Mamy siebie, mamy wszystko - Tomasz Kieres - ebook

Mamy siebie, mamy wszystko ebook

Tomasz Kieres

4,6

Opis

On, samotny ojciec nastoletniej Gabrysi.
Ona, samotna mama siedmioletniego Bartka.
On, wraz z dorastaniem córki, która zaczyna powoli żyć własnym życiem, coraz dotkliwiej odczuwa brak bliskiej osoby przy swoim boku. Ona, skupiona na synu i pracy, nie ma czasu ani ochoty wpuszczać kogokolwiek do ich małego świata. Pewnego dnia drogi tych dwojga się przecinają.
Determinacja mężczyzny stopniowo kruszy lód, którym kobieta tak szczelnie się otoczyła. Jednak jej przeszłość nie daje o sobie zapomnieć i brutalnie wkracza do ich ostrożnie budowanej relacji. Kontynuacja związku wiąże się z realnym niebezpieczeństwem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 421

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (18 ocen)
12
4
2
0
0
Sortuj według:
wCzepkuUrodzona

Nie oderwiesz się od lektury

Książka „Mamy siebie, mamy wszystko” Tomasza Kieresa to fantastyczna opowieść o samotnym rodzicielstwie i życiu, które może toczyć się tuż obok nas. Poznajemy Paulinę, samotną matkę Bartka. Równocześnie Dominika, samotnego ojca nastoletniej Gabrysi. Ona pracuje w pobliskim markecie i dodatkowo robi piercing. Raczej unika towarzystwa, swój czas poświęca synowi. On pracował w korporacji, obecnie jest mechanikiem. Drogi obojga bohaterów przecinają się w najmniej spodziewanym momencie. Kiedy wszystko idzie gładko, powraca przeszłość kobiety. Jak potoczą nie losy bohaterów? Czy szczęście jest im pisane? To moje pierwsze spotkanie z twórczością tego autora, z miłą chęcią sięgnę po inne książki.
10
melchoria

Nie oderwiesz się od lektury

Czytanie cały czas w napięciu co dalej? jak to się uda rozwiązać w tej machinie niesprawiedliwości, zakłamania i układów. I dlatego książka jest z tych "nieodkładalnych". Dla mnie Pan Kieres to mistrz.
00
Alicja_al

Całkiem niezła

Oczywiście trochę długa,a zakończenie dziwne jak na tak dopracowaną fabułę.
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Przyjdź

Połóż mi ręce na twarzy

Przyjdź

Połóż usta na powiekach

Wiem, to się raczej nie zdarzy

Ale jestem, czekam”.

Samotny tata

Maria Peszek

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

Czy to jest właśnie ten moment?

Czy do tego miejsca zmierzałam?

Czy to już jest koniec?

Czuję, że tracę oddech. Błędem i naiwnością było myśleć, że mam jakieś szanse w bezpośrednim starciu. Nie taki miało mieć to przebieg. Nie tak to było zaplanowane. Ale z drugiej strony, czy cały czas podświadomie nie czułam, że koniec może być tylko jeden?

Gwałtownie wciągnęłam powietrze, próbując się uwolnić. Nic z tego. Ten ciężar był ponad moje siły. Na ułamek sekundy zamknęłam oczy. Znalazłam się w innym czasie i w innym miejscu. Nie tak odległym, a jednocześnie wydającym się być oddalonym o lata świetlne stąd. Jesteśmy wszyscy razem, pierwszy raz we czworo. Na tę godzinę zapominamy o cieniu, który rozciąga się nad nami. Żyjemy tą chwilą, a kiedy rzeczywistość puka do naszych niewidzialnych drzwi, zawsze napotykam twój wzrok, który mówi mi, że wszystko będzie dobrze, że damy radę.

I w tych krótkich chwilach chcę w to wierzyć. W tych ułamkach sekund, wbrew wszystkiemu, wierzę w to.

Otwieram oczy.

Rzeczywistość tu jest i wyciska ze mnie życie.

Jeśli taka jest cena wolności, to będę musiała ją zapłacić.

Przynajmniej byłeś, chociaż tylko przez chwilę, ale byliśmy.

 

 

 

 

 

DOMINIK

 

 

 

 

Mężczyzna spojrzał na zegarek i ciężko westchnął. Właśnie zbliżała się dziewiętnasta trzydzieści, a on powinien być w domu od mniej więcej dwóch godzin. I tak swój powrót przyspieszył, pędząc po ulicach jak wariat.

Bardzo delikatnie włożył klucz do zamka i najwolniej, jak się dało, przekręcił go, otwierając drzwi. Trudno powiedzieć, dlaczego tak się czaił. Raczej ciężko było sobie wyobrazić, że jego czternastoletnia córka Gabrysia nie zauważy, że dopiero teraz pojawił się w domu. Najprawdopodobniej brało się to z poczucia winy. Wielokrotnie obiecywał, że będzie wracał punktualnie. Ale obiecywanie obiecywaniem, a co miał zrobić, kiedy szef wrzucał pilną robotę późnym popołudniem i zazwyczaj była to robota na już, bo klientowi zależy, a o klienta trzeba dbać?

Kiedy pięć lat wcześniej zatrudniał się u Franka, wtedy dla niego pana Franciszka, zakładał, że jest to tylko na chwilę, na przeczekanie. Nie mógł sobie pozwolić na nieposiadanie pracy. Nie było miejsca na przestoje. W końcu byli tylko we dwoje i z czegoś trzeba było żyć.

W jego firmie były cięcia i nagle okazało się, że dziewięć lat dobrej pracy nie ma żadnego znaczenia. Ktoś gdzieś w centrali wyliczył sobie, że trzeba zmniejszyć koszty, a to najlepiej wychodzi, gdy się zwalnia pracowników. Zmniejszyć headcount, jak to się ładnie mówiło na zebraniach zarządu. Szkoda, że w zarządzie się tego nie zmniejszało. To by były prawdziwe oszczędności.

