Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W tym zbiorze opowiadań możliwe jest wszystko: zoo pełne robotów, lotnisko Changi jako port przesiadkowy dla bóstw wszelkich religii, miłość ponad podziałami, a nawet czasowe zniknięcie Singapuru. Tylko w Mieście Lwa można pewnego dnia zapragnąć zostać wyspą lub obudzić w sobie wspomnienia z przeszłego wcielenia, gdy było się miską laksy. Podróże w czasie – też zresztą obecne – to w tej całej fantastycznej mieszance pestka.
Równie zabawne co zaskakujące historie oddają ducha i koloryt Singapuru, nie uciekając przy tym od portretowania problemów, z którymi boryka się dziś to miasto-państwo. Miasto lwa, debiut prozatorski nagradzanego singapurskiego poety i dramaturga Ng Yi-Shenga, to – cytując Amandę Lee Koe – dzieło “olśniewająco oryginalne i diabelnie pomysłowe”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 232
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mojemu ojcu, Ng Hark Sengowi,po którym odziedziczyłem miłość do książek,a także zachwyt wszystkim, co piękne i osobliwe
Na trzeciej randce poszliśmy do zoo.
– Pokażę ci, gdzie robimy zwierzęta – wymruczała, wciąż jeszcze nieco zawiana Carlsbergiem. Była trzecia w nocy, ale jako że nigdy nie widziałem ani nie dotykałem atrakcyjniejszej kobiety, to mówię: czemu nie, kurde, chodźmy.
Śmignęliśmy po Mandai Road jej Yamahą barwy papryczki chili, ona z przodu, ja z tyłu, z rękami oplecionymi wokół jej talii, drogą biegnącą przez dżunglę, wśród gęstych, ciasno splątanych oleandrów i barwognii. Nie odwiedzałem ogrodu zoologicznego od podstawówki, więc zdążyłem już zapomnieć o tej części Singapuru: jedynym skrawku zieleni, który się ostał po tym, jak wieżowce i ogrody bonsai pochłonęły resztę okolicy.
Wjechaliśmy na podzielony alfabetycznie parking; następnie przemknęliśmy się przez bramki obok ciemnych, głuchych punktów informacji dla turystów i kawiarni z orangutanim motywem przewodnim. Wreszcie podeszliśmy do żelaznych drzwi pomalowanych w paski jak zebra. Ona zamachała przed skanerem kartą wstępu i wciągnęła mnie do środka.
– Tu się dzieje magia – wyszeptała, wtykając mi język w ucho.
Serio, w jej obecności ani przez sekundę nie myślę górną połową ciała, ale w tamtej chwili oczy tak mi wylazły z orbit, że seks był ostatnim, co mnie interesowało.
Znajdowaliśmy się w magazynie od podłogi po sufit wypełnionym zwierzętami. Tygrysy, tapiry i tamaryny leżały jedno przy drugim, pysk przy pysku, równiutko jak książki w bibliotece. Wszystkie były naturalnych rozmiarów i nie wyglądały jak zabawkowe imitacje: w ciemności słyszałem, jak na mnie sapią, piszczą, nawet pohukują. Ich oczy, czarne jak dżety, migotały w świetle ekranu mojego Samsunga.
Mój zbaraniały stupor rozśmieszył dziewczynę.
– Nigdy mi się to nie znudzi – prychnęła, zniknęła gdzieś wśród cieni i zostawiła mnie samego z tysiącem zwierząt. Kilka sekund później znów się wyłoniła. W lewej ręce trzymała latarkę, w prawej coś innego.
– Patrz.
W otoczeniu całych regałów z oposami i pingwinami to coś nie robiło wielkiego wrażenia: kawałek drucianej siatki, parę nitek kabli, ot, garść krzemowych śmieci, miejskich odpadów. Wtedy jednak ona połaskotała ten elektrokłąb pod brodą – bo owszem, miał brodę – a on wyciągnął kończyny, zamrugał, ziewnął i znów umościł się wygodnie, mrucząc przy jej piersiach jak kociak albo szczeniak.
– Lwiątko.
– Hm?
– Od trzech miesięcy nad nimi pracuję. Robimy nowy design dla nowo narodzonych lwów. Mamy już potwierdzoną datę premiery: seria sześciu sztuk wejdzie akurat na chiński Nowy Rok.
Otworzyła torebkę i wyjęła z niej coś jak maleńki puchaty kombinezonik, przytrzymała latarkę w zębach i naciągnęła materiał na ruchliwe kocięce robociałko. Kto by pomyślał – w tym wdzianku mechaniczne zwierzę naprawdę wyglądało jak mały Simba, miało nawet wibrysy i w ogóle.
– Ta skóra – oznajmiła z dumą – to największe osiągnięcie naszego zoo. Nabierze każdego. Moglibyśmy toster przerobić na tarantulę i nikt by się nie skapnął.
– Bez kitu.
Jej uwaga przeniosła się jednak na coś innego.
– Masz, potrzymaj. – Wcisnęła mi pomiaukującego kociaka w dłonie. Zamotał się na chwilę i mnie ugryzł, ale przekleństwo zamarło mi na ustach, gdy zobaczyłem, że ona zdejmuje buty, koszulkę, dżinsy, skarpetki, stanik. Wskoczyła na swój stół warsztatowy i zgrabnym ruchem ręki zrobiła nam trochę miejsca pośród kabli, śrubek, skrawków lisiego futra i piór flaminga.
– Chodź tu do mnie. – Uśmiechnęła się szeroko. – Też sobie porobimy zwierzątka.
•
Poznałem ją tak, jak wszyscy się w dzisiejszych czasach poznają, czyli przez internet. Powiedziała, że spodobał jej się mój profil. Ganianie za bad boyami nie sprawiało jej frajdy, ona miała inne hobby: polowanie na porządnych, uczciwych pracowników biurowych, z którymi trzeba się trochę pomęczyć, zanim się ich zepsuje.
W obszarze jej zainteresowań znajdowały się też zespoły punkrockowe, graffiti, najostrzejsze potrawy kuchni indyjskiej i najbardziej slapstickowe hongkońskie komedie kung-fu. Wszystko, co głośne, wesołe i na samiutkiej granicy dobrego smaku.
– Nie miałam za bardzo dzieciństwa – tłumaczyła.
Ja dopiero co kupiłem dla nas bardzo drogie bilety do cyrku na krytym stadionie – takiego bez okrucieństwa, takiego, gdzie zamiast niedźwiedzi na jednokołowych rowerkach występują nowoczesne klauny i akrobaci. A teraz siedzieliśmy na Clarke Quay, pośród sklepików w stylu art déco, pod szklanymi baldachimami przypominającymi ogromne grzyby, i obserwowaliśmy pijanych ekspatów, neonowe fontanny, życie samo w sobie. Ubranie kleiło mi się do ciała i bolały mnie nogi, ale nie mógłbym narzekać. Lubiłem patrzeć, jak ją coś cieszy.
No i oczywiście ten seks. Obłędny, dziki, taki, o jakim autorzy podręczników boją się wspominać. W poniedziałki koledzy spotykani przy kserokopiarce lampili się na moją poznaczoną malinkami szyję – wstrząśnięci, zazdrośni, niezdolni pojąć, jakim cudem ten bezbarwny gościu z kadr jest obiektem czyjegoś pożądania.
Zazwyczaj robiliśmy to w zoo. Po tamtym pierwszym razie uznała, że blat jest za twardy i zbyt zagracony, a mnie niespecjalnie kręciła myśl o wiszących nad nami dziesiątkach mechanicznych oczu. Na nasze szczęście jednak mieliśmy do dyspozycji mnóstwo innych gniazdek do uprawiania miłości. Wybieg pawianów, stajnia dla kuców, akwarium manatów.
Kiedy dochodziła, co zdarzało jej się ze schlebiającą mi regularnością, paliliśmy na spółkę papierosa. Wyciągała z torebki paczkę czerwonych Dunhilli, zapalała jednego i zaciągaliśmy się na zmianę, pot stygł na naszych ciałach, gwiazdy wyglądały spomiędzy drzew i chudych szyj żyraf ładujących baterie przez noc.
Czasami nagle poważniała.
– Myślałam, że już mi przeszło poczucie winy – mówiła – ale wczoraj robiłam pokaz słoni i zobaczyłam takiego chłopca ze Skandynawii, miał tak z sześć lat. Popatrzył mi w oczy, a ja pomyślałam: On wie. On wie. I wie, że ja wiem, że on wie.
Przez chwilę milczeliśmy wsłuchani w szmer rzecznych fal chlupiących przy brzegu. Wreszcie zapytałem, czy to zawsze tak wyglądało.
– Rany, pewnie, że tak. Przecież to Singapur. Stuprocentowo zurbanizowane mikropaństwo w Azji Południowo-Wschodniej. Jak inaczej moglibyśmy twoim zdaniem stworzyć najlepsze zoo na świecie w siedemdziesiątym trzecim? Wtedy oczywiście było trudniej – dodała, wydmuchując parę kółek z dymu – kiedy dużo ludzi zajmowało się pracą na roli, polowaniem, rybołówstwem. Oni dorastali wśród zwierząt, przynajmniej niektórzy. A myśmy mieli starą technologię. Pewnie czuli pismo nosem na kilometr.
– To czemu nic nie mówili?
– Hajs, koteczku, hajs. Nie w sensie łapówek. Oni po prostu doskonale wiedzieli, że jak ktoś choćby piśnie, że mamy krzywe zwierzaki w zoo, to będzie po nas. A wtedy wszyscy naprawdę kochali ten kraj. Byliśmy wściekle spragnieni sukcesu. Tak spragnieni, że byliśmy gotowi zrównać wszystko z ziemią, każdą wioskę i każdy czarno-biały kolonialny domek, żeby na ich miejscu postawić te olbrzymy ze szkła i stali.
Dookoła nas ćwierkały świerszcze. Możliwe, że cyfrowe.
– Ale to nie nostalgia przeze mnie przemawia. To natura. Odnowienie, jak wąż zrzucający starą wylinkę. Matko, kiedy ja ostatni raz widziałam prawdziwego węża?
– A co jak inne ogrody zoologiczne się połapią?
– Ty poważnie się mnie pytasz? Wszyscy tak robią. Bazylea, San Diego, Tokio. Pandy wielkie wyginęły sto lat temu, nie wiedziałeś?
Wzięła peta w dwa palce, wycelowała i pstryknęła prosto do odpowiedniego kosza na śmieci.
– Dawaj jeszcze raz. – Wtuliła twarz w moją szyję, a ja ku własnemu zachwytowi odkryłem, że jestem gotów na kolejną rundę.
•
I mogłoby to tak trwać do końca świata, gdybym nie odstawił tej akcji w Walentynki. Byłem przerażony, że ona się mną znudzi, że zacznie ziewać podczas coraz bardziej przewidywalnego bzykania, że zacznie się mentalnie szykować na kolejny podbój.
Postanowiłem więc zrobić jej niespodziankę w pracy. Wybłagałem u szefa wolne na czternastego lutego i spędziłem ten dzień w zoo – cały dzień snułem się po alejkach z obciachowym wiechciem dwunastu czerwonych róż wetkniętym w torbę na laptopa.
Nie spieszyłem się. Przystawałem przy różnych zagrodach. Obejrzałem żółwia olbrzymiego. Niedźwiedzie polarne. Hipopotamy. Gawiale, pawie, dingo. Przystanąłem nawet przy klatce lwa, żeby obczaić porykujące niespokojnie wielkie koty. Nie takie znowu realistyczne, pomyślałem. Widywałem lepsze.
Jej jednak nie dostrzegłem nigdzie.
