Mały domek w wielkich lasach - Laura Ingalls Wilder - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Mały domek w wielkich lasach ebook

Laura Ingalls Wilder

0,0

Opis

Klasyka literatury dziecięcej w nowym tłumaczeniu

Poruszająca opowieść o życiu rodziny farmerów w XIX wieku, ukazująca piękno i trud codziennego prowadzenia gospodarstwa.

Kultowa seria, kochana przez czytelników i widzów na całym świecie, czeka na kolejne pokolenie! 

W samym sercu lasów Wisconsin stoi mały domek. Mieszkają w nim Tatko, Mamusia i trzy dziewczynki. Z okien widać tylko drzewa, a do najbliższego miasteczka jest bardzo daleko. Goście pojawiają się tutaj rzadko. Dzika przyroda każdego dnia jest tu na wyciągnięcie ręki, a spotkanie z niedźwiedziem mrozi krew w żyłach. Każda pora roku przynosi coś nowego: zima – fantazyjne wzory szronu na szybach, wiosna – bieganie na bosaka, lato – miód z leśnej barci, jesień – grę na skrzypcach przy wesoło trzaskającym kominku.  

Oczami rezolutnej Laury obserwujemy otaczający ją świat i spokojny rytm rodzinnego życia połączony z dziecięcą beztroską i figlami.  

Pełna ciepła, spokoju i uroku historia, przypomina, że czasem wystarczy mały domek w wielkich lasach, by odnaleźć to, co naprawdę ważne. Stanowi świetny wstęp do czekających na nas kolejnych przygód dorastających sióstr. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 125

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

Tytuł oryginału:

The Little House in the Big Woods

Korekta

Emilia Domańska, Paulina Meducka

Przygotowanie wersji elektronicznej na podstawie edycji drukowanej

Anna Majorek

Skład i łamanie

Łukasz Slotorsz

Projekt okładki

Anna Slotorsz

Ilustracje

Anna Dzierżak

Grafiki wykorzystane na okładce

©Anna Dzierżak, ©AdobeStock/MD MOGAMMEL HAQUE

Published by arrangement with HarperCollins Publishers

Copyright © fot the translation by Helena Motyl 2026

The Little House in the Big Woods Copyright © by Laura Ingalls Wilder 1932 Copyright © for this edition by Aleksandria Media 2026

Całość ani żadna część tej książki nie może być powielana i rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie pierwsze w tej edycji

Katowice 2026

ISBN: 9788368395860

Wydawnictwo Oddechy

Al. Wojciecha Korfantego 138

40-156 Katowice

[email protected]

www.oddechy.pl

Mały domek w Wielkich Lasach

Dawno, dawno temu – ponad sześćdziesiąt lat[1] – w Wielkich Lasach Wisconsin, w małym, szarym domku zbudowanym z bali, mieszkała mała dziewczynka.

Wielkie, ciemne drzewa Wielkich Lasów otaczały dom, a za nimi widać było tylko kolejne i kolejne drzewa. Gdyby ktoś wyruszył stamtąd i szedł w kierunku północnym, przez cały dzień, tydzień, albo nawet cały miesiąc nie zobaczyłby nic oprócz lasu. Nie było tam dróg. Nie było ludzi. Były tylko drzewa i dzikie zwierzęta, które wśród nich mieszkały.

W Wielkich Lasach żyły wilki, niedźwiedzie i ogromne dzikie koty. Nad strumieniami mieszkały piżmaki, norki i wydry. Na wzgórzach swoje nory miały lisy, a po całej okolicy wędrowały jelenie.

Na wschód i zachód od małego domku z bali wszędzie ciągnęły się całe mile drzew, i jedynie na samym skraju Wielkich Lasów rozrzuconych było kilka niewielkich, drewnianych domów.

Jednak dla małej dziewczynki istniał tylko jeden domek, w którym mieszkała ze swoim ojcem i matką, swoją siostrą Mary i malutką siostrzyczką Carrie. Przed domkiem biegła droga dla wozów, kręta i zawiła, która znikała głęboko w lesie, gdzie żyły dzikie zwierzęta. Ale dziewczynka nie wiedziała ani dokąd ta droga prowadzi, ani gdzie może być jej koniec.

Mała dziewczynka miała na imię Laura i mówiła na swojego ojca „Tatko”, a na swoją matkę „Mamusia”. W tamtych czasach i w tamtej okolicy dzieci nie nazywały bowiem swoich rodziców ani ojcem i matką, ani mamą i tatą, tak jak robią to dzisiaj.

Nocami, kiedy Laura leżała bezsennie w swoim wysuwanym łóżeczku i nasłuchiwała, nie słyszała niczego oprócz szumu drzew. Czasami jednak, daleko w oddali, rozlegało się wycie wilka. Chwilę później rozlegało się ponownie, znacznie bliżej.

Był to przerażający dźwięk. Laura dobrze wiedziała, że wilki mogą zjeść małą dziewczynkę. Czuła się jednak bezpieczna wśród solidnych, drewnianych ścian. Nad drzwiami wisiała strzelba ojca, a stary dobry Jack, pręgowany buldog, leżał pod nią na straży. Tatko mówił wtedy:

– Śpij, Lauro. Jack nie pozwoli wilkom wejść do środka.

Więc Laura otulała się cieplej kołdrą z małego łóżka, na którym leżała tuż obok Mary, i wracała do snu.

