Niemra. Matilde - R.A. Olek - ebook

Niemra. Matilde ebook

R.A. Olek

4,5
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Zaskakująca. Nieodkładalna. Niezapomniana.

Opowieść o miłości, przyjaźni i stracie w czasach, gdy zubożałe i upokorzone Niemcy wstawały z kolan, a pełni nadziei i pychy niemieccy chłopcy i dziewczęta wierzyli, że świat stoi przed nimi otworem… Tymczasem on runął, a pod gruzami legło całe ich dotychczasowe życie.

Krótko przed wybuchem II wojny światowej najlepsza partia w mieście – Matilde Berg, córka majętnego bankiera z Breslau – pragnie poślubić Hansa. Działacz Hitlerjugend, syn cukiernika z okrytej złą sławą dzielnicy, nie podoba się ojcu dziewczyny. Zakochani szukają więc pomocy u gestapowca Lischki, nie dostrzegając jego nieczystych intencji.

Wkrótce Hansa porywa wojenna zawierucha, a rodzice Matilde trafiają do obozu. Pozbawiona bliskich dziewczyna będzie musiała stawić czoła dorosłości i przetrwać koszmar oblężenia Festung Breslau.

Czy jej miłość do Hansa wytrzyma próbę czasu? Czy życie ma sens, kiedy tracisz wszystko, co kochasz? Kim jest Matilde Berg i kim się stanie, żeby przeżyć?

Po wielu latach inna Matylda zada te pytania pewnemu emerytowanemu milicjantowi. Razem odkryją historię tytułowej Niemry, nieodłącznie związaną z niemieckim Breslau i polskim Wrocławiem.

„Jeden z najciekawszych debiutów powieściowych ostatnich lat”. Maciej Siembieda, autor serii o Jakubie Kani oraz KATHARSIS

„Powieść, która zaskakuje. Z każdą przewróconą kartką coraz bardziej pragniesz się dowiedzieć, co dalej”. Zofia Mąkosa, autorka serii WENDYJSKA WINNICA, MAKOWA SPÓDNICA i POMIĘDZY

„Wyborny, niezwykle dojrzały debiut! Powieść, jaka nie zdarza się często. Nie można jej pominąć w swoich czytelniczych planach! Świetny styl i pasjonująca, nietuzinkowa fabuła, łącząca elementy kryminału, romansu i powieści historycznej. I ten wcale nie tak cichy bohater, którym autor uczynił niemieckie Breslau i polski Wrocław… Oto przepis na bestseller!” Małgorzata Tinc, ladymargot.pl

„Bezkompromisowy obraz hitlerowskiej indoktrynacji i jej destrukcyjnego wpływu na młode umysły. Opowieść o kobiecie, która boleśnie zderzyła się z fikcją, jaką okazała się ideologia, która zniszczyła tak wiele istnień...” Joanna Wolf, @nienaczytana

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 331

Data ważności licencji: 3/30/2030

Oceny
4,5 (24 oceny)
15
7
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Gosia791113

Nie oderwiesz się od lektury

„Nazywam się Matylda Górna i jestem martwa. Tak napisano na grobie, na który właśnie patrzę.” Tym razem przychodze do was nie z recenzją kryminału czy romantasy, ale z książką historyczno-obyczajową. „Matilde” jest pierwszym tomem cyklu #Niemra. Akcja dzieje się w moim kochanym Wrocławiu, a raczej w Breslau w latach 1938-1945. Uwielbiam książki w tym klimacie. Główną bohaterkę, Matilde Berg, poznajemy jako nastolatkę z dobrego, zamożnego domu, która zakochuje się w Hansim, synu właściciela cukierni. Opócz pierwszej miłości łączy ich coś dużo większego. Idea. Idea wspaniałych, silnych Niemiec. Oboje są bardzo zaangażowani w działalność na rzecz swojego kraju i oboje są zdeterminowani stworzyć modelową aryjską rodzinę, wbrew rodzinie Matilde. Pierwszy raz spotykam się z książką, która pokazuje czas II wojny od strony Niemców. Mimo, że stoją oni po zwycienskiej stronie, wcale nie oznacza to braku dramatów w ich życiu. Możemy zrozumieć, że ówczesna administracja podobnie traktowała wrogów ...
10
bokus

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniały debiut! Wspaniała książka, trudno się oderwać. Niecierpliwie czekam na dalszą część!
10
bodzio1965

Nie oderwiesz się od lektury

Opowieści o trudnych czasach wspaniałe napisana ,wciaga od pierwszego wyrazu do samego konca.
00
Frysia8

Nie oderwiesz się od lektury

polecam, dobra książka
00
AgnieszkaDabek2

Dobrze spędzony czas

Genialna i nie do odłożenia. Polecam
00

Popularność




Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Pro­jekt se­rii i okładkiNA­TA­LIA TWARDY
Ilu­stra­cje na okładce oraz we wnę­trzu© do­vla­982/Adobe Stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC
Re­dak­cjaMAŁ­GO­RZATA GRO­CHOCKA
Ko­rektaANNA KU­RZYCA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM – RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Po­lish edi­tion © R.A. Olek, Pu­bli­cat S.A. MMXXV (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved.
ISBN 978-83-271-6907-5
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­znica@pu­bli­cat.pl

Przed­wo­jenne na­zwy nie­miec­kie i ich pol­skie od­po­wied­niki

Bad Po­lzin – Po­łczyn-Zdrój

Bad Re­inerz – Dusz­niki-Zdrój

Barm­he­rzige Brüder­kir­che – Ko­ściół Świę­tej Trójcy Za­konu Bo­ni­fra­trów

Beu­then – By­tom

Bie­litz – Biel­sko

Bre­slau – Wro­cław

Bruch­nal – Ja­wo­rów

Brück­tor­brücke – most nad Mły­nówką

Deutsch Lissa – Le­śnica, osie­dle Wro­cła­wia

Eu­len­ge­birge – Góry So­wie

Fün­fte­ichen – Mi­ło­szyce

Glatz – Kłodzko

Glat­zer Ne­iße – Nysa Kłodzka, rzeka

Gol­la­so­witz – Go­la­so­wice

Ha­bel­schwerdt – By­strzyca Kłodzka

Haupt­bahn­hof – Dwo­rzec Główny

Heu­scheu­er­ge­birge – Góry Sto­łowe

Hir­sch­berg – Je­le­nia Góra

Hohn­dorf – Wy­szki

Ka­iser­brücke – most Ce­sar­ski

Ka­iser-Wil­helm­straße – ul. Po­wstań­ców Ślą­skich

Kat­to­witz – Ka­to­wice

Klein Gan­dau – Gą­dów Mały, osie­dle Wro­cła­wia

Klet­sch­kau­er­straße – ul. Klecz­kow­ska

Krie­tern – Krzyki, dziel­nica Wro­cła­wia

Le­ier­dör­fel – Kar­łó­wek

Lem­berg – Lwów

Lie­gnitz – Le­gnica

Löwen­brun­nen – Lwia fon­tanna

Me­mel­land­straße – ul. Pia­stow­ska

Neu­dor­fstraße – ul. Ko­man­dor­ska

Nie­der­schle­sien – Dolny Śląsk

Oder-Stadt­teil – Przed­mie­ście Od­rzań­skie

Rie­sen­ge­birge – Kar­ko­no­sze

San­din­sel – Wy­spa Pia­skowa

Sche­it­ni­ger Stern – Gwiazda Szczyt­nicka, dziś: pl. Grun­waldzki

Schüt­zen­straße – ul. Ło­wiecka

Schwe­id­nitz – Świd­nica

Stadt­gra­ben – ul. Pod­wale

St.-The­re­sien-Gym­na­sium – Gim­na­zjum św. Te­resy

Su­de­ten – Su­dety

Süd­park – park Po­łu­dniowy

Tau­ent­zien­platz – pl. Ko­ściuszki

Te­schen – Cie­szyn

Tsche­pine – Szcze­pin, osie­dle Wro­cła­wia

War­schau – War­szawa

War­tha – Bardo

We­istritz – By­strzyca, rzeka

Zob­ten­berg – Ślęża

Pro­log

1970

Na­zy­wam się Ma­tylda Górna i je­stem mar­twa. Tak na­pi­sano na gro­bie, na który wła­śnie pa­trzę. „Zm. 17 paź­dzier­nika 1956”. Imię i na­zwi­sko – moje. Dla­tego tu­taj przy­szłam. Żeby się upew­nić. I za­pa­lić świeczkę.

Wielki paź kró­lo­wej roz­siadł się na po­mniku. Po­woli roz­kłada i składa skrzy­dła, jakby chciał mi coś po­ka­zać. Może po­wie­dzieć? Dziwne, skąd tu mo­tyl o tej po­rze roku? Prze­cież zni­kają spło­szone pierw­szym chło­dem je­sieni.

– Dzień do­bry – do­biega mnie zza ple­ców. Od­wra­cam się i wi­dzę męż­czy­znę o za­tro­ska­nych oczach. Do­strze­gam w nich py­ta­nie.

– Dzień do­bry, ja przy­pad­kiem. Prze­cho­dzi­łam i... – Za­czy­nam się tłu­ma­czyć. Nie chcę, by się do­my­ślił, że to nie jest przy­pa­dek.

– Kim pani jest? – Prze­rywa mi, jakby znał nie tylko dal­szy ciąg zda­nia, lecz także wie­dział, o czym my­śla­łam, wy­bie­ra­jąc się na ten grób. Je­dyny z ta­kim na­zwi­skiem na cmen­ta­rzu w Kłodzku.

– Dla­czego pan pyta? – Uśmie­cham się ner­wowo. On wciąż się we mnie wpa­truje. – Mó­wi­łam już, że prze­cho­dzi­łam przy­pad­kiem i za­in­te­re­so­wał mnie ten grób. Pan we Wszyst­kich Świę­tych nie czyta na­pi­sów na na­grob­kach?

– Nie – od­po­wiada. – Ja przy­cho­dzę tylko na ten je­den. – Po­ka­zuje na po­mnik, ale wciąż się we mnie wpa­truje. To krę­pu­jące, ale w ja­kiś prze­dziwny spo­sób miłe. W jego spoj­rze­niu nie ma na­tar­czy­wo­ści, ra­czej zdzi­wie­nie. Jakby chciał się upew­nić, czy do­brze wi­dzi.

Znów spo­glą­dam na po­mnik. Paź kró­lo­wej gdzieś znik­nął.

– „Po­kój jej du­szy” – czy­tam. – Ład­nie. My­śli pan, że ma po­kój? Ta Ma­tylda?

Męż­czy­zna wzdryga się i od­wraca wzrok. Po­chyla się, żeby po­sta­wić znicz. Wieje dziś ja­koś tak nie­przy­jem­nie, li­ście lecą na grób. Pod­nosi je­den i ob­raca w pal­cach. Chowa go za pa­zu­chę i sięga do kie­szeni płasz­cza po pa­pie­rosy. Czę­stuje mnie bez słowa, ale kręcę głową, że dzię­kuję. Od­pala jed­nego, za­ciąga się.

– Mogę pa­nią za­pro­sić na kawę?

– Dla­czego? – py­tam za­sko­czona.

Męż­czy­zna jest ode mnie dużo star­szy, szpa­ko­waty. Trzyma się pro­sto. Bez trudu po­chy­lał się nad płytą. Pew­nie ro­bił to wiele razy, co­dzien­nie, bez naj­mniej­szego wy­siłku. Przy­stojny, ale prze­cież mógłby być moim oj­cem. Tylko te oczy, młod­sze niż twarz.

– Chcę pani o kimś opo­wie­dzieć – mówi, wy­pusz­cza­jąc ob­łok dymu.

– O niej? – py­tam, wska­zu­jąc na grób.

Po­ta­kuje i znowu się za­ciąga.

– A w za­mian pani po­wie mi, kim jest i co pani tu robi.

Udaję, że się za­sta­na­wiam, ale prze­cież tego wła­śnie chcia­łam. Przy­szłam tu po od­po­wie­dzi.

– Do­brze – mó­wię. – Cho­ciaż nie co dzień uma­wiam się na kawę z nie­zna­jo­mymi. W za­sa­dzie ni­gdy.

Za­ciąga się ostatni raz. Wi­dzę, jak drżą palce, któ­rymi trzyma pa­pie­rosa. To nie z po­wodu zimna, je­stem pewna.

Idziemy ra­mię w ra­mię alejką do bramy cmen­ta­rza. On pach­nie ty­to­niem, wodą ko­loń­ską i czymś jesz­cze, bar­dzo od­le­głym. Dłuż­szą chwilę pró­buję to roz­po­znać, wresz­cie do mnie do­ciera. To za­pach mo­rza – fal, pia­sku i pół­noc­nego wia­tru.

