Mezalians - R.A. Olek - ebook + audiobook

Mezalians ebook i audiobook

R.A. Olek

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Mezalians – historia miłości, honoru i wyborów w cieniu II wojny światowej

„Mezalians” to powieść historyczna inspirowana losami Marii Krystyny Habsburg, ostatniej żywieckiej księżnej. Opowiada o zakazanej miłości arystokratki i romskiego skrzypka oraz o dramatycznych wyborach, przed którymi staje rodzina Habsburgów w czasie II wojny światowej. To historia, w której uczucie, patriotyzm i honor zostają poddane najtrudniejszej próbie.

Dla kogo jest ta książka?

  • Dla miłośników powieści historycznych opartych na autentycznych postaciach i wydarzeniach.
  • Dla czytelników sag rodzinnych, w których prywatne losy splatają się z wielką historią.
  • Dla osób ceniących emocjonujące historie miłosne, rozgrywające się w czasach wojny.
  • Dla fanów literatury o II wojnie światowej, pokazującej codzienne wybory zwykłych ludzi i arystokracji.

O czym jest „Mezalians”?

Dorastająca w luksusach Maria Krystyna Habsburg podczas balu u Czartoryskich zakochuje się w światowej sławy romskim skrzypku Manouche’u Bavalu. Ich uczucie od początku wydaje się skazane na niepowodzenie – dzielą ich pochodzenie, majątek, społeczne konwenanse oraz plany, jakie wobec księżniczki mają jej rodzice.

Wybuch II wojny światowej sprawia jednak, że rodzinny skandal schodzi na dalszy plan. Żywieccy Habsburgowie stają przed decyzją, która zaważy na ich przyszłości: pozostać wiernymi Polsce czy podpisać volkslistę i ocalić majątek oraz bezpieczeństwo.

Czy można zachować honor w czasach wojny?

Na rodzinę Habsburgów naciskają kapitan SS Peter Weghorst oraz bezwzględny gestapowiec Vorel, którzy prowadzą własną grę pełną intryg i manipulacji. Mimo austriackiego pochodzenia Habsburgowie muszą zdecydować, czy zaryzykują wolność i życie, aby dochować wierności Polsce.

Równolegle poznajemy losy mieszkańców Żywiecczyzny – Kundzi i Janka, Maryśki i Władka oraz miejscowych Romów, których wojna wystawia na równie ciężką próbę.

Jaką rolę odgrywają legendarne skrzypce?

Po latach Manouche Baval wraca do Żywca, by porwać ukochaną Krystynę. Ścigany przez Weghorsta, zmuszony jest uciekać przez góry. Trafia do chaty Kundzi, gdzie pozostawia swoje niezwykłe skrzypce. Instrument staje się symbolem nadziei i splata losy bohaterów, stawiając pytanie, czy pozwoli Bavalowi jeszcze kiedyś odnaleźć ukochaną.

Co wyróżnia tę powieść?

  • inspirowana biografią Marii Krystyny Habsburg, ostatniej żywieckiej księżnej,
  • wielowątkowa opowieść o rodzinie Habsburgów i mieszkańcach Żywiecczyzny,
  • historia zakazanej miłości na tle II wojny światowej,
  • autentyczne realia okupacji i dylemat podpisania volkslisty,
  • motyw tajemniczych skrzypiec, który dodaje opowieści symbolicznego wymiaru.

O autorze

R.A. Olek – pisarz, podróżnik i prawnik. Urodził się w Gdyni, wychował w Koszalinie, a obecnie mieszka w Poznaniu. Jak sam o sobie mówi, jest „pół góralem znad morza”. Pasjonuje się historią, podróżami i górami, a inspiracji do swoich książek szuka zarówno w prawdziwych wydarzeniach, jak i świecie wyobraźni.

Jest laureatem i finalistą licznych konkursów literackich, m.in. Fantazji Zielonogórskich oraz Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, gdzie wielokrotnie wyróżniano jego opowiadania. Zadebiutował dylogią „Niemra”, a pierwszy tom tej serii – „Matilde” – zdobył nominację do Debiutu Roku w plebiscycie Lubimyczytać oraz znalazł się w gronie finalistów Kryminalnego Debiutu Roku w konkursie Gwiazdozbiór Kryminalny Kujawy i Pomorze 2026.

