Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dwa miasta.
Jedno zalane deszczem.
Drugie – zakopane w piasku i legendach.
Oba czekają na Roberta Karcza.
Warszawa. Deszczowa, duszna, pełna wspomnień i niezałatwionych spraw. To tu mieszka jego siostra, która po latach milczenia potrzebuje wsparcia. Karcz w końcu wybiera rodzinę. Obiecał sobie – żadnych wypraw, żadnych tajemnic.
Ale przygoda… jak zwykle nie zamierza odpuścić.
Podczas naprawy starego Mustanga Mach 1, rodzinnej pamiątki sprzed lat, mechanik odkrywa na elementach karoserii tajemnicze symbole. Wewnątrz drzwi – wyryty herb przypominający znak templariuszy. Chwilę później dom Justyny staje się celem ataku. A w drzwiach pojawia się nieznajomy. Nazywa się Ojciec Salvatore. I wie więcej, niż powinien.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 237
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Okładka
Spis treści
Strony tytułowe
Dedykacja
Prolog
Strona redakcyjna
Dla mojej córki Anaszki
Polak wrócił.
Wrócił, ale tym razem nie był sam. Wspinał się na kolejną wydmę, zostawiając za sobą ślady, które wiatr od razu zacierał. Z jasną chustą owiniętą wokół twarzy, z dłonią zaciśniętą na satelitarnym kompasie wpatrywał się w dal. Za nim, w cieniu olbrzymich jeepów, stali jego ludzie. I Aleks.
Kobieta, której wszyscy się bali. Krótko ścięte włosy, skórzane rękawice, koszula z podwiniętymi rękawami, napięcie w ramionach i spojrzenie, którym mogłaby rozbijać skały. Wszyscy czekali na jej rozkazy. To ona wydawała polecenia, ona dowodziła tą ekspedycją, ale finansował ją Polak.
Sahara rozciągała się przed nimi jak nieskończony ocean piasku, falujący w upale. Wiatr, który świszczał w uszach, zdawał się szeptać historie pochłonięte przez czas, a słońce leniwie zsuwało się ku horyzontowi, malując wydmy ciepłymi tonami bursztynu i krwi.
Hassan Abdul Samir Saad nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek zobaczy Polaka. Nie po tym, co stało się przed laty na wykopaliskach w Sakkarze. Nie po tym, jak ten ukradł starożytny harpun, wpadł w łapy najemników, a później władz, i trafił do egipskiego więzienia. Tak, Polak powinien być martwy, powinien zostać pożarty przez pustynię, tak jak tylu innych przed nim, którzy myśleli, że Sahara to tylko piach, a nie żywa istota, gotowa pochłonąć każdego, kto okaże jej choćby najmniejszy brak szacunku.
A jednak jakoś przeżył, wyszedł z więzienia i po dwóch latach jakby nigdy nic stanął w progu domu Hassana i wręczył mu pieniądze. Gospodarz aż zaniemówił wtedy z wrażenia. Na twarzy Polaka pojawiły się nowe blizny, ale jego oczy lśniły tak bardzo, jakby znajdowały się w nich iskry potrafiące wzniecać ogień.
– Hassan, stary druhu, pakuj się, wyjeżdżamy – powiedział po angielsku. – Potrzebuję twojego sprzętu i twojej pomocy.
Saad nawet nie skończył śniadania. Nie dopił kawy, nie zdążył zmówić porannej modlitwy. Ucałował żonę i powiedział, że wróci maksymalnie za dwa tygodnie. Kiedy próbowała protestować, wsunął jej w dłoń plik dolarów, które dostał od Polaka. Wiedziała, co to oznacza. Wiedziała, że nie będzie odwrotu i prawdopodobnie znowu wpakują się w kłopoty. Ona też znała tego człowieka.
Teraz, stojąc na szczycie wydmy, Hassan wciąż nie mógł się nadziwić.
– Myślałem, że ty nie żyć – powiedział w końcu łamaną angielszczyzną, przyglądając się Polakowi, jakby podejrzewał, że to ktoś inny, że może duch tamtego mężczyzny, którego kiedyś znał, wrócił w innym ciele. – Więzienia w Egipcie są bardzo… – Przez moment szukał odpowiedniego słowa. – Bardzo niedelikatne.