Przy bra­mie że­gnają nas buki, ma­cha­jąc na wie­trze go­łymi ra­mio­nami. Ty­siące ogni­ków chwieje się w gę­stym od mgły po­wie­trzu.

– Nie za­pa­lił pan świeczki – ni to py­tam, ni za­uwa­żam.

– Nie mu­szę. – Uśmie­cha się, pierw­szy raz. – Ona wie, że pa­mię­tam.

***

Po­rucz­nik Le­sław Ja­siń­ski by­wał w Kłodzku rzadko, za to re­gu­lar­nie. Raz w roku lu­bił od­wie­dzić stare kąty, przejść się po rynku i placu Grot­t­gera. Wpa­dał do ko­mendy mi­li­cji przy placu Cho­pina, gdzie za­czy­nał ka­rierę jesz­cze w la­tach pięć­dzie­sią­tych. Urze­kły go wtedy nie­od­le­głe góry, po­nie­miec­kie ka­mie­nice i ulotny za­pach wspo­mnień po daw­nym uroku mia­steczka.

Dla­czego przy­jeż­dżał na Dolny Śląsk za­wsze u progu je­sieni? Mó­wił, że lubi spo­kój, ci­szę i li­ście opa­da­jące pod cię­ża­rem sią­pią­cego desz­czu. Zna­jomi z Gdyni, gdzie miesz­kał i pra­co­wał, pu­kali się w czoło. Ale on, kiedy tylko mógł, brał urlop w Za­duszki.

– Pan znowu u nas – po­wie­działa pani He­lenka, re­cep­cjo­nistka w ho­telu Asto­ria. Jej trwała on­du­la­cja była sym­bo­lem mia­sta pra­wie na równi z Twier­dzą Kłodzko, a dla by­wal­ców Asto­rii na­wet więk­szym.

„Pewne rze­czy się nie zmie­niają” – po­my­ślał Ja­siń­ski.

– Je­sień, pani He­lenko. Jak co roku to mój czas na Kłodzko – od­parł.

– Po­kój ten sam co za­wsze?

– Tak, po­pro­szę.

– Który to już bę­dzie raz?

– Trzy­na­sty chyba, zresztą kto to zli­czy.

– Oj, to pe­chowy? Nie szkoda panu urlopu na Kłodzko?

Nie od­po­wie­dział od razu. Tak na­prawdę przy­jeż­dżał do Kłodzka na cmen­tarz. To tam by­wał, naj­czę­ściej z koń­cem paź­dzier­nika, za­nim jesz­cze groby roz­świe­tlił blask ty­sięcy ogni­ków.

– Lu­bię za­pach tego mia­sta, spa­cery przez most Że­la­zny, na ry­nek i do twier­dzy. – Za­pa­trzył się w nie­wi­dzialny punkt w prze­szło­ści. – I re­stau­ra­cję Pod Pstrą­giem. Nie ma pani cza­sem wra­że­nia, że ten lo­kal trwa w tym sa­mym miej­scu nie­za­leż­nie od ka­pry­sów rzeki? Tyle razy wy­le­wała, a pły­nie prze­cież pra­wie pod pod­łogą.

– Z pana jest po­eta. – He­lenka po­ki­wała głową. – A że Nysa ka­pry­śna, to ra­cja. Kaśka spod Pstrąga mówi, że co chwila im ele­wa­cję pod­mywa. I grzyb włazi.

– Wi­dzi pani? A trwają, na prze­kór rzece.

– I po to pan przy­jeż­dża, pa­trzeć na Nysę? Je­dzie mi tu czołg? – He­lenka od­chy­liła po­wiekę ob­fi­cie wy­sma­ro­waną tu­szem.

– Taki tyci, tyci może je­dzie – dro­czył się Ja­siń­ski. – Do­bra­noc, pani He­lenko. – Wziął klucz, za­mknął się w po­koju i za­raz za­snął.

Przy­śniło mu się, że prze­cha­dza się po cmen­tar­nych alej­kach tą samą trasą co za­wsze i idzie do za­po­mnia­nej kwa­tery z na­pi­sem „Po­kój jej du­szy”. Siada przy niej, za­pala znicz i my­śli.

Nie­raz za­sta­na­wiał się, co tam robi. Dla­czego przez tyle lat nie może za­po­mnieć wy­da­rzeń z paź­dzier­nika pięć­dzie­sią­tego szó­stego, kiedy w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach zgi­nęła je­dyna osoba, którą ko­chał.

„Zo­stała za­mor­do­wana” – po­pra­wiał się cza­sem, w my­ślach od­czy­tu­jąc co roku datę jej śmierci. Nie żyła, o czym za każ­dym ra­zem mu­siał so­bie przy­po­mi­nać, pa­ląc pa­pie­rosa za pa­pie­ro­sem nad jej gro­bem. Ni­gdy nie po­znał wszyst­kich oko­licz­no­ści tej bez­sen­sow­nej śmierci. Wie­dział tylko, że wtedy, w pięć­dzie­sią­tym szó­stym, świat się dla niego skoń­czył. Pa­mięt­nego sie­dem­na­stego paź­dzier­nika.

– Stało się, ode­szła – po­wie­dział na głos i się obu­dził, zlany po­tem i ro­ze­dr­gany. Nie da­wało mu spo­koju uczu­cie, że to, co po­wie­dział, nie jest prawdą. Pierw­szy raz od lat za­pra­gnął wró­cić do tam­tej sprawy.

Ubrał się po­spiesz­nie i zszedł na śnia­da­nie. Było krótko po szó­stej, jesz­cze ciemno. Zła­pał ka­wa­łek bułki z dże­mem, po­pił kawą zbo­żową i szybko wy­szedł z ho­telu, żeby nie spo­tkać wścib­skiej He­lenki.

Jak na ko­niec paź­dzier­nika po­goda wy­jąt­kowo do­pi­sy­wała. Nie pa­dało, a słońce zda­wało się że­gnać lato ostat­nimi pro­mie­niami cie­pła. Ze względu na aurę Ja­siń­ski spo­dzie­wał się wię­cej od­wie­dza­ją­cych niż zwy­kle. Za­sko­czyły go ci­sza i pustki na za­cie­nio­nych alej­kach. Prze­spa­ce­ro­wał się swoją zwy­cza­jową trasą, zdzi­wiony, jak nie­wiele się tu zmie­niło od ze­szłego roku. Nie­które miej­sca wy­glą­dały tak samo od trzy­na­stu lat. Jakby nikt już nie umie­rał. Tylko drzewa sią sta­rzały. I wspo­mnie­nia. Do­tarł na „swój” grób.

„Dziwna ta je­sień, nie­ty­powa” – po­my­ślał, za­pa­la­jąc znicz. Jakby na po­twier­dze­nie jego prze­czuć, nie­da­leko roz­legł się od­głos kro­ków.

Ja­siń­ski skrzy­wił się po­iry­to­wany, że ktoś za­kłó­cił mu chwilę kon­tem­pla­cji. Zga­sił pa­pie­rosa i od­szedł od grobu. Chciał się upew­nić, czy jego świeczka nie znik­nie. Zda­rzało się już przed Za­dusz­kami, że kra­dziono po­je­dyn­cze zni­cze. Sta­nął na rogu alejki za ży­wo­pło­tem i na­słu­chi­wał.

Ktoś zbli­żał się w nie­rów­nym tem­pie, za­trzy­my­wał się, po czym na prze­mian szedł i biegł.

„Ja­kiś rap­tus” – po­my­ślał Ja­siń­ski. „Kto biega po cmen­ta­rzu. Zło­dziej?”

Wyj­rzał ostroż­nie zza krza­ków, aku­rat kiedy ta osoba za­trzy­mała się przy gro­bie. „Jego” gro­bie, pod­pi­sa­nym Ma­tylda Górna, ur. 10 lu­tego 1923, zm. 17 paź­dzier­nika 1956.

Nie­spo­dzie­wany gość nie był zło­dzie­jem. Ja­siń­ski oce­nił z kil­ku­dzie­się­ciu me­trów: dziew­czyna, lat około dwu­dzie­stu pię­ciu, ubrana mło­dzie­żowo w spodnie dzwony i kurtkę parkę. Włosy dłu­gie, ja­sny blond. Tyle za­no­to­wał w pa­mięci. Od­szedł za­wsty­dzony. Za­pewne przy­pad­kowa osoba, która za­in­te­re­so­wała się na­pi­sem na gro­bie.

Na­za­jutrz, obok swo­jego zni­cza, zna­lazł świeczkę.

Każ­dego na­stęp­nego dnia zja­wiał się na cmen­ta­rzu o tej sa­mej po­rze, krótko przed wie­czo­rem. Świeczka od ta­jem­ni­czego go­ścia już stała. Co­dzien­nie nowa. Ja­siń­ski za­pa­lał swoją. Rano za­pewne ta­jem­ni­cza nie­zna­joma znaj­do­wała ją wy­pa­loną i zo­sta­wiała na­stępną. Taka roz­mowa zni­czy trwała pra­wie ty­dzień.

Ja­siń­ski nie chciał spo­tka­nia z dziew­czyną. Za­sta­na­wiał się nad wcze­śniej­szym wy­jaz­dem, za­prze­sta­niem od­wie­dzin, za­koń­cze­niem tej hi­sto­rii, która prze­cież już dawno była za­mknięta. Pierw­szego li­sto­pada nie przy­szedł na grób, li­cząc, że ona od­wie­dzi go wtedy po raz ostatni. Dru­giego, za­raz po śnia­da­niu, spa­ko­wał swoje rze­czy i po­szedł na cmen­tarz. Szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzył alejki do sta­rej kwa­tery z za­mia­rem po­że­gna­nia się z Ma­tyldą.

Dziew­czyna już tam była. Stała nad gro­bem, wpa­tru­jąc się w wy­pa­lony znicz i swoją świeczkę. Po­czuł, że robi mu się go­rąco na myśl, że ktoś oprócz niego czyta te same li­tery i daty, tak bar­dzo na­zna­czone smut­kiem.

– Dzień do­bry – ode­zwał się gło­śno.

Od­wró­ciła się i spoj­rzała na niego. Ta twarz, tak zna­joma, a jed­nak inna. Za­marł. Od­po­wie­działa coś, ale nie usły­szał co.

Wy­star­czył mu dźwięk głosu.

***

Przy­kle­jony do twier­dzy kłodzki ry­nek nie jest duży, ale ma wiele uroku. Za­nim prze­to­czyły się przez niego wo­jenne za­wie­ru­chy, go­ścili tu żoł­nie­rze i ofi­ce­ro­wie pru­skiego gar­ni­zonu. Przy­cho­dzili do Café Moltke, flir­to­wali z da­mami przy fon­tan­nie Löwen­brun­nen albo szu­kali płat­nego to­wa­rzy­stwa w oko­li­cach Brück­tor­brücke.

W tam­tych cza­sach wy­da­wało się, że Glatz bę­dzie taki za­wsze, ale hi­sto­ria jak rzeka zmie­niła bieg pod wpły­wem dzie­jo­wej po­wo­dzi. Twier­dza opu­sto­szała, a gwar niem­czy­zny za­stą­piło pol­skie sze­lesz­cze­nie. Ka­mie­nice, od­dane prze­sie­dleń­com ze wschodu, gu­biły tynk i dawny szyk. Sklepy, ka­wiar­nie i re­stau­ra­cje opu­sto­szały. Tylko Ra­tu­szowa trzy­mała fa­son, od­wie­dzana przez miej­sco­wych no­ta­bli no­wej Pol­ski i nie­licz­nych tu­ry­stów.

„Ta­kie to nie­dzi­siej­sze, bur­żuj­skie” – po­my­ślała Ma­tylda, pod­no­sząc do ust fi­li­żankę kawy.

Sie­działa z nie­zna­jo­mym, wdy­cha­jąc aro­maty pod­wie­czorku zmie­szane z wil­got­nym za­pa­chem sta­rych płasz­czy. Nie czuła się do­brze w ta­kim miej­scu, ale on je wy­brał i nie wy­pa­dało od­mó­wić. Mi­ster­nie wy­ko­nane na­czynko, wy­ma­lo­wane w mo­tyle, le­dwo można było zła­pać za uszko. Po­my­ślała, że fi­li­żanki, z któ­rych piją, mogą pa­mię­tać jesz­cze ko­men­danta twier­dzy albo przed­wo­jen­nych wła­ści­cieli ka­mie­nic do­koła rynku.

– Sma­kuje pani? – za­py­tał.

– Nie bar­dzo – od­parła szcze­rze. – Nie lu­bię kawy. Tam, gdzie się wy­cho­wa­łam, była okropna.

– Och, trzeba było po­wie­dzieć. Za­mó­wił­bym her­batę. – Od­wró­cił się, żeby we­zwać ob­sługę.

– Nie ma pro­blemu. Spró­buję, skoro już je­stem w ta­kim miej­scu. – Uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco. – Jest inna niż tam, pew­nie lep­sza. Tylko wspo­mnie­nie spra­wia, że nie po­tra­fię do­ce­nić smaku.

– A skąd pani po­cho­dzi?

– Po­wiem, je­śli pan się wresz­cie przed­stawi. – Spoj­rzała na niego znad fi­li­żanki.

– Och, prze­pra­szam. W tym za­mie­sza­niu za­po­mnia­łem. – Ner­wo­wym ge­stem po­pra­wił man­kiet, za­kło­po­tany jej ba­daw­czym spoj­rze­niem.

– Nie było żad­nego za­mie­sza­nia – po­wie­działa Ma­tylda. – Spo­tka­li­śmy się prze­cież na cmen­ta­rzu. Trudno o bar­dziej spo­kojne miej­sce.

– To za­leży... – Męż­czy­zna się za­my­ślił, ale po chwili wy­cią­gnął dłoń. – Le­sław Ja­siń­ski.

– Ma­tylda Górna. – Gdy od­da­wała uścisk, po­czuła, że za­drżał. – Co się stało?

– Nic. – Cof­nął gwał­tow­nie rękę, trą­ca­jąc fi­li­żankę. Kawa się roz­lała, na­czy­nie spa­dło na pod­łogę i roz­biło się z brzę­kiem.

– Wszystko w po­rządku, pa­nie po­rucz­niku? – za­py­tała zza kon­tu­aru kor­pu­lentna kel­nerka.

– Tak – od­parł. – To zna­czy nie, pani Lo­dziu. Zbi­łem fi­li­żankę, prze­pra­szam.

– Nic się nie stało, pa­nie Leszku. – Kel­nerka po­de­szła ze ścierką i za­brała się do wy­cie­ra­nia plamy.

– Po­skle­jam, obie­cuję.

– Który to już raz, pa­nie po­rucz­niku? – Mru­gnęła do niego i wró­ciła do pu­co­wa­nia kie­lisz­ków. – Do­brze, że pija pan w fi­li­żan­kach tylko z tego kom­pletu.

Ostat­nią uwagę po­mi­nął mil­cze­niem. Wró­cił my­ślami do mło­dej to­wa­rzyszki. Wpa­try­wał się w nią i nie­znacz­nie marsz­czył brwi, jakby się za­sta­na­wiał, z kim ma do czy­nie­nia.

– Pani imię – wy­du­sił wresz­cie. – Na­zywa się pani tak samo jak ona. – Ostat­nie słowo wy­po­wie­dział z drże­niem, w któ­rym dziew­czyna usły­szała czu­łość. I ból.

– Wła­śnie – od­parła. – Miał mi pan o niej opo­wie­dzieć.

– Chęt­nie, ale naj­pierw chciał­bym po­słu­chać, jak pani tra­fiła na ten grób. – Z nie­słab­ną­cym zdu­mie­niem przy­glą­dał się jej twa­rzy. Była taka po­dobna, że wy­da­wało mu się, jakby roz­ma­wiał z tamtą Ma­tyldą, któ­rej grób od­wie­dzał od tylu lat. – Bo prze­cież nie od­kryła go pani przy­pad­kiem, prawda?

– Prawda, ale to bar­dzo długa hi­sto­ria. – Dziew­czyna spoj­rzała na ze­ga­rek. – I nie wiem, od czego za­cząć.

– Może naj­pro­ściej, od po­czątku.

– Tak chyba bę­dzie naj­le­piej – zgo­dziła się. Za­wie­siła wzrok na po­nie­miec­kiej fi­li­żance Ja­siń­skiego z ini­cja­łami gra­we­ro­wa­nymi szwa­ba­chą: H.K.B. – Oba­wiam się tylko – spoj­rzała na niego nie­pew­nie – że znamy różne wer­sje tej hi­sto­rii. A czy w ogóle do­trzemy do prawdy?

– Ona z pew­no­ścią gdzieś tu jest – po­wie­dział mi­li­cjant. – Za­klęta w przed­mio­tach i w pa­mięci tych stron. Ra­zem mo­żemy ją od­kryć.

– Albo cho­ciaż spró­bo­wać – zgo­dziła się Ma­tylda.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki