Domek na prerii - Laura Ingalls Wilder - ebook + audiobook

Domek na prerii ebook

Laura Ingalls Wilder

0,0

Opis

Klasyka literatury dziecięcej w nowym tłumaczeniu! 

Laura, Mary i Carrie wraz z rodzicami opuszczają mały domek w Wielkim Lesie i ruszają w nieznane. Wóz ciągnięty przez dwa oswojone mustangi staje się ich mieszkaniem na wiele dni. 

Nareszcie wyczerpująca podróż dobiega końca! Tu, na prerii, wśród morza traw, Tata zbuduje dla nich wymarzony dom.  

Siedmioletnia Laura prostym i barwnym językiem opowiada o przygodach i beztroskim dzieciństwie, o powstawaniu ich nowej siedziby i urządzaniu codziennego życia, o przygotowaniu schronienia dla koni, budowie pieca i kopaniu studni. Każda z tych i wielu innych prac okazuje się wyzwaniem. Ale nie zniechęcają ich trudności, bo pragną znów poczuć się bezpiecznie, odgrodzeni od wyjących w nocy wilków i podstępnych panter. Jednak dzikie zwierzęta to nie jedyne zmartwienie. W końcu Wielka Preria to ziemie Indian i być może rodzina Ingallsów będzie musiała zawrzeć z nimi bliższą znajomość.  

Laura Ingalls Wilder – autorka Domku na prerii doskonale oddaje klimat miejsca i czasów, ciepło i urok domowego ogniska, opisując ścieżki życia XIX-wiecznych osadników, które choć trudne i wyboiste, pełne są też satysfakcji z pracy własnych rąk i radości z najprostszych rzeczy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 203

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału:

The Little House on the Praire

Redakcja

Emilia Domańska

Korekta

Paulina Meducka

Przygotowanie wersji elektronicznej na podstawie edycji drukowanej

Anna Majorek

Skład i łamanie

Łukasz Slotorsz

Projekt okładki

Anna Slotorsz

Ilustracje

Anna Dzierżak

Grafiki wykorzystane na okładce

©Anna Dzierżak, ©AdobeStock/MdLothfor, ©AdobeStock/Max Nadya, ©AdobeStock/MD MOGAMMEL HAQUE

Published by arrangement with HarperCollins Publisher

Copyright © fot the translation by Aleksandria Media sp. z o.o.

The Little House on the Praire Copyright © 1935 by Laura Ingalls Wilder

Copyright © for this edition by Aleksandria Media 2026

Całość ani żadna część tej książki nie może być powielana i rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie pierwsze w tej edycji

Katowice 2026

ISBN: 9788368395891

Wydawnictwo Oddechy

Al. Wojciecha Korfantego 138

40-156 Katowice

[email protected]

www.oddechy.pl

W drodze na Zachód

Dawno, dawno temu, kiedy wszyscy nasi dziadkowie i babcie byli małymi chłopcami i dziewczynkami, a może nawet jeszcze się nie urodzili, Tatko i Mama oraz Mary, Laura i mała Carrie opuścili swój domek w Wielkich Lasach w stanie Wisconsin. Odjechali, zostawiając samotny, pusty domek na polanie pośród wielkich drzew. Nigdy więcej już go nie zobaczyli.

Jechali do kraju Indian.

Tatko mówił, że w Wielkim Lesie jest teraz zbyt wielu ludzi. Dość często Laura słyszała głuche, głośne uderzenia siekiery, która nie była siekierą Tatka, albo echo wystrzału, który nie padł z jego strzelby. Ścieżka, która prowadziła obok ich domku, stała się drogą. Niemal każdego dnia Laura i Mary przerywały zabawę i zaskoczone patrzyły, jak tą drogą wolno, skrzypiąc, przejeżdża jakiś wóz.

Dzikie zwierzęta nie chciały przebywać w miejscu, w którym jest tak wielu ludzi. Tatko też nie miał na to ochoty. Chciał mieszkać gdzieś, gdzie dzikie zwierzęta żyją bez strachu. Gdzie wśród cienistych drzew można spotkać małego jelonka i jego mamę, a na leśnej polance ujrzeć tłustego, leniwego niedźwiadka zajadającego się jagodami.

W długie zimowe wieczory Tatko rozmawiał z Mamą o Zachodzie. Na Zachodzie ziemia była płaska i nie było drzew. Trawa rosła tam gęsta i wysoka. Dzikie zwierzęta wędrowały swobodnie, niczym po niekończącym się pastwisku, i nie było tam osadników. Te tereny zamieszkiwali tylko Indianie.

Pewnego dnia, pod sam koniec zimy, Tatko powiedział do Mamy:

– Jeśli nie masz nic przeciwko, powinniśmy wyruszyć na Zachód. Zgłosił się do mnie ktoś, kto chce kupić nasz domek i zaproponował bardzo dobrą cenę. Te pieniądze wystarczą na rozpoczęcie życia w nowym miejscu.

– Och, Charles, czy naprawdę musimy ruszać już teraz? – zapytała Mama. Pogoda była tak mroźna, a przytulny mały domek tak wygodny.

– Jeśli chcemy wyjechać w tym roku, musimy ruszać teraz – powiedział Tatko. – Musimy przeprawić się przez Missisipi, zanim lód na rzece się rozpuści.

Więc Tatko sprzedał domek. Sprzedał też krowę i cielaka. Następnie z poprzycinanych gałęzi orzechowca zrobił giętkie, zakrzywione łuki i przymocował je pionowo do skrzyni wozu. Mama pomogła mu naciągnąć na nie białe płótno.

