpowiedzi. Czasami Ellie uważa, że może we wszystko rzucić pieniędzmi. A jeśli to nic nie da, to znaczy, że źle wycelowała i należy rzucić znowu. Niestety większość problemów jest o wiele bardziej skomplikowana.

– Wiesz, że to odpada.

Nie wzięłabym od niej takiej kasy. Szalki naszej przyjaźni i tak są przechylone. Jeden mały kamyk może całkowicie zaburzyć ten balans.

– Albo wiem! Możesz wyjść za mąż za mojego durnego brata. I on ci je opłaci.

Skóra zakwita mi czerwienią. Brat Eleanor jest dla mnie trudnym tematem. Już dawno owinęłam go taśmą ostrzegawczą w moim mózgu. To teren, w który się nie zapuszczam.

– On mnie nienawidzi, Ellie.

– Jak każdego z choćby atomem osobowości. Ale myślę, że jakbyś go poprosiła, to by to zrobił. Ma nader rozwinięty gen pomagania potrzebującym.

Auć. Wiem, że nie chciała, aby to tak zabrzmiało, ale nagle czuję się jak ktoś, komu trzeba założyć internetową zbiórkę charytatywną.

Przygryzam wargę, aby zachować spokój. To nic takiego, kilka głupich słów powiedzianych bez zastanowienia. To nie wina Ellie, że mam kompleksy. Nie chcę, aby musiała chodzić wokół mnie na palcach i z rękawicami ochronnymi.

– Będę się zbierać. Moja mama ma dzisiaj nockę i chcę się z nią złapać, zanim wyjdzie do pracy – mówię, bo nagle przechodzi mi ochota na maraton wszystkich filmów z serii Oszukać przeznaczenie.

– Ej, Mads, ja nie… – Trójkątna twarz Eleanor kurczy się w grymasie smutku, a może zażenowania.

– Luzik, wiem – odpowiadam, siląc się na uśmiech.

Odstawiam pustą szklankę po lemoniadzie na stół i idę włożyć buty.

– Nie przejmuj się. Do jutra mi przejdzie – mówię.

Wiem, że Ellie ma wyrzuty sumienia, czuję je w powietrzu, ale w tym momencie po prostu zamykam za nimi drzwi.

Wracam do domu spacerem. Muszę trochę odetchnąć. Eleanor jest dla mnie jak siostra, ale czasem czuję się przy niej wyblakła. Jakby jej charyzma i pewność siebie żywiły się tlenem z moich płuc. To nie jej wina, wiem o tym. Po prostu… kiedy siedzi się obok kogoś, kto jest neonowym żółtym, trudno jest nie czuć się beżowym. Tak działa teoria kolorów. Może gdyby było nas więcej, byłoby mi łatwiej. Ale nie mamy więcej przyjaciół. Jesteśmy we dwie – ja i Eleanor. Dwa atomy w cząsteczce przyjaźni.

Słońce zdążyło się schować za horyzontem, ale jego ciepło wciąż mnie otula. Wakacje dopiero się zaczęły, a ja już czuję je w swoim ciele – włosy mam jaśniejsze, a skórę ciemniejszą. Wyglądam, jakbym zaraz miała wskoczyć na deskę surfingową. Szkoda, że nie potrafię nawet pływać. Moja mama nigdy się nie nauczyła, a ojciec nigdy nie był wystarczająco blisko, aby mi w tym pomóc. Mark kiedyś próbował, ale tak wierzgałam nogami, że kopnęłam go prosto w nos i się poddał. Nawet szkoła mnie zawiodła w tym temacie. Ellie potrafi pływać, w wodzie zachowuje się jak syrena. Czasami chodzimy razem na basen – ona wskakuje do wody, a ja czytam książkę na jednym z przemokniętych leżaków. Nie przeszkadza mi to – nie ma dla mnie znaczenia, co robimy, o ile spędzamy razem czas.

Wchodzę do domu i zamieram. Jest w nim dziwnie cicho. Nasz dom jest zbyt mały, aby tak uparcie milczeć. Wciśnięty między dwa identyczne, różniący się jedynie kolorem drzwi wejściowych, jest tak maleńki, że z korytarza słychać kuchnię, łazienkę i salon. Nawet odgłosy z pokoi na piętrze niosą się echem wprost na wycieraczkę.

Powinnam już coś słyszeć. Zazwyczaj o tej porze mama i Mark oglądają serial. Albo grają w planszówki, wyzywając się nawzajem od oszustów i krętaczy. Coś jest nie tak.

Niska postać w granatowym mundurku pielęgniarki wyłania się z kuchni.

– Kochanie. Musimy porozmawiać – mówi mama, a jej ton zatrzymuje mnie w progu.

– O co chodzi? – pytam.

– Może lepiej usiądź – odpowiada.

– Babcia? Coś z babcią?

Złe myśli dziobią mój mózg jak wściekłe ptaki. Babcia narzekała ostatnio na ból stawów i…

– Nie. Z babcią wszystko w porządku.

– Czyli Google miało rację i mam raka?

– Co? – Krzaczaste brwi mamy, które po niej odziedziczyłam, wyginają się w dziwne łuki. – Nie, Maddie. To dobra wiadomość.

– Bardzo dobra – dodaje Mark.

Dopiero teraz zauważam, że ma zaczerwienione oczy. Wygląda, jakby płakał.

Dobra wiadomość, akurat. Z wąsa kapią mu łzy.

– Słuchaj… to nie było planowane, ale tak jakoś wyszło i wszyscy bardzo się cieszymy.

Mrużę oczy. O czym oni do mnie mówią?

Mama bierze głęboki oddech i wypala:

– Madeline, będziesz starszą siostrą!

Cofam się i potykam o kanapę. Że ja, przepraszam, co?!

Czasoprzestrzeń się zakrzywia i widzę wszystko w zwolnionym tempie.

Mama wyciąga ręce do przodu, próbując mnie przytulić. Bije od niej przytłumiony blask nadziei. Chcę ją objąć, ale coś przejmuje kontrolę nad moim ciałem. Odsuwam się jak najdalej.

Czas rozciągnięty jak gumka recepturka wystrzeliwuje do przodu.

Robię kolejne kroki w tył i próbuję dogadać się z moimi pourywanymi myślami.

Albo się przesłyszałam, albo moja niezbyt już młoda mama, która przynajmniej raz w tygodniu robi mi spontaniczną pogadankę o antykoncepcji, zaszła w nieplanowaną ciążę.

Jakim cudem, Chryste? Czy ona wie, ile to niesie ze sobą zagrożeń? Wiedziałam, że oglądanie z nią trzeciej części Bridget Jones to był zły pomysł.

I wtedy to widzę. W jej oczach. Pod tą całą radością kryje się zwierzęca wręcz panika.

Nie stać nas na kolejne dziecko. Ja to wiem. I mama też.

Ciężar tej sytuacji wbija nas w ziemię jak gwoździe. Dostrzegam, jak bardzo mamie drżą ręce. Nie mogę jej z tym zostawić. Ona na mnie liczy. Musimy przejść przez to razem.

