Miecz i korona. Serce jak głaz. - Sabine Ebert - ebook + książka

Miecz i korona. Serce jak głaz. ebook

Sabine Ebert

0,0
50,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Rok 1157, Fryderyk Barbarossa, darzony uwielbieniem, żądny pochlebstw i budzący postrach, jest przekonany o swojej potędze. Jako cesarz cieszy się względami innych władców i nie waha się wdać w spór z samym papieżem. Nie wszystko jednak idzie po jego myśli – konsulowie Mediolanu prowokują go i obrażają, młody syn króla Konrada wyrasta na rywala do tronu, a książęta jeden po drugim występują przeciwko Henrykowi Lwu, kuzynowi i przyjacielowi Barbarossy. Przede wszystkim jednak Fryderyk potrzebuje dziedzica – a na to szczęście on i jego ukochana Beatrycze będą jeszcze długo czekać. Pozostający w niełasce cesarza margrabia Miśni, Otto, i jego młoda małżonka Hedwiga także desperacko pragną potomka. Stoi też przed nimi ważne zadanie: sprowadzenie na ich ziemie osadników. Rycerz Ottona, Chrystian, podejmuje się tej niebezpiecznej misji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 547

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Schwert und Krone. Herz aus Stein

Copyright © 2019 by Verlagsgruppe Droemer

Knaur GmbH & Co. KG, Munich, Germany

www.sabine-ebert.de

The book has been negotiated through

AVA international GmbH, Germany (www.avainternational.de)

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2026 for the Polish translation by Dariusz Guzik

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Tablice genealogiczne: dr Stefan Auert-Watzik

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-68542-49-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2026

Dramatis personae

Postaci historyczne występujące w powieści

Staufowie:

Fryderyk I, król niemiecki i cesarz rzymski (później Fryderyk I Rudobrody/Barbarossa)1

Beatrycze Burgundzka, jego druga żona

Fryderyk IV z Rothenburga, syn króla Konrada Staufa, książę Szwabii (pod kuratelą Barbarossy)

Świeccy sojusznicy Staufów:

Otto Wittelsbach, chorąży Fryderyka i jego bliski przyjaciel

hrabia Ulryk z Lenzburga, zaufany cesarza

burgrabia Henryk Dohna, cesarski ministeriał

Welfowie:

Henryk Lew, książę Saksonii i Bawarii

Klemencja z Zähringen, jego pierwsza żona

Welf VI, młodszy brat zmarłego w 1139 roku pretendenta do tronu Henryka Pysznego, stryj i doradca Henryka Lwa, wuj Fryderyka Barbarossy

Uta z Calw i Schauenburga, jego małżonka

Welf VII, ich syn

Świeccy sojusznicy Welfów:

Adolf II, hrabia Schauenburga, Holsztynu i Sztormarnu

Henryk, hrabia Weidy, doradca Henryka Lwa

hrabia Guncelin z Hagen, namiestnik kraju Obodrzyców

hrabia Ludolf z Peine, namiestnik kraju Obodrzyców

hrabia Chrystian z Oldenburga

hrabia Reinhold z Dithmarschen, ministeriał księcia

Askańczycy:

Albrecht Ballenstedt, niegdyś książę Saksonii, margrabia Brandenburgii, zwany Albrechtem Niedźwiedziem

Zofia z Winzenburga, jego małżonka

Otto, Herman, Adalbert, Dytryk, Zygfryd, Henryk i Bernard – ich synowie

Adela, siostra margrabiego Miśni Ottona, wdowa po królu Danii Swenie, małżonka Adalberta, hrabiego Ballenstedt

Wettynowie:

Otto, margrabia Miśni (Otto Bogaty)

Hedwiga, jego małżonka, córka Albrechta Niedźwiedzia

Albrecht i Dytryk, ich synowie

Dytryk, brat Ottona, margrabia Łużyc (Dytryk z Landsbergu)

Dobroniega, jego małżonka, siostra polskich książąt

Konrad, ich syn

Dytryk, nieślubny syn Dytryka i Kunegundy z Plötzkau

Dedo, hrabia Groitzsch

Matylda z Heinsbergu, jego małżonka

Henryk, Fryderyk – kolejni bracia Ottona

Chrystian, ministeriał w służbie Ottona

Ludowingowie:

landgraf Ludwik Żelazny

Judyta, córka księcia Fryderyka II Szwabskiego i przyrodnia siostra Barbarossy, małżonka Ludwika (znana jako Jutta Klarysa Turyńska)

Słowianie:

Niklot, książę Obodrzyców

Przybysław i Warcisław, jego synowie

Przesław, jego zbuntowany syn w służbie Duńczyków, jarl Lollandii

Lubemar, brat Niklota

Wojsława Warcisławówna, małżonka Przybysława

Henryk Borwin, syn Przybysława

Duchowieństwo:

Hadrian IV, papież

Wiktor IV, papież

Paschalis III, papież

Rainald z Dassel, kanclerz Fryderyka Barbarossy i arcybiskup Kolonii

Filip I z Heinsbergu, dziekan katedralny w Kolonii, prawa ręka Rainalda z Dassel, szwagier Dedona z Groitzsch, później arcybiskup Kolonii

Wichman, arcybiskup Magdeburga, siostrzeniec Konrada, margrabiego Miśni i Łużyc

Hartwig, arcybiskup Bremy

Otto, biskup Fryzyngi, przyrodni brat Konrada Staufa

Rahewin, skryba Ottona z Fryzyngi

Evermod, biskup Ratzeburga2

Dania:

Swen III (Swen Grade)

Adela, jego małżonka, córka margrabiego Miśni i Łużyc Konrada Wettyna

król Waldemar I, zwany Wielkim

Zofia Rurykowiczówna, jego małżonka

Absalon, arcybiskup Lund

Asser, biskup Roskilde

Italia:

mistrz Marchese, konstruktor machin wojennych

Guido hrabia Biandrate, Mediolańczyk i zaufany cesarza

Acerbus Morena, konsul Lodi oraz kronikarz

Czechy:

król Władysław

Pomorze:

książę Kazimierz (Kazimierz I Dymiński)

książę Bogusław, jego brat

Ważniejsze postaci fikcyjne:

Rajmund z Muldental, Ryszard i Gero – przyjaciele Chrystiana

Randolf z Muldensteinu, rycerz na dworze margrabiego Miśni, wróg Chrystiana

Ludgarda, młoda dziewczyna na miśnieńskim dworze

Józefa, uzdrowicielka z Miśni, zwana starą znachorką

Stefano di Stella, tłumacz w służbie cesarza

Marie Claire, dwórka Beatrycze, małżonki cesarza Barbarossy

CZĘŚĆ PIERWSZAPrawo i bezprawie

Królobójstwo

Adela z Miśni, duńska królowa i żona Swena III Estrydsena

Roskilde, 9 sierpnia 1157 roku

Paniczne wrzaski rozdzierały ciszę letniej nocy, szczęk broni mieszał się z łoskotem przewracanych ław i tłuczonych dzbanów. Sapiąc z przerażenia, Adela, córka zmarłego margrabiego Miśni i młoda małżonka duńskiego króla Swena, oparła się oburącz o rozchwiany stół. Swen ukrył ją w tej nędznej izbie, zanim rozpętał krwawą jatkę.

Najchętniej zasłoniłaby uszy i zacisnęła powieki. Jakby w ten sposób mogła wyciszyć zgiełk zdarzeń rozgrywających się w pałacu i okolicznych zaułkach. Miała wrażenie, jakby czuła na ustach pocałunek, którym jej ukochany chciał się pożegnać, zanim opuścił ten lichy, pokrzywiony dom stojący opodal katedry. Ona jednak odwróciła się do niego plecami.

Wychodząc z pałacu, Adela zdała sobie bowiem sprawę, co Swen zamierza uczynić. Coś tak potwornego i haniebnego, że nie wiedziała, czy kiedykolwiek zdoła mu wybaczyć.

O ile w ogóle jeszcze żył.

Razem z wiernymi sobie ludźmi Swen podniósł miecz przeciwko obu kuzynom i współrządzącym, Kanutowi i Waldemarowi, podczas wieczerzy w duńskiej stolicy Roskilde, gdzie wszyscy trzej chcieli uczcić zawarcie pokoju. Zaledwie przed kwadransem Adela zasiadała wraz z nimi przy wysokim stole.

Strach ją paraliżował. Treść żołądka podeszła jej do gardła. Z trudem zdołała dobiec do kadzi, wymiotowała, póki nie pojawiła się żółć.

Odkąd ukryły się w tej izbie, Janne, jej służka i jedyna towarzyszka, klęczała i załamywała dłonie, spiesznie mamrocząc ciche modlitwy. Teraz podtrzymała głowę i welon swojej pani, po czym sięgnęła po dzban z wodą, by Adela mogła wypłukać z ust nieprzyjemny posmak.

– Naprawdę mamy tu czekać, aż to się skończy? – szepnęła struchlała. – Nie jesteśmy tu bezpieczne, miłościwa pani. Jednak bez męskiej eskorty nigdzie nie dotrzemy. Jeśli ktoś was rozpozna…

Także Janne przejrzała zamiary Swena. Osobiście wyprowadził małżonkę z pałacu, lecz ku zaskoczeniu Adeli mimo późnej pory nie udali się do jej komnaty, na co od początku liczyła, gdyż po długim dniu pragnęła ułożyć się do snu. Zamiast tego, nie odpowiadając na żadne pytania, przywiódł ją do tego niepozornego domu.

Wyjaśnienia nie były konieczne. Po drodze dwie młode kobiety dostrzegły, jak Swen przypasuje miecz, który zdjął przed rozpoczęciem uczty – na znak, że uszanuje prawo gościny. Jego trzystu przybyłych właśnie ze Skanii wojowników, dla których przed pałacem przygotowano wystawną wieczerzę, także czuwało pod bronią.

Swen niezwłocznie zawrócił do kamiennej budowli nieopodal katedry i wraz ze swoimi uzbrojonymi po zęby ludźmi urządził istną rzeź.

Nikt nie zdołałby uchronić jego cudzoziemskiej małżonki przed gniewem ofiar napaści.

Jeśli Swen przegrał walkę z Kanutem i Waldemarem, Adela nie była już królową, lecz wdową po wiarołomcy i królobójcy.

Gdyby zwyciężył, zostałaby żoną wiarołomcy i królobójcy. Kanut i Waldemar cieszyli się popularnością. Duńczycy nie puściliby płazem tak haniebnego postępku.

Adela pamiętała, że Swen już kiedyś rozmyślał o zwabieniu w zasadzkę, a potem zabiciu obu kuzynów i rywali w walce o tron. Jej ojciec miał ich w tym celu zaprosić na wzgórze zamkowe w Miśni. Jednak margrabia Konrad natychmiast odrzucił ten pomysł – z gniewnym oburzeniem i odrazą.