Pewnej nocy ojciec podniósł ją z łóżeczka i zaniósł do okna, by sama mogła zobaczyć wilki. Dwa z nich siedziały przed domem. Wyglądały jak kudłate psy. Uniosły nosy w stronę wielkiego, jasnego księżyca na niebie i zawyły.

Jack krążył w kółko przed drzwiami, warcząc. Z sierścią zjeżoną na karku szczerzył swoje mocne, ostre zęby w kierunku wilków. Wilki wyły, ale nie mogły wejść do środka.

Domek był wygodny. Na górze znajdował się duży strych, gdzie przyjemnie było się bawić, kiedy deszcz bębnił o dach. Na dole była mała sypialnia oraz duży pokój dzienny. Pojedyncze okno w sypialni zamykano drewnianą okiennicą. Duży pokój miał natomiast aż dwa okna z szybami i dwoje drzwi: frontowe i tylne.

Wokół domu biegło pokrzywione ogrodzenie, które trzymało z daleka niedźwiedzie i jelenie.

Na podwórku przed domem rosły dwa piękne, wielkie dęby. Każdego ranka, zaraz po przebudzeniu, Laura biegła wyjrzeć przez okno. Któregoś dnia zobaczyła, że z gałęzi jednego z dębów zwisa martwy jeleń.

Tatko ustrzelił jelenia poprzedniego dnia, a nocą, kiedy Laura spała, przyniósł go do domu i zawiesił na gałęzi, żeby wilki nie mogły dosięgnąć mięsa.

Tego dnia Tatko, Mamusia, Laura i Mary mieli na obiad świeżą dziczyznę. Była tak pyszna, że Laura miała ochotę zjeść wszystko. Jednak większość mięsa musiała zostać posolona, uwędzona i zapakowana tak, żeby można było jeść je zimą.

A zima właśnie nadchodziła. Dni robiły się coraz krótsze, mróz wieczorami wspinał się po szybach. Niedługo miał spaść śnieg. Wtedy zaś mały drewniany domek cały zakopie się w zaspach, a jezioro i strumyk zupełnie zamarzną. W taką mroźną pogodę Tatko będzie miał małe szanse na znalezienie i ustrzelenie dzikiej zwierzyny.

Niedźwiedzie ukryją się w swoich gawrach i zapadną w długi sen zimowy. Wiewiórki skulą się w swoich dziuplach, całe owinięte puszystymi ogonkami. Zające i jelenie będą płochliwe i czujne. Nawet gdyby Tatko natrafił na jakiegoś jelenia, byłby on mizerny i wychudzony – zamiast tłusty i pulchny, tak jak jesienią.

Tatko mógłby spędzić cały dzień na samotnym polowaniu w lodowatym zimnie, błądząc po Wielkich Lasach pokrytych śniegiem, i wrócić do domu wieczorem bez niczego do jedzenia dla Mamusi, Mary i Laury.

Tak więc przed zimą należało zgromadzić w małym domku jak najwięcej jedzenia.

Tatko starannie oskórował jelenia, po czym posmarował skórę solą i rozciągnął ją szeroko, by później móc ją przerobić na miękkie okrycia. Później pokroił mięso, posolił każdy kawałek z osobna i ułożył je na stole.

Na podwórku leżał długi kawałek pnia, wycięty z wielkiego, spróchniałego drzewa. Tatko powbijał do środka gwoździe tak głęboko, jak tylko mógł dosięgnąć. Potem ustawił pień na ziemi, zrobił na górze mały daszek i z jednej strony – tuż przy samym dole – wyciął niewielki otwór. Do wyciętego kawałka przyczepił skórzane zawiasy, po czym przymocował go z powrotem na miejsce, tworząc małe drzwiczki, wciąż pokryte korą.

Kiedy mięso z jelenia poleżało już kilka dni w soli, Tatko wyciął przy końcu każdego kawałka dziurkę i przeciągnął przez nią sznurek. Laura patrzyła, jak to robi, a później wiesza mięso na gwoździach w wydrążonej kłodzie.

Sięgał przez małe drzwiczki i wieszał mięso na gwoździach tak wysoko, jak tylko mógł dosięgnąć. Potem przystawił do kłody drabinę, wspiął się na samą górę, odsunął daszek na bok i sięgnął do środka od góry, żeby powiesić mięso także na tamtych gwoździach.

Potem Tatko nałożył daszek z powrotem, zszedł po drabinie i powiedział do Laury:

– Biegnij do pniaka i przynieś mi trochę tych zielonych wiórków z orzesznika! Świeżych i czystych.

Więc Laura pobiegła do pniaka, przy którym Tatko rąbał drewno, i napełniła fartuszek świeżymi, słodko pachnącymi wiórkami.

Tuż za małymi drzwiczkami w wydrążonej kłodzie Tatko rozpalił ogień z drobnych kawałeczków kory i mchu, a potem bardzo ostrożnie ułożył na nim trochę wiórków.

Zamiast szybko się palić, zielone wiórki tliły się i wypełniały kłodę gęstym, duszącym dymem. Tatko zamknął drzwiczki i chociaż trochę dymu przeciskało się przez szparę, a trochę uchodziło górą pod daszkiem, to większość jednak zostawała w środku, razem z mięsem.

– Nie ma nic lepszego niż porządny dym z orzesznika – powiedział Tatko. – Dzięki niemu wyjdzie nam dobra dziczyzna, która wytrzyma każdą pogodę.

Potem wziął swoją strzelbę, zarzucił siekierę na ramię i ruszył na polanę ścinać kolejne drzewa.