Mam sprawdzoną taktykę na takie sytuacje. Na chwile, które są dla mnie zbyt wielkie, zbyt masywne. Które stanowią zagrożenie dla mojej równowagi. Wmawiam sobie, że jestem aktorką, a to tylko jedna ze scen w filmie. Nie jestem już słabą, emocjonalną Maddie, ale kimś pewnym siebie. Kobietą, która radzi sobie ze wszystkim.

Mama po raz kolejny wyciąga do mnie rękę.

Akcja!

Wpadam w jej objęcia. Udaję, że nie posiadam się z radości. Przebieram nóżkami i szczerzę się jak nakręcany klaun wyskakujący z pudełka.

Niespodzianka!

Będziesz siostrą!

Niespodzianka!

Nie będziemy mieli za co posłać cię na studia!

Niespodzianka!

Wszystko się zmieni!

Niespodzianka!

Życie jest do bani.

A nie, tego się w sumie spodziewałam.

Czekam, aż ta scena się skończy. Aż mama przyjmie gratulacje, a Mark zmierzwi moje płowe włosy. Aż skończą mi opowiadać, że to jeszcze wczesny miesiąc, ale bardzo się cieszą, i przestaną zapewniać mnie, a tak naprawdę siebie, że wszystko się ułoży.

Psychologowie nazywają to chyba dysocjacją. Ja nazywam to sposobem na wszystko.

Wymawiam się bólem głowy i uciekam na górę. Zamykam drzwi i dopiero pod osłoną kołdry pozwalam sobie na atak histerii.

Kiedy sześć lat temu mama zaczęła spotykać się z Markiem, nie byłam zadowolona. Przecież zawsze byłyśmy tylko my. My i babcia. Trzy Barnesówny idące przez świat. Ale widziałam, jak zatapia się w nim jak w bursztynie, i zaakceptowałam to. Przyjęłam go do naszego życia, pozwalałam mu zajmować moje miejsce na kanapie i nazywać się Mad Mads. Poprosiłam tylko o jedno: nie chcę mieć rodzeństwa.

– Spokojnie, ja już się swoje narodziłam – powiedziała mama. – Nie ma tyle środków znieczulających na świecie, aby mnie znowu do tego namówić.

A teraz co? Zaszła w ciążę w najgorszym możliwym momencie. Tuż przed moim ostatnim rokiem w szkole. Czeka mnie nauka do egzaminów okraszona płaczem niemowlaka, który, swoją drogą, nie wiem, gdzie będzie spał, bo mamy tylko dwie sypialnie. Może u mnie?! Czy będę musiała mu oddać swój pokój? Wynieść biurko, aby zrobić miejsce na kołyskę?

Nakręcam się. Wiem to. Zachowuję się egoistycznie, to też wiem. Gdy emocje opadną, pożałuję swoich myśli. Ale teraz zagnieździły się w mojej głowie i nie jestem w stanie się ich pozbyć.

Jedno jest pewne. Nie będzie nas stać na żadne studia. Będę musiała zrezygnować z marzeń o zostaniu scenarzystką i zatrudnić się w kawiarni. Albo w… gdzie można pracować bez wykształcenia?! W cyrku? Odpada, mam zerową koordynację i lęk wysokości. A może mam wstąpić do zakonu? Czy zakonnice muszą kończyć studia? Czy muszę być katoliczką, aby zostać zakonnicą? Czy zakonnice mogą słuchać Chappell Roan?

Odpalam laptop, żeby to sprawdzić, ale zamiast tego wpisuję coś innego.

„Filmoznawstwo, stypendium”.

Chyba myśl o byciu zakonnicą na dobre zakorzeniła się w mojej głowie, bo zaczynam się modlić.

Kilkanaście minut później w końcu znajduję to, o czym marzyłam.

To jak znak od Boga. Wielki palec boży uderzający mnie w potylicę.

„Konkurs na krótkometrażowy film fabularny”.

Postanawiam modlić się częściej.

Wyjmuję telefon i piszę do Eleanor.

ROZDZIAŁ 2

Jesteśmy po zęby uzbrojone we wszystko, czego potrzeba, aby stworzyć dobry scenariusz do filmu. Mamy popcorn, żelki, ciastka (dużo ciastek!), matchę, kawę, Colę Zero, chipsy, wygodne dresy i krzywą wieżę Post-itów.

Zaczynamy skoro świt. Rodzice Eleanor jeszcze śpią, a my już planujemy. Nie mamy chwili do stracenia, bo niestety okazało się, że palec boży tknął mnie z lekkim poślizgiem. Na nakręcenie całego filmu mamy czas do października. Nie jest to niemożliwe, ale czeka nas walka z czasem. Każda wyrwana godzina się liczy.

– Czyli pewnie czterometrowa makieta słonia odpada? – pyta mnie Ellie.

Widać, że jedną nogą jest nadal w krainie snów. Jej oczy chowają się pod powiekami częściej niż rzadziej, a ciemne włosy rozpływają się na poduszce, która miała jej służyć jako podnóżek. Nie wie jeszcze o wczorajszej wiadomości dnia. Sama jej wciąż nie przetrawiłam, siadła mi na żołądku jak skórka pomidora i odbija się czkawką. Robię wszystko, aby o niej nie myśleć, a wiem, że gdybym powiedziała Ellie, ta zasypałaby mnie gradem pytań, przed którymi nie obroniłby mnie żaden parasol odpowiedzi.

– Makietę słonia zostawmy na nasz następny film.

– A ożywionych terakotowych wojowników?

– Też.

– Ale będę miała scenę ucieczki przez łany zbóż? – pyta.

– Tak. Chociaż naprawdę uważam, że musimy zacząć od ogólnej fabuły, a nie poszczególnych scen.

Eleanor ziewa tak głośno, że aż podskakuję na kanapie. Jest za wcześnie na tyle decybeli.

– To nie jest moja działka. Wiesz o tym. Ty budujesz fundamenty, a ja dekoruję.

– Wiem. Wiem. Ale sama wszystkiego nie wymyślę. Skup się. O czym chcemy opowiedzieć?

Odrywam różową samoprzylepną karteczkę i przyczepiam ją do stolika.

– O śmierci i cierpieniu.

– Hmm… a dokładniej?

– Chciałabym tam umieścić jakiś pogański rytuał. Jak w Midsommar. Musimy znowu obejrzeć Piknik pod wiszącą skałą, chcę mieć podobne ujęcia u nas.

– Ellie! Nie odpływaj, bo utoniesz! – Uderzam ją długopisem w głowę, żeby przywołać ją do porządku.

– No dobra. Dobra. Chcę bohatera. Outsidera. Człowieka, który zamiast papierosów pali palo santo. Częstuje nim przed klubem jak fajkami.

– Hmm…

Zastanawiam się. To da się zrobić. Buntownik z wyboru, buszujący w zbożu i tak dalej. Ludzie lubią takie historie.

