Mallaroy. Tom II - A.M. Juna - ebook

Mallaroy. Tom II ebook

Juna A.M.

4,5
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Nikt nie dostaje życia na własność. Bliźniaczki Lanford wiedzą to aż za dobrze, wciągnięte w sieć intryg, kłamstw i poświęceń. Erin utknęła w niezwykłej szkole z internatem, udając swoją zmiennokształtną siostrę. Podejrzane układy z czarodziejką, łobuzerskie przepychanki z wilkołakiem i publiczne policzkowanie królewicza wampirów o dziwo nie ułatwiły ukrywania faktu, że jest człowiekiem. Alea nie może jej pomóc, bo podróżuje z grupą tajemniczych rewolucjonistów, by ratować kraj przed Wielkim Niebezpieczeństwem… w którego istnienie zaczyna wątpić. Kiedy część sekretów wychodzi wreszcie na jaw, wszystko jedynie bardziej się komplikuje, a za rogiem już czekają kolejne – tym razem bardziej złowrogie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 487

Oceny
4,5 (176 ocen)
114
46
12
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Veronica41pl

Nie oderwiesz się od lektury

Przenies sie do magicznego i pelnego tajemnic swiata. Wraz z Alea i Erin przezyj niesamowita przygode! Polecam!
10
Czerwonaglowa

Dobrze spędzony czas

Podoba mi sie, akcja się fajnie rozwija i coraz bardziej się wkręcam w całą serie
00
halogen77

Dobrze spędzony czas

moja ulubiona polska trylogia
00
Paulina_lepieszka

Dobrze spędzony czas

Polecam
00
Kasia2920

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham, równie mocno jak pierwszy tom
00

Popularność




1.

Samokontrola i jej braki

Gene­ral­nie winę pono­siła Cyn­thia Strike. Kiedy uży­wała tele­fonu komór­ko­wego, jej obo­wiąz­kiem było upew­nie­nie się, że Alei Lan­ford nie ma w pobliżu. Powinna być bar­dziej uważna, szcze­gól­nie gdy dzwo­niła osoba szpie­gu­jąca dla nich w Mal­la­roy.

– Dzi­siaj zaczy­nają się testy samo­kon­troli. Mam coś w związku z tym zro­bić?

Cyn­thia, wyraź­nie nie­za­do­wo­lona, zmarsz­czyła brwi.

– To już? – rzu­ciła nie­przy­jem­nym tonem. Wrze­sień prze­le­ciał w zawrot­nym tem­pie i nie przy­zwy­cza­iła się jesz­cze, że już jest paź­dzier­nik, a prze­cież naj­wy­raź­niej trwał on od sied­miu dni. – Nie. Jesz­cze nic nie rób. Dam ci znać, kiedy coś zde­cy­duję – oznaj­miła po chwili zasta­no­wie­nia. – Coś jesz­cze?

Po dru­giej stro­nie linii zapa­no­wała na chwilę podej­rzana cisza.

– Wczo­raj wdała się w… bar­dzo publiczną kłót­nię z dzie­dzi­cem Casta­la­wów – zdra­dziła wresz­cie osoba. – Nie wszyst­kich tutaj to oczy­wi­ście obcho­dzi, ale dziew­czyna zde­cy­do­wa­nie nie jest tak nie­zau­wa­żalna, jak byście sobie życzyli.

– Co dokład­nie ozna­cza „bar­dzo publiczna kłót­nia”? Wyra­żaj się jaśniej, nie mam całego dnia. – Cyn­thia wes­tchnęła gło­śno.

– Spo­licz­ko­wała go w obec­no­ści połowy szkoły.

– Rewe­la­cyj­nie. – Kobieta zaczęła maso­wać skro­nie wolną dło­nią. – Jak tak dalej pój­dzie, to okaże się, że zosta­wie­nie tam Alei Lan­ford byłoby mniej­szym pro­ble­mem niż wysła­nie Erin do Mal­la­roy na jej miej­sce!

– Wysła­li­ście moją sio­strę do Mal­la­roy?!

Zresztą może Cyn­thia nie pono­siła całej winy i jakaś jej część leżała jed­nak po stro­nie Eve Mon­day? Dziew­czyna miała szko­lić Aleę poza domem. Gdzieś na połaci dzi­kiej, wyschnię­tej trawy po dru­giej stro­nie szosy, która prze­ci­nała to odlu­dzie, bie­gnąc – jak się wyda­wało – zni­kąd doni­kąd. Powinny tam sie­dzieć jesz­cze dobrą godzinę i to dla­tego Cyn­thia stra­ciła czuj­ność.

Gdy tylko usły­szała oskar­że­nie, natych­miast prze­rwała połą­cze­nie i odwró­ciła się gwał­tow­nie w stronę dziew­czyny.

Wresz­cie: może wszyst­kiemu winna była Alea Lan­ford. Lub, mówiąc dokład­niej, może sytu­acja została przez nią przy­naj­mniej w jakimś stop­niu zaaran­żo­wana. W końcu ni­gdy wcze­śniej nie poru­szała się po domu tak cicho, jak zro­biła to tym razem. Cyn­thia powinna usły­szeć trza­śnię­cie drzwi fron­to­wych lub skrzy­pie­nie paneli pod­ło­go­wych pod jej ludz­kim cię­ża­rem. Tym­cza­sem ta mała Zmien­no­kształtna pod­kra­dła się bez­sze­lest­nie, mimo braku zwie­rzę­cej formy, i teraz stała tuż przed nią.

– Erin jest w Mal­la­roy?! – spy­tała dziew­czyna z nie­do­wie­rza­niem. – W szkole z Wil­ko­ła­kami i WAM­PI­RAMI? – Była wście­kła. – Zmu­si­li­ście moją LUDZKĄ sio­strę, żeby poszła do tej cho­ler­nej szkoły, i nikt mi nic nie powie­dział?! Ile to już trwa?!

– Co tu się… – Eve, zwa­biona hała­sem, weszła do sypialni gościn­nej, w któ­rej Cyn­thia odby­wała roz­mowę.

– Erin jest w Mal­la­roy! – rzu­ciła Alea wojow­ni­czo, odwra­ca­jąc się do niej gwał­tow­nie, ponie­waż Cyn­thia na razie zacho­wała mil­cze­nie.

Eve zer­k­nęła na star­szą Zmien­no­kształtną. Jej spoj­rze­nie zaha­czyło o ści­skany przez kobietę w dłoni tele­fon komór­kowy. Zoba­czyła skrzy­wiony wyraz twa­rzy Cyn­thii, a następ­nie wście­kłość pło­nącą w oczach Alei i sama dopo­wie­działa sobie resztę.

– Cho­lera – mruk­nęła i unio­sła dłoń, żeby potrzeć nieco ner­wowo szyję. – Aleo, nie powiem ci, żebyś się uspo­ko­iła, bo za dużo razy w życiu ktoś we mnie rzu­cał tym tek­stem. Ale nie ma sensu roz­ma­wiać o tym, kiedy jesteś tak wzbu­rzona.

Nie wyglą­dała na bar­dzo prze­jętą. Zresztą Cyn­thia też nie. Były raczej tylko nie­za­do­wo­lone. Tro­chę… sfru­stro­wane. Tym­cza­sem wście­kłość Alei Lan­ford roz­cho­dziła się nie­wi­dzial­nymi, ale zde­cy­do­wa­nie wyczu­wal­nymi falami. W jej zie­lon­ka­wych oczach umarła cała uprzej­mość, cała cier­pli­wość i wyro­zu­mia­łość.

– Pieprz się – rzu­ciła w odpo­wie­dzi do Eve przez zaci­śnięte zęby. Bar­dzo rzadko zda­rzało jej się prze­kli­nać. – Byłam spo­kojna. Byłam posłuszna, byłam grzeczna i wyko­ny­wa­łam każde wasze pole­ce­nie! A teraz jestem wkur­wiona! – Palce miała zaci­śnięte w pię­ści. Wyko­nała kilka kro­ków do tyłu, żeby odsu­nąć się od sto­ją­cej w progu Eve. Chciała mieć obie Zmien­no­kształtne w zasięgu wzroku, zamiast stać pomię­dzy nimi. – Nie tylko mani­pu­lu­je­cie życiem mojej sio­stry i nara­ża­cie ją na nie­bez­pie­czeń­stwo, ale w dodatku przez cały ten czas mnie okła­my­wa­ły­ście!

Cyn­thia zer­k­nęła na chwilę gdzieś w bok, potem prze­nio­sła wzrok na Eve. Zaj­mo­wa­nie się kry­zy­sami dziew­czyny nie było wpi­sane w zakres jej obo­wiąz­ków i nie zamie­rzała tego zmie­niać z powodu nagłego wybu­chu.

Eve wyczuła nasta­wie­nie Cyn­thii i posłała jej krót­kie, pełne iry­ta­cji spoj­rze­nie, a potem sku­piła całą uwagę na roz­wście­czo­nej Alei.

– Erin zgo­dziła się nam pomóc, nikt jej nie zmu­szał – wyja­wiła wresz­cie. Nie chciała znowu kła­mać, nie mogła też jed­nak wyja­wić całej prawdy. Musiała więc dobie­rać słowa ostroż­nie. – Gdyby nie ona, mia­ły­by­śmy na karku pro­tek­to­rów szu­ka­ją­cych Alei Lan­ford, może nawet zaan­ga­żo­wano by w to ludzką poli­cję i two­ich rodzi­ców… Tym­cza­sem dzięki niej musimy bro­nić cię tylko przed tymi, któ­rzy nie znają two­jej toż­sa­mo­ści i sta­rają się jedy­nie zlo­ka­li­zo­wać ślady sen­tu­ralne potomka Sal­dera.

W gło­wie Alei gniew pul­so­wał ciem­no­czer­wo­nym świa­tłem, utrud­nia­jąc zna­cząco ocenę sytu­acji. Miała mało wprawy z emo­cjami, które poja­wiały się tak gwał­tow­nie i z taką mocą. Zazwy­czaj potra­fiła do wszyst­kiego pod­cho­dzić racjo­nal­nie. Teraz czuła się więc cał­ko­wi­cie bez­silna: oszu­kana przez Zmien­no­kształtne, odizo­lo­wana od wszyst­kich i wszyst­kiego, co znała, i poko­nana przez wła­sne uczu­cia. Mimo to nie opu­ściła głowy i nie zni­żyła głosu.

– Więc dla­czego to nie ja jestem w Mal­la­roy?! Na początku mia­łam z wami wyje­chać tylko na tydzień! To też było kłam­stwo?! Czy po pro­stu dopiero póź­niej wpa­dło wam do głowy, że można nas pod­mie­nić, i wci­snę­li­ście mi bzdury o tym, że wszystko zostało odpo­wied­nio zaaran­żo­wane?! – bar­dziej krzy­czała, niż mówiła. – Do jasnej cho­lery, Eve! Jak mam ci teraz ufać?!

W tych ostat­nich sło­wach oprócz gniewu roz­brzmiała także nuta gory­czy. Alea zdą­żyła polu­bić tę dzie­sięć lat star­szą od sie­bie Zmien­no­kształtną. Co wię­cej – naprawdę ją podzi­wiała. Może też tro­chę jej zazdro­ściła? Darzyła ją rodza­jem sym­pa­tii, któ­rego sama nie potra­fiła jesz­cze ziden­ty­fi­ko­wać. Zanim miała jed­nak oka­zję to prze­ana­li­zo­wać, wszystko roz­pa­dło się na kawa­łeczki.

– Czy ty zapo­mi­nasz o tym, co jest tu stawką?! – wtrą­ciła się Cyn­thia ostro, wyraź­nie znie­cier­pli­wiona wybu­chem Alei. – My wyko­nu­jemy pole­ce­nia Gal­la­ghera, on odpo­wiada przed jesz­cze innymi oso­bami. Nie zda­jesz sobie nawet sprawy, ilu ludzi jest w to zaan­ga­żo­wa­nych i jak wiele rze­czy wciąż się zmie­nia! Pozwól, że ci przy­po­mnę: dzia­łamy w sytu­acji kry­zy­so­wej. W obli­czu wiel­kiego zagro­że­nia, przed któ­rym pró­bu­jemy ura­to­wać cały rodzaj. Nasze plany ule­gają zmia­nom, bo muszą, a nie dla­tego, że chcemy ci zro­bić na złość.

Alea ni­gdy jesz­cze nie czuła tak wiel­kiej ochoty, by przy­wa­lić komuś pię­ścią w nos.

– A co z moją sio­strą?! – syk­nęła, odwra­ca­jąc wście­kłe spoj­rze­nie na Cyn­thię. Z nią dziew­czyna ni­gdy nie nawią­zała takiej rela­cji jak z Eve, nie­wiele więc ją powstrzy­my­wało. – Co z jej życiem? Z jej przy­szło­ścią? Jej szkołą! I nie pytam teraz, jak się wam udało zor­ga­ni­zo­wać ten chory, nie­le­galny prze­kręt, tylko jakim cudem nie macie wyrzu­tów sumie­nia! – Urwała i wresz­cie wzięła głęb­szy oddech. Gdy znowu się ode­zwała, jej ton był lodo­waty, bo poja­wia­jące się w nim opa­no­wa­nie nie umniej­szyło jej zło­ści. – My mamy po szes­na­ście lat. Umknęło wam to gdzieś po dro­dze? Czy po pro­stu wyko­rzy­sty­wa­nie dzieci jest czę­ścią tej waszej słyn­nej poli­tyki?