Polak uśmiechnął się pod chustą.
– Żyję, Hassan. Nie musisz histeryzować – rzucił żartobliwie, wspinając się wyżej, by spojrzeć na horyzont. – Rok więzienia i tak nie był taki zły w porównaniu z pracą w szkole.
– W szkole? – zdziwił się Saad, próbując dotrzymać Polakowi kroku. Rzucił okiem przez ramię w kierunku jeepów i kilkuosobowej ekipy i zauważył, że Aleks, ta kobieta, właśnie ruszyła w ich kierunku.
– Tak, po wyjściu z więzienia wróciłem do Polski i pracowałem w szkole.
– Ty nauczyciel? – Hassan parsknął śmiechem, jakby wątpił w to, że Polak byłby w stanie kogokolwiek czegokolwiek nauczyć. – To stąd masz pieniądze?
Tamten wybuchnął śmiechem, a potem odsłonił twarz.
– Oszalałeś? Po prostu w międzyczasie robiłem swoje. Trochę pojeździłem, wkurzyłem kilka osób, znalazłem kilka skarbów.
– A co robimy na pustyni?
– Domykam niedokończone wątki.
Hassan zmarszczył brązową twarz, ścierając pot z czoła. Nie zrozumiał do końca tych słów, ale instynkt podpowiadał mu, że nie powinien drążyć tematu. Miał wiele innych pytań, nie zdążył jednak zadać żadnego, bo na wydmę weszła Aleks.
Była piękna, lecz w sposób, który wzbudzał strach. W jej ruchach było coś precyzyjnego, wyliczonego, jak u kogoś, kto zawsze wie, gdzie postawić kolejny krok.
– Karcz, to naprawdę na jego cześć nazwałeś psa? – zwróciła się do Polaka, unosząc brew i wskazując Hassana.
– Tak.
– On nazwał na twoją cześć psa – powtórzyła Aleks po arabsku, stukając Hassana w pierś. – Chyba naprawdę za tobą tęsknił.
Saad zmarszczył brwi, wyraźnie zaskoczony.
– Ty nazwać psi tak jak ja?! – zdziwił się.
– Tak, ja nazwać psi tak jak ty – potwierdził Karcz po angielsku, po czym wskazał na horyzont. – Aleks, to tam.
Kobieta spojrzała na jego kompas i prychnęła.
– Nie – powiedziała stanowczo, po czym wyrwała mężczyźnie urządzenie z ręki i przyjrzała mu się uważnie.
– Dwadzieścia stopni na południowy wschód – wyjaśniła. – Tam powinniśmy jechać.
– Jesteś pewna? – Karcz uśmiechnął się zaczepnie.
– Chciałabym ci przypomnieć, że to ja znalazłam Miasto z Gliny – odparła ostro. – To moje odkrycie. Chyba najlepiej wiem, gdzie się znajduje.
Saad patrzył to na jedno, to na drugie, kompletnie nie rozumiejąc prowadzonej po polsku rozmowy. Wyczuwał jednak narastające między nimi napięcie. Widział je w oczach i spojrzeniach.
– Jesteście małżeństwem – stwierdził, rozbawiony własnym spostrzeżeniem.
– Nie – odpowiedzieli jednocześnie i na tyle gwałtownie, że Hassan zamilkł na chwilę. Miał ochotę wrócić do wnętrza wygodnego jeepa.
– A zachowujecie się, jakbyście byli – mruknął w końcu pod nosem, kiedy skończyli się naradzać.
Aleks parsknęła, ale nie skomentowała tego.
– Jak wy się w ogóle dogadywaliście przez te lata? – zwróciła się do niego po arabsku i wskazała na nich palcem, najpierw na jednego, później na drugiego.
– Nie znamy się aż tak dobrze – odparł Hassan, zerkając na Karcza. – Ale od dawna. Kilka razy pomogłem mu wyjść z kłopotów. Parę razy prawie nas zabili. Niekiedy… ocaliliśmy coś przed zapomnieniem.