Jak mogłam tak bardzo pomylić się w ocenie Swena? – zastanawiała się młoda kobieta. Jak mogłam tego mężczyznę pokochać? I co powinnam teraz uczynić? Dała się zwieść jego aparycji i manierom: był wysokim, silnym blondynem. A do tego bez reszty w niej zakochanym.

Razem z Janne znalazły się teraz w śmiertelnym niebezpieczeństwie, musiały wytężyć wszystkie zmysły i zebrać się na odwagę. Nie mogły pozostać w kryjówce, do której przyprowadził je Swen, zanim dopuścił się tej makabrycznej zbrodni.

Minęło niewiele czasu, a jednak Adela nie miała pojęcia, czy jej małżonek wciąż żyje. Czy zabił obu współrządzących i krewnych – czy może sam zginął z ręki Kanuta albo Waldemara?

Wrzawa, zgiełk i przerażone okrzyki uciekających wcale nie cichły, rozbrzmiewały wręcz coraz głośniej.

– Nikt nie może nas tu znaleźć – szepnęła przerażona do swojej dwórki. – I nikt nie może nas rozpoznać!

Drżącymi dłońmi usiłowała rozsupłać sznurowanie swojej wytwornej sukni, w której razem z kuzynami Swena i Zofią, piękną siostrą Kanuta, świętowała dzień pojednania. Traktat pokojowy gwarantował każdemu z pretendentów do tronu tytuł królewski oraz jedną trzecią ziem.

– Dokąd zamierzacie się udać? – jęknęła rezolutna zazwyczaj Janne. – Nie ma w Danii bezpiecznego dla was miejsca, skoro tylko rozejdzie się wieść, że wasz małżonek naruszył pokój i zamordował własnych krewnych.

Służka o pulchnej twarzy umilkła na chwilę, wsłuchując się w dobiegające z zewnątrz odgłosy, po czym wyszeptała:

– Posłuchajcie tylko! Wkrótce wszyscy się tego dowiedzą.

Jakaś kobieta wołała raz za razem:

– Swen morduje wszystkich! Swen Estrydsen zabił króla!

Którego króla? – zastanawiała się zrozpaczona Adela. Nie wiedziała nawet, czy działał w pojedynkę, czy może sprzymierzył się z którymś z dwóch pozostałych. Nie miała jednak czasu na rozmyślania. Jak zresztą wobec takiej potworności mogłaby stanąć u boku Swena, gdyby zdołał jednak przeżyć tę noc? Musiała uciekać, gdyż wrogowie Swena będą jej szukać.

Tylko dokąd?

Chciała żyć i wrócić do swojej małej, ledwie kilkutygodniowej córeczki, którą – na rozkaz Swena – musiała zostawić pod opieką w Lüneburgu. Prawdopodobnie już wtedy planował tę nikczemną zbrodnię, której dziś się dopuścił.

– Pomóż mi włożyć prostą suknię i ukryć włosy – szepnęła do Janne. Drżącymi palcami nie była w stanie sama rozplątać sznurowania po bokach wspaniałego bliautu.

Na szczęście, ku jej ogromnemu zaskoczeniu, znalazła w izbie jedną ze swoich skrzyń z sukniami. Kolejny dowód na to, z jakim wyrachowaniem Swen uknuł ten zdradziecki plan.

Janne pomogła królowej włożyć wełnianą, pozbawioną zdobień suknię, po czym ukryła pod podwójnie związaną chustą jej przyciągające wzrok włosy – były czarne i kręcone, a nie jasne jak u większości duńskich kobiet.

– Jeśli was rozpoznają, zatłuką na śmierć – zaklinała, zarzucając królowej na ramiona własną prostą opończę. – Czy nie będzie bezpieczniej zaczekać tutaj? Nawet jeśli zdołamy dotrzeć do portu… Żaden statek nie zabierze dwóch szlachcianek bez męskiej eskorty!

Miała rację. Roskilde leżało na wyspie. Bez towarzystwa małżonka lub krewnego jako opiekuna nie wolno im było podróżować, nie mówiąc już o wejściu na pokład okrętu.

– Nawet gdybyście zapłaciły, pani, kamieniami szlachetnymi… Natychmiast by was rozpoznano… Albo stracono jako złodziejkę, chyba że ujawniłybyście swoje imię i tytuł – ciągnęła Janne, przybita ich trudnym położeniem.

– Istnieje tylko jeden sposób, byśmy przeżyły – szepnęła Adela i ścisnęła dłoń Janne. – Proszę, miej odwagę, zaufaj Bogu i chodź ze mną! Chyba że chcesz zaczekać tutaj na męża.

Uchyliła drzwi i wyjrzała na zewnątrz.

Uliczki pełne były uciekających w popłochu ludzi. Z jasno rozświetlonego pałacu wychodzili mężczyźni ze zbrukanymi krwią mieczami, szukając kolejnych ofiar. Przed wejściem leżały rozczłonkowane zwłoki; niektóre ubrania zajęły się ogniem. Łuczywa i płonące ławy oświetlały migotliwym blaskiem zatrważające sceny rozgrywające się w pałacu w tę gwiaździstą noc.

Większość mieszkańców dzielnicy usiłowała przekroczyć próg katedry i znaleźć schronienie w Domu Bożym. Matki niosły dzieci na ramionach albo ciągnęły je za ręce. Niektórzy spiesznie zabrali resztki dobytku, inni mieli na sobie tylko koszule i opończe i szli boso. Kto nie umykał dość żwawo, mógł zostać potrącony i stratowany przez spanikowany tłum.

– Do portu? – szepnęła Janne.

– Nie. W górę! – Adela wskazała podbródkiem wzniesioną obok pałacu katedrę, w której gromadzili się przerażeni ludzie. Mocniej naciągnęła kaptur, to samo zrobiła Janne.

Rąbkiem sukni zaczepiła o drewniany gwóźdź. Szarpnęła gwałtownie, rozdzierając materiał.

Młoda Miśnienka chwyciła służkę za rękę i ruszyła pędem przed siebie, aż poczuła ukłucie kolki. Przystanęła na chwilę, łapiąc powietrze, po czym pognała dalej. W lewej dłoni trzymała niewielkie zawiniątko; ukryła w nim ciepłą suknię, srebrną opaskę i wysadzane klejnotami pierścienie – na wypadek gdyby musiała kogoś przekupić.

– A jeśli napadną nas zbrojni? Albo ktoś nas rozpozna? – sapnęła Janne.

– Nie mamy dokąd uciec. W tej kryjówce niedługo by nas znaleziono. Więc dalej, żwawo!

Adela rozglądała się na prawo i lewo, bacząc na bezładny pochód wystraszonych ludzi, ciągnęła za sobą towarzyszkę, usiłując wmieszać się w tłum biegnących w stronę katedry. Obie dały się porwać rzeszy mieszkańców i podążały za tymi, którzy kierowali się ku otwartemu portalowi kościoła.

W pewnym momencie ktoś pchnął Adelę tak mocno, że aż się potknęła i o mało nie upadła. Podtrzymała ją Janne.

Młoda Miśnienka ze strachem pomyślała, że zaraz ktoś wskaże na nią oskarżycielsko palcem i zawoła: „To królowa! Żona mordercy! Zatłuc ją na śmierć!”.

Na szczęście nikt ich nie rozpoznał. Brnęły naprzód, rozpychając się łokciami, dysząc z wyczerpania i strachu.

Kiedy dotarły do kościoła, Adela nawet nie próbowała ukryć się w tłumie. Przecisnęła się razem z Janne w stronę prezbiterium, położyła prawą dłoń na przykrytym zdobnymi haftowanymi tkaninami ołtarzu, po czym, łapiąc z trudem oddech, powiedziała cichym głosem do stojącego obok ministranta:

– Upraszam… o… kościelny… azyl.

Duchowny – młody, wychudły, o obwisłych ramionach i potężnie wystraszony napływem wzburzonego tłumu – podniósł ręce w obronnym geście.

– I-idźcie do pozostałych! – wymamrotał drżącym głosem. – Pomodlimy się razem, aby ten koszmar się skończył. I o zbawienie dusz zmarłych.

Chciał się odwrócić, lecz Adela powstrzymała go gestem i cicho syknęła:

– Spójrzcie! Nie możemy dołączyć do pozostałych. Powtarzam: prosimy o kościelny azyl.

Jej dłoń wciąż spoczywała na ołtarzu.

Duchowny zamarł i spojrzał na nią.

W końcu zdał sobie sprawę, kogo ma przed sobą: młodą królową z Miśni. I małżonkę człowieka, który – sądząc z okrzyków tłumu – urządził w pałacu rzeź.

Jego twarz, na której malowały się to przerażenie, to znów niezdecydowanie, straciła resztki koloru. Ręce mu drżały.

– Czy postradałyście rozum? – jęknął łamiącym się głosem. – Jeśli ktoś was rozpozna, świętość tego miejsca nie powstrzyma ludzi przed rozpętaniem tu kolejnej krwawej jatki!

– Dlatego stoimy przed wami i prosimy o azyl – powtórzyła z naciskiem Adela.

Miała ochotę potrząsnąć tym wystraszonym młodzieńcem. Przez swoją tępotę gotów jeszcze doprowadzić do rozlewu krwi, przed którym sam przestrzegał. Nie mogła jednak obrazić duchownego.

– W imię miłosiernej Dziewicy! – zaklinała.

Z twarzy ministranta można było wyczytać powolny bieg myśli.

– O tym zadecyduje biskup – wyszeptał. – A wielebny jest na uczcie…

Mówiąc to, uświadomił sobie, że nawet nie wie, czy biskup Asser wciąż żyje.

Roskilde było największym i najważniejszym miastem w Danii, a jego biskup był jednym z krewnych i bliskich powierników króla Waldemara. Podobnie jak potężny Absalon, dowódca wojskowy i przybrany brat Waldemara, który z pewnością zostanie biskupem Roskilde i arcybiskupem Lund. Jeśli nadal żyje.

Zmieszany młodzieniec nie potrafił uporządkować myśli, a wrzawa szukających w katedrze schronienia przeszkadzała mu w podjęciu decyzji.

– Odejdźcie! Nie mogę ręczyć za wasze życie – syknął.

Ten głupiec jeszcze nas wyda pod ostrza mieczy, pomyślała zniecierpliwiona Adela. Niektórzy ludzie już zwrócili uwagę na rozgrywającą się przed ołtarzem scenę.

– Po trzykroć prosiłam was o azyl i przypomniałam o waszym obowiązku i przysługującym mi prawie – rzekła z naciskiem i godnością, choć stłumionym głosem. – Przodkowie mojego męża ufundowali ten kościół i dbali o szerzenie Słowa Bożego w tym kraju. Są tutaj pochowani. Jeśli nas odeślecie, na was spadnie wina za rozlew krwi. Czy tego chcecie?

Wychudły ministrant aż się skulił.