Cyn­thia skrzy­wiła się wyraź­nie, sły­sząc ten ostatni komen­tarz. W oczach Eve bły­snęło nawet coś podob­nego do współ­czu­cia.

– Młoda, to naprawdę nie jest tak – zaczęła nie­mal prze­pra­sza­jąco. – Wiem, że to wszystko jest cho­ler­nie trudne, ale naszym zada­niem naprawdę jest zapew­nić wam bez­pie­czeń­stwo…

Alea prych­nęła gło­śno, mając wciąż przed oczami wyobraźni widok swo­jej ludz­kiej sio­stry w szkole z tymi Wil­ko­ła­kami i Wam­pi­rami, o któ­rych tyle złego zdą­żyła się już nasłu­chać od swo­ich pseu­do­opie­ku­nek.

Bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej zapra­gnęła poroz­ma­wiać z Erin, ale jed­no­cze­śnie stra­ciła całą deter­mi­na­cję, by się tego doma­gać. Jeśli jej sio­stra była w Mal­la­roy, każdy kon­takt z nią niósł ze sobą ryzyko zde­ma­sko­wa­nia. Zwłasz­cza że Alea mogła bez­piecz­nie uży­wać tylko kartki i dłu­go­pisu. Kto wie, czy w Mal­la­roy nie spraw­dzali listów przed prze­ka­za­niem ich uczniom…

Chyba że cała ta sen­tu­ralna loka­li­za­cja też była bzdurą. Eve i Cyn­thia odsu­nęły ją od komórki i lap­topa, twier­dząc, że Łowcy mają jakieś dzi­waczne sys­temy śle­dzące oparte na mie­sza­ni­nie sen­tury z tele­ko­mu­ni­ka­cją. Może w ten spo­sób chciały ją jedy­nie odizo­lo­wać od sio­stry i utrzy­mać w nie­wie­dzy?

Zaczy­nało jej się krę­cić w gło­wie. Wście­kłość prze­kształ­ciła się w bez­rad­ność, w panikę, w zgorzk­niałą rezy­gna­cję, w iro­nię i nie­do­wie­rza­nie, aż wresz­cie wsko­czył awa­ryjny tryb odrę­twie­nia, który chro­nił serce przed pęk­nię­ciem i mózg przed prze­grza­niem.

Prych­nęła raz jesz­cze.

– No i po co to wszystko, co? – rzu­ciła. Jakimś cudem jej ton brzmiał jesz­cze bar­dziej lodo­wato. – Na co tyle wysiłku?! Czym jest to wiel­kie straszne nie­bez­pie­czeń­stwo, o któ­rym w kółko mówi­cie, nie udzie­la­jąc abso­lut­nie żad­nych infor­ma­cji. Poza pustymi for­muł­kami takimi jak: „Zagłada całego rodzaju! Naj­więk­sze zagro­że­nie w całej naszej histo­rii!” – zaczęła je prze­drzeź­niać, patrząc to na jedną, to na drugą.

Nasto­latka spo­dzie­wała się natych­mia­sto­wej odpo­wie­dzi, tym­cza­sem cisza się prze­cią­gała. Coś dziw­nego zawi­sło w powie­trzu i złość Alei stop­niała nieco, zastą­piona podejrz­li­wo­ścią. Im dużej prze­su­wała wzrok mię­dzy kobie­tami, tym wyraź­niej dostrze­gała, że coś jest nie tak. Szcze­gól­nie Eve wyda­wała się teraz spięta, a mowa jej ciała i wyraz twa­rzy były wyjąt­kowo…

– O Kosmo­sie, ty nie wiesz – oznaj­miła nagle Alea, patrząc w zdu­mie­niu na Eve. – Ty nie masz zie­lo­nego poję­cia, czym jest to Wiel­kie Nie­bez­pie­czeń­stwo! – powtó­rzyła i tym razem w jej gło­sie ode­zwała się nuta histe­rii. – A ty wiesz? – zwró­ciła się gwał­tow­nie w stronę Cyn­thii i teraz to jej przy­glą­dała się badaw­czo. Star­szą Zmien­no­kształtną trud­niej jed­nak było roz­szy­fro­wać. Alea pod­nio­sła ręce w przy­pły­wie cał­ko­wi­tej rezy­gna­cji i zaśmiała się gorzko, patrząc w sufit. – To jest chore. Cała ta sytu­acja jest powa­lona, a wy jeste­ście jaki­miś wariat­kami!

– Dla bez­pie­czeń­stwa misji nie każdy otrzy­muje wszyst­kie infor­ma­cje… – zaczęła Eve, ale na jej twa­rzy wciąż wid­niał gry­mas.

Alea zaśmiała się znowu, jesz­cze bar­dziej histe­rycz­nie, tra­cąc wszelką nadzieję.

Widziała biuro Mar­tina Gal­la­ghera. Odwie­dziła go w budynku fir­mo­wym, zna­la­zła jego nazwi­sko w kilku książ­kach o sen­tu­ral­nej poli­tyce, które Eve jej pod­su­nęła. Fran­cis Rowe też ist­niała, coś więc musiało być prawdą. Ale czy intryga była na tyle wie­lo­pię­trowa, że nawet podró­żu­jące z nią na koniec kraju kobiety nie zostały wta­jem­ni­czone w to, co tak naprawdę się działo?!

Wszystko wydało jej się nagle tak głu­pie, naiwne i nie­re­alne. Nie chciała pła­kać i nie miała siły wal­czyć z wia­tra­kami. Pozo­stało jej więc jedy­nie gorzko się śmiać.

***

Mimo wcze­snej godziny przy ścia­nie plo­tek zebrał się spory tłum. Wieść o napi­sie roz­bie­gła się szybko (jak zawsze!) i wiele osób chciało go zoba­czyć na wła­sne oczy, zapewne licząc po cichu, że wybuch­nie kolejna eks­cy­tu­jąca afera. Wczo­raj­sze roz­strzy­gnię­cie gry o klu­cze i dra­ma­tyczne spo­licz­ko­wa­nie Micha­ela Casta­lawa przez Aleę Lan­ford wciąż sta­no­wiło ważny temat śnia­da­nio­wych dys­ku­sji.

Lucas usły­szał infor­ma­cję jako pierw­szy i razem z Keithem zła­pali dziew­czyny w holu mię­dzy ich brac­twami, by mogli razem odwie­dzić salę bilar­dową przed zej­ściem do jadalni. Kiedy zatrzy­mali się pod ścianą, spoj­rze­nia wielu osób zwró­ciły się w ich stronę.

– Mówi­łam – stwier­dziła ponuro Tatiana, ale Erin nie mogła powstrzy­mać dum­nego uśmie­chu, który cisnął się jej na usta.

Napis gło­sił: „Casta­law 0 – 1 Lan­ford”.

Michael mógł się wypchać.

– Heeej! Wygry­wamy! – wrza­snął entu­zja­stycz­nie Keith, ota­cza­jąc Erin sil­nym ramie­niem i przy­cią­ga­jąc ją bli­żej. Jakby patrzyli na wynik jakie­goś praw­dzi­wego meczu. Może i tak wła­śnie było? Napis zda­wał się osta­tecz­nym potwier­dze­niem, że wybu­chła szkolna wojna. Erin nie była dumna z tego, że znowu stra­ciła nad sobą pano­wa­nie i zro­biła wielką scenę. Czuła jed­nak satys­fak­cję, że sprze­ci­wiła się nie­zno­śnemu Casta­la­wowi i w dodatku ktoś przy­znał jej za to punkty.

Lucas jako pierw­szy zauwa­żył grupę Wam­pi­rów wcho­dzą­cych do sali i pocią­gnął Erin deli­kat­nie za łokieć.

– Czas na śnia­da­nie – oznaj­mił, zaga­nia­jąc wszyst­kich w stronę drzwi.

Tatiana była do całej sprawy nasta­wiona oczy­wi­ście dość pesy­mi­stycz­nie, jed­nak przede wszyst­kim nie­wiele ją takie publiczne prze­py­chanki inte­re­so­wały. Lizzy czuła dumę, choć tro­chę się bała, Keith eks­cy­to­wał się bra­kiem nudy. Lucas nato­miast miał mie­szane odczu­cia.

Nie zamie­rzał ucie­kać ze stra­chu przed dum­nym lide­rem, ale jed­no­cze­śnie nie widział sensu tak wszyst­kiego roz­trzą­sać. Lubił wybie­rać swoje bitwy, prze­ko­nany, że nie na każ­dego warto mar­no­wać ener­gię. Drani takich jak lider Wam­pi­rów wolał zby­wać obo­jęt­nym wzru­sze­niem ramion, niż anga­żo­wać się z nimi w jakie­kol­wiek potyczki. Tym­cza­sem Lan­ford cią­gnęła ich pro­sto w kie­runku szkol­nego tor­nada, zde­ter­mi­no­wana, a zara­zem cał­kiem uro­cza w swoim upo­rze. Lubił patrzeć, jak ta dziew­czyna sta­wia na swoim, miał jed­nak nie­przy­jemne wra­że­nie, że to źle się skoń­czy.

Cze­kały ich jesz­cze dwa lata nauki w jed­nej szkole z Casta­la­wem. Gdy Wam­pir wresz­cie ukoń­czy Mal­la­roy, czeka to także Tatianę, ich paczka zmieni się więc zna­cząco. Czy naprawdę warto poświę­cać czas na spek­ta­ku­larne kłót­nie z kimś tak nie­istot­nym?

– Ależ ja nie pla­nuję żad­nych spek­ta­ku­lar­nych kłótni! – odparła z nie­ja­kim obu­rze­niem Erin, kiedy ją o to zapy­tał. Wcho­dzili wła­śnie do jadalni.

Lucas prych­nął, nie kry­jąc swo­ich wąt­pli­wo­ści.

– Dobra, dobra. – Zmiękł jed­nak nieco pod jej roze­śmia­nym spoj­rze­niem. – Po pro­stu pamię­taj, że bycie w cen­trum uwagi to zawsze jeden wielki ból dupy. Wszy­scy się potem wszyst­kiego cze­piają.

Miał rację. Erin przy­szło do głowy, że Lucas miewa rację pra­wie tak czę­sto jak Tatiana. Wpa­dła na niego chwilę po prze­kro­cze­niu murów Mal­la­roy i od tego czasu trzy­mali się razem. A przy­naj­mniej ona się go trzy­mała, bo jego obec­ność spra­wiała, że czuła się kom­for­towo. Jak gdyby swo­boda chło­paka – taka ogólna, życiowa – udzie­lała się jej za każ­dym razem, gdy na niego patrzyła.

– Zapa­mię­tam, o mistrzu – rzu­ciła zaczep­nie.

Wil­ko­łak odwza­jem­nił uśmiech, krę­cąc z nie­do­wie­rza­niem głową. Oparł się prze­sad­nie mocno o jej ramię, pró­bu­jąc oddać jej cały swój cię­żar, i dostał za to kuk­sańca. Prze­py­chali się aż do bufetu, po dro­dze wcią­ga­jąc w to Keitha. Dopiero gdy w piątkę dotarli z tacami do swo­jego sto­lika, miny im zrze­dły.

– Co to ma być?! – wypa­lił Keith z obu­rze­niem, upar­cie nie­zna­jący poję­cia „dys­kre­cja”.

Ich sto­lik był zajęty. Sie­działo przy nim sześć osób, wszyst­kie ze zło­tymi iden­ty­fi­ka­to­rami pobły­sku­ją­cymi na skó­rze, i spo­glą­dało na nich wrogo. Ich miny były jed­no­cze­śnie zde­gu­sto­wane i pełne triumfu, jakby coś chcieli zade­mon­stro­wać. I chyba im się to zresztą udało, bio­rąc pod uwagę fakt, że Michael Casta­law przy­glą­dał się całej sce­nie z roz­ba­wie­niem ze swo­jego miej­sca po dru­giej stro­nie jadalni.

Erin zmarsz­czyła brwi z nie­za­do­wo­le­niem. Wam­piry, które ich pod­sia­dły, ewi­dent­nie odgry­wały się za wczo­raj­szą znie­wagę wobec swo­jego lidera. Robiły to jed­nak w tak dzie­cinny spo­sób, że chciało jej się śmiać. Nie­stety ten infan­tylny spo­sób dzia­łał. Z kilku sto­li­ków obok dobiegł ich drwiący chi­chot, z innych szepty. W końcu byli prze­cież w liceum. W jaki inny spo­sób można okre­ślić swój sta­tus spo­łeczny niż przez kre­tyń­skie sto­liki w sto­łówce?

Dziew­czyna naj­chęt­niej by to zigno­ro­wała i sądząc po pal­cach, które zaci­skały się na jej talii i nie­znacz­nie popy­chały do przodu, Lucas także tego pra­gnął. Tylko że wiele osób już się na nią gapiło. Michael – cóż za zasko­cze­nie – rów­nież.

Jeśli Erin teraz odwróci się posłusz­nie i zacznie szu­kać innego miej­sca, straci w oczach tych wszyst­kich, któ­rzy dopiero co przy­znali jej punkty. Casta­law z pew­no­ścią odczuje satys­fak­cję i nim się obej­rzą, jego paskudna domi­na­cja powróci. Iry­to­wała się na samą myśl o tym. Zaci­snęła palce moc­niej na kra­wę­dziach czer­wo­nej tacy.