W ciemności, jeszcze przed świtem, Mama delikatnie potrząsnęła Mary i Laurą, żeby je obudzić. W świetle ognia i świec umyła je, uczesała i ciepło ubrała. Na czerwoną flanelową bieliznę włożyła im wełniane halki i wełniane sukienki oraz długie wełniane pończochy. Założyła im też płaszczyki, kapturki z króliczego futra i czerwone, wełniane rękawiczki.

Wszystko z domku było już na wozie, oprócz łóżek oraz stołów i krzeseł. Nie musieli ich zabierać, bo Tatko zawsze mógł zrobić nowe.

Na ziemi leżała cienka warstwa śniegu. Powietrze było nieruchome, zimne i ciemne. Nagie drzewa odcinały się niewyraźnie na tle oszronionych gwiazd. Ale na wschodzie niebo było jaśniejsze, bo oto przez szary las nadjeżdżały konne zaprzęgi, oświetlone latarniami, przywożąc Dziadka i Babcię oraz ciocie, wujków i kuzynów.

Mary i Laura mocno tuliły swoje szmaciane lalki i nic nie mówiły. Kuzyni stali wkoło i patrzyli na nie. Babcia i wszystkie ciocie przytulały je i całowały, i znowu przytulały i całowały, powtarzając:

– Do widzenia! Do widzenia!

Tatko zawiesił strzelbę na pałąkach wozu, pod płóciennym dachem, tak aby mógł jej szybko dosięgnąć z siedzenia. Pod nią zawiesił torbę na kule i róg z prochem. Pudełko ze skrzypcami ułożył ostrożnie między poduszkami, żeby wstrząsy na drodze ich nie uszkodziły.

Wujkowie pomogli mu zaprząc konie do wozu. Wszyscy kuzyni kolejno ucałowali Mary i Laurę na pożegnanie. Tatko podniósł Mary, a potem Laurę i usadził je na posłaniu z tyłu wozu. Pomógł też Mamie wspiąć się na siedzenie, a Babcia podała jej małą Carrie. Tatko wskoczył i usiadł obok Mamy, a Jack, ich pręgowany buldog, wsunął się pod wóz.

I tak pożegnali się z małym, drewnianym domkiem. Okiennice były zamknięte, więc domek nie mógł nawet patrzeć, jak odchodzą. Stał sobie tam, otoczony drewnianym ogrodzeniem, między dwoma wielkimi dębami, w których cieniu Mary i Laura bawiły się latem. To był ostatni raz, kiedy widziały ten domek.

Tatko obiecał Laurze, że kiedy dotrą na Zachód, zobaczy papusa.

– Co to jest papus? – zapytała, a on odpowiedział:

– Papus to małe brązowe indiańskie niemowlę.

Długo jechali przez zaśnieżone lasy, aż dotarli do miasteczka o nazwie Pepin. Mary i Laura widziały je już kiedyś, ale teraz wyglądało inaczej. Drzwi sklepu i drzwi wszystkich domów były zamknięte, pnie drzew przykrywał śnieg i żadne małe dzieci nie bawiły się na dworze. Między pniami stały wielkie stosy porąbanego drewna. Widać było tylko dwóch albo trzech mężczyzn w butach, futrzanych czapkach i jaskrawych kraciastych kurtkach.

Mama, Laura i Mary jadły w wozie chleb z melasą, a konie jadły kukurydzę z worków na pysku, podczas gdy Tatko w sklepie wymieniał swoje futra na rzeczy potrzebne w podróży. Nie mogli długo zostać w miasteczku, bo jeszcze tego samego dnia musieli przeprawić się przez rzekę[1].

Ogromny obszar zamarzniętej wody rozciągał się płaską, gładką taflą lodu aż po skraj szarego nieba. Przez środek prowadziły ślady kół, biegnące tak daleko, że nie dało się dojrzeć końca.

Tatko wyprowadził wóz na lód, kierując się po śladach. Kopyta koni stukały tępo, koła wozu chrzęściły. Miasteczko za nimi malało coraz bardziej i bardziej, aż nawet wysoki sklep stał się tylko kropką. Wokół wozu nie było nic oprócz pustej, cichej przestrzeni. Laurze się to nie podobało. Ale Tatko siedział na koźle, a Jack biegł tuż pod wozem; wiedziała więc, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo.

Wreszcie wóz wjechał na stały ląd i wokół znów pojawiły się drzewa. Dało się wśród nich dostrzec nawet mały drewniany domek. Wtedy Laura poczuła się lepiej.

W domku nikt nie mieszkał; była to noclegownia dla przejezdnych. Był malutki i dziwnie urządzony, z jednym wielkim paleniskiem i prymitywnymi pryczami ustawionymi przy wszystkich ścianach. Ale gdy tylko Tatko rozpalił ogień w kominku, zrobiło się w nim ciepło i przytulnie. Tej nocy Mary, Laura i mała Carrie spały z Mamą na posłaniu ułożonym na podłodze przed ogniem, a Tatko spał na zewnątrz, w wozie, pilnując ich dobytku i koni.

W nocy Laurę obudził dziwny dźwięk. Brzmiał jak strzał, ale był ostrzejszy i dłuższy. Słyszała go raz po raz. Mary i Carrie spały, ale Laura nie mogła zasnąć, dopóki w ciemności nie zabrzmiał cicho głos Mamy:

– Śpij, Lauro – powiedziała. – To tylko lód pęka.

Następnego ranka Tatko powiedział:

– Dobrze, że przeprawiliśmy się wczoraj, Caroline. Nie zdziwiłbym się, gdyby lody dzisiaj puściły. Przeprawiliśmy się późno i mamy szczęście, że lód nie zaczął pękać, kiedy byliśmy na samym środku rzeki.

– Myślałam o tym wczoraj, Charles – odpowiedziała Mama łagodnie.

Laura wcześniej o tym nie pomyślała, ale teraz wyobraziła sobie, co by się stało, gdyby lód pękł pod kołami wozu i gdyby wszyscy wpadli do lodowatej wody pośrodku tej ogromnej rzeki.

– Straszysz kogoś, Charles – powiedziała Mama, a Tatko porwał Laurę w swój bezpieczny, wielki uścisk.

– Jesteśmy po drugiej stronie Missisipi! – zawołał, tuląc ją radośnie. – I co ty na to, moja mała ptaszynko? Cieszysz się, że jedziesz na Zachód? Chcesz zobaczyć Indian?

Laura powiedziała, że się cieszy, i zapytała, czy teraz są już w krainie Indian. Ale nie byli; byli w Minnesocie.

Do terytorium Indian było jeszcze bardzo, bardzo daleko. Prawie każdego dnia konie szły tak daleko, jak mogły; prawie każdej nocy Tatko i Mama rozbijali obóz w nowym miejscu. Czasem musieli zostać kilka dni w jednym obozie, bo strumień wzbierał i nie dało się przez niego przejść, dopóki woda nie opadła. Przeprawili się przez tyle strumieni, że nie dało się ich zliczyć. Widzieli dziwne lasy i wzgórza oraz jeszcze dziwniejszą krainę, w której nie rosły żadne drzewa. Przejeżdżali po długich drewnianych mostach nad różnymi rzekami, aż dotarli do jednej, szerokiej i żółtej, nad którą żadnego mostu nie było.

Była to rzeka Missouri. Tatko wprowadził wóz na tratwę, a wszyscy siedzieli cicho w środku, gdy tratwa, kołysząc się, odpłynęła od bezpiecznego brzegu i powoli przeprawiła się przez te falujące, mętne, żółtawe wody.

Po kilku dniach znów wjechali pomiędzy wzgórza. W dolinie wóz ugrzązł w głębokim, czarnym błocie. Lał deszcz, grzmiało i błyskało. Nie było gdzie rozbić obozu i rozpalić ognia. W wozie było wilgotno, zimno i ponuro, ale musieli tam zostać i jeść zimny prowiant.

Następnego dnia Tatko znalazł miejsce na obóz. Deszcz ustał, ale musieli poczekać tydzień, aż strumień opadnie i błoto przeschnie, tak żeby Tatko mógł wykopać z niego koła wozu i ruszyć dalej.

Pewnego dnia, kiedy tak czekali, z lasu wyjechał wysoki, chudy mężczyzna na czarnym kucu. On i Tatko rozmawiali przez chwilę, po czym wspólnie ruszyli w głąb lasu. Tatko wrócił, jadąc już na czarnym kucyku, takim samym jak ten przybysza. Wymienił ich zmęczone, brązowe konie na wypoczęte, czarne.

Były to piękne, małe konie, a Tatko powiedział, że nie są to tak naprawdę kucyki tylko zachodnie mustangi.

– Silne jak muły i łagodne jak kocięta – dodał z zadowoleniem.

Miały duże, łagodne oczy, długie grzywy i ogony oraz smukłe nogi i kopyta, znacznie mniejsze i szybsze niż kopyta koni z Wielkiego Lasu.

Laura zapytała, jak koniki się nazywają. Tatko powiedział, że ona i Mary mogą same nadać im imiona. Mary nazwała jednego Pet, a Laura nazwała drugiego Patty. Gdy gwałtowny szum wezbranego strumienia ucichł, a droga nieco przeschła, Tatko wykopał wóz z błota. Zaprzągł do niego Pet i Patty, po czym rodzina ruszyła w dalszą drogę.

Przejechali już całą długą drogę z Wielkiego Lasu w Wisconsin, przez Minnesotę, Iowa i Missouri. Przez cały ten czas wierny Jack dzielnie truchtał pod wozem.

Teraz mieli przed sobą Kansas.

Kansas było bezkresną, płaską krainą, porośniętą wysoką, falującą na wietrze trawą. Dzień po dniu jechali przez Kansas i nie widzieli nic prócz falującej trawy i ogromnego nieba. W miejscu, w którym niebo spotykało się z równą ziemią, horyzont był idealnie kolisty; ich wóz przez cały czas znajdował się zaś w samym środku tego okręgu.

Przez cały dzień Pet i Patty posuwały się naprzód, na zmianę kłusując, idąc stępem i znów kłusując. Nie mogły się jednak wydostać z tego niekończącego się kręgu. Kiedy słońce zaszło, okrąg wciąż ich otaczał, a skraj nieba zrobił się różowy. Potem ziemia powoli stała się czarna. Wiatr zawodził samotnie. Ich ognisko było malutkie i wśród tak wielkiej pustki wydawało się ledwo widoczne. Ale z nieba zwisały wielkie gwiazdy, migocząc tak blisko, iż Laura miała wrażenie, że znajdują się na wyciągnięcie ręki.

Następnego dnia ziemia była taka sama, niebo było takie samo, a wielki krąg nie przesunął się ani odrobinę. Laura i Mary miały już tego wszystkiego dość. Nie było nic nowego do zrobienia i nic nowego do oglądania. Posłanie było złożone z tyłu wozu i schludnie przykryte szarym kocem; Laura i Mary na nim siedziały. Płócienne boki nadwozia były zwinięte i związane, więc preriowy wiatr wpadał do środka. Targał prostymi, brązowymi włosami Laury i złotymi lokami Mary we wszystkie strony, a mocne światło sprawiało, że mrużyły powieki.

Czasem wielki zając skakał długimi susami po falującej trawie. Jack nie zwracał na to uwagi. Biedny Jack też był zmęczony, a łapy bolały go od tak długiej wędrówki. Wóz wciąż podskakiwał, płócienny dach trzaskał na wietrze. Za wozem ciągnęły się dwa blade ślady kół, wciąż takie same.

Tatko siedział zgarbiony. Lejce luźno spoczywały w jego dłoniach, a wiatr rozwiewał jego długą brązową brodę. Mama siedziała prosto i cicho, z rękami złożonymi na kolanach. Mała Carrie spała w swoim gniazdku zrobionym z miękkich tobołków.

– Ach! – ziewnęła Mary, a Laura powiedziała:

– Mamo, czy nie możemy wyjść i pobiec za wozem? Nogi tak bardzo mnie bolą!

– Nie, Lauro – powiedziała Mama.

– Czy niedługo rozłożymy obóz? – zapytała Laura. Wydawało się, że od południa, kiedy jedli drugie śniadanie, siedząc na czystej trawie w cieniu wozu, upłynęło mnóstwo czasu.

– Jeszcze nie. Jest za wcześnie – odrzekł Tatko.

– Zatrzymajmy się! Jestem taka zmęczona – błagała Laura.

Wtedy Mama powiedziała tylko:

– Lauro.

I to wystarczyło, by Laura wiedziała, że ma przestać narzekać. Umilkła więc, ale w środku wciąż była niegrzeczna. Siedziała i po cichu układała w myślach skargi. Bolały ją nogi, a wiatr nie przestawał rozwiewać jej włosów. Trawa falowała, wóz podskakiwał i przez długi, długi czas nie działo się nic więcej.

– Zbliżamy się do strumienia albo rzeki – powiedział Tatko. – Dziewczynki, widzicie te drzewa przed nami?

Laura wstała i chwyciła jeden z pałąków wozu. Daleko przed sobą zobaczyła niską, ciemną smugę.

– To drzewa – powiedział Tatko. – Można to poznać po kształcie cieni. W tej krainie drzewa oznaczają wodę. Kiedy do niej dotrzemy, rozbijemy obóz na noc.

Przeprawa przez strumień

Pet i Patty zaczęły żwawo kłusować, jakby i one ucieszyły się z tych wieści. Laura stała wyprostowana w podskakującym wozie, trzymając się mocno pałąka. Ponad ramieniem Tatka, daleko za falami zielonej trawy, mogła już dojrzeć drzewa. Nie były one jednak podobne do żadnych drzew, jakie widziała wcześniej. Nie były wyższe od krzaków.

– Prrr! – powiedział nagle Tatko. – No i którędy teraz? – mruknął do siebie.

Droga rozdzielała się tutaj na dwie mniejsze i nie dało się poznać, którą z nich częściej jeżdżono. Obie były ledwo widocznymi śladami kół w trawie. Jedna prowadziła prosto na zachód, druga opadała trochę w dół, ku południu. Jedne i drugie ślady szybko znikały w wysokiej, kołyszącej się trawie.

– Lepiej chyba zjechać w dół – postanowił Tatko. – Strumień jest przecież nisko. To musi być droga do brodu. – Skręcił Pet i Patty na południe.

Droga na zmianę zniżała się i wznosiła, wijąc się wśród łagodnych pagórków. Drzewa były już nieco bliżej, ale nadal nie wyglądały na wyższe.

Nagle Laura sapnęła i mocniej chwyciła za pałąk wozu, bo przed Pet i Patty nie było już kołyszącej się trawy, nie było już ziemi – nie było nic. Ujrzała przed sobą skraj urwiska oraz kołyszące się korony drzew.

W tym miejscu droga gwałtownie zakręcała. Biegła przez chwilę wzdłuż krawędzi urwiska, a potem nagle opadała w dół. Tatko zaciągnął hamulce; Pet i Patty oparły się na tylnych nogach, niemal stając dęba. Koła wozu ześlizgiwały się naprzód, opuszczając wóz coraz niżej w dół stromego zbocza. Poszarpane urwiska nagiej, czerwonej ziemi wznosiły się po obu stronach wozu. Wysoko na ich szczytach widać było trawę, ale na pionowych, pofalowanych ścianach nie rosło nic. Były gorące, a Laura czuła na twarzy bijące od nich ciepło. Wiatr wciąż hulał gdzieś wysoko nad nimi, ale nie docierał do wnętrza rozpadliny. Otoczyła ich dziwna, głucha cisza.

Potem wóz znów wjechał na równy teren. Wąski wąwóz, którym zjechali, otworzył się na szeroką dolinę, porośniętą wysokimi drzewami, których czubki Laura widziała jeszcze z prerii. W cienistych zagajnikach, porozrzucanych wśród łąk, odpoczywały jelenie, niemal niewidoczne w głębokim cieniu. Zwierzęta obracały głowy w stronę jadącego wozu, a ciekawskie małe jelonki czasem nawet wstawały, by lepiej go zobaczyć.

Laura była zaskoczona – wciąż nigdzie nie mogła dostrzec strumienia. Ale doliny były rozległe. Wokół rozciągały się łagodne pagórki i słoneczne polany, porośnięte rzadką, wygryzioną przez jelenie trawą. Powietrze było nieruchome i gorące, a ziemia pod kołami wozu miękka.

Jeszcze przez chwilę widzieli za sobą wysokie, nagie ściany wąwozu. Ale wkrótce zniknęły one za drzewami, a Pet i Patty zatrzymały się, żeby napić się świeżej wody ze strumienia.

Szum wody wypełnił nieruchome powietrze. Wzdłuż brzegów strumienia zwieszały się drzewa, rzucające ciemne, rozedrgane cienie. Pośrodku nurt płynął szybko, migocząc srebrem i błękitem.

– Wygląda na to, że woda w strumieniu się podniosła – powiedział Tatko. – Ale myślę, że damy radę. Ślady wozów wyraźnie wskazują, że da się tędy przeprawić. Co ty na to, Caroline?

– Sam wiesz najlepiej, Charles – odpowiedziała Mama.

Pet i Patty uniosły mokre pyski. Strzygąc uszami, patrzyły to na strumień, to na Tatka, jak gdyby chciały lepiej słyszeć jego słowa. Potem westchnęły i zbliżyły do siebie głowy, jakby wymieniając szeptem jakieś uwagi. Kawałek dalej, Jack chłeptał wodę ze strumienia swoim czerwonym językiem.

– Opuszczę plandekę – powiedział Tatko. Zszedł z kozła, rozwinął płótno i mocno przywiązał je do skrzyni wozu. Potem pociągnął za linę z tyłu, tak że płótno zaciągnęło się w środku, zostawiając tylko maleńki okrągły otwór – zbyt mały, by można było przez niego cokolwiek zobaczyć.

Mary skuliła się na posłaniu. Nie lubiła przepraw przez brody; bała się wartkiego, głośnego nurtu. Laura była jednak podekscytowana; lubiła słyszeć dźwięk pluskających fal.

Tatko wspiął się na kozioł, mówiąc:

– Możliwe, że na środku konie będą musiały płynąć. Ale damy sobie radę, Caroline.

Laura pomyślała w tej chwili o piesku i powiedziała:

– Jack powinien jechać z nami w wozie, Tatku.

Tatko nie odpowiedział. Mocno chwycił lejce w dłonie. Mama powiedziała:

– Jack umie pływać, Lauro. Nic mu nie będzie.

Wóz ruszył do przodu, jadąc przez miękkie błoto. Woda zaczęła chlapać o koła. Plusk stawał się coraz głośniejszy. Wóz zaczął drżeć, uderzany rwącym nurtem. A potem nagle uniósł się, jakby łapiąc równowagę, i zaczął kołysać się na wodzie. To było cudowne uczucie!

Nagle jednak wszystko ucichło.

– Kładźcie się, dziewczynki! – zawołała ostro Mama.

Mary i Laura natychmiast padły płasko na posłanie. Ton głosu Mamy nie zostawiał miejsca na dyskusję. Mama naciągnęła na nie duszący koc, przykrywając dziewczynki w całości, razem z głowami.

– Leżcie spokojnie, tak jak teraz. Nie ruszajcie się! – powiedziała.

Mary nie ruszała się ani odrobinę; drżała tylko, leżąc w całkowitej ciszy. Ale Laura nie mogła się powstrzymać i trochę się wierciła. Tak bardzo chciała zobaczyć, co się dzieje! Czuła, jak wóz kołysze się i skręca; chlupot fal wzmógł się, po czym znów ucichł.

Wtedy właśnie Laurę wystraszył gwałtowny okrzyk Tatka.

– Trzymaj je, Caroline!

Wóz szarpnął; rozległo się nagłe, ciężkie chlupnięcie. Laura usiadła prosto i zerwała koc z głowy.

Tatko zniknął. Mama siedziała sama, trzymając mocno lejce obiema rękami. Mary znów schowała twarz w kocu, ale Laura podniosła się wyżej. Nie widziała brzegu. Nie widziała niczego przed wozem, tylko wszechobecną, napierającą wodę. I w tej właśnie wodzie dostrzegła wreszcie trzy głowy: głowę Pet, głowę Patty i mokrą głowę Tatka. Pięść Tatka w wodzie mocno trzymała uzdę Pet.

Laura ledwie słyszała głos Tatka przez szum wody. Brzmiał spokojnie i wesoło, ale nie mogła usłyszeć, co mówi. Rozmawiał z końmi. Twarz Mamy była biała i przerażona.

– Kładź się z powrotem, Lauro – powiedziała.

Laura się położyła. Było jej zimno i niedobrze. Oczy trzymała mocno zamknięte, ale pod powiekami wciąż widziała tę straszną wodę i tonącą w niej brązową brodę Tatka.

Przez bardzo, bardzo długi czas wóz kołysał się i rzucał, a Mary płakała bezgłośnie. Żołądek Laury ściskał się coraz bardziej. Lecz nagle przednie koła uderzyły o coś i zaskrzypiały. Tatko zawołał coś głośno.

Cały wóz szarpnął, podskoczył i przechylił się do tyłu, ale koła obracały się już na ziemi. Laura znów usiadła, trzymając się mocno łóżka; zobaczyła mokre grzbiety Pet i Patty, które gramoliły się po stromym brzegu, i Tatka biegnącego obok nich i krzyczącego:

– Wio, Patty! Wio, Pet! Dalej! Dalej! Hopsa-sa! Dobre dziewczynki!

Konie wdrapały się na wysoki brzeg, po czym zatrzymały się, dysząc i ociekając wodą. A wóz stał nieruchomo i bezpiecznie poza strumieniem.

Tatko stał obok, dysząc i ociekając wodą.

– Och, Charles! – zawołała Mama.

– Już dobrze, Caroline, już dobrze – powiedział Tatko. – Wszyscy jesteśmy cali. Na szczęście nasz wóz jest mocny i szczelny! Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby strumień tak szybko wezbrał. Pet i Patty dobrze pływają, ale chyba nie dałyby rady, gdybym im nie pomógł.

Gdyby Tatko nie wiedział, co robić, gdyby Mama była zbyt przerażona, by przejąć lejce, albo gdyby Laura i Mary były niegrzeczne i przeszkadzały, nie mieliby szans na przetrwanie. Rzeka przewróciłaby ich, porwała i utopiła. Nikt nigdy nie dowiedziałby się, co się z nimi stało. Być może przez wiele tygodni nikt inny nie pojawiłby się na tej drodze.

– No cóż – powiedział Tatko – wszystko dobre, co się dobrze kończy.

– Charles, cały jesteś mokry – zauważyła Mama.

Zanim Tatko zdążył odpowiedzieć, Laura wydała z siebie głośny okrzyk:

– Gdzie jest Jack?!

Zapomnieli o Jacku. Zostawili go po drugiej stronie tej strasznej wody. Musiał próbować popłynąć za nimi, ale nigdzie nie było go już widać.

Laura przełknęła ślinę, starając się nie rozpłakać. Wiedziała, że takiej dużej dziewczynce jak ona nie wypada głośno płakać, ale i tak wstrząsnął nią bezgłośny szloch. Przez całą długą drogę z Wisconsin biedny Jack biegł za nimi cierpliwie i wiernie, a oni zostawili go, żeby utonął! Był przecież taki zmęczony, mogli go zabrać do wozu. Zamiast tego biedny piesek stał na brzegu i widział, jak oddalają się od niego, jakby wcale go nie kochali. I nigdy już miał się nie dowiedzieć, jak bardzo chcieli go mieć przy sobie.

Tatko powiedział, że nigdy nie zrobiłby czegoś takiego Jackowi, gdyby wiedział, co się stanie. Gdyby przypuszczał, że strumień może aż tak strasznie wezbrać, nigdy nie pozwoliłby Jackowi wskoczyć samemu do wody.

– Ale teraz już nic na to nie poradzimy – dodał ponuro.

Przez dłuższy czas chodził wzdłuż brzegu, szukając Jacka, wołając go i gwiżdżąc.

Na nic. Jack zniknął.

W końcu nie było już wyjścia – trzeba było jechać dalej. Pet i Patty odpoczęły. Nawet ubranie Tatka zdążyło na nim wyschnąć. Znów wziął więc w dłonie lejce i poprowadził wóz pod górę, opuszczając dolinę rzeki.

Laura oglądała się za siebie przez całą drogę. Wiedziała, że nigdy już nie zobaczy Jacka, ale tak bardzo tego pragnęła! Nie dostrzegła jednak nic oprócz niskich, porośniętych trawą wzgórz, które zasłoniły strumień.

Nagle tuż przed nimi wyrosły ściany kolejnego wąwozu. Ledwie widoczne ślady kół prowadziły prosto przez niego, między skały. Pet i Patty wspinały się, aż stopniowo kamienista szczelina stała się małą, trawiastą dolinką.

A dolinka wyprowadziła ich z powrotem na Wielką Równinę.

Teraz już nigdzie nie było widać żadnej drogi – nawet najbledszego śladu kół wozu lub końskich kopyt. Wydawało się, że przed nimi tej prerii nigdy nie ujrzało ludzkie oko. Tylko wysoka, dzika trawa pokrywała bezkresną, pustą ziemię, nad którą rozpościerało się wielkie, puste niebo. Daleko na horyzoncie krawędź słońca dotykała skraju ziemi. Słońce było ogromne i pulsowało jasnym światłem. Wzdłuż całej krawędzi nieba ciągnęła się blada, różowa poświata, która przechodziła w złotawy, a później błękitny odcień. Ponad błękitem niebo wydawało się wręcz tracić kolor. Nad ziemią zbierały się purpurowe cienie, a wiatr zawodził żałośnie.

Tatko zatrzymał mustangi. On i Mama wysiedli, żeby rozbić obóz, a Mary i Laura też zeskoczyły za nimi na ziemię.

– Och, Mamo – spytała żałośnie Laura – Jack poszedł do nieba, prawda? Był takim dobrym psem, na pewno go tam wpuszczą…

Mama nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, ale Tatko wyjaśnił:

– Tak, Lauro, oczywiście. Bóg, który nie zapomina nawet o najmniejszym wróbelku, nie zostawi samego takiego dobrego pieska jak Jack.

Laura poczuła się odrobinę lepiej, ale niewiele. Wciąż czuła głęboki smutek. Tatko też nie pogwizdywał przy pracy, mimo że zwykle tak robił. Po chwili powiedział:

– Nie wiem jak my sobie poradzimy w tej dzikiej krainie bez dobrego psa stróżującego.

Obóz na Wielkiej Równinie

Tatko rozbił obóz w ten sam sposób co zwykle. Najpierw odpiął Pet i Patty od wozu i zdjął im uprząż, a potem przywiązał je linami do palików. Były to żelazne kołki, mocno wbite w ziemię. Przywiązane do nich konie mogły swobodnie zajadać trawę, do której z łatwością sięgały dzięki długim linom. Pet i Patty natychmiast położyły się na ziemi i porządnie się wytarzały, aż przestały czuć na grzbietach ucisk po zdjętej uprzęży.

Podczas gdy Pet i Patty się tarzały, Tatko wyrywał całą trawę z dużego, okrągłego kawałka ziemi. Pod żadnym pozorem nie chciał ryzykować podpalenia prerii. Gdyby rozpalony przez nich ogień rozniósł się po suchej, pożółkłej trawie, błyskawicznie pochłonąłby całą okolicę, zostawiając tylko gołą, czarną ziemię. Tatko powiedział:

– Lepiej dmuchać na zimne i oszczędzić sobie potem kłopotów.

Kiedy cała przestrzeń została oczyszczona, w środku koła Tatko położył garść suchej trawy. Z nadrzecznych zarośli przyniósł naręcze patyków i drewna. Na suchej trawie ułożył najpierw cienkie patyczki, potem te grubsze, a na końcu suche kawałki drewna, po czym podpalił trawę. Ogień zaczął wesoło trzaskać, zamknięty bezpiecznie w pierścieniu gołej ziemi.

Potem Tatko przyniósł wodę ze strumienia, a Mary i Laura pomogły Mamie przygotować kolację. Mama wsypała do młynka ziarna kawy, a Mary je zmieliła. Laura napełniła czajnik wodą, którą przyniósł Tatko, a Mama ostrożnie postawiła go w żarze. Obok ustawiła też żelazny piecyk.

Kiedy piecyk się nagrzewał, ona wymieszała mąkę kukurydzianą z solą i wodą, po czym uformowała z tego małe placuszki. Natłuściła piecyk skórką słoniny, ułożyła w nim kukurydziane placki i przykryła żelazną pokrywą. Potem Tatko przysypał pokrywę piecyka dodatkową warstwą żaru, a Mama ukroiła grube plastry solonego boczku. Usmażyła je na żelaznej patelni, którą nazywała „pająkiem”. Ta patelnia miała przymocowane krótkie nóżki, żeby mogła stać w żarze – stąd taka nazwa. Gdyby nie miała nóg, byłaby po prostu zwykłą patelnią.

Kawa się gotowała, placki się piekły, mięso się smażyło – a wszystko pachniało tak pysznie, że Laura robiła się coraz bardziej głodna.

Tatko zdjął ławę z wozu i ustawił ją blisko ognia. On i Mama usiedli na niej, a Mary i Laura przysiadły na dyszlu. Każda z nich miała cynowy talerz oraz stalowy nóż i widelec z białymi, kościanymi uchwytami. Mama i Tatko mieli także cynowe kubki. Carrie również miała swój własny, mały kubeczek – ale Mary i Laura musiały dzielić się jednym kubkiem, z którego piły wodę. Były jeszcze za małe na picie kawy.

Jedli kolację, a purpurowe cienie zacieśniały się wokół ogniska. Ogromna preria była ciemna i nieruchoma. Tylko wiatr przemykał cicho przez trawę, a wielkie, nisko wiszące gwiazdy błyszczały i migotały.

W tej wielkiej, przytłaczającej ciemności ognisko stało się ciepłym, domowym punktem. Plasterki boczku były chrupiące i tłuste, a kukurydziane placki pyszne. W ciemności, za wozem, Pet i Patty jadły własny posiłek, głośno przeżuwając kęsy trawy.

– Rozbijemy tu obóz na dzień albo dwa – powiedział Tatko. – A może nawet już tu zostaniemy? Jest tu dobra ziemia, w dolinie rosną drzewa, jest mnóstwo zwierzyny – wszystko, czego dusza zapragnie. Co o tym myślisz, Caroline?

– Dalej może być gorzej – przyznała Mama.

– Tak czy owak, jutro rozejrzę się dokładniej po okolicy – powiedział Tatko. – Wezmę strzelbę i upoluję nam trochę dobrego, świeżego mięsa.

Rozpalił fajkę rozżarzonym węglem i wygodnie wyciągnął nogi. Ciepły, brązowy zapach dymu tytoniowego mieszał się z ciepłem ognia. Mary ziewnęła i zsunęła się z dyszla, żeby usiąść na trawie. Laura też ziewnęła. Mama szybko umyła cynowe talerze, cynowe kubki oraz noże i widelce. Umyła też piecyk i patelnię, a potem starannie wypłukała ścierkę.

Przez chwilę stała nieruchomo, nasłuchując długiego, zawodzącego wycia, dobiegającego z ciemnej prerii. Wszyscy dobrze go znali. Ale ten dźwięk zawsze sprawiał, że po kręgosłupie Laury przebiegał lodowaty dreszcz.

Mama otrzepała ścierkę, a potem wyszła w ciemność i rozłożyła ją na wysokiej trawie do wyschnięcia. Kiedy wróciła, Tatko powiedział:

– Wilki. Powiedziałbym, że pół mili stąd. No cóż, gdzie są jelenie, tam będą i wilki. Szkoda, że…

Nie dokończył zdania, ale Laura wiedziała, co chciał powiedzieć. Żałował, że nie ma z nimi Jacka. Kiedy w Wielkim Lesie wyły wilki, Laura czuła się o wiele bezpieczniej, bowiedziała, że Jack nie pozwoli zrobić jej krzywdy. W gardle dziewczynki urosła twarda gula, a nos ją zapiekł. Szybko zamrugała i nie zapłakała. Tamten wilk – a może już jakiś inny – zawył ponownie.

– Dziewczynki, pora się zbierać do spania! – oświadczyła Mama energicznym głosem.

Mary wstała i odwróciła się, żeby Mama mogła jej pomóc rozpiąć guziki. Ale Laura skoczyła na równe nogi i zamarła. Coś zobaczyła. Głęboko w ciemności, poza obrębem blasku ogniska, nisko przy ziemi jaśniały dwa zielone światełka. To były oczy!

Po kręgosłupie Laury znów przebiegł chłód, a włosy stanęły jej dęba. Zielone światełka poruszyły się; najpierw zgasło jedno, potem drugie, a potem oba zaświeciły równym blaskiem, teraz już bliżej ogniska.

– Zobacz, Tatku, zobacz! – zawołała Laura. – To wilk!

Tatko poruszał się błyskawicznie. W mgnieniu oka zdjął strzelbę z wozu i wycelował prosto w te zielone oczy. Oczy przestały się zbliżać. Czekały nieruchomo, cały czas w niego wpatrzone.

– To nie może być wilk. Chyba że wściekły – powiedział Tatko.

Mama podniosła Mary i wsadziła ją do wozu.

– Coś tu się nie zgadza – zauważył Tatko. – Posłuchaj tylko koni!

Pet i Patty wciąż spokojnie zajadały trawę, jak gdyby nic się nie działo.

– Ryś? – zastanawiała się Mama.

– Albo może kojot? – Tatko podniósł z ziemi kawałek drewna, wydał donośny okrzyk i rzucił go przed siebie. Zielone oczy opadły nisko do ziemi, jakby zwierzę kucało do skoku. Tatko trzymał strzelbę gotową. Stworzenie się nie poruszyło.

– Nie rób tego, Charles – powiedziała Mama.

Ale Tatko już szedł powoli w stronę tajemniczych oczu. I powoli, tuż przy ziemi, oczy zaczęły pełznąć ku niemu. Laura widziała zwierzę na skraju ciemności. Było płowożółte i pręgowane.

Tatko i Laura zaczęli krzyczeć dokładnie w tym samym momencie.

A już w następnej chwili Laura próbowała przytulić skaczącego, dyszącego, podekscytowanego Jacka, który lizał jej twarz i dłonie ciepłym, mokrym językiem. Nie mogła go utrzymać. Skakał i wyrywał się od niej to do Tatka, to do Mamy, i znów do niej.

– Nie mogę w to uwierzyć! – powiedział Tatko.

– Ani ja – powiedziała Mama. – Ale czy musiałeś tymi krzykami obudzić dziecko?

Kołysała Carrie na rękach, starając się ją uspokoić.

Jack był zupełnie zdrowy. Ale wkrótce ułożył się obok Laury i wypuścił długie westchnienie. Oczy miał czerwone ze zmęczenia, a cały brzuch miał oblepiony zaschniętym błotem. Mama dała mu kukurydziany placek, a on polizał go i grzecznie pomachał ogonem, ale nie mógł jeść. Był zbyt zmęczony.

– Nie wiadomo, jak długo płynął – powiedział Tatko. – Ani jak daleko nurt zniósł go w dół rzeki, zanim wyszedł na brzeg.

A kiedy wreszcie do nich dotarł, Laura nazwała go wilkiem, a Tatko wycelował w niego ze strzelby! Na szczęście Jack wiedział, że nie mieli tego na myśli.

– Wiedziałeś, że nie mieliśmy tego na myśli, prawda, Jack? – upewniała się Laura.

Jack pomachał swoim kikutem ogona; wiedział.

Dawno już minęła pora pójścia spać. Tatko przykuł Pet i Patty łańcuchem do skrzynki z paszą z tyłu wozu i nakarmił je kukurydzą. Carrie znów zasnęła, a Mama pomogła Mary i Laurze się rozebrać i przeciągnąć przez głowy długie koszule nocne. Potem dziewczynki już same zapięły guziki przy szyjach i zawiązały pod brodami nocne czepki. Pod wozem zmęczony Jack okręcił się trzy razy i położył się spać.

W wozie Laura i Mary odmówiły modlitwę i ułożyły się na swoim małym posłaniu. Mama pocałowała je na dobranoc.

Po drugiej stronie płótna Pet i Patty jadły kukurydzę. Kiedy Patty parsknęła do skrzynki z paszą, to parsknięcie zabrzmiało tuż przy uchu Laury. W trawie słychać było drobne, szurające dźwięki. W drzewach przy strumieniu sowa wołała: „Hoo? Hooo?”. Gdzieś dalej inna sowa odpowiadała: „Ooo! Oooo!”. Daleko na prerii wyły wilki, a pod wozem Jack pomrukiwał cicho.

W wozie wszystko było bezpieczne i spokojne.

Nad otwartym dachem wozu wisiały wielkie, lśniące gwiazdy. „Tatko mógłby ich dosięgnąć” – pomyślała Laura. Może mógłby zerwać tę największą i dać jej w prezencie!

Laurze wcale nie chciało się spać, ani trochę! Nagle jednak zdumiona zauważyła, że wielka gwiazda mruga prosto do niej.

A potem się obudziła – był już poranek.

Przypisy

[1↑]

Miasteczko leży nad Jeziorem Pepin, które jest ulokowane na rzece Missisipi, dlatego w książce mowa o przeprawie przez rzekę (przyp. red.).

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Spis treści
1. W drodze na Zachód
2. Przeprawa przez strumień
3. Obóz na Wielkiej Równinie
Przypisy

Spis treści

W drodze na Zachód

Przeprawa przez strumień

Obóz na Wielkiej Równinie

Przypisy

Punkty orientacyjne

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji

Początek publikacji

Okładka

Przypisy końcowe

Spis treści