W swoich powieściach łączy rzetelnie odtworzone tło historyczne z wyrazistymi bohaterami i opowieściami o ludzkich wyborach, emocjach oraz konsekwencjach, jakie niosą wielkie wydarzenia dziejowe.

Opinia

„Mezalians to opowieść o miłości, pięknie, prawości, bohaterstwie i honorze – wartościach zdolnych przetrwać każdą burzę.” Maria Paszyńska

FAQ

O czym opowiada „Mezalians”? To powieść historyczna o zakazanej miłości Marii Krystyny Habsburg i romskiego skrzypka Manouche'a Bavala oraz o losach żywieckich Habsburgów podczas II wojny światowej.

Czy historia została oparta na faktach? Tak. Powieść powstała na motywach biografii Marii Krystyny Habsburg, ostatniej żywieckiej księżnej, jednak jej romans z romskim skrzypkiem jest fikcyjny.

Jakie wydarzenia historyczne stanowią tło powieści? Akcja rozgrywa się podczas II wojny światowej i pokazuje m.in. dylemat podpisania volkslisty oraz życie mieszkańców okupowanej Żywiecczyzny.

Kim jest Manouche Baval? To fikcyjna postać – światowej sławy romski skrzypek, którego miłość do Marii Krystyny Habsburg staje się osią całej opowieści.

Jakie motywy porusza książka? Miłość, patriotyzm, honor, wojna, wybory moralne, nierówności społeczne oraz siła rodzinnych więzi.

Komu spodoba się „Mezalians”? Czytelnikom powieści historycznych, sag rodzinnych oraz historii miłosnych osadzonych w realiach II wojny światowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 310

Data ważności licencji: 6/30/2031

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 54 min

Lektor: Izabela Szela

Data ważności licencji: 6/30/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładkiNATALIA TWARDY

Ilustracje na okładceYaseenDjor/Magnifik, Obsessively/Adobe Stock

Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA

RedakcjaMONIKA KRZYWOSZYŃSKA

KorektaANNA KURZYCA

Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © R.A. Olek, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

ISBN 978-83-271-7188-7

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

PROLOG

Skrzypce

1936

Pachnieli wiatrem, wolnością i tanim winem. Cyganie. Nie mieli domów, a ich ojczyzną był cały świat.

Przybywali przed latem, pchani nurtem Loary przez atlantycką bryzę. Felipe Lacroix nie wiedział, skąd przypływali, ale gdy ich barki dobijały do nabrzeża, czuł, że coś się zmienia. Miasteczko Saumur zaczynało pulsować, jakby Bóg tchnął w nie nowe życie.

Do zakładu pana Lacroix przychodzili naprawiać zużyte instrumenty – uzupełniać włosie w smyczkach, struny w gitarach, kołki w mandolinach i skrzypcach. Świecili dziurami w kamizelkach, mieli plamy na spodniach i tłuszcz na zaczesanych za uszy włosach. Uśmiechali się spod sumiastych wąsów, bez cienia wstydu podawali brudne, szorstkie dłonie.

Kolorowi, nieokrzesani, z mnóstwem opowieści ze świata, który dla Felipe był niedostępny i daleki.

Cygan, który przekroczył próg zakładu tamtego dnia, był inny. Młody, ale mimo to dojrzały. Dwudziestoletni brunet o oczach dziecka. Z twarzą jaśniejszą od tamtych, jakby przypadkiem, może jeszcze w niemowlęctwie, dotknęło go słońce. A przy tym elegancki, gładko ogolony, w smokingu i starannie dobranym do niego aksamitnym meloniku.

Zanim wszedł, długo przyglądał się witrynie. Kiedy przekroczył próg, zatrzymał się i zadarł głowę. Wciągnął ulotny zapach drewna i zawiesił wzrok na półkach z instrumentami. Nie patrzył na te najtańsze jak większość jego pobratymców. Szukał czegoś wyjątkowego.

– W czym mogę pomóc, monsieur...? – spytał Lacroix.

Gość spojrzał na sprzedawcę jakby wyrwany ze snu. Po raz pierwszy, od kiedy wszedł.

– Te skrzypce... – Wskazał instrument w samym rogu najwyższej półki.

– Tak? – Sprzedawca odszukał wzrokiem przedmiot pokryty grubą warstwą kurzu.

– Czy ktoś ich dotykał? – spytał nieznajomy.

– Jak to?

– Czy ktoś na nich grał? To bardzo ważne.