– Koń­czy­cie już? – zapy­tała ostro, patrząc wymow­nie na Wam­piry przy ich sto­liku. Cztery z nich nie miały przed sobą zupeł­nie nic. Tylko dwa piły krew z czar­nych bute­lek.

– Nie – ode­zwał się jeden – ale za to ty jesteś skoń­czona, Peace­bre­aker.

Jego towa­rzy­sze zachi­cho­tali zło­wrogo, zara­bia­jąc kolejne, pełne uzna­nia kiw­nię­cia gło­wami ze strony elity Wam­pi­rów.

Erin wywró­ciła oczami. Co za dzie­ci­nada!

– Och, prze­pra­szam bar­dzo. Jest jakiś regu­la­min, który mówi, że muszę padać na kolana przed lide­rem Wam­pi­rów? Bo to byłoby jedyne nie­ża­ło­sne wytłu­ma­cze­nie waszego zacho­wa­nia – rzu­ciła, tra­cąc już cier­pli­wość. Nie tylko ona miała dość. Kiedy jedna z dziew­czyn otwie­rała usta, by znów ją zaata­ko­wać, prze­rwał jej Keith.

– Ej! – zawo­łał z cie­niem nie­do­wie­rza­nia w gło­sie. – Powa­liło was? Nie widzie­li­ście ni­gdy stołu? Na nie­biosa, nie­bo­skłon i ziem­ski przy­siad, no ja nie wytrzy­mam! Nic nawet nie jecie, to o co wam cho­dzi?! Będzie­cie ten blat prze­ra­biać na deski i sprze­da­wać na sztuki? Bo jak­by­ście nie wie­dzieli, to on jest, kurna, pla­sti­kowy!

Wil­ko­łak wyrzu­cał z sie­bie z obu­rze­niem pół żarty, pół obe­lgi i paczka jego przy­ja­ciół musiała natych­miast zdu­sić śmiech rodzący się w ich gar­dłach. Nie­które pod­słu­chu­jące ich osoby nie czuły jed­nak takiej potrzeby i naokoło roz­le­gło się kilka roz­ba­wio­nych prych­nięć.

Wam­pi­rom przy stole na chwilę odjęło mowę. Widać było po ich twa­rzach, że zaczy­nają robić się na serio złe, ale Erin miała to gdzieś. Lucas tym­cza­sem roz­glą­dał się za innym wol­nym sto­li­kiem. Jak na złość wszyst­kie wyglą­dały na zajęte. Zeszli na śnia­da­nie na ostat­nią chwilę, czyli tak jak więk­szość uczniów. Kolejna afera wisiała w powie­trzu.

Z pomocą przy­szła im nie­spo­dzie­wa­nie niska dziew­czyna z ciem­nymi wło­sami i z butelką krwi w dłoni.

– Chodź­cie usiąść ze mną – rzu­ciła.

Miała uprzejmy wyraz twa­rzy i pogodny głos, ale było w nim także coś sta­now­czego. Spoj­rzała pro­sto na Erin z miną nie­zno­szącą sprze­ciwu, a ona kiw­nęła głową wła­ści­wie odru­chowo, zupeł­nie zasko­czona.

Napię­cie opa­dło, tak samo jak uwaga gapiów. Paczka przy­ja­ciół ruszyła posłusz­nie za Wam­pi­rzycą, zosta­wia­jąc wredną grupę bez słowa.

Dopiero kiedy zajęli miej­sca przy jed­nym z więk­szych sto­li­ków nie­da­leko okien, Erin zdała sobie sprawę, że koja­rzy ich nową zna­jomą – to była Uprzejma Wam­pi­rzyca, która pomo­gła jej kie­dyś na kory­ta­rzu w swoim brac­twie – i przy­po­mniała, że nie wszy­scy tam są fanami Micha­ela!

– Jestem Sofía – przed­sta­wiła się teraz z uśmie­chem. – A to jest moja osoba part­ner­ska, Lux, ale obec­nie nie ma ochoty na inte­rak­cje spo­łeczne.

Ski­nie­niem głowy wska­zała jasno­włosą osobę z onyk­so­wym iden­ty­fi­ka­to­rem na odsło­nię­tych oboj­czy­kach, która sie­działa obok i w mil­cze­niu kon­su­mo­wała słodką bułkę. Tatiana zapa­łała do niej natych­mia­stową sym­pa­tią.

Jak się oka­zało, Uprzejma Wam­pi­rzyca Sofía była z pią­tego roku i miała tak naprawdę już dwa­dzie­ścia jeden lat, cho­ciaż wyglą­dała oczy­wi­ście na mniej. Biła od niej doj­rza­łość pomie­szana z ser­decz­no­ścią. Szybko dała im znać, że wcale nie zamie­rza się opo­wia­dać po któ­rejś ze stron prze­sad­nie dra­ma­tycz­nego szkol­nego sporu.

– Casta­law po pro­stu mnie cza­sem wku­rza – przy­znała, kiedy Lucas dopy­tał, czemu im w takim razie pomo­gła. – Tra­fi­łam do Mal­la­roy rok wcze­śniej niż on i wierz­cie mi, dało się tu żyć bez dzie­dzica Kró­lew­skiej Krwi. Ale teraz już nikt w to nie wie­rzy. Rody są nam potrzebne do bez­piecz­nego nie­ży­cia, prawda, ale prze­cież nie zna­czy to, że trzeba się codzien­nie kła­niać przed jakimś blon­da­sem! No, ale połowa mojego brac­twa nagle uznała, że tak powinno być. To takie… nie­doj­rzałe. – Pokrę­ciła głową z pobła­ża­niem, pocią­ga­jąc łyk krwi ze szkla­nej butelki.

Keith uśmiech­nął się sze­roko.

– Dzię­kuję! Ktoś wresz­cie powie­dział to na głos! – stwier­dził ura­do­wany.

Wam­piry miały swój świat i swoje zasady, które inne rodzaje powinny sza­no­wać, jeśli chciały, by ich wła­sne też sza­no­wano. Nie było jed­nak sekre­tem, że archa­iczna monar­chia budziła powszechny nie­smak. Może prze­łknąć ją było łatwiej na innych kon­ty­nen­tach, gdzie za dzie­dzica nie robił nadęty drań.

Towa­rzy­stwo Sofíi i Lux oka­zało się bar­dzo przy­jemne i jedzone pospiesz­nie śnia­da­nie można było uznać za udane. Erin roz­pra­szał jed­nak fakt, że wiele osób zer­kało w ich stronę. Wczo­raj­sze spo­licz­ko­wa­nie Casta­lawa spra­wiło, że nie­któ­rzy poka­zy­wali ją sobie pal­cami, plot­ku­jąc przy swo­ich sto­li­kach, a chi­choty i miny temu towa­rzy­szące nie zawsze były życz­liwe. Te szepty były dla niej bar­dziej dotkliwe niż bez­po­śred­nie ataki Casta­lawa. Ude­rzały zewsząd, wzmoc­nione jej wła­sną para­noją oraz kom­plek­sami. Pew­nie jej wygląd też pod­le­gał suro­wym oce­nom. Mogła się przy­naj­mniej lepiej ubrać albo sta­ran­niej nało­żyć korek­tor na twarz…

No i był jesz­cze Michael. Michael Casta­law rów­nież się na nią gapił, z tym swoim per­fid­nym uśmie­chem na ustach. Nie patrzyła oczy­wi­ście w jego stronę, ale i tak wie­działa. Czuła, jak wzrok błę­kit­nych oczu wypala jej dziurę w ple­cach.

No i to by było na tyle, jeśli cho­dzi o trzy­ma­nie głowy nisko i nie­przy­cią­ga­nie kło­po­tów.

***

– Gapisz się – mruk­nął Jasper, nie przej­mu­jąc się spe­cjal­nie mor­der­czym spoj­rze­niem, jakie posłał mu w odpo­wie­dzi Michael.

Pamela prych­nęła, uda­jąc, że ją także ziry­to­wał Jasper. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak zło­ściło ją to, że Michael rze­czy­wi­ście się gapił. Mniej lub bar­dziej osten­ta­cyj­nie, ale jego spoj­rze­nie wędro­wało co chwila w stronę Lan­ford i jej żało­snych przy­ja­ciół, od kiedy tylko poja­wili się w jadalni.

Lider miał dzi­siej­szego ranka wyśmie­nity humor. Przede wszyst­kim dla­tego, że Jasper zadbał, by nie zoba­czył napisu na ścia­nie w sali bilar­do­wej. Z pew­no­ścią infor­ma­cja ta dotrze do Casta­lawa, nim dzień się skoń­czy, ale w ten spo­sób mogli liczyć cho­ciaż na spo­kojny pora­nek.

Pamela, która była kró­lową plo­tek i wie­działa już o wszyst­kim, zde­cy­do­wa­nie nie popie­rała ukry­wa­nia prawdy przed Micha­elem.

– Chcę sie­dzieć rano przy stole, który na­dal jest w jed­nym kawałku – wyja­śnił Jasper ze znu­że­niem, kiedy na osob­no­ści zarzu­ciła mu kłam­stwo.

To była jedna z wielu róż­nic pomię­dzy nimi: Pamela gotowa była paść przed Micha­elem na kolana, pod­czas gdy Jasper mógł co naj­wy­żej opaść na jego kanapę, żeby zagrać w gry wideo.

Sie­dzieli więc teraz przy swoim sto­liku w jadalni i Michael miał wyśmie­nity humor. Cała elita wspól­nie przy­glą­dała się z daleka sytu­acji, w jakiej zna­la­zła się paczka iry­tu­ją­cych zna­jo­mych iry­tu­ją­cej Zmien­no­kształt­nej. Casta­law nawet stąd widział, jak Lan­ford zaci­ska usta, i był pewien, że jej oczy wypeł­niają się gnie­wem. Piękny widok.

Patrzył, jak jeden z jej żało­snych kum­pli stara się ją deli­kat­nie odcią­gnąć i jak drugi gada coś idio­tycz­nego. Jakby to mogło cokol­wiek wskó­rać. Prych­nął, kiedy paczka wresz­cie zre­zy­gno­wała i powle­kła się usiąść gdzie indziej, w towa­rzy­stwie Wam­pi­rzycy, któ­rej imię oczy­wi­ście znał, bo taki był jego kró­lew­ski obo­wią­zek, ni­gdy jed­nak by się do tego nie przy­znał. Być może i z nią trzeba będzie zro­bić porzą­dek. Na razie jed­nak upił łyk krwi i odwró­cił się do swo­ich towa­rzy­szy.

– Ktoś wie, kto to jest? – zapy­tał, ruchem głowy wska­zu­jąc grupę, która tak osten­ta­cyj­nie pod­sia­dła Lan­ford i jej przy­ja­ciół. Wszy­scy wzru­szyli ramio­nami, więc chło­pak wes­tchnął ciężko.

– Dowiedz się – pole­cił, patrząc na Pamelę.

To nie było tak, że jej nie lubił. Jed­nak niczym mu nie impo­no­wała i sta­wała się męcząca, z tą prze­sa­dzoną sło­dy­czą i cią­głym uda­wa­niem kogoś, kim nie była. Naj­chęt­niej w ogóle by się z nią nie zada­wał, ale Pay­to­no­wie byli bli­skimi sojusz­ni­kami Casta­la­wów i ich dzie­dzice powinni być widy­wani publicz­nie razem. Skoro już więc tu sie­działa, mogła się na coś przy­dać.

– Niech przyjdą wie­czo­rem do sali bilar­do­wej, chcę z nimi zagrać – pole­cił Michael, raz jesz­cze zer­ka­jąc na nie­znaną, choć naj­wy­raź­niej wierną mu grupę.

Cza­ro­dzieje zdo­byli pierw­szeń­stwo do sali, nie mieli jej jed­nak zupeł­nie na wyłącz­ność. W tygo­dniu szkol­nym póź­nym wie­czo­rem zazwy­czaj tylko nie­po­trze­bu­jące snu Wam­piry miały czas na zabawę, nie powinno być więc pro­blemu z wol­nym sto­łem.

Pamela uśmiech­nęła się paskud­nie, po czym wstała z miej­sca. Odrzu­ciła do tyłu lśniące, czarne, ide­al­nie równo obcięte włosy, wygła­dziła obci­słą spód­niczkę i ruszyła przed sie­bie, stu­ka­jąc obca­sami. Za nią zerwały się Mandy i Becky – dwie wierne pomoc­niczki, które cza­sem nazy­wała zna­jo­mymi.

Chri­sto­pher kon­se­kwent­nie igno­ro­wał wszystko naokoło, sku­pia­jąc się na dru­giej już butelce krwi. Za to Jasper uśmiech­nął się lekko, choć bez prze­ko­na­nia, odpro­wa­dza­jąc Pamelę wzro­kiem. Wie­dział dobrze, co Michael pla­no­wał. Chciał publicz­nie wyna­gro­dzić osoby, które doku­czyły Lan­ford, żeby szybko naro­dzili się ich naśla­dowcy.

Zer­k­nął na przy­ja­ciela, ale ten patrzył już gdzie indziej: znowu na Aleę Lan­ford. Jasper też na nią spoj­rzał i zasta­no­wił się, jak silna jest w rze­czy­wi­sto­ści i ile będzie w sta­nie wytrzy­mać.

***

Wszy­scy powinni się spie­szyć na poranne zaję­cia, ale zamiast tego w holu inter­natu zebrał się tłum. Ucznio­wie gro­ma­dzili się po obu stro­nach drzwi pro­wa­dzą­cych na dzie­dzi­niec, gdzie znaj­do­wały się wiel­kie tablice ogło­sze­niowe umiesz­czone za szkłem.

– Aleo, roz­wie­szono listy! – obwie­ściła Lizzy z entu­zja­zmem, któ­rego nikt nie powi­nien mieć tak wcze­śnie rano.

– Jakie listy? – Erin zmarsz­czyła brwi. – O co cho­dzi?

– O Test Samo­kon­troli, jak mnie­mam – mruk­nęła Tatiana. Wszy­scy przy­sta­nęli kawa­łek za tłu­mem. – Wam­piry prze­cho­dzą je w momen­cie przy­ję­cia do szkoły, pierw­szo­roczni Cza­ro­dzieje skoń­czyli swoje chyba tydzień temu. Od dziś jest kolej na nowych Zmien­no­kształt­nych.

Lizzy poki­wała głową, sze­roko uśmiech­nięta, tym­cza­sem Erin zamarła, czu­jąc nagły ucisk stra­chu w żołądku.

Test Samo­kon­troli. O cho­lera.

Jasne, dla Lizzy było to pew­nie eks­cy­tu­jące wyda­rze­nie, bo kiedy ona prze­cho­dziła swój test na pierw­szym roku, nie miała się czego bać. Dora­stała w rodzi­nie Zmien­no­kształt­nych, prze­szła prze­mianę dość wcze­śnie i w dodatku jej pierw­sza forma oka­zała się od razu wła­ściwą. Dosko­nale pano­wała nad swo­imi zdol­no­ściami, a ponie­waż miała w Mal­la­roy star­szego brata, wie­działa też zawsze, czego się spo­dzie­wać.

Zresztą żaden sen­tu­ralny nie musiał się bać – naj­gor­sze, co mogło ich spo­tkać po obla­niu Testu Samo­kon­troli, to przy­mu­sowe zapi­sa­nie na zaję­cia z samo­kon­troli. Sytu­acja wyglą­dała nieco ina­czej w przy­padku kogoś, kto był czło­wie­kiem i pod­szy­wał się pod sio­strę bliź­niaczkę na prośbę jakiejś super-duper waż­nej (ale chyba sekret­nej) orga­ni­za­cji poli­tycz­nej. Tak się skła­dało, że Erin znała jedną taką osobę.

Kosmo­sie, nawet nie zauwa­żyła, jak mocno Mal­la­roy ją wessało. Gry, przy­jaź­nie, kłót­nie, kary… Zaczęła żyć z dnia na dzień, nie­siona przez burz­liwe emo­cje i eks­cy­tu­jące wyda­rze­nia. Przy­zwy­cza­iła się już nawet do reago­wa­nia na imię Alea. I to do tego stop­nia, że nie wytrą­cało jej to z roz­mowy. Nie zapo­mniała, że jest czło­wie­kiem, ale stra­ciła czuj­ność.

Wszystko przez to, że róż­nice mię­dzy rodza­jami wcale nie były tak odczu­walne, jak mogłoby się wyda­wać. Kiedy sie­działa na lek­cjach fizyki lub angiel­skiego, nie miało zna­cze­nia, kto ma jakiego koloru iden­ty­fi­ka­tor. Wszy­scy byli przede wszyst­kim nasto­lat­kami: mło­dymi oso­bami szu­ka­ją­cymi roz­rywki, męczą­cymi się z zada­niami domo­wymi i prze­kli­na­ją­cymi poranne wsta­wa­nie. W szkol­nej spo­łecz­no­ści naj­bar­dziej odsta­wały te Wam­piry, które były wyjąt­kowo mało empa­tyczne, oraz ci Łowcy, któ­rych cecho­wała prze­ra­ża­jąca wręcz prak­tycz­ność, ale w ich brac­twach także nie bra­ko­wało osób zupeł­nie zwy­czaj­nych. Ponie­waż każdy był inny, wszy­scy sta­wali się w pew­nym stop­niu tacy sami.

Erin nie czuła się tu już obco. Wręcz prze­ciw­nie: zna­la­zła w Mal­la­roy swoje miej­sce, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo nie­praw­do­po­dob­nie to brzmiało. To zde­cy­do­wa­nie zła­go­dziło jej lęk przed zde­ma­sko­wa­niem.

Teraz nagle strach powró­cił ze zdwo­joną siłą.

– Jesteś tam? – Keith pstryk­nął pal­cami przed nosem Erin i dziew­czyna powró­ciła na zie­mię, ale ręce trzę­sły się jej nie­znacz­nie.

– Dla­czego ja o tym zapo­mnia­łam?! – wypa­liła nie­na­tu­ral­nie wyso­kim gło­sem, na gra­nicy paniki.

– Jeśli mie­li­by­śmy zro­bić listę powo­dów… – zaczęła pesy­mi­stycz­nie Tatiana, ewi­dent­nie nie zamie­rza­jąc koń­czyć zda­nia.

Oba Wil­ko­łaki wyszcze­rzyły się, wyła­pu­jąc żart mimo jej poważ­nego tonu.

– Myśla­łam, że wiesz! – jęk­nęła tym­cza­sem Lizzy. – Może nie masz dzi­siaj… – dodała i porzu­ciła przy­ja­ciół, by spraw­dzić listę.

Erin przez chwilę myślała, że kolana się pod nią ugną (nie myliła się). Strach stał się widoczny na jej twa­rzy, co nie uszło uwa­dze Lucasa. Chło­pak zmarsz­czył brwi, nie do końca rozu­mie­jąc, czemu stan­dar­dowy test wywo­łuje w niej aż tak wiel­kie emo­cje.

Lizzy prze­ci­snęła się przez tłum z powro­tem w ich stronę.

– O każ­dej peł­nej godzi­nie piątka uczniów musi się sta­wić pod gabi­ne­tem Rady! – oświad­czyła odro­binę zdy­szana. – Al, ty jesteś wpi­sana na czter­na­stą!

– Dzi­siaj?! – Erin zaczęły pocić się dło­nie, kiedy liczyła w myślach, ile godzin zostało do czter­na­stej. – Dla­czego moja kolej jest tak wcze­śnie…? – zapy­tała lekko zachryp­nię­tym od emo­cji gło­sem. Była na trze­cim roku i miała nazwi­sko na L. Kosmos nie mógł być aż tak wredny.

– Kolej­ność jest losowa, bo ele­ment zasko­cze­nia dodaje real­no­ści – wyja­śniła Tatiana spo­koj­nie.

– Lista na każdy dzień poja­wia się dopiero rano! – potwier­dziła entu­zja­stycz­nie Lizzy.

Poprawka: Kosmos mógł i był aż tak wredny.

Erin chwilę roz­glą­dała się dookoła, pró­bu­jąc uspo­koić pędzące myśli. Musiała wziąć się w garść i zna­leźć odpo­wiedź na jedno ważne pyta­nie: czy Test Samo­kon­troli wyma­gał prze­miany w zwie­rzę? Jeśli tak, to pój­dzie na dno w zawrot­nym tem­pie i pocią­gnie za sobą praw­dziwą Aleę Lan­ford.

Już otwie­rała usta, żeby dowie­dzieć się tego od przy­ja­ciół, ale ich uwagę odcią­gnął Lucas.

– Twój Łowca się zbliża, Tatiano – ostrzegł z nieco łobu­zer­skim uśmie­chem.

Wszy­scy sta­nęli bar­dziej pro­sto, bo sam widok Diego pro­wo­ko­wał do przy­bra­nia nie­na­gan­nej postawy. Tatiana nie odwró­ciła się i spró­bo­wała zacho­wać obo­jętny wyraz twa­rzy. Przez chwilę jej się to nawet uda­wało, potem silna ręka objęła ją nagle w talii. W ciem­nych oczach Zmien­no­kształt­nej bły­snęło zasko­cze­nie, zaraz po nim zmie­sza­nie z domieszką zado­wo­le­nia. Łowca przy­cią­gnął ją deli­kat­nie bli­żej sie­bie i oto­czył ją zapach świe­żego pra­nia i zna­jo­mego już dez­odo­rantu.

Gest był… nad wyraz oczy­wi­sty. Zwłasz­cza jak na tego kon­kret­nego, wyjąt­kowo powścią­gli­wego i poważ­nego chło­paka. Wszy­scy nagle zaczęli wyglą­dać na nie­zwy­kle zaab­sor­bo­wa­nych wła­snymi butami lub sufi­tem. Tatiana odwró­ciła głowę i posłała Diego kar­cące spoj­rze­nie. Odpo­wie­dział jej cie­niem zaczep­nego uśmie­chu. Spró­bo­wała sub­tel­nie wyplą­tać się z jego objęć, jed­nak z mar­nym skut­kiem.

Nie­zręczna cisza na chwilę wybiła Erin z rytmu roz­pa­czy.

– Spóź­nia­cie się na pierw­sze zaję­cia – oznaj­mił bez­na­mięt­nym tonem Łowca, na­dal patrząc tylko na Tatianę.

– Tak jak połowa szkoły… – zauwa­żył Lucas, zer­ka­jąc na tłum kłę­biący się wciąż pod tabli­cami ogło­sze­nio­wymi. Powie­dział to jed­nak cicho i bez prze­ko­na­nia, bo powaga Diego wszyst­kich ich nieco onie­śmie­lała.

– Alea ma dziś Test Samo­kon­troli! – pal­nęła Lizzy ner­wowo i prze­sad­nie gło­śno, pró­bu­jąc jakoś ich uspra­wie­dli­wić. Albo może po pro­stu roz­ła­do­wać napię­cie.

Roz­pacz powró­ciła.

Diego prze­niósł wzrok na Erin i dziew­czyna zadrżała lekko. Łowca miał zdol­ność zacho­wy­wa­nia emo­cji dla sie­bie, przez co wyraz jego twa­rzy wyda­wał się cał­ko­wi­cie obo­jętny. Powinno to wzbu­dzać rów­nie neu­tralne reak­cje, u Erin jed­nak zawsze wywo­ły­wało stres. Może dla­tego, że nosiła w sobie wiele nie­wy­god­nych sekre­tów, a on zda­wał się zawsze prze­glą­dać wszyst­kich na wylot.

– Nie masz się czego bać – ode­zwał się wresz­cie Diego, zaska­ku­jąc zebra­nych. Mimo bez­na­mięt­nego tonu brzmiało to bowiem jak próba doda­nia otu­chy. Chło­pak chyba nie dostrzegł w oczach Erin całej sterty kłamstw, wyła­pał za to panikę. Praw­do­po­dob­nie czuł też jakąś potrzebę oka­zy­wa­nia im uprzej­mo­ści ze względu na swoje uczu­cia wobec Tatiany. – Jeśli nie zmie­nisz się w zwie­rzę pod wpły­wem emo­cji, zdasz. Jeśli nie zdasz, zosta­niesz zapi­sana na zaję­cia, gdzie otrzy­masz szko­le­nie z samo­kon­troli. Żeby zmniej­szyć ryzyko przy­pad­ko­wej zmiany przy ludziach.

Ach! Bingo! Erin otrzy­mała odpo­wiedź na stre­su­jące ją pyta­nie, nim zdą­żyła je zadać. Lodo­wate palce stra­chu wypu­ściły wresz­cie jej żołą­dek z bole­snego uści­sku. Nie będzie musiała się zmie­nić w zwie­rzę. Chyba wprost prze­ciw­nie! O jeżu, była jed­nak szansa, że i ten kry­zys uda jej się prze­trwać!

Nie potra­fiła powstrzy­mać głę­bo­kiego wes­tchnie­nia ulgi. Keith przy­cze­pił się do tego dźwięku, odzy­sku­jąc uśmiech, który zbladł nieco po poja­wie­niu się Łowcy.

– Gdzie się podziała odważna dziew­czyna policz­ku­jąca lide­rów na środku szkoły, co, Al? – rzu­cił żar­to­bli­wie.

Raz jesz­cze Diego ubiegł ją, nim zdą­żyła odpo­wie­dzieć.

– To nie była odwaga, tylko głu­pota – zauwa­żył surowo. Wszy­scy na nowo uci­chli. Wszy­scy poza Tatianą, która wes­tchnęła osten­ta­cyj­nie.

– Jedno nie wyklu­cza dru­giego – zauwa­żyła ponuro, wyplą­tu­jąc się w końcu z jego uści­sku.

Przy­ja­ciele nie byli w sta­nie powie­dzieć, czy Zmien­no­kształtna broni teraz Erin, czy zaczep­nie prze­ko­ma­rza się z Diego. Ona i jej Łowca mieli swój wła­sny, pół­niemy spo­sób komu­ni­ko­wa­nia się, któ­rego nikt inny nie poj­mo­wał.

– Ale z tym spóź­nie­niem to on miał rację… – zauwa­żyła nie­śmiało Lizzy. Tłum znacz­nie się prze­rze­dził.

Ruszyli w stronę dzie­dzińca wspól­nie, jed­nak już po kilku kro­kach Tatiana i Diego zostali nieco w tyle. Keith już zamie­rzał odwró­cić się i ich pospie­szyć, ale Lizzy szturch­nęła go i pokrę­ciła sub­tel­nie głową. Dali więc parze spo­kój, zosta­wia­jąc ich samych, nikt nie sko­men­to­wał tego na głos, ale nie omiesz­kali wymie­nić mię­dzy sobą zna­czą­cych spoj­rzeń.

***

– Moi zna­jomi się cie­bie boją. – Tatiana pod­nio­sła oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie na Diego.

Łowca wzru­szył ramio­nami.

– To dobrze – oznaj­mił bez­na­mięt­nie. – Może prze­staną cię wcią­gać w kło­poty.

– Też mia­łeś karę.

– Przez cie­bie, Len­nox.

Chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu. Tatiana nie­spe­cjal­nie zga­dzała się z jego oceną odpo­wie­dzial­no­ści, ale nie zamie­rzała się kłó­cić. Dzie­dzi­niec pusto­szał w zawrot­nym tem­pie, bo było już po dzwonku. Oni wciąż stali w miej­scu.

W spo­sób, o któ­rym nie nale­żało wspo­mi­nać, Tatiana pozy­skała plan lek­cji Diego i wie­działa, że zaczyna on dzi­siaj zaję­cia dopiero o dru­giej. Kusiło ją, żeby omi­nąć wła­sną histo­rię sen­tury i spę­dzić okienko w jego towa­rzy­stwie. Oczy­wi­ście Łowca wcale nie musiał wie­dzieć, że poświęca z jego powodu dobrą fre­kwen­cję. Może dzi­siaj wyjąt­kowo odwo­łali jej pierw­sze zaję­cia? Brzmiało to cał­kiem wia­ry­god­nie. Nie takie rze­czy się zda­rzały.

Odpły­nęła nie­chcący myślami w stronę tego nie­win­nego kłam­stewka i Diego prze­su­nął deli­kat­nie pal­cem po jej pod­bródku, by przy­wo­łać jej uwagę.

– Mar­twisz się o Aleę? – zapy­tał, błęd­nie odczy­tu­jąc jej minę.

Pokrę­ciła głową, tym samym zmu­sza­jąc go, by zabrał dłoń. Prze­su­nął ją teraz na talię dziew­czyny.

– Jak jej się nie uda, to będzie cho­dzić na zaję­cia i tyle. To nor­malne. Wielu oso­bom się nie udaje – zauwa­żyła z cha­rak­te­ry­styczną ponurą nutą w gło­sie. Nie była z nim jed­nak do końca szczera.

Nie uszło jej uwa­dze, że cza­sem zwy­kłe zda­nie czy komen­tarz potra­fią wywo­łać u upar­tej, odważ­nej Alei nie­uza­sad­nioną ner­wo­wość. Cała sprawa cza­sem Tatianę nie­po­ko­iła. W połą­cze­niu z dzi­waczną histo­rią ze zdję­tym iden­ty­fi­ka­to­rem na początku roku… Cóż. Alea Lan­ford albo coś przed nimi ukry­wała, albo miała talent do two­rze­nia pro­ble­mów tam, gdzie ich nie powinno być. Tak czy ina­czej, Tatiana miała złe prze­czu­cia. Nie zamie­rzała jed­nak zdra­dzać sekre­tów przy­ja­ciółki, wolała więc w ogóle nie poru­szać tego tematu z Diego.

Łowca przy­glą­dał się jej cały czas, ale teraz w jego czar­nych oczach poja­wiła się czuj­ność. Wyglą­dało na to, że oboje musieli pła­cić pewną cenę za podo­bień­stwa, które postrze­gali w sobie nawza­jem jako atrak­cyjne: byli cisi, ale prze­ni­kliwi i zawsze zwra­cali uwagę na szcze­góły.

– Ten test jest po pro­stu paskudny, wiesz? – rzu­ciła wresz­cie mar­kot­nie Tatiana, pró­bu­jąc zamknąć temat. – Ni­gdy nie musia­łeś przez to prze­cho­dzić. Nie wiesz, jak to jest.

– Ty oczy­wi­ście zda­łaś za pierw­szym razem. – Diego oświad­czył, zamiast zapy­tać. Dłoń leżąca wciąż na jej talii zaci­snęła się lekko w intym­nym geście uzna­nia. – Jak było?

– Paskud­nie – powtó­rzyła z upo­rem, ale tym razem nie powstrzy­mała deli­kat­nego uśmie­chu.

Poca­ło­wał ją wolno i spo­koj­nie. Wie­działa dokład­nie, co się szy­kuje, ale i tak wyda­wało jej się to nie­spo­dzie­wane. Mieli za sobą ponad mie­siąc wspól­nej nauki, pół­ran­dek i dłu­gich roz­mów, ale wciąż każdy poca­łu­nek zaska­ki­wał ją tak samo.

Jakiś czas temu uznała, że zwią­zek nie jest dla niej, bo nie potrafi sobie wyobra­zić wspól­nego spę­dza­nia z kimś czasu. Wystar­czyło kilka godzin w towa­rzy­stwie innych osób i już czuła się emo­cjo­nal­nie wyczer­pana, tęsk­niąc za chwilą samot­no­ści. Cią­gle nie mogła uwie­rzyć, że obec­ność Diego nie męczy jej ani tro­chę.

– Lepiej już idź – mruk­nął Łowca cicho, gdy wresz­cie się roz­dzie­lili. – Jesteś spóź­niona na histo­rię sen­tury.

Poca­ło­wał ją w czoło i odszedł. Tatiana poczuła gorąco wybu­cha­jące na policz­kach, ale pod­nio­sło ją nieco na duchu, że nie tylko ona znała cudzy plan na pamięć.

***

Jedyne, o czym Erin potra­fiła myśleć w cza­sie poran­nych zajęć, to Test Samo­kon­troli. To, że sie­działa w kla­sie bez wspar­cia zna­jo­mych, bo tego ranka ich plany zupeł­nie się nie pokry­wały, by­naj­mniej nie poma­gało.

Co godzinę przez radio­wę­zeł wzy­wane były wyty­po­wane osoby. Za każ­dym razem Erin zale­wała nowa fala zim­nego potu, choć dosko­nale wie­działa, kiedy ma nadejść jej kolej. Gdy wresz­cie usły­szała wła­sne nazwi­sko (i imię sio­stry), jej żołą­dek i tak ści­snął się bole­śnie. Zachwiała się lekko, wsta­jąc z miej­sca, i ruszyła w stronę sekre­ta­riatu, przez który wcho­dziło się do gabi­netu Rady Dyrek­to­rów.

Przy drzwiach Erin spo­tkała dwójkę innych Zmien­no­kształt­nych. Sekre­tarka Saman­tha powi­tała ich jedy­nie zło­wro­gim łyp­nię­ciem, popra­wia­jąc grube oprawki oku­la­rów. Ich inten­sywny fio­let pod­kre­ślał fioł­kowe dro­binki w jej jasno­sza­rych oczach.

– Macie to wypić – ode­zwała się swoim ropu­cho­wa­tym gło­sem, wska­zu­jąc pal­cem na nie­wiel­kie papie­rowe kubeczki sto­jące na kon­tu­arze przed jej biur­kiem. Wyraz jej twa­rzy mówił jasno, że byłaby znacz­nie szczę­śliw­sza, gdyby ich tu nie było. – I nie odzy­wać się ani sło­wem!

Dwie inne osoby sie­działy już grzecz­nie na wąskiej ławeczce pod ścianą. Erin popa­trzyła na nie ner­wowo, potem wymie­niła nie­pewne spoj­rze­nia z tymi, któ­rzy wkro­czyli do pomiesz­cze­nia wraz z nią. Nic nie inte­gruje w szkole bar­dziej niż nie­pew­ność.

Sekre­tarka mruk­nęła coś nie­wy­raź­nie, po czym powtó­rzyła już gło­śniej:

– Pić. Do dna. I ani słowa. Pod­kre­ślam, potem ani słowa! Jeśli po wypi­ciu zacznie­cie gadać, to cały efekt się zmar­nuje. No, raz, raz! – pogo­niła ich i na nowo utkwiła wzrok w moni­to­rze kom­pu­tera, pozo­sta­wia­jąc uczniów samych sobie.

Erin nie­pew­nie się­gnęła po papie­rowy kube­czek, po czym zaj­rzała do środka. Jego zawar­tość sta­no­wił prze­zro­czy­sty płyn, który mie­nił się per­ło­wym bla­skiem w dziw­nym świe­tle. Pochy­liła się nad nim nie­pew­nie i ude­rzył ją zapach plaży – albo raczej mokrego pia­sku. Zmarsz­czyła brwi.

Picie podej­rza­nej sub­stan­cji było ostat­nią rze­czą, na jaką miała ochotę. Co jeśli dla ludzi jest to tru­jące?! Ta myśl poja­wiła się w jej gło­wie nagle i Erin zamarła. Tym­cza­sem chło­pak obok niej uniósł kubek w geście toa­stu, a potem wypił całą zawar­tość jed­nym hau­stem i odszedł do pozo­sta­łych, w mil­cze­niu opie­ra­jąc się o ścianę. Erin chwilę jesz­cze zwle­kała, było jed­nak jasne, że nie ma już jak wykrę­cić się z tej sytu­acji. Zamknęła oczy, wstrzy­mała oddech i wlała sobie ciecz do ust.

Następ­nie o mało jej nie wypluła.

W kubku płyn wyda­wał się nie­wiele gęst­szy od wody, ale w jej ustach nabrał kon­sy­sten­cji gęstego żelu. Nie miał prak­tycz­nie żad­nego smaku, był jed­nak dzi­wacz­nie chłodny, a jego odstrę­cza­jąca kon­sy­sten­cja spra­wiła, że dziew­czyna wzdry­gnęła się dwa razy, zanim udało jej się prze­łknąć. Kiedy to wresz­cie zro­biła, rozej­rzała się dookoła nie­pew­nie, w oba­wie że wszystko zacznie wiro­wać. Jed­nak nic takiego się nie wyda­rzyło.

Chwilę poświę­ciła na pozby­cie się dziw­nej, żelo­wej sub­stan­cji z języka, po czym wyrzu­ciła kube­czek do śmiet­nika i przy­sia­dła obok innych.

Ten etap prze­trwała. No i co dalej?

Jakby w odpo­wie­dzi na jej pyta­nie w drzwiach gabi­netu poja­wił się Bene­dict Alard i zanim kto­kol­wiek zdą­żył choćby spoj­rzeć w jego stronę, uniósł ostrze­gaw­czo dłoń.

– Nic nie mówić! – zaalar­mo­wał, po czym usa­tys­fak­cjo­no­wany ciszą, ski­nął im głową na powi­ta­nie. Uśmiech­nął się też, już spo­koj­niej, i zer­k­nął na trzy­maną w ręku listę.

– Ban­dini? – wyczy­tał pierw­sze nazwi­sko i znów dodał szybko: – Nic nie mów!

Ciem­no­włosa dziew­czyna z iden­ty­fi­ka­to­rem roz­tar­tym na kości policz­ko­wej pod­nio­sła się z ławeczki z lekko zmarsz­czo­nymi brwiami. Oboje zaraz znik­nęli w gabi­ne­cie.

Erin Lan­ford pozo­stało cze­kać. I cze­kać. I cze­kać… Przez zakaz otwie­ra­nia ust pozo­stali ucznio­wie nie mogli nawet roz­ła­do­wać napię­cia jakąś głu­pią roz­mową o pogo­dzie. Zamiast tego cisnęli się wszy­scy w rogu sekre­ta­riatu, mniej lub bar­dziej zestre­so­wani.

Erin zde­cy­do­wa­nie nale­żała do tych bar­dziej.

Wresz­cie drzwi otwo­rzyły się ponow­nie i ciem­no­włosa Zmien­no­kształtna opu­ściła gabi­net. Wyglą­dała… nie­po­ko­jąco. Była potar­gana, miała wypieki na policz­kach i lekko załza­wione oczy. Erin zemdliło na ten widok.

Co oni jej tam zro­bili?!

– Lan­ford – wyczy­tał Bene­dict Alard i pod­niósł wzrok na Erin.

Ewi­dent­nie pamię­tał ją z powodu kary. Dziew­czyna nie mogła się ruszyć z miej­sca. Nie cho­dziło o to, że nie chciała. Nogi po pro­stu odma­wiały jej posłu­szeń­stwa. Otwo­rzyła sze­rzej oczy, roz­pacz­li­wie licząc, że zie­mia się roz­stąpi i ją pochło­nie. Była czło­wie­kiem. Była cho­ler­nym czło­wie­kiem i Mal­la­roy to ostat­nie miej­sce, w jakim powinna się zna­leźć!

– Aleo – powtó­rzył pro­fe­sor z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie ser­decz­no­ścią. – Nic ci się nie sta­nie. – Kiw­nął na nią zachę­ca­jąco ręką i zaraz szybko dodał znowu: – Tylko pro­szę, nic nie mów.

Erin wresz­cie udało się ruszyć z miej­sca i powlo­kła się do gabi­netu z ser­cem walą­cym w klatce pier­sio­wej tak gło­śno, że z pew­no­ścią wszy­scy w pomiesz­cze­niu mogli je usły­szeć. Przy­naj­mniej tak jej się zda­wało.

W gabi­ne­cie za biur­kiem cze­kała Lucille Lan­der­son, odro­binę przy­gar­biona. Uśmiech­nęła się lekko na widok dziew­czyny i pomarsz­czoną dło­nią wska­zała jej miej­sce na jed­nym z foteli. Bene­dict Alard oparł się o zamknięte drzwi, pogodny, choć też wyraź­nie zmę­czony.