Laura i Mamusia pilnowały ognia przez kilka dni. Kiedy dym przestawał wydobywać się przez szpary, Laura przynosiła więcej wiórków z orzesznika, a Mamusia dokładała je do ognia pod mięsem. Przez cały czas na podwórku unosił się lekki zapach dymu, a gdy otwierało się drzwiczki, ze środka buchała gęsta woń wędzonego mięsa.

W końcu Tatko stwierdził, że dziczyzna wędziła się już wystarczająco długo. Wtedy pozwolili, żeby ogień zgasł, a Tatko wyjął z wydrążonego pnia wszystkie paski i kawałki mięsa. Mamusia zawinęła każdy kawałek równo w papier i powiesiła je na strychu, gdzie miały być bezpieczne i suche.

Pewnego ranka Tatko wyruszył z końmi jeszcze przed świtem, a wieczorem wrócił do domu z wozem pełnym ryb. Wielka skrzynia wozu była nimi wyładowana po brzegi, a niektóre ryby były prawie tak duże jak Laura. Tatko pojechał nad Jezioro Pepin i złowił je wszystkie w sieci.

Mamusia ukroiła dla Laury i Mary duże płaty kruchego, białego mięsa, bez ani jednej ości. Świeże, pyszne ryby stworzyły wspaniałą ucztę. To, czego nie zjedli na świeżo, zasolili w beczkach na zimę.

Tatko miał także świnię. Biegała na wpół dziko po Wielkich Lasach, żywiąc się żołędziami, orzechami i korzeniami. Teraz Tatko złapał ją i zamknął w zagrodzie z bali, żeby ją utuczyć. Zamierzał ją zarżnąć, gdy tylko zrobi się na tyle zimno, by wieprzowina mogła zamarznąć.

Którejś nocy Laura obudziła się nagle i usłyszała, jak świnia piskliwie kwiczy. Tatko wyskoczył z łóżka, porwał strzelbę ze ściany i wybiegł na dwór. A potem Laura usłyszała wystrzały – jeden, drugi.

Kiedy Tatko wrócił do domu, opowiedział im, co się stało. Obok świńskiej zagrody zobaczył dużego, czarnego niedźwiedzia. Zwierzak wsadził łapy do środka, chcąc złapać świnię, a ta biegała w kółko i kwiczała. Tatko zobaczył to w blasku gwiazd i szybko wystrzelił. Ale światło było słabe i w pośpiechu chybił. Niedźwiedź uciekł w las, niedraśnięty.

Laura żałowała, że Tatko nie dał rady upolować niedźwiedzia. Tak bardzo lubiła niedźwiedzie mięso! Tatko również był trochę zmartwiony, ale powiedział:

– Przynajmniej uratowałem boczek.

Przez całe lato za małym domkiem rozwijał się ogród. Znajdował się on na tyle blisko domu, że w dzień żaden jeleń nie miał odwagi przeskoczyć przez płot, by zjeść rosnące tam warzywa. Nocą z kolei odganiał je Jack. Czasem rano wśród marchwi i kapusty widać było drobne odciski kopytek. Ale były tam także ślady Jacka, co jasno wskazywało, że jelenie szybko wyskakiwały z powrotem.

Teraz, gdy noce zaczęły robić się mroźne, ziemniaki, marchew, buraki, rzepy oraz kapusty zostały zebrane i schowane do piwnicy.

Cebule spleciono w długie warkocze, a potem zawieszono na strychu obok wieńców czerwonych papryk nawleczonych na nitki. Dynie i kabaczki ułożono na strychu w pomarańczowych, żółtych i zielonych stertach.

Beczki z solonymi rybami zostały ustawione w spiżarni, na której półkach leżały ułożone w stosy żółte sery.

Pewnego dnia przyjechał konno z Wielkich Lasów wujek Henry. Przybył, żeby pomóc Tatkowi przy świniobiciu. Wielki nóż rzeźnicki Mamusi był już naostrzony, a wujek Henry przywiózł też nóż rzeźnicki cioci Polly.

Tatko i wujek Henry rozpalili wielkie ognisko obok świńskiej zagrody i postawili nad nim ogromny kocioł z wodą. Kiedy tylko woda się zagotowała, poszli zarżnąć świnię. Laura uciekła i schowała głowę w łóżku, zatykając uszy palcami, żeby nie słyszeć, jak świnia kwiczy.

– To jej nie boli, Lauro – powiedział Tatko. – Robimy to bardzo szybko.

Ale Laura nie chciała słyszeć kwiku.

Po chwili ostrożnie wyjęła jeden palec z ucha i zaczęła nasłuchiwać. Świnia już nie kwiczała. Od tego momentu świniobicie stawało się świetną zabawą.

Był to bardzo pracowity dzień! Tyle było do zobaczenia i do zrobienia. Wujek Henry i Tatko byli w doskonałych humorach, na obiad miały być żeberka, a Tatko obiecał Laurze i Mary pęcherz oraz świński ogon.

Gdy tylko świnia padła, Tatko i wujek Henry zanurzyli ją kilkukrotnie w gotującej się wodzie, aż była porządnie oparzona. Potem ułożyli ją na desce i oskrobali nożami, by pozbyć się całej szczeciny. Następnie powiesili świnię na drzewie, wyjęli wnętrzności i zostawili ją wiszącą, żeby się wystudziła.