– Ofiaruję wam złoty pierścień. Złota możecie użyć do ozdobienia krzyża na ołtarzu – kusiła Adela, unosząc nieznacznie trzymane w dłoni zawiniątko.

Wtedy znalazł rozwiązanie.

– Idźcie do krypty, prędko! – szepnął, wskazując na zakratowane wejście; w krypcie pochowano duńskich królów Haralda Sinozębego, Swena Widłobrodego, Swena II Estrydsena.

– Ukryjcie się tam. Przyniosę wam chleb i coś do picia, jak tylko zrobi się nieco spokojniej.

Boże, spraw, aby biskup, Absalon i Waldemar przeżyli, pomyślał. Niech oni zdecydują, co uczynić z tymi niewiastami. Zatrzymam je tutaj, dopóki Bóg, mój biskup i mój król ich nie osądzą.

Dwie młode kobiety przemknęły do wnętrza krypty i skryły się przed wzrokiem większości zgromadzonych w kościele ludzi. Zdezorientowany ministrant wrócił wkrótce z dzbanem wody. Podał go przez kratę, wymamrotał, że doniesie chleb, po czym z ciężkiego pęku dobył klucza, by zamknąć nim kratę zabezpieczającą wejście.

– Jesteśmy uwięzione wśród umarłych – mruknęła Janne.

– Albo przez nich chronione – szepnęła Adela, dygocąc na samą myśl o tym, że przyjdzie im spędzić kolejne czterdzieści dni pomiędzy sarkofagami. Tak długo tu jednak z pewnością nie zostaną. Kiedy tylko biskup Roskilde ją ujrzy, podejmie negocjacje z arcybiskupem Bremy, by ten zabrał stąd niemile widzianą Miśnienkę. W zamian za srebro albo przysługę.

Łapczywie napiła się wody, gdyż potrawy podane na uczcie były ostro przyprawione. Pot spływał jej po plecach i moczył koszulę.

Właśnie miała podać dzban Janne, gdy od strony wejścia do katedry rozległ się donośny głos.

– Zróbcie przejście!

Ludzie natychmiast się rozstąpili, by przepuścić biskupa, który najwyraźniej przybywał prosto z wieczerzy. Szaty miał poplamione krwią. Spiesznym krokiem podszedł do ołtarza, uklęknął, pochylił głowę i uczynił znak krzyża, po czym wstał i zwrócił się do ludzi szukających w świątyni schronienia.

– Bijcie we wszystkie dzwony! Król Kanut nie żyje! – zawołał. W tłumie rozległ się przeciągły jęk rozpaczy. Kanut był władcą tej części kraju, Zelandii.

Biskup Asser uniósł dłoń w uspokajającym geście i nakazał ciszę.

– Zamordował go zaufany Swena Estrydsena. Swen, łamiąc prawo gościny i wszelkie złożone przysięgi, sam rozpoczął tę krwawą napaść.

– Czy Waldemar żyje? – zapytał ktoś z tłumu roztrzęsionym głosem. Waldemar był najmłodszym z trzech duńskich królów, miał zaledwie dwadzieścia parę lat.

– Król Jutlandii został ranny w nogę. Jednak z Bożą pomocą on i jego przybrany brat Absalon zdołali uciec – ciągnął gromkim głosem biskup. – Cudem udało im się wymknąć, mimo ran odniesionych przez Waldemara.

Zapytajże wreszcie! – pomyślała wzburzona małżonka Swena. Serce waliło jej jak oszalałe, gdy ostrożnie zbliżała się do kraty, by mieć biskupa w zasięgu wzroku.

– A co ze Swenem? – rozległ się w końcu przenikliwy kobiecy głos. Adela zamarła i gotowała się na najgorsze.

– Wiarołomca i królobójca zebrał swoich ludzi, by szukać Waldemara. Wszyscy zniknęli. Walki w mieście dobiegły końca. Wracajcie do swoich domów! Ale najpierw pomódlmy się za Waldemara i Absalona oraz o zbawienie duszy króla Kanuta!

Ktoś zaczął bić w dzwony, oznajmiając śmierć króla; być może był to ów wychudły, tępy ministrant. Mroczne dźwięki mieszały się z echem modlitw ludzi zebranych w katedrze, wszyscy bez wyjątku uklękli.

Z czasem nawa powoli zaczęła pustoszeć.

Adela i Janne cofnęły się nieco, by nikt ich nie zauważył. Wiedziały jednak, że wkrótce czeka je rozmowa.

Dzwony wciąż biły ku czci króla Kanuta. Jego śmierć kładła się cieniem na duszy Adeli. Przykucnęła, objęła ramionami kolana i zrozpaczona przywarła do ściany. Czy nic nie grozi siostrze Kanuta, Zofii, narzeczonej Waldemara? Niewiele wcześniej rozmawiały przy wieczerzy. Zofia opuściła ucztę jako pierwsza; być może to ją uratowało.

Och, Swen, wierzę, że nie masz i jej krwi na rękach! – łkała w milczeniu, rozgoryczona.

Brzęk klucza oznaczał, że otwarto zakratowane wejście do krypty.

Z trudem wstała i otarła z policzków łzy.

Zgodnie z jej oczekiwaniem przybył biskup Asser. Siwowłosy mężczyzna o ostrych rysach twarzy i spojrzeniu, które przyprawiło Adelę o dreszcze. Podobnym nieubłaganym, lodowatoszarym wzrokiem zastraszał swoich przeciwników jej ojciec Konrad, niegdysiejszy margrabia Miśni i Łużyc.

Biskup poświecił jej w twarz pochodnią.

– Rozsądnie z waszej strony, że ukryłyście włosy…

– Wasza wielebność, przysięgam na Matkę Boską, że nic nie wiedziałam o nikczemnych zamiarach mojego męża. Odprowadził mnie od stołu, jak z pewnością pamiętacie. A ja…

Głos jej się załamał, łzy znów napłynęły do oczu.

– Zofia… – westchnęła. – Czy ona żyje?

– Nie rozumiem, czemu was to obchodzi – odparł chłodno Asser, krzyżując przed sobą ramiona. – Co mam z wami uczynić? Nie mogę was karać za występki waszego małżonka. Ale zrozumcie, że nie mogę też tolerować waszej obecności dłużej, niż to absolutnie konieczne. – Spojrzał jej w oczy. – Chociaż Waldemar i Absalon byliby uszczęśliwieni, mogąc was… wymienić, pod pewnymi warunkami.

Adela patrzyła z powątpiewaniem i starała się zachować spokój, stojąc przed tym nieczułym człowiekiem, którego nie poruszyły jej łzy. Był zupełnie jak jej ojciec Konrad Wettyn, Boże, zmiłuj się nad jego duszą.

– Czy naprawdę sądzicie, że niewiasta może być na tyle cenną zakładniczką, aby wymienić ją na mężczyznę? – spytała.

– Królowa być może. Królowa, którą kocha mąż… – Biskup uśmiechnął się chłodno.

Czy Swen złożyłby dla mnie broń? – Adela się zamyśliła i natychmiast odpowiedziała sobie przecząco. Kocha mnie, lecz jeszcze mocniej kocha własną dumę – i koronę. Jest opętany złudzeniem, że może mieć wszystko, cały kraj i mnie, a Dania wybaczy mu jego niecne występki.

– Nie wiem, czy mój mąż jeszcze żyje. Ale jedno wiem na pewno: po tej krwawej nocy królem już nie będzie. A zatem ja także nie jestem już królową. Rozmówcie się z niemieckimi biskupami, wasza wielebność. Oni dopilnują, bym bezpiecznie dotarła do Miśni.

Dla Swena nie było już ratunku ni miłosierdzia. W przeciwnym razie biskup poprosiłby ją, by udała się do poślubionego sobie przed obliczem Boga małżonka. Śmierć Swena wydawała się przesądzona. Nieważne, czy nastąpi tej nocy, jutro czy pojutrze.

– Bardzo głupia myśl, kobieto – odparł Asser z ponurym uśmiechem. – Musiałbym poradzić się w tej kwestii arcybiskupa Eskila z Lund, lecz on – cóż za bezczelność! – jest przetrzymywany na ziemiach niemieckich. A wasz cesarz Fryderyk Rudobrody nie zamierza w tej sprawie interweniować. Eskil nie chciałby zresztą, by go wymieniono na was, jak same zauważyłyście. To byłoby poniżej jego godności. Z tego samego powodu nie chce, aby Duńczycy zbierali za niego okup. Arcybiskup Bremy zaś jest wrogo do nas nastawiony.

– Zwróćcie się więc do arcybiskupa Magdeburga, to mój kuzyn – błagała Adela.

– Czy zapłaciłby za wasze bezpieczeństwo? Albo wasi bracia, margrabiowie Miśni i Łużyc?

– Z pewnością zdołacie dojść do porozumienia z moim kuzynem Wichmanem z Magdeburga. Albo z moimi braćmi – odparła, mając na myśli przede wszystkim Dytryka. Adela wątpiła, czy Otto, najstarszy z rodu, byłby gotów oddać za nią swoje srebro. Być może jego młoda żona Hedwiga szepnęłaby mu o niej dobre słowo.

– Będę się modlił o jasność umysłu, a decyzję podejmę dopiero wtedy, gdy omówię kwestię waszej przyszłości z Waldemarem i Absalonem. Do tego czasu pozostaniecie tutaj. Jako nasz gość – oznajmił Asser; słowo gość wymówił tonem tak ostrym, że Adela zrozumiała, że jest jego więźniem i zakładniczką. Najważniejsze jednak, że zapewniono jej ochronę przed żądnym zemsty tłumem. Wyrachowany biskup zdecyduje dopiero po otrzymaniu sprawdzonych wieści o śmierci Swena. O śmierci mężczyzny, w którym niegdyś się kochała.

Może już była wdową, a jej córka półsierotą? Adela zadrżała na samą myśl o losie małżonka. Miała przed oczami scenę, jak się wykrwawia, leżąc na ziemi.

– Ukryjcie się tutaj dzisiejszej nocy – dodał biskup, jakby odgadując jej obawy. – Pomyślę o odpowiedniej dla was kwaterze. Dziś nie byłybyście bezpieczne, gdyby ktoś was rozpoznał.

Kościelny azyl obowiązywał w promieniu sześćdziesięciu kroków od portalu świątyni. Tego jednak dnia, wobec złorzeczeń i żądzy zemsty na Swenie, nawet biskupia eskorta nie zdołałaby ochronić królewskiej małżonki.

Duchowny odwrócił się bez słowa.

Wychudły młodzieniec, który tymczasem pojawił się za jego plecami, w milczeniu wcisnął w dłoń Janne piętkę chleba i zapaloną świecę, po czym ruszył za biskupem. Obie młode kobiety usłyszały, jak z łoskotem zamyka kratę. Adela ucieszyła się w duchu, że przed ucieczką z kryjówki przezornie skorzystała z nocnika, gdyż wieczerza obfitowała w napitek. Po chwili zapytywała samą siebie, jak znalazłszy się w takim położeniu, w ogóle może rozważać tak trywialne kwestie.

