Miecz Vamera - Zeter Zelke - ebook
NOWOŚĆ

Miecz Vamera ebook

Zeter Zelke

3,0

39 osób interesuje się tą książką

Opis

Źle się dzieje w północnym Symeltorze. Od kilku lat tymi ziemiami wstrząsają konflikty wewnętrzne, klęski nieurodzaju, klęski żywiołowe, wojny, a na szlakach mnożą się bestie. Ciemne chmury zbliżają się i do królestwa leśnych ludzi, kiedy na tamtejszy dwór dociera prośba o wsparcie. Przyszły spadkobierca tronu, Linkrod, udaje się na naradę do zagrożonego Milianti. Stamtąd, wraz z grupką ochotników, wyrusza na poszukiwanie skradzionego artefaktu, aby pokrzyżować plany sprowokowania następnej wojny. 

Tak rozpoczyna się gonitwa za niewidzialnym wrogiem, który z cienia niszczy ład na kontynencie dotychczas uznawanym za najspokojniejszy w Sferświecie. Kto za tym stoi? Jaki cel mu przyświeca? W tej intrydze warstwy tajemnic nakrywają się na siebie, a cień sięga znacznie, znacznie głębiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 397

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MarcinDudziuk

Całkiem niezła

To ja
01



Tytuł: Miecz Vamera

Copyright © by Zeter Zelke, Łódź 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

Redakcja i korekta: Anna Dzięgielewska

Projekt okładki i ilustracje: Łukasz Białek

Projekt mapy: Zeter Zelke, Łukasz Białek

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Wydanie I

Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2026

planeta-czytelnika.pl

[email protected]

ISBN 978-83-68702-26-2

Michałowi

za wiarę w tę powieść od jej zarania,

czyli od ponad dwóch dekad

„[…] Wtedy Mistrz Gry spojrzał na nich i rzekł: Ludzie! Jesteście tacy sami: wyglądacie tak samo, myślicie tak samo i tak samo nic nie wiecie. Aby nie skazywać was na stagnację i nie zamykać przed wami drogi do zrozumienia Najważniejszej Rzeczy, rozróżnię was, podzielę i każę się uczyć – jedno od drugiego. Jak powiedział, tak też uczynił. Przez pewien czas było dobrze; czwartego dnia padł pierwszy trup” – z patirskich przypowieści o Graczu.

Prolog

Insania: gigantyczna plątanina korytarzy, jaskiń i jezior. Nad głową niekończące się, najeżone stalaktytami sklepienie odbijające krzyki szaleńców, którzy nazywali to Piekło domem. Fizycznie nic go nie powstrzymywało przed wyjściem na powierzchnię. Każdy normalny człowiek tak by postąpił. Ale jego cel znajdował się głębiej; głębiej w tej czerni. Rozjaśniana mdłym, pomarańczowym światłem pulsującym z pęknięć w chropowatych skalnych zwyrodnieniach, okazjonalnie przetykana zwodniczo pięknym blaskiem kryształów, opalescencją ucztujących na porostach stawonogów i koloniami luminescencyjnych grzybów, igrała z nim zwodniczymi cieniami, z których w każdym momencie mogły wyskoczyć zębiska i pazury.

Oddychał wilgotnym powietrzem. Choć urodził się we Wszystkich Piekłach, Insania wzbudzała w nim odrazę. Zbyt często czuł na sobie śliski, widmowy dotyk bezimiennych władców Otchłani Szaleństwa. Ich macki sięgały nie tyle jego, ile w niego. Histeryczny lament skowyczał mu pod czaszką, wieszcząc śmierć najbliższym: Porwali ją! Porwali! Umrze! Nie zdążę. Nie w tym labiryncie. Gdzie ona jest?!

Przymknął oczy. Wtem usłyszał znajomy szept, który skierował go na tę ścieżkę. Ten szept zapewniał, że da radę. Że podjął słuszną decyzję. Odzyska, co mu odebrano.

Daleko zabrnąłeś. Byle śmiertelnik nie dokonałby nawet połowy tego, co powiodło się tobie. Nie poddawaj się.

– Panie, efrenid! – zakomunikował podwładny i zarazem mentor.

Zadrżał, bardziej ze zniecierpliwienia niż ze zgrozy.

– Zajmę się nim – oznajmił, przesuwając palcami po powiekach. Magiczny cień zasnuł mu wzrok, rozmazując szczegóły. – Każ ludziom stanąć w oddaleniu. Wiecie, czego się spodziewać.

Na efrenidów nie było innej metody niż konfrontacja. Od zawsze zamieszkujący to Piekło, uginali kark jedynie przed Niewypowiedzianymi, nie mieli tutaj innych wrogów. Manipulatorzy – przybierali postać tego, czego ich potencjalna ofiara najmocniej się lękała. Włamywali się do umysłów, obezwładniali przerażeniem, doprowadzali do szaleństwa, by pożreć poczytalność. Niekiedy nie zatrzymywali się na tym i wysysali różową tkankę. Jeden błąd i bestia dominowała nad ludzką wolą.

Wyszedł na spotkanie zbliżającemu się kształtowi, jeszcze nieuformowanemu, jeszcze nieznającemu jego słabości. Trudno walczyć z przeciwnikiem, na którego nie można spojrzeć, którego ruchom nie można się przysłuchiwać. Zacisnął palce na rękojeści miecza. Pewien przekaz już usiłował przedostać się do świadomości, na razie bezskutecznie. Zawczasu osłonił słuch prostą arkaniczną sztuczką. Docierało do niego zaledwie dzwonienie dzwoneczków. A jednak, aby dać sobie szansę, musiał od czasu do czasu przepuścić jakiś dźwięk z zewnątrz. Efrenid to przeciwnik, którego się nie bagatelizuje. Ten natychmiast pojął, że natknął się na kogoś więcej, niż jednego z wielu Pieklan zagubionych w bezkresnej matni identycznych jaskiń.

Gdy potwór uderzył, mężczyzna wykonał błyskawiczny obrót, nie dając się drasnąć. W krótkich chwilach, kiedy dzwoneczki milkły, słyszał kobiecy głos. Dla tej kobiety pociągnął za sobą małą armię do gniazda utkanego z koszmarów. Pomyślał, że to tania sztuczka, a jednocześnie serce pękało mu z rozpaczy. Tak się bał, że nie zdąży.

Ten niedawno jadł – podpowiedział szept. Wystarczy, że stawisz mu opór dostatecznie długo, a zrezygnuje.

Dlaczego mi pomagasz? – zapytał po raz nie wiedzieć który. Zapytał, a przecież znał odpowiedź. Momentami był wdzięczny za wymierne wsparcie, ale niekiedy podejrzewał, że ono również pochodziło stąd. Dlaczego?

Bo jesteś dobrym człowiekiem. Nikt nie zasługuje na takie cierpienie.

Efrenid ponowił atak, a on znów płynnie go uniknął. Pomiędzy przerwami w działaniu zagłuszającego zaklęcia ukochana wzywała jego imię. Namawiała, by na nią spojrzał. Gracz jeden wiedział, że nie pragnął niczego innego.

Za plecami – zamęt. Jak podejrzewał, efrenid wezwał opętanych przez siebie nieszczęśników. Mentor wydawał rozkazy i ustawiał ludzi w szyku. Dla nich to nie nowina bronić się przed zakładnikami Otchłani Szaleństwa. Banda sterowanych tubylców wyskoczyła z kryjówek i zaatakowała. Podwładni musieli radzić sobie sami. On skoncentrował uwagę na efrenidzie.

Dysponujesz wyjątkowym talentem, jesteś urodzonym przywódcą, wprost stworzonym do wielkich czynów – kontynuował szept.

Wydawało się, że bardzo, bardzo daleko ktoś chichocze. Albo płacze…

Przeciwnik zdążył przepoczwarzyć się w coś wielopalczastego i natarł, wymachując szponami. Mężczyzna odbijał atak za atakiem, pazury z brzdękiem odskakiwały od brzeszczotu. Czasami posiłkował się magią, ciskając na oślep wzorami na ogień bądź światło. Tylko raz, jeden raz, na chwilę stracił czujność. Tyle wystarczyło, by pierwotne zło wlało w wyobraźnię wizję siebie dobierającego się do jego różowego, pulsującego mózgu. Iluzja tak sugestywna, że ktoś słabszego charakteru pomyliłby ją z rzeczywistością i dał się pochłonąć, wrzeszcząc wniebogłosy. Ale on nie był słabym człowiekiem. Stłumił odruch wymiotny, chociaż nie potrafił opanować dreszczy odrazy. Lęk powoli wkradał się pod skórę. Lękał się nie tyle o własny los, ile o los najukochańszych. Jeśli zawiedzie, nikt im nie pomoże. Przeszywający ból rozlał się po jego ciele, lecz na to nie zważał. Zbierał siły; nie dla siebie – dla nich. Wreszcie, gdy wydawało się, że nie podoła, efrenid odpuścił, wycofał się i zlał z cieniami. Kontrolowane marionetki, które przetrwały zwarcie, rozbiegły się jak karaluchy.

Arkanista opadł na kolano, podpierając się mieczem. Z nosa ciekła krew. Gdy zdarł z siebie magiczne osłony, zauważył, że nie sam nos krwawi. Choć otrzymał kilka głębokich cięć, choć dygotał, nie czuł bólu. Adrenalina wciąż krążyła w żyłach.

Naprzód! – zachęcił szept, pokonując potępieńczy jazgot w głowie. Ona jest już niedaleko. Twoje dzieci również. Lecz znajdziesz tam znacznie, znacznie więcej. Obiecuję.

Rozdział 1Złe złego początki

„Lubią powtarzać się dzieje” – brzmiało przysłowie znane we wszystkich trzech Sferach. „Lubią powtarzać się dzieje, lecz zawsze trochę inaczej” – dodaliby złotouści mevrotani. Owa prawda ponownie o sobie przypominała jak zwykła to czynić: trochę inaczej.

W środkowym pasie północnego Symeltoru leżało Jerenaglar. Dębowa knieja niczym każda inna – rzekłby ktoś. Niewykluczone, że ciut rozleglejsza, niewykluczone, że nieco lepiej utrzymana. Las tworzyły potężne dęby, smukłe brzozy, smętne wierzby i sympatyczne leszczyny. Zapach świeżej trawy i ziół przenikał powietrze, mech kładł się pod stopami miękkim dywanem, poprzetykany pstrokacizną kwiatów, kępami krzaków, klejnotami owoców oraz łebkami grzybów nieśmiało zerkających spod ściółki. Nie brakowało tutaj i dzikiego zwierza – tego dużego i tego małego. W Jerenaglar żyli też leśni ludzie, ich zaś niepodobna znaleźć w każdym lesie.

Leśni od niepamiętnych czasów zamieszkiwali bory, lasy i gaje. Przeciętnego wzrostu, urodziwi, prawie nie różniliby się od równie gęsto rozproszonych po Sferświecie gonejów, gdyby nie dwa szczegóły. Po pierwsze: kamuflaż. W chwilach zagrożenia ich skóra pokrywała się kolorami zbliżonymi do kolorów otoczenia. Po drugie: podczas gdy większość mieszkańców Wewnętrznej po zapadnięciu zmroku potrzebowała sztucznych źródeł światła, leśne źrenice radziły sobie przy samym blasku księżyca. Związek leśnych z przyrodą był niezaprzeczalny, co nie odgradzało ich od miejskich przystani. Chętni do podejmowania wyzwań odnajdywali się w społecznościach otwartych równie łatwo, co w swych zamkniętych enklawach, przy czym zmiana środowiska rzadko odbijała się na ich charakterach, czego nie dało się powiedzieć o każdym z dominujących ludzkich rodów w Symeltorze. Niemniej, przyzwyczajeni do swobody w zielonych dominiach, nie lubili stagnacji i źle znosili rygor. W zasadzie nieskorzy do bójek mieli jeden czuły punkt, którego podrażnienie natychmiast gotowało im krew w żyłach. Niegdyś, w trakcie tłumaczenia antycznego tekstu w wyniku nieporozumienia zastosowano sformułowanie „leśne ludki” do ludzi lasu. Podobno leśni biją bez zastanowienia, kiedy zwrócić się do nich w ten sposób. Pomijając ten drobny szczegół, łatwo nawiązywali przyjaźnie i cieszyli się opinią sympatycznych indywiduów. Mieszkańcy Jerenaglar nie odbiegali zanadto od stereotypu.

Tego dnia myśli Jerenaglarczyków zataczały ciasne kręgi wokół zbliżającej się fety. Od samego rana przygotowywali dwór na Święto Wiosny zaplanowane pod wieczór. Nie każdy jednak podzielał tę beztroskę.

Linkrod Szebor Dotar’den leżał rozciągnięty na konarze dębu. Założył nogę na nogę, zarzucił ręce za głowę i obserwował, jak wiatr igra z liśćmi. Linkrod był dość wysokim młodzieńcem o pociągłej, jasnej twarzy i kruczoczarnych włosach. Związane w kitę, sięgały mu daleko za łopatki. Oczy duże, ciemnozielone, odznaczały się głębią tak wyrazistą, że gdyby spojrzeć w nie pod odpowiednim kątem, mogły uchodzić za czarne. Choć urodziwy, sprawiał wrażenie niedbałego o aparycję, przeto połowa jego wdzięku spoczywała ukryta pod płaszczem niefrasobliwej powierzchowności.

Pomimo pogodnego dnia rozważania Linkroda obracały się wokół czarnych chmur gromadzących się nad kontynentem. Stąd i książka u jego boku. Tain, sędziwy opiekun nadwornej biblioteki, podsuwał mu pod nos najświeższe nabytki, niezłomnie podtrzymując w nim głód wiedzy. Lecz ostatnie beletrystyczne nowości poruszały wyłącznie jeden temat…

„Gradobicie nad Symeltorem. Koncepcyje. Sugestyje. Zbiór referatów i opinii”. Linkrod przewrócił parę stronic, aż dotarł do referatu wygłoszonego podczas spotkania filozofów i historyków w akademii w Rampie autorstwa niejakiego Tymiana z Algei:

Drodzy!

Jakość pamięci ma się odwrotnie proporcjonalnie do złożoności organizmu ową pamięcią dysponującego. Dajcie jednej osobie do zapamiętania ważną, wpływającą na jej losy treść, a zapamięta ją na długie lata. Dajcie do zapamiętania analogiczną treść społeczności, a zapomni ją w tydzień. Co powiedzieli nasi przodkowie po zakończeniu Pierwszej Wojny o Ludzkość? „Albo Mistrz Gry nie wiedział, co czynił, kiedy nas dzielił, albo przecenił nasze zdolności kognitywne”. Rzucano wtedy na lewo i prawo wielkimi słowami o nauczce dla Sferświata, o konieczności zapobiegania podobnym zagrożeniom w przyszłości. I co wyszło z tego gadania? Ano Symeltor padł łupem leśnego ludu z Dovenu. Gdy dokonało się niemożliwe, gdy Imperium upadło, znów usłyszeliśmy słowa łudząco podobne do tych, które przytoczyłem wcześniej. Widocznie nie zasługujemy na nic lepszego, bo kiedy zaczyna robić się spokojnie, szukamy guza, nie reagując na sygnały!

Zatem konkrety: Działania Doveńczyków obliczone na podbój Symeltoru miały skalę globalną. Nie inaczej jest teraz. Z moich badań wynika, że występowanie tych wszystkich „nieszczęśliwych zbiegów okoliczności” pokrywa się z zasięgiem początkowych faz walki Imperium o supremację w północnym Symeltorze. A ponieważ leśni z Dovenu od dawna egzystują jeno na kartach historii, nie wypada ich obwiniać o nasze obecne kłopoty. Kogo tedy? Wstyd i hańba, że nikt jeszcze nie potrafi wskazać złoczyńcy. Ciągłe udawanie, że nic się nie dzieje, przeobrazi się wkrótce w wielką biedę, której skutki każdy odczuje. Chyba zgodzicie się ze mną, że trzy lata w zupełności wystarczą, aby zorientować się, że coś jest nie tak i zapoczątkować działania obronne, nawet jeśli widzimy tylko na jedno oko.

Niechaj przemówią fakty. Stworzyłem krótki wykaz zdarzeń, które między innymi legły u podstaw dzisiejszego spotkania. Kto wysłucha i nie spotnieje ze strachu, niechże się nad sobą poważnie zastanowi.

Linkrod prześledził wzrokiem tekst, by potwierdzić swoje przypuszczenia. Referat nie zawierał nic, o czym już by nie wiedział.

Sytuacja rzeczywiście przypominała tę sprzed wieków, kiedy Doveńczycy rozpoczynali krwawy podbój północnego Symeltoru. Kłopot polegał na tym, że mroki od dawna gryzły ziemię, skończywszy we Wszystkich Piekłach. Pozostała po nich zaledwie ponura pamiątka pod postacią Puszczy Zmór. Kogo tedy obwiniać za obecne trudności? Nikt nie potrafił udzielić odpowiedzi. Liczące się ośrodki władzy działały opieszale, inne wpływowe środowiska wykazywały brak zainteresowania tematem albo tkwiły po uszy w problemach wypływających – prawdopodobnie – z tego samego, tajemniczego źródła.

Minęły trzy lata od pierwszych symptomów zapowiadających kryzys. Sygnał ostrzegawczy wyszedł z Elentar, gdzie pojawiły się plotki o Czarnych Magach planujących powrócić z banicji, by odzyskać utraconą domenę. To ucieszyło ich lojalistów, ale znamienita większość mieszczan wpadła w panikę. Czas mijał, atak nie następował. Stało się oczywiste, że ktoś rozsiewa fałszywe informacje. W jakim celu? Wystarczyło popatrzeć na stan, w którym obecnie znajdowało się Elentar. Obywatele oskarżyli rząd o niejasne, niechybnie niecne, machinacje. Siłą reakcji przedstawiciele władzy oskarżyli swoich najsilniejszych antagonistów, a najsilniejsi antagoniści władzy – władzę. Pierwsze miasto uległo destabilizacji. Chaos trwał bez końca i, zdaniem Linkroda, ktokolwiek za tym stał, właśnie taki rezultat pragnął osiągnąć.

Później wydarzenia posypały się lawinowo. Trzy państewka, o których wcześniej nikt nie słyszał, weszły w konflikt o strategiczną połać ziemi. W pobliżu Doras Galnar pojawiły się fneble; szkodniki przyszły znikąd i zamieniły się w utrapienie, codziennie wysysając siły z obrońców miasta. Do Gór Lota powróciły wilkoczłeki, o których istnieniu dawno zdążono tam zapomnieć. Vortile odcięli dostęp do Morza Przeznaczenia – tym samym pojawił się pierwszy kandydat do miana nieprzyjaciela Symeltoru – a nieco później gruchnęła nowina o jednoczeniu się czarnych wyznawstw. I jedno, i drugie okazało się kłamstwem mającym wprowadzić więcej zamieszania. Ale stan traktów to już coś namacalnego. Bestie mnożyły się na potęgę. Komendanci oddziałów Mgieł nie wiedzieli, w co ręce wsadzić. Zakon Zmierzchu, zamiast dbać o bezpieczeństwo podróżnych, uwikłał się w polityczne gierki w Roszejenie, którego książę podobno oszalał.

Linkrod zamknął zbiór. Niedobrze działo się w tej części Krain. Kto za tym stał? Co chciał osiągnąć?„Jedni patrząc na obraz, widzą malowidło. Drudzy najpierw zobaczą ramę, potem płótno, a następnie farbę, zanim się zorientują, że układa się we wzorki” – brzmiała jedna z mądrości mevrotanów. Czy nie będzie za późno, kiedy wreszcie dostrzegą pełną skalę malowidła? W tym szaleństwie tkwiła metoda. Linkrod widział wzorki, choć obraz pozostawał nieuchwytny. Kryzys rósł w oczach. Ogólnosymeltorska niemoc, chroniczna niechęć do podejmowania działań, kiedy płonęło coraz więcej frontów, przyprawiały go o bezsilną wściekłość. Jest źle, będzie gorzej, o ile nikt nie weźmie się wreszcie do roboty. Z tego względu, gdy jerenaglarskich progów doszła wieść o następnych bolączkach, tym razem bijących w zaprzyjaźnione Milianti, Linkrod postanowił zaangażować się w sprawę osobiście. Nie spodziewał się, że dokona przełomowego odkrycia, lecz jeśli udałoby mu się ułożyć chociaż fragment układanki, spałby spokojniej, wiedząc, że nie czekał z założonymi rękoma.

Ambicja owa niemniej napotykała utrudnienie. Linkrod, jako spadkobierca tronu, musiał brać pod uwagę inne zobowiązania, szczególnie wobec rodziców. Raimlert I i Milła II wywodzili się z najświetniejszych jerenaglarsko-trymirskich rodów. Dotar, od którego pochodzili jerenaglarscy Dotar’denowie, oraz jego brat Domir, założyciel linii trymirskich Domir’denów, byli synami samych odnowicieli Jerenaglar, drzewiej zwanego Nowym Arvirem. Co nie zmieniało faktu, że Linkrod nie piał z radości, kiedy uzmysłowił sobie, że ścieżka żywota została dlań wytyczona, zanim zaczerpnął pierwszy oddech. Miał jednak dużo rozsądku, tendencję do stawiania pomyślności innych nad własną i sporo lat, by pogodzić się z losem. Lecz czy na pewno się z nim pogodził? Szczęśliwie dla królestwa hołdował przekonaniom i zasadom, których nie lubił odkształcać na użytek kaprysów. Przekonania te i zasady zaś wpajali w niego najlepsi nauczyciele z Jerenaglar i Trymiru.

Mentor królewicza, Semnog, zwykł mawiać, że miecz bez ręki, która nim pokieruje, jest niczym. Z kolei uzbrojona ręka jest niewiele warta tam, gdzie słabuje głowa. Toteż Linkrod pokładał najwięcej zaufania w rozumie. Rozgryzał problemy niby orzechy. Złośliwi powiadali, że czuł ich posmak na języku, w związku z czym popadł w uzależnienie i doszukiwał się związków nawet tam, gdzie ich brakowało. Linkrod nie zakładał, że wie lepiej, choć często rzeczywiście okazywało się, że wiedział lepiej. Nie popadał jednak w megalomanię; skromny w swoich dociekaniach, potrafił iść na racjonalne ustępstwa za cenę solidnego gruntu pod nogami. Jego przyjaciel, Alvan, często powtarzał, że, owszem, Linkrod cenił improwizację, ale wyłącznie wtedy, kiedy wynikała z przewidywalnych luk w bardzo dobrze przemyślanym planie. Jerenaglarska szkoła w najlepszym wydaniu.

Lecz nawet jej nie udało się wyrugować z niego uparciucha. Gdy się zawziął, nic nie potrafiło go powstrzymać. A na wyjazd do Milianti zawziął się srogo. Niczym każdy młodzian pragnął doświadczyć przygody, co kłóciło się z nawałnicą królewskich obowiązków oraz rutyną codzienności. W jego naturze tkwiła dwoistość, przeciwstawne pragnienia. Jednego dnia pożądał wolności od dworskiego życia, drugiego fascynował się walką o władzę między możnymi. No i wreszcie: jeżeli zmieniać Sferświat, zdecydowanie o to łatwiej z pozycji władcy liczącego się w Symeltorze królestwa niż jakiegoś tam sławnego wagabundy rozbijającego się po Krainach w poszukiwaniu niegodziwców i potworów.

W przypadku Milianti nie chodziło tylko o wyrwanie się z Jerenaglar. Cokolwiek tam zaszło, wiązało się z niepokojami targającymi kontynentem. Wiadomość nie była obszerna, ograniczała się raptem do zapytania, czy w przypadku konfliktu zbrojnego Milianti może liczyć na wsparcie sojusznika. Raimlert chciał wiedzieć więcej, toteż Linkrod zdecydował, że zastąpi posła. Gdyby nie Święto Wiosny, już dawno siedziałby w siodle. Ponieważ nie wypadało, aby królewicz nie pojawił się na tak ważnej uroczystości, odłożył wyjazd do jutra.

Zeskoczył z drzewa i z książką pod pachą ruszył w stronę dworu.

Las zamykał się wokół rozległej polany opadającej ku dolinie szerokimi schodami. U ich szczytu stała brama łącząca aspekt użytkowy z historycznym. Dwa posągi z kamienia upamiętniały Jerenet i Aglariona: świetnych władców i odnowicieli Nowego Arviru. Król podtrzymywał dłoń królowej, co tworzyło wysoko nad głowami przechodniów łuk. Wyobrażenia spoglądały tam, gdzie w geście zaproszenia wskazywały dwie wyciągnięte ręce: dwór, serce nieomal straconego Jerenaglar.

Linkrod przeszedł między posągami, pokonał truchtem schody i minął porzucone, zarośnięte pozostałości po półkolistym wale obronnym. Krótko przystrzyżoną trawę przecinały jasne linie ścieżyn. Kwiaty dopiero wypuszczały pąki. Niebawem stworzą kolorowe układanki, a owocowe drzewa i krzewy obsypią się kwieciem o oszałamiających zapachach. Z daleka od dróg, bez szczególnego zamysłu, porozrzucano drewniane i kamienne rzeźby. Przeważały kompleksowe, sielankowe scenki z muzykantami, tancerzami i biesiadnikami. Z niejednej brzozy wyłaniał się gołąb rozpościerający skrzydła, częściowo wtopiony w białą korę. Gdzie indziej z pni płaczących wierzb wychodziły enigmatyczne postaci, wyciągając dłonie do każdego, kto przystanął, by na nie popatrzeć. Z naturalną harmonią barw doliny kontrastowały barwy leśnego królestwa. Chorągwie rzędami pilnowały wejść do dworu. Sztandary trzepotały na wietrze, błyskając w słońcu złotem, srebrem i wymyślną pstrokacizną. Pomiędzy rodowymi herbami dominowało królewskie godło górujące nad pozostałymi: okrągły wieniec z karmazynowych liści na białym tle.

Bryła pałacu tworzyła swoistą jedność z trzema potężnymi dębami. Stanowiła kwintesencję lokalnych gustów architektonicznych: ciemnoczerwona cegła przykryta hebanowymi deskami ze złotymi inkrustacjami. Ceglane fragmenty prześwitywały rzadko, nie przedstawiały bowiem walorów estetycznych, ale dzięki specjalnej, sekretnej domieszce, gdyby – nie daj Gracz! – dwór spłonął, pałac by się ostał. Na fasadach widniały ciągi barwionych fresków. Dominowały soczyste, wyraziste kolory, przeważnie o ciemnej tonacji. Dokładniejsze oko wypatrzyłoby aneksy z rozetkami ze szlachetnych kamieni oraz tych pospolitych, ale ciekawych, poukładanych we wzory według roślinnego klucza. Większość zdobień i tak ginęła za rozłożystymi gałęziami otulających pałac drzew. Założenie otaczały cztery samodzielne, wysokie wieże, zakończone krenelażami, których przyciemnione blanki na brzegach okuto żelazem. Z wież na linach i łańcuchach ponuro zwisały haki, drewniane klapki, brony, bele, nabite kolcami kule, a między żelaznymi ramionami tkwiły monstrualne, obrotowe kotły.

W kniei jak długa i szeroka straż przewijała się rzadko, wyruszając na rutynowe patrole, lecz w jej sercu wartowały pełne drużyny, błyszcząc bronią i zbroją częściowo ukrytą pod drogimi suknami. Ci nie oddawali się upiększaniu pałacowych murów, jeno zerkali tęsknie na toczące się prace.

Linkrod przemknął alejkami i wpadł przez szeroko otwarte wrota prosto do głównej sali królewskiej rezydencji, gdzie huczało niby w młynie. Leśni uwijali się niczym mrówki. Co odważniejsi upiększali sklepienie i przyległości girlandami z lekkich tkanin i kompozycjami z kwiatów. Jeśli komuś nie będzie dziś wesoło, to medykom. Linkrod już widział ich kwaśne miny w trakcie nastawiania wybitych stawów i usztywniania złamanych kończyn.

Kiedy pojawił się w środku, zaczęło się zwyczajowe poklepywanie po plecach. „Czołem, Linkrodzie!” – wołano, „Jak się masz, Linkrodzie!”, „Gdzieś bywał, Linkrodzie?” oraz: „Strzeż się Pomira!”. Teoretycznie nie wypadało w ten sposób zwracać się do przyszłego króla. Linkrod włożył dużo starania, by przekonać dworzan do zmiany przyzwyczajenia. Nie każdy odpowiadał pozytywnie na jego prośby o mniej pompatyczne traktowanie. Jedną z takich osób był Pomir – konserwatywny nadzorca królewskich uroczystości i spotkań, sekretarz oraz znawca imponującej liczby języków. Siedział za biurkiem w drugim końcu sali, skryty w półcieniu. Z Pomira też oddany sługa Dotar’denów, choć Linkrod niekiedy odnosił wrażenie, że jego dusza jest czarniejsza niż Otchłań Szaleństwa.

Chociaż odległość wydawała się znaczna, a tłum gęsty i ruchliwy, Linkrod od razu poczuł na sobie gniewne spojrzenie sekretarza. Cmoknął, odliczył do trzech i ruszył na spotkanie burzy.

– Uszanowanie – powitał.

Pomir spojrzał na niego spod ciemnych brwi i odrzucił włosy za ramiona, odsłaniając zaciętą fizys. Leśni zazwyczaj kontrolowali naturalny kamuflaż. Pojawiał się spontanicznie wyłącznie w momentach śmiertelnego zagrożenia. Mimo to przy każdym spotkaniu z Pomirem Linkrod odnosił wrażenie, że lada chwila z nadzorcy wyjdą maskujące wzory – wszystkie we wściekłej, krwistoczerwonej barwie.

Po krótkim milczeniu Pomir przemówił, lekko posykując:

– Włóczysz się bez celu po kniei w ten szczególny dzień. Pokazujesz wszem wobec, jak bardzo tradycję lekce sobie ważysz. – Sekretarz zacisnął zęby, aż pod skórą zagrały mu mięśnie szczęki. – Co za przykład dajesz, drogi panie?

– Przykład do nienaśladowania?

– Niesubordynacja i warcholstwo, Linkrodzie. – Pomir pogroził palcem. – Niegdyś za nieposłuszeństwo wieszano krnąbrnych sukcesorów za kostki, dopóki nie zmądrzeli.

– Domyślam się przeto, że chętnie byś do łask parę dawnych obyczajów przywrócił.

Po wymianie spojrzeń, które mówiły więcej niż słowa, Linkrod porzucił drążenie tematu. Pomir wszak cieszył się dużym posłuchem u szlachetnych władców kniei. Zamiast tego zapytał:

– Czy zająłeś się moją odpowiedzią dla Milianti?

– Tak. – Sekretarz westchnął, ramiona mu opadły. – Niestety.

– Ojciec życzy sobie widzieć mnie przed uroczystością. Rodzice u siebie?

– A myślałem, żeś bystry.

– Gdzie ich tedy znajdę?

– Udaj się do ogrodów. Dobrze byś zrobił, gdybyś im pokazał, żeś jeszcze nie przyrósł do tej swojej nadrzewnej świątyni.

– Książkę czytałem. – Linkrod błysnął Pomirowi zbiorem referatów przed oczami.

Sekretarz zmrużył powieki i zapoznał się z tytułem. Nie wyglądał na zadowolonego.

– Pierdoły jak zwykle.

Linkrod zamierzał podziękować za mile spędzony czas, kiedy na głowę posypał mu się kolorowy pyłek. Gdzieś wysoko ktoś się zachłysnął, czemu zawtórowały chichoty. Na dole zaś Pomir zazgrzytał zębami tak przeraźliwie, że Linkrod poczuł irracjonalną potrzebę sprawdzenia, czy nie popękało mu szkliwo.

– Co za obyczaje! – Sekretarz wybuchnął, potrząsając pięścią.

Podczas gdy nadzorca, nie przebierając w słowach, strofował winowajców, Linkrod wymknął się z pałacu. Dla jednej rzeczy warto było pielęgnować poprawne relacje ze złośliwym cholerykiem. W obronie własnej Linkrod po latach wypracował zupełnie niezłą odporność na co zjadliwsze docinki, dzięki czemu zachowywał zimną krew w okolicznościach, w jakich innym puszczały nerwy. „Sukces polega na dostrzeganiu Piękna w Szpetnym, Radości w Smutku i Mądrości w Głupocie” – powiadali mevrotańscy mędrcy. Leśny starał się o tym pamiętać za każdym razem, gdy humory Pomira przekraczały granicę tolerancji przeciętnego śmiertelnika.

Ogród rozciągał się na tyłach królewskiej rezydencji. Wymarzone miejsce dla osób poszukujących samotności i sanktuarium dla cierpiących na schorzenia nerwicowe. Linkrod żałował, że sekretarz nie zaglądał tu częściej. Pobielane ławki stały przy alejkach, wszędzie rosła trawa, kwiaty, egzotyczne drzewa, powietrze orzeźwiała woda tryskająca z fontann. Na skraju ogrodu, zaraz przy skalnym urwisku, z którego rozpościerał się widok na odległy wodospad oraz płynącą w dole rzekę, kryła się altanka porośnięta winoroślami. Wewnątrz siedzieli władcy Jerenaglar, kontemplując piętrzące się w oddali góry i szum przelewającej się poniżej wody. Jej kryształowa tafla błyszczała w słońcu, rzucając tęczowe refleksy na powierzchnię porośniętych świerkami skał.

Królowa popatrzyła ciepło na syna, który wyglądem wrodził się bardziej w nią niż w ojca. Raimlert miał czarne, średniej długości włosy i ciemnoniebieskie spojrzenie. Oczy Milły były ciemnozielone. Kasztanowe włosy spływały po plecach, opadając na materiał rubinowej sukni. Wyciągnęła rękę i bez słowa strzepnęła z ramienia Linkroda resztki dekoracyjnego pyłu.

– Chciałeś ze mną mówić, ojcze. – Linkrod stanął między rodzicami, chłonąc nastrojowy widok.

– Nie zmieniłeś zdania? – zapytał Raimlert. – Ciągle chcesz zastąpić posła do Milianti?

– Drobny gest, a może sporo znaczyć w relacjach między naszymi krajami. Pan na Milianti dla błahej sprawy wsparcia by sobie nie przygotowywał.

– Właśnie dlatego wolałbym, żebyś pozostawił poselskie sprawy osobom do tego przeznaczonym.

– Przecież nie wyruszam, by walczyć, ojcze, ani coby szkolenia opóźniać. Zorientuję się w sytuacji. Pomogę, jeśli będę w stanie. A nuż dowiem się czegoś o źródle nieszczęść, co na Symeltor przed trzema laty spadły.

– Nie spadły, lecz wciąż spadają – poprawił szorstko król. – Przypominasz mi żbiczka, ufającego, że sama obserwacja matki przy polowaniu uczyni z niego łowcę. Przed tobą jeszcze lata nauki. Nie zapominaj, jaki obowiązek na tobie ciąży. Jesteś przyszłym władcą tej kniei. Ale przede wszystkim – jego głos złagodniał – jesteś moim synem. Nie wiesz, co w stawie żyje, a mimo to chcesz się w nim kąpać. – Zamilkł i zajrzał głęboko w oczy Linkroda. – I zdaje się, że nie jesteś ze mną do końca szczery.

Niektórych kwestii Linkrod nie potrafił poruszać nawet z najbliższymi; szczególnie z nimi. Gdzieś tam błąkała się obawa, że źle go zrozumieją, zaplącze się w wytłumaczeniach, a potem sam zwątpi w ich sens. Siła napędzająca jego wewnętrznego awanturnika narodziła się lata temu jako odpowiedź na skutki pewnego wydarzenia; jednego z tych, po których trudno się otrząsnąć. Rzecz rozegrała się dawno i zakończyła się dawno dla większości jej świadków, jednakże nie dla niego. Sam nie wiedział, dlaczego po prostu nie dawał nieszczęściu przejść do historii. Skąd brała się potrzeba rozdrapywania ran, ożywiania wspomnień, o jakich normalni ludzie woleliby zapomnieć?

Był wtedy zaledwie piętnastoletnim chłopcem i często spędzał czas w towarzystwie Semnoga – przybranego brata swego ojca. Wspólne rozmowy o legendarnych bohaterach przeplatane żartobliwymi dywagacjami zapisały mu się złotymi literami w pamięci. Pewnego wieczora, gdy przechodził obok komnaty Semnoga, niebo za pałacowymi oknami nienaturalnie szybko pociemniało. Nastała noc. Dziwna noc: bezchmurna, lecz zarazem bezgwiezdna. Mrok rozświetlała wyłącznie srebrna tarcza księżyca, większa i wyraźniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Korytarze pałacowe – zbyt puste, za ciche. Chłopcu ciarki przebiegły po plecach. Intuicja podszeptywała, że dzieje się coś niezwykłego. Drzwi do komnaty Semnoga odemknęły się ze skrzypieniem. Linkrod sądził, że znajdzie za nimi wuja, tymczasem nie zastał tam nikogo. Zaledwie spokój, który nigdy przedtem nie wydawał się tak nieprzyjemny, oraz szum drzew – który nigdy przedtem nie był tak niepokojący. Po wnętrzu pląsały ruchome cienie, przywołane umierającym światłem świec. Wtedy chłopiec posłyszał szelest i stłumiony jęk. Upłynęła dłuższa chwila, nim zebrał się na odwagę, by wejść głębiej do środka. A gdy już się odważył, serce podeszło mu do gardła.

Skrawek ciemnego płaszcza załopotał, niknąc za otwartym oknem. Poniżej, w ciemnej kałuży, leżał Semnog. Jego twarz, zwykle biała niby kreda, poszarzała. Włosy o granatowym połysku zanurzyły się we krwi. Na szacie w okolicach piersi rozrastała się ciemnoczerwona plama. Linkrod zapewne by uciekł, gdyby pierwszy krok na uginających się pod naporem strachu nogach nie rzucił go na kolana.

Później często wracał myślami do tego momentu, kiedy poleciał do przodu i jego twarz zatrzymała się tuż nad martwym obliczem wuja. Nie umiał ocenić, czy co wówczas zobaczył, zdarzyło się naprawdę, czy było raptem wytworem panikującej wyobraźni usiłującej wlać nadzieję do rozdartego dziecięcego serca. Wtedy bowiem oczy Semnoga otworzyły się szeroko i utkwiły w nim straszne spojrzenie. Takich sytuacji nie zapomina się łatwo, prawdziwych czy urojonych. Wspomnienie wryło się w niego, by powracać w koszmarnych snach.

Wkrótce zbiegli się dworzanie, zaalarmowani histerycznym wołaniem chłopca. Ktoś wyciągnął z piersi zmarłego sztylet o rękojeści w kształcie powykręcanego drzewa – symbolicznego Drzewa Śmierci. Linkrod niewiele zapamiętał z tego, co zaszło potem. Dopiero po latach połączył strzępy wiedzy w spójną całość. Otóż strażnicy jeszcze tamtej nocy złapali mordercę, kiedy próbował ucieczki. Rodzice Linkroda kazali zamknąć go w lochu i pilnować do rana. Nie chcieli podejmować decyzji, dopóki wzburzone nastroje się nie ostudzą. Ta zapobiegliwość okazała się brzemienna w skutki. Nazajutrz w Jerenaglar znów zawrzało: złoczyńca uciekł, porzucając za sobą dwa trupy, a wraz z nim przepadło ciało Semnoga. Spekulacjom, jak się uwolnił, a zwłaszcza co zrobił ze zwłokami, nie było końca. Mimo starań nie udało się odnaleźć ani jednego, ani drugiego. Ostatecznie leśni zaprzestali bezowocnych poszukiwań i uczynili to, co im pozostało – przeszli nad tragedią do porządku dziennego.

Wszyscy z wyjątkiem Linkroda, rozdartego pomiędzy poczuciem straty a niewiarą w tę śmierć. Wszak kto, leżąc w kałuży własnej krwi, ze sztyletem wbitym głęboko w pierś, nagle otwiera oczy? Linkrod żywił nadzieję, że kiedyś znowu zobaczy Semnoga, pal licho: naiwną czy uzasadnioną. Ta nadzieja stanowiła powód wielu jego wyborów. Odnosił wrażenie, że gdyby się jej wyzbył, gdyby ktoś pozbawił go złudzeń, wykroiłby z niego istotny element, jaki uczynił zeń osobę, którą się stał. Toteż wolał potwierdzić ojcowskie podejrzenia milczeniem.

– Duch samego Kwazariana musiał się nad tobą unosić, kiedyś dorastał, chłopcze – odezwał się w końcu Raimlert. – Upartyś, zawzięty, zatem pozostaje mi ufać, żeś także jak on roztropny. Jedź, jeśli wola. Bacz jeno, ile złego w Symeltorze się dzieje. Doras Galnar i fneble, Loster w niezgodzie z pobratymcami, w Elentar wojna domowa. Mgły i Zmierzch w ogóle sobie nie radzą. Stare waśnie powstają z grobów niby nieumrzyki. A wciąż dochodzą nowe.

– Trymir jest w tarapatach – pospieszyła z wyjaśnieniem Milła. – Królewska para zaniemogła, złożona przez nieznaną chorobę. Uldret i Rei z dnia na dzień tracą siły.

– Wysłaliśmy im naszych najzdolniejszych medyków – dodał Raimlert.

Nowina uderzyła w Linkroda niczym grom z jasnego nieba. Wyjaśniała, dlaczego od tygodnia nie otrzymał żadnej wiadomości od Alvana i Miry.

– Straszne! – zawołał. – Tym bardziej muszę udać się do Milianti. Zasięgnę języka, ludzi popytam. Ostatnio często słychać o Vortilach. O ile ponoszą odpowiedzialność, dowiem się o tym pierwszy.

– Kandydatów do miana tajemniczego nieprzyjaciela Symeltoru nie brakuje – rzekła Milła. – Nikt dotąd nie zdołał przejrzeć Vortilów, prawda, co nie czyni ich głównym podejrzanym. Kolejka do tego miana jest długa. – Westchnęła. – Cokolwiek się wydarzy, stawimy temu czoła. Idź teraz, przygotuj się do Święta Wiosny. Postaraj się na ten moment zapomnieć o troskach.

Pożegnawszy rodziców, Linkrod ruszył z powrotem do pałacu pogrążony w myślach. Dla Jerenaglarczyków Trymir stanowił drugi dom. Co teraz przeżywał jego najlepszy przyjaciel, Alvan Domir’den? Przez co przechodziła siostra Alvana, najdroższa Mira i zarazem ukochana Linkroda? Jeżeli choroba ich rodziców nie okaże się li tylko nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, Trymir wkrótce zadrży w posadach, a od tego już kilka kroków, by zadrżało Jerenaglar. Kolejna pozycja na długiej liście symeltorskich kłopotów. Teraz kiedy groźba godziła w bezpieczeństwo najbliższych, stawka robiła się znacznie wyższa, a potrzeba działania o wiele pilniejsza. Ta myśl dodatkowo utwierdziła go w przekonaniu, że będzie użyteczniejszy w drodze. Nikt nie powiedział, że znajdzie remedium na chorobę krewnych, ale biernym oczekiwaniem w kniei na dalsze złe wieści na pewno nie pomoże nikomu.

Prace dekoracyjne dobiegały końca. Wielobarwne łańcuchy oplatały sklepienie, po ścianach piął się bluszcz, a wysoko w powietrzu unosił się złocistozielony pył – migotliwe dzieło pary nadwornych arkanistów.

Zanim Linkrod wszedł do środka, odwrócił się i zadarł głowę ku obłokom. Na niebie powoli mieszały się ze sobą chmury: kremowe, jasnoróżowe oraz niebieskie. Przechodziły w łagodny, przedwieczorny granat. Daleko na wzniesieniu górowały dwie kamienne postaci. Słabnący blask słońca jeszcze muskał ich uniesione głowy i wyciągnięte dłonie.

Zaraz za pałacowym progiem przywitało Linkroda chrząknięcie – znajome preludium do zrzędzenia. Zamarł w pół kroku, zerknął w bok i mógł sobie tylko pogratulować intuicji. Nieopodal czyhał Pomir ze skromnie złożonymi z przodu rękoma.

– Doprawdy, wasza dostojność! Twa pamięć jest bardziej dziurawa niż prawdziwek przy mrowisku.

– O czym znów zapomniałem? – spytał Linkrod.

– Czy wyglądam na Eziela? Nie starczy piasku w klepsydrze, by zgłębić ten temat. Szykuj się na uroczystość. Raz! Raz!

Leśni opuszczali pałac, udając się do swoich naziemnych, ceglano-hebanowych domów. Cisza, jaka po całodniowym gwarze zapanowała w sali, przykuła na moment uwagę Linkroda. Królewicz chłonął wlewający się do środka, nastrojowy szum drzew. Pomir spojrzał na niego krytycznie i zaraz sprowadził na ziemię:

– Czy perspektywa nałożenia na siebie porządnych szat aż takim przerażeniem cię napawa?

– Ależ skąd! Wyrządziłbyś wszystkim przysługę, gdybyś częściej się zamyślał. Idę!

Linkrod dosłyszał żegnające go zgrzytanie zębów. To cud, że nadzorca miał jeszcze czym gryźć marchewkę. Straszenie krnąbrnych sukcesorów wieszaniem za kostki na niewiele mu się zdało. Na szczęście nie królewicz Dotar’den zajmował pierwsze miejsce na liście beznadziejnych przypadków Pomira. Ronia i Tasław zdjęli mu ten balast z barków. Będzie dziś okazja im podziękować.

Główna sala wypełniała się gośćmi. Leśni wędrowali tam i sam, podziwiali własną robotę i kiwali głowami na widok suto zastawionych stołów.

Linkrod przylgnął do ściany, zerknął za siebie, a nie spostrzegłszy żywego ducha, kucnął i podpełzł do balustrady. Ludzie tłoczyli się na dole, gwar wzmagał, przybyli nie próbowali zauważać niczego, co samo nie rzucało się w oczy. Tym gorzej, albowiem obok Linkroda obecnie trudno było przejść obojętnie. Srebrny diadem ześlizgiwał mu się z czoła, przydługie rękawy krępowały ruchy, a niteczki z perełkami wplątywały się w rozpuszczone włosy. Z przekleństwem na ustach jął wysupływać jedną z nici, gdy zza rogu wyłonił się Stojan – dobroduszny fechmistrz, szkoleniowiec kandydatów do jerenaglarskiej armii. Co zakrawało na paradoks, Stojan trenował leśnych, żeby zabijali w obronie mieszkańców kniei, lecz sam sprawiał wrażenie takiego, który muchy by nie skrzywdził. Mylne wrażenie, niemniej – jak mistrz lubił podkreślać – niekiedy zwycięstwo zależy nie od siły, ale od wyobrażenia o niej.

– Na kogo tak się czaisz, królewiczu? – zapytał. – Czekasz, aż ktoś wdepcze cię w parkiet?

– Łatwo ci się śmiać, Stojanie – szepnął Linkrod, szukając nerwowo intruza we włosach – kiedy sam chodzisz w zbroi tysiąc razy wygodniejszej od tego!

Wyprostował się, mściwie ściskając wyrwaną żyłkę z perłami. Na głowie sterczał mu pokaźny kołtun.

– Przypomnij mi któregoś dnia, żebym kazał ci przespać noc w pełnej zbroi płytowej. – Niski śmiech Stojana zagrał werblami w jego potężnej piersi.

– Dobrze wiesz, że nie znoszę chodzić w firanach.

– Boisz się, że nim zaczerpniesz wina z beczki, ono całe w rękaw ci wsiąknie?

– Iście! – Linkrod zaprezentował znienawidzone, przedłużone mankiety.

– Niby taki praktyczny, a włosy do kostek zapuszcza.

– Nie do kostek, a do pasa. – Linkrod przyklepywał odstające kosmyki, z marnym skutkiem. – Dbam, by nie zawadzały!

– Złaź na dół i pokaż, żeś z północnych stron! – Stojan zawiesił głos i spojrzał wesoło na ucznia. – Tylko popraw ten kołtun, cobyś zdrożnej mody wśród dzieciarni nie zapoczątkował.

Linkrod przygładził dłonią włosy i, nabzdyczony, podążył za Stojanem. Niepojęte, aby uwierająca kreacja kosztowała więcej nerwów niż spotkanie z wygłodniałym trollem u progu Puszczy Zmór. Królewicz zniósł powitalne zdumione okrzyki, zignorował nasączone żółcią pomruki nieprzychylnych Dotar’denom grupek, puścił mimo uszu parę kąśliwych uwag, przeżył dwa potknięcia, aż wreszcie spoczął obok fechmistrza na ławce pod ścianą. Nie cierpiał długo. Wkrótce w sali pojawili się rodzice, absorbując uwagę tłumu. Zebrani ucichli, pozwalając królowej wygłosić krótką przemowę i zaprosić do zabawy. W istocie oklaski i owacje zatrzęsły pomieszczeniem, zanim jej mowa dobiegła końca. Zaraz też rozpoczęła się uroczystość. Ozwały się flety, piszczałki, harmonijki, harfy, cytry, skrzypce, dzwoneczki, kołatki i bębny. Goście śpiewali, tańczyli i rozmawiali, przegryzali słowa przysmakami tudzież popijali je trunkami serwowanymi w imponującym wyborze. Część leśnych świętowała w sali, część na zewnątrz, gdzie również niczego nie brakowało.

Młodszymi uczestnikami fety zajmowała się dwójka nadwornych arkanistów. Tasław i Ronia odznaczali się skłonnością do wygłupów, pewnie dlatego dzieciaki ich uwielbiały. Kto z kim przystaje, takim się staje. A jednak byli nieocenieni w sprawach dyplomatycznych i niedoścignieni w magicznej sztuce. Zakrawało na nieporozumienie, że oboje osiągnęli poważany stopień awlazara – wysoki tytuł naukowy nadawany mistrzom arkany i dziedzin pokrewnych.

Opanowanie sztuki na poziomie Tasława i Roni wymagało lotnego umysłu, dyscypliny i lat pracy. To skomplikowana praktyka, którą profesjonalni magowie ćwiczyli przez całe życie. Moc zaklętą w arkanie kontrolowano przy pomocy szeregu narzędzi oraz zindywidualizowanych rytuałów, przynajmniej na wstępnym etapie nauki. Ponoć arcyawlazarzy obywali się już bez nich. Narzędziami z reguły były graficzne wzory, schematy i rekwizyty, rytuałami zaś wielorakie czynności wspomagające koncentrację: jedni posiłkowali się inkantacjami, inni gestykulacją, kolejni wgapiali się w przestrzeń, wizualizując wiązania. Otrzymane efekty bez okresowego odnawiania wzorów po pewnym czasie ulegały rozproszeniu zgodnie z regułą, że wszystko, co powstaje z arkany, jest tymczasowe. Co wiodło do ciekawych implikacji. Od zarania badań nad tą dyscypliną rozważano paradoks magicznego zabójstwa. Ktoś śmiertelnie ugodzony nożem uformowanym z czystej energii pozostaje martwy, ale tylko dopóty, dopóki efekt magiczny nie ulegnie rozwiązaniu. Po rozpadzie wzorów taki człowiek zgodnie z zasadą sztuki wracał do życia, o ile wcześniej nie został zabity w niemagiczny sposób. Powstaje przeto paradoks, nie sposób bowiem stwierdzić, czy ofiarę arkanicznego zabójstwa należy uważać za martwą, czy też za tymczasowo martwą, więc w zasadzie żywą, bo jak inaczej rozumieć odwracalność śmierci?

Ranga awlazara wskazywała na to, że mag dysponuje granicą magiczną pozwalającą na znacznie więcej niż widowiskowe sypanie iskrami z palców. Jej przekroczenie niemniej kończyło się ciężkimi urazami mózgu, w skrajnych przypadkach wręcz śmiercią. Granica powiększała się naturalnie wraz z wiekiem oraz zdobywanym doświadczeniem. Arkaniści stopnia awlazara dysponowali zbliżoną wytrzymałością, co legło u podstaw stworzenia jednostki obrachunkowej. Jeden awlazar odpowiadał energii, jaką potrafił skoncentrować jeden arkanista stopnia awlazara przed przekroczeniem swojej granicy magicznej. Pomyślałby kto, że tę systematykę wprowadzili na własny użytek sami magowie. Nic bardziej mylnego. Stworzyli ją frektydzi, niedoścignieni mistrzowie wojny, a z uwagi na fakt, że ułatwiała życie dowódcom wojsk wszędzie w Sferświecie, szybko się upowszechniła i tak już zostało.

Znając Ronię i Tasława wyłącznie od jazgotliwej strony, trudno dać wiarę, że i w nich skrywał się tak wielki potencjał do stwarzania… paradoksów. Linkrod przechodził obok zabawianej przez nich, podskakującej dzieciarni, gdy przechwycił gadzie spojrzenie swojego rówieśnika, Dolkrina Dero. Dolkrin odznaczał się wyjątkowym podobieństwem do królewicza. Wysoki, szczupły, zielonooki i czarnowłosy, tyle tylko, że zdecydowanie gorszych manier i podlejszego charakteru. Linkrod nie omieszkał odpowiedzieć mu równie wrogim spojrzeniem. Relacje Dotar’denów z rodem Dero nigdy nie były dobre. Obustronny rytuał okazywania niechęci zniweczyło donośne:

– Wasza wysokość!

Tasław wymachiwał rękoma niczym uszkodzony wiatrak. Zbyt luźna szata wisiała na nim jak worek na patyku.

– Widzę! Ślepiec by zauważył. – Linkrod spojrzał wymownie na kolorowe bańki rozbijające się na noskach piszczących leśniąt. Natychmiast zapomniał o istnieniu Dero.

– Słyszeliśmy, że znów przerwę w naukach uzyskałeś – powiedział Tasław. – Wyjeżdżasz do Milianti, spryciarzu!

Linkrod nie zdążył udzielić odpowiedzi. W słowo weszła mu Ronia, dziewczyna o jeszcze większych oczach niż Tasław i sympatycznej buzi z zadartym, obsypanym piegami noskiem:

– Kiedy wrócisz?

– Wszystko zależy od tego, czego się tam dowiem.

Magowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Tasław odchrząknął i przemówił konspiracyjnym szeptem:

– Słyszeliśmy, że szlachetni władcy kniei potwierdzili stawiennictwo na naradzie Piątki. Spotkanie ma dotyczyć ostatnich wydarzeń na kontynencie. Wiesz, jak jest: tutaj walka o nic, tam spór o nic, a gdzie indziej szykuje się wojna o jeszcze większe nic.

– Decyzja zapadła, nim przybyło pismo z Milianti, ale i ta kwestia zapewne zostanie poruszona – mówiła Ronia. – Oby wreszcie udało nam się do czegoś dojść!

– Dziś rano pani Milła zdradziła mi w sekrecie, że wróciły jej migreny – kontynuował Tasław. – Nie rozważysz pozostania w domu? Nie dręcz starych rodziców.

– Znamy się już tyle lat. – Linkrod uśmiechnął się chytrze. – Powinniście się nauczyć.

Tasław rozłożył ręce, zrezygnowany.

– Nauka w las nie poszła, wasza upartość – rzekła Ronia. – Dlatego przygotowaliśmy ci coś na drogę.

– Znowu? – Linkrod drgnął.

Ostatnim razem specyfik, który przedstawili jako środek orzeźwiający, okazał się tak zwaną „mogiłą”: okrutnie silnym alkoholem, tylko dla wybitnie mocnych głów, wytwarzanym wyłącznie w Jerenaglar i Trymirze. Pachniało jednak miętą i wyglądało niczym wywar z mięty, toteż Linkrod nie zawahał się wypić tego duszkiem. W rezultacie resztę dnia chodził zawiany, a następnego ranka odchorowywał kaca, od którego postronni obserwatorzy doznawali łupania w skroni.

– Nie panikuj – uspokoił Tasław. – Z księżycowym zielem nie ma żartów.

Linkrod z rosnącą podejrzliwością obserwował każdy ruch Roni, która powoli wydobywała z kieszeni niepozorne zawiniątko.

– Oto liście – oznajmiła.

Królewicz niepewnie wyciągnął po nie dłoń.

– Wykazują lecznicze działanie – dopowiedział Tasław. – Ziele rośnie tylko podczas pełni księżyca. Trudno dostępne i drogie, więc go pilnuj niby oka w głowie.

Istotnie, sam zapach suszu pobudzał, jednak Linkrod znał tę dwójkę na tyle, by nie ignorować podszeptów ostrożności. Obciążanie granicy magicznej, by dla krotochwili podtrzymywać głupawą iluzję, mieściło się w ich metodyce działania.

– Byłoby mi łatwiej ufać w waszą dobrą wolę, gdyby ostatnia „pomoc” tak opłakanych skutków nie przyniosła – przypomniał cierpko, chowając zawiniątko do kieszeni. – Jak się tego używa?

– Proste. – Ronia zatarła ręce. – Stosować wyłącznie w razie poważnych uszkodzeń ciała. Wystarczy skruszyć ziele i posypać nim ranę, lecz przedtem zaleca się związanie rannego i zakneblowanie mu ust, coby sobie języka nie odgryzł.

Linkrod wytrzeszczył oczy.

– Uzdrawianie przy pomocy ziół bywa bolesne, ale daje zdecydowanie lepsze wyniki niż arkana. – Tasław zrobił współczującą minę. – Warto się pomęczyć.

– Pomęczyć…

Wyobraźnia podsunęła Linkrodowi odpowiednio makabryczny obrazek. Niemniej postanowił zachować ten dar. A nuż zajdzie potrzeba, aby w okrutny sposób wyeksmitować kogoś ze Sferświata.

Tasław szturchnął Ronię w bok, wskazując palcem Pomira. Sekretarz przechadzał się w towarzystwie kowala i nadwornej łowczyni. Arkaniści rozluźnili mięśnie, potrząsali ramionami i nogami, jakby przygotowywali się do biegu, a nie do rzucenia magicznej sztuczki. Następnie jęli wpatrywać się w Pomira niczym sroki w gnat. Włoski na rękach i karku stanęły Linkrodowi dęba – typowa reakcja leśnych na poruszenie arkanicznej energii. Sekretarz coś mówił, gdy wtem miny jego rozmówców zaczęły zmieniać się niby w kalejdoskopie: szok, obrzydzenie, konsternacja, rozweselenie. Sekretarz okręcił się wokół własnej osi, ukazując usta, z których zwisały dwie ośmiornicze macki. Bezbłędnie namierzył Tasława i Ronię, spąsowiał na licu i już zakasywał rękawy.

Linkrod miał skromny ubaw, lecz zmył się stamtąd szybciej, niż Pomirowi zajęło dotarcie do pary dowcipnisiów. Porzucanie druhów w opałach nie leżało w jego naturze, ale ta dwójka sama prosiła się o kłopoty. Przyjacielskie stosunki nie oznaczały obrywania rykoszetem za niezawinione krzywdy.

Wyłaniający się znad koron drzew, majestatyczny księżyc okraszał ziemię bladobłękitnym blaskiem. Widoczny wyjątkowo wyraziście, częściowo przysłonięty chmurami przypominającymi stary poszarpany żagiel.

Święto tradycyjnie wieńczono pieśnią i wróżbą w tafli wody. Uczestnicy biesiady ruszyli przed kamienną bramę. Na czele pochodu szło sześcioro łuczników, sześcioro ludzi z pochodniami oraz sześcioro z misami wypełnionymi wodą. Zaraz za nimi podążała królewska rodzina. Za królewską rodziną paradnie umundurowany woj ciągnął drewniany wózek z młodym ozdobnym drzewem o białych kwiatach – symbol długo oczekiwanej wiosny. Dalej maszerował dwór i reszta mieszkańców kniei.

Kiedy łucznicy dotarli do pierwszych stopni, zatrzymali się i wznieśli łuki. Niosący pochodnie podpalili groty strzał. Płonące pociski przecięły czerń nieba i utkwiły w ziemi, w równych odstępach od siebie, tuż przed stopami Jerenet i Aglariona. Specjalnie przygotowany na tę okazję ogień buchnął wzwyż, oświetlając posągi. Pochód kontynuował wspinaczkę po schodach, omijając pozostawione przed nimi drzewko. Mijając je, leśni po kolei wrzucali do wózka sigile – małe krążki z kory, na których zapisywano noworoczne życzenia. Naprzód wysunęli się ci z misami, by przy każdej z płonących strzał postawić jedno naczynie.

Rytuał stanowił spadek po dawnych wierzeniach, kiedy imię Gracza pojawiało się na ustach ludzi znacznie częściej. Po odśpiewaniu pieśni strzały powinny nadal płonąć, a w tafli wody odbijać się gwieździste niebo – zapowiedź pomyślności w nadchodzącym roku. Stary przesąd ocaliła tradycja. Nie wygasiła go nawet obserwacja wskazująca na to, że zjawisko, które legło u podstaw rytuału, jest co prawda bardzo rzadkie, ale występuje naturalnie. Teraz jednakże, w obliczu niepokojów, wielu leśnych zmieniło stosunek do tej części uroczystości. Dało się stwierdzić po poważnych minach i niespokojnych poszeptywaniach.

Władcy stanęli na tle płomieni i odwrócili się do zgromadzonych.

– Nadszedł moment, by przypomnieć nasze dzieje – oznajmił król. – Niechaj pieśń odda to, co tak trudno wyrazić samymi tylko słowy.

Wkrótce na schodach została jedynie Milła. Popłynęła muzyka i rozległ się jej głos:

Z dziejów za mgłą rozlega się zew:

To z dawnych czasów powstają rycerze,

By z nami śpiewać wśród drzew.

Ziemia przodków w ogniu pożogi.

Serca jak werble biją w rytm trwogi.

Przez Morze Przeznaczenia!

Innej drogi nie warto szukać; innej drogi nie ma.

Jutrzejszą wodą wyruszyli tysiącem,

Nad Symeltorem świeci to samo słońce.

Pieśń zamykała w sobie dzieje Arvirczyków, założycieli Jerenaglar i Trymiru. W jej słowach przewijały się tysiące lat historii. Ułożona na cześć wielkiego zjednoczenia, przetrwała do dziś, choć Patroni jedni wiedzą, ile metamorfoz przeszła po drodze.

Ziemią przodków leśnych z Jerenaglar był Nullin: arena wojenna frektydów oraz czerwonych smoków. Przez ich niekończące się starcia do kontynentu przylgnął przydomek Krainy Wiecznej Pożogi. Częstą ofiarą ustawicznych zawieruch padała arvirska puszcza. Ogień pożerał ją po wielokroć, dopóki leśni nie zrezygnowali z jego gaszenia. Postanowili porzucić stary dom i uciekać na kontynent uważany za najspokojniejszy w Wewnętrznej – do Symeltoru.

Według legend Kailil, Patronka nad Losem, niekiedy zdradzała żeglującym po Morzu Przeznaczenia, co ich czeka w przyszłości. Inna sprawa, czy ktoś potrafił taki znak właściwie zinterpretować, czy nawet zauważyć. Kiedy Arvirczycy pokonywali niespokojne wody, na pokład głównego statku spadły dwie rybitwy. Ptaki miotały się na deskach, próbując wydrapać sobie oczy. Poczytano to za złą wróżbę. Gdy pełni wątpliwości ludzie dobili do symeltorskich brzegów, nad ich głowami przeleciały te same ptaki, zgodnie – jeden obok drugiego.

Z takim oto omenem rozpoczęli wędrówkę w głąb obcego lądu. Po roku dotarli na daleką północ. Tam zatrzymali się przed knieją przypominającą im o utraconym Arvirze. Niestety, nie było zgody między ludźmi, a co gorsza, brakowało jej pośród ich przywódców. Strach przed czerwonymi smokami nie zdążył zelżeć. Dla niektórych wyłącznie odległa północ gwarantowała spokój umysłu. Wkrótce leśni podzielili się na dwa obozy gotowe skoczyć sobie do gardeł i zaprzepaścić cały sens ucieczki z Nullinu. Widząc rozłam, król Vembro kazał „rebeliantom i spiskowcom” wynosić się, dokąd zechcą. Jego zbuntowana córka, Attala, poprowadziła przeto prawie połowę Arvirczyków do miejsca, które zamieszkują do dziś; nazwali je Trymirem.

Jak długo trwała wzajemna niechęć podzielonych leśnych, nie wiadomo. Rzecz uległa zmianie dopiero kilka wieków później, kiedy na północny Symeltor spadło nieszczęście pod postacią orków z południa. Koczownicy palili miasta i wsie, ogołacali pola uprawne, rabowali, gwałcili i brali w niewolę. Wyrządzili więcej szkód niż szarańcza i spowodowali więcej cierpienia niż zaraza. Nowy Arvir, najbardziej wysunięty na południe przedsionek północnego Symeltoru, najdłużej odpierał orcze napaści. Nieprzyjaciel szybko uzupełniał straty, podczas gdy leśnym sił nie przybywało. Dziewiątego dnia walk zginęli władcy Arviru. Dowództwo nad armią przejęła ich jedyna córka, Jerenet. Orkowie zamknęli obrońców w ich własnej domenie. Jerenet dopiero po tygodniu zdołała wyprzeć ich na otwarty teren. Ludzie nie skąpili krwi, jednak bez żadnego widoku na pomoc z zewnątrz los królestwa wydawał się przesądzony. Lecz Arvirczycy nie myśleli o złożeniu broni.

– Spójrzcie za siebie, ludzie, oto nasz dom! – miała rzec Jerenet. – Osłaniamy go dzisiaj własnymi piersiami. Odrąbcie łeb każdej kreaturze, która spróbuje przekroczyć linię tych drzew. A jeśli przyjdzie nam zginąć, upewnijmy się, że wyślemy do Wszystkich Piekieł tylu orków, ile się da!

Arvirczycy byli gotowi. Jerenet ustawiła w szyku nieliczne siły. Zaczęło się oczekiwanie.

Na horyzoncie zamajaczyła czarna linia i rosła w oczach niczym fala, która wkrótce zmiecie Arvir z powierzchni ziemi. Hen daleko pojawiły się proporce i załopotały flagi, lecz nie orcze. Czerwone sukno z kręgiem białych liści pośrodku – królewskie godło Trymiru. Na czele armii szedł książę Aglarion. Oto nadchodziły posiłki i to od strony, której nikt się nie spodziewał. Rejzy orków raptem musnęły tereny położone dalej na północy. Aglarion w gruncie rzeczy niewiele ryzykował, pozbawiając Trymir części oddziałów. Przedzieranie się z nimi przez pogrążone w chaosie ziemie oddzielające dwa królestwa wydawało się niebezpieczniejsze. Idąc z odsieczą wyczerpanym pobratymcom, nie przypuszczał, że przybędzie w samą porę, by uratować ich od zagłady. Tamtego dnia zjednoczone siły Jerenet i Aglariona zakończyły orcze sobiepaństwo.

Para wodzów odbudowała knieję. Leśni wznieśli na ich cześć bramę w kształcie dwóch monumentalnych, kamiennych podobizn. Nowy Arvir przemianowano na Jerenaglar – dla uczczenia chwalebnej pamięci o bohaterach, bez których królestwo dziś by nie istniało. Jerenet urodziła Aglarionowi córkę, Donnę, oraz dwóch synów: Dotara i Domira. Od nich pochodziły obecnie panujące na dwóch tronach dynastie Dotar’denów i Domir’denów.

Kiedy pieśń dobiegła końca, Raimlert wstał i dołączyłdo Milły.

– Oto weszliśmy w czas wiosennej odnowy – oznajmił i wskazał naczynia z wodą u stóp pomników. – Spójrzcie na te ognie i misy. Dowiedzmy się, co nam wieszczą.

Linkrod zerknął za siebie, na dwór, gdzie między kępkami trawy snuły się pasma bladej mgły. Drzewa u podnóża wzniesienia zdawały się przysypiać. Gwiazdy wymrugiwały nad nimi odwieczną, bezdźwięczną muzykę. Nagle poczuł w piersi ukłucie chłodu. Bez wyraźnej przyczyny gwiazdy jęły znikać mu z oczu. Ani po pałacowych murach, ani po powierzchni doliny nie przesuwał się żaden cień, żaden znak zdradzający zachmurzenie. Pomimo tego jakaś siła gasiła iskierki na niebie, zbliżając się do bramy i zgromadzonych przed nią ludzi. Przebłysk pamięci znowu umieścił Linkroda w pustym pałacowym korytarzu, na moment przed śmiercią Semnoga. Powróciło wrażenie niewiadomego, powróciło intuicyjne przeświadczenie, że dzieje się coś nadzwyczajnego. Dokładnie tak samo jak wtedy.

Lodowaty wicher uderzył w tłum, wzbudzając popłoch. Linkrod z trudem utrzymał się na nogach. Ostatni, najsilniejszy podmuch zmroził mu powietrze w płucach. Porywane wiatrem płomienie pochodni zalśniły niebieską poświatą, po czym zgasły. Wtem wszystko się uspokoiło. Blady blask księżyca padał na wystraszone oblicza i tylko on rozjaśniał noc. Dziwny księżyc, większy księżyc – inny księżyc. Zupełnie jak wtedy.

Linkrod podszedł do naczyń z wodą. Dwa przewrócił wiatr, reszta wciąż trwała przy pomnikach. Pochylił się i spojrzał w jedno. Sklepienie zaczynało się rozgwieżdżać, ale tafla wody pozostawała czarna niczym atramentowa plama. Milła podniosła inną misę i przysunęła do twarzy męża.

Ktoś krzyknął. Uwaga ludzi skierowała się tam, gdzie stał Pomir. Stał i nie wierzył w to, co widział. Młode, porzucone przed stopniami drzewo pilnujące sigili skręcało się i usychało, przybierając kształt przypominający niesławne Drzewo Śmierci. Wkrótce, w śmiertelnej ciszy, rozległ się zwielokrotniony echem trzask łamanych gałęzi.

Milła wysunęła się przed tłum, patrząc na umierającą roślinę.

– Powinniśmy przyspieszyć zwołanie rady, Raimlercie. Za zgodą Trybunału lub bez niej.