Najlepszy był jednak powód zwolnienia Dominika. Od dłuższego czasu trwały prace nad zautomatyzowaniem części jego obowiązków, co by skróciło czas ich wykonywania z około czterech do jednej godziny. Oczywiście robił jeszcze wiele innych rzeczy, ale kiedy formułowano powód zwolnienia, nie brano ich pod uwagę. Generalnie chodziło o to, że nagle jego etat nie będzie potrzebny. Zawsze można było dołożyć mu nowych obowiązków. Natomiast chodziło o ten nieszczęsny headcount. Sztuka jest sztuka, jak mówił klasyk. I ta sztuka to właśnie on, niemal najmłodszy stażem. Były jeszcze dwie koleżanki krócej pracujące od niego, ale jedna dopiero urodziła, a druga była w ciąży, także obie całkiem słusznie były chronione. Jemu jednak, samotnie wychowującemu wówczas dziewięcioletnią córkę, taka ochrona niestety nie przysługiwała. A co do zautomatyzowania jego pracy, to jak na ironię, projekt ciągnął się jeszcze przez dwa lata od jego zwolnienia, także wszystkie jego obowiązki przejęli szczęśliwcy, którzy zostali.

Naturalnie fala zwolnień przeszła przez całą firmę, co pozwoliło uzyskać nieduże, bo nieduże, ale zawsze jakieś. odprawy. Dzięki temu Dominik mógł poświęcić miesiąc na szukanie nowej pracy, co w tamtym momencie okazało się nie takim łatwym zadaniem. Nie tylko jego firma szukała oszczędności kosztem pracowników. Na rynku pracy poszukujących zatrudnienia pojawiło się całkiem sporo, a jeśli wykonujesz szeroko rozumianą pracę biurową, niezależnie, czy to z zakresu finansów, czy marketingu, czy obsługi klienta, to koniec końców liczy się cena, za jaką jesteś gotowy pójść do pracy.

Dominik wiedział jedno, na długie postoje z pewnością nie mógł sobie pozwolić. Nie dbał wyłącznie o siebie.

Traf chciał, że wspomniany Franciszek, prowadzący warsztat samochodowy, w którym Dominik dokonywał napraw swojego wysłużonego auta, potrzebował na szybko człowieka na miejsce pracownika, który postanowił szukać szczęścia na Wyspach. W pierwszej chwili mechanik popatrzył na Dominika dziwnie, jakby ten urwał się z choinki, ale po dłuższej rozmowie i zastanowieniu się zdał sobie sprawę, że ten mężczyzna w białej koszuli, który przed nim stał, jednak przynajmniej w teorii trochę się na samochodach znał, a i do jego zakładu przychodził tylko wtedy, kiedy sprawa była poważna.

W przypadku Dominika fakt, że wiele prac przy swoim samochodzie wykonywał sam, brał się głównie z oszczędności. No i oczywiście co nieco umiał. Ojciec przyjaciela z młodości miał warsztat i tam dosyć często chłopcy spędzali czas, podłapując to i owo. Z czasem to i owo zmieniło się w coś w rodzaju pasji, która jednak poszła nieco w zapomnienie podczas studiów i wróciła jako konieczność, kiedy nabył swój pierwszy używany samochód, po którym z całą pewnością żaden Niemiec nie płakał, jak go sprzedawał.

Przejście z biura do warsztatu samochodowego było dosyć drastyczną zmianą, ale nie tak straszną, jak się w pierwszej chwili obaj mężczyźni spodziewali. Jak się szybko okazało, Dominik sporo pamiętał, a i regularne grzebanie w swoim samochodzie nie pozwoliło mu na zapomnienie, czego się kiedyś nauczył. Naturalnie wiele się zmieniło, ale w silnikach wciąż trzeba było zmieniać olej czy wymieniać rozrząd.

Dominik okazał się naprawdę dobry w swojej nowej robocie, a na dodatek szybko się uczył. Miało to z pewnością pozytywne strony, gdyż stawał się coraz bardziej niezastąpiony. Miało również te całkiem średnie – kiedy wpadała jakaś nagła i dodatkowo pilna robota, trafiała ona właśnie do niego. I zazwyczaj odbywała się kosztem jego wolnego czasu, a może raczej tego, który był przeznaczony dla Gabrysi.

I tutaj pojawiał się problem i idące za nim wyrzuty sumienia. Pieniądze zawsze były większe, a na ich nadmiar z pewnością nie mogli narzekać. Jednak tracił okazje do bycia z córką, których już nie mógł wrócić. A z każdym mijającym rokiem ubywało ich. Gabrysia dojrzewała i coraz więcej czasu spędzała w towarzystwie rówieśników. Pora obiadu, a może raczej wczesnej kolacji, była zarezerwowana właśnie dla nich. I ten właśnie czas najczęściej padał ofiarą jego wydłużonych godzin pracy.

– Jesteś już – usłyszał beznamiętny głos dziecka, które w tym momencie wyszło ze swojego pokoju.

Znał ten ton doskonale. Gabrysia świetnie udawała obojętność, ale trudno było nie dostrzec, że była zła.

– To…

– …wyskoczyło nagle – skończyła za niego zdanie, które słyszała wcześniej wiele razy. – Wiem, zawsze nagle wyskakuje.

Zanim Dominik zdążył coś powiedzieć, dziewczyna wtrąciła kolejne zdanie:

– I wiem, że potrzebujemy pieniędzy.

Tego argumentu akurat nigdy przed nią nie używał, ale przecież nie była głupia. Nieraz widziała, jak podliczał wydatki i tworzył „budżet” na kolejny miesiąc.