– Właściwie to nie pamiętam – skłamał Felipe. – Może mój ojciec, kilkadziesiąt lat temu.

– Piękne – stwierdził Cygan. – Mogę zobaczyć je z bliska?

– Podać je panu? – zapytał Lacroix, nie dowierzając, że nieznajomemu chodzi właśnie o ten instrument.

– Poproszę. – To słowo wybrzmiało jak dawno niewypowiadane zaklęcie.

Lacroix przysunął drabinę, wspiął się po jej stopniach i drżącymi rękami zdjął skrzypce z półki. Nikt nigdy o nie nie pytał. Jakby były przeklęte.

Cygan wziął instrument i delikatnie dotknął palcami gryfu. Z czułością, jakby ujmował dłoń kochanki chwilę przed pocałunkiem. Zbliżył do nich usta i dmuchnął mocno. Na chwilę zniknął w chmurze kurzu. Pozwolił mu opadać, podczas gdy sam badał dłonią miękkość drewna, regularność kształtów, wypukłości pudła, kształty efów i talii. Przytulił policzek do instrumentu i zaciągnął się wonią żywicy.

Drugą dłoń wyciągnął do sprzedawcy, który w milczeniu podał mu smyczek. Włosie dotknęło strun. Osiadło na nich jak motyl na kwiecie. Spróbowało nieśmiało wydobyć z instrumentu odgłos i po chwili zachłysnęło się czystym, pełnym dźwiękiem.

Na twarzy Cygana pojawił się uśmiech, a w jego oczach zatańczyły ogniki. Oderwał smyczek od strun. Dokręcił kołki, sprawdził harmonię, po czym uderzył melodią tak prędką i wyjątkową, że Lacroix na chwilę stracił oddech.

Trele, kwilenia, świergotania przeplatały się z uderzeniami promienistych błysków, gwiaździstych odblasków, grzmotem wodospadów, szumem deszczu i... ciszą.

Ciszą tak dźwięczną, że chciało się usłyszeć, co Cygan zagra dalej.

– Biorę.

– Nie zapyta pan o cenę?

– Nie zapytam... – Cygan uśmiechnął się tajemniczo. – Pan wie, że one nie mają ceny.

1896

Felipe miał je od lat i przechowywał jak relikwię. Skrzypce ojca, ostatni instrument, nad którym stary Lacroix pracował przed śmiercią.

Kiedyś Felipe zachodził do zakładu, by obserwować, jak tato ślęczy nad cienkimi ściankami instrumentu, szlifuje je, pieści. Chucha w zagłębienia ślimaka, dopasowuje kołki, ogląda wypukłości pudła, gładzi ornamenty i talie, wpatruje się w łuki rezonansowych efów, wyostrzonych promieniami słońca zachodzącego po drugiej stronie rzeki.

– To będą magiczne skrzypce, Felipe – mówił ojciec. – Moje najwspanialsze dzieło.

Nie wiedział, że także ostatnie. Lata, które stary Lacroix spędził w zakurzonym warsztacie, pochylony nad instrumentami, często bez snu i jedzenia, wpędziły go w suchoty. Choroba szybko postępowała. Wiosną, kiedy zaczynał pracę nad dziełem swojego życia, pierwszy kaszel wsiąkał kropelkami w jaworową podstawę pudła. Jesienią, gdy kończył, nie dało się już powstrzymać choroby. Przerywał pracę na długie interwały męczącego kasłania i odchrząkiwania krwistej wydzieliny.

Felipe obserwował, jak tato chudnie, wciąż ślęcząc nad wymarzonymi skrzypcami. Jak uparcie poleruje, klei i lakieruje instrument, nieustannie przykładając chusteczkę do ust. Wiele bezsennych nocy i rozgorączkowanych dni.

Wreszcie skończył. Odłożył skrzypce, żeby wyschły przed próbą generalną. Umieścił je na najwyższej półce, gdzie było najcieplej i nie dokuczały przeciągi.

Wyszedł przed zakład i odetchnął głęboko rześkim powietrzem o zapachu rzecznej bryzy. Popatrzył na łodzie leniwie ciągnące nurtem Loary, na zachód słońca, na wzgórza na drugim brzegu porośnięte dorodną winoroślą. Potem wrócił do sklepu, zamknął go od środka i położył się spać, myśląc z dumą o nowych skrzypcach.