Znużone i zarazem rozdygotane, wciąż oszołomione brzemiennymi w skutki wydarzeniami ostatnich godzin, dwie młode kobiety okryły się opończami i położyły na gołej posadzce, by w towarzystwie zmarłych zaznać nieco snu. Każda z nich długo modliła się w milczeniu.

Swen, jaką winę na siebie sprowadziłeś? – rozmyślała nieustannie Adela, mając świadomość, że jej małżonek został przeklęty. Łzy spływały jej po policzkach.

Dźwięki dzwonów rozbrzmiewały przez całą noc. Adela nie wiedziała, czy biły tylko dla zmarłego króla Kanuta, czy także dla Waldemara. Albo Swena.

U szczytu potęgi

Cesarz Fryderyk I, jego kanclerz Rainald z Dassel

Besançon, październik 1157 roku

Wspaniale jest być cesarzem – skonstatował Fryderyk Stauf, przystojny mężczyzna po trzydziestce o rudozłotych włosach i z krótko przystrzyżoną brodą. Rozsiadł się wygodnie na krześle, rozprostował swobodnie nogi, po czym wzniósł toast do siedzącego naprzeciw towarzysza. Nagle jednak zamarł w pół ruchu i poprawił: – Wspaniale jest być takim cesarzem!

Rainald z Dassel, jego kanclerz, przyjaciel i najbliższy doradca, z równie niekłamaną satysfakcją uniósł swój puchar.

– Królowie Europy prześcigają się w zapewnieniach o swoim oddaniu. Besançon szykuje dla was olśniewające przyjęcie. Wszyscy możni panowie Burgundii przybyli na zjazd.

Po twarzy Fryderyka przemknął rozmarzony uśmiech, gdy pomyślał o niezwykłym powitaniu, jakie mu urządzono w tym bogatym mieście, będącym już od ponad stulecia częścią cesarstwa. Dostojnicy w podniosłym nastroju wyczekiwali nań uniżenie przed bramami, po czym przy dźwiękach bębnów i trąb wkroczyli do miasta w rzekłbyś niekończącej się uroczystej procesji, przechodząc pod ogromnym łukiem triumfalnym z czasów rzymskich. Po obu stronach drogi wiwatowały tłumy.

Takie oto przyjęcie zgotowano Fryderykowi i jego ukochanej Beatrycze.

W przypływie zazdrości cesarz zastanawiał się, jak wiele z owego entuzjazmu i oddania okazywano przede wszystkim jego pięknej, pochodzącej z Burgundii małżonce, która część tej krainy, Górną Burgundię, wniosła mu jako wiano. Choć u jego boku była niewątpliwie szczęśliwa, to wyraźnie rozkwitła, powróciwszy do swej dawnej ojczyzny, gdzie mogła się porozumiewać w ojczystym języku, a nie po niemiecku, którego z trudem się nauczyła. Rozmawiając z lgnącymi do niej Burgundczykami, mówiła dwa razy szybciej i z żywszą niż zwykle mimiką. Chociaż, a może właśnie dlatego, że nie rozumiał jej słów, brzmiały one w jego uszach jak słodki ptasi świergot.

Czyż nie ożeniłem się z nią, by zdobyć Burgundię? – przerwał raptownie chwilę zazdrości i powątpiewania. Przyjęcie w Besançon przerosło jego najśmielsze oczekiwania. A najlepsze miało dopiero nadejść! Nazajutrz, dzięki misternie uknutej intrydze przebiegłego kanclerza, wprawi świat w osłupienie i przejdzie do historii.

Nie mógł się już doczekać.

By omówić ostatnie szczegóły, zaprosił Rainalda na prywatną audiencję, odesławszy wszystkich paziów, giermków i służących, z wyjątkiem podczaszego.

Dwaj najpotężniejsi ludzie w Rzeszy siedzieli oto w komnacie Fryderyka przy stole zastawionym półmiskami z dziczyzną i delektowali się wybornym burgundzkim winem.

Po skończonym posiłku Fryderyk przysunął bliżej szachownicę, by przeanalizować niedokończoną partię z poprzedniego dnia, i przestawił skoczka.

Pobieżnie spojrzawszy na szachownicę, Rainald postawił czarnego króla i oznajmił:

– Wygrywacie w czterech ruchach.

Fryderyk rozważył możliwe posunięcia; kanclerz miał rację.

– Z rozmysłem pozwoliliście mi wygrać! – zaprotestował. – Nie znam równie sprytnego intryganta jak wy. Pomijając Alberona z Trewiru, niech Bóg zmiłuje się nad jego przebiegłą duszą.

Rainald uśmiechnął się przymilnie.

Obaj mężczyźni, cesarz Fryderyk Stauf oraz jego błyskotliwy kanclerz, byli mniej więcej w tym samym wieku. Rainald z Dassel, choć duchowny, kochał nie tylko książki, ale także wspaniałe stroje i ruszał do boju na czele własnej armii. To dlatego Fryderyk darzył go tak ogromnym szacunkiem. Cenił go również za dystans wobec Stolicy Apostolskiej oraz nader śmiałe plany. Nazajutrz miał zrealizować jedno ze swych mistrzowskich posunięć.

Przygotowania do nadchodzących wydarzeń były dla Fryderyka jedynie pretekstem. Rainald musiał sprytnie zaaranżować ów incydent, wykorzystując okoliczności, jakie wynikną w trakcie dzisiejszych wstępnych rozmów z przybyłymi właśnie na dwór papieskimi legatami.

Fryderyk bez reszty ufał swojemu kanclerzowi, który zawsze znajdował sposób, by w każdej sprawie cesarz czerpał największe korzyści.

Dlatego z upodobaniem powracał do dyplomatycznych sukcesów odniesionych na niedawnym zjeździe dworskim w Würzburgu, gdzie przyjął liczne grono zagranicznych wysłanników.

– Powiedzcież mi raz jeszcze, przyjacielu, co napisał młody angielski król. Nie dość nam tego słuchać – wezwał cesarz swojego doradcę, który, w przeciwieństwie do Fryderyka, nie tylko znał kilka języków obcych oraz potrafił czytać i pisać, ale miał także dar zapamiętywania i recytowania przeczytanych tekstów.

Rainald cofnął dłoń, którą sięgał właśnie po jednego z pysznych, oblanych miodem, pieczonych ptaków śpiewających, rozsiadł się wygodnie na krześle, po czym z uśmiechem na twarzy przywołał z pamięci:

– Henryk Plantagenet odwołuje się w swoim liście do nierozerwalnej wspólnoty pokoju między naszymi narodami. I zapewnia, że wy, jako stojący wyżej, możecie wydawać rozkazy. On zaś jest gotów wasze rozkazy wypełniać.

Kanclerz doskonale wiedział, co cesarz chciał od niego usłyszeć.

Obaj uśmiechnęli się zgodnie, delektując się służalczym sformułowaniem.

– Nie chce, byśmy się sprzymierzyli z Ludwikiem Francuskim – dodał Rainald, wyjaśniając obietnicę złożoną przez angielskiego króla. Był on bez wątpienia potężnym władcą, zwłaszcza że dzięki małżeństwu z Eleonorą Akwitańską zyskał rozległe posiadłości. Ofiarując cesarzowi wspaniałe podarki, królewska para nie tylko zamanifestowała swoją wysoką pozycję, ale także – w ich własnym mniemaniu górującą nad innymi – angielsko-akwitańską kulturę dworską. Olbrzymi czerwony namiot, który Henryk podarował cesarzowi z okazji jego ślubu z Beatrycze, był tak okazały i ciężki, że można go było rozstawić wyłącznie za pomocą kołowrotów.

– Ludwik Francuski i Henryk Angielski serdecznie się nienawidzą – podkreślił Rainald, sięgając po pieczonego ptaka.

Fryderyk się roześmiał.

– Nic dziwnego, skoro Henryk skradł dzielnemu Ludwikowi piękną żonę! I to w sposób, który sprawił, że Ludwik stał się pośmiewiskiem na wszystkich dworach Europy – wspominał z rozbawieniem. Rozkoszna to była historia. – Byliście obecni, gdy minstrel nam o tym opowiadał? – zapytał Rainalda, dając znak podczaszemu, by napełnił puchary.

– Działo się to na uczcie podczas zjazdu zielonoświątkowego w Merseburgu… Śmialiśmy się do rozpuku!

Fryderyk aż się trząsł ze złośliwej wesołości.

– Z początku figlarna Eleonora szeptała pobożnemu Ludwikowi do ucha, że ich małżeństwo nie zostało pobłogosławione potomstwem ze względu na zbyt bliskie pokrewieństwo. Jednak skoro tylko się rozwiedli, udała się do Henryka i poślubiła go, choć był od niej o dziesięć lat młodszy. I co najlepsze: od tej pory każdego roku rodzi Henrykowi potomka! Mają już trzech synów i córkę… – Zaczerpnął powietrza i otarł z kącika oka łzę rozbawienia. – Co za blamaż!

– Ludwik drży na samą myśl o naszym sojuszu z angielskim królem, swoim rywalem. Możemy to wykorzystać – oznajmił beznamiętnie Rainald.

– Oczywiście! Nie jestem pewien, czy mam jeszcze ochotę na spotkanie z Ludwikiem – potwierdził Fryderyk, który natknął się na francuskiego króla podczas drugiej krucjaty do Ziemi Świętej i uznał go za człowieka żałosnego. Niegodnego korony. Może pośle do Ludwika hrabiego Lenzburga, jednego ze swych wieloletnich zaufanych. – Wróćmy do listy! – rzekł, odliczając na palcach radosne wydarzenia. – Tak więc król angielski gotów mi się podporządkować, a francuski przebywa w Paryżu i trzęsie się ze strachu. Król Węgier Gejza obiecuje nam wystawić na kampanię italską pięciuset wojów. Obawia się, że jego brat Stefan może pozbawić go tronu.

– I słusznie! – z chłodnym uśmiechem skomentował zapobiegliwość Gejzy Rainald, dysponujący liczną siatką szpiegów.

– W styczniu wyniosę księcia Czech Władysława do godności króla. Jest mi za to niezmiernie wdzięczny, więc dostarczy nam swoją siejącą postrach kawalerię pancerną – ciągnął wyliczankę Fryderyk. – Książęta polscy, jak postanowiono, w Boże Narodzenie padną przede mną na kolana. Rozstrzygnąłem również spór o tron duński. Aż tu nagle wszystko się odmieniło…

Fryderyk zmarszczył brwi i opuścił ręce.

– Swen jest moim przyjacielem, razem szkoliliśmy się na giermków na dworze króla Konrada. Jednak ostatnimi czasy zachowuje się jak kiep. Niehonorowo i głupio. Jeśli zamierzasz zabić swoich rywali, musisz zaplanować to w taki sposób, aby zamach się powiódł! – zirytował się.

