Człowiek Zagadka i Liga Złoczyńców - Tomasz Duszyński - ebook
NOWOŚĆ

Człowiek Zagadka i Liga Złoczyńców ebook

Tomasz Duszyński

0,0

Opis

Tajemniczy Człowiek Zagadka porwał siostrę Zuzy Wróbel.

 

Więzienia stanęły otworem, a w stolicy grasuje Liga Złoczyńców. Wujek Zuzy, komisarz Antoni Wróbel, ma pełne ręce roboty. Czy uda mu się zapanować nad chaosem w Warszawie i czy odnajdzie swoją bratanicę Krysię? A może to Zuza – jak zawsze – będzie musiała wraz z przyjaciółmi wziąć sprawy w swoje ręce?

 

Samozwańczy Król Złoczyńców nie daje za wygraną, trudno jest odkryć jego misterny plan. Z takim przeciwnikiem Zuza jeszcze nie miała do czynienia.

Od czego jednak są Detektywi z Domu pod Dębem?

Pościgi, zagadki, zwroty akcji, pełna życia Warszawa ubiegłego wieku i tajemnice Zamku Królewskiego. Czeka was przygoda pełna humoru i nieustające dreszcze emocji.

 

#zagadka #humor #historia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 267

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Tytuł: Zuza Wróbel na tropie. Człowiek Zagadka i Liga Złoczyńców

Tekst: Tomasz Duszyński

Kierownik redakcji: Magdalena Cicha-Kłak

Projekt okładki i ilustracja na okładce: Aleksandra Gołębiewska

Redakcja: Magdalena Marczewska

Korekta: Olga Smolec-Kmoch

Skład i łamanie: Paweł Kowalski

 

© Copyright for the text by Tomasz Duszyński, 2026

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Juka-91, Warszawa, 2026

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przedrukowywanie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji bez pisemnej zgody wydawcy zabronione.

 

TDM Opt-out.

Wydawca dokonuje zastrzeżenia wobec wszelkich działań z zakresu eksploracji publikacji, w tym tekstu, grafik, fotografii lub innych utworów zawartych w niej, mających na celu tworzenie lub rozwój oprogramowania, w tym m.in. szkolenia systemów uczenia maszynowego (TDM) lub sztucznej inteligencji (AI). Korzystanie z publikacji w celach, o których mowa powyżej, bez wyraźnej zgody wydawcy jest zabronione.

 

ISBN 978-83-8141-973-4

 

dwukropek.com.pl

Wydawnictwo Juka-91 Sp. z o.o.

ul. Jutrzenki 118

02-230 Warszawa

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

ROZDZIAŁ 40

ROZDZIAŁ 41

ROZDZIAŁ 42

ROZDZIAŁ 43

EPILOG

OD AUTORA

Punkty orientacyjne

Okładka

PROLOG

Do Warszawy było już bardzo blisko. Stukot pociągu na łączeniach szyn był miarowy, rytmiczny, niemal senny. Coraz częściej rozlegał się za to otrzeźwiający gwizd lokomotywy. Za oknem skłębiły się obłoki pary, jakby ciężka żelazna maszyna zdwoiła wysiłki, by jak najszybciej dotrzeć na miejsce.

Krysię Wróbel ten pośpiech cieszył, bo sama stawała się niecierpliwa. Przyglądała się krajobrazowi za oknem z rosnącym dreszczem emocji. Czuła podskórną radość na myśl o przyjeździe do miasta, które miała odwiedzić po raz pierwszy w życiu.

Stolica zachwycała. Kina, teatry, kawiarnie, Łazienki Królewskie i szerokie ulice pełne radosnego gwaru śniły jej się ostatnio każdej nocy. Nie mogła doczekać się momentu, kiedy znajdzie się przed Zamkiem Królewskim, w sercu Starego Miasta czy na wiślańskich bulwarach. Marzyła o tym od bardzo dawna.

Cieszyła się też na spotkanie z siostrą Zuzią, której nie widziała już niemal rok. Wiedziała, że wraz z wujkiem Antonim Wróblem i ciocią Helenką Winiarską jej młodsza siostra wyczekiwać jej będzie na warszawskim dworcu. To wszystko było tak ekscytujące!

Krysia czuła instynktownie, że otwiera się przed nią nowy świat, świat pełen fascynujących wyzwań, którym zamierzała wyjść naprzeciw. Złapała szczęście za ogon. Miała je zamiar trzymać ze wszystkich sił.

– Czekulady i cuksy! Jakość prima sort, cena po taniości!

W korytarzu wagonu pojawił się chłopak w kaszkietówce. Chudy jak szczapa, z nogami jak patyki wystającymi z krótkich spodenek. Musiał wsiąść do pociągu na poprzedniej stacji. Konduktorzy go jeszcze nie wypatrzyli. Otworzył drzwi przedziału Krysi, zajrzał do środka.

– Może cuksa dla panienki? Mam ciągutki, co po nich szczęka się robi jak u cwajnosa. Cymes, jak babcię kocham, nie ma takich nawet na dworze króla Hiszpanii!

– Nie, dziękuję.

– W syrenim grodzie jak panienka zapłaci, to przepłaci! U mnie towar gites, prosto z Wedla!

– Naprawdę, bardzo dziękuję, ale nie.

Chłopak skinął głową, uśmiechał się, nie spuszczając wzroku z Krysi.

– Panienka mnie się do kogoś bardzo wydaje podobna.

– A do kogoż by to miałabym być podobna? Ręczę, że się nie spotkaliśmy.

– Może i nie. – Podrapał się pod kaszkietówką, po czym poprawił drewnianą tacę z piętrzącymi się pudełkami z łakociami. –A może i tak?

– Tej filozofii nie za bardzo pojmuję – zaśmiała się dziewczyna.

Sama nie wiedziała, dlaczego wdała się w dyskusję z tym wyrostkiem. Może dlatego, że niemal przez całą drogę nie miała się do kogo odezwać. Jedyny pasażer, który jechał z nią w przedziale, od razu po zajęciu miejsca usiadł w rogu i zakrył się paltem. Mogła jedynie obserwować jego nogi od kolan w dół. Przede wszystkim duże, nieco podniszczone buty. Widok nie był zbyt zachęcający.

– Dziwne – odezwał się chłopak.

– Co niby jest dziwne? – zaciekawiła się Krysia. Pomyślała, że młody sprzedawca chce zastosować na niej jakąś sztuczkę, żeby jednak skusiła się na zakup ciągutek. Raczej nie chciała mieć szczęk jak buldog, czyli po warszawsku cwajnos.

– We wszystkich wagonach tłok jak na Kercelaku, a tutaj jak w królewskiej karocy.

Krysia się zastanowiła. Rzeczywiście widziała mnóstwo ludzi, którzy wchodzili na stacjach do pociągu. Jakoś się nie zdziwiła, że nikt nie siadał obok niej i pasażera śpiocha. Ten wagon miał miejsca rezerwowane. Przyszło jej wprawdzie do głowy, że pasażerowie być może dołączą na ostatnim etapie podróży, ale przecież już dojeżdżali do Warszawy, a miejsca były wciąż wolne.

– Może się spóźnili na pociąg?

– Może… – Chłopak wzruszył ramionami. – I tak bywa. Kto bogatemu zabroni? Ten tu pacykarz w trumniakach pewnie biegł na pociąg z wywalonym jęzorem.

Krysia spojrzała na pasażera siedzącego naprzeciw. Nie za bardzo wiedziała, co znaczy pacykarz i trumniaki.

– To jak panienka słodkości nie chce, to nie trajluję1 wincej, dyrdam dalej, bo mnie tu zdybią. Dobrego dnia i miłego pobytu w stolicy!

– Dziękuję – powiedziała Krysia. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła trochę drobnych. – Wiesz co, daj mi kilka ciągutek. Zgłodniałam.

– No i aligancko2. – Chłopak wręczył dziewczynie pudełko, a potem rozejrzał się, mrugnął do Krysi i zniknął.

Dziewczyna zdała sobie sprawę, że się uśmiecha. Powiew stolicy, tamtejszego życia tuż przed dojazdem na dworzec był czymś ożywczym. Ten młodzik miał w sobie tyle energii, że i jej się ona udzielała. Siedziała jak na szpilkach, myśląc już tylko o tym, żeby znaleźć się na miejscu. Najbliższe dni dokładnie sobie rozplanowała. Spektakl w Teatrze Polskim, w którym grała ciocia Helenka, nowy film z Eugeniuszem Bodo w warszawskim kinie, spacery nad Wisłę, a nawet na Kercelak, o którym naczytała się w listach od Zuzi.

Od korytarza dobiegł ją raban i okrzyk oburzenia. Wsłuchała się w wymianę zdań.

– Łachmyto jeden, wynocha stąd! – grzmiał jakiś mężczyzna.

– Hamuj piętą3, panie kierownik! – Ten głos należał do młodego sprzedawcy słodyczy. – Kierownik nie w sosie, bo mu pewniakiem cukru brakuje. Mogę sprzedać ciągutki po taniości.

– Wykopię cię z pociągu, smarku, raz-dwa. Nie będziesz mi się tu pałętał, chłystku!

– Spokojna głowa, wysiądę. Kierownik za bardzo pluje, jak mówi, boję się, że się utopię.

– O ty frędzlu na nitkę nizany. Ja cię zaraz nauczę…

Krysia, zaintrygowana, wstała z miejsca, otworzyła drzwi przedziału i zerknęła w głąb korytarza. Sprzedawca cukierków zawinął się i dał nura pod ramieniem konduktora, gdy ten próbował go złapać za kołnierz. Chłopak tylko śmignął, niemal doprowadzając pracownika kolei do wywrotki.

Więcej ciekawskich głów zaczęło wystawać z przedziałów. Pasażerowie pewnie zastanawiali się, co z tej awantury wyniknie. Mieli zapewnioną rozrywkę w cenie biletu.

Rozbrzmiały śmiechy, gdy chłopak wykonał ewolucję, unikając wielkich łap konduktora i nie strącając przy tym z tacki piętrzących się pudełeczek. Ktoś nawet z podziwem zagwizdał.

Konduktor i chłopak zniknęli w drugim wagonie.

Krysia wciąż się do siebie uśmiechała, ale teraz jakoś mniej promiennie. Popatrzyła przez okno. Na dworze zrobiło się ciemniej, jakby nad Wisłę ściągały chmury z całej Polski. Po czubkach drzew widać było, że zerwał się wiatr. Chłodniejszy powiew wtargnął do przedziału przez półotwarte okno. Nawet dobrze, bo spiekota w wagonach była nie do wytrzymania.

Dziewczyna spojrzała na pasażera. Pacykarz w trumniakach wciąż siedział w kącie, nieruchomy, z twarzą okrytą wiszącym na wieszaku paltem. Krysia zastanawiała się, czy się pod nią z gorąca nie udusił.

Coś było nie tak.

Nieprzyjemne wrażenie zaczęło dominować. Na przedramionach dziewczyny pojawiła się gęsia skórka. W dodatku Krysia poczuła mrowienie na karku.

To wszystko sprawka tego chłopaka od cukierków. Na pewno się wygłupiał, zasiał w niej ziarnko niepokoju, mówiąc o tym, że jej przedział jest dziwnie pusty, a ona była przewrażliwiona.

Znów skupiła się na krajobrazie za oknem. Pociąg wydał przeciągły gwizd. Ten dźwięk był nierzeczywisty, jakby nienaturalnie spowolniony. Obłok pary zostawił na szybie wilgotny ślad, przysłaniając widok.

Krysia znów zerknęła na współpasażera. Zamarła. Mężczyzna patrzył wprost na nią. Nieruchome spojrzenie wodnistych szarych oczu sprawiło, że zabrakło jej tchu. Gęsta ruda broda ułożona była w szpic, długa grzywka opadała na grube, połączone ze sobą brwi. Nie mogła oderwać od nich wzroku.

Mężczyzna przechylił głowę, uśmiechnął się i odezwał nieco ochrypłym głosem:

– Czas na nas, moja droga.

W tym momencie wstał i wyciągnął rękę w stronę hamulca bezpieczeństwa.

Krysia obserwowała to wszystko sparaliżowana niemocą. Nie była w stanie zareagować w żaden sposób. Widziała, jak dłoń w rękawiczce sięga za uchwyt, jak ciągnie go w dół. Sekundę później pociągiem szarpnęło. Plecy Krysi początkowo wcisnęły się z wielką siłą w fotel, a po chwili dziewczyna poleciała na siedzenie naprzeciwko.

Ogłuszający zgrzyt kół, pełne przerażenia okrzyki pasażerów, huk spadających walizek zlały się w jedno. Krysia skrzywiła się z bólu, gdy obiła biodro i żebra. Spojrzała na mężczyznę, ten stał na szeroko rozstawionych nogach. Nawet się nie przewrócił, jakby codziennie od wielu lat ćwiczył zatrzymywanie składów takich jak ten.

Krysia usłyszała warkot silnika. Za oknem dostrzegła podjeżdżający samochód.

– Zapraszam szanowną panienkę, karoca czeka – powiedział. –A ciągutki sobie wezmę. Bardzo je lubię.

Mężczyzna schylił się po leżące na podłodze pudełeczko, wsunął je do kieszeni. Potem złapał Krysię za łokieć i uniósł niczym piórko.

– To boli, robi mi pan krzywdę! – krzyknęła Krysia, próbując rozluźnić uchwyt. Odziane w rękawiczkę palce zaciskały się jednak niczym szpony. – Czego pan ode mnie chce? Pan mnie z kimś pomylił!

Mężczyzna otworzył drzwi. Jego spojrzenie było przenikliwe, a uśmiech nieco ironiczny. Chłód bijący od pacykarza wydawał się wypełniać cały wagon.

Lokomotywa stała w szczerym polu. Sapnęła z wysiłkiem, wypuszczając kolejny kłąb pary.

To podziałało na Krysię niczym impuls. Nie rozpoznawała własnych reakcji. Odepchnęła napastnika tak mocno, że ten zatoczył się na korytarz.

Krysia działała szybko. Zamknęła drzwi, zablokowała je i zaciągnęła przy okazji zasłony.

Cofnęła się, myśląc w panice, co zrobić. Czy tamten człowiek da jej spokój? Płonne złudzenia.

Powinna wyskoczyć przez okno? Uciekać przez pole? Ten człowiek nie działał sam, na pewno miał pomocników. Samochód, który właśnie podjechał, na pewno nie znalazł się tu przypadkowo.

Krysia poczuła, że ktoś szarpnął za klamkę, a zaraz potem uderza z całej siły w drzwi. Zrozumiała, że lada chwila puści zamek. Musiała podjąć decyzję i to jak najszybciej.

Wiadomość! Powinna zostawić tu jakąś wiadomość. Wujek Antoni Wróbel będzie wiedział, co robić. Jaką wiadomość? I w jaki sposób ją zapisać? Nie miała pod ręką pióra. Nie miała nic, co…

Kolejny kłąb pary. Wilgotna mgiełka osadziła się na szybie, pokrywając ją cieniutką warstwą kropelek.

Krysia, nie namyślając się już dłużej, podbiegła do otwartego okna, wystawiła dłoń na zewnątrz i palcem narysowała kilka znaków. Tylko tyle mogła zrobić. Gdy drzwi przedziału na powrót stanęły otworem, czekała z rękami założonymi na piersi. Drżała. Trochę ze strachu, trochę z emocji i obawy, że mężczyzna, który zamierzał ją porwać, odkryje, co zrobiła.

Pacykarz stanął przed Krysią. Wpatrywał się w nią uważnie tak długo, aż spuściła wzrok. Po chwili, mimo że stawiała opór, została wyprowadzona z przedziału przez pomocników mężczyzny.

Siłą wsadzili ją do samochodu. Krysia zerknęła na okna pociągu. Zastanawiała się, czy wiadomość napisana palcem na szybie przetrwa, czy zauważy ją ten, kto miał ją zauważyć. Miała nadzieję, że nie starł jej porywacz.

Drzwi samochodu się otworzyły. Pacykarz usiadł z przodu, na miejscu pasażera. Odwrócił się do dziewczyny.

– Sprytne, bardzo sprytne… – powiedział.

Krysię zmroziły te słowa. Pociemniało jej przed oczami.

– Myślałaś, że nie zauważę?

Dziewczyna milczała. Poczuła, że pod powiekami zbierają się jej łzy. Do tej pory trzymała się dzięki myśli, że zrobiła coś, co pomoże najbliższym ją odnaleźć.

– Nie bój się. Te piękne rysunki zostały na szybie nienaruszone. Przyznam, że wyglądały niczym bardzo dobrze przemyślany rebus. Lubię zagadki i rebusy…

Krysia spojrzała niedowierzająco na mężczyznę.

– Zapewniłaś mi najlepszy z możliwych anonsów! W ten sposób dowie się o mnie komisarz Wróbel i cała Warszawa!

A jednak nie było pomyłki. Brodacz dokładnie wiedział, kogo porywa. Jaki miał jednak cel? Czy ten człowiek był niespełna rozumu? Do czego mu była potrzebna?

– Odegrasz bardzo ważną rolę w moim planie, zapewniam – zaśmiał się mężczyzna. Krysia zastanawiała się, czy czyta w myślach. – Naprawdę ważną rolę. Dzisiaj rozpoczęła się nowa era w dziejach stolicy. Już nic nie będzie takie samo…

Te ostatnie słowa wybrzmiały złowróżbnie.

– Załóż to na głowę, młoda damo. – Pacykarz podał Krysi jedwabny worek. – Dla własnego bezpieczeństwa…

Krysia nie miała wyboru. Jeden z pomocników pacykarza przytrzymał ją za ręce. Ostatnie, co widziała, to czarne rękawiczki. Już wcześniej dobrze odczytała to, co było na nich wyszyte. Ten znak pojawił się też w jej malunku na szybie. Ale czy to pomoże wujkowi Wróblowi w odnalezieniu porywacza?

Samochód nieoczekiwanie się zatrzymał.

– Wieźcie ją w wiadome miejsce. Wszystko już przygotowane… – usłyszała Krysia.

Trzasnęły drzwi. Pojazd ruszył polną drogą.

Krysia próbowała się uspokoić. Słyszała swój głośny oddech. Miała wrażenie, że zaraz się pod tym workiem udusi.

Starała nie poddawać się przerażeniu, ale to nie było proste. Czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy bliskich? Jak zareaguje jej siostra Zuzia, gdy się zorientuje, że w pociągu, który wjedzie na warszawski dworzec, nie ma oczekiwanej pasażerki? Na te pytania nie była w stanie znaleźć odpowiedzi.

1 trajluję – schlebiam

2 aligacko – elegancko

3 hamuj piętą – wyluzuj

ROZDZIAŁ 1

Nazywam się Wróbel, Zuza Wróbel, i jestem detektywką.

Brzmi nieźle, naprawdę, ale prawda jest taka, że na detektywkę się nie nadaję. Czasem w trudnych sytuacjach przychodzą chwile zwątpienia. Kiedy porwano moją siostrę, zdałam sobie sprawę, że to, co robiłam do tej pory, było zwykłą zabawą. Że Zuza Wróbel starała się spełnić dziecięce marzenie, ale gdy przyszło co do czego, zderzyła się z okrutną rzeczywistością. Krysi nie ma, nie wiadomo, gdzie jej szukać. Jest mi z tym bardzo ciężko.

Na szczęście mam wsparcie ze strony wujostwa: cioci Helenki Winiarskiej i mojego wujka, komisarza warszawskiej policji, Antoniego Wróbla. Gdyby nie oni, pewnie już dawno bym się rozkleiła jak rozgotowane pierogi. Ciocia cały czas mnie pociesza, zapewnia, że wszystko będzie dobrze, a wujek, choć bardzo poważny, dwoi się i troi, żeby Krysię odnaleźć.

Wiem jednak, że nie będzie to proste. To, co od wczoraj dzieje się w Warszawie, wydaje się całkowicie niewiarygodne. W ciągu nocy i poranka z więzień uciekło ponad stu przestępców. Większość tych, którzy w ostatnich latach znaleźli się za kratkami za sprawą wujka Antoniego. Od rana zanotowano kilkadziesiąt włamań i liczne kradzieże. To przestępstwa różnego kalibru. Jedne wydawałoby się drobne, jak włamanie do sklepu zoologicznego i zrabowanie kilkudziesięciu worków z karmą dla psów, ale i są też naprawdę spektakularne, jak wtargnięcie do kamienicy hrabianki Koteckiej, której ukradziono złotą kolię z wizerunkiem, a jakżeby inaczej, egipskiego kota. W Warszawie zapanował chaos. Totalny chaos. Ogłoszono, że w stolicy powstała Liga Złoczyńców. Policjanci uwijają się jak w ukropie, żeby ich wyłapać, ale na razie bez większych sukcesów. Nikt nie wie, jak doszło do tak skoordynowanej akcji, w której na wolność wydostała się cała „elita” przestępczej ulicy Warszawy. To nie był przypadek. Podejrzewam, że ktoś to wszystko zaplanował i realizuje jakiś niejasny jeszcze dla mnie złowieszczy plan.

Nieustannie zadaję sobie pytanie, w jaki sposób porwanie mojej siostry jest z tym wszystkim powiązane? Bo jakieś powiązanie przecież być musi. Po co porywaczom Krysia? Czy wplątała się w jakąś aferę? A może… może jej porwanie ma związek z moim wujkiem? Jak wspomniałam, wielu z tych włamywaczy, kasiarzy, lipkarzy, doliniarzy i innego sortu bandytów skierował, na państwowy wikt w aresztach i więzieniach, mój wujek. Może jeden z tych, którzy odzyskali wolność, miał z komisarzem Wróblem na pieńku do tego stopnia, że postanowił się zemścić i dlatego wziął na celownik kogoś z naszej rodziny?

Muszę przestać już o tym rozmyślać i snuć teorie. Obiecałam wujkowi, że odpuszczę, że pozostawię policji zajmowanie się sprawą złoczyńców i poszukiwaniami siostry. Ale jak? Jak mam się nie zastanawiać, gdzie jest moja siostra, co się z nią dzieje i czy… Tę myśl akurat od razu wyrzucam z głowy. Krysia na pewno żyje. Porywacze się z nami nie skontaktowali, ale na pewno to tylko kwestia czasu.

Powróciłam myślami do wczorajszego dnia. Stałam na peronie, wpatrywałam się w szybę wagonu, na której pod wpływem pary uwidocznił się rysunek.

 

Głowa z uszami, trójkąt, biedronka, krzak i biskupia laska.

 

Takie było skojarzenie śledczych, którzy wymieniali między sobą uwagi. Każdy widzi to, co mu podpowiada doświadczenie. Wujek Antoni nie podzielił się ze mną swoją interpretacją rysunku Krysi. Być może wciąż zgadywał, co on oznacza, a może już wiedział i wolał przemyślenia zostawić dla siebie?

A co według mnie oznaczały figury i znaki? Wciąż nie byłam pewna. Wciąż szukałam powiązań i ukrytych znaczeń. Może nie dostrzegałam czegoś, co jest oczywiste?

Musiałam to rozgryźć, musiałam pomóc wujkowi odnaleźć Krysię. Nawet jeśli miałabym złamać dane słowo, postanowiłam poszukać jakichś śladów i wskazówek na własną rękę.

Przecież nie będę siedziała w domu, czekając na jakieś informacje. Zwariowałabym po kilku godzinach. Dlatego dziś z samego rana, wraz z moją przyjaciółką Anią Sikorą, zawędrowałyśmy na Kercelak. Oczywiście powiedziałam Ani, że spotykamy się tu tylko dlatego, że chcę przewietrzyć głowę. Byłam pewna, że mi uwierzyła.

– Lepiej powiedz mi od razu, co kombinujesz? Nie uwierzę, że przyszłyśmy tu tylko dlatego, żeby się dotlenić. I powiedz mi, co to za człowiek chodzi za nami krok w krok?

Uśmiechnęłam się.

– To nasz ochroniarz.

Popatrzyłam za siebie. Krok w krok szedł za nami znajomy mojego wujka Antoniego Wróbla. Wujek, obawiając się, że ktoś może porwać także mnie, przydzielił mi strażnika. Był to jeden z nowych współpracowników Urzędu Śledczego, niejaki Leon Wysocki. Nazwisko, przyznam, nie za bardzo do niego pasowało, bo aspirant Wysocki nie miał więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu i to w butach na wysokim obcasie, z kapeluszem z wywiniętym rondem. Podobno przez wiele lat pracował w cyrku, z którym zjeździł pół Europy. Rzucał nożami do celu, jak zaanonsował go wujek. Mnie się jednak wydaje, że nożami rzucano w Leona Wysockiego, bo na moje oko był to osobnik strasznie niezdarny. Dlaczego twierdzę, że pan Leon na mistrza rzucania noży się nie nadawał? Przed chwilą sprzedawca z warzywniaka rzucił mu w podarunku jabłko. Wysocki dość, że jabłka nie złapał, to dostał nim w oko. Ma teraz nad brwią potężną śliwkę. Ściąga na siebie wzrok wszystkich na targowisku.

Staram się na moją obstawę nie zwracać uwagi. Nie lekceważę zagrożenia, choć uważam, że gdyby ktoś chciał mnie porwać, zrobiłby to już wczoraj. Ewidentnie celem była moja siostra.

Ta myśl nieco mnie przytłoczyła. Ania od razu to wyczuła. Położyła dłoń na moim ramieniu.

– Twój wujek na pewno odnajdzie Krysię. To kwestia czasu. Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze.

Skinęłam głową. Obiecałam sobie przecież, że nie będę się mazać. Miałam cel. Na Kercelaku pojawiłam się z ważnego powodu.

Zapuściłyśmy się w rejon, gdzie wciąż handlowano tak zwanym żywym towarem. Harmider na ulicy był spory. Szczekanie, miauczenie, gdakanie i gruchanie dochodziło z każdego zakątka.

– Może jakiegoś ciapciusia dla panienek?

Stanął przed nami chudy, tyczkowaty mężczyzna szczerzący pożółkłe zęby. Nazwałam go w myślach Wyżłem.

– Nie, dziękujemy – powiedziałam. – Ciapciuś nam niepotrzebny.

– To może pekińczyka albo jakiego psa niskopodłogowego?

Zapewne chodziło o jamnika.

– Ani niskopodłogowego, ani pekińczyka – odparła z irytacją Anka. – A ciapciusiami to są ci, co zarabiają na nieszczęściu zwierząt!

– Bez nerwów, panienko – zaśmiał się sprzedawca. – Jak coś panienkę ugryzło, to trza szukać lekarza, albo lepiej weterynarza.

Facet obrócił się na pięcie w poszukiwaniu bardziej obiecującego klienta.

– Niech pan zaczeka! – zawołałam za chuderlakiem.

Ania popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.

– No, czekam. To jak z tym ciapciusiem będzie, zainteresowana?

– Załóżmy, że mam już ciapciusia i szukam dla niego jakiejś porządnej karmy.

– Porządnej karmy? – Mężczyzna wybuchnął śmiechem. – Ciapciusiowi wystarczy to, co ze stołu! Jak resztki schaboszczaka dostanie, to będzie szczęśliwy jak krowa na wybiegu.

– No dobrze – zawiesiłam głos. – To powiedzmy, że mam rasowe krowy, tfu… znaczy się psy, nawet trzy. Muszą jeść porządnie, bo… bo wezmą udział w konkursie, są czempionami.

– Rasowy czempion? Takiego psa to ja jeszcze nie widział. Jak chce dla niego lepszej karmy, to prosto do rzeźnika, na pewno rzuci mu jaką porządną kość.

Z tym człowiekiem trzeba było inaczej, najlepiej prosto z mostu. Musiałam się jednak pilnować, żeby Leon Wysocki mnie nie podsłuchał i nie doniósł wujkowi, że coś kombinuję.

Rozejrzałam się. Wysocki zniknął mi z pola widzenia, jakby rozpłynął się w powietrzu. Dopiero po chwili zorientowałam się, że zasłonił go kucyk, którego dosiadały jakieś dzieciaki.

– Szukam karmy, ale porządnej, specjalistycznej, jak z zoologicznego – doprecyzowałam.

Mężczyzna zmrużył oczy, poskubał z namysłem brodę i odezwał się chłodno:

– Specjalistyczna karma, jak z zoologicznego, a to ciekawe… Idź sobie, panienko, do domu, pogłaskaj te trzy niewidzialne czempiony, co to je sobie wymyśliłaś, i daj mnie spokój. Kłopotów mi nie trza.

Spaliłam temat. Wzbudziłam czujność sprzedawcy i było jasne, że nic już z niego nie wyciągnę. Musiał jednak coś wiedzieć, skoro zareagował tak nerwowo.

– Do widzenia panu – pożegnałam się. – Ktoś inny zarobi porządną sumkę od mojego papy.

Okręciłam się na pięcie i ruszyłam, mijając klatki, w których trzymano gołębie. Sikora podążyła za mną. Wysockiego znów straciłam z oczu. Nawet jego kapelusz nie wystawał ponad mrowie ludzkich głów. Zastanawiałam się, czy aby nie został w tym tłumie zadeptany.

Przystanęłyśmy obok stoisk z butami i galanterią skórzaną.

– O co chodzi z tą karmą? – zapytała Anka.

Wyciągnęłam z plecaka najnowsze wydanie „Kuriera Warszawskiego” i pokazałam przyjaciółce pierwszą stronę. Nagłówek artykułu krzyczał ogromnymi literami: „Przestępcy na wolności, Liga Złoczyńców odpowiada za chaos w stolicy!”.

– Czytaj tutaj. – Wskazałam palcem fragment artykułu tuż pod reklamą tapczanów Knippenberga.

– Włamanie do jubilera…

– Dalej…

– Napad na kasę pożyczkową…

– Niżej – ponagliłam. Wciąż zerkałam na chuderlaka sprzedającego ciapciusie. Stał w miejscu, rozglądał się. Miałam nadzieję, że nas nie widzi.

– Ze sklepów zoologicznych ukradziono kilkadziesiąt worków z karmą dla psów? Poważnie? Komu to potrzebne?

– No właśnie. To mnie też zaintrygowało. Najdziwniejsza kradzież z możliwych, no… jedna z najdziwniejszych.

– Masz przeczucie, co?

Popatrzyłam na Ankę ze zdziwieniem.

– Nie rozumiem?

– Sławne przeczucie Zuzy Wróbel – zaśmiała się Sikora na widok mojej miny niewiniątka. – Masz nosa do takich spraw. Wpadniemy zaraz w kłopoty, prawda? Zawsze wpadasz w kłopoty – skwitowała.

– Nie tym razem – zapewniłam. – Tym razem wpadanie w kłopoty pisane jest komuś innemu. Temu, kto porwał moją siostrę!

Anka skinęła głową.

– Jestem z tobą. Jaki masz plan?

– Pokręćmy się tu chwilę. Wydaje mi się, że ten sprzedawca, z którym rozmawiałyśmy, coś wie…

– Dobrze – zgodziła się Sikora.

Przeszłyśmy na drugą stronę ulicy. Zapachniało tu jedzeniem z ogromnych kotłów ustawionych na drewnianych stołach.

– Flaki! Serdelki z musztardą! – krzyczała jedna z kucharek. – Mężu, mężu, nie bądź głupi, niech ci żona pyzy kupi!

– Lizolin, amerykański środek na porost włosów. Jak posmarujesz nim palto, to wyrosną na nim włosy i zamieni się w futro! – przekrzykiwał kobietę osobnik siedzący na składanym krzesełku. Miał przed sobą rozłożoną walizeczkę pełną dziwnych buteleczek.

Parsknęłam śmiechem. Anka też. Trochę poprawił nam się humor.

– Lepszy lizolin niż greckie pająki – zauważyła Anka.

– Sprzedają tu greckie pająki? – zdziwiłam się.

– Tak, nie wiedziałaś? Zjadają podobno pluskwy i karaluchy.

– Bleeee. To ściema. Pajęczaki na pewno są polskie, z jakiejś piwnicy albo strychu. – Trochę się wzdrygnęłam na myśl o włochatych pająkach trzymanych w słoiku.

Znów dyskretnie popatrzyłam w kierunku sprzedawcy psów. Zachowywał się bardzo podejrzanie.

– Coś kombinuje – wyszeptałam. – Idziemy za nim.

Wyżeł zakręcił się przy płocie, a potem za nim zniknął. Dotarłyśmy do tego miejsca sekundę później. Nie zastanawiając się, przykucnęłam i także przedostałam się przez dziurę w ogrodzeniu. Anka zrobiła to samo.

Znalazłyśmy się na podwórzu, na którym także kręcili się ludzie. Ręczniak. Część targowiska, w której towar sprzedawano prosto z walizek i rozłożonych na ziemi chust i koców. Tak zwana drobnica. Szklanki, filiżanki, porcelanowe figurki, guziki, narzędzia, zabawki, przedmioty, które nikomu nie były do niczego potrzebne. Sprzedawca psów nie był zainteresowany tym asortymentem. Szybkim krokiem przemierzył placyk i rozpłynął się w bramie kamienicy.

Oczywiście ruszyłyśmy jego śladem. Dopiero po chwili przypomniałam sobie o Wysockim! Nawet nie próbowałam go zgubić, a przepadł jak kamień w wodę. Gdy wujek się o tym dowie, na pewno nie będzie zadowolony.

Zatrzymałyśmy się w zacienionym przejściu. Spojrzałam znacząco na Ankę, dając jej znak, żeby na mnie poczekała.

– Uważaj na siebie, nie wpadnij w jakieś tarapaty – ostrzegła mnie przyjaciółka.

– Będę uważać, jak zawsze – zapewniłam.

– Tego się właśnie obawiam…

ROZDZIAŁ 2

Ruszyłam w głąb przejścia, w chłodny, zatęchły korytarz. Musiałam poczekać, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności. I cały czas nasłuchiwałam odgłosów budynku. Gdzieś przede mną słychać było donośne dudnienie i okrzyki.

Podążyłam w tamtym kierunku. Korytarz skręcał w lewo, potem w prawo. Hałas stawał się coraz większy.

Nagle, tuż przed moim nosem, otworzyły się drzwi. Ustąpiłam miejsca dwóm roześmianym mężczyznom i próbując zejść im z oczu, weszłam do dużego pomieszczenia, które mogło być kiedyś magazynem pobliskiej manufaktury.

Wesoły gwar wypełniał przestrzeń po brzegi. Pod ścianami stało mnóstwo ułożonych na sobie skrzyń. Kilka lamp zawieszonych wysoko u sufitu oświetlało wnętrze i ludzi stłoczonych wokół podwyższenia. Na tej prowizorycznej scenie stał wysoki stół z dwoma uchwytami. Nie miałam pojęcia, do czego mógł służyć.

Obok mnie przeszło kilku mężczyzn. Nie chciałam zwracać na siebie uwagi, więc skryłam się za jedną ze skrzyń. Rozglądałam się za sprzedawcą psów. Byłam na siebie zła, bo straciłam go z oczu.

Stojący w pobliżu mężczyzna zaczął wychwalać na całe gardło sprzedawany towar:

– Balsam Warszawski, panowie bracia! Siła i moc i w dzień i w noc! Siła goryla, szybkość lwa, w cenie jednego balsamy dwa! Łyczek z rana, łyczek z wieczora. Podniesiesz słonia albo i konia!

Zerknęłam odruchowo na stół, na którym piętrzyły się buteleczki z podejrzanie wyglądającym płynem. Sprzedawca wychodził ze skóry, żeby opylić swój towar. Nie miał jednak zbyt wielu chętnych.

– Panie, daj, spróbuję, co to warte!

Do stolika podszedł cherlawy, zgarbiony mężczyzna. Zakaszlał tak głośno, że ściągnął na siebie uwagę zgromadzonych przy scenie ludzi.

– Jedną buteleczkę czy dwie dla szanownego pana? – zapytał sprzedawca.

– Nawet dziesięć mu nie pomoże! – zakpił jakiś wesołek.

Publika skwitowała to rubasznym śmiechem.

– Jedną buteleczkę proszę, siły na starość brak, zobaczymy, co to warte. – Klient wydawał się niezrażony.

Sprzedawca ukłonił się, podał mężczyźnie buteleczkę z samej góry stosu. Tamten zapłacił i ku mojemu zdziwieniu od razu otworzył balsam, przechylił go i wlał zawartość w gardło.

– Panie! – Sprzedawca złapał się za głowę. – Nie wszystko na raz! Toż to silne jak diabli, nie wiadomo, jaka będzie reakcja!

– Za późno. – Mężczyźnie się odbiło. Skulił się w sobie, jakby rozbolał go brzuch. Ta niedyspozycja trwała tylko chwilę. Otarł usta rękawem, wyprostował się, jakby powróciła mu młodzieńcza energia. Pomyślałam, że to siła sugestii. Gapie zaczęli się śmiać, pokazując go palcem. Klient wzruszył ramionami i wmieszał się w tłum pod sceną.

W końcu dojrzałam mojego Wyżła, to znaczy sprzedawcę psów. Stał kilka metrów dalej i rozglądał się nerwowo. Chyba na kogoś czekał. Postanowiłam się do niego podkraść.

Na scenę wkroczył właśnie konferansjer. Był to korpulentny mężczyzna w zawadiacko przechylonej kaszkietówce i poplamionym podkoszulku. Gdy mówił, apaszka na szyi poruszała się w górę i w dół wraz z ruchliwą grdyką.

– Panie i panowie! Nadejszła wiekopomna chwila! Kolejna runda mistrzostw stolicy w siłowaniu na rękę! Zmagania naszych gladiatorów o najmocniejszy biceps Rzeczypospolitej! Dotąd niepokonany Julek Żelazna Pięść czeka na kolejnego rywala! Znajdzie się odważny wśród tłumu tak zacnych dżentelmenów czy wszystkich obleciał strach?

Wśród widzów podniósł się szmer niezadowolenia z takiej obrazy. Odważnych gladiatorów jednak brakło.

– W takim razie, zgodnie z planem, do pojedynku przystąpi szósty już dzisiaj pretendent do tytułu! Oto przed państwem Zdzisiu Mocarna Piącha z Wilanowa!

Rozległy się oklaski, gwizdy i pełne ekscytacji pokrzykiwania. Zdzisiu Mocarna Piącha musiał mieć tutaj mocno wspierającą go ekipę.

– Przywitajmy naszych siłaczy!

Na widok wchodzących na scenę osiłków publiczność wpadła w ekstazę. Musiałam zasłonić uszy, żeby nie popękały mi bębenki. Nawet piętrzące się na stoliku butelki z balsamem rezonowały żałośnie, jakby miały wydać ostatnie tchnienie.

Patrzyłam zafascynowana na to, co się dzieje. A był to spektakl naprawdę zaskakujący. Obaj siłacze stanęli naprzeciw siebie po obu stronach stołu. Od razu zaczęli się prężyć, napinając muskuły. Żyły występowały im na łyse czaszki, a twarze zrobiły się buraczkowe z wysiłku. Wśród tłumu każdy z tej dwójki miał swoich kibiców. Przekrzykując się wzajemnie, dopingowali swoich mistrzów. Niejeden zapewne zdarł sobie gardło.

– Piącha! Piącha! Piącha!

– Julek Żelazna Pięść! Julek Żelazna Pięść!

Konferansjer dał sygnał dwóm olbrzymom, że czas przystąpić do rywalizacji. Tamci ułożyli łokcie na stoliku, złapali swoje wielkie jak bochny dłonie w uścisku i na sygnał sędziego zaczęli się siłować.

Pot lał się z zawodników strumieniami. Prychali, parskali, jakby wyszli z basenu. Przez dłuższą chwilę trudno było przewidzieć, który z nich wygra. Gdy szala zwycięstwa przechylała się na stronę jednego, zaraz ten drugi jakimś cudem zdobywał się na heroiczny wysiłek i ratował się z opresji.

W końcu jednak zadecydowało ogromne doświadczenie aktualnego mistrza, Julka Żelaznej Pięści. Wszyscy usłyszeli ogłuszający ryk, jaki wydał z siebie przy decydującym ataku. Piącha nie miał szans. Na jego twarzy pojawił się grymas zaskoczenia i sekundę później jego pięść dotknęła blatu.

Od okrzyku widzów zatrząsł się w magazynie sufit.

Konferansjer pozwolił widzom ochłonąć. A potem, gdy atmosfera nieco ostygła, zapytał:

– Są chętni rzucić wyzwanie Żelaznej Pięści? Są śmiałkowie godni walki o tytuł, nieśmiertelną chwałę i pieniądze?

– Pieniądze? Trza było od razu tak mówić!

Wszyscy odwróciliśmy się w kierunku mężczyzny, który wykrzyczał te słowa. Pojawiły się pierwsze śmiechy. Rozpoznałam staruszka, który nie tak dawno wypił całą buteleczkę Balsamu Warszawskiego.

Śmiałek podszedł do sceny. Ludzie podsadzili go, żeby mógł się na nią wdrapać. Po chwili stanął naprzeciw Julka Żelaznej Pięści. Ten aż prychnął rozbawiony.

– To żart? – Julek Żelazna Pięść uderzył się dłońmi po brzuchu. – Dziadku, zejdź lepiej ze sceny. Nie chcę, żebyś się połamał.

– Chyba tchórz cię nie obleciał, co? – Mężczyzna ujął się pod boki i spojrzał hardo na mistrza.

– Nie chcę ci zrobić krzywdy, człowieku. – Żelazna Pięść pokręcił głową.

W tłumie rozległy się gwizdy.

Julek się skrzywił. Był chyba przyzwyczajony wyłącznie do okrzyków uwielbienia.

– Zasady są jasne – odezwał się konferansjer. – W regulaminie stoi, że każdy może rzucić wyzwanie mistrzowi. Czy Żelazna Pięść przyjmuje wyzwanie?

Julek poruszył kwadratową szczęką i zgrzytnął zębami.

– Przyjmuję – wydusił z siebie. – Ale jak się coś złego stanie temu chuderlakowi, to żeby mnie za to nie winić. Łapy od tego umywam!

Tłum przyjął to z zadowoleniem. Chyba wszyscy spodziewali się rozrywki kosztem pretendenta do tytułu.

– Balsam, Balsam!

Nowy przydomek starszego mężczyzny szybko przyjął się wśród zgromadzonych.

Popatrzyłam na sprzedawcę psów. Wciąż się niecierpliwił, ale z zainteresowaniem spoglądał na scenę.

Balsam i Żelazna Pięść stanęli po obu stronach stołu. Dłoń staruszka zniknęła w wielkim łapsku Julka. Żelazna Pięść się wyszczerzył. Zęby miał jak łopaty.

