Melt me - Marta Gałuszka - ebook
NOWOŚĆ

Melt me ebook

Marta Gałuszka

0,0

124 osoby interesują się tą książką

Opis

Myślała, że to jej wróg jest uosobieniem zła.

 

Nie wiedziała jednak, że potwór przez cały czas stał tuż obok.

 

Laura wyjeżdża z przyjaciółmi na sylwestrowy wyjazd w Dolomity, licząc na to, że w końcu zazna choć odrobiny spokoju. Los nie zamierza jej jednak oszczędzać. Dziewczyna nie spodziewa się, że w pensjonacie spotka Nikodema – chłopaka, który przed laty zamienił jej licealne życie w koszmar. Nowo poznany Marcel wydaje się jego całkowitym przeciwieństwem: troskliwy, uważny i charyzmatyczny. Dokładnie taki, jakiego zawsze chciała spotkać.

 

Kiedy śnieżyca odcina drogę do pensjonatu, Laura i Nikodem zostają uwięzieni razem w leśnej chacie. Wśród niewypowiedzianych słów, dawnych ran i sekretów, granica między nienawiścią a uczuciami, które nigdy nie powinny się pojawić, zaczyna się zacierać. Laura musi zdecydować, komu naprawdę może zaufać, zanim ktoś inny spróbuje odebrać jej prawo do wyboru.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 440

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla tych, którzy wiedzą, że nie wszystko jest takie, jakim się wydaje.

Rozdział 1

– Ty tak serio chcesz to ze sobą zabrać? – Nina uniosła brew, trzymając w dłoniach moją pluszową piżamę z lisimi uszami i kitą. Wyglądała, jakby właśnie zabezpieczała dowód zbrodni.

– To moja ulubiona – oburzyłam się, wyrywając jej materiał z rąk. – I przypominam, że jedziemy w góry. W Alpy. Tam jest zimno.

– Tam są też faceci. Seksowni faceci – wtrąciła Roksana, opierając się o framugę i poprawiając sportową bluzę odsłaniającą kawałek brzucha. – A ta piżama prędzej odstraszy potencjalnych adoratorów niż pomoże ci któregoś zaliczyć.

– Nie jadę nikogo zaliczać – burknęłam, próbując upchnąć ją z powrotem do walizki, która już od dawna błagała o litość. – Jadę, bo wy dwie postawiłyście mnie pod ścianą, opłacając wyjazd za mnie.

– Nazwij to inwestycją w twoje życie towarzyskie. – Roxie wzruszyła ramionami.

– Nazwałabym to szantażem emocjonalnym.

– Och, przestań. – Nina przewróciła oczami. – Nie mów, że dalej myślisz o Piotrku. Przecież minęły już dwa miesiące.

– Dwa miesiące od rozstania. O co najmniej dwa lata za późno – rzuciła Roksana i parsknęła. – Większego dzieciaka od niego w życiu nie spotkałam.

– Dobrze, że ty zadajesz się wyłącznie z „dorosłymi” – odcięłam się. – Przypominam, że twój ostatni facet był DJ-em na imprezie dla emerytów w Ciechocinku.

– Słowo-klucz: „był”. I właśnie dlatego jadę odreagować. – Roxie wyszczerzyła zęby. Spojrzała w okno. Na ulicy, na tle ponurego miejskiego krajobrazu czekała już taksówka. – Zobacz na ten syf za oknem. To będzie reset i najlepszy tydzień twojego życia. Nawet jeśli zamierzasz go spędzić w tej piżamie, kiedy my będziemy szusować po stoku i korzystać z uroków après-ski.

– Chcę po prostu świętego spokoju – westchnęłam, zatrzaskując walizkę z impetem. Zamek zaskoczył z satysfakcjonującym kliknięciem. – Bez dram, bez flirtów, bez żadnych… komplikacji i złamanych kończyn.

– W twoim wykonaniu? – zapytała Nina. – To byłaby nowość.

Obie roześmiały się, a ja udawałam, że mnie to nie rusza. Nienawidziłam tego, że miały rację.

Ich śmiech jeszcze chwilę unosił się w pomieszczeniu, lecz w końcu mogłam odetchnąć. Usiadłam na krańcu łóżka i poczułam ulgę, że walizka w końcu się zamknęła. Miałam pięć minut na to, żeby sprawdzić, czy na pewno spakowałam leki przeciwbólowe i ułożyć mentalny plan przeżycia wyjazdu.

Wszystko we mnie krzyczało: „To zły pomysł!”. Nie dlatego, że byłam domatorką – ceniłam swoją przestrzeń. Nie dlatego, że bałam się gór – nie bardzo potrafiłam jeździć na nartach czy snowboardzie. Po prostu nie znosiłam, kiedy Roksana zamieniała moje życie z precyzyjnie ogarniętej mapy w chaos. Kontrola była moją supermocą, a one właśnie mi ją odebrały.

Nina i Roxie – dwa przeciwległe bieguny. Pierwsza była oazą spokoju. Potrafiła zorganizować wyjazd dla trzydziestu osób i w dodatku rzadko kto był ją w stanie wyprowadzić z równowagi. Ten jej błysk w oku pojawiał się tylko w towarzystwie Tymona, który był jej chłopakiem od liceum. Byli ze sobą naprawdę szczęśliwi. I tak, zazdrościłam jej. Nie tego konkretnego mężczyzny, ale fundamentu, na którym zbudowała swoje życie – tej pewności, że ma obok kogoś, kto zostanie z nią bez względu na to, jakie kłody los zdecyduje się rzucić im pod nogi.

A Roksana vel Roxie? Moja prywatna chodząca klęska żywiołowa. Zmienna, intensywna, z głową pełną pomysłów, na których realizację brakowało mi odwagi. Gdy się śmiała, słyszało ją pół dzielnicy. Potrafiła owinąć sobie wokół palca każdego faceta, a ja mogłam tylko z podziwem studiować jej techniki, notując mentalnie w głowie, dlaczego nigdy nie zdołam jej dorównać. Zawsze powtarzała, że życie jest za krótkie na czekanie. Ale ja wiedziałam, że jest za krótkie, by tracić czas na błędy. Dlatego potrzebowałam planu, mapy i listy kontrolnej. To była moja tarcza, nie mogłam się jej pozbyć.

Różniłyśmy się jak ogień i woda, ale trzymałyśmy się razem. One wnosiły do mojego życia zamęt, który jakoś potrafiłam odwrócić w cokolwiek, co było bliskie normalności.

Tyle teorii. W praktyce od dwóch miesięcy byłam pozbawiona mojej zbroi. A rozstanie z Piotrkiem tylko tę dekonstrukcję przyspieszyło.

Westchnęłam, przeciągając dłonią po gładkim materiale walizki. Piotrek nie złamał mi serca. Nadszarpnął za to moją wiarę w siebie. Poświęciłam mu zbyt wiele energii i czasu, próbując udawać, że był facetem, jakiego potrzebowałam. Nie o miłość tu chodziło, a o zmarnowany czas. Tego sobie nie mogłam wybaczyć.

Piotrek pojawił się w moim życiu, zanim zdążyłam zrozumieć, kim w ogóle jestem. W liceum był uroczy, zabawny, spontaniczny. Potrafił rozśmieszyć mnie nawet w najgorszy dzień. Miał w sobie blask sprawiający, że świat z nim obok wydawał się prostszy. Tylko że z biegiem czasu ten blask przygasł. Na początku studiów jeszcze wierzyłam, że „dojrzeje”. Że to kwestia czasu, że znajdzie pasję, że weźmie się w garść. Zamiast tego rzucał kolejne kierunki, zmieniał pracę częściej niż skarpetki, a ja byłam tą, która wciąż wierzyła w jego potencjał. Tą, która pisała mu zaliczenia, przypominała o terminach, tłumaczyła wykładowcom, że miał „ciężki tydzień”. Na dłuższą metę byłam bardziej jego opiekunką niż dziewczyną.

Nie złamał mi serca. Po prostu mnie zmęczył.

Kiedy powiedziałam, że to koniec, wzruszył ramionami i zapytał, czy może zabrać moją konsolę, bo „ja przecież z niej nie korzystam i jemu bardziej się przyda”. Wtedy zrozumiałam, że to nie był związek, a transakcja, z której najwięcej korzyści miał on.

Ten wyjazd miał być resetem. Musiałam odzyskać kontrolę. Na własnych zasadach.

– Dobra, jestem gotowa. Jedziemy?

Nina spojrzała na zegarek.

– Jeśli się nie zbierzemy w tej chwili, autokar pojedzie bez nas.

– O, to by dopiero był reset – mruknęłam, sięgając po kurtkę.

W korytarzu już czekała moja mama, jak zwykle w trybie alarmowym.

– Dziewczynki! – zawołała z uśmiechem, choć w jej oczach czaiło się napięcie. – Macie wszystko? Dokumenty? Ubezpieczenie? Ciepłe skarpety? Czapki?

– Tak, mamo – odparłam tonem kogoś, kto zna tę checklistę na pamięć.

– I pamiętaj, Laurka, żeby zadzwonić, jak dojedziecie. Albo chociaż napisać. Nie chcę się martwić, że zaginęłyście gdzieś w tych… Alpach.

– Pani Aniu, proszę się nie obawiać. – Nina poklepała ją po ramieniu z uśmiechem. – Będziemy jej pilnować jak oka w głowie.

– Zwłaszcza jeśli to oko wypatrzy kogoś przystojnego – dorzuciła Roxie, naciągając mocniej czapkę z pomponem na głowę. – Obiecuję raportować każdy flirt, każdy wypity drink i każdy podejrzany uśmiech.

Mama westchnęła teatralnie, ale w jej oczach błysnęła zabarwiona rozbawieniem ulga.

– Ty tylko przypilnuj, żeby moja córka nie połamała się na stoku – powiedziała, kierując spojrzenie prosto na Roksanę.

– Postaram się! – odparła Roxie i porwała moją walizkę jak trofeum.

Zanim zdążyłam zaprotestować, już ciągnęły mnie w stronę drzwi. W powietrzu pachniało zimą i spalinami z taksówki czekającej pod bramą.

Mama pomachała nam z okna, a ja – wbrew sobie – poczułam to dziwne ukłucie w klatce piersiowej, które zawsze towarzyszyło mi, gdy ruszałam w nieznane.

Roksana z trudem zamknęła bagażnik samochodu i wskoczyła do środka.

– No, Laurka, czas na twój wielki powrót do życia. Bez byłych, bez wymówek i bez tej twojej niedźwiedziej piżamy, bo planuję ci ją ukraść i porzucić gdzieś na stoku.

– Lisiej, jak już. I nawet nie próbuj – oznajmiłam z kamienną twarzą, zapinając pas.

– Wiedziałam, że tak zareagujesz! – krzyknęła triumfalnie. – To będzie najlepszy wyjazd w historii.

Silnik zaryczał, samochód ruszył, a światła pogrążonego w ciemności miasta przesuwały się za szybą.

Mżyło, kiedy taksówka zatrzymała się przy PKiN. Typowa zimowa warszawska pogoda, której całym sercem nie znosiłam. Nigdy nie przyznałabym tego na głos, ale w głębi duszy cieszyłam się na ten wyjazd. We włoskich Dolomitach słońce świeciło przez trzysta dni w roku i liczyłam, że przez cały nasz pobyt będę mogła się nim nacieszyć na zapas, nim znowu wrócę do ponurej polskiej melancholii.

Parking, na którym stał nasz autokar, przypominał pole bitwy. Wszędzie piętrzyły się walizki, plecaki, pokrowce ze sprzętem – całe wyposażenie uczestników wyjazdu, gotowe do upchnięcia w lukach bagażowych. A między nimi dziesiątki podekscytowanych studentów. Najwyraźniej już rozpoczęli imprezę życia.

– O matko, to wyjazd narciarski czy festiwal? – mruknęłam, patrząc, jak grupka chłopaków w czapkach z rogami renifera robi sobie zdjęcie z kubkami z logo SnowTrip, przy okazji oślepiając fleszem wszystkich wokół.

– Jedno i drugie – odparła Roxie, wyjmując telefon i poprawiając wystające spod czapki włosy w odbiciu ekranu. – Przecież to wyjazd integracyjny. Integrujemy się, zanim jeszcze ruszymy. Spróbuj się zrelaksować.

Wysiadłyśmy z taksówki, a mokry chłód natychmiast wgryzł mi się w policzki.

Pracownicy obsługi pakowali bagaże do dolnych luków autokaru, ktoś wyczytywał nazwiska, a ktoś inny gorączkowo szukał swojej grupy. Istny chaos – mój osobisty koszmar.

– Ej, tam jest Tymon! – pisnęła Nina, machając w kierunku znajomej sylwetki w ciemnozielonej kurtce.

Tymon Sadowski, czyli facet-ideał. Wysoki, atrakcyjny, z uśmiechem zdolnym ukoić nawet najgorsze emocje. Niósł na ramieniu dwa pokrowce, jeden zapewne z deskami snowboardowymi jego i Roxie, a drugi z nartami Niny. W drugiej ręce ciągnął za sobą torbę na kółkach z resztą rzeczy.

– Ktoś tu wygląda jak osobisty tragarz – zażartowała Roksana, podchodząc do niego.

– A ktoś tu wygląda, jakby zamierzał zabić się już pierwszego dnia – odparł Tymon, wskazując na nią deską. – Mam nadzieję, że pamiętasz, jak się skręca?

– Pewnie, że pamiętam – odparła z miną niewiniątka. – A jeśli nie, to założę się, że szybko znajdę chętnego, aby mi zaprezentował kilka trików.

Tymon pokręcił z rozbawieniem głową. Nina przywitała się z nim buziakiem, a ja uśmiechnęłam się lekko, próbując nie czuć tego znajomego ukłucia zazdrości. Nie o Tymona, tylko o to, jak naturalnie wyglądali razem. Jakby cały świat od zawsze istniał po to, żeby oni mogli się w nim odnaleźć.

– A ty, Laurka? – Tymon odwrócił się do mnie z przyjaznym uśmiechem. – Nie masz ze sobą sprzętu?

– Nie – potrząsnęłam głową. – Zamierzam wypożyczyć coś na miejscu. I wziąć instruktora. Wiesz, podejść do tego profesjonalnie.

– O, ambitnie – zaśmiał się. – Jak chcesz, mogę cię trochę poduczyć.

– Doceniam, ale wolałabym, żeby ktoś miał ubezpieczenie na wypadek mojej śmierci.

Tymon roześmiał się głośno, a Nina mu zawtórowała.

– Laura ma plan – powiedziała. – Przeżyć wyjazd i wrócić z całymi kośćmi. I bez nowych emocjonalnych zobowiązań.

– To już coś – odparł, odkładając torby. – Dobra, idę oddać sprzęt kierowcy, bo zaraz zniknie pod stertą walizek. Spotkamy się w środku autokaru. Zajmij mi miejsce, Ninka. – Pocałował ją w czoło.

Roksana natychmiast wyciągnęła telefon, robiąc sobie selfie na tle całego zamieszania.

– Hasztag pretrip madness – rzuciła, a ja tylko przewróciłam oczami.

Stojąc w tym gwarze, z kubkiem termicznym pełnym parującej herbaty z cytryną i miodem w dłoni, poczułam coś dziwnie znajomego – ten moment tuż przed czymś nieuchronnym.

– Lepiej nie stójmy tak na tym wypizdowie, tylko chodźmy zająć miejsca w autokarze, zanim sprzątną nam najlepsze sprzed nosa! – zawołała Roxie, chwytając mnie i Ninę za ręce. – Tymon ogarnie bagaże, jest odpowiedzialny. My nie musimy.

Mżawka w międzyczasie zmieniła się w mokry śnieg.

– Szybko!

Ruszyłyśmy po oblodzonym chodniku w stronę autobusu. Przez otwarte drzwi waliło ciepłe powietrze, zapach chipsów, odświeżacza powietrza, który próbował zabić smród piwa, i czegoś słodkiego.

– Ja siedzę z Tymonem, wiadomo – oznajmiła Nina, ściągając czapkę z głowy.

– Spoko, ja biorę Laurę – rzuciła Roxie, manewrując między studentami w neonowych kurtkach. – Tylko żadnego chrapania, błagam.

– Ja? – zdziwiłam się. – To ty się raczej powstrzymaj od karaoke i prób wciągnięcia mnie w jakąś nielegalną działalność.

Roxie zaśmiała się głośno swoim charakterystycznym donośnym śmiechem, jakby właśnie usłyszała największy komplement w życiu.

– Nie mogę nic obiecać.

W środku panował totalny rozgardiasz: plecaki piętrzyły się na fotelach, ktoś puszczał trap z głośnika JBL postawionego bezczelnie na półce na bagaż podręczny, ktoś inny już otworzył puszkę piwa. Powietrze było ciężkie i lepkie od podniecenia. Typowy wyjazd studencki.

– Usiądźmy gdzieś pośrodku. Tam jest luźniej, będzie spokojniej – zaproponowałam, przeciskając się między siedzeniami.

– Spokojniej? – Roxie parsknęła. – Kochana, to wyjazd integracyjny, nie sanatorium! A ty nie jesteś na dyżurze w bibliotece! Trzeba być blisko akcji. Tam, z tyłu jest centrum dowodzenia.

Zatrzymała się kilka rzędów dalej i wskazała miejsce przy oknie w samym środku towarzyskiego epicentrum, gdzie co drugi fotel był obłożony plecakami i kurtkami.

– Tutaj. Idealnie.

– Idealnie, jeśli twoim marzeniem jest stracić słuch i nabawić się klaustrofobii – westchnęłam, ale w końcu uległam. Wiedziałam, że kłótnia nie ma sensu. – Dobrze, kompromis. Ty siedzisz przy przejściu, ja przy oknie.

– Dogadane!

Zanim zdążyłam rozsiąść się na dobre, Roxie już wdała się w rozmowę z grupką chłopaków z tyłu, którzy przedstawili się jako „ekipa z Politechniki”. W trzy minuty znała ich imiona, kierunek, plany zawodowe i zawartość ich tajnej torby na trunki.

– Mówiłam, że z nią nigdy nie jest nudno – mruknęła Nina, siadając z Tymkiem rząd przed nami. Czułam na sobie ich triumfalne spojrzenie w stylu „Teraz, Laura, już nam nie uciekniesz”.

Zapięłam pas i właśnie próbowałam wmówić sobie, że to wszystko ma sens, kiedy zbyt znajomy, skrzeczący głos ściągnął mnie na ziemię.

– Ooo, patrzcie tylko, kogo my tu mamy.

Uniosłam wzrok. Przede mną stała Julka Czerska – samozwańcza gwiazda naszego wydziału, influencerka wannabe, zdolna posunąć się do wszystkiego, żeby zgarnąć lajki i przypodobać się wykładowcom.

Ubrana, a jakże, w biały puchowy kombinezon i futrzany kaptur, jak na okładkę Vogue on the slopes. A na twarzy, oczywiście, pełna tapeta.

– Nie wiedziałam, że „szare myszki” też jeżdżą na takie tripy – powiedziała z uśmiechem, który nie miał w sobie nic z życzliwości. – Wyjazd podobno jest tylko dla najbardziej towarzyskich.

– Spokojnie, nikt ci nie zabierze twojego tytułu miss integracji – odparłam sucho, nawet nie podnosząc się z fotela. – Ale możesz się rozgościć. W końcu każda impreza potrzebuje swojego dementora.

Julia zmrużyła oczy, jakby nie była pewna, czy właśnie ją obraziłam, czy tylko nie zrozumiała metafory.

– Uważaj, Majewska – syknęła. – Taka postawa nie pomoże ci w kontaktach społecznych.

– Wiesz, jakoś nie planujemy aplikować do twojego fanklubu – wtrąciła Nina z miejsca przede mną. – My tu raczej stawiamy na ludzi z intelektem i ludzką życzliwością.

– Ooo, pali się! – krzyknęła Roxie, wychylając się przez oparcie. – Hej, Czerska! Dla żmij nie ma miejsca w tym autokarze, więc może znajdziesz sobie terrarium z przodu albo najlepiej w bagażniku?

Śmiech rozbrzmiał w kilku rzędach, a Julia odwróciła się gwałtownie, udając, że musi coś znaleźć w swojej drogiej torebce Neverfull od Louisa Vuittona.

Roxie porozumiała się ze mną spojrzeniem pełnym satysfakcji, jakby właśnie wygrała bitwę o terytorium.

– No, to teraz możemy ruszać – mruknęła zadowolona, rozsiadając się wygodniej. – Czysta energia, zero toksyn.

– I zero wstydu – dopowiedziałam, próbując powstrzymać uśmiech.

Autokar powoli ruszył, a ja oparłam czoło o zimną szybę, obserwując, jak światła miasta migają za oknem. W środku rozlegały się co rusz wybuchy śmiechu, dźwięk otwieranych puszek, a Roxie już darła się, śpiewając refren jakiegoś starego hitu z TikToka.

Włożyłam do uszu słuchawki, włączyłam jakąś wyciszającą nutę i zamknęłam oczy, próbując zasnąć. Było już koło północy. Czekało nas dwanaście godzin w trasie. Według moich obliczeń to siedemset dwadzieścia minut potencjalnej agonii.

Dwanaście godzin i będę w Alpach. Dwanaście godzin i… może wreszcie uda mi się choć częściowo odzyskać utraconą kontrolę.

Rozdział 2

Już prawie przysypiałam, kiedy poczułam lekkie szturchnięcie w ramię. Odwróciłam głowę, spodziewając się ujrzeć Roxie z kolejnym genialnym pomysłem w stylu „chodź, zrobimy ludziom fotki, jak śpią z otwartymi ustami”. Ale to zdecydowanie nie była ona.

Ktoś właśnie próbował się wbić na fotel obok. W półmroku dostrzegłam męską sylwetkę w bluzie z kapturem i uśmiech – taki na wpół przepraszający, a na wpół mówiący: „Wiem, że jestem bezczelny”.

– To miejsce jest zajęte – wymamrotałam jeszcze zaspana i lekko poirytowana.

– Wiem – odpowiedział spokojnie. – Przez twoją psiapsiółkę. Tę, która właśnie integruje się z moim kumplem trzy rzędy dalej.

– Roxie… – westchnęłam pod nosem. – To brzmi zupełnie jak ona.

– Tak więc – kontynuował z wyraźnym rozbawieniem – wychodzi na to, że oboje zostaliśmy singlami na tę trasę. A że nie uśmiecha mi się koczowanie na podłodze przez dziesięć godzin, to chyba zostajemy współlokatorami.

– Współlokatorami? – zdziwiłam się.

– No, siedzenie czternaście A i B. Hotel klasy wybitnie ekonomicznej. Zero gwiazdek, zero prywatności, pełen pakiet przygód – mruknął, rzucając plecak pod nogi i siadając obok. – To chyba nie problem?

Miałam wrażenie, że on widzi moje przewracanie oczami nawet w półmroku.

– Nie, o ile nie chrapiesz i nie planujesz debatować o sensie życia o drugiej nad ranem.

– Spokojnie. Jestem certyfikowanym introwertykiem w godzinach nocnych – odparł poważnym tonem.

Kącik ust mi drgnął, zanim zdążyłam się opanować. Dopiero teraz, gdy zdjął kaptur, mogłam mu się przyjrzeć. W tym stonowanym, niebieskawym oświetleniu zobaczyłam krótkie jasne włosy, kilkudniowy zarost i oczy, które wydawały się śmiać same z siebie. Był przystojny, ale nie w taki „wyidealizowany” sposób z Instagrama. Raczej taki typ ogarniający ironię i potrafiący jej użyć jako broni.

– Marcel – przedstawił się, wyciągając rękę. – W skrócie: pechowy pasażer pozbawiony miejsca.

– Laura – odpowiedziałam, ściskając jego dłoń. Była ciepła, pewna i lekko szorstka. – W skrócie: ofiara cudzego romansu.

– Brzmi jak początek dobrej historii – zaśmiał się.

– Raczej jak zapowiedź katastrofy – mruknęłam.

Chłopak uśmiechnął się szerzej, odchylając wygodnie na fotelu.

– Zobaczymy, kto ma rację. Droga długa, a noc młoda.

Z tyłu ktoś właśnie zaintonował i grupka chłopaków śmiała się w rytm fałszującego chóru.

Marcel wyciągnął słuchawki z kieszeni i podał mi jedną z nich.

– Standard ekonomiczny, ale playlista premium – powiedział spokojnym głosem.

Wzięłam ją od niego, sama nie wiem dlaczego, i włożyłam do ucha. Kiedy dźwięki cichego indie popu odcięły mnie od jazgotu autokaru, pomyślałam, że może ten wyjazd nie będzie aż taką porażką. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Za oknem śnieg sypał coraz mocniej, a światła autostrady rozmywały się w bieli.

– Nie przeszkadza ci, że tak się wbiłem na krzywy ryj? – zapytał po chwili.

– Już po fakcie – odpowiedziałam. – Ale jeśli zaczniesz zawłaszczać moją przestrzeń osobistą, to uprzedzam, mam ostre łokcie.

– Zanotowane – odparł rozbawiony. – A ja uprzedzam, że mam długie nogi. To nie chęć dominacji, tylko fizyka.

Przewróciłam oczami, choć uśmiech sam wypłynął mi na usta.

– Świetnie. Zawsze marzyłam, żeby spędzić noc w towarzystwie fizyka.

– Nie jestem fizykiem – odparł. – Budownictwo. Politechnika.

– O, czyli ten sam kierunek co Tymon.

– Tak, tylko ja częściej widuję bibliotekę niż bar. Ale los najwyraźniej uznał, że czas na małą integrację.

Wyciągnął termos i odkręcił zakrętkę, a zapach kawy rozlał się w powietrzu.

– Chcesz? – zapytał, podając mi kubek. – Mocna, czarna, bez cukru.

– Brzmi zupełnie jak ja – palnęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

– To może być problem – uśmiechnął się. – Zazwyczaj wolę słodkie.

Poczułam, jak robi mi się gorąco, więc szybko odwróciłam wzrok w stronę okna. Warszawa była już tylko wspomnieniem, teraz mijaliśmy głównie ciemne pola i stacje benzynowe.

– Więc, Lauro – zaczął cicho, jakby nie chciał zakłócić rytmu jazdy – co cię skłoniło do wyjazdu?

– Szantaż emocjonalny – mruknęłam. – Przyjaciółki stwierdziły, że za dużo czasu spędzam z nosem w książkach.

– Aha, czyli klasyczny przypadek „zróbmy z introwertyczki duszę towarzystwa”.

– Coś w ten deseń.

– Nie martw się. Jak zacznie się robić zbyt hardcorowo, mogę zamienić się w ekran dźwiękoszczelny.

Parsknęłam śmiechem.

– To chyba najdziwniejsza oferta ochrony, jaką w życiu słyszałam.

– Daj mi czas, jeszcze zdążę cię rozczarować. Jestem w tym ekspertem.

Miał w sobie taki luz… Nie próbował mnie tanio poderwać, po prostu siedział obok i był autentyczny. Z tyłu dobiegł nas pisk Roxie: „Tymon, nie ściemniaj, wiemy, jak się gra w butelkę!” i dźwięk puszki turlającej się po podłodze. Marcel tylko pokręcił głową.

– Twoja kumpela najwyraźniej przejęła dowodzenie.

– Standard – westchnęłam. – Jeśli coś tu zaraz wybuchnie, to wiesz, kogo winić.

– W takim razie mam nadzieję, że mam dobre towarzystwo na ostatnie chwile życia.

Spojrzałam na niego z ukosa.

– Straszny z ciebie dramaturg.

– Raczej realista – odparł. – Ale spokojnie, jeśli zginiemy, to przynajmniej mam ładny widok.

Milczenie, które potem zapadło, nie było niezręczne. O dziwo czułam się całkiem spokojna. Gdy autokar wbił się na autostradę, Marcel wyciągnął nogi, przymknął oczy i mruknął:

– Obudź mnie, jak dojedziemy do raju.

– Wątpię, żeby ten autokar tam skręcał.

– Mi wystarczy, że ty siedzisz obok.

Nie byłam pewna, czy mówił to na serio, czy już przez sen. Ale przez kolejne minuty uśmiech nie chciał zejść mi z twarzy.

– Co tam, gołąbeczki?

Nagle zostałam wyrwana ze snu i kiedy otworzyłam oczy, przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. W autokarze panował półmrok, tylko refleksy mijanych świateł przesuwały się po twarzach śpiących pasażerów. Muzyka dawno ucichła, a w powietrzu unosił się zapach kawy, chipsów i typowej studenckiej doli.

I wtedy znowu dotarł do mnie głos Roksany.

– No nie wierzę… Laura, czy ty się właśnie ślinisz na obcego typa?!

Zanim zdążyłam zareagować, coś miękkiego drgnęło pod moim policzkiem. Odskoczyłam jak oparzona, kiedy zorientowałam się, że to coś to ramię Marcela. A bardziej konkretnie – jego bluza. I że na tej bluzie widnieje ciemna, wilgotna plama.

O. Mój. Boże! Chciałam się zdematerializować.

– Śniadanie w komplecie? – zamruczał Marcel z sennym uśmiechem, wycierając rękawem materiał.

– O nie, przepraszam, ja… zasnęłam… to niechcący… – zaczęłam bełkotać, czując, że moja twarz płonie żywym ogniem.

Roksana oczywiście nie zamierzała mi odpuścić.

– Niechcący, jasne! – parsknęła śmiechem na cały regulator. – Założę się, że miałaś kosmate sny z nim w roli głównej.

Z rzędu przed nami wychyliła się Nina, posyłając Roxie spojrzenie pod tytułem: „Serio, weź wyluzuj”. Tymon tylko prychnął pod nosem, a Marcel? On po prostu się uśmiechał. Tak normalnie, bez cienia ironii.

– Spokojnie, nie przejmuj się – powiedział cicho, pochylając się w moją stronę. – Gorzej, jakbyś chrapała.

– Nie chrapię.

– W takim razie jesteśmy kwita. Ja też nie.

Zanim zdążyłam cokolwiek dodać, Roxie pacnęła mnie w ramię.

– Ruchy, śpiochy. Mamy postój! – ogłosiła, jakby wybuchł pożar. – Kolejny dopiero za kilka godzin, więc jak nie chcecie paść z głodu albo pęknąć od pełnego pęcherza, to teraz jest wasza szansa.

Przeciągnęła się teatralnie, ziewając, a ja spojrzałam przez szybę. Autokar właśnie zjeżdżał na stację benzynową. Za oknem majaczyły światła i tablice z napisami w obcym języku, co uświadomiłam sobie dopiero po chwili.

– To chyba Austria – mruknął Marcel, zerkając przez okno. – Albo bardzo ambitna wersja Czech.

– Super, czyli bliżej końca niż początku – westchnęłam. – Ale dalej od mojego łóżka niż kiedykolwiek.

Autokar zatrzymał się z lekkim szarpnięciem, a tłum studentów natychmiast rzucił się do wyjścia, jakby na stacji rozdawali darmowe wejściówki na Open’era. Roxie i reszta byli już na zewnątrz, a ja ociągałam się, próbując udawać, że wcale nie obśliniłam przed chwilą chłopaka poznanego ledwie kilka godzin wcześniej.

– No chodź, zobaczymy, czy mają coś jadalnego – rzucił Marcel z uśmiechem, kiedy stanęliśmy w końcu na parkingu i mogliśmy rozprostować kości.

Powietrze było lodowate i czyste, inne niż w mieście. Pachniało benzyną, śniegiem i kawą. Blask latarni oświetlał Marcela na tyle, że w końcu mogłam mu się przyjrzeć naprawdę.

Był wysoki, coś koło metra osiemdziesięciu pięciu, szczupły, ale barczysty. Miał te swoje blond włosy w totalnym nieładzie, a zarys szczęki sprawiał, że… Cóż, powiedzmy, że psycholożka we mnie miała co analizować. Nie był typem z okładki, tylko kimś, na kogo patrzysz drugi raz, bo za pierwszym nie wiesz jeszcze, czemu tak trudno odwrócić wzrok.

– Ziemia do Laury – odezwał się, a ja się zorientowałam, że stoję i go skanuję. Ups.

– Słucham? – odchrząknęłam, udając, że poprawiam szalik.

– Mówiłem, że mam nadzieję, że nie będziesz mnie teraz unikać – dodał, kiedy podeszliśmy do sklepu. – Bo muszę cię ostrzec, że z natury jestem pamiętliwy.

– Pamiętliwy?

– Mhm. Mam skłonność do wyliczania ludziom ich drobnych wpadek.

– Aha. Czyli mam ci odkupić bluzę?

– Albo postawić kawę. To też przejdzie.

Nie wiedziałam, czy mnie trolluje, czy mówi serio, ale był tak swobodny, że nie brzmiało to sztywno. Otworzył przede mną drzwi, a ja weszłam do środka, walcząc z uśmiechem. Wewnątrz panował totalny chaos – kolejka do toalet na pół sklepu i bitwa o ostatnie hot-dogi.

Marcel zgarnął dwa kubki parującej kawy i podał mi jeden.

– Masz. Żebyś wróciła do żywych.

– Dzięki.

– I żebyś miała energię na kolejne fazy snu. Na przykład „Ślinienie” część druga.

Parsknęłam śmiechem, a on wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie.

– Wolisz hot-doga czy coś, co chociaż udaje prawdziwe jedzenie?

– Cokolwiek, byle ciepłe – odparłam szybko.

– No i mamy wspólny cel – stwierdził z uśmiechem, a jego oczy błysnęły w zdecydowanie niebezpieczny sposób.

Włożył rękę do kieszeni kurtki, po chwili wyciągnął z niej rękawiczkę i podał mi ją. Wyglądała zupełnie jak moja. W odpowiedzi zaczęłam przeszukiwać kieszenie własnej, ale znalazłam tylko jedną, drugiej brak.

– Chyba ci wypadła. Czy to kolejny „niechcący” gest z twojej strony, żebym mógł wyjść na dżentelmena?

– Bardzo śmieszne – odparłam, chowając ją do kieszeni. – Ale dziękuję. Przynajmniej nie nabawię się odmrożeń.

– Nie śmieszne, tylko urocze – mruknął pod nosem, ale tak, żebym usłyszała.

I to był ten moment, gdy moje głupie serce zabiło trochę szybciej. Na szczęście uratował mnie Tymon, który ryknął spod kasy:

– Ej, Laurka! Chcesz coś zjeść, czy mam ci zamówić zapiekankę?

– Cokolwiek, co mnie nie zabije! – odkrzyknęłam, próbując zamaskować rumieniec wspinający się na moje policzki.

Marcel parsknął śmiechem.

– To się jeszcze okaże, czy ten wyjazd przetrwasz w jednym kawałku.

– No proszę, proszę… Nie wiedziałam, że na stacji benzynowej można trafić na takie atrakcje.

Odwróciłam głowę i kogóż ujrzałam? Oczywiście, że Julkę Czerską. Opierała się o lodówkę z napojami, z papierowym kubkiem w dłoni i uśmiechem zbyt szerokim, żeby można było uznać go za szczery.

– Chociaż w twoim przypadku to nie pierwszy raz, prawda, Laura? – dodała z tą swoją przesłodzoną manierą. – Najpierw zaliczasz wykłady zawsze z czołowym miejscem w pierwszym rzędzie, a teraz… dżentelmen w pakiecie podróżnym. Gratulacje, zyskujesz coraz wyższą pozycję w towarzystwie.

Marcel zmrużył oczy, ale milczał. Ja natomiast czułam, jak fala gorąca wędruje mi z karku aż na policzki.

– Czerska, naprawdę? – odparłam chłodno. – Jeśli chcesz poflirtować, to są na to subtelniejsze sposoby niż podsłuchiwanie cudzych rozmów.

Wciąż uśmiechała się fałszywie.

– Och, spokojnie, nie mój typ. – Zmierzyła Marcela z góry na dół w sposób, który aż prosił się o spoliczkowanie. – Ale jak chcesz, możesz się nim nacieszyć. Do następnego postoju.

– Dziękuję, z przyjemnością – odparł spokojnie Marcel, nawet nie odwracając głowy w jej stronę. – Ale to Laura decyduje, kto może się do niej zbliżyć, czyż nie?

Julia uniosła brew, nie wiedząc, czy go zbyć, czy ugryźć.

– Jak miło, że się dogadujecie – rzuciła chłodno. – Uważaj tylko, Majewska, na choroby weneryczne.

– Spokojnie. – Uśmiechnęłam się złośliwie. – Ja nie jestem towarem przechodnim jak ty.

Jej mina? Bezcenna! Odwróciła się na pięcie i odeszła w stronę kasy, stukając obcasami.

Marcel spojrzał na mnie z mieszaniną rozbawienia i uznania.

– Masz talent do przyciągania ciekawych ludzi.

– Ciekawych? – prychnęłam. – To bardzo dyplomatyczne określenie na psychopatkę w markowym kombinezonie.

– Myślałem raczej o sobie – rzucił z niewinną miną.

Nie byłam pewna, czy bardziej chciałam go kopnąć, czy się roześmiać. Skończyło się na tym drugim.

Ledwo wyszliśmy z Marcelem ze sklepu i zdążyliśmy zrobić może ze dwa kroki w stronę autokaru, gdy zza pleców dobiegł nas bojowy okrzyk:

– Halo, Majewska, stać!

Zamarłam w pół kroku. Odwróciłam się i zobaczyłam Ninę i Roxie idące szybkim krokiem, obie z minami niewróżącymi niczego dobrego.

– Widzę, że to jakaś interwencja, więc może lepiej się ulotnię. Widzimy się w autokarze – powiedział Marcel, cofając się o pół kroku. Zrobił to jak ktoś, kto dokładnie wiedział, że zaraz stanie się celem plotkarskiej egzekucji, więc rozsądniej było ewakuować się zawczasu. Na jego ustach igrał uśmiech. Nie był ani szyderczy, ani speszony, raczej rozbawiony całym spektaklem.

– Tchórz – mruknęłam półgłosem, lecz na tyle głośno, żeby usłyszał.

Zatrzymał się i obejrzał przez ramię.

– Nie tchórz. Strateg – odparł, a kącik jego ust drgnął. – A tobie… powodzenia, żołnierzu. Wyjdź z tego cało.

Zanim zdążyłam mu jakoś dogryźć, zniknął w autokarze, a moje towarzyszki dopadły mnie jak dwa drony naprowadzane na podczerwień dzięki ciepłocie mojego ciała.

– Co znowu? – zapytałam, już wiedząc, że gorzko tego pożałuję.

– Nic, tylko… No błagam. – Roxie westchnęła. – Ty i Marcel?

– Co ja i Marcel? – zapytałam, udając obojętność, choć czułam, że policzki mam już w kolorze dojrzałej truskawki.

– Och, proszę cię. – Roxie przewróciła oczami. – Nie rób z nas idiotek. Widziałyśmy, jak się na niego patrzysz. Maślane oczy level hard.

– Nie robiłam żadnych maślanych oczu – zaczęłam się bronić, ale głos mi się załamał.

– Robiłaś – oznajmiła Roxie z tym swoim uśmieszkiem wyrażającym więcej niż tysiąc słów.

– Nie. – Zacisnęłam ręce na kubku z kawą, żeby coś z nimi zrobić.

– Tak.

– Dziewczyny, ja naprawdę muszę siku – jęknęłam, licząc, że może to odwiedzie je od dalszego przesłuchania.

– Jasne, a my mamy uwierzyć, że to nie jest wymówka, by uniknąć tematu? – Nina złapała mnie pod ramię. – Idziemy z tobą.

– Zwariowałyście?!

– Nie. Po prostu mamy pytania. – Roxie ruszyła za nami z triumfalnym uśmiechem.

Zanim zdążyłam zaprotestować, już wlazły za mną do toalety.

– Serio?! – Spojrzałam na nie z niedowierzaniem. – Nie mogę się nawet załatwić w spokoju?

– Nie, dopóki nie powiesz, o co chodzi z tym przystojniakiem z Politechniki – odparła Roxie, opierając się biodrem o umywalkę. – Po prostu musimy wiedzieć, czy mamy już kupować wam pasujące piżamy-kombinezony na przyszłoroczny wyjazd.

– O nic nie chodzi! – syknęłam. – Siedział obok mnie, bo Roxie wolała się migdalić z jego kumplem, więc… – Wzruszyłam ramionami.

– Przepraszam bardzo, „migdalić”? – Roxie teatralnie położyła rękę na sercu. – Ja tylko prowadziłam badania terenowe z zakresu męskiej anatomii!

– Jasne. Na siedzeniu, w trybie praktycznym – rzuciła Nina, a potem obie zachichotały.

– Dajcie spokój – westchnęłam. – Naprawdę nie ma o czym gadać.

– Oczywiście, że jest. – Roxie nachyliła się bliżej. – Bo wyglądałaś, jakbyś mu tam wyznała miłość przez sen.

– Przestań. Zasnęłam. To wszystko.

– I przy okazji go obśliniłaś! – dodała Nina. – Nie udawaj, że to się nie liczy jako pierwsza baza!

Westchnęłam przeciągle i oparłam głowę o drzwi kabiny.

– Macie siedem sekund, zanim zacznę was pryskać wodą z toalety.

– Będziesz liczyć od zera czy od jedynki? – zapytała Nina.

– Wychodzić!

Obie wybuchły śmiechem i w końcu się wycofały, chichocząc jeszcze w drzwiach.

– Dobra, Laurka, Marcel wygląda na całkiem porządnego faceta – rzuciła jeszcze Nina, wychodząc. – Ale i tak go prześwietlimy.

– Do trzeciego pokolenia wstecz! – dodała Roxie z entuzjazmem. – Ale pamiętaj, że jeśli się przeliżecie na następnym postoju, chcemy relację na żywo! – krzyknęła już zza drzwi.

Kiedy wreszcie zapadła cisza, odetchnęłam z ulgą. I mimo wszystko lekko się uśmiechnęłam.

Znałam je aż za dobrze. Wiedziałam, że nie odpuszczą, dopóki nie dostaną potwierdzenia. Problem w tym, że sama nie wiedziałam, co miałabym im potwierdzić. Marcel był świetny, fakt. Ale po tym, co odwalił Piotrek, nie byłam pewna, czy mam ochotę na wpuszczanie kogoś nowego do mojego świata. Więcej chaosu w życiu mi nie trzeba.

Rozdział 3

Wróciłam do autokaru, a Marcel – ku mojemu lekkiemu zdziwieniu i jeszcze większej uldze – wciąż tam siedział. Roxie najwyraźniej uznała, że jej misja tutaj dobiegła końca, bo teraz widziałam ją kilka rzędów dalej. Praktycznie siedziała na kolanach jego kumpla. Ich śmiech niósł się po całym autokarze.

– No proszę, wygląda na to, że twój kolega postanowił zamienić cię na Roxie – rzuciłam, siadając obok i walcząc z pasem. – I teraz oficjalnie jesteś skazany na mnie.

– Jakoś to przeżyję – odparł, rozsiadając się wygodniej i zajmując trochę zbyt dużo wspólnej przestrzeni. – Przynajmniej nikt mi nie robi wykładu o tym, który klub na Mazowieckiej ma najlepszą klimę.

– Uważaj, to jej ulubiony temat. Jak ją nakręcisz, to jeszcze zrobi ci na ten temat wykład.

– Brzmi jak groźba.

– Bo nią jest.

Spojrzał na mnie z półuśmiechem, od którego zrobiło mi się nagle trochę za ciepło w tej klimatyzowanej puszce.

– À propos groźnych rzeczy… – zawiesił głos, mierząc mnie wzrokiem. – Twoje psiapsióły były jakoś wyjątkowo bojowo nastawione.

– One zawsze takie są – westchnęłam teatralnie. – Szczególnie kiedy poczują krew.

– Więc to była… interwencja?

– Coś w tym stylu – przyznałam. – U nich „idę siku” to kod na: „masz minutę, żeby nam wszystko wyśpiewać jak na spowiedzi, zanim same sobie coś dopowiemy”.

– I co im nagadałaś? Że jestem materiałem na męża? – Ewidentnie mnie prowokował.

– Że raczej nie planujemy ślubu w najbliższy weekend i że wbrew pozorom nie masz traumy po tym, jak zaśliniłam ci bluzę w trakcie drzemki.

– A już myślałem, że poświęciłem się dla wyższych celów – westchnął dramatycznie, wskazując na miejsce, gdzie wcześniej była plama. – Wsparcie emocjonalne i poduszka podróżna w jednym.

Parsknęłam śmiechem.

– Nie jesteś jedyny. Dziewczyny pewnie już knują, jak cię urobić.

– A ty? Też masz taki zamiar?

Zawahałam się tylko na ułamek sekundy, ale on już to wyłapał.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Spokojnie – dodał z błyskiem w oku. – Jeszcze nie mam zamiaru weryfikować rozmiaru pierścionka. Ale dobrze wiedzieć, że etap spania na sobie i niezręcznej ciszy mamy już z głowy.

– O, nie licz na to. Wciąż potrafię być turbo niezręczna. To mój główny skill.

– Będę miał to na uwadze. Ale póki co, idzie ci całkiem nieźle.

Autokar bujał się rytmicznie na zakrętach, a światła mijanych latarni rysowały migotliwe smugi na suficie. Marcel oparł głowę o zagłówek, obracając ją w moją stronę.

– Masz jakieś triggery, które odpalają ci tryb „dzikus”?

– Ja? – Zastanowiłam się chwilę. – Hmm… kuchnia molekularna, ludzie, którzy nieironicznie słuchają disco polo i każdy, kto twierdzi, że Nickelback był niedoceniony.

– Okej, jesteś bardziej wymagająca niż wyglądasz – stwierdził z udawaną powagą. – Czyli co? Literatura, głębokie rozkminy i te sprawy? Co ty właściwie studiujesz?

– Psychologię. Specjalność: neurokognitywistyka – dodałam, zanim zdążył dopytać.

– Neuro… co? – Zmrużył oczy. – Brzmi jak coś, co wymaga miliona notatek i zerowej ilości snu.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

– Trafiłeś. Choć najgorsze i tak są pytania w stylu: „Skoro to studiujesz, to pewnie czytasz mi teraz w myślach?”.

– I co? Czytasz?

– Tylko jeśli jesteś wyjątkowo prostym przypadkiem – zażartowałam. – A ty chyba nie jesteś.

– Czyli mam szczęście. Albo pecha. – Przeciągnął się lekko. – Ale widać, że cię to jara.

– Bo to trochę jak składanie ludzi z kawałków. Jak puzzle, gdzie obrazek na pudełku często nie ma nic wspólnego z tym, co wychodzi ci na koniec.

– Brzmi, jakbyś mówiła o sobie – rzucił nagle, a jego głos stał się o ton niższy.

Zamarłam na sekundę. Nie wiedziałam, czy ten strzał w dziesiątkę to czysty fart, czy po prostu Marcel był o wiele bardziej spostrzegawczy, niż dawał po sobie poznać.

– Może trochę – przyznałam cicho, nie uciekając tym razem wzrokiem.

Chłopak przyglądał mi się przez chwilę w milczeniu, a potem wrócił do swojego swobodnego tonu.

– Dobra, czyli typ intelektualny. A ja niby jaki? Inżynier, który naprawi kontakt, ale polegnie przy rozmowie o emocjach?

– Coś w tym stylu.

– Pudło. Chciałem być strażakiem, ale mam alergię na koty i astmę, więc stanęło na budownictwie. Przynajmniej beton mnie nie uczula.

– Czyli typ praktyczny – podsumowałam.

– A praktyczne myślenie nie jest sexy? – zapytał, a w jego głosie usłyszałam czystą prowokację.

– To zależy, czy mówimy o liczeniu wytrzymałości stropu, czy o tym, jak nie dać się znowu obślinić współpasażerce. – Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. Był w tym jakiś rodzaj magnetyzmu, sprawiający, że ta długa droga nagle przestała mnie męczyć.

– Cóż… – Podrapał się po brodzie. – Stropy mam obcykane. Nad tą drugą kwestią musimy jeszcze popracować. Razem.

Poczułam, jak moje serce wybija jakiś dziwny rytm.

– Jesteś strasznie pewny siebie, co? – zauważyłam, zerkając na niego spod rzęs.

– Po prostu szybko się uczę.

– Zobaczymy. Roxie może się jeszcze znudzić i wrócić na swoje miejsce.

– Nie sądzę. Mój kumpel jest naprawdę czarujący, a ja się nigdzie nie wybieram.

Obudziło mnie to dziwne uczucie, kiedy przez moment zupełnie nie ogarniasz, gdzie jesteś. Przestrzeń wokół ciebie jakoś dziwnie faluje, wszystko wydaje się nierealne, dopóki nie złapiesz jakiegoś punktu zaczepienia. Dla mnie był nim zapach. Mieszanka suchego, całkiem zimnego powietrza i resztek imprezowego prowiantu: chipsy, żelki i ten charakterystyczny, alkoholowy wyziew w tle. Klasyka wyjazdów studenckich. Fuj!

Zamrugałam. Było jeszcze wcześnie. Pewnie jakaś siódma rano. Za szybą krajobraz powoli wyłaniał się z szarości, a niebo robiło się jasnoniebieskie, jakby samo jeszcze nie wiedziało, czy chce mu się już wstawać. Przez chwilę trwała ta dziwna, półprzytomna cisza. Czułam pod uchem coś ciepłego i miękkiego. Dopiero gdy odetchnęłam głębiej, poczułam znajomy zapach – nie był to dezodorant ani perfumy, raczej po prostu… Marcel.

Podniosłam głowę bardzo powolnym ruchem, żeby go nie obudzić. Siedziałam sztywno, patrząc, jak śpi. Miał zaciśnięte powieki i rzęsy tak długie, że każda kobieta mogłaby mu ich pozazdrościć. Nogi mu się rozjechały, zajmując połowę mojej podłogi. Wyglądał na totalnie odciętego.

Spojrzałam przez szybę. Góry były już dobrze widoczne – ich ostre szczyty majaczyły w oddali, pokryte śniegiem, oświetlone pierwszymi promieniami słońca.

Wyciągnęłam z plecaka mój styrany notatnik z naklejką „Działka intelektualna – nie otwierać bez potrzeby”. Roxie ją nakleiła, twierdząc, że moje notatki wyglądają jak tajne akta kogoś, kto za dużo myśli. Otworzyłam czystą stronę i nabazgrałam:

28 grudnia

Coś się przesuwa. Tylko nie wiem jeszcze co. Może jakaś moja granica. A może ja sama.

Zamknęłam go szybko. Za wcześnie na egzystencjalne rozkminy. Za plecami słyszałam delikatne pochrapywanie – Roxie, jak nic. Pewnie rozwaliła się na dwóch siedzeniach z tyłu, wtulona w swojego nowego „chłopaka na wyjazd”. Nina i Tymon, rząd przed nami, trzymali się za ręce. Ona miała głowę opartą o jego ramię, a on co jakiś czas całował ją w jej czubek. Byli jak wyjęci z romantycznego filmu. Zazdrościłam im tego.

Oparłam czoło o zimną szybę, żeby się otrzeźwić. Marcel się poruszył, mruknął coś pod nosem i powoli otworzył oczy. Przetarł twarz dłonią i spojrzał na mnie zaspanym wzrokiem.

– Hej – wychrypiał. Jego głos był teraz o dwie oktawy niższy niż wieczorem. – Na ile mnie odcięło?

– Sporo – odszepnęłam. – I prawie nie chrapałeś.

– Prawie? – Skrzywił się, mrużąc oczy. – Czyli jednak był jakiś koncert?

– Spokojnie, tylko na pół gwizdka. Dało się przeżyć bez stoperów.

Zaśmiał się cicho i wyjrzał przez okno na ośnieżone szczyty.

– Ładnie.

– Mhm. Góry robią robotę.

– Miałem na myśli ciebie, ale góry też mogą być – rzucił z półprzytomnym uśmiechem, od którego moje tętno nagle wystrzeliło w kosmos.

– Przestań – mruknęłam, uciekając wzrokiem za szybę, zanim spłonęłam rumieńcem. – Jeszcze parę takich tekstów i pomyślę, że serio chcesz się we mnie zakochać.

– A co, jeśli już to zrobiłem? – zapytał od niechcenia. Przez sekundę patrzył przed siebie, jakby sam sprawdzał, czy to jeszcze żart, czy już coś więcej.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Marcel…

– Żartuję – zastrzegł szybko, unosząc ręce. – Znaczy… wiesz. Prawie.

I znowu to zrobił. Rozbroił mnie kompletnie. Bo jego ton nie był ani desperacki, ani cwaniacki. Był taki… badawczy. Jakby wysyłał sygnał: „Nie musisz nic robić, ja po prostu daję znać, że tu jestem”.

– Ale serio – dodał po chwili ciszy. – Masz w sobie coś takiego. Nie wiem. Spokój? Ciepło? Jak koc elektryczny i herbata z cytryną w ludzkiej postaci.

Zaśmiałam się cicho.

– Brzmi, jakbym była idealną babcią.

– No wiesz. Seksowną babcią – odparł z kamienną twarzą.

Parsknęłam.

– Masz niepokojące fantazje.

– Nie zaprzeczę – przyznał bez cienia zawstydzenia. – Ale przynajmniej nie jesteś DJ-em z Mokotowa.

– Jeszcze nie wiesz wszystkiego.

– No nie, błagam, nie łam mi serca – jęknął teatralnie. – Tylko nie mów, że po nocach miksujesz techno z poezją romantyczną.

– Ciii… – Przyłożyłam palec do ust. – Bo zaraz puszczę ci mój autorski set.

Roześmiał się, a potem przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Autokar wszedł w ostry zakręt, odsłaniając panoramę zboczy.

– Chyba zaraz będziemy na miejscu – mruknęłam.

– I co teraz?

Spojrzałam na niego uważniej. W świetle dnia wyglądał jeszcze lepiej. Jasne, potargane włosy, mały pieprzyk na policzku i oczy w kolorze jeziora w pochmurny dzień – coś między szarym a zielonym. Patrzył na mnie z taką dziwną uważnością, której rzadko doświadczałam od facetów w moim wieku. Słuchał mnie. Serio słuchał.

Był przystojny. Ale to nie jego powierzchowność przyciągała najbardziej. Bardziej jakaś cicha siła. To coś, co sprawiało, że ludzie chcieli przebywać w jego towarzystwie, słuchać tego, co ma do powiedzenia, dowiedzieć się więcej.

Był inny niż większość znanych mi chłopaków. Inny niż ci, do których się przyzwyczaiłam.

– Teraz… zobaczymy.

Autokar zasyczał, hamując, a jego ciężar przesunął się lekko w bok, gdy zjeżdżał na zasypany śniegiem parking. Głos kierowcy dochodzący z głośników przebił się przez głośne rozmowy i odgłosy budzącego się życia.

– Dobra, wycieczka, koniec spania! Wysiadać, rozciągać gnaty i brać manatki. Ośrodek przed wami, nie przegapicie.

W środku od razu zrobił się młyn. Zaspane towarzystwo zaczęło się wiercić, ziewać, rozciągać. Ktoś szukał czapki, ktoś inny próbował upchnąć koc do plecaka, a para z tyłu – chyba kolejny romans last minute, jak u Roxie – pożegnała się całusem, jakby wyjeżdżali na misję wojskową, a nie rozstawali się na zapewne godzinę czy dwie.

Marcel spojrzał na mnie, mrużąc oczy w promieniach słońca i uśmiechnął się lekko.

– Gotowa na obóz przetrwania?

– Chyba tak – mruknęłam, zerkając przez szybę na nasz ośrodek.

Na parkingu panował totalny chaos. Z czterech zaparkowanych na nim autokarów wysypało się pewnie z dwieście osób. Każdy metr kwadratowy przestrzeni był zawalony walizkami, torbami, nartami i deskami snowboardowymi. Niektórzy już się śmiali, inni krzyczeli coś do znajomych z innych miast, a ktoś wystrzelił sztuczne konfetti – w śnieżnej scenerii wyglądało jak miniaturowa eksplozja sylwestrowej ekstazy.

Wysiadłam, zaciskając palce na uchwycie swojego plecaka. Górskie powietrze od razu uderzyło mnie w twarz – ostre i czyste. Mróz szczypał w nos, ale niebo było jasne, błękitne i świeciło słońce, jakby dzień obiecywał coś dobrego.

Uniosłam głowę ku słońcu i pozwoliłam, aby przez moment nieco mnie ogrzało, a potem spojrzałam przed siebie.

Pensjonat, przy którym się zatrzymaliśmy, wyglądał jak żywcem wyjęty z katalogu – drewniany, z rzeźbionymi balkonami, oknami w brązowych ramach i dachem pokrytym grubą warstwą śniegu. Przed wejściem stał ogromny miś ubrany w szalik i czapkę z pomponem, obok niego szyld z nazwą: Chalet Fiocco di Neve. Przytulnie i trochę kiczowato, zupełnie jakby projektant tego miejsca postanowił wcielić w życie wszystkie stereotypy o zimowych kurortach. Ale to nie sam budynek przykuł moją uwagę.

Wokół rozciągało się coś na kształt małego miasteczka – kilka pensjonatów podobnych do naszego, poustawianych na zboczach niczym scenografia z zimowego filmu. Pomiędzy nimi wiły się odśnieżone alejki, upstrzone latarniami w kształcie kryształków lodu. Z daleka dobiegała muzyka – ktoś gdzieś puszczał popowe hity z głośnika na Bluetooth, jakby nie przyjechał tu na narty, tylko na festiwal. A dalej – już za spadzistymi dachami domków – majaczyła linia wyciągu. Gondole przesuwały się cicho nad lasem, sunąc powoli ku górze, gdzie z kolei było widać postacie szusujące po białym puchu. Kolorowe punkciki migały na tle ośnieżonych stoków, wycinając skręty jak nieustraszeni ambasadorzy pewnego dodającego skrzydeł napoju energetycznego.

Mimo że pierwotnie wcale nie miałam tego wyjazdu w planach, cieszyłam się, że Nina z Roksaną mnie do niego zmusiły. Skoro tu już jestem, mogę podszkolić swoje umiejętności w jeździe na nartach, a przy okazji spędzać czas przy kominku, nadrabiając zaległości w czytaniu książek, od których mój czytnik już pękał w szwach.

Co prawda niekoniecznie cieszyła mnie perspektywa wiecznych imprez w towarzystwie braci studenckiej, ale liczyłam, że uda mi się znaleźć w pensjonacie jakiś cichy kąt, gdzie nikt mnie nie znajdzie – a już zwłaszcza moje zwariowane przyjaciółki.

Zanim zdążyłam dostać się do swojego bagażu, podeszły do mnie dwie zdeterminowane burze – Roxie i Nina. Obie w puchowych kurtkach, z rozczochranymi włosami, częściowo ukrytymi pod kolorowymi czapkami, i z telefonami w dłoniach.

– Laura! – Roxie wyciągnęła ku mnie rękę, jakby chciała mnie wywlec z tłumu. – Ruchy, bo nam sprzątną najlepszą miejscówkę! Musimy się zameldować, zanim Czerska wbije do recepcji i zacznie gwiazdorzyć.

Westchnęłam, poprawiając pasek plecaka na ramieniu, i pozwoliłam oczom powędrować po zatłoczonym parkingu.

Wcale nie musiałam długo jej szukać. Stała jakieś dziesięć metrów dalej z telefonem przy uchu, z lekko znudzoną miną, jakby obecność dwustu innych studentów jej urągała. Jej śnieżnobiała walizka wyglądała na droższą niż całe moje zimowe wyposażenie, a chłopak, który ją za nią targał, miał posturę osiłka. W innych okolicznościach pewnie to jego zauważyłabym pierwszego – teraz jednak ginął w „blasku” Julii Czerskiej. Włosy miała perfekcyjnie ułożone, usta błyszczały jak świeżo wypolerowane wiśnie, a na nosie lśniły designerskie okulary przeciwsłoneczne. Na kimś innym wyglądałyby idiotycznie, ale nie na niej… Och, jak ja jej nie znosiłam!

– Widzę, że Czerska ma podobny gust do twojego, Roxie – rzuciłam złośliwie.

– O czym ty mówisz? – Roksana zmrużyła oczy i spojrzała na mnie podejrzliwie.

– O tym wielkim blondynie targającym jej torby. Wygląda jak brat bliźniak twojego nowego nabytku – odparłam niewinnie, wskazując brodą na barczystego chłopaka podnoszącego właśnie pokrowiec z nartami z taką łatwością, jakby to była rolka papieru toaletowego.

Roxie zastanowiła się przez chwilę, a potem się rozpromieniła.

– Jest genialny, co?

– Owszem. Nosi ciężary, nie marudzi, nie pyta o zaangażowanie emocjonalne. Chodzący ideał.

– Przestań! – parsknęła. – Po prostu dobrze nam się gadało. No i umówmy się, koleś wie, po co ma mięśnie. Mam do takich słabość i nic na to nie poradzę.

Nina dołączyła do nas, trzymając w dłoni mapkę ośrodka i dwa klucze do pokoi. Policzki miała zaróżowione od zimna, a na czapce przysiadł jej płatek śniegu, który zaraz potem sfrunął na rzęsy.

– Ogarnęłam nam pokój! – zawołała, wymachując kluczami jak trofeum. – Środkowe piętro, duży balkon z widokiem na stok i podobno najlepsze ciśnienie pod prysznicem.

– Luksusy jak w Dubaju – skomentowałam.

– Lepiej niech nikt inny się nie zorientuje, że mamy najlepszy pokój – rzuciła Roxie, chwytając mnie za rękę. – Chodź już, Laura. Czas zacząć ferie życia.

Zerknęłam jeszcze raz przez ramię.

Marcel stał przy luku bagażowym i wyciągał swój bagaż, rozmawiając z jednym z chłopaków z ich grupy. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, lekko się uśmiechnął i skinął głową. Odpowiedziałam mu tym samym, czując to dziwne ciepło, którego nie dało się zwalić na słońce, po czym ruszyłam za dziewczynami w kierunku wejścia do pensjonatu.

Copyright © Marta Gałuszka

Copyright © Wydawnictwo ReWizja

Wydanie I 

Wilkszyn 2026

ISBN 978-83-67520-99-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.

Projekt okładki: D.B. Foryś, dbforys.pl

Redaktor prowadzący: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl

Redakcja: Monika Całka, kropkaispolka.pl

Korekta I: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl

Skład i łamanie: D.B. Foryś, dbforys.pl

Korekta II: Sylwia Dziemińska, korektaprzykawie.pl

Ilustracja: Karolina Maluchnik

Wydawnictwo ReWizja

Książka dostępna również w wersji drukowanej.