– O to akurat się nie musisz martwić – wtrącił szybko – po prostu jak jest coś pilnego, to czasami trzeba to skończyć. Na tym polega praca.

Co do tego ostatniego zdania, to miał raczej mieszane uczucia, ale kwestii pieniędzy, dobrych pieniędzy, wolał nie podnosić.

Gabrysia popatrzyła na ojca. Nie chciała się na niego złościć, ale czasami to było silniejsze od niej. Po prostu czekała, aż wróci, i im większy czuła zawód, tym większy był żal, który wolała zamienić w złość.

Dominik uśmiechnął się delikatnie do córki.

– Przepraszam – powiedział – postaram się ograniczyć takie sytuacje.

Doskonale widział, jak nastolatka bije się z myślami. Kiedyś po prostu by ją przytulił, ale od pewnego czasu zauważył, że Gabi wolała sama dozować tego typu gesty. To pewnie miało związek z dorastaniem. Trudno było mu wypowiadać się w tej materii, gdyż wszystkiego uczył się na bieżąco, z każdym kolejnym krokiem jej życia.

Dziewczynka widziała, że ojcu jest przykro, i nawet chciała się uśmiechnąć, ale skoro była zła, to musiała się tego trzymać chociaż przez chwilę. Musiała być konsekwentna. W końcu to tata powtarzał, że trzeba takim być i jak się za coś bierze, to trzeba doprowadzać to do końca. Nie była co prawda pewna, czy oby ze swoją złością wpisywała się w definicję wyrazu „konsekwencja”, ale skoro była zła, to chyba też powinna doprowadzić to do końca.

Dominik znał to spojrzenie. Gabrysia z pewnością nie chciała się dłużej złościć, ale duma jej nie pozwalała na uśmiech. Jeszcze nie teraz.

– Wychodzę – oznajmiła nagle poważnym tonem.

– Ale już jest wpół do ósmej, a jutro masz szkołę.

– Jeśli dopiero wróciłeś z pracy, to chyba nie może być tak późno – stwierdziła zaczepnie.

– No chyba nie może – potwierdził, starając się za wszelką cenę nie uśmiechnąć.

Logika jego córki była godna podziwu.

– A gdzie idziesz?

– Do Zuzi. Chciałam iść wcześniej, ale czekałam na ciebie – powiedziała już spokojniej.

W jej głosie nie było już wyrzutu, ale raczej smutek. I to bolało zdecydowanie bardziej.

– Dobrze, tylko nie bądź za długo.

– Jasne – odparła i już jej nie było.

Dominik popatrzył chwilę na zamknięte drzwi. Mógł być szczęśliwy z tej więzi, jaką zbudowali, i z tego, że jego czternastoletnia córka była zła, że wracał za późno z pracy. To oznaczało, że się przejmuje, że jej zależy, a to było bezcenne. Natomiast nie miałby nic przeciwko, żeby móc to jeszcze z kimś dzielić, że kiedy nie byłoby jego, to byłby drugi rodzic. Ale cóż, było, jak było. Powinien cieszyć się z tego, co udało im się we dwójkę stworzyć. I się cieszył.

Wszedł do kuchni. Na stole leżał talerz dla niego oraz podkładka pod naczynie żaroodporne. Gabrysia najwyraźniej podgrzała wczorajszą zapiekankę. Kiedy przygotowywał coś do jedzenia, zawsze starał się, żeby starczyło na dwa dni. I dzisiaj właśnie ten drugi dzień przypadał.

Zajrzał do letniego piekarnika. Było widać, że Gabrysia swoją porcję już zjadła, i nie była to porcja zbyt duża. Zwłaszcza jak na obiad. Nie wiedział, czy powinien zacząć się martwić.

Jedzenie było ledwo ciepłe, ale nie chciało mu się już podgrzewać. Nałożył wszystko na talerz i poszedł do salonu, który jednocześnie był jego sypialnią. Przez chwilę zastanawiał się, co włączyć – jakiś film czy po prostu muzykę na YouTube? Telewizji jako takiej nie mieli. Wszystko przecież i tak było w internecie, a włączanie jakiegoś programu tylko po to, żeby tylko zabić ciszę, zawsze uważał za bezsensowne. Może i nie miał orientacji w „osobowościach” telewizyjnych, ale czy coś na tym tracił?

Dominik spojrzał na zegarek. Miał cichą nadzieję, że Gabrysia zaraz wróci, obejrzą wspólnie przynajmniej jeden odcinek serialu i to, że nawalił, nie zakłóci ich rytuału. Zwłaszcza że mieli przed sobą ostatnią część „Gambitu Królowej” i tylko późna godzina wczoraj była powodem, dlaczego jeszcze jej nie skończyli.

Ponownie zerknął na zegarek, mimo że od ostatniego razu minęła zaledwie minuta. Już za nią tęsknił. Czasami zastanawiał się, kto kogo bardziej potrzebuje.

 

 

 

 

 

PAULINA

 

 

 

 

Kobieta zatopiła twarz w dłoniach. Teraz powinna iść się umyć i szybko położyć spać. Nie miała siły ani na jedno, ani na drugie. Właśnie dochodziła dwudziesta trzecia. Jeśli teraz usnęłaby, to miałaby przed sobą niecałe siedem godzin snu, co wydawało się cyfrą całkiem przyzwoitą. Przynajmniej w teorii. Ona sama uważała, że może gdyby przespała ciągiem siedemdziesiąt godzin zamiast siedmiu, to może, ale tylko może, by się wyspała. Na te marne siedem to nawet nie było sensu się kłaść. I tak wiedziała doskonale, jak będzie się czuć rano.