Tłum śmiał się do rozpuku, jakby wszyscy przyszli tu na kabaret, a nie mistrzostwa Warszawy.

Konferansjer uniósł ręce.

– Panie i panowie! – krzyknął. – Przed nami walka, której nikt się nie spodziewał. Walka, która być może przejdzie do historii, o której opowiadać będą potomni. Pięciokrotny Mistrz Warszawy, Julek Żelazna Pięść, kontra Balsam Kościstoręki!

Publiczność zareagowała na ten przydomek gromkim śmiechem i oklaskami.

– Już za chwilę ci dwaj tytani podejmą nadludzki wysiłek, udowadniając, że są najsilniejszymi ludźmi w Polsce. Który z nich okaże się zwycięzcą? Który z nich zasłuży na miano warszawskiego Herkulesa? Niech wygra silniejszy!

Konferansjer klasnął w dłonie, dając mężczyznom sygnał do walki.

Kościstoręki uwierzył chyba mocno w swoje siły, naparł całym ciałem na stół. Wyglądał jak dziecko, które uwiesiło się ręki Żelaznej Pięści.

Chichoty widzów nie zdeprymowały staruszka. Żelazna Pięść uśmiechał się, ale nagle zdałam sobie sprawę, że uśmiech znika z jego twarzy. Działo się coś niezwykłego. Czoło mistrza zrosił pot, żyły znów zagrały mu pod skórą, a mięśnie naprężyły się z wysiłku.

Byłam pewna, że Żelazna Pięść udaje, odgrywa jakąś scenkę, żeby ten kabaret potrwał chwilę dłużej, ale nie. On naprawdę musiał zdobywać się na coraz większy wysiłek. Ludzie także zauważyli,że dzieje się coś nieoczekiwanego. Chichoty powoli cichły, pojawiły się pomruki zaskoczenia. Gdy dłoń Żelaznej Pięści zaczęła się przechylać w kierunku blatu, rozległy się okrzyki oburzenia.

– Julek, nie wygłupiaj się! – krzyknął jakiś mężczyzna. – Postawiłem na ciebie kupę kasy!

– To niemożliwe! – zawołał ktoś inny.

– Rany Julek! Julek Gliniana Pięść!

Te krzyki uraziły dumę wciąż aktualnego mistrza Warszawy. Jego grube brwi połączyły się w jedno, twarz wykrzywił grymas bólu. Julek naprężył się, przez co jego muskuły wyglądały niczym wykute z marmuru. Starszy mężczyzna zaczął chyba słabnąć. Zachwiał się i wydawało się, że zaraz upadnie. Chyba coś krzyknął, ale tego nie dosłyszałam.

– On woła, żeby podać mu balsamu! Słyszycie? On chce wypić kolejną butelkę balsamu!

Wszyscy odwrócili głowy w stronę stoiska z butelkami. Sprzedawca zareagował natychmiast. Chwycił za buteleczkę i pognał ku scenie. Ludzie schodzili mu z drogi.

W siłowaniu trwał impas. Widziałam, jak Żelaznej Pięści opada szczęka, gdy staruszek przejął butelkę od sprzedawcy i wypił ją duszkiem, nie przerywając starcia.

– O mamusiu! – wykrzyknął mężczyzna nazwany Kościstorękim. – O matko!

Działo się z nim coś niezwykłego. Wyprostował się jeszcze bardziej, jakby urósł kilka centymetrów. A przecież to było fizycznie niemożliwe!

– Balsam, Balsam! – rozległo się gardłowe skandowanie zgromadzonych w magazynie mężczyzn. Emocje publiczności sięgnęły zenitu.

– To balsam! – darł się ktoś z tłumu. – To balsam daje mu tę nieludzką siłę!

Pierwsi widzowie, nie zważając na to, że przegapią finał, ruszyli w kierunku stoiska. Tymczasem na scenie działy się rzeczy niesamowite. Kościstoręki odwrócił się do publiczności i uśmiechnął szeroko.

– Kończ waść, wstydu oszczędź – jęknął Żelazna Pięść.

I wtedy starszy mężczyzna, który teraz wyglądał na młodzieniaszka, zakończył walkę, wgniatając pięść swojego przeciwnika w stół.

Od okrzyków tłumu zatrzęsły się ściany. Nowy mistrz Warszawy utonął w uściskach. Kilku ludzi podniosło go na rękach i zaczęło podrzucać pod sam sufit.

Byłam pewna, że Balsam Warszawski wyprzeda się w kilka minut. Zaśmiałam się, bo zwietrzyłam w tym wszystkim podstęp. Gdy wszyscy wpatrywali się w Kościstorękiego, ja obserwowałam byłego już mistrza, Julka Żelazną Pięść. Nie sprawiał wrażenia przybitego przegraną. Jakiś mężczyzna poklepał go po plecach i wręczył mu zwitek pieniędzy. Byłam pewna, że wszystko było ukartowane, a cudowny Balsam Warszawski jest zwykłą ściemą.

Nie miałam jednak czasu ujawniać tego oszukańczego procederu, bo do mojego sprzedawcy psów dołączył nie kto inny jak konferansjer i sędzia zawodów w jednym.

– Czego chcesz… – zapytał nieprzyjemnym głosem.

– Ważna sprawa jest… – Wyżeł się skrzywił. – Miałem dać znać, jak mnie będą wypytywać o karmę…

Wstrzymałam oddech. A jednak! Trafiłam w dziesiątkę!

– O co dokładnie cię pytano?

– O specjalną karmę dla psów, porządną, jak z zoologicznego.

Konferansjer milczał. Wpatrywał się w psiarza nieruchomym wzrokiem.

– Kto pytał?

– Najpierw taki jakiś dziwny facet. W czapce był, w dodatku brodaty, ledwie było widać twarz.

Ta informacja mnie zaskoczyła. Ktoś interesował się tą samą sprawą co ja? A może był to zwykły przypadek?

– Puściłeś za nim człowieka?

– Jasne, że tak, Zenka. Ale…

– Ale?

– Zenek stracił go z oczu bardzo szybko. – Psiarz wygiął palce. Chyba czuł respekt wobec swojego rozmówcy. – Koń mu na nogę nastąpił.

Konferansjer uniósł w zdziwieniu brwi.

– Kto mu na nogę nastąpił?