W nocy zmarł, nigdy nie wydobywszy z nich dźwięku.

Młody Felipe pochował ojca i przejął po nim zakład. Nie zbliżał się do tych skrzypiec przez cały okres żałoby. Kiedy po roku zdjął czarny garnitur, pierwszy raz spojrzał z czułością na ostatnie dzieło ojca. Wziął instrument do ręki, chcąc przystawić go do brody. Ale nie zdobył się na to.

Były obce. Nie pasowały, paliły dłoń. Felipe poczuł, że nie są dla niego. Musiały poczekać na właściwego człowieka, który wydobędzie z nich pierwszy dźwięk. Obłaskawi je, uwiedzie, okiełzna i pokona. Aż staną się jednym – muzyk i instrument. Kochankowie tworzący piękno.

Felipe odłożył skrzypce na najwyższą półkę i przez lata nie chciał o nich pamiętać. Do czasu, kiedy w wietrzne wiosenne popołudnie w drzwiach zakładu lutniczego „Lacroix i Syn” pojawił się elegancki nieznajomy.

1936

– Nie zapytam – powtórzył Cygan. – Pan wie, co to za skrzypce. Ja też wiem. Najlepsze u pana. Nie na sprzedaż, bo zostały stworzone dla mnie. Dlatego odda mi je pan w zamian za obietnicę.

Cygan splunął na dłoń i wyciągnął ją do sprzedawcy.

– Jaką obietnicę? – zapytał Felipe Lacroix, bezwiednie ściskając podaną rękę.

– Że cały świat będzie o nich mówił. – To powiedziawszy, Cygan spojrzał w oczy zdumionego lutnika. – A marka pana zakładu nie będzie miała sobie równych.

Felipe tylko skinął głową. Klient puścił jego dłoń, bez słowa zamknął instrument w futerale, odwrócił się i wyszedł.

– Zaraz! Nie wyjawił mi pan swojego nazwiska! – krzyknął lutnik, ale drzwi zdążyły już zamknąć się z trzaskiem.

Kurz minionych lat opadł na podłogę. Lacroix długo się zastanawiał, dlaczego Cygan się nie przedstawił.

Kilka tygodni później lutnik przeczytał w ogólnokrajowym dzienniku o nowym geniuszu, który zachwyca świat grą na skrzypcach wykonanych w zakładzie o nieznanej dotąd marce „Lacroix i Syn”, w Saumur – małym, cichym miasteczku nad Loarą.

Wkrótce do Felipe zaczęły spływać zamówienia z całej Europy. Najął czeladników, powiększył zakład i w niedługim czasie przejął konkurencyjne manufaktury z okolicznych miast. W niecałe trzy lata firma „Lacroix i Syn” stała się najsłynniejszym zakładem lutniczym we Francji. A do jej właściciela za sprawą tajemniczego Cygana w jesieni życia uśmiechnęło się szczęście.

I właśnie wtedy gdzieś daleko na wschodzie rozpętała się wojna.

Tagar

1940

Tabor mozolnie przeciskał się traktem przez karpacką puszczę. Była końcówka lata. Świeża zieleń już dawno ustąpiła miejsca rudym barwom nadchodzącej jesieni.

Nad drogą zwisały ciężkie gałęzie świerków, tworząc gąszcz zasłaniający słońce. Ich korzenie wdzierały się drapieżnie w wydartą górom przecinkę. Od czasu do czasu trakt zalewały potoki niosące otoczaki i żwir, a miejscami przejazd zagradzały masywne głazy.

Cyganie nic sobie z tego nie robili. Podobnie jak setki wędrowców przed nimi, sprawnie, acz wolno posuwali się naprzód. Wozy podskakiwały na wybojach, a dzieciarnia darła się wniebogłosy, biegając z psami w pobliżu. Gdzieniegdzie spod plandek wydobywały się smętne dźwięki skrzypiec i gitar.

Było ich wielu. Kełderasze z Węgier liczyli, że uda im się sprzedać kotły. W bogatszych miejscowościach najmowali się do ciesiółki i budowy domów. Przy okazji sprzedawali kute z wprawą kunsztowne kołatki i zawiasy. Lowarzy – odwieczni koczownicy – trzymali się z boku. Podróżowali tylko paroma wozami i z tabunem koni. Liczyli na dobry handel i obłaskawianie wierzchowców. Na tym znali się najlepiej.

Zmierzali w okolice Żywca. Zostawili już za sobą wysokie stoki Pilska. Szli przez Rajczę i mniejsze wioski, obozowali nieopodal ludzkich siedzib. Od lat przywozili w Beskidy dobrą zabawę, tańce, śpiewy i wróżby. Wrócili nawet w tym dziwnym roku, zasnutym od wiosny żelaznymi chmurami spod znaku czarnego orła. Jego cień napawał ich obawą, że czasy wędrujących Romów się kończą. Być może byli ostatnią grupą w tych górach. Nawet jeśli jeszcze się łudzili, że tak nie jest.

Krzepki siwy Lowar jadący na czele kołysał się w siodle. Z przyzwyczajenia obserwował drogę, którą znał jak własną kieszeń. Miał na imię Tagar, co oznaczało króla. Był już stary, choć na takiego nie wyglądał. Na jego ogorzałej twarzy próżno było szukać zmarszczek innych niż te wokół oczu i ust, będące oznakami radosnego usposobienia. Bruzda biegnąca przez środek czoła świadczyła o mądrości, która pokona każde zmartwienie. Tagar, od dziecka wielokrotnie przemierzający szlak na drugą stronę Beskidów, mamrotał coś do siebie i przymykał oczy, jakby przysypiał, ale spod opuszczonych powiek co rusz spoglądał na końskie uszy. Od czasu do czasu podnosił wzrok, aby dojrzeć koniec drogi lub zbliżający się zakręt. W pewnej chwili obejrzał się, słysząc za plecami kłusującego jeźdźca.

Podjechał do niego mężczyzna z gracją trzymający się w siodle, ubrany w drogi płaszcz z karakułów, który kompletnie nie nadawał się do konnej jazdy. Spod jego ekstrawaganckiego melonika wystawały długie kruczoczarne włosy, których strąki zawijały się za uszami i kładły na kołnierzu płaszcza. Spojrzenie miał nieco rozmarzone, ale wystarczająco bystre, by uznać, że wie, czego chce i dokąd zmierza. Nazywał się Manouche Baval i dołączył do taboru niedawno. Skąd pochodził i jaką skrywał tajemnicę – tego Tagar nie wiedział. Nie pytał o to, bo liczył, że obcy, który kazał do siebie mówić Mano, w końcu sam mu wszystko powie.

Elegant nonszalancko trzymał wodze jedną ręką. W drugiej miał złotą fifkę z palącym się papierosem. Konie wyrównały tempo. Mano zaciągnął się głęboko i wydmuchnął dym.

– Daleko jeszcze? – odezwał się, kiedy uznał, że chwila jest odpowiednia.

– Niedaleko. Będzie jakiś tydzień – zażartował przewodnik.

Mówili po niemiecku. Tagar wyuczył się tego języka przez lata wędrówek po krainach austro-węgierskiego imperium. Znał też francuski, węgierski, rumuński, rosyjski i polski, a także różne narzecza romskie. Był obieżyświatem jakich mało, ostatnim może w tej części Karpat.

– A bez postojów? – Mano się zaśmiał. – Jak prędko zajadę do Żywca?

– Opuszczasz nas?

– Może...

– Co ci tak śpieszno?

– Nie twoja rzecz.

– Moja czy nie... – sapnął starzec. – Jak Cygan się spieszy, to może być jedno z dwóch: zabawa albo dziewczyna. Więc co?

– Nie twoja rzecz.

– Moja, boś w moim taborze. Stanie się co, oskarżą, niesłusznie nawet, i wszyscy odpowiemy. Gadzie nas za jednego mają i za twoje uczynki do mnie przyjdą na osąd.

– Dziewczyna.

– Tutejsza czy romska?

– Tutejsza, romska, z osiadłych – skłamał elegant.

– To ci radzę, a posłuchaj mnie... – Tagar przerwał, gdy zauważył, że towarzysz przewraca oczami. – Dojedziemy tam wszyscy w tydzień i się z nią zobaczysz. Pozór się stworzy, odpust jest niedługo, zabawa będzie. Ludziska się zejdą, to i ona okazję będzie lepszą miała, żeby braciom i ojcu z oczu zejść. Nieprawda może?

– Prawda – przyznał niechętnie Mano.

– No. – Starzec popędził konia do kłusu. – To postanowione.

Od taboru oderwał się jeździec. Wyprzedził wszystkich i zagrodził przejazd.