Erin usia­dła, roz­glą­da­jąc się ner­wowo dookoła. Nie dostrze­gła żad­nych narzę­dzi tor­tur, co było cał­kiem dobrą wia­do­mo­ścią. Nie żeby się ich spo­dzie­wała, ale z dru­giej strony…

– Roz­pocz­niemy teraz twój Test Samo­kon­troli – oznaj­miła pro­fe­sor Lan­der­son spo­koj­nie. Erin po raz kolejny poczuła zasko­cze­nie, jak silny głos ma ta kru­cho wyglą­da­jąca sta­ruszka. – Napój, który przy­ję­łaś, znacz­nie wzmocni prze­ży­wane przez cie­bie emo­cje, kiedy tylko zaczniesz mówić. W ten spo­sób spraw­dzimy, czy mimo wewnętrz­nego roz­chwia­nia jesteś zdolna utrzy­mać prze­mianę pod kon­trolą. Jeśli zacho­wasz ludzką formę przez cały czas trwa­nia testu, zosta­niesz zwol­niona z obo­wiązku uczęsz­cza­nia na lek­cje Samo­kon­troli. Zawsze jed­nak możesz zapi­sać się na nie dobro­wol­nie. Jeśli silne emo­cje spo­wo­dują u cie­bie nie­kon­tro­lo­waną trans­for­ma­cję, zosta­niesz zapi­sana na Samo­kon­trolę i pod­dana testowi ponow­nie pod koniec roku szkol­nego. Celem jest oczy­wi­ście zmi­ni­ma­li­zo­wa­nie ryzyka przy­pad­ko­wej demon­stra­cji sen­tu­ral­nych zdol­no­ści na oczach ludzi. Czy wszystko jest jasne?

Erin ski­nęła nie­pew­nie głową. Zasady brzmiały dla niej bar­dzo korzyst­nie, ale stre­so­wała się i tak, bo wciąż nie była pewna, czy sub­stan­cja, którą przy­jęła, działa na ludzi tak samo jak na sen­tu­ral­nych. Wszystko wciąż mogło się źle poto­czyć. Wszystko zawsze mogło się źle poto­czyć.

Pro­fe­sor Lan­der­son odchy­liła się do tyłu, usa­da­wia­jąc wygod­niej na sze­ro­kim krze­śle.

– Zanim przej­dziemy do czę­ści testo­wej, będziesz musiała odpo­wie­dzieć na kilka pod­sta­wo­wych pytań. Wywar zacznie dzia­łać już po kilku zda­niach, bądź więc przy­go­to­wana na drobne trud­no­ści. Czy możemy zaczy­nać?

Erin kiw­nęła głową raz jesz­cze i prze­su­nęła dłońmi po udach, wycie­ra­jąc spo­cone dło­nie o dżinsy.

– Świet­nie. Powiedz, kiedy prze­mie­ni­łaś się po raz pierw­szy?

– Sie­dem­na­stego sierp­nia tego roku – odparła Erin nieco sztywno, z lek­kim nie­po­ko­jem. Dosko­nale pamię­tała ten dzień: Alea wbie­gła do ich wspól­nego pokoju z sza­loną infor­ma­cją, że zmie­niła się w kota, i od tego momentu nic już nie było takie samo.

Stara cza­ro­dziejka poki­wała wolno głową i zano­to­wała coś na kartce, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc w pełni sprawny kom­pu­ter sto­jący tuż obok.

– W jakie zwie­rzę?

– W burego kota, podob­nego do tego, który miesz­kał u sąsia­dów…

Coś zaczy­nało się dziać. Trudno było okre­ślić, co takiego. Erin była zestre­so­wana, jasne, ale teraz stres ten wypeł­nił cały żołą­dek i zaczął peł­znąć w górę po jej krę­go­słu­pie.

– Ile razy zmie­ni­łaś się od tam­tego czasu?

To brzmiało jak prze­słu­cha­nie. Jakby wie­dzieli, że zmie­niła się nie ona, ale Alea. Chcieli zła­pać ją na kłam­stwie. Czy wszystko to było jakąś wielką intrygą przy­go­to­waną spe­cjal­nie po to, by ją zde­ma­sko­wać?!

Czuła, jak stres peł­znie coraz wyżej, do jej gar­dła, i nagle wydało jej się, że nie może oddy­chać. Pokój zawi­ro­wał, jej myśli sza­lały już bez nad­zoru. Wie­dzą, o Kosmo­sie, wie­dzą!

– Cztery – wyrzu­ciła wresz­cie z sie­bie odpo­wiedź.

To było kłam­stwo. Brudne, paskudne kłam­stwo. Alea zmie­niła się dwa razy, a póź­niej stra­ciły kon­takt. Musiała jed­nak zawy­żyć liczbę, żeby brzmieć bar­dziej wia­ry­god­nie. Serce waliło jej w piersi. Odzy­skała oddech i dla odmiany wcią­gała teraz powie­trze ner­wowo: płytko i szybko, jakby wła­śnie prze­bie­gła długi dystans.

– Czy odkry­łaś swoją praw­dziwą formę?

Jasne, że tak. Czło­wiek. To jest jej praw­dziwa forma!

Na czole dziew­czyny poja­wiły się kro­pelki potu.

Nie była Zmien­no­kształtną. Była oszustką, skoń­czoną oszustką! Zro­biło jej się nagle nie­do­brze na myśl o wła­snych kłam­stwach i miała ochotę uka­rać samą sie­bie za to, jak trak­to­wała przy­ja­ciół w Mal­la­roy. Nic im nie powie­działa, a oni tak bar­dzo ją wspie­rali… O tak, była naj­gor­szym czło­wie­kiem na świe­cie. Tak bez­na­dziej­nym, że nikt już ni­gdy nie powi­nien jej wyba­czyć. Świat nie potrze­bo­wał takich ludzi jak ona.

– Aleo? – Silny głos pro­fe­sor Lan­der­son wyrwał ją ze spi­rali okrut­nych myśli. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ucie­kła w głąb wła­snej głowy i nawet nie odpo­wie­działa na pyta­nie.

Ode­tchnęła głę­boko, pró­bu­jąc odzy­skać kon­trolę.

– Nie – wykrztu­siła łamią­cym się gło­sem. – Nie odkry­łam praw­dzi­wej formy.

Nagle ogar­nęła ją cie­ka­wość. Czy Alea już swoją odkryła? Chciała to wie­dzieć. Tak bar­dzo zapra­gnęła zdo­być tę infor­ma­cję, że zaci­snęła ręce na pod­ło­kiet­ni­kach fotela, gotowa wybiec z gabi­netu i roz­po­cząć próby skon­tak­to­wa­nia się z sio­strą. Musiała wie­dzieć. Musiała! Natych­miast.

Cie­ka­wość wiła się w niej jak wąż i dziew­czyna zaczęła się wier­cić w fotelu, ska­cząc wzro­kiem od ściany do ściany.

– To koniec for­mal­no­ści – oświad­czyła tym­cza­sem Cza­ro­dziejka. Zapi­sała ostat­nią rzecz na kartce i pod­nio­sła głowę, by uważ­nie przyj­rzeć się dziew­czy­nie. Erin czuła, że pro­fe­sor Alard też na nią patrzy. – Powiedz mi teraz coś o swo­ich rodzi­cach.

Nasto­latka uśmiech­nęła się nie­znacz­nie, potem sze­rzej, a po chwili szcze­rzyła się już jak idiotka na samą myśl o rodzi­cach.

– Tęsk­nię za nimi – oświad­czyła, już bez cie­nia stresu i mogłaby przy­siąc, że w powie­trzu poczuła nagle zna­jomy zapach domu. – Ale tak bez prze­sady, bo odkąd pamię­tam, wyjeż­dżali czę­sto na kon­fe­ren­cje… To zna­czy, nie żebym czuła się samotna! – Zapew­niła szybko. – Zawsze mia­łam przy sobie sio­strę. Rodzice po pro­stu lubią pra­co­wać i cza­sem bywa to wkurw… umm – zmie­szała się, bo przez nie­uwagę pra­wie prze­klęła w gabi­ne­cie dyrek­to­rów – bywa to wku­rza­jące… ale tak gene­ral­nie to są super. Zawsze nas wspie­rają. Dereka też, cho­ciaż on udaje sta­rego dziadka…

Mogłaby mówić w nie­skoń­czo­ność. Sama myśl o rodzi­nie spra­wiała, że czuła się bez­piecz­nie i kom­for­towo, a przy tym bez­tro­sko. Miała ochotę podzie­lić się śmiesz­nymi histo­riami, opo­wie­dzieć o waka­cyj­nych wyjaz­dach i ulu­bio­nych prze­pi­sach. Śmiać się ze wzru­sze­nia i wzdy­chać z lek­kiej tęsk­noty. Po chwili jej roz­wa­ża­nia powę­dro­wały jed­nak w stronę Alei i na nowo ogar­nął ją para­li­żu­jący strach. Zaczęła drżeć w mięk­kim fotelu, wyobra­ża­jąc sobie jed­no­cze­śnie dwa hor­rory: że ją tu nakryją oraz że jej sio­stra jest teraz gdzieś sama na końcu świata i wcale nie ma się dobrze.

Wszystko to zda­wało się cią­gnąć godzi­nami. Po raz pierw­szy odczuła, jak dosłowne zna­cze­nie może mieć zwrot „emo­cjo­nalny rol­ler­co­aster”. Dziwny, pach­nący pia­skiem wywar spra­wił, że każda naj­mniej­sza kro­pla emo­cji zmie­niała się w jej gło­wie w ocean i ciało zale­wały burz­liwe fale uczuć. Jakby naprawdę prze­ży­wała tu zarówno naj­wspa­nial­sze, jak i naj­gor­sze momenty swo­jego życia.

Pod­czas opo­wia­da­nia o Bethany wpa­dła w nie­kon­tro­lo­wany chi­chot, przy­po­mi­na­jąc sobie wszyst­kie wspólne żarty. Zapy­tana o otrzy­maną karę zaczęła mówić o Micha­elu i tym razem nie była w sta­nie powstrzy­mać siar­czy­stych prze­kleństw. Gdy padło pyta­nie o smutne wspo­mnie­nie, Erin zaczęła szlo­chać jak małe dziecko z powodu rybki, która zde­chła, kiedy ona i Alea miały po osiem lat.

Z tego wszyst­kiego zapo­mniała na chwilę, dla­czego w ogóle się tu znaj­duje. Przy­po­mniała jej o tym dopiero Lucille Lan­der­son, oznaj­mia­jąc, że dziew­czyna prze­szła Test Samo­kon­troli pomyśl­nie.

Cóż. Jeśli cho­dziło o nie­zmie­nia­nie się w zwie­rzęta, Erin była praw­dziwą pro­fe­sjo­na­listką. Mogła się nie zmie­niać nie­za­leż­nie od sytu­acji.

Bene­dict Alard podał jej kolejny, jesz­cze mniej­szy papie­rowy kube­czek z dziwną pigułką, która miała zni­we­lo­wać dzia­ła­nie żelo­wego wywaru. Prze­łknęła ją bez popi­ja­nia i przez chwilę trwali tak w trójkę w nie­zręcz­nym mil­cze­niu. Nauczy­ciele nie zamie­rzali jej bowiem wypu­ścić, dopóki w pełni nie ochło­nie.

Opu­ściła gabi­net potar­gana i zaczer­wie­niona, na chwiej­nych nogach.

Zatrzy­mała się za zakrę­tem kory­ta­rza, gdzie aku­rat nikogo nie było. Dopiero w samot­no­ści, z dala od gabi­netu Rady, poczuła praw­dziwą ulgę. Wzięła głę­boki oddech i wypusz­cza­jąc powie­trze, oparła się o chłodną ścianę, przy­my­ka­jąc na chwilę oczy.

Udało się. Prze­żyła. Po raz kolejny naja­dła się stra­chu, ale wciąż była w Mal­la­roy i nikt nie odkrył jej sekretu.

Pra­wie usły­szała łomot kamie­nia, który spadł z jej serca.

***

Alea miała wra­że­nie, że obiek­tyw kamery obser­wuje ją czuj­nie, niczym oko żywej istoty. Wie­działa, że to irra­cjo­nalna myśl wywo­łana przez stres, nie zatrzy­mało to jed­nak dresz­czy, które prze­bie­gły po jej ple­cach.

Bała się. Wście­kłość wez­brała i odpły­nęła niczym fala, pozo­sta­wia­jąc po sobie mniej dyna­miczne, ale trwal­sze emo­cje. Gorycz i strach. W ciągu szes­na­stu lat życia zdą­żyła się już nauczyć, że o ile odczu­wać warto wiele, o tyle oka­zy­wać – już nie­ko­niecz­nie. W każ­dym razie nie zawsze. Sie­działa więc sztywno na drew­nia­nym krze­śle i przy­glą­dała się swo­jemu minia­tu­ro­wemu odbi­ciu w rogu ekranu, pró­bu­jąc spra­wiać wra­że­nie nie­wzru­szo­nej. Wycho­dziło jej to cał­kiem, cał­kiem, bo jeśli nawet nie była nie­wzru­szona, to na pewno zde­ter­mi­no­wana.

Eve opu­ściła kuch­nię, kiedy tylko usta­wiła lap­topa ze słu­chaw­kami na stole i zaini­cjo­wała połą­cze­nie. Alea była jed­nak pewna, że czają się obie z Cyn­thią gdzieś za rogiem – w otwar­tym na przed­po­kój salo­nie lub na kory­ta­rzu po dru­giej stro­nie kuchni. Nie dawały jej pry­wat­no­ści, ale jedy­nie jej ilu­zję. Wyglą­dało na to, że był to motyw prze­wodni całej ich dotych­cza­so­wej zna­jo­mo­ści.