Zza kasy wyszła o dwudziestej pierwszej i zanim wszystko podliczyła i pozamykała, była już dwudziesta pierwsza trzydzieści. Całe szczęście przy jej stanowisku nie zabłąkali się żadni maruderzy, którzy uważaliby, że godzina zamknięcia sklepu ich nie obowiązuje, i mogła punktualnie zamknąć kasę. Dużym, a w sumie największym plusem, ponieważ przynajmniej stałym, był fakt, że jej market znajdował się dziesięć minut szybkim marszem od domu. Do poprzedniej pracy musiała dojeżdżać autobusem ponad pół godziny.

Jutro zaczynała o siódmej i miała cichą nadzieję, że tak już zostanie. Kilka razy prosiła, żeby poszli jej na rękę, ale zawsze odpowiedź była taka sama. Nie można nikogo faworyzować i nie tylko ona ma dzieci. Jasne, że tak, i na jakieś specjalne traktowanie nie liczyła. Nie chciała pracować krócej ani mniej, ale z tego, co się orientowała, tylko ona samotnie wychowywała dziecko, i prawda była taka, że kiedy kończyły się zajęcia w szkole, nie miał się kto zająć Bartkiem.

Nie było babci, cioci czy kogokolwiek innego. Była ona i był on. I tak musieli sobie radzić.

Dzisiaj tuż przed wyjściem z pracy kierownik zmiany powiedział jej, że postarają się tak układać grafik, żeby ograniczyć jej popołudniówki do minimum. Nie da się ich wyeliminować całkowicie, ale może nie będą tak uciążliwe. Podziękowała bardzo, jednocześnie klnąc na siebie w duchu, że musi się o wszystko prosić.

Zawsze i wszędzie w jakimś aspekcie była od kogoś zależna. Nienawidziła tego. Kiedyś, wcześniej, w życiu, którego już nie pamiętała, była niezależna i zawsze robiła to, co uważała za słuszne. Czy takowe było, to już była całkowicie inna kwestia. Życie wiele zweryfikowało.

Teraz musiała gryźć się w język, kiedy kierownik z tym dziwnym wyrazem twarzy oznajmiał jej, ile to on nie musiał zrobić, aby pójść jej na rękę. Normalnie nie dałaby mu skończyć zdania. Usłyszałby, co ona myśli o jego obleśnym uśmiechu. A może to właśnie była normalność: zaciskanie ust i chowanie dumy w kieszeń. Parę razy już pracę straciła, bo była „trudna w kontaktach”, a ona po prostu nie dawała sobą pomiatać. I może była trochę impulsywna, temu akurat nie zaprzeczała, ale fakt, że była samotną matką, nikomu nie dawał prawa do traktowania jej z góry. A przynajmniej tak mogłoby się wydawać.

Teraz za każdym razem, kiedy usta aż się rwały do ciętej riposty, starała się zwizualizować Bartka. On był wartością nadrzędną i o nim powinna myśleć przede wszystkim. Inna sprawa, że niczego innego nie robiła, odkąd chłopiec pojawił się na świecie.

Paulina podeszła do drzwi i spojrzała na śpiącego syna. Stanowił całkowite przeciwieństwo jej samej. Cichy, spokojny, czasami aż bała się, że za spokojny, że jako siedmioletni chłopiec powinien być wulkanem energii. Czasami na placu zabaw dawał się porwać zabawie z rówieśnikami, ale dosyć szybko tracił zainteresowanie i albo skupiał się na zabawie samemu, albo szukał jej towarzystwa, a wtedy najbardziej lubił z nią rozmawiać. Zawsze miał mnóstwo pytań, czasami wydawało się, że zbyt poważnych jak na ten młody wiek.

Kiedy dzisiaj Paulina wróciła do domu, Bartek siedział przy stole i układał puzzle. Była pewna, że robił to od wielu godzin. Prawdopodobnie od kiedy Agata przyprowadziła go ze szkoły.

Agata była sąsiadką z parteru i przy okazji matką Szymka, chłopca chodzącego do klasy wyżej niż jej syn. W dni takie jak ten Paulina prosiła ją o przyprowadzenie Bartka do domu. Szkoła znajdowała się bardzo blisko i chłopiec na dobrą sprawę mógłby sam pokonać ten dystans kilkuset metrów, zwłaszcza że nie musiał przechodzić przez żadną ruchliwą ulicę. Ale w szkole i tak patrzyli na nią jak na jakąś wyrodną matkę, ponieważ kiedy jeszcze Bartek był w zerówce, zdarzało się, że po prostu nie zdążyła przyjść na czas, gdyż nie mogła wyjść z pracy. Gdyby teraz wyraziła zgodę na samotny powrót do domu siedmioletniego chłopca, to dopiero byłaby jazda. Nie tylko wśród kadry, ale również wśród tych wszystkich świętojebliwych matek, których jedynym obowiązkiem było przywiezienie i odebranie dziecka ze szkoły.

Niby niespecjalnie się przejmowała, co inni o niej myślą. Nie miała czasu na takie rzeczy, ale czuła, że jeśli stanie się tematem rozmów rodziców, to Bartek oberwie rykoszetem. W końcu dzieci doskonale słyszą, co mówią rodzice, a potem chętnie to powtarzają.

Podeszła na palcach do śpiącego syna i pocałowała go delikatnie w głowę. Cały jej świat zamknięty w tym małym ciałku. W takich chwilach czuła to chyba najbardziej. Jednocześnie zawsze za taką myślą przychodziła następna. Obrazoburcza. Jeśli Bartek był całym światem, to gdzie na tym obrazku było miejsce dla niej? Czy była właśnie tym? Aż matką i tylko matką? Innego życia nie miała i trudno było jej sobie takowe wyobrazić.

Zmęczona pokręciła głową. To nie był dobry moment na takie rozważania. Zresztą nigdy nie był. Miała obowiązki do wykonania i teraz powinna już spać. W końcu za chwilę musiała wstać.

Przymknęła drzwi od pokoju syna i powolnym krokiem skierowała się do łazienki.

 

 

 

 

 

DOMINIK

 

 

 

 

Zerknął na zegarek. Przed chwilą wybiła ósma trzydzieści. Powinien już być w drodze do warsztatu. Fakt, że o tej godzinie niewiele się działo, nie miał tutaj znaczenia. Po prostu nie lubił się spóźniać, a bardzo zależało mu, aby wyjść punktualnie. Miał już za sobą serię kilku dni z rzędu, kiedy na obiad do domu przybywał na czas, i zdecydowanie chciał tę tendencję utrzymać.

Normalnie poranne zakupy robił w sklepie niedaleko pracy, a dzisiaj coś go podkusiło, aby wejść do marketu koło domu. Pomyślał, że tak będzie szybciej. Teraz patrzył z irytacją na mężczyznę stojącego przed nim w kolejce. Kiedy podszedł do kasy, nie zauważył, że człowiek przed nim miał wózek wypełniony zakupami niemalże po brzegi. Mężczyzna swoją sylwetką dosyć skutecznie zasłaniał to, co było przed nim. Teraz na dodatek zamiast ustawić się przed wózkiem, co z pewnością ułatwiłoby wyjmowanie zakupów, z wyraźnym trudem i głośno sapiąc, próbował sięgnąć produkty położone najgłębiej. Efekt był taki, że kasjerka skanowała wszystko szybciej, niż on nadążał wyjmować.

Cóż, bywa, powiedział Dominik w duchu, starając się przyjąć jak najbardziej obojętną pozę. Najwyżej spóźni się trochę, to z pewnością nie będzie koniec świata.

Spojrzał za siebie. Za nim zdążyła się już uformować całkiem spora kolejka. Można było powiedzieć, że miał szczęście.

Jasne, że miał. Ponownie spojrzał na mężczyznę, który najwyraźniej opadł z sił, gdyż przerwy między podawaniem a skanowaniem produktów stały się jakieś dłuższe. Wreszcie męka dobiegła końca. Mężczyzna pchnął pusty wózek przed siebie, przesunął się na koniec stanowiska. Spakowanie tego też pewnie nie pójdzie migiem. Dominik miał nadzieję, że jego pięć produktów, które miał zamiar zjeść w ciągu dnia, kasjerka skasuje, nie czekając, aż ten drugi zdąży się spakować.

O ile Dominik starał się za wszelką cenę trwać w tej sile spokoju, to całym sobą czuł, że jego cierpliwość szybko się wyczerpuje. Zwłaszcza że lont to on miał raczej zawsze dosyć krótki i od momentu zapalenia zapałki do wybuchu nigdy długo nie trwało. Dopiero Gabrysia go zmieniła, dopiero przy niej nauczył się kontrolować, do pewnego stopnia oczywiście, ale obiecał sobie dawno temu, że ona nie będzie widzieć, jak jest naprawdę wściekły. Można było powiedzieć, że to mu się nawet udawało. Na swoją obronę mógł stwierdzić, że jego złość nigdy nie była skierowana na córkę. Czasami wydawało się to niewielkim pocieszeniem.

– Gotówka czy karta? – spytała kasjerka.

Mężczyzna spojrzał na nią groźnie.

– Proszę mnie nie poganiać! – powiedział głośniej, niż należało.

Zdecydowanie zbyt głośno jak na gust Dominika i z pewnością w tonie kobiety nie było nic, co by to uzasadniało.

– Nie poganiam, po prostu pytam – odpowiedziała ta spokojnie, ale Dominik dostrzegł znajomy błysk w jej oku.

Dopiero teraz jej się przyjrzał. Była raczej młodsza od niego, ale zmęczenie aż biło z jej twarzy. Miała czarne włosy związane w kitkę i ciemną karnację. Było w niej coś z południowego typu urody, przemieszanej może odrobiną cygańskiej krwi. Zdecydowanie była niebrzydka. Nagle Dominik nabrał pewności, że gdyby teraz się uśmiechnęła, to byłoby w tym uśmiechu coś zniewalającego. W tej chwili jednak wyglądała groźnie, co chyba jeszcze bardziej rozsierdziło mężczyznę.

– A mnie się wydaje, że pani krzyczy!

– Z pewnością ja tego nie robię – odpowiedziała spokojnie, ale w jej głosie można było wyczuć wręcz arktyczny chłód.

– Co to za ton?! – obruszył się mężczyzna, a następnie sięgnął do zakupów, które wciąż nieruszone zapełniały całą powierzchnię taśmy. – A ile mi pani policzyła za to?

W tym momencie pokazał jej, i chyba wszystkim w kolejce, dużą paczką kiełbasy.

Kobieta spojrzała na ekran kasowy i podała mu cenę.

– A to nie powinno być przecenione o pięćdziesiąt procent? Tak stoi w gazetce. Znowu chcecie uczciwego człowieka oszukać.

Dominik wciągnął głęboko powietrze. Ostatnie, czego potrzebował, to awantura w sklepie. Jednak chronicznie nie znosił chamstwa i tego niczym nieuzasadnionego wielkopaństwa u każdego pierwszego lepszego prostaka, który uważał, że jak ma przed sobą obsługę, a jeszcze dodatkowo kobietę, to może ją traktować z góry. Sam to znał z autopsji. Może do niego podchodzono ostrożniej, ale również trafiali się tacy, co uważali się za lepszych tylko dlatego, że mieli drogie samochody, a on je „tylko” naprawiał.

W każdym razie czuł, że jeszcze chwila i po prostu wyprowadzi tego „uczciwego człowieka” ze sklepu.