– Nie rozśmieszaj mnie – rzuciła bez cienia wesołości. – Ja już dobrze wiem, co robiliście.
Arab wzruszył ramionami, jakby wyrażając bezradność.
– Okradanie złodzieja to nie kradzież. – Uniósł znacząco palec do góry. – To… nie grzech. To pomoc przeznaczeniu.
– Dobra, jesteście siebie warci – prychnęła kobieta.
– Kilka razy też mnie oszukał – dodał Hassan z uśmiechem i wskazał na Polaka. – Ale to dobry człowiek. Za każdym razem spłacał swój dług, choć jest trochę szalony.
Tym razem to Karcz parsknął i znowu zasłonił usta chustą.
– Ja trochę rozumiem po arabsku – zwrócił im uwagę, chichocząc, ale Aleks po prostu wcisnęła mu w rękę kompas i pokazała środkowy palec.
– Ty naprawdę nazwać na moją cześć psi? – dopytywał Arab, znowu przechodząc na łamany angielski.
– Tak, ja nazwać na twoją cześć psi – odparł Polak, odrobinę przedrzeźniając Hassana, a później wskazał palcem na daleki punkt na horyzoncie. – Ruszajmy, zanim się ściemni.
– Naprawdę uważasz, że pan Tong cokolwiek zostawił w tamtym miejscu?
– Tego chciałaś, prawda? – zapytał retorycznie. – Upewnić się i uratować, co się da. To właśnie robimy.
Kobieta nie skomentowała.
– Dlaczego ty nazwać psi tak jak ja? – bulwersował się dalej Hassan, ale Karcz go tylko serdecznie objął ramieniem.
– Bo to psi… już trzy razy uratowała mi życie, Hassanie – wyjaśnił i wskazał znacząco na swoje serce. – Trzy razy.
– Droga pani, lojalnie będę udawał, że cieszy mnie fakt, iż nazwano na moją cześć psa – powiedział Hassan po arabsku, zwracając się do Aleks. – Ale chciałbym jednocześnie wiedzieć, gdzie i kiedy nasza podróż dobiegnie kresu?
Kobieta upiła łyk z manierki.
– Ten idiota, który twierdzi, że jest twoim przyjacielem, ci tego nie powiedział? – zapytała, próbując ukryć sarkazm.
Polak, chichocząc pod nosem, jakby bawiło go to, że jest obrażany, zaczął schodzić z wydmy, aby wsiąść do jednego z samochodów.
– Na pewno nie jesteście małżeństwem? – upewnił się Saad.
Aleks westchnęła i zaprosiła go gestem, aby ruszyli w kierunku jeepów.
– Odnalazł w Polsce pewien skarbiec – oznajmiła w końcu. – Poważna sprawa. Duże odkrycie.
– Nie dziwi mnie to – przyznał Hassan z podziwem, idąc za Karczem i próbując nie zsunąć się z wydmy. – Jest wybitnie uparty. Wiesz, co to znaczy po arabsku? Myślałem, że nie żyje, ale był na tyle zawzięty, że znowu pokonał śmierć. Polacy nie wychodzą z egipskich więzień. Zaskoczył mnie, kiedy pojawił się w moim domu. Kiedy wy się pojawiliście.
Jego rozmówczyni nie skomentowała tych słów. Kiedy byli już na dole, podeszła do jednego z aut i otworzyła drzwi.
– Czy zasłużyłem teraz, aby powiedziała mi pani, gdzie dokładnie jedziemy? – zapytał Hassan uprzejmie, wsiadając do środka. – Grobowiec?
– Jedziemy do Miasta z Gliny, prawdziwego Serca Pustyni – odparła po chwili, a powaga w jej głosie dała mu do zrozumienia, że nie żartuje. – Tego miejsca nie widać na zdjęciach satelitarnych.
– Ale przecież to miejsce nie istnieje. To legenda. – Mina Araba zrzedła.
Aleks skrzywiła usta w czymś, co można by uznać za uśmiech.
– To nie jest legenda. Byłam tam. Znalazłam je. W zeszłym roku prowadziłam tam wykopaliska.
– A on?
– A on – zawahała się, jakby obawiała się, że to, co powie, zabrzmi jeszcze bardziej niedorzecznie niż informacja, iż kierowała prywatnymi wykopaliskami w miejscu, które przecież nawet nie powinno istnieć. – On po prostu pojawił się tam znikąd… i wszystko spieprzył. A teraz próbuje mi to zrekompensować – skwitowała i z hukiem zamknęła drzwi.
Hassan Abdul Samir Saad mrugał przez chwilę, a później uśmiechnął się szeroko na samą myśl o Sercu Pustyni i zwrócił po angielsku do obecnych w samochodzie mężczyzn:
– Nazwano na moją cześć psi.
Nikt nie zareagował, ale niezrażony Arab zaczął wesoło nucić pod nosem.
Czyli to była jednak prawda – nie trzeba było szukać przygody, ona sama cię znajdowała. Czasami po prostu stawała w progu twoich drzwi i mówiła: to dziś!
***
Karcz stał na skraju wąwozu i oświetlał go długim snopem światła latarki, wsłuchując się w wiatr, świszczący cicho pomiędzy ostańcami skalnymi. W nich wydrążono groty mieszkalne. Spojrzał w dół, na rozciągające się pod nim ruiny. Kamienne ściany, łuki i dziedzińce Serca Pustyni – miasta, które najpierw miało zostać zapomniane przez czas, a później zniszczone przez szaleńca. Ale mimo niewielkich szans przetrwało. Tak jak on sam.
– Nie wierzę… – Aleks odgarnęła włosy przyklejone do spoconego czoła. Jej oczy błyszczały niedowierzaniem, a może wdzięcznością. – Nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę to miejsce. Byłam przekonana, że jednak znajdą sposób, aby je zniszczyć, a kiedy tu wrócimy…
Odruchowo ujęła dłoń Karcza, a on odwzajemnił uścisk.
– Ja też – przyznał, ściągnął z głowy chustę i rzucił ją sobie pod nogi. Chłód wiatru, który poczuł we włosach, przyprawił go o dreszcze. A może to było coś innego? Może chodziło po prostu o nią?
Stali tak przez chwilę, trzymając się za ręce, jakby czas się cofnął, jakby znowu byli młodzi i zaręczeni.
– Kocham cię, Aleks – szepnął w końcu. Jeżeli rzeczywiście miał z czymś problem w życiu, to z nazywaniem swoich emocji, ale chciał jej to powiedzieć już od dawna. Chciał jej to oddać.
Ich spojrzenia spotkały się i kobieta momentalnie wysunęła swoją dłoń z jego dłoni.
– Spłacasz wobec mnie dług wdzięczności – upomniała go równie cicho i zerknęła nerwowo w kierunku samochodów. Wszyscy czekali na sygnał. – Ale nie kupisz znowu mojej miłości, Robert. Ją miałeś za darmo. I porzuciłeś mnie, pamiętasz? Ale nie jesteśmy już dziećmi. Teraz to tylko interesy.
Była wyczerpana, podobnie zresztą jak reszta ekspedycji. Nawet kiedy podróżowało się samochodami, piasek wciskał się we wszystko – w buty, ubrania, płuca – ale Karcz jako jedyny nie zwracał na to uwagi. Pomimo odniesienia niekwestionowanego zwycięstwa jego twarz spowił mrok.
– Musiałem, Olu – odpowiedział, jakby to wyjaśniało wszystko. – Musiałem zrobić wszystko, żebyś mogła tu wrócić.
Jeszcze kilka chwil patrzyli na miasto, które nie powinno istnieć; Robert wiedział, że nikt już nie odbierze mu tej chwili.
Aleks milczała przez moment, jakby ważyła jego słowa.
– Zawsze masz powód, prawda? Zawsze sobie to jakoś tłumaczysz w głowie, choć tak naprawdę wszyscy wiemy, że po prostu nie możesz się zatrzymać – stwierdziła, a później zwróciła się po angielsku do mężczyzn, którzy zostali w samochodach: – Panowie, to tutaj! Znaleźliśmy je! Możemy rozbijać obóz! Mamy to!