Wyjmuję zeszyt i zaczynam kreślić profil psychologiczny postaci. Od tego jestem. Od bebechów. Eleanor ma oko do kadrów, pięknych rzeczy, scen. Ja jestem od treści i scenariusza. Od słów, nie od obrazów. Od prawdy, a nie od piękna. Zawsze tak było. Gdyby nie Ellie, nadal nosiłabym puchowy bezrękawnik do glanów. I wrzucała źle wykadrowane zdjęcia na Instagram. Nie znam się na tym. Nie wiem, co do czego pasuje. Co wygląda estetycznie. Na Boga, ja przecież farbuję sobie włosy na wszystkie kolory tęczy tylko dlatego, że w dzieciństwie naoglądałam się za dużo anime. Sztuka to dla mnie terra incognita.

Za to słowa? Je rozumiem. Rzeźbię w nich jak w glinie. Brudzę sobie nimi ręce aż po łokcie. A potem pozwalam im zaschnąć. Stawać się trwałymi i kruchymi jednocześnie. To moje medium. Ze słów potrafię ulepić wszystko.

– Może niech spotka śmierć. I pójdzie z nią w tango. Danse macabre. W kosmosie! Danse macabre w kosmosie!

– Danse macabre może być, ale nie w kosmosie. Nie stać nas na rakietę.

Przeciągam się na kanapie. Nie spałam najlepiej, przedawkowałam silne emocje. Odbijały mi się czkawką do trzeciej w nocy.

– Od tego są efekty specjalne!

– Na nie też nas nie stać.

– Coś na pewno wymyślimy.

Oho, zaraz zaproponuje, że jej rodzice zapłacą za grafika komputerowego.

– Odpuść tę rakietę, inaczej wyjdzie nam Plan dziewięćz kosmosu.

Eleanor wykrzywia usta. Lubi stawiać na swoim. Muszę ją jakoś udobruchać.

– W zamian za to pozwalam na kolorowe garnitury.

– I balony?

– Tak, balony też mogą być.

Słyszę, jak ktoś schodzi po schodach.

– Twoi rodzice już wstali?

Dziwię się. Rodzice Ellie w dni powszednie wstają o piątej, aby dojechać do pracy w Londynie. Weekendy są dla nich świętem, które celebrują, przyklejając się do łóżka, z którego trzeba wyciągać ich siłą.

– To James.

Niewidzialny sznurek ciągnie mnie w górę jak zepsutą marionetkę. Moje zdradzieckie serce ląduje w przełyku.

– James już wrócił?

– Taa, wczoraj w nocy. Wszystkie egzaminy zdał śpiewająco. – Ellie przewraca oczami, ale w jej głosie wyczuwam nutkę dumy. James, tak jak jego rodzice wcześniej, studiuje prawo na Uniwersytecie Cambridge.

Chcę powiedzieć coś więcej, ale zaspana postać staje w drzwiach, a ja natychmiast cofam się w rozwoju do poziomu gaworzącego dziecka.

James i ja mamy trudną historię. Trudną i jednostronną. Ja mogłabym napisać o nas książkę, a on? On wzruszyłby ramionami i powiedział: „Ach, no tak, to jest przyjaciółka mojej siostry”.

I co gorsza, byłby dużo bliżej prawdy. Między nami nigdy nic nie było. Wszystko zawsze odbywało się w mojej głowie. I trudno mi się dziwić. Wychowałam się na serialach dla nastolatek, więc zauroczenie starszym bratem przyjaciółki było obowiązkowym punktem na mojej liście dorastającej dziewczynki.

Miałam wtedy dziewięć lat. Obserwowałam, jak jeździ na rolkach na podjeździe, i przepadłam. Nie obchodziło mnie, że nie był w stanie przejechać kilku metrów bez upadku. Ani to, że kolano krwawiło mu, jakby je ktoś siekierą rąbał, barwiąc na czerwono jego trampki z Kermitem. Zobaczyłam jego jasne oczy i pobiegłam wycinać walentynkę. Niezbyt zaprzątało mój umysł, że był lipiec. Ani to, że nie wiedziałam o nim praktycznie nic. Miłość od pierwszego wrażenia, co nie? Przepisałam mój ulubiony wiersz, próbując wcisnąć wszystkie wersy w wyciętą kartkę a4. Ozdobiłam laurkę brokatowymi cienkopisami i naklejkami z kucykami Pony i pobiegłam mu ją wręczyć. A on co?

Wziął ją ode mnie i nie odezwał się ani słowem. Odjechał w stronę domu, a ja stojąc jak sparaliżowana i gapiąc się w moje pobrudzone różowym tuszem palce, próbowałam przełknąć łzy.

James Lancaster był pierwszym chłopakiem, który złamał mi serce.

I jasne, to było aparat na zęby temu, ale ten jeden dzień ustalił reguły gry w naszej relacji na zawsze. Już nigdy nie było normalnie.

Najpierw uciekałam z piskiem, gdy tylko go widziałam. Potem postanowiłam zmienić taktykę i traktować go jak karalucha na bucie. Kiedy miałam dwanaście lat, byłam dla niego tak strasznie niemiła, że jestem pewna, że Bóg wypomni mi to na Sądzie Ostatecznym. Raz nawet się popłakał i tylko czekałam, aż poskarży się mamie. Nie zrobił tego, a ja przez resztę roku udawałam, że go nie widzę. Jak widać, wczesny okres dorastania nie był dla mnie łaskawy.

Dopiero dwa lata temu udało mi się uspokoić. Zamienić z nim kilka normalnych słów. Wprowadzić naszą relację na bardziej neutralne, może nawet koleżeńskie tory, z których zboczyliśmy dopiero, kiedy James poszedł na studia i urwał nam się kontakt.

Nie widziałam go od prawie roku. Gdy wracał do domu na święta, ja wyjeżdżałam do babci. Gdy wpadał na weekendy, ja dorabiałam sobie w restauracji, z której mnie wyrzucili, bo rozbijałam zbyt wiele naczyń. Raz wpadliśmy na siebie na mieście, ale akurat podjechał mój autobus, więc nie było okazji zamienić ze sobą słowa.

Nagle zupełnie nie wiem, co zrobić ze swoimi kończynami. Dwie ręce to za dużo, a nogi to już w ogóle – plączą mi się ze sobą i nie wiem, jak je ustawić.

Przeciągając się nonszalancko, James wchodzi do salonu.

Czy osiemnastolatek jeszcze rośnie? Bo wydaje się wyższy. Dzielą nas niecałe dwa lata, a mimo to czuję się przy nim jak dziecko.

– Co wy wyrabiacie o tej nieludzko wczesnej godzinie? – pyta nas, opierając się o framugę.

Jego twarz przybiera ten dziwny wyraz. Znam go doskonale – jest zarezerwowany dla mnie, Ellie i naszych genialnych pomysłów. Takich jak na przykład zrobienie piana party w kuchni albo jedzenie ciastek na czas.

– Kręcimy film – odpowiada Eleanor.

– W naszym salonie?

– Nie. Dopiero zaczynamy. Będziemy go kręcić przez całe wakacje. To nasz nowy Wielki Projekt!

James parska śmiechem. Chyba przypomniał mu się zeszłoroczny Wielki Projekt, którym był dwuosobowy musical o życiu Marii Curie-Skłodowskiej.

– Wiecie, kogo mi przypominacie? – pyta.

Nasze spojrzenia w końcu się spotykają. James, tak jak Ellie, ma niebieskie oczy. Ale jego są takie jasne… takie czyste…

– Fineasza i Ferba – mówi, a jego słowa sprowadzają mnie na ziemię.

Przeczesuję palcami zielone pasemka, które zrobiłam sobie wczoraj w ramach akcji „Nie myślę o ciąży mojej matki”.

Jak dobrze, że James już mi się nie podoba. Inaczej ta sytuacja byłaby mocno żenująca. A tak tylko płonę jak słomiana strzecha i chcę się zapaść pod ziemię.

– Skoro ja jestem Ferbem, a Ellie Fineaszem, to ty jesteś Fretką – odpowiadam najbardziej obojętnym tonem, na jaki mnie stać.

James uśmiecha się lekko, a ja zauważam, że jego twarz zaczyna już tracić resztki dziecięcości. W ciągu tych ostatnich kilku miesięcy rysy mu się wyostrzyły, linia szczęki uwydatniła, a policzki może i zachowały swoje dołeczki, ale przestały być pulchne i okrągłe, nawet jego włosy wydają się jeszcze ciemniejsze niż zwykle. Kolejny dowód, że jego dzieciństwo przeszło już do historii.

James przywłaszcza sobie miskę popcornu i siada na kanapie. Nie pytając, zagląda mi przez ramię, próbując rozczytać notatki w zeszycie.

– Taniec jako metafora życia? Kto wam w tym zagra? – Jego brew wędruje w górę i już wiem, że nie podoba mu się ten pomysł.

– No może nie jest to jakoś bardzo orygi…

– Nikt cię nie pyta o zdanie – wcina Eleanor. – To mój popcorn.

– Wcale nie. Twoje to jest na pewno edamame z bułką tartą tam w rogu. I ciastka z pastą miso. Popcorn jest Ferba.

To prawda, ja go kupiłam. Jestem prostą dziewczyną – wolę popcorn i chipsy od smażonego jarmużu, którym zajadają się Lancasterowie.

Ellie próbuje zrzucić brata z kanapy.

– Spadówa!

– Zrobiłaś już zdjęcia swojej kraftowej fasoli? Wrzuciłaś na Instagram razem z esejem na temat walorów smakowych i wyjątkowej tekstury?

– Wypad!!!

Ellie jest drobna, ale silna. Miesiące trenowania pilatesu nie idą na marne i udaje jej się zepchnąć dużo wyższego Jamesa z kanapy.

– Ciszej, bo obudzisz rodziców.

– Wynocha!!!

James kręci głową z rozbawieniem, ale zostawia nas same.

– Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę, że jesteś jedynaczką – mówi Eleanor.

Gdyby gdzieś blisko był klif, to na pewno bym się z niego rzuciła.

Wieczorem mamy skończony cały treatment, krótki szkic scenariusza. Mózgi nam parują jak gorące źródła i składamy się głównie z cukru i soli. James jest na tyle uprzejmy, że nam nie przeszkadza. Czasem tylko słyszę, że gra na gitarze w swoim pokoju. Bo niestety Bóg nie obdziela talentami sprawiedliwie – jakby sam fakt bycia przystojnym studentem prawa nie wystarczał – i James potrafi całkiem nieźle grać na gitarze. Może nam pomoże ze ścieżką dźwiękową do filmu. To znaczy jeśli Mark Knopfler nie wypali…

– On ma rację, wiesz? – zagajam, gdy sprzątamy papierki po cukierkach z dywanu.

– Kto? Mój przemądrzały brat? Nie mów mu tego, ale niestety, zwykle tak właśnie jest – odpowiada Ellie.

– Będziemy potrzebować ludzi. Ekipy. Aktorów.

Obie się krzywimy. Eleanor próbuje się ukryć za kurtyną swoich włosów.

– Może uda nam się wygenerować ich komputerowo.

– Ellie…

– Wiem. Ale przecież my nie znamy ludzi. A już na pewno nie ludzi, którzy ogarniają, jak się kręci filmy.

Wzdycham ciężko. Niestety Ellie ma rację – nie jesteśmy królowymi popularności. Ona nie lubi rozmawiać z ludźmi, a ja może i lubię, ale kompletnie nie potrafię tego robić. Za każdym razem, gdy muszę zagadać do obcej osoby, stresuję się tak bardzo, że rumieniec wędruje mi aż po czubki włosów, a język zmienia się w kwaśną żelkę. Ostatnio chciałam podziękować pani w sklepie i zamiast „dziękuję” powiedziałam „dziękobry”, po czym uciekłam ze sklepu, zostawiwszy zakupy na ladzie.

No ale nie mamy wyjścia. Film wymaga ludzi, a ludzie zazwyczaj wymagają, aby się z nimi komunikować.

– Napiszmy ogłoszenie na socjalki – rzucam, bo jednak zawsze łatwiej mi pisać niż mówić.

– A może odezwiemy się do MacKenny Grace? Albo do Dakoty Johnson.

– Ellie, mamy trzymać się ziemi!

– No dobrze, ale wspomnij w tym ogłoszeniu, że może uda nam się załatwić Marka Knopflera. Albo Boba Dylana! Może Bob nam pomoże?

Oczywiście nie umieszczam tego w naszym ogłoszeniu, nie chcę, aby ludzie uznali, że robimy sobie z nich żarty. Piszę po prostu, że szukamy aktorów i ekipy do pracy na planie amatorskiego filmu psychologicznego. Obiecuję podzielić się nagrodą i liczę na cud.

– Zostajesz na noc? Obejrzymy w końcu to Oszukać przeznaczenie?

– Po tym, jak obejrzałaś ostatnią część w kinie, bałaś się nawet zaparzyć herbatę.

– A co, jeśli zerwie się nasza lampa sufitowa, spadnie na garnek, który tak się przetoczy, że przewróci czajnik, a ten mnie poparzy na śmierć?

– Ellie, to jest tak samo prawdopodobne jak to, że Mark Knop­fler użyczy nam swojej piosenki do filmu.

– Czyli bardzo!

Zerkam na wyświetlacz telefonu. Mama już dwa razy pytała, o której wracam.

– No dobrze, zostanę na noc – odpowiadam. – Ale zamiast Oszukać przeznaczenie chcę Arcane.

– O! Nawet lepiej. James uwielbia ten serial, obejrzy z nami.

Uśmiecham się. Nigdy nie zrozumiem tej dynamiki. Ellie i James przez połowę czasu zachowują się, jakby się mieli zaraz pozabijać, a chwilę później wszystko robią razem. Może tak to już jest z rodzeństwem.

Niewidzialna pięść zaciska mi się na żołądku. Zaraz też będę siostrą, ale nawet gdybym chciała, nie będę w stanie nawiązać takiej więzi z nowym członkiem rodziny. Będzie nas dzielić zbyt duża różnica wieku. Zanim jemu wykształci się pamięć długoterminowa, ja będę już na studiach. To się nie uda.

– Jameeees, oglądamy Arcane! – woła Ellie.

– Zajęty jestem.

– Podzielę się popcornem!

– A ciastkami z miso?

– Jeśli muszę.

James niechętnie schodzi na dół. Siada na oparciu kanapy, a jego duże dłonie natychmiast wędrują w stronę ciastek.