Puściłem jej esemesa. Cisza. Jeszcze jednego. Zadzwoniłem, napisałem na WhatsAppie, na Messengerze, Linie, napisałem maila.
Pewnie jest na spotkaniu, mówiłem sobie. Albo śpi. Albo wyjechała służbowo na inny kontynent, żeby odtworzyć populację delty Okawango z pomocą robokotów, i zapomniała mi powiedzieć. Podczas kilkugodzinnego spaceru przegrzebałem się przez wszystkie wymówki, jakie zdołał wygenerować mój żałosny mózg tylko po to, by uspokoić sadzawkę kwaśnych rzygów, podchodzących mi z żołądka do gardła za każdym razem, gdy choć przelotnie ocierałem się o myśl, że może ona już mnie po prostu nie chce.
Dochodziła szósta, zoo się powoli zamykało, a ja wciąż nie miałem od niej odpowiedzi. Fala kwasu nagle wypełniła mi przełyk, więc skuliłem się w jakichś krzakach i zbryzgałem helikonie absurdalnie drogą porcją yong tau foo[1], które zjadłem na lunch. Po chwili spędzonej na czworakach podniosłem się i zobaczyłem znajome drzwi. Wzór w pasy zebry. Zagrzechotałem klamką. Skaner zabuczał nisko, ale coś pstryknęło i się otworzyło, więc wszedłem do środka.
Jej warsztat wyglądał tak, jak zapamiętałem: niekończące się regały pełne kawii, kakadu, waranów z Komodo i kangurów, poukładanych w mroku jedne przy drugich. A w samym centrum tej menażerii ciemność rozcinał niebieski acetylenowy blask palnika lutowniczego, oświetlający kobietę.
To była ona, ale wyglądała inaczej. Skórę na twarzy i ramionach miała poszarpaną, jakby zwierzęcymi pazurami. Kiedy ją zobaczyłem, koncentrowała się na przylutowywaniu palców prawej dłoni z powrotem do knykci.
Może wyrwał mi się cichy okrzyk, akurat na tyle słyszalny, żeby wytrącił ją ze skupienia. Gwałtownie odwróciła głowę, odsłaniając plątaninę kabli w policzkach, wystającą spod czaszki z włókna szklanego. Jej oczy – lewe bez powieki – połyskiwały w świetle płomienia jak rozgrzane do czerwoności żelazo. Z jej gardła wydobył się niski skowyt, sub-sonic, od którego zadrżał mi szpik w kościach.
Chyba się zesrałem. Nie mam pewności, bo wybiegłem stamtąd pędem, po kałuży własnych rzygów, przez śmierdzące błoto klombów, przez zamykające się bramy ogrodu zoologicznego, aż wpadłem prosto do najbliższej taksówki i rzuciłem kierowcy portfel, żeby jak najszybciej zabrał nas z tego miejsca – i to wszystko, zanim w ogóle zdołałem przyjąć do wiadomości, co ja właściwie zobaczyłem.
Kilka godzin później, kiedy szorowałem się do mięsa pod prysznicem w mieszkaniu rodziców, zawibrował mi telefon.
Wiadomość od niej. „Dz za roze”, napisała i dodała emoji kwiatka.
•
Tydzień później zjawiła się w moim biurze. Była dziesiąta rano, ale przeprosiłem wszystkich na zebraniu działu księgowości i powiedziałem, że muszę porozmawiać z nią pięć minut w socjalnym.
Dziwnie było ją widzieć, straszną, a przy tym piękną jak zawsze, na moim terenie, przy matowym zlewie i firmowych kubkach. Niespiesznie zaparzyłem nam Nescafé.
– Nie powinieneś był mnie widzieć w takim stanie.
– Bez kitu.
– Poważnie mówię. Jestem jednym z najnowszych projektów naszego zoo. To tajemnica rządowa. Ściśle tajna sprawa.
