50,00 zł
Tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej Gertrude Bell kreśliła granice Orientu w kolebce cywilizacji między dwiema rzekami: Tygrysem i Eufratem. Kim była? Poszukiwaczką przygód, archeolożką i szpiegiem. Absolwentką Oksfordu władającą biegle arabskim i perskim, zaciekłą imperialistką w służbie Wielkiej Brytanii, ale też panną z zamożnego wiktoriańskiego domu, zakochaną bez pamięci tragiczną bohaterką. Pełna ideałów jak Lawrence z Arabii, odważna jak młody Winston Churchill, doskonale odnajdowała się zarówno na angielskim dworze, jak i pod namiotami beduinów. Barwna i nietuzinkowa Gertrude Bell została jednak wymazana z kart historii. Olivier Guez przybliża nam postać niezwykłej kobiety. Snuje też opowieść o odkryciu gigantycznych złóż ropy naftowej i okrutnych rozgrywkach o władzę między Brytyjczykami, Francuzami i Niemcami, a także negocjacjach prowadzonych z beduinami w okolicach Bagdadu. Pisząc o Gertrude Bell, szkicuje jednocześnie szeroką panoramę pierwszej globalizacji, podczas której największe imperium wszech czasów przywłaszczyło sobie mityczną krainę wyklętą, ziemię Abrahama, potopu i wieży Babel: Mezopotamię.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 403
Rok wydania: 2026
Data ważności licencji: 10/8/2031
Mesopotamia
Copyright © Olivier Guez
et les éditions Grasset & Fasquelle, 2024
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2026 for the Polish translation by Bożena Sęk
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Magdy2 Studio Projektowe Sp. z o.o.
Grafika na okładce: na podstawie zdjęcia Gertrude Bell na koniu w Iraku (domena publiczna)
Zdjęcie autora: © JF PAGA
Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan
Korekta: Iwona Wyrwisz, Justyna Techmańska-Szewczuk
Konsultacja arabistyczna: prof. Marek M. Dziekan
Cet ouvrage a bénéficié du soutien
des Programmes d’aide a la publication de l’Institut français.
Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Instytutu Francuskiego
w ramach programów wsparcia wydawniczego.
ISBN: 978-83-68542-00-4
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga
W drugiej połowie dziewiętnastego wieku po raz pierwszy w historii ludzkości doszło do globalizacji gospodarki. Dobra, ludzie i kapitał krążą z niewyobrażalną prędkością dzięki rewolucji przemysłowej, nowym środkom transportu i telekomunikacji: w ciągu kilkudziesięciu lat ziściły się marzenia Ikara i Leonarda da Vinci. Człowiek jeździ, lata i znajduje leki na choroby i wirusy dotąd nieuleczalne. Przesunął granice natury. Podporządkowuje ją przyszłości, stał się potężniejszy od Boga, którego śmierć głosi. Pracował nad tym, odkąd pojawił się na ziemi.
Człowiek, a raczej Europejczycy. Skończyli z tysiącleciami bezsilności dzięki wytężonej pracy, umiejętnościom organizacyjnym i talentowi. Dominują w sprawach międzynarodowych posłusznych niewidzialnym prawom bazującym na ekspansji i współzawodnictwie. Nie mają jednak dość i oto pod koniec dziewiętnastego wieku ogarnia ich szaleństwo podbojów – gorączka nowego rodzaju: imperializm. Nie odpuszczą żadnego terytorium, należy im się najmniejsza nawet wysepka na południowym Pacyfiku.
Europa, długo przyćmiona odkryciem Ameryki i opłynięciem Afryki przez statki Vasco da Gamy, co otworzyło morską drogę do Indii, staje się pępkiem świata jak w czasach Aleksandra Wielkiego i Cezara, kalifatów arabskich, jedwabnych szlaków. Bliski Wschód, od wieków niebudzący zainteresowania, słabo zbadany – a i to tylko w niektórych regionach – i luźno powiązany z gospodarką światową, wzbudza zainteresowanie wielkich mocarstw. Zaczyna się między nimi bezpardonowa walka po otwarciu w roku 1869 Kanału Sueskiego, który zdecydowanie skraca czas przewozu towarów między Europą, Afryką Wschodnią i Azją, oraz po odkryciu na okolicznych terenach złóż ropy naftowej, siły napędowej trwającej drugiej rewolucji przemysłowej, i po rozpoczęciu jej wydobycia. Na ziemiach dogorywającego Imperium Osmańskiego, które wszyscy starają się dobić, trwa rozgrywka o wiek dwudziesty: o przyszłość świata.
Basra, marzec 1916 roku
Miss Bell ostukuje o próg ubłocone buty z cholewką i znużonym gestem ogania się od krążącego wokół niej roju muszek. Bosonogi somalijski boy w tunice i turbanie podbiega, by odebrać od niej zmoczony kapelusz i parasolkę. Prosi, by poszła za nim, bo sir Percy Cox czeka w gabinecie. Tego ranka wrócił z misji.
Wysoki i chudy, o przenikliwych niebieskich oczach, Cox nic się nie zmienił od ich ostatniego spotkania u wspólnych znajomych siedem lat wcześniej. Może nieco mu posiwiały falujące włosy, lecz nie widać ani jednej zmarszczki, a mundur nosi jak zawsze dystyngowanie. Na jego kołnierzyku miss Bell rozpoznaje białe naszywki oficerów politycznych armii indyjskiej: pięćdziesięciojednoletni Cox, doświadczony w służbie imperium brytyjskiego, jest dowódcą administracji cywilnej w okupowanej Mezopotamii. Wcześniej sprawował różne funkcje w Somalii, Persji i w kilku emiratach nad Zatoką Perską.
Słynący z taktu i zimnej krwi Cox tego popołudnia okazał się niegodny swojej reputacji. Schowany za stertą map topograficznych i zdjęć lotniczych, szarpie wąsa pod portretem Jerzego V i klnie na deszcz, który nieprzerwanie bębni o dach jego kwatery głównej nad cuchnącym kanałem, otoczonej ogłuszającym kumkaniem i rechotem żab i ropuch, czyli stałym elementem zimowej pory w Basrze, mieście położonym w estuarium oddzielającym Persję od Mezopotamii.
Straszny tam panuje rozgardiasz, co miss Bell stwierdziła w ciągu tygodnia od przyjazdu do miasta. Szwankuje logistyka armii indyjskiej, Brytyjczycy działają po omacku, improwizują, odczuwają braki wszystkiego. Trudne, a wręcz niemożliwe jest znalezienie miejsca dla setek tysięcy koni, żołnierzy, lekarzy i braminów, którzy tam przybyli, trudno wyżywić tę wielką armię wschodnią z powodu braku budynków i instalacji chłodzących pozwalających przechowywać łatwo psujące się produkty. Na południu Mezopotamii dostępne są jedynie daktyle, nieliczne warzywa i jeszcze mniej bydła, wszystko zatem należy importować z Indii. Ponadto stare miasto handlowe nie jest przygotowane na przyjęcie floty stojącej na jego wodach. Port jest zapchany do granic możliwości, duże okręty stoją na kotwicy na pełnym morzu. W strugach deszczu albo w palącym słońcu godzinami, a nawet całymi dniami trwa przerzucanie ludzi, zwierząt, zapasów żywności i amunicji mniejszymi jednostkami, różnej wielkości łodziami i łódkami, na błotnisty brzeg opanowany przez muchy i komary. Miss Bell doświadczyła ich zjadliwości: podczas przeprawy pogryzły ją nawet przez pończochy. Po drodze zauważyła, że okręt szpitalny pęka w szwach, a sznury łodzi nieprędko przestaną kursować między okrętami a lądem. Sztab pościągał z Egiptu i z Indii parowce kołowe, żaglowce i statki przybrzeżne o niewielkim zanurzeniu, jedyne zdolne pływać po Tygrysie i dostarczyć posiłki oraz zaopatrzenie dywizjom stacjonującym dalej na północy. Jak w czasach Abrahama na południu Mezopotamii nie ma ani dróg, ani torów kolejowych.
Cox porusza dzwonkiem – jest piąta po południu, boy zjawia się z herbatą.
– Nie panujemy nad sytuacją, a morale ludzi całkiem podupadło – mówi sir Percy do miss Bell, energicznie mieszając łyżeczką napar w porcelanowej filiżance. Wypija herbatę jednym haustem jak mocny alkohol, nie zważając na jej temperaturę. – Walczą w okropnych warunkach, a kiedy przyjeżdżają na przepustkę, kręcą się w kółko. Basra to nie tyły frontu francuskiego. Żołnierze nie znajdują tu ani alkoholu, ani kabaretów, a tym bardziej kobiet. Mają do dyspozycji tylko zaplute knajpy, do których zaglądają wyłącznie mężczyźni.