– Musimy cierpliwie czekać na wieści o tym, kto przeżył: Swen czy Waldemar – uspokajał kanclerz. – Niezależnie od tego, kto ostatecznie zasiądzie na duńskim tronie, gdy tylko sprawy się wyjaśnią, Duńczycy i książę Henryk Lew, wasz dostojny kuzyn, będą wreszcie mogli położyć kres panowaniu pogańskich Słowian na północy.

Niechętnie, pełen smutnych przeczuć, Fryderyk zastygł w myślach o Swenie. Rainald dostrzegł to i skierował uwagę cesarza w inną stronę.

– Przejdźmy w tym wyliczeniu do opornych; pokazaliście im, który z dwóch cesarzy jest znaczniejszy. I nie jest nim ten bizantyjski.

Do Würzburga przybyła również delegacja Greków. Goście przywieźli z sobą mnóstwo cennych podarków, jednakże zwracając się do cesarza, skąpili mu uprzejmości.

– Jedno wasze ponure spojrzenie i natychmiast dali za wygraną, przeprosili i zaproponowali zawarcie pokoju – przypomniał z zadowoleniem Rainald. – Rządy cesarza Manuela chwieją się w posadach, czasy świetności Bizancjum już dawno minęły, podczas gdy wasze dopiero się zaczynają.

Tak było w istocie; Fryderyk miał przynajmniej taką nadzieję. Czuł jednak niepokój na wspomnienie bizantyjskiej legacji.

– Ta sprawa z moim kuzynem z Rothenburga…

Markotnie i z lekką ostentacją odstawił swój puchar na stół.

Cesarz i cesarzowa Bizancjum nalegali, by ledwie dwunastoletniego syna zmarłego króla Konrada – kuzyna Fryderyka – wyniesiono do stanu rycerskiego. Młodzieniec był bratankiem cesarzowej Ireny, a za ich nieugiętą postawą kryło się niewypowiedziane oskarżenie, jakoby Fryderyk skradł tron jedynemu żyjącemu synowi i spadkobiercy Konrada.

Podobne sugestie nieustannie szeptali chłopcu do ucha bracia i szwagrowie Konrada.

– Dopóki moja piękna Beatrycze nie urodzi mi potomka, chłopak jest jedynym królewiczem – mruknął Fryderyk. To rzeczywiście go martwiło. Był żonaty już od ponad roku, a nic nie wskazywało na to, by jego małżonka spodziewała się dziecka. – Jego stryj Sulzbach i cały klan Babenbergów nie odpuszczą, będą mu ustawicznie powtarzać, że to jemu należy się tron! – utyskiwał coraz mocniej poirytowany. – Chłopak liczył sobie osiem lat, gdy umierał jego ojciec! Niby jak miałby zaprowadzić pokój w rozdartej i rozszarpywanej przez wojny i waśnie Rzeszy?

– Objęcie przez was rządów bez wątpienia było najlepszym rozwiązaniem – zapewnił Rainald. – Okazaliście też wielkoduszność, przekazując chłopcu księstwo Szwabii. Nikt nie może wam niczego zarzucić.

– Księstwo Szwabii oraz Rothenburg – przypomniał ponuro Fryderyk. – I niech tam łaskawie zostanie! Od dnia, w którym doczekam się dziedzica, będzie tylko jeden królewicz: mój syn! Szwabii i książęcego tytułu będę potrzebował dla moich własnych dzieci.

– Do tego daleka jeszcze droga. – Rainald pochylił się nieco, po czym spojrzał cesarzowi prosto w oczy. – Jest już rycerzem, ale wciąż liczy sobie mniej niż dwanaście wiosen. Minie sporo czasu, zanim stanie się dla was poważnym zagrożeniem. Do tej pory wiele może się wydarzyć…

Dźwięk bijących dzwonów przytłumił jego ostatnie słowa, gdy tymczasem w umyśle Fryderyka zrodził się pomysł rozwiązania problemu.

Nie zdążył go jednak przedstawić, gdyż Rainald ponaglił, by ruszali w drogę.

– Powinniśmy już jechać. Wszystko toczy się wedle naszych życzeń. Jesteście największym świeckim władcą na świecie. Już czas, by utrzeć nosa papieżowi. Czy jesteście gotowi przyjąć papieskich legatów?

Kanclerz, wciąż młody, jak na swój urząd, podniósł się i czekał, aż cesarz uczyni podobnie.

– Z największą przyjemnością – odparł Fryderyk, szczerząc zęby; wstał z werwą, po czym wydał niezbędne rozkazy, by mogli niezwłocznie wyruszyć z nieliczną eskortą.

Oficjalne wystąpienie papieskich wysłanników na dworze w Besançon zaplanowano na dzień następny. Rainald nie chciał jednak zdać się na przypadek.

Przebiegły kanclerz obiecał cesarzowi, że nazajutrz zapędzi obu legatów w kozi róg i sprawi, że spadnie na ich głowy gniew zgromadzonych książąt. To dlatego mieli się teraz spotkać na wstępnych rozmowach w niewielkiej kaplicy. Rainald nalegał na obecność cesarza.

Miał swoje powody; jak zawsze wszystko dobrze przemyślał.

– Czy ja ich znam? – zapytał swojego towarzysza Fryderyk, gdy jechali obok siebie w kierunku położonej nieco na uboczu kaplicy. Barwne listowie lśniło w promieniach słońca.

– Przynajmniej jednego: Rolanda Bandinellego. To przyjaciel papieża i jego kanclerz – wyjaśnił Rainald.

Człowiek pokroju papieża Hadriana, ktoś o jego pozycji, nie ma przyjaciół, pomyślał pogardliwie Fryderyk.

Po chwili zapytał sam siebie: A czy ja w ogóle ich mam? Rainald, tak, z oddaniem mi służy. Mój kuzyn Otto Wittelsbach. Mój szwagier Ludwik Turyński. Mój kuzyn Henryk Lew. Choć muszę uważać, by nadmiernie nie spotężniał. Nikt jednak nie wystawił dla mnie tak liczebnej armii podczas mojej pierwszej kampanii w Italii. Czyż i to nie jest miarą przyjaźni?

Przyszedł mu na myśl Welf VI, jego niewiele starszy wuj. Niemal dwadzieścia lat wcześniej walczyli razem pod wodzą króla Konrada przeciwko Welfom; ramię w ramię wyruszyli na drugą krucjatę do Ziemi Świętej, gromadząc potem resztki ich zdziesiątkowanej armii. Nie podobał mu się jednak sposób, w jaki Welf i jego żona Uta z Calw odwoływali się czasem do jego sumienia.

Zachował jednak te myśli dla siebie i zamiast tego rzekł z nutą sarkazmu w głosie:

– Porozumienie musi leżeć Jego Świątobliwości bardzo na sercu, skoro przysłał samego kanclerza.

– W istocie. Spotkaliście już tego Rolanda. Był jednym z rzeczników kardynałów podczas incydentu w Sutri…

Fryderyk nie mógł nie wybuchnąć śmiechem. To było przedziwne zdarzenie. Podczas ich pierwszego spotkania przed koronacją cesarską papież Hadrian nalegał, by Fryderyk poprowadził jego konia za wodze, a podczas zsiadania podtrzymał mu strzemię. Cesarz odmówił, skutkiem czego spotkanie zostało przerwane, a kardynałowie wraz z książętami Fryderyka strawili wiele dni na desperackich poszukiwaniach rozwiązania.

Jeśli ten Rolando Bandinelli był wówczas obecny, nie będzie przyjaźnie nastawiony do cesarza. Choć bowiem Fryderyk ostatecznie spełnił wolę papieża, to jednak z nieskrywaną satysfakcją zakpił sobie z niego.

Myśl o rychłym spotkaniu z jednym z uczestników tamtej farsy wzmogła oczekiwania Fryderyka oraz jego ciekawość, w jaki sposób Rainald zamierza przyprzeć do muru papieskich wysłanników – i to w obecności książąt zgromadzonych na zjeździe w Besançon.

Fryderyk z miejsca rozpoznał papieskiego kanclerza. Nigdy nie zapominał twarzy – istotna to umiejętność władcy.

Od chwili gdy dwaj legaci przekroczyli próg kaplicy, wiedział, że owego Rolanda Bandinellego nie będzie w stanie ścierpieć. Bez względu na to, w jak pięknych słowach złoży mu wyrazy szacunku.

Rainald tłumaczył w obie strony, gdyż był jedyną osobą w tym gronie znającą i niemiecki, i łacinę.

Choć Fryderyk nigdy nie nauczył się łaciny, po tylu spotkaniach z zagranicznymi poselstwami nie mógł nie zrozumieć tego czy innego zwrotu wypowiedzianego w tym powszechnie używanym języku.

Nie przerwał Rainaldowi, gdy ten tłumaczył słowa powitania, niemniej podchwycił jego spojrzenie i uniósł znacząco brwi.

W niemym porozumieniu zapytał: Czy on naprawdę powiedział braćmi?

– Papież jest waszym ojcem, a my, kardynałowie, waszymi braćmi – przetłumaczył z pozoru beznamiętnie Rainald. Jednak jego ostrzegawcze spojrzenie mówiło: Proszę, nie odnoście się teraz do tych słów, to wszystko przyda nam się jutro.

– Przybyliśmy utwierdzić chwałę i honor Rzeszy – kontynuował Rolando.

To zapewnienie rzeczywiście powinno mnie uszczęśliwić, gdybym tylko zdołał w nie uwierzyć, pomyślał z niewzruszoną miną Fryderyk. Hadrian chce mnie traktować jak swojego poddanego, a ja w żadnym razie na to nie pozwolę.

Rainald zręcznie przerwał nieprzyjemne milczenie.

– Czy mogę was prosić o przekazanie mi przesłania papieża, abym mógł przygotować jego tłumaczenie? – zapytał Rolanda.

Legat zawahał się, ale nie miał powodu, by odmówić.

Wręczył kanclerzowi Fryderyka kopię listu, Rainald podziękował ukłonem, po czym się pożegnali.

Skoro tylko dwaj papiescy wysłannicy opuścili kaplicę, Rainald z Dassel złamał pieczęć i przy świetle świecy pogrążył się w lekturze.

Uważnie odczytał każde słowo, nawet rozwlekłe zazwyczaj pozdrowienia. Wtedy po jego twarzy przemknął uśmiech.

– Mam. Jutro czeka was prawdziwa uczta.

Kwestia sformułowania

Cesarz Fryderyk I, kanclerz Rainald z Dassel, hrabia palatyn Otto Wittelsbach, legaci papiescy Rolando i Bernard, młody tłumacz Stefano di Stella

Besançon, październik 1157 roku

Przednia to będzie zabawa! Dzisiaj nadepniemy papieżowi na odcisk – oznajmił wesoło Fryderyk swojej młodej żonie Beatrycze, objął dłońmi jej twarz i ją pocałował. Spoglądała na niego z niepokojem, dopóki nie weszli razem żwawym krokiem do sali, gdzie na cesarską parę czekali wielcy panowie Burgundii oraz wysłannicy z różnych stron świata.

Fryderyk z zadowoleniem obserwował stojących przed nim książąt, którzy nader licznie przybyli na zjazd w Besançon; ich szaty świadczyły o zamożności Burgundii. Zgodnie z przewidywaniami aż sapnęli, słysząc słowa powitania wypowiedziane przez dwóch papieskich legatów, gdyż obaj kardynałowie ponownie nazwali papieża ojcem cesarza, a siebie samych jego braćmi.

Oznaczało to, że papież wywyższa się ponad wszystkich.

– Ośmielacie się uznawać za braci naszego cesarza?! – wybuchnął oburzeniem krępy margrabia Montserratu. – To stawiałoby was na równi z nim, a tak przecie nie jest! Tylko papież i cesarz są sobie równi. Oto boski porządek świata!

Zasada ta zdominowała poczynania Fryderyka od pierwszych chwil jego panowania.

Pozostali uczestnicy zjazdu donośną wrzawą poparli słowa rozgniewanego margrabiego. Ku zadowoleniu Fryderyka. Ów dziki harmider nie powstał z potajemnego nakazu, lecz zupełnie spontanicznie. Choć oczywiście cesarz i Rainald się tego spodziewali.

Prawdziwy skandal miał dopiero wybuchnąć. Już wkrótce.

Kiedy Rolando – z pozoru niezrażony protestami – odczytał szorstkie słowa skargi papieża z powodu niegodziwego przetrzymywania w niewoli na ziemiach niemieckich arcybiskupa Lund i wezwał cesarza, aby niezwłocznie położył kres tej zniewadze, wśród zgromadzonych pierzchły ostatnie resztki powściągliwości.

– Nie uwięziłem Eskila z Lund, nie wiem też, gdzie przebywa – wyjaśnił surowym tonem Fryderyk. – Wiem jednak, że Eskil rości sobie prawa do terytoriów na północy, które podlegają zwierzchnictwu arcybiskupa Bremy. Nie może liczyć na moje wsparcie ten, kto wyciąga rękę po moje królestwo.

Ograniczenie wpływów ambitnego arcybiskupa Lund było nader korzystne nie tylko dla Fryderyka, ale także dla Hartwiga z Bremy. Zgodnie z oczekiwaniami po stronie cesarza opowiedzieli się również obecni w sali biskupi.

Rozbawiony w głębi ducha Fryderyk spojrzał na duchownych wystrojonych w czerwone i błękitne futra. Barwne futra stały się jednym z powodów, dla których większość przybyłego na zjazd wyższego duchowieństwa głośno i jednoznacznie opowiadała się za cesarzem, a nie za Ojcem Świętym. Gdyby Rainald, będąc wówczas młodym proboszczem Hildesheimu, nie sprzeciwił się przed laty śmiałym Nie! poprzednikowi obecnego papieża, kiedy ten chciał zakazać klerowi noszenia farbowanych futer, wszyscy oni staliby teraz w zarzuconych na ramiona baranich kożuchach. Stolica Apostolska nieustannie wydawała nowe rozporządzenia, walcząc z próżnością i chorobliwą ambicją duchownych. Nie przydawało to papieżom popularności.

Nawet Rolando i Bernard obnosili się z jaskrawoczerwonymi futrami; Fryderyk i Rainald, wymieniając spojrzenia, podsumowali to ukradkowym uśmiechem.

Tak, wszystko układało się zgodnie z planem.

Tymczasem papieski kanclerz Rolando przytaczał kolejne oskarżenia skierowane pod adresem cesarza. Jego ostre rysy wykrzywiała złość, zrobił nawet krok do przodu.

Hrabia Otto Wittelsbach, którego Fryderyk wyznaczył do straży przybocznej, gdyż ten rosły mężczyzna miał do odegrania szczególną rolę w dzisiejszym spektaklu, ostentacyjnie położył dłoń na rękojeści miecza i zbliżył się nieco do swojego przyjaciela i cesarza.

Fryderyk uznał, że czas przywrócić spokój, by lepiej wybrzmiało to, co przygotował dla nich Rainald.

Cesarz uniósł rękę, by uciszyć zgiełk. Następnie zwrócił się do Rolanda.

– Śmiecie zarzucać mi łamanie prawa? – zapytał srogim tonem, nie odrywając wzroku od Bandinellego. – To papież narusza prawo. Wasz Ojciec Święty zerwał traktat z Konstancji, zawierając bez porozumienia ze mną pokój z Wilhelmem Sycylijskim, naszym wspólnym wrogiem.

Bez względu na to, czy zebrani w sali już o tym wiedzieli, wrzawa wywołana cesarskim oskarżeniem była ogłuszająca.

– I nazywa Wilhelma swoim wasalem – ciągnął gniewnie Fryderyk. – Król Wilhelm Sycylijski może podporządkować się papieżowi, ale ja tego nie uczynię! Cesarz nie jest wasalem papieża – jest mu równy.

Nadal nie spuszczał wzroku z Bandinellego. Legat był człowiekiem wyrachowanym i niebezpiecznym. Fryderyk zapytał uprzednio swojego kanclerza, czy to możliwe, by ten ambitny duchowny niemający jeszcze pięćdziesięciu lat został następnym papieżem. Obecny papież Hadrian był już w podeszłym wieku.

– Zajmiemy się tym w odpowiednim czasie – odparł ze spokojem kanclerz, uśmiechając się enigmatycznie. – W Watykanie niejeden chciałby zostać papieżem. Z wszystkimi pozostaję w kontakcie.

Zaraz pęknie ze złości, pomyślał Fryderyk, zerkając na łapiącego oddech Rolanda. Zamyślił się na chwilę. Czy rozsądnie jest wdawać się w spór z przyszłym być może papieżem? Ten Bandinelli to człek całkiem innej natury niż bojaźliwy Hadrian. Pozbawiony skrupułów, elokwentny, ambitny.

Fryderyk ufał jednak Rainaldowi, który nie miał sobie równych w obmyślaniu strategii i kreowaniu wybiegów. Był godnym następcą zmarłego arcybiskupa Trewiru Alberona, który dzięki misternej intrydze posadził na tronie wuja Fryderyka, Konrada Staufa.

Papież najwyraźniej spodziewał się, że cesarz odrzuci jego żądania. Rolando kontynuował więc odczytywanie sporządzonego po łacinie listu głowy Kościoła, podczas gdy Rainald z Dassel tłumaczył jego słowa na niemiecki.

– Czyż nie oddałem ci w lenno cesarskiej korony? – wyrecytował Bandinelli z wyrzutem w głosie i niecierpliwie czekał na tłumaczenie Rainalda.

Gdy tylko kanclerz przełożył jego słowa, ponownie podniosła się wrzawa.

To nie jest dokładne tłumaczenie, benificien oznacza zazwyczaj dobrodziejstwo, a nie lenno, o to zapewne chodziło papieżowi! – pomyślał młodzieniec stojący w tylnym rzędzie, choć wciąż w zasięgu cesarskiego wzroku.

Uwagę zwracał nie tylko jego młody wiek, lecz przede wszystkim okaleczenie: mężczyzna nie miał prawej dłoni. Kurczowo ściskał kikut ramienia, w którym krew pulsowała tak intensywnie, jakby chciała rozerwać źle zabliźnioną ranę. Trzymał go w górze, po raz tysięczny zadając sobie pytanie, jak można odczuwać ból w czymś, czego już nie ma.

Stefano di Stella, młody Rzymianin z matki Niemki, biegle władający kilkoma językami, służył Fryderykowi za tłumacza podczas pierwszej kampanii italskiej. W trakcie zamieszek, do jakich doszło między mieszkańcami Rzymu a armią Fryderyka tuż po cesarskiej koronacji, grasujący po mieście Rzymianie odcięli mu dłoń.

Cudem zdołał przeżyć dzięki pomocy mnicha biegłego w sztuce medycznej. Nie wykrwawił się na śmierć ani nie nabawił gangreny.

Stefano czasem jednak żałował, że nie dokonał wtedy żywota. Wszystkie jego plany legły naraz w gruzach. Dzięki zarobionym w służbie cesarskiej pieniądzom chciał zabiegać o rękę ukochanej. Swojej nagrody jednak nie otrzymał, gdyż podczas spiesznego odwrotu cesarza pozostał w mieście, opatrując zakrwawiony kikut. Zdjęty bólem i przerażeniem zdołał dotrzeć do domu. Piękna Giulia nie chciała jednak poślubić kaleki. Odwróciła się od niego z odrazą.

Wyrzekła się go nawet jego własna rodzina.

– Nie będziemy mogli dłużej prowadzić interesów w Rzymie, odkąd wszyscy w mieście wiedzą, że służyłeś temu tedesco. Odejdź! – rozkazał ojciec, gdy tylko rana zagoiła się na tyle, że Stefano mógł się obejść bez pomocy medyka. Jego matka łkała bez słowa i przy pożegnaniu wepchnęła mu ukradkiem pakunek – z pieniędzmi i częścią swej biżuterii. Wciąż miał przed oczami wyraz jej twarzy: była oszołomiona, zapłakana i przejęta smutkiem.

Rozgoryczony, bezradny i niepewny własnej przyszłości Stefano skierował się na północ. Szedł z nadzieją, że nikt nie uzna go za łatwy łup – wszak miał tylko jedną rękę – i nie obrabuje. Zwłaszcza że ze względu na rodzaj obrażeń można by go uznać za zwykłego złodziejaszka, któremu za karę odcięto prawą dłoń. Kto by mu uwierzył, że doznał tej potwornej krzywdy w walce?

Straciwszy prawą rękę, nie był w stanie zarabiać na życie pisaniem listów miłosnych i kupieckich, w Rzymie zaś nie było już dlań miejsca, dlatego uchwycił się swojej jedynej nadziei, że cesarz przypomni sobie o nim i przyjmie go z powrotem do służby.

Nareszcie dopisało mu szczęście. Któregoś dnia cesarz zapytał o niego i kazał do siebie sprowadzić. Kiedy służący wykąpali go i zamienili jego łachmany na świeże szaty – nie był nawet w stanie samodzielnie się ubrać – Stefano został dopuszczony przed oblicze Fryderyka. Cesarz był wstrząśnięty; wręczył mu jako rekompensatę markę srebra oraz pierścień i zaproponował, by ponownie dla niego tłumaczył. Do Besançon przybyło kilka delegacji z miast północnej Italii, Stefano miał dziś przekładać ich przemowy.

Czując przeszywający ból w kikucie, zdał sobie właśnie sprawę, że cesarski kanclerz pomylił się w tłumaczeniu. Benificien w rzeczywistości oznaczało dobrodziejstwo, a nie lenno.

Stefano był przerażony wrzawą wywołaną tłumaczeniem Rainalda. Papież z ochotą nadałby cesarzowi jeszcze większe lenna – ogłosił kanclerz, który powinien przecież rozumieć przekładaną kwestię. Nie bez powodu uchodził za jeden z najbystrzejszych umysłów w Rzeszy i biegle władał kilkoma językami.

– Nie do wiary! Cóż za bezczelność! Nie po raz pierwszy papież usiłuje wywyższyć się jako pan feudalny cesarza! – wrzeszczeli książęta, przekrzykując jeden drugiego.

Czy powinienem interweniować i wyjaśnić pomyłkę? – zastanawiał się niezdecydowany Stefano.

Przypomniał sobie niegdysiejsze słowa swego patrona, hrabiego Graviny, doświadczonego dyplomaty i bliskiego powiernika jego rodziców: „Używając nieco bardziej przyjaznego sformułowania, można czasem zapobiec wojnie. Na tym polega dyplomacja. Czasem zaś jednym ostrzejszym sformułowaniem można rozpętać wojnę. Taka jest polityka”.

A zatem to jest polityka, pomyślał rozgoryczony młodzieniec. Rainald z Dassel jest człowiekiem nazbyt sprytnym i wyrachowanym, by popełnić taki błąd przez pomyłkę albo brak ostrożności.

Gdy Stefano dostrzegł w oczach cesarza błysk zadowolenia, wiedział już, że powinien milczeć. Objął kikut swego ramienia i zacisnął zęby.

***

Fryderyk z lubością obserwował, jak wysoko urodzeni panowie donośnie wyrażali swe oburzenie.

Rolando Bandinelli sprawiał wrażenie, jakby nie rozumiał, co się dzieje. Pochodził ze Sieny i nie znał niemieckiego, nie wiedział więc, jak Rainald przetłumaczył jego słowa.

– Od kogóż to cesarz otrzymał swoją godność, jeśli nie od papieża? – warknął ze złością po włosku do hałaśliwego zgromadzenia.

Tym razem Rainald przetłumaczył jego słowa poprawnie, ledwie skrywając satysfakcję, że jego rywal wpadł w zastawioną nań pułapkę.

W sali rozpętało się prawdziwe piekło.

Gniewnie wykrzykiwane protesty, groźnie uniesione pięści… W końcu porywczy Otto Wittelsbach, wypełniając zadanie powierzone mu tego ranka przez cesarza, dobył miecza i przyłożył jego ostrze do gardła pobladłego naraz Rolanda.

Fryderyk, nader zadowolony, wezwał wszystkich obecnych w sali do zachowania spokoju.

– Schowajcie miecz, hrabio Ottonie; krew nie zostanie tu przelana! – napomniał łagodnie swojego bawarskiego przybocznego, w skrytości ducha podziwiając bezwzględną precyzję, z jaką Rainald zaplanował i zrealizował tę scenę.

Wittelsbach, purpurowy na twarzy – jak zawsze w chwili wzburzenia – schował miecz do pochwy.

– Zapewnię wam bezpieczne przejście do waszych komnat, ale natychmiast opuścicie tę salę – rozkazał cesarz papieskim wysłannikom.

Oburzeni kardynałowie wyszli bez słowa; towarzyszył im Rainald z Dassel. Przed drzwiami czekał już dziesięcioosobowy oddział straży, gotowy odprowadzić legatów do ich kwater.

***

Po drodze nikt nie odezwał się słowem. Ani obaj Rzymianie, gdyż doskonale wiedzieli, że wyjątkowo nierozsądnie byłoby w tych okolicznościach okazywać gniew. Ani Rainald, bo z rozbawieniem czekał na ostatni akt tego dramatu – nastąpił on, gdy dotarli do domu, w którym zatrzymali się Rolando i Bernard.

– Z pewnością zdajecie sobie sprawę, że jedynie łaska naszego cesarza chroni was przed rozjuszeniem ludu – zaczął Rainald, gdy tylko zsunął się z siodła. – Nalegam jednak na sprawdzenie waszych dokumentów. Usiłowaliście podburzyć pobożnych chrześcijan w Rzeszy przeciwko ich cesarzowi, cesarzowi wybranemu przez Boga. Muszę założyć, że podczas pobytu tutaj zamierzacie kontynuować swoją nikczemną działalność.

Zanim padła odpowiedź, Rainald już wszedł do wnętrza domu, kazał służącemu otworzyć komnaty legatów i wezwał strażników do ich przeszukania.

Zabrał wszelkie pergaminy, przechowywane po części w skrzyniach i kufrach, po części zaś leżące niedokończone na stole, i przestudiował je ukradkiem z niemym poczuciem triumfu. Było w nich znacznie więcej, niż się spodziewał!

– Te dokumenty zawierają obelgi kierowane pod adresem naszego cesarza i mają na celu wywołanie niepokojów w Rzeszy – oznajmił. Następnie zwrócił się do Rolanda, legata wyższego rangą: – Jutro o wschodzie słońca opuścicie ten dom i tę krainę. Nie postawicie już stopy na niemieckiej ziemi, lecz wrócicie do papieża prosto z Besançon. Najkrótszą drogą. Bóg z wami!

Oddał pergaminy dowódcy straży, by ten bezpiecznie je przechował, skinął głową obu kardynałom i odwrócił się do wyjścia.

Cesarz będzie wielce ukontentowany. Sceną odegraną na dworze i konfiskatą pergaminów.

Poszło nawet lepiej, niż można było oczekiwać, pomyślał zadowolony Rainald w drodze powrotnej. Gdyby nie musiał trzymać wodzy, zacierałby ręce. Stawiliśmy opór papieżowi, zawstydziliśmy jego kanclerza, a tego Bernarda i tak nikt nie traktuje poważnie. Muszę jeszcze zadbać o to, by Rolando nie został papieżem, skoro tylko Hadrian wyzionie ducha.

Stefano natomiast wrócił w milczeniu do swojej kwatery, z trudem zdjął jedną ręką odzienie i leżąc na posłaniu, rozmyślał przez pół nocy. Do czego doprowadzi poróżnienie się cesarza z papieżem? I czy nie powinien był się jednak odezwać?

Nie! – raz za razem odpowiadał sobie na to pytanie.

Nic z tego nie było dziełem przypadku. Wszystko zostało ukartowane. Zastanawiał się, jakie jeszcze plany snują cesarz i jego kanclerz.

Hiobowe wieści

Margrabiowie Otto i Dytryk, ich małżonki Hedwiga i Dobroniega, Chrystian, rycerz w służbie Ottona

Miśnia, jesień 1157 roku

Podczas uroczystego nabożeństwa z okazji narodzin prawowitego syna i spadkobiercy margrabiego Dytryka nad wzgórzem zamkowym w Miśni przeszła nawałnica. Ceremonię zagłuszały szum deszczu i bębnienie kropel o portal kościoła.

Przez otwory okienne widać było błyskawice, chwilę potem potężny grzmot rozdarł słowa biskupa, który prosił o błogosławieństwo Wszechmogącego dla przyszłego dziedzica Marchii Wschodniej.

Niemowlę wystraszyło się i zaczęło płakać – nader głośno jak na swój wiek.

Zaznacz swoją obecność, mały Konradzie – pomyślał z dumą i czułością jego ojciec. Oczekujemy, że w przyszłości dokonasz wielkich rzeczy.

Jednak wraz z kolejnym grzmotem Dytryk zaczął się zastanawiać, czy nawałnica i gromy nie są przypadkiem złym znakiem dla tego dziecka.

Chłopiec został ochrzczony niezwłocznie po narodzinach w Eilenburgu, centrum władzy margrabiego Łużyc. Zbyt wiele niemowląt umierało w trakcie porodu lub krótko po nim, by można było odwlekać dopełnienie obrzędu. Bez chrztu ich dusze byłyby zgubione. Pierwszy prawowity syn księcia z rodu Wettynów miał jednak prawo do uroczystej ceremonii chrzcielnej w miśnieńskiej katedrze, gdy tylko jego matka uzyskała błogosławieństwo czterdzieści dni po porodzie. Do tego czasu uważano ją za nieczystą i nie wolno jej było przekroczyć progu świątyni.

Mały Konrad, nazwany tak na cześć swego niedawno zmarłego dziadka, płakał coraz głośniej. Może było mu zimno, może był głodny, może miał mokrą pieluszkę. Z początku biskup Gerung starał się zagłuszyć szloch dziecka swoim dźwięcznym głosem, potem jednak dał za wygraną i skrócił ceremonię, by nie pozbawić uroczystości należytej powagi. Mamka pospiesznie wzięła niemowlę na ręce i zaczęła je kołysać.

W końcu rozległo się uroczyste bicie dzwonów, zagłuszając deszcz i wszelkie inne odgłosy. Wykorzystał to Rajmund, młody rycerz w służbie margrabiego Miśni Ottona Wettyna, i szturchnął łokciem swojego przyjaciela Chrystiana.

– Powinieneś być nieco weselszy! W końcu to chrzciny margrabiowskiego dziedzica, powód do radości dla nas wszystkich – syknął mu do ucha.

Chrystian, również niespełna dwudziestoletni rycerz, spojrzał na przyjaciela. Gniew i złość powoli niknęły z jego twarzy, ustępując miejsca czystej rozpaczy.

– Nie możesz jej pomóc – mruknął błagalnie Rajmund.

Delikatną Ludgardę, w której Chrystian się zakochał, wydano raptem przed kilkoma dniami za mąż, wyraźnie wbrew jej woli. Jakby tego było mało, margrabia Otto oddał ją za żonę rycerzowi, który wyróżniał się nie tylko wzrostem, ale i brutalnością.

Przerażona, ledwie trzynastoletnia panna młoda ze łzami w oczach zgodziła się na przymusowe małżeństwo z Randolfem. Od tej pory Ludgardę rzadko widywano poza jej komnatą, a jeśli już, to ze śladami uderzeń na twarzy. Dziś stała pięć rzędów przed nim. Opuchlizna wokół jej lewego oka przybrała sinawy odcień.

– Nie możesz jej pomóc! Nic nie możesz uczynić, ona należy teraz do niego! – powtarzał z uporem Rajmund. Wciąż powstrzymywał swego przyjaciela przed zrobieniem jakiegoś głupstwa. Głupstwa, które miałoby poważne konsekwencje.

Wpatrywał się w Chrystiana, jakby zamierzał wypalić mu te słowa w mózgu: Została mu oddana za żonę, ma więc prawo traktować ją tak, jak mu się spodoba.

Randolf lubił rzucać Chrystianowi wyzwania; nieustannie wyczekiwał okazji, by odegrać się na rywalu za tę czy inną porażkę poniesioną w trakcie ich długiej, dobrze wszystkim znanej, wrogiej znajomości. Gdyby Chrystian wszczął z nim kłótnię o Ludgardę, to jemu, nie Randolfowi margrabia Otto udzieliłby nagany. Chrystian nie przykładał do tego wagi, obawiał się jednak, że wówczas Ludgarda zamiast niego zostanie ukarana przez męża.