– Kto ty jesteś?! – krzyknął do eleganta. – Łabanec pewnie jaki albo oszust!

Obcy ściągnął wodze. Nie odpowiedział. Nie rozumiał po lowarsku.

– Nawet nie gadasz po naszemu. – Młody Rom prychnął. – Mów zaraz, coś za jeden. Za plecami starego się nie chowaj.

Obcy wzruszył ramionami. Przewodnik wjechał między nich.

– Jedź ze mną, Ćwiek. Pogadamy. – Zmierzył młodego Lowara wzrokiem. Nie znosił sprzeciwu.

Tamten szarpnął wodze i pokłusowali dwie staje przed czoło taboru, zostawiając przybysza.

– Co z niego za Cygan? Z jakich jest Roma? – pytał Ćwiek. – Nie mówi nawet po naszemu. Po co go żeście przyjęli?

– Dołączył, bo się zgodziłem – rzekł twardo Tagar. – Samotnemu wędrowcowi nie odmawiamy pomocy. Masz co przeciw niemu?

Kary ogier przewodnika wyczuł nastrój swojego pana i potrząsnął grzywą. Podjezdek, na którym siedział młody Cygan, wierzgnął nerwowo.

– To może być szpicel. Wiecie wszak, Mądra Głowo, co się Romom szykuje. Licho nie śpi, a broni u nas mało.

– Wiem i nic nowego to nie jest, że na nas nastają. Po zmroku będziemy o tym radzić. – Starzec uspokoił młodego gestem. – A obcy to dobra dusza, wiem to. Choć zbłąkana.

– Skąd niby wiecie?

– Bo prowadzam Lowarów i innych od dziesiątek lat przez te góry. Jak mój ojciec i dziad prowadzali. I umiem poznać, kto jest przeklęty, kto skalany, kto złodziej, szpieg, a kto gorączka, jak ty, Ćwiek. Biedy se tą złością napytasz, Janko, mówię ci.

– Bajanie starucha – syknął Ćwiek.

– Co ty masz do niego, pytam?

– Cokolwiek wam mówi, łże – gorączkował się młodzieniec. – Próba niech będzie. Albo niech opowie wszystkim, skąd się wziął i po co z nami jedzie.

– Nie zmusisz nikogo, by o sobie gadał, kiedy nie jest gotów. Mnie rzekł, jaki ma cel. – Przewodnik zacisnął palce na wodzach. – I wystarczy.

– Nie mnie. – Koń młodego Lowara zatańczył, zbyt mocno pociągnięty za łeb. – Żądam sądu, próby czaszki, że nie łże ten obcy.

– To nie sprawa na picie z czaszki! – odparł z oburzeniem starzec. – Świecy nawet nie ma co na nią łamać.

– Tak mówicie, a ja ciekawym, jak z przysięgą będzie kręcił. Szpicel to, mówię wam. – Skierował oskarżycielsko palec w stronę obcego.

Ten ostentacyjnie patrzył to na swoje paznokcie, to na wierzchołki drzew.

– Próby żądam! – warknął Ćwiek. – Na pierwszym postoju.

– A żądaj sobie. – Stary wzruszył ramionami.

– Nie możecie odmówić.

– Mogę i odmawiam.

– Nie możecie, jeśli przed wszystkimi zażądam i oskarżę, że on łabanec.

– Czym niby skażony jest?

– Łgarstwem, bo to gadzio, nie żaden Cygan. Albo co gorsza zdrajca i wywołaniec, famuso.

– Uważaj, Ćwiek, jakie słowa na wiatr rzucasz. Bo się poniosą i już ich nie złapiesz. Wielkie to oskarżenie, którego będziesz musiał dowieść. Masz siłę w sobie, żeby się spierać ze mną przy wszystkich? – W głosie starca zabrzmiało złowrogie ostrzeżenie. – Obyś nie skalał czci Lowarów i sam wywołańcem nie został.

– Do czorta z tym! – Ćwiek wściekle szarpnął wodze. – Jeśli do następnego postoju nie powie, kim jest, wezwę go przy wszystkich do próby. I zobaczymy, czy on, czy ja.

– Zobaczymy. – Przewodnik uśmiechnął się pod wąsem. – Może nawet wcześniej niż chcesz. A ty tymczasem zważaj na swojego konia, bo coś mu fałszywie gra podkowa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki