Marcowy drink. Tom I - Dagmara Kalinko - ebook
NOWOŚĆ

Marcowy drink. Tom I ebook

Dagmara Kalinko

3,1

26 osób interesuje się tą książką

Opis

PATRYK RAIZER to właściciel sieci siłowni. A do tego bajerant z idealnie wyrzeźbionym ciałem, marzenie niemal każdej kobiety. Gdy na jednej z imprez traci na chwilę kontrolę, dostrzega tajemniczą nieznajomą, która sprawia, że może tej kontroli już nigdy nie odzyskać. W końcu jednak alkohol wyparowuje z głowy, a wraz z nim wizja lady in red.

SARA BEREZOWSKI jest fotografką z bogatym doświadczeniem i renomą na rynku. To silna, niezależna kobieta, a przy tym samotna matka. Córka i praca są jej całym światem, z którego już dawno wyrzuciła wszystkich mężczyzn. Kiedy jednak do jej studia wpada facet z gładką gadką i bez zahamowań, w dodatku nieznośnie pewny siebie i nieziemsko przystojny, jej umysł i ciało zaczynają wariować, a przyrzeczenie sprzed lat staje się mgliste.

Czy gdy drogi tych dwojga przetną się w azylu Sary, obudzą się w niej zapomniane pragnienia? Czy będzie miała w sobie na tyle odwagi, by roztopić zamarznięte serce mężczyzny ze snów?
I czy to wystarczy, by wyjść z bezpiecznej samotności?

MARCOWY DRINK to początek erotycznej sagi, w której zwierzęcy magnetyzm zderza się z moralnością, a cielesne pożądanie jest zbyt mocne, by można było je ot tak zignorować. To podróż od delikatnej erotyki aż po seksualną mroczność. To mieszanka wybuchowa DOTYKU CROSSA i poruszającego LISTU W BUTELCE.

Wyrazista opowieść z wręcz filmowymi opisami, a w niej to jedno zdanie: ODDAJ MI SWÓJ JEDEN DZIEŃ, A JA W ZAMIAN DAM CI MOJĄ JEDNĄ NOC!

 

MARCOWY DRINK to początek erotycznej sagi, mieszanka wybuchowa DOTYKU CROSSA i poruszającego LISTU W BUTELCE. w której zwierzęcy magnetyzm zderza się z moralnością, a cielesne pożądanie jest zbyt mocne, by można było je ot tak zignorować. PATRYK RAIZER to właściciel sieci siłowni. A do tego bajerant z idealnie wyrzeźbionym ciałem, marzenie niemal każdej kobiety. Gdy na jednej z imprez traci na chwilę kontrolę, dostrzega tajemniczą nieznajomą, która sprawia, że może tej kontroli już nigdy nie odzyskać. W końcu jednak alkohol wyparowuje z głowy, a wraz z nim wizja lady in red. SARA BEREZOWSKI jest fotografką z bogatym doświadczeniem i renomą na rynku. To silna, niezależna kobieta, a przy tym samotna matka. Córka i praca są jej całym światem, z którego już dawno wyrzuciła wszystkich mężczyzn. Kiedy jednak do jej studia wpada facet z gładką gadką i bez zahamowań, w dodatku nieznośnie pewny siebie i nieziemsko przystojny, jej umysł i ciało zaczynają wariować, a przyrzeczenie sprzed lat staje się mgliste.

Książka 18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 205

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,1 (14 ocen)
4
3
1
2
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Goofiejka84

Z braku laku…

do strony 150 w sumie nic sie nie dzieje, mnóstwo opisów tego jak np wyglad pokój, opisy przemyśleń bohaterów czasami wręcz filozoficzne... mnie osobiście książka zmęczyła a niektóre opisy-porównania np części ciała po prostu żenujące...
10
Gryziporka

Nie polecam

1. Jak można coś takiego napisać. 2. Jak można coś takiego wydać. Najgorsza książka jaką czytałam. Nie ma w niej nic z obyczajowej powieści ani erotycznej to jedna wielka katastrofa. Naprawdę szkoda czasu.
00
kasia8401

Nie oderwiesz się od lektury

Ile teraz muszę czekać na kolejną część
00
beatka088

Dobrze spędzony czas

Dobrze wykreowani bohaterzy, którzy mają wyraziste charaktery i osobowość. Ogromnym plusem są świetnie opisane sceny intymne. Autorka skupia się nie tylko samym procesie, ale przede wszystkim na głębokich emocjach, które wręcz odczuwa się podczas czytania. Jednym minusem były dla mnie zbyt długie opisy miejsc i codziennych czynności, które zwalniały akcję. Mimo to książka warta uwagi.
01

Popularność




Tę hi­sto­rię de­dy­ku­ję ko­muś,bez czy­je­go ist­nie­nia w ogó­le by nie po­wsta­ła.

Rozdział 1

W po­miesz­cze­niu pa­no­wał gwar. Wiel­kie na całą ścia­nę okna, przez któ­re za­zwy­czaj wpa­da­ło mnó­stwo świa­tła i za któ­ry­mi roz­po­ście­rał się wi­dok na cen­tral­ną część mia­sta, tym ra­zem były prze­sło­nię­te czar­ny­mi za­sło­na­mi. Nie wpusz­cza­ły one do środ­ka ani gra­ma pro­mie­ni sło­necz­nych. Przy ścia­nie po dru­giej stro­nie sta­ło dwóch męż­czyzn – pili kawę z eks­pre­su znaj­du­ją­ce­go się na bla­cie i ści­szo­ny­mi gło­sa­mi wy­mie­nia­li mię­dzy sobą uwa­gi. Na środ­ku prze­strze­ni sta­ła duża, czar­na ka­na­pa. Mia­ła już po­nad rok. Sia­da­jąc na niej, na­dal czu­ło się jed­nak jej in­ten­syw­ny, skó­rza­ny za­pach, jak­by ku­pio­no ją za­le­d­wie wczo­raj. Za­ję­ta była przez dwie ko­bie­ty i jed­ne­go męż­czy­znę. Nie roz­ma­wia­li, a je­dy­nie z za­cie­ka­wie­niem pa­trzy­li na wprost, na sto­ją­cy na sto­li­ku włą­czo­ny lap­top, któ­ry w pa­nu­ją­cej tu ciem­no­ści bił po oczach nie­bie­skim świa­tłem. „Gło­wa pro­sto, wy­suń bro­dę do przo­du, spójrz na mnie. O tak, wła­śnie tak” – od­zy­wał się co ja­kiś czas de­li­kat­ny, ko­bie­cy głos. Był mięk­ki, ale jed­no­cze­śnie sta­now­czy.

Sły­szal­ny w tle dźwięk strze­la­ją­cej mi­gaw­ki in­for­mo­wał, iż two­rzy się coś no­we­go. „Ręce na bio­dra, stań bo­kiem, te­raz tył i od­wróć gło­wę. Okej, ale po­zo­stań w tej sa­mej po­zy­cji, nie zmie­niaj jej. Su­per”. Sara była w swo­im ży­wio­le.

Uwiel­bia­ła pra­co­wać z za­wo­dow­ca­mi, a jed­no­cze­śnie wtrą­cać coś od sie­bie. Przez te wszyst­kie lata na tyle so­lid­nie wy­pra­co­wa­ła swo­ją wła­sną re­no­mę, iż mo­gła so­bie po­zwo­lić na two­rze­nie pro­jek­tów z naj­lep­szy­mi. Mia­ła tę prze­wa­gę, że było jej dane de­cy­do­wać w znacz­nej mie­rze o tym, z kim chce pra­co­wać, a z kim nie. Nie lu­bi­ła tych, jak to ich na­zy­wa­ła, kloc­ków, któ­rym mu­sia­ła po­pra­wiać każ­dy pa­lec. Na szczę­ście ten etap mia­ła już daw­no za sobą.

Sara Be­re­zow­ski nie przyj­mo­wa­ła pry­wat­nych zle­ceń, nie pra­co­wa­ła z ro­dzi­na­mi i nie ro­bi­ła se­sji lu­dziom z tak zwa­nej uli­cy. Nie chcia­ła ba­wić się z wy­bred­ny­mi klien­ta­mi, bo­wiem już z do­świad­cze­nia wie­dzia­ła, że po­mi­mo za­wie­ra­nych z nimi umów, świa­do­mo­ści na te­mat sty­lu jej zdjęć oraz tego, w jaki spo­sób pra­cu­je i jak je ob­ra­bia, to i tak trzy czwar­te klien­tów do­ma­ga­ło się zmian i po­pra­wek. Ab­so­lut­nie tego nie to­le­ro­wa­ła. Chcia­ła two­rzyć ta­kie ka­dry, ja­kie naj­le­piej współ­gra­ły z jej ar­ty­stycz­ną du­szą. Je­śli ko­muś to nie od­po­wia­da­ło, mógł prze­cież pójść do in­ne­go stu­dia i wy­brać in­ne­go fo­to­gra­fa. Dro­ga wol­na. Na ryn­ku aż ro­iło się od pro­fe­sjo­na­li­stów w każ­dym calu, osób po stu­diach i kur­sach. Oczy­wi­ście nie bra­ko­wa­ło też tych, któ­rzy chcie­li po pro­stu za­bły­snąć w świe­cie apa­ra­to­wych fle­szy, ta­kich ama­to­rów, in­ter­ne­to­wych sa­mo­uków. Trend był pro­sty: wie­lu, za­uwa­ża­jąc, że ko­muś coś idzie, że „in­te­res się krę­ci”, pró­bo­wa­ło tego sa­me­go, ale czę­sto, nie­ste­ty, z mar­nym skut­kiem. Bez ja­kiej­kol­wiek wie­dzy, bez do­świad­cze­nia w pra­cy z ludź­mi, ogła­sza­li się jako fo­to­gra­fo­wie i ofe­ro­wa­li zdję­cia za pół­dar­mo, psu­jąc ry­nek i ucząc po­ten­cjal­nych przy­szłych klien­tów, że nie li­czy się ja­kość, a ilość. Wy­cho­dzi­li bo­wiem z za­ło­że­nia, że aby usłu­ga była za­do­wa­la­ją­ca, wy­star­czy za­ofe­ro­wać mul­tum fo­to­gra­fii, czę­sto na­wet prze­świe­tlo­nych, nie­ostrych, byle jak naj­ta­niej. A klien­ci przyj­mo­wa­li je wszyst­kie z uśmie­chem na ustach, nie wi­dząc, iż więk­szość z nich to przy­sło­wio­we obier­ki z ziem­nia­ków, któ­re w po­rząd­nej re­stau­ra­cji wy­lą­do­wa­ły­by w ko­szu.

W związ­ku z tym mia­ła już ser­decz­nie dość wy­gła­dza­nia ust pa­niom, któ­rym nie chcia­ło się użyć cho­ciaż­by błysz­czy­ka. Na­stęp­nie wręcz bła­ga­ły, by ich war­gi były po­nęt­ne i peł­ne, i aby Sara coś z tym zro­bi­ła. Mia­ła dość li­kwi­da­cji na­pi­sów z mę­skich ko­szu­lek, bo po­mi­mo wcze­śniej­szych usta­leń co do ubio­ru se­syj­ne­go pan i tak wło­żył T-shirt z logo ja­kiejś mar­ki na całą kla­tę. Po­tem żona, pra­wie pła­cząc, żą­da­ła jego usu­nię­cia, tłu­ma­cząc, że nie pa­su­je do resz­ty sty­li­za­cji ro­dzin­ki. Jak­by o tym wcze­śniej nie wie­dzia­ła. Mąż naj­czę­ściej ole­wa­ją­co pod­cho­dził do te­ma­tu, a ko­bie­ta od­pusz­cza­ła i tak wku­rzo­ne­mu na sam wjazd panu, chy­ba my­śląc, że ja­koś to bę­dzie. Za­zwy­czaj nie było. Do­brze nie było. Be­re­za krzy­wi­ła się tyl­ko z bez­rad­no­ści i klę­ła w du­chu. Mia­ła po dziur­ki w no­sie usu­wa­nia bru­du spod pa­znok­ci w Pho­to­sho­pie, co też nie­ste­ty jej się zda­rza­ło. Po pro­stu draż­ni­ło ją, że klien­ci na­gmin­nie ła­ma­li re­gu­la­min, a póź­niej wy­my­śla­li mi­lio­ny ab­sur­dal­nych po­wo­dów, by ob­ni­ży­ła cenę, cho­ciaż jesz­cze przed pod­pi­sa­niem umo­wy za­po­zna­li się prze­cież z jej pra­ca­mi oraz z licz­bą zdjęć, jaką za­wie­rał dany pa­kiet. Po­tem uda­wa­li głu­pich, że cze­goś nie do­czy­ta­li, nie do­sły­sze­li, że w ogó­le wszyst­ko za­po­wia­da­ło się ina­czej. Mia­ła do­syć ta­kich lu­dzi i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie szko­da jej było cza­su na pi­sa­nie po raz set­ny wy­ja­śnia­ją­cych li­ta­nii. Stąd szyb­ko doj­rza­ła men­tal­nie i zmie­ni­ła o sto osiem­dzie­siąt stop­ni swo­ją klien­te­lę. Po­sta­no­wi­ła współ­pra­co­wać wy­łącz­nie z pro­fe­sjo­na­li­sta­mi, przede wszyst­kim z fir­ma­mi odzie­żo­wy­mi i z cza­so­pi­sma­mi, wy­ko­nu­jąc zle­ce­nia na więk­szą ska­lę. Pra­co­wa­ła z za­wo­do­wy­mi mo­del­ka­mi i mo­de­la­mi. Czę­sto jed­nak po­dej­mo­wa­ła rów­nież współ­pra­cę z nowo two­rzo­ny­mi mar­ka­mi, a tym sa­mym i z oso­ba­mi nie­ma­ją­cy­mi zbyt wie­le wspól­ne­go z modą, przy­naj­mniej do mo­men­tu roz­po­czę­cia przez nich przy­go­dy z tego typu dzia­łal­no­ścią. Jed­nak to był, jak­kol­wiek na to pa­trzeć, zu­peł­nie inny typ klien­ta. Wie­dział, cze­go chciał, wie­dział, jak ta­kie zdję­cia po­win­ny wy­glą­dać, miał swo­je wy­obra­że­nia i wi­zje, by to­war do­brze pre­zen­to­wał się na bil­l­bo­ar­dach, w ga­ze­tach czy w ka­ta­lo­gach. Przez to i ona zy­ski­wa­ła dość dużą swo­bo­dę w two­rze­niu tego typu fo­to­gra­fii. Mo­gła pod­po­wia­dać, po­wo­łu­jąc się na wła­sne kil­ku­let­nie już do­świad­cze­nie. Wszyst­ko było od sa­me­go po­cząt­ku kla­row­ne, bez nie­do­mó­wień. Ona wie­dzia­ła, jak ma pra­co­wać, a klient, de­cy­du­jąc się na pod­pi­sa­nie z nią umo­wy, wie­dział, co do­sta­nie, cze­go może się spo­dzie­wać, ak­cep­tu­jąc styl jej zdjęć i sa­mej pra­cy oraz jej po­dej­ścia do fo­to­gra­fii.

*

Ol­brzy­mie lam­py, z któ­rych część wy­glą­da­ła jak duże, roz­ło­żo­ne na desz­czu pa­ra­sol­ki, oświe­tla­ły tło i mo­del­kę. Do­dat­ko­we, bi­ją­ce od tyłu, przy­dy­mio­ne świa­tło two­rzy­ło ta­jem­ni­czy kli­mat.

To wiel­kie stu­dio było speł­nie­niem ma­rzeń Sary. Sta­ło się jej „dru­gim dziec­kiem”, tyl­ko że star­szym, już wy­piesz­czo­nym, wy­chu­cha­nym, wy­dmu­cha­nym, nie­mal­że per­fek­cyj­nym. Pa­nu­ją­ce w nim wszech­obec­na czerń i biel spra­wia­ły, iż wcho­dząc do nie­go, czło­wiek za­sta­na­wiał się po­cząt­ko­wo, czy na pew­no do­brze tra­fił. Wy­star­czył jed­nak je­den krok do świa­ta kil­ku­dzie­się­ciu mi­go­czą­cych ze wszyst­kich stron świa­te­łek przy­po­mi­na­ją­cych gwiaz­dy na bez­chmur­nym nie­bie, by ni­g­dy nie chcia­ło się już z nie­go wyjść. O tym, że jest to stu­dio fo­to­gra­ficz­ne, świad­czy­ły tyl­ko za­mon­to­wa­ny na su­fi­cie elek­trycz­ny sys­tem do za­wie­sza­nia teł oraz kil­ka sto­ją­cych lamp: okty, dy­fu­zo­ry, so­ft­bo­xy i strip­bo­xy. Sara nie lu­bi­ła ba­ła­ga­nu, dla­te­go mniej­szy ga­ba­ry­to­wo sprzęt, jak apa­ra­ty, ha­lo­ge­ny, cza­sze czy blen­dy, wy­cią­ga­ła ze spe­cjal­nej sza­fy do­pie­ro na po­trze­by se­sji.

W tym miej­scu czu­ło się ma­gię, przy­cią­ga­ło swo­im kli­ma­tem po­wsta­łym wy­łącz­nie z wy­obraź­ni Sary. To była oso­bi­sta, czar­na dziu­ra w ota­cza­ją­cym ją wszech­świe­cie i wy­łącz­nie wy­bra­ni mo­gli mieć do niej do­stęp. Je­dy­nie ci, któ­rzy w peł­ni ak­cep­to­wa­li jej wa­run­ki, mo­gli wnik­nąć za jej zgo­dą w głąb prze­strze­ni, jaką stwo­rzy­ła. Kto­kol­wiek mi­nął ho­ry­zont zda­rzeń, już na za­wsze po­zo­sta­wał poza stwo­rzo­nym przez nią jej świa­tem i poza nią samą.

Sara urzą­dzi­ła to wnę­trze w nie­ba­nal­nym sty­lu. W prze­ci­wień­stwie do swo­je­go miesz­ka­nia, któ­re ema­no­wa­ło cie­płem i do­mo­wym ogni­skiem, stu­dio to, bę­dą­ce po­łą­cze­niem me­ta­lu i szkła, było chłod­ne, wręcz zim­ne, jak jej już daw­no za­mar­z­nię­te ser­ce. Przy tym gu­stow­ne i z wy­ra­fi­no­wa­nym sma­kiem. Za­le­ża­ło jej na tym, aby klien­ci byli trak­to­wa­ni przez nią i jej pra­cow­ni­ków wy­jąt­ko­wo i by tak się czu­li. Cho­ciaż w jej domu prze­wa­ża­ły z ko­lei drew­no i biel, a styl lo­fto­wy mie­szał się ze skan­dy­naw­skim, to rów­nież ta prze­strzeń za­pew­nia­ła jej kom­fort. Owa luk­su­so­wa przy­stań była pier­wot­ną wer­sją jej wła­sne­go miesz­ka­nia. Kie­dyś, daw­no temu, nie wy­obra­ża­ła so­bie ży­cia w in­nym niż ciem­ne wnę­trzu. Zmien­ny gust czło­wie­ka spra­wił, że po paru la­tach, mimo iż nie po­tra­fi­ła roz­stać się z my­śla­mi o czer­ni wo­kół sie­bie, nie mo­gła już w niej prze­by­wać na co dzień. To roz­wią­za­nie było więc dla niej ide­al­ne. Dwa w jed­nym. Wi­zu­ali­za­cja prze­szło­ści prze­nie­sio­na do stu­dia i pla­ny przy­szło­ści stwo­rzo­ne w obec­nym miesz­ka­niu. Jak­by eg­zy­sto­wa­ła w dwóch róż­nych świa­tach. Jej ży­cie po­nie­kąd przy­po­mi­na­ło sce­na­riusz fil­mu „Wy­śnio­na na­mięt­ność” z Demi Mo­ore w roli głów­nej, tyl­ko bez mę­skie­go obiek­tu w tle. Za dnia w sty­lo­wej baj­ce z por­ce­la­ny, a wie­czo­ra­mi i ran­ka­mi w siel­skim kli­ma­cie boho, z utka­ny­mi ze wspo­mnień przed­mio­ta­mi.

*

Uno­szą­cy się w po­wie­trzu za­pach ude­rzał w noz­drza, coś na wzór po­łą­cze­nia mroź­ne­go po­wie­wu z ja­ki­miś nie­zna­ny­mi ni­ko­mu wcze­śniej per­fu­ma­mi. Nie było to jed­nak świe­że po­wie­trze, a włą­czo­na kli­ma­ty­za­cja plus obce pol­skim no­som spe­cy­fi­ki, któ­re do fir­my przy­wo­zi­ły ra­zem z Ma­tyl­dą z róż­nych stron świa­ta. Obie lu­bi­ły wszel­kie­go ro­dza­ju ka­dzi­dła, olej­ki, żele oraz bal­sa­my o eg­zo­tycz­nym i orien­tal­nym aro­ma­cie. Klien­ci czę­sto py­ta­li, co to za za­pach. Tyl­ko uśmie­cha­ły się wte­dy do sie­bie.

Wszech­ota­cza­ją­cy luk­sus Fly­2Mo­on, bo tak na­zwa­ła swo­je kró­le­stwo, ku­sił, by wejść głę­biej, tak jak ona sama stwa­rza­ła wo­kół sie­bie aurę po­cią­ga­ją­cą męż­czyzn. To trze­ba jej było przy­znać: Be­re­za mia­ła świet­ny gust za­rów­no je­śli cho­dzi­ło o zdję­cia, jak i wła­sny styl. Wie­dzia­ła, że się po­do­ba. Zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że cią­gnie za sobą łunę po­żą­da­nia jak ob­ło­ki sre­brzy­ste prze­mie­rza­ją­ca wszech­świat ko­me­ta. Była tego świa­do­ma, lecz mia­ła to głę­bo­ko gdzieś. Już lata temu po­sta­no­wi­ła, że żyje tyl­ko dla swo­jej có­recz­ki. Uwiel­bia­ła do­brze wy­glą­dać, ale ro­bi­ła to wy­łącz­nie dla sie­bie i dla Ma­łej, by ta ni­g­dy nie mu­sia­ła się jej wsty­dzić. Była prze­ciw­ni­kiem me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej. Wo­la­ła za­in­we­sto­wać w droż­szy krem i za­bie­gi pie­lę­gna­cyj­ne, niż kłuć się igłą lub po­ciąć skal­pe­lem. Za bar­dzo ko­cha­ła swo­je cia­ło, by je na­ra­żać na ból, a po­nad­to wy­cho­dzi­ła z za­ło­że­nia, że le­piej dbać o nie, cho­dząc na si­łow­nię i pro­wa­dząc zdro­wy tryb ży­cia, niż iść dro­gą na skró­ty. Uwa­ża­ła, że skró­ty nie ist­nie­ją, a na­wet je­śli, to co naj­wy­żej moż­na wpaść przez nie w po­krzy­wy. Tego sa­me­go od naj­młod­szych lat uczy­ła cór­kę. Po pro­stu mia­ła wła­sne zda­nie na ten te­mat, choć nie wda­wa­ła się z ni­kim w dys­ku­sje. Pra­wo do róż­nią­cych się od sie­bie opi­nii było prze­cież wpi­sa­ne w ludz­ką na­tu­rę. Inny po­gląd na wszyst­ko, co nas do­ty­czy­ło i co nas ota­cza­ło, ko­lo­ro­wał świat i wła­śnie to spra­wia­ło, że sta­wał się pięk­ny w każ­dym zna­cze­niu tego sło­wa. Stąd nie po­dej­mo­wa­ła roz­mów o gu­stach i prze­ko­na­niach, dzię­ki cze­mu mia­ła spo­koj­niej­szą gło­wę i mniej stre­su. Żyła we­dług wła­snych za­sad i twier­dzi­ła, że każ­dy po­wi­nien pil­no­wać swo­je­go tył­ka. Choć uwa­ża­ła, że nie za­wsze trze­ba sie­dzieć ci­cho i mieć za­mknię­tą ja­dacz­kę.

Przez to była inna niż więk­szość ko­biet, któ­re zna­ła, za­rów­no te­raz, jak i kie­dyś, w prze­szło­ści. Nie każ­dy z jej bli­skie­go oto­cze­nia w stu pro­cen­tach zga­dzał się z jej po­glą­da­mi i ona do­sko­na­le o tym wie­dzia­ła. Nie­któ­rzy nie na­dą­ża­li za jej spo­so­bem my­śle­nia, ale była tak miłą i to­le­ran­cyj­ną oso­bą, że bar­dzo szyb­ko wy­ba­cza­li jej po­nie­kąd dziw­ne cza­sem spoj­rze­nie na dany te­mat. Pie­nią­dze nie mia­ły dla niej zna­cze­nia. Uwa­ża­ła, że są one tyl­ko faj­nym do­dat­kiem do ży­cia i do pra­cy. Niby każ­dy zda­je so­bie spra­wę, iż nie dają one szczę­ścia, a jed­nak wszy­scy dążą do tego, aby zdo­być ich jak naj­wię­cej, na­wet gdy już mają ich wy­star­cza­ją­co dużo. Sara prze­bie­ra­ła w ofer­tach. Wy­bie­ra­ła te we­dług niej naj­lep­sze, naj­cie­kaw­sze i naj­bar­dziej war­to­ścio­we, mimo że cza­sem wią­za­ło się to z mniej­szym wy­na­gro­dze­niem dla jej fir­my. Nie ku­po­wa­ła naj­droż­szych ubrań, cho­ciaż mo­gła so­bie na to po­zwo­lić. Sku­pia­ła wzrok na tych, któ­re jej się po­do­ba­ły i pa­so­wa­ły do syl­wet­ki. Cza­sem by­wa­ła w lum­pek­sach, za­wsze uda­wa­ło jej się wy­szpe­rać coś, co było uni­ka­to­we i je­dy­ne w swo­im ro­dza­ju. Nie oce­nia­ła lu­dzi po gru­bo­ści ich port­fe­la i licz­bie zer na kon­cie ban­ko­wym. Mia­ła jed­nak zdol­ność do wła­ści­wej ich oce­ny. Była kon­kret­na. Bez zbęd­ne­go pi­to­le­nia mó­wi­ła in­nym, co my­śli o nich i o ich za­cho­wa­niu czy po­dej­ściu. Bez owi­ja­nia w ba­weł­nę wy­kła­da­ła kar­ty na stół. Całe ży­cie ro­dzi­ce mó­wi­li jej, że trze­ba w każ­dej sy­tu­acji być czło­wie­kiem szcze­rym, nie oszu­ki­wać i nie kła­mać, a te wpo­jo­ne od dziec­ka za­sa­dy były dla niej świę­te. Szcze­rość to nie cham­stwo, od za­wsze każ­de­mu to po­wta­rza­ła. Praw­da, na­wet je­śli nie­zbyt miła czy wy­god­na, po­win­na być do­ce­nio­na i przy­tu­lo­na do klat­ki pier­sio­wej. Z bie­giem lat na­uczy­ła się tyl­ko, że dla jej świę­te­go spo­ko­ju sło­wa pew­nych lu­dzi na­le­ży prze­pusz­czać przez nie­wi­dzial­ny filtr.

Nie do­pusz­cza­ła do sie­bie zbyt wie­lu osób, zna­cze­nie mia­ła dla niej do­słow­nie ich garst­ka. Od­kąd roz­sta­ła się z oj­cem swo­jej có­recz­ki, świat, w któ­rym żyła, zmie­nił się dia­me­tral­nie. Zro­bi­ła se­lek­cję zna­jo­mo­ści jak­by były jabł­ka­mi: od­rzu­ci­ła prze­gni­łe i wy­bra­ła je­dy­nie te naj­tward­sze i naj­słod­sze. Ze­psu­te wy­rzu­ci­ła do ko­sza, nie chcąc zgnić tak jak one, gdy­by tkwi­ła obok nich. Zro­bi­ła ge­ne­ral­ne po­rząd­ki w sza­fach swo­je­go ży­cia, po­zby­wa­jąc się tych prze­rdze­wia­łych od za­zdro­ści i za­wi­ści ko­le­ża­nek, oraz otwo­rzy­ła na prze­strzał okna w sza­rych ko­mór­kach. Kil­ka lat wstecz po­sta­no­wi­ła, że bę­dzie sa­mo­wy­star­czal­na i że już ni­g­dy nie do­pu­ści do sie­bie żad­ne­go męż­czy­zny. To na­wet nie było tak, że nie wie­rzy­ła w mi­łość, ale zwy­czaj­nie bała się ko­lej­ny raz ko­muś za­ufać i od­dać swo­je ser­ce w obce ręce.

– Okej, star­czy. Ko­niec na dziś. Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­ła, koń­cząc zdję­cia. Nie lu­bi­ła słów „mamy to”, były dla niej prze­re­kla­mo­wa­ne.

Od­wró­ci­ła się w stro­nę osób sie­dzą­cych na ka­na­pie. Sara wy­ję­ła kar­tę pa­mię­ci z apa­ra­tu i po­da­ła ją jed­nej z ko­biet, pro­stu­ją­cej wła­śnie nogi. Naj­wy­raź­niej tkwi­ła zbyt dłu­go w tej sa­mej po­zy­cji. To była jej przy­ja­ciół­ka, Ma­tyl­da. Jej pra­wa ręka i jed­no­cze­śnie ma­na­ger­ka. Od­kąd tyl­ko się­ga­ła pa­mię­cią, Ma­tyl­da trwa­ła obok niej. Ufa­ła tej ko­bie­cie bez­gra­nicz­nie. Była je­dy­ną, poza ro­dzi­ca­mi i cór­ką, isto­tą na tej zie­mi, któ­ra mia­ła do­stęp do nie­mal ni­ko­mu nie­zna­nych po­kła­dów pła­tów mó­zgo­wych Sary.

– Zgraj zdję­cia, a ja się prze­bie­ram i lecę. Obie­ca­łam cór­ce, że spę­dzę z nią cały dzień – rzu­ci­ła tyl­ko.

– Ja­sne. A, za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć. W po­nie­dzia­łek o dzie­wią­tej rano masz se­sję. – Mati uśmiech­nę­ła się, po czym do­da­ła: – Bie­li­zna mę­ska. Ja­kiś in­sta­gra­mo­wy ce­le­bry­ta ma się po­ja­wić.

– O, to już czu­ję, że bę­dzie cie­ka­wie. Oby tyl­ko był ku­ma­ty. – Sara się za­śmia­ła.

– Po­dob­no to spe­cy­ficz­ny klient. Gdy do­sta­nę wszyst­kie szcze­gó­ły, to prze­ślę ci je wie­czo­rem. – Po­wie­dziaw­szy to, wzię­ła się za zgry­wa­nie zdjęć.

Stu­dio za­czy­na­ło pu­sto­szeć. Mo­del­ka prze­bie­ra­ła się w gar­de­ro­bie, a eki­pa, któ­ra do­star­czy­ła ubra­nia, już daw­no zdą­ży­ła się spa­ko­wać i wyjść. Oprócz nich po­zo­sta­ły jesz­cze dwie oso­by: fry­zjer­ka Mag­da i ma­ki­ja­ży­sta Mi­chał. Współ­pra­co­wa­li z dziew­czy­na­mi od wie­lu lat. Cała czwór­ka trak­to­wa­ła się po kum­pel­sku.

– Do­bra, ja zbie­ram ko­sme­ty­ki i też spa­dam. Ko­lej­ny show już za nami. – Mag­da cho­wa­ła swo­je szpar­ga­ły do ku­fra o dość znacz­nych wy­mia­rach.

Be­re­za prze­sła­ła Ma­tyl­dzie ca­łu­sa na po­że­gna­nie, po czym znik­nę­ła w holu. Zjeż­dża­jąc win­dą na sam dół, my­śla­ła już tyl­ko o tym, jak spę­dzi ten dzień z cór­ką.

Rozdział 2

Wiel­kie szkla­ne drzwi roz­su­nę­ły się. Sara po­czu­ła na cie­le po­dmuch cie­płe­go po­wie­trza. Wio­sna zbli­ża­ła się wiel­ki­mi kro­ka­mi, ale ona nie mo­gła do­cze­kać się już lata. Mia­ło być w tym roku bar­dzo go­rą­ce. Sara lu­bi­ła lato, lu­bi­ła go­rąc i ukrop. Wręcz od­ży­wa­ła w taką po­go­dę i ni­g­dy nie mo­gła się nią na­sy­cić. Tak jak inni umie­ra­li wte­dy z bra­ku po­wie­trza, tak ona wła­śnie wte­dy czu­ła się do­pie­ro jak ryba w wo­dzie. Nie­na­wi­dzi­ła tych wszyst­kich mal­kon­ten­tów, któ­rzy wciąż na­rze­ka­li, jak to jest par­no, dusz­no i że nie ma czym od­dy­chać. Wte­dy mó­wi­ła w my­ślach do sie­bie: „To się prze­pro­wadź, czło­wie­ku, na Sy­be­rię”. I uśmie­cha­ła się, kon­ty­nu­ując roz­my­śla­nie: „Tam byś za­pew­ne na­rze­kał na wiecz­ny chłód”.

W po­łu­dnie w okna z tej stro­ny za­glą­da­ło słoń­ce, dla­te­go pod­czas przed­po­łu­dnio­wych se­sji czę­sto mu­sia­ły iść w ruch za­sło­ny i kli­ma­ty­za­cja. Dwa wiel­kie fi­la­ry sto­ją­ce na wprost sie­bie wi­ta­ły ją, gdy tyl­ko wcho­dzi­ła do bu­dyn­ku, i że­gna­ły, kie­dy go opusz­cza­ła. Lu­bi­ła te ol­brzy­mie ko­lum­ny. Uwiel­bia­ła pa­trzeć, jak na ich ele­wa­cji two­rzy się żół­ta­wa po­świa­ta, gdy obej­mo­wa­ły je zło­te ra­mio­na słoń­ca. Ko­cha­ła też tę ru­chli­wą i dłu­gą uli­cę, te skle­py i re­stau­ra­cje, całe to tęt­nią­ce ży­ciem duże mia­sto, choć cza­sa­mi tę­sk­ni­ła za sta­rą ma­ło­mia­stecz­ko­wo­ścią, gdzie się wy­cho­wa­ła i gdzie do­ra­sta­ła. Żyła jed­nak tu i te­raz, a prze­szłość zo­sta­ła tyl­ko jej pięk­nym wspo­mnie­niem.

Auto naj­czę­ściej par­ko­wa­ła w bocz­nej uli­cy po le­wej stro­nie bu­dyn­ku. Nie chcia­ła wjeż­dżać na pod­ziem­ny par­king. Wła­ści­wie to ni­g­dy go nie lu­bi­ła. Było tam zim­no i wil­got­no. Tego typu miej­sca pa­skud­nie jej się ko­ja­rzy­ły, ze zbrod­nia­mi i mor­der­stwa­mi ro­dem z fil­mów czy ksią­żek. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­ła już, że ktoś ją tam goni, wię­zi czy za­bi­ja, dla­te­go uni­ka­ła ich jak ognia. Jak na swo­je za­rob­ki po­sia­da­ła dość skrom­ny sa­mo­chód. Miał być po pro­stu prze­stron­ny, wy­god­ny i eko­no­micz­ny. Po­sta­wi­ła więc na SUV-a, bia­łe­go Re­nault Cap­tur. Wy­bie­ra­ła go ra­zem z cór­ką, a Ma­łej od razu spodo­bał się jego tro­chę ko­smicz­ny wy­gląd.

Uwiel­bia­ła jeź­dzić nocą. Ob­ser­wo­wać zza szyb ko­lo­ro­we świa­tła ulic i oświe­tlo­ne wi­try­ny skle­po­we. Zresz­tą, ma­jąc ar­ty­stycz­ną du­szę, na kra­jo­bra­zy za oknem pa­trzy­ła jak na fo­to­gra­fie. Wy­obraź­nia na­tych­miast pod­po­wia­da­ła jej naj­róż­niej­sze sce­na­riu­sze, do któ­rych mo­gła­by wy­ko­rzy­stać mi­ja­ne miej­sca. Włą­cza­ła swo­je­go ulu­bio­ne­go roc­ka z lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych. Roz­my­śla­ła. Ta mu­zy­ka ją od­prę­ża­ła i wy­ci­sza­ła, a w domu wiecz­nie było coś do zro­bie­nia. Tu tyl­ko mknę­ła przed sie­bie i w nie­zna­nym na­wet so­bie kie­run­ku. Cza­sem za­bie­ra­ła na taką prze­jażdż­kę swo­ją małą dziew­czyn­kę, któ­ra z rów­nie wiel­kim za­cie­ka­wie­niem wpa­try­wa­ła się w to, co prze­my­ka­ło za szy­bą. Cza­sem śpie­wa­ły też gło­śno zna­ne dziec­ku pio­sen­ki. Cza­sem śpie­wa­ła sama, a Mała z za­chwy­tem słu­cha­ła. Były wte­dy wol­ne, szczę­śli­we i tyl­ko dla sie­bie. Be­re­za mia­ła ład­ny głos. Taki ła­god­ny i cie­pły, choć gdy śpie­wa­ła moc­niej­sze ka­wał­ki, za­mie­niał się w ostry i chry­pli­wy. Ona sama za nim nie prze­pa­da­ła. Lu­bi­ła śpie­wać, ale tyl­ko dla sie­bie, dla cór­ki i ra­zem z naj­bliż­szy­mi. Sce­na ni­g­dy jej nie po­cią­ga­ła. Je­dy­nie jako na­sto­lat­ka czę­sto wy­stę­po­wa­ła z ko­le­żan­ka­mi w ba­rach ka­ra­oke.

*

Było pra­wie po­łu­dnie. Na uli­cach nie pa­no­wał jesz­cze prze­sad­nie wiel­ki ruch. Sara za­zwy­czaj tak sta­ra­ła się koń­czyć se­sje, by móc ode­brać Małą z przed­szko­la, a wcze­śniej zro­bić za­ku­py po dro­dze. Wy­cho­wy­wa­ła ją sama. Nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na pra­cę w go­dzi­nach po­po­łu­dnio­wych ani na taką miesz­czą­cą się w sztyw­nych ra­mach cza­so­wych. Nie mia­ła­by z kim zo­sta­wiać wte­dy cór­ki, a za­trud­nie­nie opie­kun­ki kłó­ci­ło się z jej wy­obra­że­nia­mi na te­mat wy­cho­wy­wa­nia dziec­ka.

Usły­sza­ła dźwięk te­le­fo­nu.

– Tak, mamo? – ode­bra­ła, jed­no­cze­śnie ści­sza­jąc mu­zy­kę.

– Cześć, skar­bie – od­po­wie­dzia­ła mama.

– Wła­śnie jadę po Na­cię do przed­szko­la. Dziś mamy dzień dla sie­bie. Nie przy­je­dzie­my więc w pią­tek i Mała nie zo­sta­nie u was – przy­po­mnia­ła ma­mie. Co dru­gi ty­dzień na cały week­end za­wo­zi­ła có­recz­kę do swo­ich ro­dzi­ców.

– Ja­sne, wiem. Je­dzie­cie na wieś – rze­kła ko­bie­ta.

– Może po­je­dzie­cie z nami? – za­pro­po­no­wa­ła Be­re­za.

– In­nym ra­zem, ko­cha­nie. Wy­bie­ra­my się z oj­cem do kina w so­bo­tę. Stwier­dził, że daw­no nie by­li­śmy.

– Okej, no to ca­łu­ję. Pa, bo już wy­sia­dam. – Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź z dru­giej stro­ny, roz­łą­czy­ła się.

Ro­dzi­ce Sary miesz­ka­li na dru­gim koń­cu mia­sta. Gdy tyl­ko mo­gli, wszy­scy ra­zem jeź­dzi­li tam, gdzie kie­dyś miesz­ka­li dziad­ko­wie od stro­ny mamy. To było jej miej­sce na zie­mi. Sara ko­cha­ła je mi­ło­ścią ogrom­ną i ni­czym przez lata nie­zmą­co­ną. Tam były jej wspo­mnie­nia i tam było jej dzie­ciń­stwo. Oba­wia­ła się, że ro­dzi­na, do któ­rej na­le­ża­ła te­raz zie­mia, bę­dzie kie­dyś zmu­szo­na ją sprze­dać. Nie­ste­ty od ja­kie­goś cza­su do­cho­dzi­ły ich słu­chy o bu­do­wie w tam­tych oko­li­cach ob­wod­ni­cy. Była zła, sama myśl o tej niby to po­trzeb­nej tech­ni­ce bu­dzi­ła w niej od­ra­zę i nie­chęć. Jak ktoś mógł chcieć znisz­czyć ich prze­szłość? Ja­kim pra­wem ktoś obcy pró­bo­wał ode­brać im wciąż na­ma­cal­ną oj­co­wi­znę? Dur­ne i bez­dusz­ne prze­pi­sy. Bab­cia w gro­bie by się prze­wra­ca­ła, gdy­by to sły­sza­ła. Za­wsze tra­fia­ły ją szlag i ja­sna cho­le­ra, gdy tyl­ko so­bie o tym przy­po­mi­na­ła.

Pa­mię­ta­ła sta­ry, drew­nia­ny dom z dłu­gą sie­nią i duże po­dwór­ko z gór­ką za stro­mą dla tak ma­łej dziew­czyn­ki. Po­tem dom zo­stał zbu­rzo­ny, a tuż obok po­sta­wio­no mu­ro­wa­ny. Prze­stał być taki wiel­ki. Sio­stry do­ra­sta­ły, a i oczy już wte­dy ina­czej wi­dzia­ły. Za ogro­dze­niem bie­gła dro­ga. Kie­dyś była ona po­lna, gdzie la­tem spod kół prze­jeż­dża­ją­cych z rzad­ka sa­mo­cho­dów sy­pał się pia­sko­wy pył. No a po­tem wy­la­li tam as­falt i ja­koś tak z upły­wa­ją­cy­mi la­ta­mi to miej­sce prze­sta­ło być już ta­kie za­cza­ro­wa­ne. Za dro­gą mie­ścił się ma­leń­ki sad, gdzie wiel­ka cze­re­śnia co roku o tej sa­mej po­rze ku­si­ła swo­imi wręcz bor­do­wy­mi owo­ca­mi. Roz­kła­da­ły pod nią koc i le­ża­ły. Kil­ka ja­bło­nek pach­nia­ło pa­pie­rów­ka­mi, a nie­któ­re obok kosz­te­la­mi. Wy­mie­sza­ne za­pa­chy pa­mię­ta­ła do dziś. Uwiel­bia­ła te jabł­ka. Smak zie­lo­nej pa­pie­rów­ki przy­wo­ły­wał w my­ślach zbyt dłu­go już za­mknię­te tam ob­ra­zy, a sam za­pach kosz­te­li do tej pory ra­nił tym, cze­go już tam nie było i ni­g­dy nie bę­dzie. Jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki prze­no­si­ła się w cza­sie, by na krót­ką chwi­lę po­now­nie stać się małą dziew­czyn­ką. Czu­ła smak dzie­ciń­stwa oraz go­rą­ce­go i par­ne­go lata. Wi­dzia­ła te jabł­ka wszę­dzie na zie­lo­nej tra­wie pod drze­wa­mi. Wy­bie­ra­ły zdro­we i ład­ne. Było ich tak wie­le, że nie dało się nie­któ­rych nie po­de­ptać.

Na pra­wo roz­po­ście­ra­ła się wiel­ka łąka ze ścież­ką pro­wa­dzą­cą nad dwa sta­wy. Ileż razy ką­pa­ły się w nich, uda­jąc, że umie­ją pły­wać, a w rze­czy­wi­sto­ści po kil­ku­dzie­się­ciu cen­ty­me­trach małe nóż­ki do­ty­ka­ły mu­la­ste­go dna. Mo­gły tam spę­dzać cały dzień, gdy­by tyl­ko do­ro­śli nie wo­ła­li. To tam na­uczy­ła się za­rzu­cać węd­kę i nie było istot­ne, że nic nie uda­ło jej się zło­wić. Ca­łym dzie­cię­cym do­rob­kiem sta­ły się je­dy­nie trzy li­che ja­poń­ce. I tak była dum­na. Rów­nież i z tego, że sama szu­ka­ła dżdżow­nic, wkła­da­ła je pal­ca­mi do po­jem­ni­ka, a po­tem za­kła­da­ła na ha­czyk. Le­pi­ła tak­że kul­ki z chle­ba. Za­wsze się za­sta­na­wia­ła, na co ryby szyb­ciej bio­rą. Po­mię­dzy sta­wa­mi tkwi­ła pro­wi­zo­rycz­na, drew­nia­na kład­ka, któ­rą i tak bała się prze­cho­dzić ze wzglę­du na prze­świ­ty mię­dzy de­ska­mi. Od­no­si­ła wra­że­nie, że za­raz się za­wa­li, a ona wpad­nie do głę­bo­kiej wody. Jed­nak moż­na było nią dojść do ma­leń­kiej rzecz­ki w dole. Dużo ciem­no­zie­lo­nych drzew rzu­ca­ło na zim­ną wodę wiecz­ny cień. Do dziś Sara pa­mię­ta­ła uczu­cie chło­du i wil­go­ci w upal­ny dzień, gdy w niej bro­dzi­ły. Wkła­da­ły szkla­ne sło­icz­ki z na­dzie­ją, że wpły­nie do nich ja­kaś ślicz­na ryb­ka. Raz się uda­ło. Była taka ko­lo­ro­wa.

Wcze­sną wio­sną po­la­na nad rze­ką usia­na była prze­bi­śnie­ga­mi pró­bu­ją­cy­mi uto­ro­wać so­bie dro­gę przez bia­ły puch. Wy­żej znaj­do­wał się już tyl­ko las. A wła­ści­wie la­sek, z wą­ską i stro­mą dróż­ką pro­wa­dzą­cą w jego głąb. Nie bała się go. Po­mię­dzy ro­sną­cy­mi drze­wa­mi wi­dzia­ły w od­da­li po­dwór­ko. Były sa­mo­dziel­ne i nikt ich nie pil­no­wał. Nie z bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia, może z bra­ku cza­su po pro­stu. Na wsi za­wsze zna­la­zło się coś do zro­bie­nia. A być może wte­dy były inne cza­sy. Ta­kie bez­piecz­niej­sze i spo­koj­ne. Obec­nie Sara nie wy­obra­ża­ła so­bie, by cór­ka znik­nę­ła jej z oczu na cały dzień.

*

Sara za­par­ko­wa­ła auto i uda­ła się alej­ką w stro­nę przed­szko­la. Za­wsze sta­ra­ła się przy­cho­dzić po Małą trosz­kę póź­niej niż za­raz po obie­dzie, by nie na­tra­fić na tłu­my ro­dzi­ców cze­ka­ją­cych przed drzwia­mi na otwar­cie wej­ścia przez pa­nią woź­ną. Wy­glą­da­li jak po­ten­cjal­ni klien­ci skle­pu RTV cze­ka­ją­cy na me­ga­pro­mo­cję. Po­tem za­zwy­czaj sama dzwo­ni­ła do­mo­fo­nem po cór­kę, gdyż nie było na sta­no­wi­sku już żad­nej oso­by z per­so­ne­lu.

– Cześć, skar­bie. – Wy­cią­gnę­ła ręce do scho­dzą­cej po scho­dach ma­łej istot­ki.

– Cześć, mami. – Wiel­kie, nie­bie­skie oczę­ta wpa­try­wa­ły się w nią ni­czym w ob­raz, po czym dziew­czyn­ka rzu­ci­ła się jej na szy­ję i ob­ję­ła ją z całą siłą, jaką mia­ła w swo­ich ma­lut­kich rącz­kach.

Sara od­wza­jem­ni­ła uścisk z wiel­ką ostroż­no­ścią, by nie zro­bić krzyw­dy ma­łe­mu ży­ciu. Przy­tu­li­ła cór­kę do sie­bie, wdy­cha­jąc za­pach jej szyi, jak­by chcia­ła go za­pa­mię­tać już na za­wsze, i po­ca­ło­wa­ła jej ide­al­ną wręcz skó­rę. Ko­cha­ła ją całą. Tak bar­dzo, że jak­by mo­gła, to by ją zja­dła z tej mi­ło­ści. Sara wło­ży­ła Na­tce kurt­kę i wy­szły z bu­dyn­ku. Ma­lut­ka rącz­ka wto­pi­ła się cała w ma­mi­ną dłoń.

– Co ro­bi­łaś dzi­siaj w przed­szko­lu, mysz­ko? – Sara z za­cie­ka­wie­niem spoj­rza­ła na ma­leń­ką twa­rzycz­kę dziec­ka.

– Ma­mu­siu, ma­lo­wa­li­śmy ro­dzi­nę i uczy­li­śmy się śpie­wać pio­sen­kę – od­po­wie­dzia­ła Mała. Sara uwiel­bia­ła to jej dzie­cię­ce se­ple­nie­nie. Było ta­kie słod­kie. Dziew­czyn­ka wró­ci­ła do swo­ich pod­sko­ków, przy oka­zji wy­ma­chu­jąc rów­nież ręką Sary.

– Co na­ma­lo­wa­łaś, ko­cha­nie? – Be­re­za za­du­ma­ła się nad sło­wem „ro­dzi­na”, bo­jąc się od­po­wie­dzi có­recz­ki.

– By­li­śmy ja, ty, bab­cia, dzia­dziuś i… – Mała się za­trzy­ma­ła, a Sara aż się wzdry­gnę­ła. Spoj­rza­ła w dal i po chwi­li do­da­ła: – …i Ka­myk.

Ko­bie­ta ode­tchnę­ła z ulgą.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Po­sta­cie i zda­rze­nia po­ja­wia­ją­ce się w tej książ­ce są dzie­łem wy­obraź­ni. Wszel­kie po­do­bień­stwo do zda­rzeń rze­czy­wi­stych jest przy­pad­ko­we i nie­za­mie­rzo­ne.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

co­py­ri­ght © Dag­ma­ra Ka­lin­ko 2026

okład­ka: Ga­briel Wy­glę­dacz | Stu­dio Aka­pit

Pro­jekt okład­ki na pod­sta­wie po­my­słu au­tor­ki.

Ilu­stra­cja na okład­ce: © The Len / Ado­be Stock

re­dak­cja i ko­rek­ta: Pau­li­na Ka­li­now­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz | stu­dio aka­pit

isbn: 978-83-980687-1-0

Wy­da­nie II

Wy­daw­ca: Dag­ma­ra Ka­lin­ko

IG: @my­sliw­ski­_da­ga.tra­in

www.fa­ce­bo­ok.com/dag­ma­ra­ka­lin­ko­stro­na­au­tor­ska