Kobieta siedząca za kasą zrobiła taką minę, jakby ten argument o gazetce słyszała już milion razy. Sprawnym ruchem sięgnęła do półki, gdzie leżał papierowy egzemplarz reklamówki. Szybko znalazła stronę z rzeczonym produktem. Dosłownie chwilę patrzyła na reklamę, o której była mowa. Następnie podała mężczyźnie, aby sam spojrzał.

– Ta cena to jest cena z rabatem. Jest tutaj wyraźnie napisane, jak również jest podana pełna cena, od której jest obniżka.

Dominik nie był do końca pewien, ale wydawało mu się, że usłyszał cień satysfakcji w chłodnym tonie kobiety.

Czy możemy zakończyć tę całą dramę?, zapytał siebie w myślach, używając słowa, które usłyszał od córki.

Mężczyzna patrzący w gazetkę najwyraźniej miał inny pomysł. Kiedy Dominik zerknął za siebie, zauważył, że jego kolejka zdążyła już się przerzedzić. Ludzie po prostu poprzechodzili do innych kas.

Tymczasem duża twarz mężczyzny stała się jeszcze większa i jeszcze bardziej czerwona.

– Takim małym drukiem?! – znowu podniósł głos. – I to wcale nie jest takie oczywiste!

– Wystarczy przeczytać ze zrozumieniem – odparła kasjerka, patrząc wyzywająco na klienta. Wyraźnie miała już dość.

– Jak śmiesz?! To jest chamstwo! Kogo oni zatrudniają?! Chyba z więzienia cię wyciągnęli! I jeszcze te tatuaże! Nie wstyd tak się z tym obrzydlistwem obnosić? Co się dzieje z tym krajem!

Krzyk mężczyzny przyciągnął uwagę nie tylko innych klientów sklepu, ale również kogoś, kto zdaniem Dominika wyglądał na kierownika. Ten zaś z dosyć surową miną obserwował całą sytuację, jakby gotowy do wkroczenia.

Na twarzy kobiety pojawiła się nieukrywana wściekłość. To było zdaniem Dominika całkowicie uzasadnione. Natomiast wiedział również, że jeśli wybuchnie, to niezależnie, czy racja będzie leżała po jej stronie, liczyła się zasada, że klient ma zawsze rację, i konsekwencje mogą przede wszystkim dotknąć kobietę.

Kto jak kto, ale on doskonale wiedział, jak to jest mieć niewyparzony język i mówić o parę słów za dużo. Nikt mu nigdy tego nie powiedział wprost, ale to, że był w pierwszej linii do zwolnienia, miało jeszcze ten jeden powód.

– Dokładnie, co się dzieje z tym krajem – wtrącił ku zaskoczeniu obojga, a w twarzy mężczyzny dojrzał ulgę, że znalazł sojusznika. Z pewnością czekało go rozczarowanie. – Ale chcę myśleć, że takich jak pan jest coraz mniej. Rzeczywiście powinno być panu wstyd tak się obnosić ze swoim brakiem kultury, a tłumacząc na pański język – z ordynarnym prostactwem i buractwem. Ja wiem, że władza zachęca chamów do bycia chamami i żeby swój brud wynosili z domów i roznosili, gdzie się da, ale myślę, że w pana przypadku wystarczy.

Dominik mógł być z siebie dumny. Nawet raz nie przeklął, co może nie było jakimś oszałamiającym sukcesem, ale zawsze wyznawał zasadę, aby przemawiać w języku adwersarzy. Tym razem jednak nie chciał się zniżać do poziomu mężczyzny, a jednocześnie musiał być stanowczy. Tacy jak tamten rozumieli tylko siłę.

Mężczyzna popatrzył na trochę wyższego od siebie Dominika, który stał pewnie i mierzył go wzrokiem. Mimo pozornego spokoju aż się w nim gotowało. Nie mógł odpuścić tego, jak ten mężczyzna, zapewne wyborca partii rządzącej albo jej faszystowskich koleżków spod znaku Polski dla Polaków, odniósł się do kobiety.

Ten oczywiście na taką konfrontację nie był gotowy. Za to znalazł wzrokiem kierownika, który właśnie do nich podchodził.

– Jak można tak traktować drugiego człowieka?! – podniósł głos oburzony. – To jest niedopuszczalne. Nie będę tutaj więcej kupował.

Następnie odwrócił się na pięcie, zostawiając całe nieopłacone zakupy tam, gdzie zostały wyłożone.

Dominik wiedział, że nie pomylił się w ocenie mężczyzny. Sytuacja przypomniała mu niedawne zdarzenie przed sejmem. Poseł faszystowskiej partii, bo za taką Dominik ją uznawał, który w każdym wypowiadanym publicznie zdaniu obrażał wszystkich niepodzielających jego poglądów, to na dodatek tym płynącym z jego ust mizoginistyczno-rasistowsko-homofobicznym ściekiem często zachęcał do agresji, znalazł się nagle między protestującymi i usłyszał kilka słów o sobie. Był wielce oburzony, z czym nagle musiał się zmagać. Naturalnie ten tchórz zasłaniał się immunitetem poselskim, ale czy oni wszyscy nie byli tchórzami? W kilku pobić obcokrajowca albo dziewczynkę z tęczową torbą – oczywiście, ale w przypadku kogoś silniejszego od razu podwijali ogon i krzyczeli, jaka im się krzywda dzieje.

I tak samo było tutaj. Atak na kobietę, która dodatkowo jako pracownik sklepu nie miała właściwie żadnej możliwości obrony, okazał się być idealnym sposobem na wyrzucenie swoich frustracji i niezależnie, jakie one by nie były, to nie usprawiedliwiały tego, czego przed chwilą był świadkiem.

– Zamknij kasę, proszę – powiedział kierownik do kobiety, a do Dominika: – Pana naturalnie obsłużymy.

Jak się okazało, tylko on został przy tej kasie.

Napotkał wzrok kobiety, ale nie dostrzegł w nim wdzięczności za swoją reakcję, a raczej wściekłość. W tej chwili jednak trudno mu było odgadnąć, kto był jej adresatem, mężczyzna, który był sprawcą całego zamieszania, on sam czy może kierownik, a może wszyscy razem.

Kobieta obsłużyła go bez słowa i dopiero kiedy podawała mu rachunek, dostrzegł kawałek tatuażu na jej nadgarstku. Wyglądał na część jakiejś większej całości, ale widać było tylko maleńki fragment wystający spod długiego rękawa i naprawdę wymagało mnóstwa złej woli i jeszcze więcej kompleksów, aby uczynić z tego zarzut i inwektywę. Jak się okazało, dla chcącego nic trudnego, a złe słowo niektórym rodakom przychodziło z niesamowitą łatwością.

– Przepraszam pana za tę sytuację – powiedział do niego kierownik, kiedy zbierał się już do wyjścia.

– Nic się nie stało – odparł i wychodząc, dodał: – To nie mnie należałoby przeprosić.

Już i tak był bardzo spóźniony.

 

 

 

 

 

PAULINA

 

 

 

 

Wyszła energicznym krokiem ze sklepu. Pierwszą myślą było, aby zatrzymać się, wydobyć z siebie krzyk. Podejrzewała jednak, że aby pozbyć się całej złej energii, musiałaby krzyczeć przez dłuższą chwilę, a i uderzyć w coś by się przydało. Na dodatek trudno było w tej chwili stwierdzić, czy to by coś pomogło.

Jedyne, co było w stanie ją uspokoić, to widok syna. Mogła już teraz iść po niego do szkoły, gdyż było po lekcjach, a on spędzał czas w świetlicy, ale nie chciała, aby ją taką zobaczył. Bartek, mimo że często dosyć skupiony i sprawiający wrażenie, że myślami jest gdzieś w swoim świecie, był bardzo spostrzegawczy i czasami potrafił ją zaskoczyć pytaniem, nad którym musiała dłużej się zastanowić.

W tej chwili była pewna, że każdą złą emocję, którą przeżywała wewnątrz, było wyraźnie widać nie tylko na jej twarzy, ale również w całej mowie jej ciała.

Przeszła na drugą stronę ulicy, gdzie mieścił się niewielki park z placem zabaw, na którym zwykli we dwoje przesiadywać. Podeszła do pierwszej wolnej ławki, usiadła na niej i zamknęła oczy. Wyciszenie to było to, czego potrzebowała. Tylko że ona nie potrafiła tego robić. Wyciszenie nie było dla niej. Zen, joga, takie rzeczy na nią nie działały. Ona używała worka treningowego. Powiedzenie „używała” to trochę nadużycie, nie za często bowiem miała na to czas. Natomiast to było coś, co zawsze jej pomagało, przynajmniej do pewnego stopnia. Wiadomo, że bicie w worek do utraty tchu, do bólu pięści, może zadziałać niestety na dosyć krótką metę, ale było, jak było. Musiała radzić sobie, jak umiała. A tak właśnie umiała. Od niedawna co prawda, ale zawsze. Gdyby tak potrafiła kiedyś…

To co byś zrobiła?, spytała siebie w myślach i szybko odgoniła wspomnienia, do których z pewnością nie chciała wracać. Teraz miała wystarczająco dużo na głowie, aby nie musieć cofać się w przeszłość.

Ten dzień w ogóle zaczął się źle. Co prawda nie wierzyła, że zły start może mieć konsekwencje w całej serii niefortunnych zdarzeń, ale wszystko, co się wydarzyło do tej pory, tylko taką tezę potwierdzało.

Po pierwsze zaspała, co jej się nigdy, dosłownie nigdy, nie zdarzało. Najwyraźniej bezwiednie wyłączyła budzik, kiedy zadzwonił. Mogło to wynikać z faktu, że większość nocy bez jakiegoś szczególnego powodu przewracała się z boku na bok, aby w końcu usnąć niedługo przed świtem. Czy mogła być tak zmęczona, że nie mogła spać? Na pewno nie było to wykluczone.

Kiedy zerwała się z ponad dwudziestominutowym opóźnieniem z łóżka, okazało się, że Bartek jest nie w sosie i najchętniej to w ogóle nie poszedłby do szkoły. Kiedy próbowała się dowiedzieć, czy coś się stało, dosyć długo nie chciał powiedzieć. To sprawiło, że wyobraźnia Pauliny bardzo szybko wskoczyła na najwyższe obroty. Czy coś z kolegami, czy ktoś mu dokucza, a może coś go boli i jest chory? Na szczęście jej syn nie należał do specjalnych krętaczy i nigdy nie kłamał. Koniec końców okazało się, że nie zrobił jakiejś drobnej pracy i to był dla niego powód do stresu. Z nieszczęsnym zadaniem uporali się dosyć szybko, ale ile cennych minut stracili, wolała nie sprawdzać.

Do szkoły naturalnie zdążyli bez problemu i wpół do ósmej Bartek przekroczył próg budynku. Natomiast zanim usiadła w pracy za kasą, była ósma, czyli miała równo godzinę spóźnienia.

Sama prosiła o tę zmianę i od razu w pierwszym tygodniu taka wpadka. Kierownik nic nie powiedział, ale nawet nie musiał, wystarczyło, jak na nią spojrzał. Kiedy mu powiedziała, że miała rano problem z dzieckiem, uśmiechnął się niby ze zrozumieniem, ale było w tym uśmiechu coś, co wiązało się jej zdaniem z taką złośliwą satysfakcją, jakby tylko czekał, aż powinie jej się noga.