Okno z obra­zem z cudzej kamery wresz­cie ożyło, uka­zu­jąc Mar­tina Gal­la­ghera.

Alea odkaszl­nęła ner­wowo, czu­jąc, jak pod wpły­wem prze­ni­kli­wego spoj­rze­nia sza­rych oczu wzbiera w niej zwąt­pie­nie. Wzrok męż­czy­zny nie tra­cił swo­jej prze­ni­kli­wo­ści nawet zapo­śred­ni­czony przez ekran lap­topa.

Gal­la­gher nic nie powie­dział. Nawet się nie przy­wi­tał. Włą­czył obraz i po pro­stu sie­dział w swoim słabo oświe­tlo­nym gabi­ne­cie, wpa­tru­jąc się w Aleę Lan­ford z bar­dzo czy­tel­nym roz­cza­ro­wa­niem.

Ona wytrzy­mała i jego mil­cze­nie, i jego spoj­rze­nie. On wytrzy­mał jej upór. Się­gnął poza kadr po papie­rosa, a gdy go zapa­lił, Alea mogła przy­siąc, że czuje zapach dymu.

Odkaszl­nęła raz jesz­cze, bo zaschło jej w gar­dle.

– Myśla­łam, że uży­wa­nie lap­topa naraża mnie na zlo­ka­li­zo­wa­nie.

Mar­tin podra­pał się po orlim nosie. Alea dowie­działa się już, że jego praw­dziwą formą jest orzeł. Zasta­na­wiała się, czy ta zbież­ność jest przy­pad­kowa.

– Naraża – przy­znał spo­koj­nie, lekko zachryp­nięty. – Jest to jeden z wielu powo­dów mojego nie­za­do­wo­le­nia, ale jeśli dobrze rozu­miem, nie dało się prze­mó­wić ci do roz­sądku. – Gal­la­gher zna­lazł chwilę na tę szopkę tylko dla­tego, że Eve donio­sła mu o cał­ko­wi­tej odmo­wie współ­pracy ze strony Alei. Kobiety bały się, że jeśli nie ustą­pią jej cho­ciaż tro­chę, naprawdę będzie pró­bo­wała uciec. – Cyn­thia musiała się mocno posta­rać, by umoż­li­wić to połą­cze­nie…

– Oczy­wi­ście, że tak… – mruk­nęła Alea sama do sie­bie z powąt­pie­wa­niem, czu­jąc, jak iry­ta­cja wypiera część stra­chu. Ponad mie­siąc żyła odcięta od komórki i lap­topa, po czym wystar­czyło tup­nąć nogą i nagle Cyn­thia zna­la­zła roz­wią­za­nie. Jasne.

– …ale i tak nie jest to w pełni bez­pieczne. Nie możemy roz­ma­wiać długo – skoń­czył Mar­tin spo­koj­nie, cho­ciaż celowo gło­śniej niż wcze­śniej, i dopiero wtedy sko­men­to­wał jej wtrą­ce­nie. – Nie rób tego.

– Słu­cham? – Alea poczuła się zdez­o­rien­to­wana.

– Nie uda­waj teraz upar­tego, roz­wy­drzo­nego bachora – spre­cy­zo­wał męż­czy­zna dość obo­jęt­nym tonem. – Zdą­ży­łaś nam już poka­zać, że potra­fisz być bar­dzo doj­rzała.

Alea zaci­snęła mocno dło­nie na ramie krze­sła. Pod­ło­kiet­niki były drew­niane, sta­wiły więc natych­miast opór, ale i tak napie­rała coraz moc­niej i moc­niej, czu­jąc roz­pacz­liwą potrzebę, by się w coś wbić. Wgryźć. Coś zła­pać.

Nie odwró­ciła wzroku.

– To było wtedy, kiedy myśla­łam, że mówi­cie prawdę – zauwa­żyła.

„Nie oka­zuj stra­chu” – przy­po­mi­nała sobie z każdą kolejną chmurą dymu, która wypły­wała na ekran z ust Mar­tina Gal­la­ghera.

– Ach, tak. – Męż­czy­zna poki­wał głową z rezy­gna­cją, a potem wygła­dził czarną brodę. Teraz dostrze­gła, że jest zmę­czony. Wszystko w jego ruchach i tonie suge­ro­wało, że nie bie­rze jej buntu na poważ­nie, ale oczy… To wła­śnie jego wzrok kar­mił jej lęki. – Eve powie­działa mi, że zażą­da­łaś powrotu do Mal­la­roy? – rzu­cił pra­wie pyta­jąco, jakby nie był pewien, czy dobrze zapa­mię­tał. – By zająć miej­sce swo­jej sio­stry…

– Tak – odparła twardo.

Od tego się zaczęło. Wczo­raj przy­ła­pała Cyn­thię na roz­mo­wie przez tele­fon i wyszło na jaw, że Erin jest w Mal­la­roy. Od tego czasu Alea moco­wała się na słowa z dwiema star­szymi Zmien­no­kształt­nymi.

Chciała wra­cać. Nie czuła się już bez­piecz­nie. Miała wra­że­nie, że coś wyrwało ją ze snu i teraz, po fak­cie, im dłu­żej ana­li­zo­wała nocne wizje, tym bar­dziej przy­po­mi­nały one kosz­mar. Chciała wró­cić tam, gdzie było jej miej­sce. Dla sie­bie i dla sio­stry. Nie było mowy, żeby świa­do­mie pozwo­liła tym Zmien­no­kształt­nym na trzy­ma­nie Erin w sen­tu­ral­nej szkole. Z Wam­pi­rami?! Z tak wiel­kim sekre­tem spo­czy­wa­ją­cym na jej bar­kach?!

Od tego się zaczęło, a skoń­czyło się wła­śnie tym: roz­mową wideo mię­dzy Zmien­no­kształt­nym poli­ty­kiem i nasto­latką, w któ­rej on pokła­dał jakieś nadzieje.

– A jeśli ci powiem, że twoja sio­stra cał­kiem dobrze się w tej szkole odnaj­duje? – zapy­tał po chwili, uno­sząc lekko krza­cza­ste brwi.

Gdyby onie­śmie­lał ją tro­chę mniej, Alea prych­nę­łaby gło­śno.

– Skąd mam wie­dzieć, że to nie kolejne kłam­stwo? – zapy­tała odważ­nie. Dło­nie drżały jej mimo wszystko. Zaczęły, gdy tylko roz­luź­niła uścisk na pod­ło­kiet­ni­kach krze­sła. Całe szczę­ście pozo­sta­wały jed­nak poza kadrem.

Mar­tin Gal­la­gher wes­tchnął ciężko. Demon­stro­wał swoje roz­cza­ro­wa­nie bez skrę­po­wa­nia. Alea nie potra­fiła powie­dzieć, czy było to szczere, czy jedy­nie pró­bo­wał ją w ten spo­sób zma­ni­pu­lo­wać. Obsta­wiała to dru­gie.

– Mam waż­niej­sze rze­czy do roboty niż kon­stru­owa­nie kłamstw na potrzeby szes­na­sto­latki – oznaj­mił z cie­niem iry­ta­cji w gło­sie i jakby dla pod­kre­śle­nia tych słów zer­k­nął na zega­rek. – Więc? Jak wygląda sytu­acja? – Papie­ros znik­nął gdzieś poza kadrem, zapewne w popiel­niczce. – Wiele osób ma zgi­nąć, bo poczu­łaś się ura­żona? Nie możemy wyja­wić ci wszyst­kich taj­nych infor­ma­cji o zagro­że­niu na skalę pię­ciu rodza­jów, więc obra­zisz się i prze­sta­niesz nam poma­gać?

– To nie tak – zaopo­no­wała, czu­jąc, jak jej men­talna zbroja trzesz­czy pod wpły­wem tych pra­wie kpią­cych oskar­żeń. – Prze­krę­casz moje słowa.

– Nie. – Mar­tin na powrót się odprę­żył i odchy­lił do tyłu. Naci­skał i odpusz­czał. Jakby pró­bo­wał zbu­do­wać w niej jakąś odpor­ność. – Usta­wiam po pro­stu wszystko we wła­ści­wej per­spek­ty­wie. Jesteś zła, ura­żona i chcesz wra­cać do domu. Coś się nie zga­dza?

Albo nie był w sta­nie dostrzec, że złość i uraza są jedy­nie przy­krywką dla stra­chu, albo nie chciało mu się nawet pró­bo­wać. Tak czy ina­czej, Alea poczuła dziwną mie­szankę triumfu i samot­no­ści.

– Jestem nie­ufna – popra­wiła go ostroż­nie. Nie mogła sobie pozwo­lić na roz­złosz­cze­nie tego męż­czy­zny, ale coś jej mówiło, że zupeł­nym pod­po­rząd­ko­wa­niem także nie wzbu­dzi w nim empa­tii. Gal­la­gher ewi­dent­nie chciał patrzeć na nią tak jak na Eve lub Cyn­thię. Jakby była kolej­nym doro­słym żoł­nie­rzem w jego dzi­wacz­nej armii. – Kła­ma­li­ście na temat mojej sio­stry. Skąd mam wie­dzieć, czy nie kła­mie­cie także na temat całego tego Wiel­kiego Nie­bez­pie­czeń­stwa? Nie mówi­cie mi niczego waż­nego.

– Mówimy – zaprze­czył męż­czy­zna, po czym się­gnął po kolej­nego papie­rosa. Alei zaczy­nało się robić duszno od samego patrze­nia. – Mówimy tyle, ile możemy ci bez­piecz­nie powie­dzieć: że nad­ciąga zagro­że­nie, któ­rego główną ofiarą będą Wam­piry i Wil­ko­łaki, ale przez sojusz pię­ciu rodza­jów my także pój­dziemy z nimi na dno. Dla­tego musimy się uzbroić do walki i zerwać łączące nas układy.

Tak, Alea znała dal­szy ciąg tej prze­mowy: była pierw­szą od bar­dzo dawna Zmien­no­kształtną potom­ki­nią Sal­de­rów, któ­rzy posia­dali nie­gdyś spe­cjalną zdol­ność ima­gi­na­cji. Pro­wa­dzono więc bada­nia na jej krwi, by spraw­dzić, czy nie da się tych obu­dzo­nych nagle na nowo zdol­no­ści jakoś prze­ka­zać pozo­sta­łym przed­sta­wi­cie­lom rodzaju, żeby mieli więk­sze szanse na prze­trwa­nie. Dru­gim poru­sza­nym tema­tem była Zmien­no­kształtna pre­zy­dentka Fran­cis Rowe, która odma­wiała chro­nie­nia wła­snego rodzaju poprzez zła­ma­nie soju­szu, bo jej żona była Wil­ko­łaczką. Gal­la­gher zamie­rzał ją zdys­kre­dy­to­wać i zrzu­cić z urzędu. Ist­nie­nie Alei było mu tu bar­dzo na rękę, bo Rowe pod­czas kam­pa­nii wybor­czej kła­mała na temat wła­snego powią­za­nia z histo­rycz­nymi Sal­de­rami.

– Powie­dzie­li­śmy ci bar­dzo, bar­dzo dużo – powtó­rzył Gal­la­gher. – O nadej­ściu Wiel­kiego Nie­bez­pie­czeń­stwa nie wie pra­wie nikt poza lide­rami i repre­zen­tan­tami sen­tu­ral­nych rodza­jów. Myślisz, że zaan­ga­żo­wa­li­by­śmy tyle osób w kre­owa­nie tak skom­pli­ko­wa­nego kłam­stwa spe­cjal­nie dla cie­bie? – prych­nął cicho. – Po co?

Alea nie miała poję­cia, co odpo­wie­dzieć. Słowa Mar­tina brzmiały logicz­nie. Pro­sto i prze­ko­nu­jąco. A jed­nak nie mogła pozbyć się uczu­cia, że jest tą posta­cią z hor­roru, która scho­dzi do piw­nicy pierw­sza, pod­czas gdy widzo­wie krzy­czą, żeby zawra­cała. Jesz­cze nie­wiele ponad mie­siąc temu była w domu z rodziną. Teraz, na innym końcu kraju, nie wie­działa nic i nie miała nad niczym kon­troli.

Może winna była jed­nak sen­tura, nie ona sama, Eve Mon­day, Cyn­thia Strike czy Mar­tin Gal­la­gher? Może cała jej dez­orien­ta­cja, strach i złe prze­czu­cia brały się z tego, że jej świat bez­pow­rot­nie wywró­cono do góry nogami. Para­no­icz­nie doszu­ki­wała się wiel­kiego pod­stępu, ponie­waż w rze­czy­wi­sto­ści jakaś jej część nie była gotowa zaak­cep­to­wać tego, co odkry­wała.

Poczuła cień wstydu. Oto sie­działa przed lap­to­pem, zabie­ra­jąc czas waż­nemu, wiecz­nie zaję­temu poli­ty­kowi, bo… co? Bo chciała wró­cić do domu…?

Coraz czę­ściej miała pro­blemy ze zro­zu­mie­niem, co sama czuje i czego chce. Bra­ko­wało jej gruntu pod nogami. A także per­spek­tywy.

Odkaszl­nęła ner­wowo po raz kolejny.