Może zamiast głupiej walentynki powinnam mu dać ciastka te osiem lat temu. Najwyraźniej słabość do nich jest genetyczna.

Eleanor zasypia po trzecim odcinku. Jej głowa ląduje na moich kolanach. Przesuwam się, aby zrobić jej miejsce, i prawie wpadam na Jamesa.

Odskakuję jak poparzona. Jego jasne oczy zwężają się w dwie szparki.

– Co z tobą? – pyta.

– Hm? No nie chcę jej obudzić – odpowiadam.

James kręci głową. Do listy rzeczy, które zmieniły się przez ten rok, dodaję jego włosy. Wcześniej były krótkie, teraz sięgają mu za uszy.

Czy ja też się zmieniłam przez rok? Nie wydaje mi się, nie urosłam zbytnio, nie schudłam, nos mam nadal zadarty, budowę ciała dość zbitą. Dojrzewanie zbyt długo trzyma mnie w fazie brzydkiego kaczątka.

James kręci głową, ale nie spuszcza ze mnie wzroku.

– Nie o tym mówię. Coś cię gryzie.

– Nie, skąd…

– Ciągle przygryzasz wargę. Zawsze tak robisz, kiedy się czymś martwisz.

Przesuwam palcem po ustach. Skąd on to wie?!

– Wcale nie.

James wzrusza ramionami. Ten jeden ruch przypomina mi, że tak naprawdę nic go to nie obchodzi. Zapytał przez grzeczność i tyle.

– Nie moja sprawa, nie chcesz mi mówić, to nie.

Ostrożnie, aby nie obudzić Eleanor, wstaje z kanapy i kieruje się w stronę korytarza.

– Dobranoc, Ferb.

– Mojamamajestwciąży – wypalam, sama nie wiem czemu.

Ze wszystkich ludzi na całym świecie mówię to akurat jemu. Nie mojej przyjaciółce, która śpi obok. Nie znajomym z klasy. Nie babci. Osobie, z którą nie rozmawiałam od roku. Gdy tylko te słowa opuszczają moje usta, chowam głowę pod poduszką.

Dlaczego nie mogę się zachowywać jak normalny człowiek? Może brakuje mi jakiegoś genu? Uaktualnienia? Wtyczki?

Dociera do mnie przeciągły gwizd.

– Nic dziwnego, że próbowałaś się przebić przez wargi do Chin.

James siada na schodach i ręką pokazuje, abym do niego dołączyła.

– Jak się z tym czujesz? – pyta, a ja zastanawiam się, czy ukradł to pytanie swojej terapeutce.

– Dobrze. Spoko. Normalnie.

Przewraca oczami; wygląda na to, że nie wypadłam zbyt przekonująco.

– A jak naprawdę się z tym czujesz?

– Mówię, że dobrze.

– No daj spokój, Maddie, zrzucaj tę bombę.

– Co?

– Atomowa szczerość. Obiecuję cię nie oceniać.

Akurat. Gdybym mu dała chociaż spojrzeć w zakamarki mojego mózgu, uciekłby z krzykiem. W mojej głowie jest większy bałagan niż w mieszkaniach tych zbieraczy, o których kręcą programy telewizyjne.

Już mam mu powiedzieć po raz kolejny, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, kiedy coś mokrego spływa mi po twarzy. Chwilę mi zajmuje zorientowanie się, że to łza. Świetnie, zaczynam płakać. Tego mi jeszcze brakowało, wylania wszystkich emocji na Bogu ducha winnego chłopaka, który miał iść właśnie spać.

– Dziwnie. Jest mi z tym dziwnie – odpowiadam. – Po pierwsze, wszystko się zmieni. Po drugie, martwię się o kasę. Po trzecie, mam wyrzuty sumienia, że mama się cieszy, a ja martwię się o kasę. Czuję się jak jakaś totalna egoistka i materialistka. Po czwarte, wszystko się zmieni.

– Już to mówiłaś.

– Ach. A mówiłam może, że wszystko się zmieni?

Kiedy się śmieję, łza skapuje mi z nosa na koszulkę.

Przez chwilę mam nadzieję, że James przytuli mnie na pocieszenie, ale on tylko niezręcznie klepie mnie po barku.

– Pozwalasz mojej siostrze zrobić tysiąc zdjęć na Insta, zanim w ogóle zaczniesz jeść. I kiedy zaśnie ci na kolanach, nie ruszysz się, chociaż nogi ci drętwieją, bo tak bardzo nie chcesz jej obudzić. Nie wydaje mi się, abyś miała trafić na listę największych egoistów tego świata.

– Ostatnio zjadłam wszystkie KitKaty z szafki i jak mama się wkurzyła, to zwaliłam winę na mojego ojczyma – mówię.

James teatralnie się ode mnie odsuwa.

– A, to zmienia postać rzeczy. Złota odznaka egoistki już do ciebie jedzie.

Uśmiecham się krzywo. James taki jest, zachowuje się jak uziemienie. Gdy tylko ponoszą nas z Ellie emocje, łapie nas za kostki i sprowadza do parteru.

– Słuchaj, wszystko się zmieni, to prawda. Ale czy to coś złego? Niektóre zmiany są dobre. Oddałbym lewą rękę i nerkę, aby zmienić kilka rzeczy.

– Jakich? – pytam szczerze zaskoczona. Nie spodziewałam się takiego wyznania. Szczególnie z ust kogoś, kto moim zdaniem ma wszystko.

Na chwilę zapada między nami cisza. Dopiero teraz dostrzegam, jak blisko siebie siedzimy. Czy zawsze tak było? A może to jedna z tych zmian, które zaszły w ciągu ostatniego roku?

James widzi iskierki w moich oczach i natychmiast zamyka tę furtkę.

– To rozmowa na inny dzień – mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Trącam jego kostkę brzegiem swojej stopy.

– Ej, no! Ja ci się zwierzyłam!

– I wyczerpałaś limit ckliwych rozmów na jeden dzień.

Nadymam policzki oburzona. Brak filtra jest chyba u Lancasterów rodzinny. Ja mu dam nazywać moje zwierzenia ckliwymi.

– Zapytam cię o to jutro!

James kręci głową. Kiedy to robi, jego ciemne włosy wpadają mu w oczy. To też coś nowego, wcześniej były na to za krótkie.

– Możesz próbować. Dobranoc, Ferb.

Wstaje i zaczyna wchodzić po schodach do swojego pokoju.

– Dobranoc, Fretko! – wołam za nim.

ROZDZIAŁ 3

James kłamał, następnego dnia nie mogę nawet spróbować zapytać – wychodzi z domu, zanim jeszcze uda mi się otworzyć oczy.

– Poszedł na siłownię – tłumaczy mi mama Ellie.

Marszczę czoło. James na siłowni? Może coś się ostatnio zmieniło, ale kiedyś mi mówił, że ma alergię na sztangę.

– Jesteś głodna? Właśnie robię śniadanie.

Kiwam głową i siadam na wysokim krześle barowym. Mama Ellie uśmiecha się do mnie ciepło. Mimo wczesnej godziny ma na sobie garsonkę, a jej włosy spięte są w idealny kok, z którego nie wymyka się ani jedno niesforne pasemko. Skąd się biorą tacy ludzie? Bóg ich musi produkować w specjalnej fabryce.