Policzki miss Bell czerwienieją. Siedząc sztywno na brzeżku krzesła, obrzuca oburzonym wzrokiem Coxa, który przeprasza za dosadność, to nie uchodzi w rozmowie z osobą jej rangi, prosi o wybaczenie, jest jednym kłębkiem nerwów, dobijają go te wieczne utyskiwania. Oddziały narzekają na marne racje żywnościowe, na peklowaną wołowinę w puszkach, na konserwowany kleisty pudding i na marmoladę pomarańczową, „te diabelne muchy zaraz obsiadają wszystko”. Żołnierze wegetarianie domagają się mąki pszennej i warzyw, a w zeszłym tygodniu „z powodu braku surowicy” dwaj jego adiutanci, „błyskotliwi młodzieńcy z Lancashire”, umarli po ukąszeniu przez kobry na bagnach w pobliżu miasta. Okulary przeciwsłoneczne, w które wyposażono żołnierzy, są tak marnej jakości, że ludzie wyrzucają je do wody. Dowództwo wojskowe ma wszystko w nosie, jego przewidywania – „Jeśli w ogóle cokolwiek planował”, myśli miss Bell – okazały się błędne, brakuje środków transportu oddziałów, lekarzy, samolotów; pływanie po rzekach graniczy z cudem, a instrukcje, które Cox otrzymuje z Londynu, Delhi i Kairu, są sprzeczne.
– Z miejscowymi Arabami niepodobna działać – mówi z westchnieniem.
Szef administracji cywilnej w Mezopotamii zapala cygaro. Zza okna słychać wycie wiatru i wezwanie na modlitwę. Zapada wieczór, deszcz ustał, miasto cuchnie.
Gertrude Bell wie o tym wszystkim. Przed przyjazdem do Basry była z misją w Indiach, gdzie wicekról dał jej do przeczytania niektóre poufne raporty: chociaż Cox mówi w miejscowym języku i ma doświadczenie w negocjacjach z regionalnymi potentatami, nie potrafi nawiązać opartych na zaufaniu relacji z lokalnymi szajchami. Tysiące ich ludzi przyłączyło się do wojsk osmańskich, a przywódcy religijni ogłosili dżihad przeciwko niewiernym Anglikom, „suczym synom, którzy najechali muzułmańskie ziemie i chcą poniżyć islam”. Inni przyjęli postawę wyczekującą – obawiają się możliwych represji z strony Turków, nie wiadomo bowiem, czy Brytyjczycy zostaną w regionie.
– Zna pani Arabów równie dobrze jak ja – mówi Cox, dociągając węzeł krawata. – Oni zawsze stają po stronie zwycięzców.
Miss Bell w milczeniu zgniata w dłoniach rękawiczki, potem upija kilka łyków herbaty. Czytała, że beduini napadali na obozy, odzierali trupy ze wszystkiego i dobijali rannych armii anglo-indyjskiej, by zdobyć ich broń. Maruderzy, kombinatorzy i zwykli rabusie: w mieście napięcie jest wręcz namacalne, co rusz wybuchają awantury, obrabowano niejeden skład i magazyn. A w odległym o trzysta kilometrów Al-Kucie 6. Dywizja jest w rozpaczliwym położeniu.
*
W listopadzie 1914 roku, kilka godzin po przystąpieniu Imperium Osmańskiego do wojny po stronie Niemiec, brytyjska flota opuściła Bombaj i popruła do Zatoki Perskiej. Operację tę brano pod rozwagę, odkąd APOC, angielsko-perska spółka naftowa, zaczęła wydobywać i rafinować ropę naftową w jednej z południowo-zachodnich prowincji perskich, położonej w zasięgu tureckiej artylerii i niedostatecznie bronionej przez Brytyjczyków. Lądowanie w Mezopotamii miało chronić tankowce, rurociąg długości stu trzydziestu kilometrów, który łączył złoża z rafinerią nad Zatoką, oraz pola naftowe. Miejscowe instalacje zaopatrywały w ropę okręty Royal Navy, najpotężniejszej marynarki wojennej świata. Britannia rules the waves: brytyjska flota strzegła imperium na wszystkich morzach i oceanach.
W dniu 23 listopada Basra znalazła się w rękach Brytyjczyków. Kilka dni później po zażartych walkach zdobyto Al-Kurnę, gdzie Tygrys spotyka się z Eufratem. Skoro pola naftowe były bezpieczne, upojony sukcesem Cox namawiał do kontynuowania ofensywy. Szacował, że najpóźniej za rok po Bagdadzie będą chodzili żołnierze oddziałów anglo-indyjskich. Jednym kęsem pochłoną wojska osmańskie. Tureccy oficerowie byli nieudolni, a w piechocie służyły same obdarte bydlaki, których nazywano Abdul albo Johnny Turks, zdolne co najwyżej masakrować ormiańskich bezbronnych cywilów. Jeszcze przed wojną Włochy pozbawiły Turcję Libii i wysp Dodekanezu, Imperium straciło też swoje ziemie na Bałkanach. Bułgarzy o mało nie podbili Konstantynopola. „Bułgarzy z tym swoim prymitywnym wojskiem!”, natrząsali się stratedzy armii indyjskiej. Imperium Osmańskie, które tak długo terroryzowało chrześcijańską Europę, było już tylko cieniem siebie. Wojska brytyjskie miały być od czasów rzymskiego cesarza Trajana pierwszą zachodnią armią, która podbije Mezopotamię.
Pod koniec września 1915 roku siły ekspedycyjne zajęły strategiczne miasto Al-Kut na wschodnim brzegu Tygrysu. Wojskom wydano rozkaz dalszego marszu. „Mój pochód w Mezopotamii podąża nieprzerwanie naprzód i mam nadzieję, że wkrótce Bagdad zostanie włączony do imperium brytyjskiego”, pisał wicekról Indii do króla Jerzego V. Do przejścia zostało niecałe dwadzieścia pięć kilometrów. Kiedy wojska anglo-indyjskie miną ostatnią przeszkodę, jaką jest Ktezyfon, legendarne miasto znajdzie się w rękach Brytyjczyków. „Nie sądzę, by w całej tej wojnie jakakolwiek operacja została staranniej przygotowana, błyskotliwiej przeprowadzona i rokowała takie szanse na sukces”, oświadczył z początkiem listopada premier przed Izbą Gmin.
Bagdad pozwalał się łudzić. Front zachodni stał w miejscu, Londyn zbombardowano, a inwazja na turecki półwysep Gallipoli, położony dwieście pięćdziesiąt kilometrów od Konstantynopola, zakończyła się klęską: tureckie miny zdziesiątkowały flotę, a piechota skutecznie ostrzelała ze wzgórz najeźdźców, którzy wylądowali tam wiosną 1915 roku. Miała to być pokerowa zagrywka młodego ambitnego wilczka Winstona Churchilla, pierwszego lorda Admiralicji: odcięcie łba osmańskiej hydrze i zmuszenie do kapitulacji bezbronnej stolicy, potem opanowanie Morza Czarnego, wpłynięcie na wody Dunaju w kierunku Austrii i Niemiec, aby „wbić ostrze sztyletu blisko witalnych organów potwora i skrócić wojnę”, jak liczono w Londynie.
W dniu 7 grudnia 1915 roku Brytyjczycy odstąpili od półwyspu Gallipoli. Tego samego dnia zaczęło się oblężenie Al-Kutu, gdzie okopała się 6. Dywizja, która wcześniej pod Ktezyfonem napotkała silny turecki opór. Turcy wiedzieli, że jeśli nie dopuszczą, by wzmocniły ją przybyłe z Basry posiłki, Brytyjczycy będą musieli skapitulować. Dlatego też otoczyli miasto jak Juliusz Cezar Alezję.
Dowództwo brytyjskie nie martwiło się zanadto. Turcy byli marnymi napastnikami, a wojska brytyjskie nie po raz pierwszy zostały otoczone przez dzikusów. Tak było w Indiach podczas buntu sipajów czy w Afryce Południowej w okresie wojny burskiej – Brytyjczycy dzielnie się bronili, zapisując najpiękniejsze stronice legendy o zwycięstwie. Pewne zatem było, że 6. Dywizja da radę. Skonsolidowała obronę, czekając na posiłki z Tigris Corps, elitarnych oddziałów piechoty. Sztab zapewniał: „Będą tu niebawem”.
Tyle że z powodu rozgardiaszu w Basrze wsparcie wyruszyło z opóźnieniem, a kiedy wreszcie podeszło do Al-Kutu, okazało się, że tama zbudowana przez Turków na rzece poniżej miasta trzyma się doskonale, swoje zaś dokładają lejące się z nieba strugi deszczu. Anglo-indyjskie posiłki grzęzły w morzu błota, niczego nie zmieniały ich intensywne bombardowania przygotowawcze. Żołnierze się ślizgali, konie się zapadały, a działa utykały w mazi grząskiej jak stopiony karmel.
Podnieceni zwycięstwem na półwyspie Gallipoli Turcy plądrowali miasto. Ich snajperzy strzelali do żołnierzy, którzy schodzili nad rzekę, by wyławiać paczki zrzucane z samolotów: oblężonym oddziałom brakowało jedzenia. Żołnierze żywili się gotowaną trawą, więc tak osłabli, że nie byli w stanie utrzymać karabinu. Leżeli bez sił wpatrzeni w jeden punkt rozszerzonymi oczami. Ponieważ nie mieli opału, nocami marzli w letnich bawełnianych mundurach. Kiedy na chwilę cichły wybuchy ostrzału artyleryjskiego, słyszeli wycie hien.
Z początkiem marca Turcy już wiedzieli, że anglo-indyjska dywizja dłużej nie wytrzyma. Nad Al-Kutem unosił się smród ropiejących ran, ekskrementów, gnijących ciał. Powietrze było czarne od much. Turcy zacieśnili oblężenie. Wzmogli ostrzał.
*
Boy musi się potknąć i upuścić cukierniczkę, żeby miss Bell choćby lekko się uśmiechnęła, myśli Cox. Jego zdaniem wychudła, przedwcześnie posiwiała, a przecież przysiągłby, że jeszcze siedem lat temu w Londynie była ruda. Zauważył, że pobladła, jakby otrzymała cios w serce, kiedy wspomniał o porażce na Gallipoli, zaraz jednak się opanowała, przybierając na powrót oschłą rozważną minę, jaką pokazuje, odkąd weszła. W muślinowej spódnicy, czarnych jedwabnych pończochach i w zapiętej pod samą szyję bluzce z żabotem przypomina miss Harriet, smutną pannę z książki Maupassanta, albo jedną z angielskich guwernantek, które przenoszą się z kontynentu na kontynent, w wolnym czasie malując akwarele i sporządzając zielniki. Niejedną taką spotkał, przemierzając świat w ostatnich latach.
– I jak pani upłynął pierwszy tydzień w rajskim ogrodzie? Czy moja żona dobrze panią ugościła? – pyta Cox, czyszcząc sobie paznokcie czubkiem nożyka do papieru wykonanego z kości słoniowej.
Miss Bell dziękuje mu za gościnę. Mieszka się jej wygodnie. Pokój jest przestronny, a jego żona to „urocza gospodyni”, chociaż jej i lady Cox nic nie łączy oprócz namiętności do ogrodnictwa. Nawet gabarytami się różnią: pierwsza jest kanciasta, druga pulchna, z obwisłymi policzkami jak u buldoga. Ale nic to, miss Bell utrzymuje, że cieszy się z pobytu tutaj – Cox się zdumiewa, w życiu bowiem nie słyszał podobnej głupoty. „Kiedy Bóg stworzył piekło, uznał, że to za mało, toteż postarał się o Basrę i dołożył muchy”, mówi arabskie porzekadło, które Cox lubi cytować. Miss Bell nie może się doczekać, kiedy zacznie służyć imperium w tych trudnych czasach, i poświęci temu całą swoją energię, trzeba jednak pozwolić jej wziąć się do pracy, na początek przydzielając biuro.
Wojskowi i personel administracyjny Coxa zgotowali jej lodowate powitanie, kiedy zeszła z pokładu parowca, który wypłynął z Karaczi trzy dni wcześniej. Sztywni w mundurach, uzbrojeni w klapki na muchy leżące obok kasków korkowych i dzbanków z lemoniadą, nie czuli się swobodnie, gdy weszła do mesy oficerskiej. Nigdy nie pracowali z kobietą, a ta istota, opisywana jako niezwykle błyskotliwa, nie budzi ich zaufania. Niektórzy czytali jej artykuły, czasem książki na temat regionu, i wiedzą, że jest uznanym archeologiem i ma wysoko postawionych przyjaciół. To pierwsza kobieta, która z celującą notą ukończyła historię nowożytną na Oksfordzie, a później otrzymała medal Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Zarówno na Wschodzie, jak i w Londynie w dobrze poinformowanych kręgach poprzedza ją reputacja. Miss Bell zresztą wcale się z tym nie kryje: skromność nie jest jej mocną stroną.
Tutaj trwa wojna, to nie zabawa ani wieczorek towarzyski, wyjaśnił jej pułkownik z napomadowanymi wąsami. Jej poczta będzie cenzurowana, możliwość podróży ograniczona, nie będzie też mogła sama spotykać się z tubylcami. Czego w ogóle szuka w Basrze? Nie figuruje w żadnym schemacie organizacyjnym, nie otrzymała żadnych rozkazów, nie wydelegowało jej żadne ministerstwo ani instytucja.
Cztery miesiące wcześniej, w listopadzie 1915 roku, przybyła do Kairu na zaproszenie starego przyjaciela, który kierował egipskim wywiadem wojskowym pozostającym pod brytyjską kontrolą. Kończył organizować specjalną sekcję mającą się zajmować arabskimi prowincjami Imperium Osmańskiego: ściągał do niej oficerów politycznych, archeologów i dziennikarzy arabistów, absolwentów Oksfordu i Cambridge, których miss Bell w większości znała. A ona – słynna podróżniczka pustyni – miała dostarczyć cennych informacji świeżo powołanemu Biuru Arabskiemu.
Kiedy przyszły wieści o porażce na półwyspie Gallipoli i o zamrożeniu walk w Mezopotamii, panowie przy udziale pani, popijając herbatę miętową w zadymionych salonach hotelu Savoy, udoskonalali nową strategię. Kairskie biuro poszukiwało pewnych i uległych sojuszników arabskich, którzy byliby gotowi wywołać rewoltę antyturecką w zamian za obietnicę powołania po wojnie ich dużego królestwa. W początkach konfliktu Gertrude Bell sporządziła obszerną notę na podstawie swoich doświadczeń z ostatnich ekspedycji w regionie. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych i w Ministerstwie Wojny utrzymywała, że Arabowie sprzyjają Koronie, i sugerowała rządowi, aby ich zachęcił do buntu przeciwko Turkom, wspólnemu wrogowi. Z daleka – konflikt rozgrywał się w okopach we Flandrii i nad Sommą – Londyn podpisał się pod planem Biura Kairskiego. Kair jednak, zależny od polityki brytyjskiej na Wschodzie, nie mógł niczego przedsięwziąć bez brytyjskiej zgody na drugiej półkuli: bez rządu indyjskiego. Zatoka Perska bowiem była łowiskiem indyjskiej części brytyjskiej administracji, jeziorem, w którym interweniowała wedle swego widzimisię od osiemnastego wieku – tylko Indie mogły dostarczyć broń, złoto i ludzi niezbędnych do przeprowadzenia operacji. Tyle że rząd Indii sprzeciwiał się temu. Zarówno Delhi, jak i Kair wyobrażały sobie, że po upadku Imperium Osmańskiego będą dominować w regionie. Ich plany zdecydowanie się różniły, komunikacja była zła, a współpraca żadna.
Biuro Kairskie nie ustawało w wysiłkach, aby przekonać wicekróla Indii, który rządził kolonią. Mogło się okazać, że kartą atutową w tej rozgrywce będzie miss Bell. Wicekról był przyjacielem jej rodziny, cenili się od trzydziestu lat, kiedy poznali się u wuja badaczki, wówczas ambasadora brytyjskiego w Rumunii. I dlatego Gertrude Bell wyruszyła do Delhi.
Mimo szacunku dla niej i jej rodziców wicekról oświadczył, że nie życzy sobie arabskiej rewolty ani w Mezopotamii, ani nigdzie indziej na Wschodzie.
– Ludzie w Kairze bardzo się szarogęszą, ich ingerencja w moje sprawy jest niedopuszczalna, a ten plan to mrzonka – oświadczył.
W Indiach żyły dziesiątki milionów muzułmanów. Ich duchowym przywódcą był cesarz osmański, sułtan, kalif, przewodnik wiernych, symboliczny sukcesor Proroka. Co będzie, jeśli postanowią go wesprzeć? A jeżeli walki Arabów z Turkami dotrą na obrzeża muzułmańskich miejsc świętych? W Indiach wybuchnie wojna domowa skwapliwie podsycana przez Niemców. Lepszej przysługi Kair nie mógłby im oddać.
– Indyjscy muzułmanie nie są Arabami, miss Bell, wie pani o tym lepiej niż ja. Nie obchodzi ich ewentualne królestwo arabskie po wojnie, a ja, powtarzam, zdecydowanie go nie chcę.
Basra i instalacje związane z wydobyciem i rafinacją ropy naftowej nad Zatoką były dla Wielkiej Brytanii kwestią życia i śmierci, a Bagdad od wieków ostoją handlu brytyjskiego.
– I Kair chce je odstąpić Arabom, plemionom prymitywnych koczowników? Pani sama zwracała na to uwagę w paru swoich raportach. Ostatnie państwo arabskie skrywają mroki czasów. A co będzie, jeżeli Hindusi wezmą przykład z Arabów i też zażądają niepodległego państwa? Dziwi mnie, że właśnie pani się podpisuje pod tak wydumanym projektem.
Wicekról chciał przyłączyć Mezopotamię do swoich włości, ofiarować jeszcze jedną kolonię imperium. Anglicy nie będą potrzebowali Arabów, by pokonać Turków. Audiencja dobiegła końca.
Gertrude spędziła w Indiach kilka tygodni. Najpierw w spowitym mgłą Delhi, później w Shimli u stóp Himalajów, przypominającej angielskie uzdrowisko, konsultowała się z wojskowymi i z urzędnikami administracji wysokiego szczebla. Cokolwiek sądził o tym wicekról, próbowała przekonywać do zasadności planu opracowanego z kolegami w Kairze, udzieliła nawet wywiadu „Pioneerowi”, dużemu dziennikowi w kolonii. Wszystko na darmo. Wicekról pozostał nieprzejednany: trwała wojna światowa, nie będzie narażał na szwank bezpieczeństwa subkontynentu, od niepamiętnych czasów rezerwuaru ludzi, surowców i niezmierzonych bogactw, kluczowych figur na imperialnej szachownicy czyniących z Wielkiej Brytanii euroazjatyckie supermocarstwo, jakiego jeszcze nie było.
– Proszę panią o zachowanie rozsądku, miss Bell – powiedział. – Niech pani przekaże kolegom, że naleganie nic nie da.
Ponieważ jednak jej ufał, postanowił ją wysłać do Basry w imię wyższego interesu Korony. Będzie agentem łącznikowym między Kairem a Delhi i przy odrobinie zręczności zdoła ułatwić komunikację między dwoma rywalizującymi ze sobą ośrodkami. Zobowiązał ją także do zebrania wyczerpujących informacji na temat plemion zamieszkujących Mezopotamię. Ale nie przyznał jej żadnego oficjalnego tytułu ani funkcji. Misję w Basrze miała wykonywać nieformalnie.
Dlatego też wojskowi i oficerowie polityczni od chwili jej przyjazdu odnoszą się do niej nieufnie. Skoro szykuje się klęska pod Al-Kutem i winnych tego należy pociągnąć do odpowiedzialności, to czy miss Bell jest szpiegiem wicekróla? A może agentka kairskiego Biura Arabskiego przybyła, by siać wśród nich niezgodę?
Tego mokrego marcowego wieczoru jej obecnością nie jest również zachwycony sir Percy Cox. Chętnie by się jej pozbył, bez niej też ma dość problemów do rozwiązania na wszystkich frontach. Ale będzie mogła dotrzymywać towarzystwa jego małżonce, która nudzi się w Basrze. A wicekról napisał mu, by traktował ją poważnie: „To nadzwyczaj inteligentna kobieta z męskim mózgiem”.
Persja, wiosna 1892 roku
Budzi ją szmer fontanny. Młoda kobieta rozsuwa zasłony, przez które przenika słońce, i głęboko wciąga do płuc aksamitną słodycz jaśminu i figowców, oczarowana rosnącym skwarem, pistacjami obsypanymi kwieciem i okazałymi kępami róż zdobiącymi plac przed rezydencją brytyjską w Teheranie. Śpiewają ptaki, ośnieżony szczyt Demawend lśni jak arkusz aluminium ustawiony w tle. Tyle wspaniałości, tyle piękna! Gertrude nie posiada się z radości. Marzyła o Persji i okazuje się, że Persja jest jeszcze czarowniejsza, niż myślała.
Czuła, że tak będzie, gdy na dworcu w Paryżu wsiadała do wagonu Orient Expressu. Przygotowywała się do tego, odkąd pół roku wcześniej jej ciotka Mary zaproponowała, aby przyjechała do niej i jej męża, jego ekscelencji sir Franka, nowego wysłannika Jej Królewskiej Mości na dworze szacha. Dwudziestotrzyletnia Gertrude studiowała język perski, przeczytała relacje z podróży Strabona i siedemnastowiecznego podróżnika kawalera Chardina, znała perskich poetów. Skreślała w kalendarzu dni dzielące ją od wyjazdu, później w pociągu, który gnał przez równiny Europy Środkowej, wciąż prosiła swoją kuzynkę Florence, aby odpytywała ją ze słówek i wyrażeń, zamiast pozwolić jej rozkoszować się pulardą w śmietanie, gdy w wagonie restauracyjnym cały zastęp stewardów podstawiał im tace, uchylając posrebrzane pokrywy. Tylko szarlotka obsypana kandyzowanymi owocami dawała Florence chwilę wytchnienia.
Poznały sympatycznego belgijskiego detektywa. Strzegł pruskiego kupca o długim blond wąsie, który na każdej stacji spoglądał na zegarek. Brukselczyk z żalem pożegnał się z nimi w Belgradzie, szczególnie z tą rudą, która miała wrodzony zmysł obserwacji.
W miarę jak skład wjeżdżał głębiej w Bałkany, do ekspresu wsiadało coraz więcej brzuchatych paszów z idącymi w tyle zakwefionymi małżonkami. Angielki coraz częściej widziały kopuły i minarety, wozy zaprzężone w woły i karawanseraje pośród zagajników drzew morwowywch przy kamienistych drogach biegnących równolegle do torów kolejowych. Ludzie byli wyraźnie biedniejsi, pstrokato odziani, już egzotyczni. W Sarajewie rabini przepychali się przez tłum obok duchownych chrześcijańskich przebierających paciorki różańca, Cyganów i pasterzy o wesołych oczach, w futrzanych czapach na głowie. Żołnierze w plamiastych brązowych kurtkach patrolowali kamienne mosty i nabrzeża. Na dworcach śmierdziało przypalonym mięsem, huczało od złorzeczeń sprzedawców i pisku kół ich wózków wypełnionych jadłem. Wsparta o okno swojego przedziału Gertrude nie traciła niczego z tego widowiska. Była na Wschodzie.
Po dwóch nocach w Pera Palace w Konstantynopolu dotarły do Tyflisu, później do Baku, gdzie czekał na nie rosyjski parowiec. Pierwszego wieczoru, kiedy kuzynka sprawdzała szafy w kabinie, Gertrude wyszła na pokład. Dziób statku rozcinał czarne wody Morza Kaspijskiego oświetlonego blaskiem księżyca jasnym jak reflektor w teatrze. Słony wiatr rozwiewał jej ubrania i omal nie porwał kapelusza. Zapaliła papierosa. Młodej kobiecie nie uchodziło palić publicznie, pokład jednak był pusty.
W Gertrude buzowała euforia jak po kilku kieliszkach szampana. Myślała o tym, co kiedyś powiedział jej ojciec podczas spaceru po plaży na północy Anglii: „Zdarzają się takie chwile, gdy czujesz, że życie nabierze nowego ciężaru gatunkowego. Nikt nie wie, dlaczego i jak to się dzieje, ale człowiek to wyczuwa. Nagle ścieżka, którą powinnaś podążyć, jakby się rozjaśniała. Gertrude, takich punktów zwrotnych, bardzo rzadkich, nie można w żadnym razie przeoczyć”.
Miała wtedy dwanaście lat. Od tamtego dnia czekała na taką chwilę, choć nie wiedziała, jakie oznaki zapowiedzą objawienie. I tej nocy, patrząc na morze i niebo na statku eskortowanym przez miliony gwiazd, usłyszała wyczekiwany odgłos. Rozbryzgi piany, miarowa praca silnika, biały pióropusz dymu; ruch, swoboda, przygoda, życie. Jej życie: będzie przemierzała świat, będzie podróżowała. Puls jej przyspieszył, od stóp do głów przeszedł ją elektryzujący dreszcz. Triumfalnie wzniosła ręce ku niebu.
Obserwował ją obecny na pokładzie mężczyzna. Miał długie czarne faworyty i popijał alkohol ze srebrnej butelki. Samotna kobieta w ekstazie, paląca w świetle księżyca… Podszedł do Gertrude i po francusku zaproponował, aby łyknęła z jego butelki. A ona ile sił w nogach uciekła do kabiny.
*
Każdy dzień jest cudowny, każdy to beztroska długa niedziela. Gertrude wstaje wczesnym rankiem, wypija kubek spienionego mleka, po czym zbiega po spiralnych schodach. Na dole czekają jej wuj i pracownicy ambasady – razem wyruszają na konną przejażdżkę po już zalanej słońcem równinie albo po leśnych ścieżkach gór Elburs, u których stóp leży Teheran. Po powrocie bierze ciepłą kąpiel w wodzie z olejkiem różanym. Czasami jeszcze mokra staje przed lustrem w łazience i przygląda się swoim płowym włosom, śnieżnobiałym ramionom i wydatnym ustom, które niesłusznie uważa za wulgarne. Nie analizuje pulchnych rąk, płaskiej jak u chłopca piersi i silnych ud – nie wypada. Czekają na nią słodkie bułeczki i konfitury. Śniadanie je z kuzynką Florence i ciotką Mary pod namiotem rozstawionym w ogrodzie. O dziesiątej przychodzi jej nauczyciel perskiego, stary brodacz, jej zdaniem „uroczy, chociaż jego francuski pozostawia wiele do życzenia”. Po lunchu Gertrude w hamaku ze słownikiem pod ręką czyta poematy Hafeza, pogryzając tabliczkę czekolady. Przed piątą udaje się do swojego pokoju, aby się przebrać w mniej formalną sukienkę popołudniową na five o’clock, rytualną herbatkę w poselstwie zagranicznym. Uczestnicy podjadają przekąski, grają w krykieta na trawniku bądź też w pikietę albo w brydża na werandzie, jeśli jest zbyt gorąco. Ot, takie zabijanie czasu przez ludzi przyzwyczajonych do nudy.
Zapada wieczór, pora na kolejną porcję rozrywek. Panowie we frakach eskortują panie w sukniach z turniurą szytych u modnych paryskich krawców. Kolaskami udają się na przyjęcie do rosyjskiego dyrektora Banku Imperialnego Persji, potem na kolację przy świecach u szlachetnie urodzonego Kadżara w jego pałacu ozdobionym kwiecistą ceramiką i kamieniami szlachetnymi. W pistacjowej toalecie z wysokim kołnierzem, z perłami na szyi Gertrude dobrze się bawi w towarzystwie kuzynki i ciotki. Podziwiają Persyjki obwieszone klejnotami, w szatach z drogocennych tkanin i w futrach – „piękne jak Madonny Rafaela”, pisze Gertrude do ojca – krążą od stołu do stołu, pod ogromnymi kryształowymi żyrandolami tańczą walca za walcem pod przewodnictwem miss Bell, która z niezwykłą łatwością przechodzi z angielskiego na francuski, z francuskiego na niemiecki, z niemieckiego na perski. Śle do rodziców list za listem, we wszystkich pisząc to samo. „Persja to eden, mój rajski ogród. Jakie tu wszystko cudowne… Jaki świat jest ogromny, ogromny i wspaniały”.
Wśród dyplomatów, którzy towarzyszą Florence i Gertrude w wycieczkach, wyróżnia się Henry Cadogan, sekretarz poselstwa. Ten trzydziestotrzyletni kawaler, dokładny i punktualny, zawsze jest pod ręką, gdy panny potrzebują przyzwoitki. Okazuje się nadzwyczaj wrażliwy na wszelkie życzenia miss Bell, która tak jak on interesuje się kulturą Persji. Przebywający od dwóch lat na placówce w Teheranie Cadogan dobrze zna miasto i kraj. Dużo podróżował i czytał, jego melodyjny perski robi wrażenie na Gertrude. Znalazł jej nauczyciela i z radością odsłania przed pannami uroki stolicy.
W towarzystwie szczupłego rozmownego mężczyzny chodzą po bazarze, przystają przy kramikach, by wąchać pęki szafranu i kardamonu, które im podsuwa, kosztują brzoskwiń z Samarkandy, które rozpływają się w ustach. Cadogan uczy je sztuki targowania się z handlarzami przypraw korzennych czy z malarzami miniatur. Gertrude jest w siódmym niebie. „Z panem Cadoganem wszystko jest takie zabawne, bardzo go lubię”, pisze do rodziców.
Kilka dni później miss Bell i Cadogan po raz pierwszy sami się przechadzają przed osławionym Golestanem, należącym do szacha Pałacem Kwiatów. Florence wolała wrócić do domu, zrobiło się jej bardzo gorąco. Cadogan pokazuje Gertrude – kazała mu mówić do siebie nie „miss Bell”, lecz „Gertrude” – działo rozparte pośrodku placu: prawie sto lat temu próżny kapryśny szach – „To pleonazm, drogi panie, kiedy jest mowa o władcy absolutnym!”, zauważa Gertrude z uśmiechem – który przywdziewał czerwone szaty i rubinową koronę, gdy był zły, postanowił wyposażyć Persję w najnowocześniejsze armaty, licząc, że tym sposobem zniechęci Rosjan do ataku na swój kraj. Wyprodukowanie prototypu powierzył kowalowi z Isfahanu, po czym zaprosił przedstawicieli obcych mocarstw na próbną salwę z broni przed swoim pałacem. Zagrały werble i trąbki, wygłoszono długą przemowę. Załadowano działo i szach ostentacyjnym gestem podpalił lont.
– I nie zgadnie pani, Gertrude, co się stało. W armacie zaczęło coś mruczeć, jakby ją wzdęło, plac zadrżał jak w czasie trzęsienia ziemi. Pocisk wybuchł w lufie zamiast na pustyni! Jego Wysokość i zagraniczni wysłannicy kaszleli i kaszleli, ich paradną odzież pokryły tłuste drobinki z chmury sadzy tak czarnej, że zszokowany władca myślał, iż niebo spadło im na głowy. Od tej pory armata stoi tutaj.
Gertrude śmieje się serdecznie i proponuje, by napili się herbaty na bazarze. Pan Cadogan z radością się zgadza – zna handlarza, który parzy ją na modłę rosyjską i podaje ze słodyczami.
*
Jej wuj, sir Frank, znalazł się na tej placówce, aby wzmocnić wpływy brytyjskie w tym operetkowym imperium: Persja to bastion Indii, brama wjazdowa z łatwiejszym dostępem niż poszarpane wierzchołki Hindukuszu i Afganistanu. Indie leżą w centrum gigantycznej strefy handlowej rozciągającej się od Chin po Afrykę Wschodnią. Z portu w Bombaju oddziaływanie Londynu sięga mórz południowych i nowych stref wpływów. Indyjscy robotnicy są niezbędni w kopalniach złota w Afryce Południowej i na plantacjach w Afryce Wschodniej, na Karaibach i na Fidżi. Bez Indii imperium traci wiarygodność, toteż Londyn strzeże swoich tyłów, wymuszając na szachach olbrzymie koncesje, pilnuje także ograniczenia ekspansji Rosji na północy Persji i w Azji Środkowej. To Wielka Gra.
Ta gra fascynuje Gertrude, co sir Frank zauważył. Absolwentka Oksfordu pochłania w „Timesie” dział Wieści z imperium i zadaje trafne pytania, kiedy przychodzi do niego do biura. Nie daje się zwieść dworskiemu przepychowi i wystawnym przyjęciom. Domyśla się, że za kulisami prowadzone są intrygi: Persja to „jedna z figur na szachownicy, na której toczy się rozgrywka o dominację nad światem”. Zastopowani w Europie Rosjanie na początku stulecia zwrócili się ku Azji. Co roku łykają kolejne terytoria, trwa wytężona ekspansja: po zdobyczach na Kaukazie i w stepach Turkiestanu znajdują się już o kilka dni marszu od granicy z Indiami. Dwukrotnie wojska anglo-indyjskie najeżdżały Afganistan w obawie przed wtargnięciem tam Rosjan. „W Europie byliśmy darmozjadami i niewolnikami, a w Azji zjawimy się jako władcy”1, napisał Dostojewski w Dzienniku pisarza. Brytyjczycy są pewni, że Rosjanie chcą sobie podporządkować cały kontynent.
Teraz zerkają ku Persji, z której chętnie uczyniliby swój protektorat.
– Na północnym wschodzie werbują ludzi, by szpiegowali nasze pozycje w Afganistanie – wyjaśnia sir Frank pewnej niedzieli ciekawej Gertrude, wskazując miasto Meszhed na mapie sztabowej, którą rozpostarł na jej prośbę, ale pod warunkiem, że miss Bell natychmiast po wyjściu z pokoju zapomni o tej rozmowie. – Rozdają karabiny w regionie, a ich prowokatorzy sieją tam niezgodę.
Ostrzega ją: rosyjscy inżynierowie, geometrzy i kupcy, których Gertrude spotyka w Teheranie, często pracują dla carskich służb wywiadowczych. Te słowa elektryzują Gertrude, która chce wiedzieć więcej. Wuj zgadza się, żeby czasami towarzyszyła mu w wizytach u perskich notabli lub u zagranicznych wysłanników.
Pewnego wieczoru do depeszy wysyłanej do Ministerstwa Spraw Zagranicznych dodaje postscriptum: „Zwracam uwagę Państwa, że moja siostrzenica, miss Gertrude Bell, byłaby interesującym nabytkiem w służbach Korony. Wielokrotnie widziałem ją w akcji. To ciekawa wszystkiego poliglotka, ma dar, który sprawia, że wywnętrzają się przed nią ludzie wszelkiej maści, niespecjalnie mając się na baczności w obliczu młodej wesołej kobiety wywodzącej się z wysokich sfer. Kiedy trzeba, miss Bell potrafi trzymać język za zębami. Proszę nie tracić jej z widoku”.
Basra, koniec marca 1916 roku
W cieniu komendantury portu Gertrude spogląda na zegarek, na zdobionego kamieniami szlachetnymi Cartiera, którego ojciec jej podarował na trzydzieste urodziny. Siedząc na ławce przed oświetlonym słońcem budynkiem z żółtej cegły, czeka na przybycie kolegi z Biura Arabskiego. Wtem rozlega się wrzask mew, buczenie syreny, pojawia się parowiec. Na dziobie stoi wpatrzony w brzeg młody człowiek i teraz, gdy już rozróżnia szczupłą postać w kapeluszu, podnosi rękę i zrywa czapkę porucznika rezerwy na znak powitania. Jego gęste blond włosy migoczą w południowym słońcu. Zeskakuje na ląd z przypiętą łańcuszkiem walizeczką w lewej ręce i kołyszącym się krokiem idzie w kierunku Gertrude. Zawsze uważała, że on bardziej faluje, niż chodzi. Błyszczą mu przejrzyste lazurowe oczy. Ubrany w spodnie do kolan i w przepoconą koszulkę, wygląda na szesnaście, najwyżej siedemnaście lat, tymczasem w sierpniu skończy dwadzieścia osiem.
– Gertie! – woła.
– Witaj, mały! – wykrzykuje miss Bell.
Thomas Edward Lawrence chwyta ją w objęcia.
Gertrude prowadzi go do siebie, do pobielonego wapnem domku otoczonego ogródkiem, w którym rośnie kilka kukurydz i kwitnący teraz granatowiec. Domek stoi niedaleko wielkiego gaju palmowego, przez który Gertrude przechodzi w drodze do pracy. Przeniosła się do niego kilka dni wcześniej. Jakie dobre wiatry przywiały Lawrence’a? Otóż przybył, by pomóc komendantowi udoskonalić ochronę powietrzną. Gertrude się uśmiecha, częstując go szklanką mleka i kanapkami z ogórkiem. Nie wiedziała, że jest specjalistą w tej dziedzinie. Niecałe trzy miesiące wcześniej w Kairze nanosił poprawki na mapy – dość fantazyjnie, jak mu zarzucała – pisał raporty na temat linii kolejowych i rzeźby terenu Palestyny, powściągając niecierpliwość, liczył wielbłądy i konie pozostające w dyspozycji generałów w razie ofensywy na Synaj. Co więc robi teraz w Mezopotamii? Otóż ma zachęcić Turków, by odstąpili od oblężenia Al-Kutu, wyjaśnia Lawrence, wskazując walizeczkę postawioną u stóp.
W dniu 10 marca tureckie dowództwo, którym kierował Prusak, zaproponowało wojskom anglo-indyjskim kapitulację. Sztab odmówił. Zbliżał się koniec deszczów, znów wrócą upały: Brytyjczycy zyskają przewagę, Tigris Corps odbije miasto; równocześnie przybyli z Persji Rosjanie mieli zaatakować Bagdad, co zmusi Turków do wycofania spod Al-Kutu części oddziałów. Nic jeszcze nie było stracone, zwłaszcza że stratedzy sił anglo-indyjskich przygotowywali operację, która miała pomóc oblężonym. Uzbrojony po zęby parowiec, załadowany tonami żywności, popłynie w górę Tygrysu i w nocy przełamie obronę turecką, by dostarczyć 6. Dywizji zaopatrzenie: mleko skondensowane, suchary i wołowinę. Zaskoczenie będzie tak duże, że okręt, opancerzony konserwami, pokona zaporę wroga. Jak wierzono w Basrze, Turcy nie rozstawili min na rzece ani nie rozciągnęli lin pod wodą.
Londyn odnosił się do tego sceptycznie. Lord Kitchener, słynny minister wojny, szykował inny plan, na wypadek gdyby ta próba się nie powiodła. Bohater wojny burskiej, którego mundur obwieszony odznaczeniami podzwaniał przy każdym ruchu, szczycił się dobrą znajomością wschodniej mentalności. Był gubernatorem Sudanu, potem konsulem generalnym w Egipcie. Żywił przekonanie, że żaden muzułmanin nie oprze się bakszyszowi, zwłaszcza jeśli jest on znaczny. Marszałek Kitchener proponował, by przekazać milion funtów szterlingów tureckim adiutantom pruskiego dowódcy, jeśli pozwolą oddziałom anglo-indyjskim wyjść z okrążenia. Dla przeprowadzenia tej dywersji kairskie Biuro Arabskie zarekomendowało wysłanie do Mezopotamii irytującego młodzika, który nie mógł usiedzieć na miejscu: porucznika rezerwy T.E. Lawrence’a. Właśnie on miał dostarczyć Turkom pieniądze.
– I teraz wiesz już wszystko, Gertie.
*
Gertrude i Lawrence poznali się pięć lat wcześniej, wiosną 1911 roku. Jadąc do Damaszku po długim pobycie w Mezopotamii, Gertrude zawadziła o Karkemisz, byłą hetycką stolicę od tysięcy lat pogrzebaną pod piaskami, gdzie kierownikiem wykopalisk był jej dobry znajomy. Ale nie było go na miejscu, zastała tylko jego dwóch asystentów. Jeden z nich – niewysoki szczupły blondyn jak wiking – zwrócił jej uwagę. Chodził w klapkach z podwiniętymi noskami, we flanelowych szortach piłkarskich i w różowej koszuli, na którą włożył sweter z naszywką jednego z oksfordzkich college’ów, miał też dobrane do niego podkolanówki. Przepasany był szerokim arabskim pasem czerwonego koloru. Jego jasne spojrzenie było na równi zuchwałe i uwodzicielskie. Młody specjalista od średniowiecznej ceramiki – tak się przedstawił – emanował osobliwą mieszaniną siły i kruchości: górna połowa twarzy była miękka, dość kobieca, dolna natomiast znamionowała upór czy wręcz okrucieństwo.
Lawrence i jego kolega serdecznie przyjęli miss Bell, szczęśliwi z poznania renomowanej archeolożki, której książkę o ludach Syrii ciągle wertowali. Zaprowadzili ją na stanowisko, na którym trwały wykopaliska ufortyfikowanego miasta zburzonego przez króla Nabuchodonozora. Częściowo były już odsłonięte fundamenty pałacu. Widać było płaskorzeźby: skrzydlate potwory i demony, kapłanów o ufryzowanych brodach i kapłanki niosące kłosy zboża, kosze owoców, procesję, gazele, polowanie na lwy. Po ścianach biegały jaszczurki. Teren wykopalisk prezentował się zachwycająco. Migoczący złoto Eufrat, wezbrany od topniejących śniegów Taurusu i Kaukazu, przecinał równinę poznaczoną skałami i kwitnącymi drzewami owocowymi w pełnej krasie. Pod nieopisanie przejrzystym niebem rozkwitały szkarłatne zawilce. Kiedy pojawiły się chmury ciężkie od piasku, schronili się w dawnym magazynie lukrecji, w którym mieszkali. Dach w nim co prawda przeciekał, ale niejaki charakter nadawały mu grube kurdyjskie dywany oraz kobaltowoniebieskie i miedzianozielone ceramiki. Czekał tam na nich Ahmad, młody krzepki poganiacz osłów. Lawrence wołał go pieszczotliwie Dahum. Rozmawiał z nim, posługując się poprawnym dialektem arabskiego. Przed domem było przywiązane lamparciątko.
Gertrude obejrzała odciski, które zrobili, ich notatki i szkice, posklejaną ceramikę. Wracała z Aszuru, dawnej stolicy Asyrii, gdzie trwały wykopaliska prowadzone przez Niemieckie Towarzystwo Wschodnie. Badania zrobiły na niej wielkie wrażenie. Zwróciła uwagę swoim młodym rozmówcom, że pracują powierzchownie, a ich opisy pozostawiają wiele do życzenia w porównaniu do opracowań archeologów niemieckich. Mimo to została ugoszczona istną ucztą.
Dahum upiekł kotlety baranie na korzeniach drzewa oliwnego, raczyli się też podpłomykami posypanymi sezamem i kminkiem. Młody Arab podał także herbatę, owoce opuncji obrane z kolców i ze skórki, do tego ciasto morelowe oraz rachatłukum pistacjowe, za którym Gertrude przepadała.
Lawrence nabił następnie fajkę haszyszem, który trzymał w pojemniku na tytoń zrobionym z pianki morskiej; Gertrude zapaliła egipskiego papierosa. Rozmawiali do świtu – o Sumerach, Rzymianach, Bizantyjczykach i krzyżowcach. O architekturze, historii i poezji. O Francuzach, których Lawrence i Gertrude nie cierpieli. Jako młody chłopak Lawrence przejechał całą Francję na rowerze śladami Ryszarda Lwie Serce. Zamki go zachwyciły, ale w pamięci pozostał mu obraz Francuzów sklepikarzy i prawników, przyziemnych drobnomieszczan. Gertrude uważała ich za aroganckich i obleśnych. Nie przypadkiem najwięksi łajdacy królestwa brytyjskiego, zrujnowani arystokraci, oszuści, bigamiści i homoseksualiści, jak na przykład Oscar Wilde, przenosili się do Francji. Tam mogli nadal wieść życie pełne skandali. Francuzi nieładnie zachowywali się przy stole, pobierali się dla kariery, a nie z miłości, i natrząsali się z Angielek, pruderyjnych i romantycznych, tak różnych od bardziej wyemancypowanych Francuzek. Będąc kiedyś przelotnie na paryskim Gare du Nord, przeczytała w „Le Figaro”, że na świecie istnieją trzy rodzaje stworzeń: mężczyzna, kobieta i Angielka, która ma „dwie lewe ręce”. Gertrude i Lawrence podzielali pogląd Burke’a na temat rewolucji 1789 roku – było to straszne wydarzenie, które zburzyło ustalony porządek i tradycję. Oboje pochwalali spuściznę i wolność, wartości ważne dla szlachty. Byli Brytyjczykami.
Lawrence owinął się obszernym płaszczem z bagdadzkiej wielbłądziej wełny, „identycznym jak te, które noszą szajchowie w Górnej Mezopotamii”. Mówił krótkimi zdaniami, ręce trzymając skrzyżowane na piersi. Głos miał łagodny, a pamięć zadziwiającą. Cytował długie ustępy z Arabia Deserta Charlesa M. Doughty’ego, biblii angielskich podróżników po Bliskim Wschodzie. Egzemplarz Gertrude był usiany notatkami, nie rozstawała się z nim, gdy przebywała w regionie. „Jeśli się widziało palmy i namioty z koziej wełny, człowiek już nigdy nie będzie taki sam”… Kiedy Lawrence po raz pierwszy przeczytał Arabia Deserta, wyobraźnia mu zapłonęła i odtąd nie opuszczało go nieodparte pragnienie, aby wyruszyć pomiędzy Arabów, pomiędzy plemiona beduińskie, i napisać kiedyś równie piękną książkę. Marzył, że zmierzy się pewnego dnia z pustynią arabską – to najcięższa próba, która wykuwa charakter i męskość angielskiego podróżnika. Gertrude żywiła podobne ambicje.
Już pierwszej nocy Lawrence zaczął ją darzyć uczuciem, chociaż nie uważał jej za ładną – „no może pod welonem”, napisze do matki niedługo po ich spotkaniu – i w ogóle nie lubił kobiet, a szczególnie kobiet wykształconych. „Wszystkie, które popełniły dzieła literackie, mogły zostać uduszone zaraz po urodzeniu. Historia literatury angielskiej nic by nie straciła”, powie dużo później. Gertrude przebyła pustynię i znała Arabów: dowiodła swojej wartości. Zrzędny dandys i samotna podróżniczka byli do siebie podobni. Zawód archeologa pozwalał obojgu oderwać się od rzeczywistości i schronić w świecie przeszłości, w krainie cudów, jaka wyłaniała się z mitologii i ze świętych ksiąg.
Kiedy przyjeżdżali do Anglii, bliscy z zainteresowaniem słuchali ich relacji, ale w gruncie rzeczy nie rozumieli, co powoduje, że wciąż tam uciekają. Chociaż byli sprawnymi gawędziarzami, brakowało im słów i gestów zdolnych opisać ich doświadczenia, przekazać radość z wędrówki pustymi drogami, opowiedzieć o pięknie, które widzieli, i o upojeniu, intensywności wrażeń, niesamowitej euforii, gdy z rozpalonym ciałem i duszą w niewiarygodnie intensywnym świetle stali przed warownią Nimroda, przed pałacami Nabatejczyków i przed ruinami Byblos, u stóp Wzgórz Galilejskich i ośnieżonej góry Hermon, i na drodze między Damaszkiem a Jerozolimą, wzdłuż której najemni robotnicy odziani na czerwono i niebiesko młócili zboże i zbierali tytoń oraz oliwki.
Lawrence wspominał wysrebrzone noce w ruinach zamków frankijskich, w których spali Tankred i Boemund, i oszołamiający zapach cedrów, sosen i morwowców o zmierzchu. Kąpał się nago w rzekach o brzegach obrośniętych oleandrami i pływał po Eufracie pod niezmierzonym przestworem nieba. Przycupnąwszy na posłaniu ze słomy albo nawet wprost na klepisku, na wzór pierwszych uczniów Chrystusa posilał się skromnym jadłem z wieśniakami o twarzach jak wyjętych z historycznych płaskorzeźb, otoczonymi dziećmi i inwentarzem. Ich tęgie żony o przedramionach pokrytych tatuażami przedtem obmyły mu ręce, polewając je wodą z glinianego dzbanka. Obcy przyjmowany był jak brat, gościnność to rzecz święta. Gertrude i Lawrence doceniali wspaniałomyślność tych ludzi, których cywilizacja na razie nie zdeprawowała.
Łączyło ich coś jeszcze, o czym tamtej nocy słowem nie wspomnieli, lecz dość szybko się tego domyślili: oboje archeolodzy byli cenionymi współpracownikami brytyjskich służb wywiadowczych. Zwerbował ich zresztą ten sam człowiek, łysy kierownik wykopalisk w Karkemiszu, były konserwator w Ashmolean Museum, którego siostra przyjaźniła się z Gertrude od czasów uniwersyteckich. Wziął pod swoje skrzydła młodego Lawrence’a, bo zrobiła na nim wrażenie jego metodyczna klasyfikacja odłamków ceramiki znalezionych w okolicach Oksfordu. Kiedy chłopak wrócił z pierwszej podróży do Syrii, kierownik przestudiował jego zapiski i zdjęcia i uwierzył jego opowieściom, że może maszerować trzynaście godzin dziennie, wmieszać się między miejscowych i nie wyróżniać się wśród nich – niczym Kim, bohater Kiplinga, którego nauki zapamiętał tak doskonale, że mógł zostać dobrym szpiegiem: potrafił znaleźć odpowiednie przebranie, zachowywać się jak tubylcy, mówić ich językiem.
*
Lawrence wyruszał czasem samotnie na tajemnicze długie wędrówki po pustyni. Tamtej wiosny 1911 roku ani on, ani miss Bell nie przypadkiem znaleźli się w Karkemiszu. Było to miejsce strategiczne strzegące jednej z nielicznych przepraw przez Eufrat, od czasów starożytnych walczyły o nie różne mocarstwa. Egipcjanie starli się tam z Asyryjczykami, a Rzymianie z Persami. W odległości zaledwie czterystu metrów od brytyjskiego stanowiska archeologicznego prowadzono innego rodzaju prace, na które Lawrence i Gertrude mieli baczenie. Otóż armia robotników ryła tam w ziemi, wraz z technikami budując przyczółek stalowego mostu pod kierunkiem cywilnych niemieckich inżynierów przybyłych na miejsce kilka tygodni wcześniej. Położono tam właśnie kolejny odcinek torów kolejowych, które w roku 1917 połączą Berlin z Bagdadem i pewnego dnia być może sięgną aż brzegu Zatoki Perskiej. Zatoka Kuwejcka byłaby znakomitym przystankiem końcowym, a w przyszłości etapem początkowym niemieckich morskich połączeń z Bliskim Wschodem.
Tytaniczny rewolucyjny projekt Bagdadbahnu zapowiadał nowe ambicje Niemiec w odniesieniu do Bliskiego Wschodu: chodziło w nim o połączenie Europy Środkowej z Mezopotamią, Morza Północnego i Bałtyku z zachodnimi rubieżami Indii z pominięciem Kanału Sueskiego pozostającego w rękach Brytyjczyków. Niemiecka polityka handlowa i militarna była tak agresywna zarówno w regionie, jak i gdzie indziej, że zmusiła Wielką Brytanię do wyjścia z dobrowolnej izolacji i związania się sojuszem najpierw z Francją – ententa – potem także z Rosją. Tym sposobem Londyn i Sankt Petersburg podzieliły się Persją, Afganistanem i Tybetem, chwilowo zamykając etap Wielkiej Gry.
Cesarz Wilhelm II, zakompleksiony z powodu zniekształconej od urodzenia lewej ręki, marzył o tym, aby być żołnierzem doskonałym. Złakniony chwały, żywił pretensje do poddanych królowej Wiktorii, swojej babki, nie traktowali go bowiem poważnie. Dlatego też kajzer pragnął strącić z najwyższego stopnia podium Wielką Brytanię jako największe mocarstwo świata. Prusy jego ojca zmiażdżyły Danię, Austrię i Francję, po czym zjednoczyły państewka niemieckie. Świeżo powstały naród przymierzał się do prowadzenia polityki światowej w charakterze hegemona. Niemcy miały już najgroźniejszą armię lądową świata; przyjdzie też dzień, gdy zapanują nad morzami i oceanami dzięki supernowoczesnej flocie z nowymi krążownikami i dziesiątkami pancerników skupionymi na razie na Morzu Północnym i na Bałtyku. Przyjdzie czas, gdy ta flota zdominuje morza południowe, i wtedy Niemcy podporządkują sobie brytyjskiego przeciwnika, którego kolonie rozproszone są po całym świecie. Ponieważ Niemcy za późno włączyły się do współzawodnictwa, dostały im się jedynie okruchy: położone w niezdrowym klimacie tereny w Oceanii i Afryce, których nikt nie chciał. A Niemcy rozwijały się w zawrotnym tempie. Ich narodowi i przemysłowi potrzebne były towary kolonialne, surowce, nowe rynki zbytu i ziemie atrakcyjne dla kolonistów. Krewki Wilhelm II zagiął wobec tego parol na Bliski Wschód.
Zwolennicy pangermanizmu już od kilkudziesięciu lat zerkali w stronę Palestyny i równin między Eufratem a Tygrysem. Przybyli z Niemiec rolnicy i agronomowie uczynią je tak żyznymi jak w starożytności, a Mezopotamia stanie się spichlerzem Rzeszy, takim klejnotem przyszłego imperium, jakim dla Anglików były Indie.
Kiedy pod koniec XIX wieku tureccy siepacze zmasakrowali dziesiątki tysięcy chrześcijan, w większości Ormian, Imperium Osmańskie straciło swojego tradycyjnego protektora brytyjskiego. Izolowany sułtan zwrócił się wtedy w stronę Niemiec. W roku 1898 gościł w Konstantynopolu kajzera. Jedne po drugich następowały bankiety, manewry wojskowe i imponujące defilady – na dworze sułtana nigdy jeszcze zagraniczny monarcha nie był tak wystawnie przyjmowany. Kilka dni później Wilhelm II w paradnym stroju, który sam zaprojektował, przechadzał się po Starym Mieście w Jerozolimie: miał na sobie biały marszałkowski mundur, a na głowie hełm zwieńczony ogromnym złotym orłem. W Damaszku poświęcił chwilę na zadumę przy grobie Saladyna, który wypędził z Jerozolimy krzyżowców i ogłosił dżihad przeciwko Frankom w Syrii i Palestynie. Obiecał, że sfinansuje budowę marmurowego mauzoleum, w którym spoczną szczątki wojownika, i ogłosił się przyjacielem wszystkich muzułmanów. Niemcy zapuściły korzenie na Wschodzie. Imperium Osmańskie stanie się ich punktem wyjścia dla ekspansji w Azji i dla projektu Bagdadbahn, na który Wilhelm II otrzyma niebawem koncesję – będzie to niesłychane wyzwanie rzucone Anglikom. Ponadto sułtan obiecał przyznać Niemcom prawo do wydobycia wszystkiego, co odkryją pod ziemią na obszarze dwudziestu kilometrów po obu stronach linii kolejowej.
Kajzer wysłał tam swoich emisariuszy: bankierów, konsulów, oficerów wywiadu. Między Hamburgiem a Zatoką Perską zaczęły kursować parowce. Na uniwersytetach otwierano katedry arabskiego i perskiego. Specjaliści wojskowi przeorganizowali wojska osmańskie. Podpisano traktat o wzajemnej współpracy. Geologowie pod płaszczykiem poszukiwań archeologicznych badali region Mosulu na północy Mezopotamii, gdzie miała biec nowa linia kolejowa. Wyniki były nadzwyczaj zachęcające: wyglądało na to, że znajdują się tam ogromne złoża ropy naftowej. W roku 1886 Karl Benz przetestował pierwszy samochód z silnikiem spalinowym. Zaczynała się nowa epoka.
*
Tego marcowego wieczoru 1916 roku Lawrence wyjmuje z tobołka pomiętą książkę i podaje ją Gertrude. To powieść Johna Buchana Prorok w zielonym płaszczu, którą zdobył w Kairze, rozchwytywana w Anglii i Indiach. „Suchy wiatr wieje ku indyjskiej granicy […]. W całym świecie islamu panuje wielkie wrzenie… Wschód czeka na wywodzącego się z krwi Proroka mędrca, który odnowi chwałę kalifatu i przywróci islamowi niegdysiejszą czystość […]. Szykuje się dżihad. Będzie jak nieodparta nawała, od której runęło Cesarstwo Bizantyńskie i zadrżały mury Wiednia”… Gertrude czytała recenzje tej książki: nowym wyzwolicielem steruje Berlin; święta wojna wspierana przez wojska niemieckie pozbawi imperium brytyjskie posiadłości na Wschodzie i na koniec je obali.
Powieść podsyca paranoję Anglików. Rok wcześniej niemiecki oddział uszkodził rurociąg kompanii angielsko-perskiej; przez kilka tygodni trwały zakłócenia w dostawach ropy dla Royal Navy. Co jeszcze bardziej niepokojące: 14 listopada 1914 roku, podczas uroczystej ceremonii w Meczecie Zwycięzcy (Meczecie Fatih) w Konstantynopolu, osmański sułtan-kalif istotnie wezwał do dżihadu, pierwszego w czasach nowożytnych przeciwko mocarstwom europejskim. Uniósłszy miecz Proroka, ogłosił: „Krew niewiernych będzie mogła popłynąć bezkarnie […]. Chwytajcie ich i zabijajcie, gdziekolwiek ich znajdziecie […]. Każdy muzułmanin na świecie winien przysiąc, że zabije trzech albo czterech niewiernych, którzy nad nami dominują, wrogów Boga i wiary. Będzie oczyszczony z grzechów w dniu sądu”… Mowę tę odczytano w meczetach i wydrukowano w gazetach w całym imperium. Muzułmanie, którzy nie odpowiedzą na to wezwanie, narażą się na gniew Stwórcy.
Zabijanie „niewiernych, którzy nad nami dominują”, czyli głównie kolonizatorów francuskich, rosyjskich i brytyjskich, a nie wszystkich chrześcijan: ewidentnie Niemcy podyktowali mowę sułtanowi. Nakłonili go, by przystąpił do wojny, bo przecież miał jedyną w swoim rodzaju możliwość zmobilizowania fanatycznych sił islamu w Azji. Stawiali teraz na kartę wschodnią, skoro front zachodni utknął w miejscu. Na bazarach i w meczetach służby propagandowe Rzeszy rozpowszechniały informację, że Wilhelm II przeszedł na islam i wyruszył z pielgrzymką do Mekki; że Bóg zesłał muzułmanom kajzera, by uwolnić wiernych od bezbożników; dawano nawet do zrozumienia, że całe Niemcy mogą przyjąć islam. Podpalić Wschód, siać chaos pod sztandarami islamu – z ambasady w Konstantynopolu, kwatery głównej świętej wojny, rozchodziły się drukowane pamflety po arabsku wraz z urzędnikami, orientalistami i agitatorami uzbrojonymi w broń i w złote suwereny. Liczono, że uda się przekonać szacha Persji oraz plemiona afgańskie i ich emira, aby się przyłączyli do germańsko-tureckiego dżihadu i wysłali swoich harcowników na północno-wschodnie pogranicze indyjskie, bardzo trudne do upilnowania. Do Indii, niezwykłego zaiste celu wschodniej krucjaty Wilhelma II. Jego szpiedzy nie pozostawiali cienia wątpliwości: dżihad może zachwiać Indiami. A bez Indii imperium brytyjskie runie i nie pozostanie mu nic innego, jak wycofać się z konfliktu. Niemcy wygrają wojnę i staną się dominującą w świecie siłą.
*
Za wszelką cenę udaremnić niemiecki dżihad – dlatego właśnie Brytyjczykom tak bardzo zależało na zbuntowaniu prowincji arabskich przeciwko Turkom. Stawiali na potomka proroka Muhammada, szarifa Husajna, strażnika świętych miejsc Mekka i Medyna położonych w Hidżazie w Arabii pod zwierzchnictwem osmańskim. Husajn się bał, żeby go Turcy nie usunęli. Jako wywodząca się z legendarnego rodu utytułowana postać w świecie islamu, czym sułtan Konstantynopola nie mógł się poszczycić, był idealnym kandydatem na przywódcę angielskiego kontrdżihadu.
Wysoki komisarz brytyjski w Kairze odkrył, że szarif o kędzierzawej brodzie jest nieustępliwym negocjatorem. Husajn chciał nie tylko broń i złoto, ale po wojnie także wielkie królestwo arabskie złożone z Mezopotamii, Syrii, Arabii i Palestyny, godne średniowiecznych arabskich królestw. Stojący pod ścianą Londyn rozkazał swojemu przedstawicielowi w Egipcie, by obiecał Husajnowi cuda na patyku, ale niejednoznacznie, niewyraźnie, „jak najbardziej mgliście”. Po wojnie będzie czas przypomnieć szarifowi, że jest tylko beduińskim kacykiem. Pierwszą transzę w wysokości dwudziestu tysięcy funtów w złocie wysłano mu niedługo przed Bożym Narodzeniem 1915 roku. Arabski bunt nabierał kształtów. Pozostawało jeszcze przekonać wicekróla Indii – po to właśnie miss Bell kilka tygodni później została wysłana do Delhi – oraz francuskich sojuszników.
*
Kiedy