Kiedy ostygła, zdjęli ją i pokroili. Wykroili szynki i łopatki, boczek, żeberka oraz podbrzusze. Było też serce i wątroba, a osobno język i głowa, z której miał powstać salceson, oraz miska pełna skrawków przeznaczonych na kiełbasę.

Mięso rozłożono na desce w szopie z tyłu domu, po czym każdy kawałek zasypano solą. Szynki i łopatki włożono do solanki, żeby się peklowały, bo potem miały zostać uwędzone – tak samo jak wcześniej dziczyzna – w wydrążonej kłodzie.

– Nie ma lepszej szynki niż taka wędzona na dymie z orzesznika – powiedział Tatko.

Tatko nadmuchiwał właśnie pęcherz. Zrobił się z niego mały, biały balonik. Tatko zawiązał koniec mocno sznurkiem i dał go Mary i Laurze do zabawy. Mogły podrzucać go w górę i odbijać między sobą z rąk do rąk. Mogły go także kopać, by turlał się po ziemi. Ale jeszcze lepszą zabawą niż balonik był świński ogonek!

Tatko oskórował go dla nich ostrożnie, a w grubszy koniec wsunął zaostrzony patyk. Mamusia otworzyła przód kuchennego pieca i zgrabiła żar na żeliwne palenisko. Laura i Mary na zmianę trzymały świński ogonek nad węglami.

Smażył się, sycząc, a kropelki tłuszczu kapały z niego i buchały płomieniem na węglach. Mamusia posypała go solą. Ręce i twarze dziewczynek zrobiły się bardzo gorące, a Laura poparzyła sobie palec, ale była tak podekscytowana, że wcale jej to nie obchodziło. Pieczenie świńskiego ogonka było tak wielką frajdą, że trudno im było regularnie i grzecznie się zamieniać.

W końcu był gotowy. Zarumienił się ładnie ze wszystkich stron – i jak cudownie pachniał! Zaniosły go na podwórko, żeby się wystudził, ale zaczęły go podjadać, jeszcze zanim zdążył wystygnąć i poparzyły sobie języki.

Zjadły do ostatka każdy kawałeczek, a kości dały Jackowi. I tak nadszedł koniec świńskiego ogonka! Następnego nie będzie aż do przyszłego roku.

Wujek Henry wrócił do domu po obiedzie, a Tatko wrócił do swojej pracy w Wielkich Lasach. Ale dla Laury, Mary i Mamusi świniobicie dopiero się zaczynało. Mamusia miała przed sobą mnóstwo roboty, a Laura i Mary miały jej pomagać.

Przez cały tamten dzień i następny Mamusia wytapiała świński smalec w wielkich żeliwnych garnkach na kuchennym piecu. Laura i Mary nosiły drewno i pilnowały ognia. Musiał być gorący, ale nie za gorący, bo smalec mógłby się przypalić. Wielkie garnki miały pyrkać i bulgotać, lecz nie mogły dymić. Co jakiś czas Mamusia zbierała z wierzchu brązowe skwarki. Przekładała je na płótno i wyciskała z nich każdą kropelkę smalcu, a potem odkładała skwarki na bok. Później miała je dodać do kukurydzianego chleba.

Skwarki były bardzo smaczne, ale Laura i Mary mogły tylko spróbować odrobinkę. Były zbyt tłuste dla małych dziewczynek, jak mówiła Mamusia.

Mamusia dokładnie wygoliła i oczyściła głowę świni, a potem gotowała ją tak długo, aż całe mięso odeszło od kości. Posiekała mięso drobniutko w drewnianej misie i doprawiła je pieprzem, solą oraz przyprawami. Potem wymieszała je z wywarem z gotowania i odstawiła, żeby ostygło. Kiedy wystygło, dało się kroić w plastry – i tak właśnie robiło się salceson.

Małe kawałeczki mięsa, te zbyt chude albo zbyt tłuste, które odcięto od większych części, Mamusia drobniutko posiekała. Doprawiła je solą i pieprzem oraz suszonymi liśćmi szałwii z ogródka. Potem wymieszała je dłońmi, ugniatając, by wszystko dobrze się połączyło, i formowała z tego kule. Ułożyła je w misce w szopie, gdzie miały zamarznąć, by potem nadawać się do jedzenia przez całą zimę. Tak powstawała kiełbasa.

Kiedy świniobicie dobiegło końca, w szopie znajdowały się kiełbasy, salceson, wielkie słoje smalcu i beczułka białego solonego boczku, a na strychu wisiały wędzone szynki i łopatki.

Mały domek aż pękał w szwach od dobrego jedzenia odłożonego na długą zimę. Zarówno spiżarnia, szopa oraz piwnica, jak i strych, były przepełnione.

Teraz Laura i Mary musiały już bawić się w domu, bo na dworze było zimno, a z drzew opadły wszystkie brązowe liście. Ogień w kuchennym piecu nigdy nie gasł. Nocą Tatko przysypywał go popiołem, żeby żar przetrwał do rana.

Strych był wspaniałym miejscem do zabawy. Duże, okrągłe, kolorowe dynie służyły za piękne krzesła i stoliki. Nad głowami zwisały czerwone papryki i cebule. Szynki i dziczyzna wisiały w papierowych zawiniątkach, a pęczki suszonych ziół – tych aromatycznych, przeznaczonych do gotowania, a także tych gorzkich, na lekarstwa – nadawały temu miejscu zapach kurzu i przypraw.

Na dworze wył wiatr, zimny i samotny. Ale na strychu Laura i Mary bawiły się w dom z kabaczkami i dyniami, i wszystko było ciepłe oraz przytulne.

Mary była starsza od Laury i miała szmacianą lalkę o imieniu Nettie. Laura miała tylko kolbę kukurydzy owiniętą w chusteczkę, ale to także była dobra lalka. Nazywała się Susan. To nie była wina Susan, że była tylko kolbą kukurydzy. Czasem Mary pozwalała Laurze potrzymać Nettie, ale ta robiła to tylko wtedy, gdy Susan nie mogła jej zobaczyć.

Najlepsze ze wszystkiego były wieczory. Po kolacji Tatko przynosił z szopy swoje pułapki, żeby nasmarować je przy ogniu. Czyścił je na błysk i smarował zawiasy szczęk oraz sprężyny zapadek piórkiem, maczanym w niedźwiedzim tłuszczu.

Były wśród nich małe i średnie pułapki, a także wielkie niedźwiedzie sidła z zębami w szczękach, które – jak mówił Tatko – gdyby się zatrzasnęły, mogłyby złamać człowiekowi nogę.

Podczas smarowania pułapek, Tatko opowiadał Laurze i Mary różne żarty i historyjki, a potem grał im na swoich skrzypcach.

Drzwi i okna były szczelnie pozamykane, a szpary w ramach okiennych pozatykano szmatami, żeby nie wpuszczać zimna. Tylko Czarna Susan, kotka, mogła przechodzić, kiedy tylko chciała przez kołyszące się drzwiczki kociej klapki w dolnej części drzwi frontowych. Zawsze przebiegała przez nie bardzo szybko, żeby opadająca klapka nie przycięła jej ogona.

Pewnej nocy Tatko, który właśnie smarował pułapki, zobaczył, że Czarna Susan wchodzi do środka, i powiedział:

– Był sobie kiedyś pewien człowiek, który miał dwa koty: dużego i małego.

Laura i Mary pobiegły i oparły się o jego kolana, żeby usłyszeć dalszy ciąg historii.

– Miał dwa koty – powtórzył Tatko – dużego i małego. Wyciął więc w swoich drzwiach dużą kocią klapkę dla dużego kota, a potem wyciął małą klapkę dla małego kota.

W tym miejscu Tatko przerwał.

– Ale dlaczego mały kot nie mógł… – zaczęła Mary.

– Bo duży kot mu nie pozwolił – przerwała Laura.

– Lauro, to było bardzo niegrzeczne. Nie wolno przerywać innym – powiedział Tatko. – Ale widzę – dodał – że obie macie więcej rozumu niż człowiek, który wyciął w swoich drzwiach dwie kocie klapki.

Potem schował pułapki, wyjął swoje skrzypce z futerału i zaczął grać.

To były najpiękniejsze chwile ze wszystkich.

Zimowe dni i zimowe noce

Spadł pierwszy śnieg, a wraz z nim nadeszły siarczyste mrozy. Każdego ranka Tatko brał strzelbę i pułapki i znikał na cały dzień w Wielkich Lasach, zastawiając małe pułapki na piżmaki i norki nad strumykami, a średnie pułapki na lisy i wilki w lesie. Rozstawiał też wielkie niedźwiedzie sidła, mając nadzieję złapać tłustego niedźwiedzia, zanim wszystkie schowają się do swoich gawr na zimę.

Pewnego ranka wrócił nagle, zabrał konie i sanie, po czym znów pospieszył w drogę. Ustrzelił niedźwiedzia. Laura i Mary podskakiwały i klaskały w dłonie z radości. Mary krzyknęła:

– Chcę udko! Chcę udko!

Mary nie miała pojęcia, jak wielkie jest niedźwiedzie udko.

Kiedy Tatko wrócił, miał na wozie i niedźwiedzia, i świnię.

Szedł właśnie przez las ze strzelbą na ramieniu, niosąc w rękach wielkie niedźwiedzie sidło, a kiedy okrążył wielką, oblepioną śniegiem sosnę, niespodziewanie ujrzał przed sobą niedźwiedzia.

Niedźwiedź dopiero co zabił świnię i zabierał się do jej zjedzenia. Tatko powiedział, że niedźwiedź stał na tylnych łapach, trzymając świnię w przednich tak, jakby to były ręce.

Tatko zastrzelił niedźwiedzia i nie było sposobu, żeby się dowiedzieć, skąd wzięła się ta świnia ani do kogo należała.

– Więc po prostu przyniosłem boczek do domu! – powiedział Tatko.

Mieli teraz znów tak dużo świeżego mięsa, że miało im ono wystarczyć na długi czas. A dni i noce były tak zimne, że wieprzowina w skrzyni i niedźwiedzie mięso wiszące w małej szopie na dworze, tuż za tylnymi drzwiami, zamarzały na kość i nie dało się ich rozmrozić.

Kiedy Mamusia chciała świeżego mięsa na obiad, Tatko brał siekierę i odrąbywał kawałek zamarzniętego niedźwiedziego mięsa albo wieprzowiny. Ale kule kiełbasy, solony boczek, wędzone szynki lub dziczyznę Mamusia mogła sama przynieść z szopy albo ze strychu.

Śnieg padał bez przerwy, aż wokół domu usypały się zaspy. Rankami szyby okienne były pokryte szronem, układającym się w piękne obrazki drzew, kwiatów i wróżek.