A potem przyszedł ten pierd….. Seria inwektyw, jakie wyrzuciła z siebie pod nosem, była naprawdę imponująca, chociaż Paulina miała dziwne uczucie, że i tak była za mała. Trudno teraz powiedzieć, czy to ten dzień, który się wyjątkowo ciągnął, czy może jednak jakiś jej szósty zmysł, ale od razu wiedziała, że coś będzie nie tak. Przede wszystkim mężczyzna śmierdział. Była to mieszanka potu z czymś, czego wolała nawet nie nazywać. Wyraźna nadwaga z pewnością tutaj nie pomagała. Natomiast mydło mogłoby uczynić cuda. Pot ściekał mu nie tylko z twarzy, ale również z piersi, której niestety nie zakrywała rozpięta prawie do pępka koszula, ukazująca mokre ciało pełne przerzedzonych kępek włosów. To samo w sobie było obrzydliwe, ale nie najgorsze, a nie takie rzeczy widziała, siedząc za kasą. Najgorsze było to obleśne spojrzenie, którym ją obrzucił, gdy tylko znalazła się w zasięgu jego wzroku.

Znała je aż za dobrze. Nie uważała się za piękność, ale wiedziała, że jej trochę egzotyczny jak na tę szerokość geograficzną typ urody przyciągał spojrzenia, a ze względu na bezpośredni kontakt z klientem czasami również musiała się zmagać z mniej lub bardziej wybrednymi komentarzami. Nie było to częste, ale niestety się zdarzało. Najbardziej irytujące było wtedy, kiedy wypowiadający je mężczyźni nie czuli żadnego zażenowania i jeszcze uważali, że sprawiają jej przyjemność.

Tym razem „adorator” uważał zapewne, że jego „czułe” spojrzenie i goła spocona pierś wystarczą, aby jej zawrócić w głowie czy cokolwiek mu się wymyśliło. Kiedy obrzuciła go swoim spojrzeniem, które z pewnością nie predysponowało jej do pracy na pierwszej linii przed klientami, zobaczyła to, co zwykle w takich sytuacjach widziała, złość i gniew.

To niestety też doskonale znała.

Potem już czekała na nieuniknione. Na nieuzasadnione pretensje i mającą po nich nastąpić awanturę. Co prawda uczono ją, żeby nie zaogniać konfliktów, żeby nie eskalować, ale dla niej to była tylko inna nazwa na pozwalanie, aby ją obrażano. Oczywiście nie miało sensu wdawanie się w kłótnie z każdym klientem z przerośniętym ego, niezależnie, jak kuszące by to nie było, ale były granice tego, co mogła znieść, i jej zdaniem w tym przypadku zachowała się wręcz wzorowo.

Tylko że to było jej zdanie. Mimo że koleżanki, które widziały i słyszały całe zajście, zgadzały się z nią, w niczym to nie pomogło. Kierownik uważał, że zachowała się skandalicznie i że nie takie wartości chce reprezentować. Przy swojej tyradzie wygodnie zapomniał o tym, co do niej mówił klient, za to skupił się na jej uwadze. Jeszcze powiedział na koniec, że ma szczęście, że klient nie złożył formalnej skargi. Nie wytrzymała i powiedziała, że to chyba ją należałoby przeprosić. Wtedy usłyszała, że może prywatnie to tak, ale tutaj reprezentuje firmę i ma się zachowywać odpowiednio.

Nie wytrzymała i gdyby akurat ktoś nie wchodził do pomieszczenia, to prawdopodobnie wyrwałaby drzwi razem z futryną. Tak była wściekła.

Jak to „może prywatnie”? Czy kiedy przywdziewała swój „mudurek”, to przestawała być człowiekiem, czy przestawała być kobietą? Najwyraźniej według jej kierownika stawała się jakimś bezosobowym bytem sklepowym. A może dla niego takie traktowanie kobiet było czymś w porządku? Tutaj by się nie zdziwiła.

Jakby tego wszystkiego było mało, to jeszcze ten drugi musiał się wtrącić. Niby wściekanie się na niego było trochę bez sensu, ponieważ wyraźnie wtrącił się, aby ukrócić chamskie zapędy półnagiego amanta. A może wtrącił się, aby ją obronić? Pewnie jedno wiązało się z drugim i w żadnym nie było nic złego. Było to wręcz chwalebne, zbyt wielu ludzi w naszych czasach było obojętnymi na zło, które działo się pod ich nosami.

W tym wszystkim było jedno „ale” i ono dotyczyło jej. Ona nie potrzebowała, aby ktoś stawał w jej obronie, tak jak i nie potrzebowała niczyjej pomocy. Oczywiście z tym ostatnim było różnie i głównie dotyczyło Bartka, ale i tak starała się ograniczać takie sytuacje do minimum. Kiedy najbardziej potrzebowała obrony i pomocy, nikt się nie pojawił. Rycerz na białym koniu nie wjechał nagle. Drogę do wolności musiała sobie wywalczyć sama. Tym bardziej teraz nie potrzebowała obrony przed pierwszym lepszym chamem.

Paulina zatopiła głowę w dłoniach. Zdawała sobie sprawę, że jeśli chodziło o tego nieszczęsnego „wybawiciela”, to się trochę zagalopowała. Ale miała pełne prawo, żeby tak odczuwać. I nie miała zamiaru tego prawa nikomu oddać. To w końcu było jej życie. Jej i tylko jej. Jej i Bartka i mogła czuć to, co chciała.

W końcu byli tylko we dwoje. I tak było dobrze. Musiało być.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

Copyright © by Tomasz Kieres, 2022

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2022

 

Projekt okładki: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

 

Zdjęcia na okładce: © Geber86/iStock

 

Redakcja: RedKor Agnieszka Luberadzka

Korekta: RedKor Agnieszka Luberadzka, Magdalena Moczkodan

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8280-104-0

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.