– Robię bowl z jagodami goji, pasuje ci?

Nie mam pojęcia, czym są jagody goji, ale kiwam głową.

– Ellie jeszcze śpi?

– Tak, oglądałyśmy filmy do późna.

– Nie ma problemu, zaniosę jej śniadanie do łóżka.

Staram się ukryć uśmiech. U siebie żeby dostać śniadanie do łóżka, musiałabym mieć trzydzieści dziewięć stopni gorączki.

Podczas gdy mama Eleanor wyciska sok z pomarańczy, ja robię sobie poranną prasówkę na social mediach. Dopiero kiedy zauważam trzydzieści nieprzeczytanych wiadomości, przypominam sobie, że wrzuciłyśmy wczoraj ogłoszenie.

Ekscytacja gotuje mi się w żołądku, ale szybko wyparowuje – okazuje się, że większość wiadomości pochodzi od osób, które bardzo chcą oglądać moje stopy albo inne części ciała. I są nawet gotowe zapłacić.

Natychmiast tracę apetyt. Odsuwam od siebie miskę z jagodami, których nazwy nie zdołałam zapamiętać. Jedyną osobą, której mogę pokazać stopy w zamian za pomoc przy filmie, jest Quentin Tarantino.

Dobra, na szczęście jedna wiadomość brzmi sensownie. Chłopak w naszym wieku proponuje pomoc. Kojarzę go, chodzi do naszej szkoły i kręci niesamowite filmiki z jazdy na deskorolce. Ma świetne oko i chyba zna się też na montażu. Nigdy z nim nie rozmawiałam i prawdę mówiąc, trochę się go boję, bo nosi koszulki zespołów, które moja babcia ma za organizacje terrorystyczne, a do tego znajomi nazywają go Kotojadem. No ale co zrobić? Darowanemu operatorowi nie zagląda się w zęby i do szafy.

Jedna osoba, mam nadzieję, z głowy. Zostało… tak właściwie ile osób potrzeba, aby nakręcić film? Zaczynam robić listę. Reżyser, operator, aktorzy, charakteryzator, kostiumograf, scenograf, ktoś od dźwięku…

Jezu, ja nie znam tylu ludzi! Na Instagramie obserwuje mnie dwadzieścia osób, a trzy z nich to moja babcia, która ciągle zapomina hasła i musi zakładać nowe konto.

Zastanawiam się, czy może ktoś jeszcze z naszej szkoły, prócz Kotojada, interesuje się filmem. Wiem, że jedna dziewczyna, nie pamiętam jej imienia, taka ciemnowłosa z klasy wyżej, lubi szyć ubrania. Może powinnam poprosić ją o pomoc. No i jest kilka osób, które w przeciwieństwie do mnie znają się na makijażu. Trzeba będzie do nich napisać.

Na samą myśl o tym gula skacze mi w gardle, a ślina zmienia się w żółć. Chyba nici ze zjedzenia pożywnego śniadania. Boże, czemu kontakt z ludźmi jest dla mnie taki trudny?

– Wszystko w porządku, Madeline? – pyta mama Ellie, a ja nie wiem, co odpowiedzieć.

– Tak, po prostu będziemy kręcić film w wakacje.

– Wiem, Ellie już do mnie o tym pisała. Nie martw się, wynajmiemy cały potrzebny sprzęt.

Jezu, no tak. Potrzebujemy nie tylko osób, ale i sprzętu. Który jest pewnie niebotycznie drogi. Jak mogłam o tym nie pomyśleć?!

– Część nawet kupimy. Ellie przyda się jakaś porządna kamera.

Zaczyna mi się telepać powieka. Wiem, ile kosztuje taki sprzęt. Oraz po kim Eleanor odziedziczyła rzucanie pieniędzmi w problemy. Nigdy nie czułam się biedniejsza.

– Po prostu zróbcie nam listę potrzebnych rzeczy, zajmiemy się tym. Ach, rozmawiałam z Jamesem i poprosiłam go, aby wam pomógł. Nie był zbyt zadowolony. Podobno miał gdzieś jechać ze znajomymi. Nie wiem, co ja mam z nim zrobić.

– Poradzimy sobie same – mówię, chociaż wiem, że na nic się to nie zda. Gdy pani Lancaster sobie coś postanowi, każdy musi się dostosować. Po kimś Ellie to odziedziczyła.

– Bzdura. James wam pomoże. Haiti może poczekać.

– Że co?! To znaczy… Słucham?

– No, planował ze znajomymi jakiś wolontariat, czy coś. Niestety wygląda na to, że z idealizmu się nie wyrasta.

Nie wiem, co powiedzieć, więc po prostu zabieram się do śniadania. Nie uważam, że chęć wyjazdu ze znajomymi jest taka straszna. Szczególnie jeśli przy okazji buduje się domy dla ofiar huraganu. Ale może po prostu nie widzę całego obrazka, nie zamierzam się wtrącać.

Okazuje się, że jagody goji są paskudne. Siłą woli zmuszam się, aby ich nie wypluć prosto na marmurowy blat.

– Rozumiem chęć niesienia pomocy, sama wysyłam składki na kilka akcji charytatywnych miesięcznie. Ale jechać na drugi koniec świata? Mimo że tu, na miejscu, potrzebuje cię własna siostra? Ten chłopak ma przetrącone priorytety – dodaje mama Ellie.

Lekki niesmak osiada mi na podniebieniu. Gryzę się w język, żeby nie powiedzieć, kto moim zdaniem ma tu przetrącone priorytety.

– Na szczęście zdecydował się zostać. No i jeszcze jesteś ty. Tak się cieszę, że Ellie ma taką dobrą przyjaciółkę. – Wręcza mi uśmiech jak medal, a ja z trudem staram się go odwzajemnić.

Lubię tę kobietę, czasem traktuję ją jak własną mamę, ale zaczyna się robić niezręcznie. Morduję łyżeczką swoją owsiankę. Wygląda coraz gorzej.

– Chyba będę się zbierać. Pójdę się pożegnać z Ellie – mówię.

– Nie, niech sobie śpi. W końcu oglądałyście do późna filmy. Obudzę ją na lekcję tenisa.

No dobrze, niech będzie, myślę. Biorę butelkę soku pomarańczowego i wychodzę na wilgotne powietrze poranka.

Przez noc zdarzył się cud – mnóstwo ludzi chce zagrać w naszym filmie. Trzeba będzie zorganizować przesłuchania, bo aspirujących aktorów jest na pęczki. Każdy chce być gwiazdą. Gorzej z ekipą. Zagryzam zęby i zaczynam pisać do osób, które mogłyby się nadać. Czuję się z tym tak źle, że po każdej wiadomości przerywam i chowam twarz w dłoniach, czekając, aż serce mi się uspokoi. Ci ludzie na pewno mnie wyśmieją. Jakaś dziwna laska z klasy niżej, z którą nie zamienili ani słowa, prosi ich o pomoc w nakręceniu filmu? To brzmi jak próba wyłudzenia kasy. Albo jak zemsta maszyn i AI. Na pewno nikt mi nie odpisze. A jeśli już to zrobi, to tylko po to, aby ze mnie szydzić.

Telefon zaczyna wibrować. Drżącymi dłońmi odblokowuję ekran. Chryste, odpisała mi najpopularniejsza dziewczyna w całej szkole. Mam wrażenie, że utknął mi w gardle jakiś kłak. Zaczynam kaszleć.

„Brzmi świetnie! Chętnie usłyszę więcej? BTW – Ty jesteś tą dziewczyną, która naszywa sobie cytaty z literatury na kurtkę?”

O Jezu, zapomniałam już o tym. Faktycznie mam taką parkę, którą przerobiłam na patchwork z cytatami. Najwyraźniej Stelli rzuciło się to w oczy. Boże, ona na pewno ma mnie za jakiegoś dziwaka.

Wyszłam ze strefy komfortu prosto w strefę dyskomfortu i nawet nikt mnie po drodze nie zapytał o paszport.

Jestem w takim szoku, że wręcz nie mam pewności, co jej odpisuję. Palce przejmują kontrolę nad mózgiem. Klikam „wyślij” i zmawiam zdrowaśkę do bogini autokorekty, licząc, że nie obraziłam Stelli żadną literówką.

Po drodze do domu zahaczam o kawiarnię. Jeśli mam porozmawiać z mamą, to zarówno jej, jak i mnie przyda się kubek matchy. Ta kawiarnia jest trochę zbyt droga jak na naszą kieszeń, ale czuję, że nie byłam wystarczająco wspierająca. Może porządna matcha wynagrodzi mamie mój brak empatii.

Trzymam już upragnione dwa wysokie kubki, kiedy kątem oka zauważam coś, co przykuwa moją uwagę. W rogu kawiarni, wciśnięta w ścianę tak, jakby chciała zaraz zniknąć, siedzi osoba, której desperacko potrzebuję.

Zanim zdążę się zastanowić, podchodzę do stolika.

– Hej… eee… – Moja nieśmiałość jak zwykle blokuje mi połączenie mózg–język.

– Cora. Nazywam się Cora. Zaimki ona i jej.

– Co?

– Rok temu przeszłam…

O Boże, a myślałam, że już bardziej niezręcznie być nie może.

– Tak, wiem. Luz. Wiem, jak się nazywasz. Followuję cię na TikToku.

– Ach, myślałam, że nie wiedziałaś, jak się do mnie zwracać.

Próbuję kiwnąć głową, ale zamiast tego znowu zaczynam dziwnie kaszleć. Kłak niezręczności na stałe przykleja mi się do gardła.

– No, ale to nie ma nic wspólnego z tobą. Ja po prostu mam problemy z zagadywaniem do ludzi.

Uśmiech, który posyła mi Cora, topi resztki moich obaw. Może wcale nie będzie tak trudno.

– Słuchaj, tak jak mówię, followuję cię na TikToku. Miałaś taką serię z przerabiania swojego pokoju…

– A tak, zacierałam ślady mojej obsesji na punkcie Kubusia Puchatka.

– Której już nie masz?

– Oczywiście, że nie! – Fałsz w głosie Cory jest liną ratunkową, której się chwytam.

Wskazuję palcem na breloczek z Kłapouchym zwisający jej z torebki. Prycha i mówi:

– Moja droga, właśnie wychodzi twoja ignorancja. To jest Kłapouchy, a nie Kubuś Puchatek.

Obie parskamy śmiechem. Zaczynam się rozkręcać.

– No, ale ogólnie super ci poszło. Naprawdę. Malowałaś ściany, montowałaś półki, nawet uszyłaś własne zasłony!

– Szycie zasłon nie jest trudne. Mam ci jakieś uszyć?

– Może?

Czekając na zaproszenie, by usiąść, wyzbyłabym się resztek odwagi, więc niewiele myśląc, wciskam się na krzesło obok. Wyjmuję swój zeszyt i zaczynam przedstawiać nasz plan na film. Trochę się jąkam, wciąż zestresowana, ale na szczęście ekscytacja tematem niesie mnie jak na skrzydłach przez wszystkie notatki.

Szare oczy Cory stopniowo się rozszerzają. Widzę, że udziela jej się mój entuzjazm. Zaczyna mi nawet przerywać, aby podrzucić swoje pomysły na podejście do niektórych scen.

– I co myślisz? – pytam, gdy wreszcie docieram do końca.

– To brzmi zajebiście.

Przygryzam wargę. Czas na najtrudniejsze pytanie.

– Czyli zgodziłabyś się zostać naszą scenografką? – Głos drży mi, jakby przemarzł, ale udaje się, wypowiadam te słowa.

– Na pewno chcecie mojej pomocy?

– A czemu nie?

– No wiesz, nie jestem ostatnio zbyt popularna… – mówi niepewnie.

Marszczę brwi. Faktycznie, przez ostatnie kilka miesięcy widywałam Corę w szkole głównie samą. Paczka chłopaków, z którymi się trzymała, już nie jadała z nią obiadów. Robi mi się głupio, że nie połączyłam kropek.

– Totalnie chcemy cię w naszej ekipie – mówię. – Nawet jeśli masz dziwną obsesję na punkcie Kubusia Puchatka.

Cora teatralnie przewraca oczami i podaje mi swój numer telefonu. Obiecuję odezwać się, kiedy będę miała zebraną całą ekipę.

Wychodzę z kawiarni na drżących nogach. Lżejszą mam nie tylko kieszeń, ale i głowę.

Kiedy wracam w końcu do domu, matcha jest już zimna. Mama przysypia na kanapie, ale dźwięk otwieranych drzwi podrywa ją do pionu.

– Jesteś wreszcie! – woła i widzę po jej minie, że się martwiła.

Składam się w środku jak kartka. Nienawidzę, jak się o mnie martwi, a robi to zdecydowanie zbyt często.

– Kupiłam matchę. – Wyciągam ją do przodu jak gałązkę oliwną.

– Jak było u Ellie?

Kiedyś, podczas jednej z kłótni, mama wytknęła mi, że spędzam tam więcej czasu niż u siebie. Zapytała, czy nigdy nie siedzimy u nas, bo wstydzę się naszego domu. Za każdym razem, gdy pyta o Eleanor, dosięga mnie pokłosie wyrzutów sumienia, które wtedy poczułam.

– Fajnie. Będziemy kręcić film – odpowiadam.

Mina mamy mówi: „Już to gdzieś słyszałam”.

– Ale tym razem naprawdę. Na konkurs.

Mama wzdycha w ten swój mamowy sposób. Mam wrażenie, że wszystkie mamy tak wzdychają. Jakby je tego gdzieś uczyli. Może w szkole rodzenia? Tam chyba są zajęcia z oddychania.

– Kochanie, czy chcesz porozmawiać?

– Rozmawiamy.

– No tak, ale czy chcesz porozmawiać o mojej ciąży.

Przygryzam wargę. Chyba jeszcze nie jestem gotowa. Boję się, że powiem coś, co ją zrani.

– Nie wiem… nie ułożyłam sobie tego jeszcze w głowie. To duża zmiana.