Dowiedziałem się, że jest replikantką trzeciej generacji, stworzoną z myślą o rozwijaniu taniej, wysoko wykwalifikowanej siły roboczej, która idealnie zintegrowałaby się z resztą społeczeństwa. Jednostką spełniającą wymogi produktywności i konsumpcji, ale bez problemów z rozrodczością, migracją i prawem do głosowania. W skrócie: spełnienie wszystkich fantazji ekonomistów.
– Jesteś bardzo żywa jak na robota.
– Spieprzaj. Nie no, dobra, wiem, że nadmiernie to sobie rekompensuję. Poza tym w magazynie czuję się samotna.
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się we własne ręce. Uniosła kubek do ust. Ja też. Wreszcie się odezwała.
– Czyli co, już między nami po wszystkim?
– To skomplikowane.
– Przepraszam, że pytałam. No to miłego życia.
– Nie, chciałem…
Wyjrzałem przez okna. Kurwa, sam nie wierzyłem, że to robię, ale wybór był prosty: albo jej pokażę, albo ją stracę. Potrząsnąłem luźno ramionami, sięgnąłem do piersi i mocno pociągnąłem.
Po raz pierwszy od lat, może nawet od dekad, spadła ze mnie skóra. Wygramoliłem się z niej na czterech łapach, wielki i niespokojny, ogon chodził mi na boki, a ja w samym futrze czułem się zupełnie nagi. Ona wyglądała na trochę zbitą z tropu, więc położyłem się obok niej, położyłem głowę na jej kolanach i powiedziałem, że jak chce, to może mnie pogłaskać po grzywie, nie ugryzę jej.
– Kiedy miasta się rozrosły, zwierzęta nie zniknęły – wyjaśniłem. – Po prostu się zaadaptowałyśmy. Od wieków żyjemy wśród ludzi, uprawiamy ich pola, umacniamy fortece, walczymy w ich wojnach. A przede wszystkim zapewniamy sobie przetrwanie. Rzadko wracamy do swoich form. To zbyt ryzykowne. Niektóre z nas w ogóle zapomniały, jak to się robi. Wielka tragedia, ale lepiej być żywym i mieć co opłakiwać. Jesteśmy w każdym mieście, nawet w tych najzimniejszych i najbardziej plastikowych. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać.
Minęło chyba kilka godzin, zanim cokolwiek powiedziała. Może jej się system zawiesił, pojęcia nie mam.
Wreszcie jednak usiadła prościej i się uśmiechnęła.
– Lwiątko – powiedziała czule, muskając puszek na czubkach moich uszu. Następnie wsunęła sobie palce we włosy, rozpięła jakiś ukryty zamek i ściągnęła gumowatą powłokę, odsłaniając lśniący metal. Przeszła nad moim zmiętym ubraniem i pocałowała mnie w grzywę.
Otworzyliśmy drzwi. Przeszliśmy przez biuro, mijając po drodze wrzeszczących pracowników, dalej korytarzem do windy, obok stanowiska ochrony, wreszcie przez lobby i na ulicę.
– Gotowy, kochasiu? – spytała, przerzucając mi nogę nad grzbietem.
W odpowiedzi wydałem z siebie głuchy twierdzący pomruk.
– Wspaniale. Jedziemy.
°
Mówi się, że miasto nigdy nie śpi. Nieprawda. Raz w roku, w ten najgorętszy dzień, kiedy powietrze wśród lustrzanych powierzchni wieżowców drży jak blady płomień, kiedy zbiorniki wodne syczą i skwierczą, klimatyzacja staje w płomieniach, kiedy kosiarze traw zalewają wnętrza masek ochronnych słonym potem, a w banku wszyscy ciągną za węzły cuchnących krawatów albo przepoconych rajstop – wtedy nawet najlepsi spośród nas nie są w stanie zrobić nic innego, jak tylko oprzeć na czymś głowę i zachrapać.
Na całej wyspie to samo: kasjerzy przy taśmach, chirurdzy na salach operacyjnych, siostry w zakonach; hazardziści przy stołach do bakarata, strażacy na rurach, dyrektorzy w pokojach konferencyjnych w trakcie prezentacji w PowerPoincie; nawet nauczycielki pilnujące uczniów odsiadujących karę za niewłaściwe zachowanie i podoficerowie na placach defilad, nawet sprzątaczki rozwieszające pranie na bambusowych tyczkach, nawet piloci samolotów jedenaście kilometrów nad ziemią – wszyscy tak samo przeciągle ziewają, kładą jedną rękę na drugiej, splatają przedramiona, tworząc prowizoryczną poduszkę, i zwijają się w senny kłębek. Nawet oni wiedzą, że nie ma sensu z tym walczyć.
A kiedy poświstują sobie w krainie snów, łagodnie rozkołysane prądy nagle szarpią, linia brzegowa się rozlewa i morze wokół wyspy odsłania świeży piasek, nowe muszle, wyblakłe koralowce. Woda rozstępuje się jak zasłonki w buduarze, ukazując nagość świata przedwiecznych skrzypłoczy i żółwi przemykających pośród brzydkich wież wiertniczych i sieci trawlerów.
Tam, w chatach ze śmieci po rozbitych statkach, mieszkają duyungowie[2].
To pierwsi ludzie. Pierwotni rybacy. Ci, co zamieszkiwali przybrzeże wyspy, kąpali się w ruchomych piaskach, spali w spieczonych słońcem kałużach rozgwiazd, okryci przypływem niczym kocem.
Ci smukli, ciemnoskórzy i zdrowi, wyrośnięci na tłustej diecie ze śliskich, migotliwych stworzeń. Ci, co pływali z kalmarami i naparzali się z delfinami. Ci, co niczego nie napisali, niczego nie zbudowali, niczego nie zajęli i niczego poza sobą nie znali, póki nie przyszedł człowiek brązowy, człowiek żółty, człowiek biały.
Gdyby w wyłożonym książkami i mikrofilmami gniazdku swojego gabinetu obudziła się teraz historyczka, może byłaby w stanie przedstawić dostępne nam nieliczne informacje na temat tego plemienia. Na przykład o tym, jak malajski radża z rodu Iskandara Zulkarnaina zapuścił się kiedyś w morską głębinę i odkrył suwerenne królestwo duyungów. Jak poślubił ich księżniczkę, która urodziła mu trzech szlachetnych synów. Jak każdy z tych synów wyrósł na księcia. Jak najmłodszy nazwał założone przez siebie miasto na cześć lwa.
Nic więcej nie wie. Skąd miałaby wiedzieć, skoro właśnie drzemie, spokojna jak trup w kostnicy?
Zresztą od legendarnych czasów trochę się postarzeli. Patrzcie, jakie mają starte łuski wokół warg, jakie poszarpane płetwy na końcach palców stóp, wokół pępków i na powiekach, chroniących przepastne wiry źrenic. Jak im posiwiały włosy w nozdrzach, które rozdymają w zachwycie na widok słonecznego blasku. Obserwują go nieufnie, traktują jak podejrzaną postać wody.
Ale już, już, w kilka mgnień przypominają sobie o obowiązkach. Gramolą się do sampanów[3], zbierają narzędzia i czekają.
Wreszcie wiatr dmucha, a łodzie podrywają się i unoszą w powietrze, w miasto, płyną jak smukłe balony między potężnymi wieżowcami, w gąszczu stalowych konstrukcji, zaledwie kilka metrów nad ziemią. A oni chichoczą pod nosem, gdy barki ledwo unikają zderzenia z żurawiami na budowie, betonowymi centrami handlowymi, wyposażeniem na placu zabaw, abstrakcyjną rzeźbą czy głowami pogrążonych we śnie obywateli miasta. Trzymają się mocno, a wiatr niesie ich coraz wyżej, wyżej, podrywa niczym falę latawców bez sznurka. Słońce przypieka im skórę, a oni śmieją się cichym, gulgoczącym śmiechem istot, których lata są liczniejsze niż ziarenka soli w garści.
Przez chwilę delektują się otwartą przestrzenią i z tęskną rozkoszą przyglądają się zjeżonej, szarej ziemi daleko w dole. Słońce stoi jednak wysoko, wyżej już nie pójdzie. Czas się brać do pracy. Muszą skończyć zbiory przed upływem godziny.
Zarzucają więc sieci, i to jakie sieci: uplecione z najszlachetniejszego jedwabiu, tak cieniutkiego, że nie mógłby pochodzić z odwłoka żadnego pająka, żadnego owada. Zarzucają też haczyki, i to jakie haczyki: drobniejsze i ostrzejsze niż błysk w oczach kota, któremu odcięto drogę ucieczki.
Lecą, lecą sidła. Spadają na kolana tych z nas, co śpią w dole, przy biurkach i stanowiskach pracy. Trafiają nam do ust, lecz my się nie budzimy. Nie chwytamy za haczyki i nie wzlatujemy na nich ku niebu, żeby się przywitać. Kręcimy tylko głowami, uśmiechamy się nieprzejęci, okryci magią.
Coś jednak daje się złapać. Sieci nabierają ciężaru, żyłki wędek się napinają. A kiedy oni ciągną zdobycz ku górze, marszczymy się lekko, jakby w naszej krainie snu coś na zawsze przepadło.
Łodzie duyungów powoli opadają, płyną z powrotem, aż znikną pod falami.
Niebo odrobinę łagodzi żar i miasto budzi się jak na komendę. Patrzymy na swoje ręce, zawstydzeni, że straciliśmy nad sobą kontrolę. Karcimy się w duchu i obiecujemy sobie, że to się nigdy nie powtórzy, bo przecież to do nas zupełnie niepodobne; no, ale nikt nie zauważył naszej chwili słabości, więc można uznać, że w ogóle jej nie było. Do wieczora sami o niej zapomnimy.
A jeśli nawet niektórzy z nas mają w oczach nieco więcej pustki, w uśmiechach nieco więcej fałszu, a w piersi nieco głuchsze echo, no to co? Nic się tak naprawdę nie zmieniło. A zresztą: nie jesteśmy nawet w połowie dnia pracy.
Gdzieś w głębinie oni się z nas śmieją, mierzwią lekko wodę. Liczą łupy, świętują obfity połów. My jednak nie zwracamy na nich uwagi. Cokolwiek to było, cokolwiek się zdarzyło – jesteśmy pewni, że nic nam nie ubyło.
Stać nas zresztą na wielkoduszność. Jesteśmy zamożnymi synami i córkami przemysłu.
Jeśli nawet coś nam zabrano, na pewno nie będzie nam tego brakować.
°
Tytuł oryginałuLion City
© Epigram Books, 2018
Published by arrangement with Astier-Pécher Literary Agency
Tłumaczenie
© Copyright for the Polish translation by Aga Zano, 2026
Redakcja
Helena Piecuch
Projekt graficzny serii
Masaomi Fujita / tegusu Inc.
Opracowanie graficzne okładki
Karolina Korbut
Korekty
Tajfuny
Projekt typograficzny bloku
to/studio
Skład i łamanie
Karolina Korbut
Ilustracja na okładce
Ng Yin Shian, 2026
opracowanie wersji elektronicznej
Karolina Kaiser,
tajfuny
ul. Chmielna 12
00-020 Warszawa
tajfuny.pl / [email protected]
isbn
druk: 978-83-67034-64-7
e-book: 978-83-67034-65-4
[1] Yong tau foo – chińska potrawa kuchni Hakka, złożona głównie z tofu wypełnionego mielonym mięsem lub pastą rybną (wszystkie przypisy, z wyjątkiem części w opowiadaniu Chłopiec, ryba miecz, krwawiąca wyspa,pochodzą od tłumaczki).
[2]Duyung – w języku malajskim „syrena”.
[3] Sampan – rodzaj małej dżonki rzecznej i przybrzeżnej, używanej do transportu towarów i ludzi oraz połowu ryb; niekiedy służy też właścicielom jako mieszkanie.