Mamusia mówiła, że nocą przychodzi Pan Mróz i robi te obrazki, kiedy wszyscy śpią. Laura wyobrażała sobie, że Pan Mróz jest małym człowieczkiem, całym śnieżnobiałym, w lśniącej białej spiczastej czapce i miękkich białych butach z jeleniej skóry. Miał biały płaszcz i rękawice, a na plecach nie nosił strzelby, tylko w dłoniach trzymał błyszczące, ostre narzędzia, którymi wycinał te obrazki.

Laura i Mary mogły brać naparstek Mamusi i robić nim ładne wzorki z kółek w szronie na szybie. Ale nigdy nie psuły obrazków, które Pan Mróz zrobił w nocy.

Kiedy przykładały usta blisko szyby i dmuchały na nią, biały szron topniał i spływał po szkle kroplami. Wtedy mogły zobaczyć zaspy śniegu na dworze i wielkie drzewa, które stały nagie i czarne, rzucając cienkie, niebieskie cienie na biały śnieg.

Laura i Mary pomagały też Mamusi w pracy. Każdego ranka trzeba było wycierać naczynia. Mary wycierała ich więcej niż Laura, bo była większa, ale Laura zawsze bardzo starannie wycierała swoją małą filiżankę i talerzyk.

Zanim wszystkie naczynia były wytarte i odłożone na miejsce, wysuwane łóżeczko zdążyło się przewietrzyć. Potem Laura i Mary, stojąc po obu stronach łóżka, prostowały kołdry i zawijały je porządnie na dole oraz po bokach, po czym trzepały i układały poduszki. Następnie Mamusia wsuwała ich małe łóżeczko pod duże łóżko rodziców.

Kiedy to wszystko było gotowe, Mamusia zaczynała pracę, którą miała wyznaczoną na ten dzień. Każdy dzień tygodnia miał bowiem swoją własną robotę. Mamusia mawiała:

W poniedziałek pranie,

We wtorek prasowanie,

W środę cerowanie,

W czwartek masła ubijanie,

W piątek sprzątanie,

W sobotę wypiekanie,

W niedzielę odpoczywanie.

Laura najbardziej ze wszystkich dni w tygodniu lubiła dzień ubijania masła i dzień pieczenia.

Zimą śmietanka nie była żółta jak latem, a ubite z niej masło było białe i niezbyt ładne. Mamusia chciała, żeby na jej stole wszystko wyglądało pięknie, więc zimą barwiła masło.

Kiedy wlała już śmietankę do wysokiej kamionkowej maselnicy i postawiła ją blisko pieca, żeby się ogrzała, to umyła i oskrobała długą, pomarańczową marchew. Potem starła ją na spodzie starej, blaszanej miski, której dno Tatko podziurawił gwoździami. Mamusia pocierała marchew o chropowatą powierzchnię, aż starła ją całą przez otwory, a kiedy uniosła miskę, pod spodem znajdowała się miękka, soczysta masa ze startej marchwi.

Włożyła ją do małego rondelka z mlekiem na piecu, a kiedy mleko się zagrzało, przelała mieszankę do płóciennego woreczka. Potem wycisnęła jasne, żółte mleko do maselnicy, gdzie zabarwiło całą śmietankę. Dzięki temu masło stawało się żółte.

Laura i Mary mogły zjeść marchew po tym, jak wyciśnięto z niej mleko. Mary uważała, że powinna dostać większą część, bo jest starsza, a Laura mówiła, że to ona powinna ją dostać, bo jest mniejsza. Ale Mamusia powiedziała, że muszą podzielić się po równo.

Marchewka była pyszna.

Kiedy śmietanka była gotowa, Mamusia wyparzyła długi, drewniany tłuczek od maselnicy we wrzątku, po czym włożyła go do maselnicy i nałożyła na wierzch drewnianą pokrywę. Pokrywa miała pośrodku mały okrągły otwór, a Mamusia poruszała przez niego tłuczkiem w górę i w dół.

Ubijanie trwało długo. Mary mogła czasem pomagać w ubijaniu, kiedy Mamusia odpoczywała, ale dla Laury tłuczek był zbyt ciężki.

Na początku wokół małego otworu widać było tylko drobne krople śmietanki. Jednak po dłuższym czasie zaczynały one stawać się gęste i grudkowate. Wtedy Mamusia ubijała już wolniej, a na tłuczku pomału pojawiały się drobniutkie ziarenka żółtego masła.

Kiedy Mamusia zdjęła pokrywę z maselnicy, w środku znajdowała się złota bryłka masła, tonąca w maślance. Mamusia wyjęła tę bryłkę drewnianą łopatką, przełożyła do drewnianej miski i umyła ją kilkukrotnie w zimnej wodzie, obracając ją w kółko i ugniatając łopatką, aż woda spływała z niej już zupełnie czysta. Następnie posoliła masło.

Teraz nadchodziła najlepsza część ubijania. Mamusia formowała masło. Na ruchomym denku drewnianej foremki do masła wydrążony był obrazek truskawki z dwoma małymi listkami. Mamusia ciasno upychała łopatką masło do foremki, aż ta była pełna. Potem odwracała ją do góry dnem nad talerzem i naciskała uchwyt wyjmowanego denka. Ze środka wypadała mała, twarda porcyjka złotego masła, z odciśniętą na wierzchu truskawką i jej listkami.

Laura i Mary stały z obu stron Mamusi i patrzyły bez tchu, jak małe, złote krążki masła, każdy z truskawką na wierzchu, spadały na talerz, podczas gdy Mamusia przepuszczała całe masło przez foremkę. Potem Mamusia dawała każdej z nich po łyku dobrej, świeżej maślanki.

W soboty, kiedy Mamusia piekła chleb, każda z nich dostawała kawałeczek ciasta, żeby uformować swój mały bochenek. Mogły też dostać odrobinę słodkiego ciasta, żeby zrobić małe ciasteczka, a raz Laura upiekła nawet placek w foremce do pasztecików.

Gdy praca na dany dzień była skończona, Mamusia czasami robiła dla dziewczynek papierowe laleczki. Wycinała je ze sztywnego białego papieru i rysowała im twarze ołówkiem. Potem z kawałków kolorowego papieru wycinała sukienki, kapelusze, wstążki i koronki, żeby Laura i Mary mogły pięknie ubierać swoje laleczki.

Ale najwspanialsze i tak były wieczory, kiedy Tatko wracał do domu.

Wracał po całym dniu brodzenia po śnieżnych lasach, z malutkimi sopelkami lodu zwisającymi na końcach wąsów. Wieszał strzelbę na ścianie nad drzwiami, zrzucał futrzaną czapkę, płaszcz i rękawice, po czym wołał:

– Gdzie jest moja mała, słodka ptaszynka?

Chodziło mu oczywiście o Laurę, bo była taka malutka.

Laura i Mary biegły, żeby wspiąć mu się na kolana, kiedy ogrzewał się przy ogniu. Potem Tatko zakładał z powrotem płaszcz, czapkę i rękawice, po czym ruszał zrobić obchód gospodarstwa i nanieść drewna do ognia.

Czasem, kiedy Tatko szybko kończył obchód, bo pułapki były puste, albo zwierzyna złapała się wcześniej niż zwykle, wracał do domu o wcześniejszej porze. Wtedy miał czas pobawić się z Laurą i Mary.

Ich ulubiona zabawa nazywała się „wściekły pies”. Tatko przeciągał palcami przez swoje gęste, brązowe włosy, tak że całe stawały dęba. Potem opadał na czworaki i, warcząc, gonił Laurę i Mary po całym pokoju, próbując zapędzić je w kąt, z którego nie mogłyby uciec.

Były zawsze szybkie i zwinne, ale pewnego razu udało mu się je złapać przy skrzyni na drewno, za piecem. Nie mogły go ominąć, a innego wyjścia nie było.

Wtedy Tatko zaczął straszliwie warczeć. Włosy miał tak rozczochrane, a oczy tak dzikie, że wszystko to nagle zaczęło wydawać się prawdziwe. Mary była tak przerażona, że nie mogła się ruszyć. Ale kiedy Tatko podszedł bliżej, Laura krzyknęła i jednym dzikim skokiem, gramoląc się, przeskoczyła przez skrzynię na drewno, ciągnąc Mary za sobą.

I w jednej chwili nie było już żadnego wściekłego psa. Był tylko Tatko, stojący tam z błyszczącymi niebieskimi oczami i patrzący na Laurę.

– No proszę! – powiedział do niej. – Jesteś tylko małą ptaszynką, ale do licha! Jesteś silna jak francuski konik.

– Nie powinieneś tak straszyć dzieci, Charles – powiedziała Mamusia. – Popatrz, jakie mają przerażone oczy.

Tatko spojrzał na nie, a potem zdjął ze ściany skrzypce. Zaczął grać i śpiewać.

Chciał raz zobaczyć miasto

Nasz Yankee Doodle miły,

Ale miasta nie znalazł,

Bo domy je zasłoniły.

Laura i Mary zapomniały zupełnie o wściekłym psie.

Zobaczył tam wielkie działa,

Wielkie prawie jak drzewa.

Żeby je móc przesunąć,

Dwóch wołów było potrzeba.

A żeby z nich wystrzelić,

Potrzebny był prochu worek,

Hałas był wtedy wielki,

Głośny na cały borek.

Tatko wybijał rytm stopą, a Laura klaskała do muzyki, kiedy śpiewał:

Yankee Doodle-de-do,

Zaśpiewam dzisiaj wam.

Yankee Doodle-de-do,

Zaśpiewaj i ty sam!

Choć byli zupełnie sami w dzikich Wielkich Lasach, pośród śniegu i mrozu, mały domek z bali był ciepły, szczelny i przytulny. Tatko, Mamusia, Mary, Laura i mała Carrie czuli się tam bezpieczni i szczęśliwi, zwłaszcza nocą.

Ogień buzował wtedy na palenisku, zimno, ciemność i dzikie zwierzęta były daleko, a buldog Jack i kotka Czarna Susan leżeli przy piecu, wpatrując się w migoczące płomienie.

Mamusia siedziała w bujanym fotelu i szyła przy świetle lampy, stojącej na stole. Lampa była jasna i błyszcząca. Na dnie jej szklanego zbiorniczka, oprócz nafty, znajdowała się sól, dzięki której nafta nie mogła wybuchnąć. Między okruchy soli włożono też kawałeczki czerwonej flaneli, żeby lampa wyglądała ładnie. I rzeczywiście była ładna.

Laura uwielbiała patrzeć na lampę, na jej czysty i iskrzący szklany komin, na żółty płomień palący się tak równo i na zbiorniczek z przezroczystą naftą zabarwioną na czerwono przez kawałeczki flaneli. Uwielbiała też patrzeć na ogień w kominku, migoczący i zmieniający się bez przerwy, palący się żółtym, czerwonym, a czasem nawet zielonym płomieniem nad polanami, i mieniący się na niebiesko nad złotymi i rubinowymi węglami.

A potem Tatko opowiadał historie.

Kiedy Laura i Mary prosiły go o opowieść, brał je na kolana i łaskotał ich twarze swoją długą brodą tak długo, aż zaczynały się głośno śmiać. Jego niebieskie oczy błyszczały wtedy wesoło.

Pewnej nocy Tatko spojrzał na Czarną Susan, która wyciągała się przed ogniem i wciąż wysuwała oraz chowała pazury, po czym powiedział:

– Czy wiedziałyście, że pantera to tak naprawdę kot? Wielki, dziki kot?

– Nie – powiedziała Laura.

– A tak właśnie jest – powiedział Tatko. – Wyobraźcie sobie tylko Czarną Susan, dużo większą niż Jack i jeszcze dzikszą niż Jack, kiedy warczy. Wtedy wyglądałaby dokładnie jak pantera.

Ułożył Laurę i Mary wygodniej na kolanach i powiedział:

– Opowiem wam dzisiaj o Dziadku i panterze.

– O twoim dziadku? – zapytała Laura.

– Nie, Lauro, o waszym Dziadku. O moim ojcu.

– Och – powiedziała Laura i przysunęła się bliżej do ramienia Tatka. Znała swojego Dziadka. Mieszkał daleko w Wielkich Lasach, w dużym domu z bali.

Tatko zaczął opowiadać:

Historia o Dziadku i panterze

– Pewnego dnia wasz Dziadek wybrał się do miasta, ale za późno wyruszył w drogę powrotną. Było ciemno, kiedy jechał konno przez Wielkie Lasy, tak ciemno, że ledwie widział drogę, i kiedy usłyszał krzyk pantery, przestraszył się, bo nie miał ze sobą strzelby.

– Jak krzyczy pantera? – zapytała Laura.

– Jak kobieta – powiedział Tatko. – O, tak.

A potem wydał z siebie okrzyk tak głośny, że Laura i Mary aż zadrżały.

Mamusia podskoczyła na krześle i powiedziała:

– Na litość boską, Charles!

Ale Laura i Mary uwielbiały, kiedy tak je straszono.

– Koń, z Dziadkiem na grzbiecie, pędził szybko, bo też się bał. Ale nie mógł uciec panterze. Pantera biegła za nimi przez ciemny las. To była bardzo głodna pantera i równie szybka jak koń. Krzyczała raz po tej stronie drogi, raz po tamtej i zawsze była tuż za nimi.

Dziadek pochylił się w siodle i popędzał konia, żeby biegł coraz szybciej. Koń biegł tak prędko, jak tylko mógł, a mimo to pantera krzyczała tuż za nimi.

Wtedy Dziadek zobaczył ją w przelocie, jak skakała z wierzchołka drzewa na wierzchołek, prawie nad jego głową!

To była ogromna, czarna pantera, kiedy skakała, wyglądała trochę jak Czarna Susan skacząca na mysz. Ale była wiele, wiele razy większa od Czarnej Susan. Była tak wielka, że gdyby skoczyła na Dziadka, mogłaby go zabić swoimi potężnymi pazurami i długimi, ostrymi zębami.

Dziadek na swoim koniu uciekał przed nią tak, jak mysz ucieka przed kotem.

Pantera już nie krzyczała. Dziadek już jej nie widział. Ale wiedział, że nadciąga, skacząc cicho tuż za nim, w ciemnym lesie. Koń pędził ze wszystkich sił.

W końcu koń dotarł pod dom Dziadka. Dziadek zobaczył, jak pantera zbiera się do skoku, więc zeskoczył z konia, prosto pod drzwi. Wpadł do środka i zatrzasnął drzwi za sobą. Pantera wylądowała na grzbiecie konia, dokładnie tam, gdzie przed chwilą siedział Dziadek.

Koń zarżał straszliwie i ruszył z kopyta. Pędził w głąb Wielkich Lasów, a pantera trzymała się mocno jego grzbietu, rozszarpując mu skórę pazurami. Ale Dziadek porwał strzelbę ze ściany i dopadł do okna w samą porę, żeby zastrzelić panterę na miejscu. Powiedział potem, że już nigdy więcej nie wyjedzie nigdzie bez swojej strzelby.

Kiedy Tatko opowiadał tę historię, Laura i Mary drżały i tuliły się do niego jeszcze mocniej. Siedząc na jego kolanach, otoczone jego silnymi ramionami, czuły się ciepło i bezpiecznie.

Lubiły tak siedzieć przed iskrzącym ogniem, z Czarną Susan mruczącą przy piecu i dobrym, wiernym Jackiem leżącym tuż obok. Kiedy słychać było wycie wilka, Jack podnosił głowę, a sierść jeżyła mu się sztywno na grzbiecie. Ale Laura i Mary, słuchając tego samotnego dźwięku w ciemności i mrozie Wielkich Lasów, nie bały się ani trochę.

Było im przytulnie i bezpiecznie w tym małym domku z bali, otoczonym zaspami śniegu, podczas gdy wiatr zawodził smutno, bo nie mógł dostać się do środka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

[1↑]

Książka została wydana po raz pierwszy w roku 1932 (przypisy nieoznaczone pochodzą od tłumaczki – przyp. red.).

Spis treści

Mały domek w Wielkich Lasach

Zimowe dni i zimowe noce

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Prawa autorskie

Meritum publikacji

Przypisy końcowe

Strona tytułowa

Spis treści