– Na razie całkiem mała, ale z każdą chwilą rośnie.

– Muszę znaleźć pracę – mówię.

Mama odsuwa się zaskoczona. Jej oczy przypominają staw, w który ktoś wrzucił kamień.

– Niby dlaczego?

– No… – zaczynam ostrożnie. – Będziemy mieli teraz sporo wydatków.

– Maddie. Poradzimy sobie.

– Studia kosztują.

– Wiem, ale…

– Zresztą już kiedyś pracowałam i nie miałaś nic przeciwko.

– Pracowałaś, bo chciałaś, a nie dlatego, że czułaś, że musisz. – Znam ten ton. Mama nie będzie słuchać żadnych „ale”. – Maddie, jesteś jeszcze dzieckiem.

– Przez czternaście miesięcy.

– Wykorzystaj je. Dorosła będziesz przez resztę życia.

– Ale…

– Nie chcę, żebyś się martwiła o pieniądze, dobrze? Ogarniemy coś. Jak zawsze.

Pozwalam się przytulić. Uwierzyć, chociaż na chwilę, że wszystko będzie dobrze. Że wcale nie czekają nas miesiące żywienia się płatkami kukurydzianymi. Że mama wcale nie będzie brała dodatkowych zmian w szpitalu, aby odłożyć na wózek i pieluchy. Że Mark wcale nie sprzeda swojego sportowego zegarka, aby mieć na paliwo…

Mama mówi, że mam się tym nie martwić, więc tego nie robię. Zamiast tego martwię się o film, moją przyszłość i to, czy przypadkiem nie uraziłam Cory.

Wracam myślami do listy osób, które mają tworzyć nasz film.

Reżyser: Ja i Ellie

Operator: Kotojad

Charakteryzatorka: Stella?

Scenografka: Cora

Dźwiękowiec: ??? NIE MAM POJĘCIA

Kostiumografka: może ta dziewczyna ze szkoły,

jak jej jest? Shabana?

Umawiam się z Ellie, że ja zajmę się zebraniem ekipy, a ona zorganizuje casting aktorski. Chcemy zacząć kręcić w przyszłym tygodniu, więc musimy się tym wszystkim jakoś podzielić. Mnie jeszcze czeka napisanie całego scenariusza. A potem też scenopisu. Ale co w tym trudnego? Sylvester Stallone napisał scenariusz do Rocky’ego w trzy i pół dnia. I dostał za to nominację do Oscara. Skoro on dał radę, to ja też muszę.

O trzeciej w nocy zaczynam myśleć, że wcale nie muszę. Wszystkie literki mi się zlewają i nie mam już pojęcia, czym różni się „może” od „morza”. Schodzę na dół, aby nalać sobie wody, i wpadam na mamę. No tak, o tej porze czasem się zbiera na poranną zmianę.

– Dobrze, że cię widzę! – woła. Nawet nie pyta, czemu jeszcze nie śpię. Musiała słyszeć stukanie w klawiaturę. – Syn mojej koleżanki ze szpitala chętnie wam pomoże w filmie.

– Której koleżanki?

– Edith. Poznałaś go.

Zgrzytam zębami. No poznałam. I oddałabym płat wątroby, aby nie musieć go znowu spotykać.

– On się zna na nagrywaniu dźwięku. Edith mówi, że łapie takie zajawki od czasu do czasu, że nie robi nic innego, tylko czymś się zajmuje…

– To się nazywa hiperfokus, mamo – odpowiadam.

Mój wyprany z entuzjazmu ton chyba do niej dociera.

– Oj… mam to odwołać? – pyta.

Wzdycham ciężko i przykładam sobie zimną szklankę do czoła. Może to brak snu, a może nadmiar emocji, ale robi mi się strasznie gorąco.

– Jak to odwołasz, to wyjdzie niezręcznie…

– No tak, ale nie pomyślałam. Faktycznie ten jej chłopak, Liam, jest dość specyficzny, Edith mówiła, że nie ma zbyt wielu przyjaciół. I że całe wakacje spędza w swoim pokoju.

Czyli trochę jak ja. Natychmiast robi mi się głupio, że tak szybko go oceniłam.

– Luzik, mamo. Damy radę. Tylko może go uprzedź, żeby tym razem nie wytykał mi liczby pryszczy na czole.

Mama blednie pod swoim makijażem.

– Naprawdę tak zrobił?

– Tak. Pamiętasz to lato, zanim poszłam do dermatologa?

Mama przeciera twarz dłonią. Obie nie wspominamy tego okresu najlepiej. Nosiłam wielkie chustki, aby to wszystko zakryć.

– Zostaw, bo się rozmażesz. Nie przejmuj się, niech wpada. I tak potrzebujemy kogoś na to stanowisko. Najwyżej go wyrzucimy, jak Jeremy’ego Clarksona z Top Gear.

– Wątpię, żeby Liam kogoś uderzył.

– On może nie. Ale ja…

Alarm wyznaczający godzinę wyjścia do szpitala zaczyna dzwonić. Wyłączamy go, zanim obudzi Marka.

– Dobra, lecę. Macie obiad do odgrzania w lodówce. I połóż się wreszcie spać, ty mała północnico.

Mama całuje mnie w środek czoła i wychodzi.

ROZDZIAŁ 4

Trzy dni po rozpoczęciu pracy nad scenariuszem mamy już całą ekipę. Nadal temu nie dowierzam – jakimś cudem posty na socjalkach zrobiły swoje. Ludzie chcą w to wejść, poświęcić całe lato, aby zrealizować jedną z naszych chorych wizji. Czuję ucisk odpowiedzialności na kościach. Moją rolą jest dopilnować, aby nie mieli wrażenia, że stracili cały swój czas, byli zadowoleni z efektów naszych działań i po tym wszystkim nie zablokowali mnie na Instagramie. Przez kolejne dni piszę, spotykam się z Ellie, żeby pisać jeszcze więcej, a gdy nie mogę już patrzeć na klawiaturę, rysuję krzywe storyboardy. Mam talent plastyczny tresowanej małpy, ale jak się mocno zmruży oczy, to da się coś zobaczyć.

W dzień po przyklepaniu ostatniej osoby z ekipy – przyjaciółka Jamesa zgadza się zostać naszym oświetleniowcem – rozpoczynamy przesłuchania. Szukamy dwóch głównych ról – Śmierci i Bohatera. Bez nich nie ma filmu, więc musimy znaleźć kogoś nie tyle odpowiedniego, co idealnego. Aktorskiego jednorożca. Drugiego Chalameta.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 5

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 6

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 7

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 8

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 9

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 10

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 11

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 12

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 13

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 14

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 15

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 16

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 17

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 18

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 19

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 20

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 21

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 22

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 23

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska

Redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa

Korekta: Małgorzata Lach

Projekt okładki, wyklejki i grafik: Agata Łuksza

Ilustracje wykorzystane w środku: © Bagus, © Lush Diaries / Stock.Adobe.com

Copyright © 2026 by Martyna Pustelnik

Copyright © 2026, Young an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-578-1

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Martyna Pustelnik, Między kadrami

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

Karta redakcyjna