Wyraźnie szczęśliwi członkowie wyprawy zaczęli wysiadać z jeepów i włączać swoje latarki, mimo że powierzchnia pustyni dosłownie lśniła księżycem i gwiazdami.
– Gratuluję, Robert – powiedziała Aleks, kiedy wszyscy nacieszyli się już widokiem i zaczęli rozkładać obóz. – Przyznaję, że bez ciebie i twoich tajemniczo zdobytych pieniędzy nie udałoby się.
Karcz uśmiechnął się krzywo. Po jego prawej stanął Hassan. Szczerzył się od ucha do ucha, a później wskazał na skały, wielki dziedziniec i studnię.
– Miasto, którego nie ma – stwierdził i tym razem to on serdecznie objął Polaka. – Ty jednak mieć dar!
– Dar?
Arab zarechotał głośno, wzbudzając salwę wesołości również u innych.
– Allah nad tobą czuwa. To miasto, którego nie ma… Ale ty jednak tu jesteś! I ja też! I oni też. I ono też jest! To cud!
Karcz nie skomentował tych wynurzeń.
Powrót do tego miejsca to był dopiero początek.
***
Silniki agregatów zawyły jednocześnie, ich dudnienie rozniosło się po martwym dziedzińcu, jak zew uwięzionego w pustyni bestiarium. Chmury piasku wzbijały się w powietrze, wypełniając nozdrza suchą, gryzącą goryczą. Karcz, stojąc na krawędzi studni, czuł, jak każdy nerw w jego ciele napina się z podniecenia i niepokoju. Twarz miał okrytą chustą, a na oczy włożył gogle ochronne, ale to niewiele dawało – piach drażnił gardło i osiadał na skórze lepką warstwą przeszłości.
Ostatnio studnia była pusta. Tylko piach i więcej piachu, nic więcej. Ale tym razem nie zamierzał jej zostawić w spokoju, bo wiedział, co musiało się w niej kryć. Przesunął spojrzeniem po zatartych inskrypcjach na pobliskim kamiennym filarze. Przymknął na chwilę oczy, jakby odtwarzał w myślach mapę. Każdy jego krok prowadził do tej chwili. Każdy fałsz, każdy przekręt, każde kłamstwo, które musiał wypowiedzieć, by tu wrócić.
Serca Pustyni nie dało się zniszczyć. Nie w ten sposób.
Agregaty, załatwione przez Hassana, ryczały. Rury pulsowały, tłocząc złote ziarna na powierzchnię, jakby pustynia sama nie chciała oddać swojego sekretu. Karcz widział, jak powoli obniża się poziom piachu. Ustępował, stopniowo wyłaniając kamienną posadzkę, tak jak przewidział.
I wtedy to zobaczył.
Światło słońca odbiło się od lśniącej ciemnej tafli.
Nie był to piasek.
Nie był to pył.
Woda.
Gęsta, niemal czarna, jakby ukryta tu od wieków, zamknięta w skalnej pieczęci.
Serce zabiło mu szybciej.
– Święta woda! – ryknął ponad hałasem maszyn.
Aleks, stojąca nieopodal, poderwała głowę. Jej oczy zmrużyły się w wyrazie sceptycyzmu, ale nie musiał jej przekonywać. Założyła gogle, osłoniła twarz chustą i podeszła do niego wraz z trzema mężczyznami w koszulach koloru khaki.
– To jedyne miejsce, którego nie sprawdziliście! – ryknął w jej kierunku.
– Co?!
Wskazał na dno studni i popukał się w skroń.
„Bezczelny drań”, pomyślała, ale uśmiechnęła się pod nosem. Jak dobrze, że nie mógł tego dostrzec.
Wiedziała, że mógł mieć rację.
Karcz dał sygnał, aby zatrzymać maszyny. Hassan, bezpiecznie oddalony, ledwie widząc cokolwiek w chmurach unoszącego się piasku, wyłączył ssanie, a później zaczął gasić trzy duże agregatory, jeden po drugim. Były rozpalone do czerwoności i na pierwszy rzut oka wyglądały na bezużyteczne, ale tak właśnie miały wyglądać. Dlatego Arab był najlepszy w tym, co robił.
Robert, nie czekając, aż pył opadnie, chwycił uprząż i bez słowa zarzucił ją na siebie. Karabińczyk kliknął w mocowaniu, lina napięła się pod ciężarem, po czym mężczyzna wykonał gest w kierunku Aleks, który miał przypominać posyłanie całusa, i stanął tyłem przy krawędzi jedynej studni pośrodku zaginionego, niewidocznego na zdjęciach satelitarnych miasta gdzieś na środku Sahary.
– Czekaj! – krzyknęła kobieta. – Wyciągnijmy najpierw rury!
Nie posłuchał.
Gdy jego buty oderwały się od krawędzi studni, przez ułamek sekundy czuł, jak grawitacja wyrywa go w dół. Opadał w ciszę, pocierając ramionami o długie, lekkie i pokryte skórą rury. Przy każdym jego ruchu piach osypywał się z brzegów konstrukcji, mijając go w zwolnionym tempie. Uruchomił przypiętą do piersi latarkę, a jej światło zatańczyło na ścianach, odsłaniając surowe, wygładzone przez czas kamienie.
I wtedy dotknął stopami dna. Stanął po kolana w czarnej wodzie, a jego oddech odbił się echem od kamieni. Święta ciecz obmywała go, zimna i niewzruszona.
Zaczął uważnie przyglądać się ścianom. To musiało tu być, wiedział to. Szukał kształtów i żłobień w kamieniu, jednocześnie próbując ruszać nogami, aby zasypane piaskiem dno nie wessało go do środka.
I wtedy to znalazł. Równe linie. Wgłębienia. Ktoś krzyczał nad jego głową, pytał o coś, ale nie miało to żadnego znaczenia. Zaparł się nogami o przeciwległą ścianę studni i zaczął napierać z całej siły, jakby od tego miało zależeć jego życie. Po chwili kamienie ustąpiły, a on, straciwszy równowagę, zwalił się do wody.
– Mam! – wrzasnął, próbując stanąć na wyprostowanych nogach, i zerwał z twarzy mokrą i ciężką chustę. – Jest tutaj!
– Co?! – Głos Aleks uderzył w niego dokładnie w tym samym momencie, w którym zobaczył przed sobą tunel. Prowadził dalej, w głąb ziemi, niczym tętnica w skalnym ciele. Te ściany, gładkie, wciąż pokryte inskrypcjami, przez wieki nie widziały ludzkiego spojrzenia. Studnia nie była tylko studnią, która skrywała świętą wodę – wodę dającą życie, obdarowującą dawnych ludzi najcenniejszym surowcem na Saharze. Była również wejściem do skarbca. Zakamuflowaną bramą do miejsca, gdzie chowano rzeczy wartościowe dla odizolowanej od świata społeczności, uciekającej przed najeźdźcami i kolonizatorami.
Na górze ukryto wiedzę, a na dole…
Zanim się zorientował, dołączyła do niego Aleks. Zjechała po linie na dno, a kiedy straciła równowagę, przytrzymał ją. Ich oczy lśniły w półmroku, cienie tańczyły na twarzach. Stali przez chwilę na dnie studni po kolana w wodzie, tak jakby ich świat nagle skurczył się do rozmiarów główki od pinezki. Byli tylko oni i ciemność.
– Co, do… – Nie dokończyła, bo wskazał jej otwartą paszczę tunelu.
– Miałem rację – szepnął. – Mówiłem ci, że byli sprytni.
Zajrzała do środka. Drżące światło jej latarki rozpraszało głęboko skrywany mrok.
– Gdzie to prowadzi? – Głos kobiety załamał się lekko, a oczy lśniły podekscytowaniem. Karcz nie mógł się na nie napatrzeć. Przeczesał palcami mokre włosy i otarł twarz.
– Do depozytu – odparł i po chwili wsadził jej w dłoń zniszczoną złotą monetę. Znała ją. Znaleźli takie, kiedy kilka miesięcy wcześniej prowadziła w tym miejscu ekspedycję. Gdy była po prostu najemniczką, która miała to wszystko zabezpieczyć, a później pozwolić, żeby uległo destrukcji i w ten sposób wywindowało ceny zabytków do wprost niebotycznych czarnorynkowych cen.
Karcz przypatrywał się jej w oczekiwaniu. Chciał ją pocałować, ale wiedział, że mu na to nie pozwoli. Kochał ją bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chciał ją przeprosić za to, że kiedy byli dziećmi, oświadczył się jej, a później zniknął. Pragnął powiedzieć, że nie był gotowy, ale teraz już jest, i że gdyby tylko dała mu szansę, tak właśnie od dziś mogłoby wyglądać ich życie. Nigdy się nie zatrzymają, każdy dzień będzie przygodą. Wspólnie poszukają swojego miejsca na Ziemi, a jeżeli go nie znajdą, przynajmniej zwiedzą cały świat i będą razem.
– Po prostu to zróbmy – zachęcił ją.
– Ty złamasie – odparowała zimno. Zacisnęła palce na monecie, którą ukradł jej kilka miesięcy wcześniej, i wsunęła ją do kieszeni na piersi swojej koszulki. – Za każdym razem, kiedy zaczynam się do ciebie przekonywać, przypominam sobie, kim naprawdę jesteś…
– To wszystko jest dla ciebie. Byłem ci to winien. Miałem przeczucie, chciałem ci oddać to, co należało do ciebie.
Na górze odezwały się głosy. Były niewyraźne i niosły się nieprzyjemnym echem. Aleks skrzywiła się i spojrzała w górę, w kierunku światła.
– Mamy to! – odkrzyknęła, licząc na to, że mężczyźni na górze zrozumieją jej słowa. Później, jak gdyby nigdy nic, wskazała na tunel i zwróciła się do Karcza: – Panowie przodem. No, śmiało. Ruszaj.
Rozbawiony mężczyzna westchnął ciężko i zaczął dotykać swoich przemoczonych ubrań, tak jakby nie stali u progu historycznego odkrycia, na dnie studni pośrodku zaginionego miasta gdzieś na Saharze.
– Niczego innego się nie spodziewałem – powiedział w końcu i uśmiechnął się zawadiacko. – Myślałem, że chociaż napijemy się szampana.
– Dobra, dobra – upomniała go. – Nie świeć mi po oczach. Uważaj.
– Myślałem, że się ucieszysz i że…
Przerwała mu w pół słowa, klepiąc go zdecydowanym ruchem w pośladki. Był w takim szoku, że aż nie wiedział, jak zareagować.
– Czy ty… właśnie…
– Zachęcam cię. Rusz tyłek.
Zamrugał.
– Ja… Cóż… Czuję się zachęcony – przyznał.
– Jeżeli wolisz, mogę ci też zacząć grozić bronią.
– To już robiłaś…
– Fakt. Żałuję, że cię nie zastrzeliłam.
– Dzięki.
– Znalazłeś to… Masz pierwszeństwo.
Spojrzał na nią z wdzięcznością i zrozumieniem, a później po prostu podszedł do tunelu i gestem poprosił o chustę ochronną na twarz.
– Moja jest przemoczona – wyjaśnił.
Wahała się przez moment, a następnie odwinęła płachtę materiału z szyi i mu ją podała.
– Dzięki raz jeszcze – mruknął, obracając chustę w dłoniach, a później ją powąchał. – Pachnie jak ty. Przyniesie mi szczęście… Wiesz, ja…
I wtedy, kiedy kompletnie się tego nie spodziewał, pocałowała go. Złapała za twarz, ich usta spotkały się, bardzo głodne i chętne. Trwało to tylko chwilę, ale dla Karcza było warte wszystkich pieniędzy świata.
Gdy odsunęła się od niego na odległość kilku centymetrów, wyraźnie zaskoczona swoim zachowaniem, zobaczyła, że mężczyzna się uśmiecha.
– Nawet jeżeli na końcu tego tunelu nic nie ma, warto było tu wrócić – stwierdził.
– Czy ty się zrobiłeś romantyczny? – zakpiła.
– Romantyczny i odpowiedzialny. Jutro Hassan zabiera mnie do cywilizacji, tak jak mówiłem. Zostawiam cię tu na jakiś czas. Muszę wrócić do Polski. Moja siostra…
– Tak, wiem – przerwała mu. – To niewiarygodne.
– Co?
– Że nadal gadasz, zamiast wejść do cholernego tunelu – wyjaśniła i odsunęła się od niego gwałtownie.
Parsknął śmiechem. Przesłonił chustą twarz, a później wziął się do roboty.
– Gdybym zginął w środku…
Zbyła jego słowa machnięciem ręki.
– Nie rób mi nadziei. Właź do środka! Będę cię zabezpieczać.
***
Hassan Abdul Samir Saad leżał na brzuchu i wytężając wzrok, próbował dostrzec, co się dzieje na dnie studni, podobnie zresztą jak pozostali mężczyźni wchodzący w skład tej dziwnej ekspedycji. Jeszcze kilka dni temu nie sądził, że kiedykolwiek zobaczy Polaka żywego, a tym bardziej z pieniędzmi i u boku pięknej kobiety. A teraz?
– Co oni robią? – zapytał jeden z pozostałych łamaną angielszczyzną. Mógł być skądkolwiek, jak wszyscy z nich. Byli bandą wyrzutków z całego świata, często byłych archeologów, którzy od czasu do czasu rzucają wszystko, żeby wyruszyć gdzieś na koniec świata w ślad za fortuną i chwałą.
Hassan ostrożnie podniósł się z ziemi.
– Oni się całować – powiedział i używając benzynowej zippo, odpalił pierwszego od miesięcy skręcanego papierosa. Trzymał go w papierośnicy na specjalną okazję.
– Wiedziałem – mruknął drugi mężczyzna, ściągnął z twarzy gogle i otarł czoło. – To napięcie między nimi można było kroić nożem. Może teraz będzie dało się z nimi w końcu pogadać. Robili się nieznośni.
– Słyszałem, że oni kiedyś byli razem, ale on zwiał – dodał trzeci z grupy i rozsiadł się na piasku. – Ciekawe dlaczego?
– Udajemy, że nie widzieliśmy? – zawahał się czwarty facet, tęgi, z długimi włosami i brodą. Wyglądał jak członek nie archeologicznej ekspedycji, a zespołu rockowego. Hassan widywał takie grupy w Internecie, ale nigdy ich nie słuchał. – Co sądzisz, Hassan?
Arab zaciągnął się głęboko papierosem, rzucił okiem na swoje agregaty, maszyny ssące i długie rury, a później omiótł wzrokiem otaczające ich zaginione miasto pośrodku Sahary.
– Chyba trzeba zachować dyskrecja – mruknął po angielsku, a później kontynuował już w swoim rodzimym języku. – Jest takie arabskie przysłowie… Kobieta kocha przez jeden dzień, a nienawidzi przez czterdzieści lat. Dlatego myślę, że jeżeli Robert Karcz zasłużył u niej na czterdzieści lat nienawiści, ale mimo to potrafił ją do siebie przekonać, jedyne, co nam pozostaje, to milczeć i się uczyć.
Mężczyźni spojrzeli po sobie, kompletnie nie rozumiejąc tego, co powiedział.
– Polak nazwał na moją cześć psi, hau, hau – dodał Arab po angielsku i pomachał palcem przy skroni. – Lepiej zostawić ich prywatna sprawa w spokoju. On nie być do końca normalny.
Wszyscy ryknęli śmiechem i śmiali się jeszcze długo po tym, jak Polak w towarzystwie swojej byłej narzeczonej dotarł tunelem do ukrytego pod ziemią skarbca.
Miasto w wodzie (Robert Karcz #4)
Copyright © by Przemek Corso 2025
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2025
Redakcja – Ewa Cat Mędrzecka
Korekta – Jerzy Cierniak, Katarzyna Myszkorowska
Opracowanie typograficzne i skład – Natalia Patorska
Przygotowanie e-booka – Tomasz P. Bocheński
Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Grafika na okładce – Midjourney
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików. Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2025
ISBN epub: 9788383307954
ISBN mobi: 9788383307947
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.wsqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