– Jeszcze ona za to zapłaci! – ostrzegł go szeptem Rajmund, odgadując myśli przyjaciela.

Dwaj młodzi rycerze nie mieli pojęcia, że ojciec Rajmunda, noszący to samo imię, również usiłował przemówić Randolfowi do sumienia – na próżno.

– Twój ojciec był moim najlepszym przyjacielem – rzekł. – Byłem przy nim, kiedy umierał. Przewróciłby się w grobie, gdyby wiedział, jak traktujesz swoją żonę.

– Mój ojciec nie żyje. Trafiony zatrutą słowiańską strzałą, podczas gdy wy staliście bezczynnie u jego boku – odparł gniewnie Randolf. – To was winna była dosięgnąć ta strzała! – Po tych słowach odwrócił się na pięcie i odszedł.

Napomnienie młodszego Rajmunda Chrystian zbył milczeniem. Właśnie to najbardziej go złościło! Skazanie na bezczynność. Patrzenie, jak Ludgarda cierpi.

Bezsilność rozdzierała mu serce.

Zawzięcie gapił się przed siebie, niemo złorzecząc i rozmyślając. Czy młoda margrabina Hedwiga mogłaby mu pomóc? Opiekowała się dziewczętami na wzgórzu zamkowym najlepiej, jak potrafiła. A jednak i ona musiała wypełniać rozkazy męża. Otto zaś nie miał w sobie wiele współczucia.

Dźwięk dzwonów odbijał się echem w piersi margrabiego Dytryka. Poczuł ulgę, że po dziesięciu latach nieszczęśliwego małżeństwa wreszcie doczekał się następcy i dziedzica. Jak dotąd miał tylko jedną córkę, wychowywaną w klasztorze, oraz nieślubnego syna z długoletniego związku ze swoją wielką miłością, Kunegundą z Plötzkau. Ośmiolatek nosił nawet jego imię. Z powodu swego pochodzenia miał przed sobą jedynie karierę duchownego. Dytryk był zdeterminowany, by ten bystry chłopiec został pewnego dnia biskupem. Już teraz pilnie się uczył w przyklasztornej szkole.

Margrabia Łużyc, mężczyzna prawie czterdziestoletni, szczupłej, acz muskularnej postury, zerknął ostrożnie w stronę swej żony Dobroniegi, której oblicze jak zwykle nie zdradzało najdrobniejszych emocji. Wiedział, że i ona zazna wytchnienia. Teraz, gdy spełniła swój najpilniejszy obowiązek i urodziła Dytrykowi potomka, pozwolił, by zgodnie ze swym życzeniem spędziła resztę życia z dala od niego, w odosobnieniu i wstrzemięźliwości.

Jego małżeństwo z piękną córką polskiego księcia od pierwszego dnia było prawdziwą katastrofą. Padły wówczas słowa, których nie sposób było cofnąć. Dobroniega zamierzała niezwłocznie wyjechać.

Zakłopotana odwzajemniła jego spojrzenie, gdy podał jej ramię, by przy dźwiękach dzwonów wyprowadzić ją z katedry.

– Dziękuję, że dałyście mi syna i córkę – rzekł, przerywając niezręczną ciszę.

Dytryk przez chwilę próbował sobie wyobrazić, jak ułożyłoby się ich małżeństwo, gdyby Dobroniega nie odepchnęła go od siebie. Szybko jednak dał za wygraną. To istny cud, że w ogóle doczekali się dwojga dzieci. Ponieważ rozwód nie wchodził w rachubę, a Dobroniega miała zamieszkać osobno, nie mógł się ponownie ożenić. Będąc margrabią, mógł wedle upodobania dobierać sobie kochanki. Nie miał jednak na to ochoty. Wciąż opłakiwał stratę Gundy. Spiesznie się przeżegnał i odmówił w myślach modlitwę o zbawienie jej duszy.

Być może dostrzegłszy nutę melancholii i smutku malujących się na jego twarzy, Dobroniega zrozumiała, do kogo kierował swoje myśli. Spojrzała na niego z ukosa, zamrugała, po czym na powrót przybrała lodowatą minę.

Ulewa ustała równie raptownie, jak się pojawiła. Kiedy przechodzili z margrabiowskiego palatium do oddalonej zaledwie o kilkadziesiąt kroków katedry, krople deszczu rozbryzgiwały kałuże. Teraz na dziedzińcu stało mnóstwo niewielkich bajorek, ale niebo się rozpogodziło, siąpiła jedynie drobna mżawka.

– Czy naprawdę chcecie podróżować w taką pogodę? – zapytał Dytryk małżonkę, która zdecydowanym krokiem ruszyła na środek dziedzińca, gdzie wokół wozów załadowanych skrzyniami i prowiantem zgromadziła się jej eskorta i kilkoro służących. – Drogi rozmokły, a błoto zniszczy wasze suknie. I tak daleko dziś nie zajedziecie – przekonywał. – Zostańcie na noc, a jutro z samego rana, po porannej mszy, wyruszycie w suchym odzieniu.

Niech nikt mu nie zarzuca, że ją wypędził przy tak paskudnej aurze.

– Nie!

Odmówiła tak oschle i zdecydowanie, że Dytryk z miejsca zrozumiał, iż nic nie zdoła jej skłonić do zmiany zdania. Najwyraźniej nie mogła doczekać się chwili, kiedy wreszcie się od niego uwolni. Rozgoryczony znów pomyślał o tym, jak mogłoby potoczyć się ich życie, gdyby ich małżeństwo ułożyło się harmonijnie. Dobroniega była prawdziwą pięknością. Nie potrafiła jednak pogodzić się z faktem, że jej bracia siłą zabrali ją z klasztoru gwoli zawarcia dynastycznego małżeństwa, które miało połączyć rody Piastów i Wettynów.

***

Dytryk nigdy by nie odgadł, jakie myśli skrywa jego małżonka pod opanowaną miną.

Wszystko zepsułam przez własną dumę, wyrzucała sobie pełna goryczy. Oddał więc swoje serce innej kobiecie. Nawet teraz nie byłabym w stanie z nią konkurować, choć ona od dawna nie żyje. I tylko siebie mogę za to winić. Dlaczego już od pierwszego dnia wciąż go odpychałam i obrażałam? Dlaczego nie potrafiłam zrozumieć, że byłby dla mnie dobrym mężem? Chciałabym cofnąć czas. Ale nie mogę. Pozostało mi jedynie zniknąć i wieść pełne wyrzeczeń, pobożne życie, którego pragnęłam jako młoda dziewczyna, by zasłużyć sobie na nagrodę w niebie. Czy Bóg mi wybaczy, że nie jestem już dziewicą, jeśli od tej pory będę żyć cnotliwie, oddając się modlitwie?

Dobroniega skrzętnie ukryła swoją rozpacz i wymownie spojrzała na dowódcę eskorty.

Widząc skinienie księcia Dytryka, wydał on rozkaz do wymarszu.

– Niech was Bóg błogosławi i chroni – powiedział margrabia na pożegnanie.

Konie potrząsały zmokłymi grzywami i zwieszały nisko głowy, mężczyźni i kobiety okrywali się wełnianymi opończami, mocno spilśnionymi, by spływała z nich wilgoć. Jednak błoto rozbryzgiwane przez końskie kopyta plamiło brzegi ich ubrań.

Margrabia Łużyc obserwował kawalkadę, dopóki nie zniknęła mu z pola widzenia. Z grzeczności gotów był towarzyszyć małżonce w podróży. Widać było jednak, że ona sobie tego nie życzy. Miał też ważne sprawy do omówienia ze starszym bratem i bratową, zanim razem zasiądą do stołu.

***

Otto i Hedwiga dołączyli do niego, gdy tylko pożegnali Dobroniegę.

Otto, margrabia Miśni, po śmierci ojca najstarszy książę w rodzie Wettynów, zamaszyście poklepał brata po plecach.

– Ciesz się, że się jej wreszcie pozbyłeś! Nie licząc tego małego rozdartka, przysporzyła ci samych tylko kłopotów.

Tak właśnie Otto rozumiał słowa pociechy. Zignorował fakt, że jego małżonka z zażenowania na chwilę przymknęła oczy.

Jednak myśl o nowo narodzonym bratanku przywołała na jej twarz tęskny uśmiech.

Hedwiga z Ballenstedt, córka margrabiego Albrechta Niedźwiedzia, od pięciu lat była żoną Ottona. Z początku jej małżonek, niemal dwadzieścia lat od niej starszy, miał wzgląd na jej niedojrzałość; liczyła sobie wtedy zaledwie trzynaście wiosen i była zbyt młoda, by urodzić dziecko. Dzięki sekretnym radom dwóch zielarek zdołała uniknąć ciąży. Jednak już od roku mogła począć dziecko – ale w ciążę nie zaszła. Czy była to kara za stosowanie ziół? Otto nie pozostawiał wątpliwości, że pilnie pragnie narodzin potomka; na wzgórzu zamkowym od dawna krążyły pogłoski, że margrabina wciąż nie nosi pod sercem dziecka. Jedynie rodząc dziedzica Marchii Miśnieńskiej, mogła utrzymać swoją pozycję i wpływać na nierzadko impulsywne zachowanie Ottona. I choć lękała się niebezpieczeństw ciąży, jeszcze bardziej bała się jej braku – jako kary za swoje postępowanie. Im więcej czasu mijało, tym głębszą czuła desperację.

Otto jowialnym gestem objął Dytryka ramieniem.

– Chodź, wypijmy za to! – zawołał, nie wyjaśniając, czy ma na myśli narodziny bratanka, czy może pożegnanie z nielubianą szwagierką.

Rozwiewając wszelkie wątpliwości, niezwłocznie zasugerował:

– Aby uczcić ten dzień, powinieneś sprowadzić sobie najdroższą w Miśni dziwkę.

Dytryk wymienił współczujące spojrzenie z Hedwigą, która przewróciła oczami, i odparł z sarkazmem:

– Bracie, zawsze podziwiałem twój wrodzony takt…

Otto wyszczerzył zęby. Razem przeszli przez zalany deszczem dziedziniec do margrabiowskiego palatium.

W komnacie książęcej pary rozstawiono już na stole potrawy i dzbany z winem. Hedwiga zadbała o to, by nie zabrakło pieczonych przepiórek, za którymi przepadał Otto. Młoda margrabina usiadła przy kominku, chcąc osuszyć obuwie. Uważała za niestosowne wejść do kościoła w kłapiących chodakach. Jedynie mokry rąbek jej ulubionej sukni – farbowanej krapem3, z szerokimi rękawami i bogatym haftem – nieprzyjemnie obijał się jej o kostki.