– Ale jakie mam dowody? – zapy­tała cicho. – Poza waszymi sło­wami? Skąd mam wie­dzieć, w co wie­rzyć… – Pyta­nie wydało jej się teraz idio­tyczne i nie była wła­ści­wie pewna, po co je zadaje.

– Nie dosta­łaś sen­tu­ral­nych ksią­żek? Nie widzia­łaś naszych sen­tu­ral­nych gazet? Fran­cis Rowe ist­nieje i jest pre­zy­dentką Zmien­no­kształt­nych. Ja ist­nieję, byłaś w biu­rze, w któ­rym pra­cuję. Sojusz ist­nieje, dosta­łaś list od jed­nej ze szkół i roz­ma­wia­łaś przez tele­fon z ich repre­zen­tan­tem – zaczął wymie­niać dowody. – Aleo. Wiem, że zro­bie­nie ze mnie wroga przy­nie­sie ci zapewne na chwilę ulgę. Jakiś cel, w któ­rym możesz ulo­ko­wać wszyst­kie nega­tywne emo­cje. To bar­dzo zro­zu­miałe, ale naiwne. Bądź, pro­szę, roz­sądna. Myślisz, że… co? Uknu­li­śmy to wszystko, żeby cię porwać? Po co? – zapy­tał raz jesz­cze. Potem pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. – Wiesz, ile to wszystko kosz­tuje? Wyna­ję­cie każ­dego domu, w któ­rym się zatrzy­ma­ły­ście. Opła­ce­nie ben­zyny na podróż przez kraj. Pokry­cie kosz­tów życia: two­ich, Cyn­thii i Eve. Rekom­pen­sata dla nich za zakłó­ce­nie per­so­nal­nego i pro­fe­sjo­nal­nego czasu tak nie­stan­dar­dową misją. Zor­ga­ni­zo­wa­nie trans­portu pobie­ra­nych ci pró­bek krwi we wła­ści­wych warun­kach oraz fun­dusz na prace labo­ra­to­ryjne. Wszel­kie sen­tu­ralne zapew­nie­nia waszego bez­pie­czeń­stwa… Wiesz, ile środ­ków zostało na to prze­zna­czone? – Sły­chać było, że nie ocze­kuje odpo­wie­dzi. – Myślisz, że zain­we­sto­wa­li­by­śmy tego rodzaju sumy w bez­ce­lowe upro­wa­dze­nie zmien­no­kształt­nej nasto­latki z Illi­nois? Ock­nij się, Aleo. Wszystko dookoła cie­bie jasno wska­zuje, że jesteś czę­ścią cze­goś znacz­nie więk­szego i nie­zwy­kle waż­nego. Zacho­wuj się ade­kwat­nie.

Ostat­nie słowa miały zabrzmieć kar­cąco, ale Alea, sie­dząc ze spusz­czoną głową i wpa­tru­jąc się we wła­sne kolana, odna­la­zła w nich coś na pogra­ni­czu groźby. Przez chwilę nie pod­no­siła wzroku, cho­wa­jąc tym samym twarz przed kamerą i przed prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem Gal­la­ghera.

Kosmo­sie. Chciała wie­rzyć temu zanu­rzo­nemu w papie­ro­so­wym dymie poli­ty­kowi. Pra­wie mu wie­rzyła. A jed­nak jakieś złe prze­czu­cie wla­zło jej pod skórę i wciąż nie potra­fiła go z sie­bie wyrzu­cić.

Wdech i wydech. Musiała zna­leźć jakieś miej­sce mię­dzy czuj­no­ścią a para­noją.

Chciała im pomóc. Na­dal, cały czas. Bra­ko­wało jej jed­nak twar­dego, nie­zby­wal­nego znaku, że to wszystko zmie­rza we wła­ści­wym kie­runku. Tylko czy nie zawsze tak jest? Czy nie każde ryzyko wiąże się ze zwąt­pie­niem?

Pod­nio­sła głowę, żeby znowu spoj­rzeć męż­czyź­nie w oczy.

– Czy moja sio­stra naprawdę jest tam bez­pieczna?

Wszystko w jej tonie i gło­sie wska­zy­wało na to, że już dała się prze­ko­nać. Mar­tin jedy­nie poki­wał głową. Potem znowu zer­k­nął na zega­rek.

Roz­mowa dobie­gała końca. Alea czuła, że zyskała wszystko i nic. Znów zaci­snęła ręce na krze­śle i wygrze­bała z sie­bie ostat­nie por­cje deter­mi­na­cji. Gal­la­gher cały czas ją onie­śmie­lał. Nawet gdy ją iry­to­wał, pozo­sta­wał… więk­szy, star­szy, waż­niej­szy. Powinna pew­nie do niego mówić „pro­szę pana”, ale obco­wa­nie z Eve ją od tego odwio­dło. Tak czy ina­czej, nie było mowy o rów­no­rzęd­nej roz­mo­wie i może dla­tego robiła takie dzi­waczne wolty.

– Mam jedno życze­nie – oznaj­miła nieco ciszej, niż pla­no­wała. – Roz­ma­wiamy teraz, więc jed­nak da się jakoś zabez­pie­czyć połą­cze­nie…

– Wyjąt­kowo. Z wiel­kim tru­dem i dużymi kosz­tami – wszedł jej w słowo Mar­tin, prze­wi­du­jąc, do czego zmie­rza. – Kon­takt z Erin zro­dzi nie tylko ryzyko, że sys­tem Łow­ców cię zlo­ka­li­zuje, ale także narazi twoją sio­strę na pro­blemy w Mal­la­roy. Ktoś zawsze może ją tam pod­słu­chać, wszystko może wyjść na jaw. Eve i Cyn­thia już ci to tłu­ma­czyły.

Alea wypro­sto­wała się na krze­śle.

– Nie mam na myśli Erin.

***

Wspólne wie­czory w salo­nie stały się już pew­nym rytu­ałem dla paczki przy­ja­ciół z trze­ciego roku (oraz Tatiany, która była na roku czwar­tym). Przy­cho­dzili usiąść na kana­pach w jed­nym z kątów salonu, żeby przez chwilę uda­wać, że nie muszą odra­biać lek­cji. Cho­ciaż, mówiąc szcze­rze, nad zada­niami szkol­nymi także czę­sto pra­co­wali razem, mimo nieco róż­nych przed­mio­tów i nie­spój­nych pla­nów zajęć.

Teraz sie­dzieli roz­wa­leni: Keith na wiel­kim mięk­kim fotelu, Tatiana i Lizzy na gru­bych podu­chach, Erin i Lucas na kana­pie naprze­ciwko. Mię­dzy nimi leżał nie­wielki dywa­nik, na któ­rym bez­wstyd­nie roz­płasz­czył się Yorick.

Leżał na ple­cach, zupeł­nie roz­cią­gnięty, eks­po­nu­jąc jasne futro na brzu­chu, i nie poru­szył się zupeł­nie przez ostat­nie dzie­sięć minut.

– Czy on jesz­cze żyje? – zapy­tał Keith z cie­niem wąt­pli­wo­ści i nachy­lił się, by dźgnąć zwie­rzę lekko pal­cem. Yorick otwo­rzył jedno oko i posłał Wil­ko­ła­kowi tak mor­der­cze spoj­rze­nie, że ten cof­nął dłoń gwał­tow­nie, jak opa­rzony. – Demon, nie kró­lik – wymam­ro­tał pod nosem.

Lizzy udała, że tego nie usły­szała.

– Więc? – głos zabrał Lucas. – Jak ci dzi­siaj poszło?

Erin wzru­szyła lekko ramio­nami.

– No, zda­łam. – Uśmiech­nęła się zado­wo­lona.

– Naprawdę?! Super! – Lizzy uśmiech­nęła się pro­mien­nie. – Wiesz, nie chcia­łam wcze­śniej nic mówić, żeby cię nie stre­so­wać, ale wyda­wało mi się, że może być ci cię­żej, bo jesteś Echem. Wszystko jest jakby… dwa razy bar­dziej nowe, co nie?

Przy­ja­ciele ni­gdy jesz­cze nie widzieli Erin w zwie­rzę­cej for­mie. Utrzy­my­wała przed nimi, że wciąż nie ma pra­wie żad­nej kon­troli nad swo­imi mocami. Sta­tus Echa – osoby sen­tu­ral­nej, która uro­dziła się w rodzi­nie od kilku poko­leń zupeł­nie ludz­kiej – spra­wiał, że było to bar­dziej wia­ry­godne. Nic więc dziw­nego, że wszy­scy po cichu ocze­ki­wali od niej nega­tyw­nego rezul­tatu z Testu Samokon­troli.

Erin poczuła na sobie prze­ni­kliwe spoj­rze­nie Tatiany, ale nie spoj­rzała na przy­ja­ciółkę. Zamiast tego uśmiech­nęła się tro­chę na siłę.

Jasne, że zdała. Nie­trudno zdać, jak jest się cho­ler­nym czło­wie­kiem. Nie mogła im jed­nak powie­dzieć prawdy, posta­no­wiła więc roz­luź­nić atmos­ferę żar­tem.

– Lucas, czy możesz powie­dzieć Lizzy, dla­czego zda­łam? – zapy­tała słodko i zamru­gała osten­ta­cyj­nie rzę­sami, pró­bu­jąc wcie­lić się w Pamelę Pay­ton w cza­sie roz­mowy z Micha­elem Casta­la­wem.

Wil­ko­łak pod­jął grę bez mru­gnię­cia okiem. By wejść w rolę, uło­żył ramię na opar­ciu kanapy za dziew­czyną i roz­po­starł nogi sze­rzej, uśmie­cha­jąc się per­fid­nie.

– Oczy­wi­ście, słońce. – Prze­szedł momen­tal­nie od uda­wa­nia Micha­ela do uda­wa­nia Jaspera, a potem kon­ty­nu­ował już we wła­snym stylu. – Widzisz, moja droga Eli­za­beth – spoj­rzał na Lizzy, która zmarsz­czyła nos na dźwięk swo­jego peł­nego imie­nia – nasza kochana Alea Lan­ford jest, można powie­dzieć, oazą spo­koju. Jest jak trzcina na wie­trze: mocna, ale ela­styczna. Jest, mówiąc bar­dziej pre­cy­zyj­nie, zdolna w pełni kon­tro­lo­wać swoje emo­cje, czego oczy­wi­ście mamy liczne dowody. Zapy­taj o to cho­ciażby lidera Wam­pi­rów.

Keith i Lizzy par­sk­nęli śmie­chem. Wargi Tatiany drgnęły. Erin szturch­nęła Lucasa łok­ciem.

– I ty? I ty, Bru­tu­sie, prze­ciw mnie?! – Załkała teatral­nie, choć powstrzy­my­wała sze­roki uśmiech.

W chwi­lach takich jak ta czuła, że naprawdę odna­la­zła w Mal­la­roy swoje miej­sce i tęsk­nota za rodziną oraz daw­nymi przy­ja­ciółmi sta­wała się bar­dzo odle­gła. Potem przy­po­mi­nała sobie, że ma to wszystko tylko do grud­nia. Jesz­cze nie­dawno bła­gała, żeby Alea wró­ciła. A teraz? Nie była w sta­nie sobie wyobra­zić, jak obie udźwi­gną kolejną zamianę.

Jej roz­my­śla­nia prze­rwały wibra­cje komórki. Z nie­chę­cią odkle­iła się od podu­szek kanapy i wygrze­bała tele­fon z kie­szeni dżin­sów. Skrzy­wiła się lekko na widok napisu „mama” na wyświe­tla­czu. Jej uko­chana matka Wenona Lan­ford była osobą nie­zwy­kle wyedu­ko­waną, ale jakimś cudem wciąż nie zdo­była jesz­cze wie­dzy na temat tego, że roz­mowy tele­foniczne mogą trwać kró­cej niż pół godziny.

– Dom – rzu­ciła do zna­jo­mych i pod­nio­sła się, by zna­leźć bar­dziej pry­watne miej­sce na roz­mowę.

***

– Halo? Córeczko?

– Cześć, mamo! – Na wszelki wypa­dek Erin przy­brała wyjąt­kowo rado­sny ton. – Co tam?

– Wszystko dobrze, wszystko dobrze. Słu­chaj, dziecko, pamię­tasz, że za tydzień są uro­dziny ojca, tak? Może wró­cisz do domu? Spę­dzi­li­by­śmy razem week­end. Hmm?

Erin na chwilę ogar­nęła eks­cy­ta­cja. Cza­sem łapała się na tym, że emo­cje, które odczu­łaby w daw­nym życiu, wyry­wały się naprzód i dopiero po nich poja­wiała się świa­do­mość obec­nych kom­pli­ka­cji. A obecne kom­pli­ka­cje były takie, że uda­wała przed matką obie bliź­niaczki jed­no­cze­śnie, w tym jako Alea do końca paź­dzier­nika nie mogła opusz­czać Mal­la­roy z powodu kary za wybryki zwią­zane z grą o klucz (bójki, sabo­taż radio­wę­zła, wła­ma­nie do pokoi lide­rów oraz, ekhem, pożar). Ozna­czało to jesz­cze trzy dłu­gie tygo­dnie bez week­en­do­wych wypa­dów do mia­sta.

Znaj­do­wała się na mało uczęsz­cza­nym kory­ta­rzu za salą bilar­dową i obec­nie nikogo innego tam nie było. Oparła się więc bez­wstyd­nie czo­łem o chłodną ścianę w geście despe­ra­cji.

– Hej, słu­chasz mnie? – pona­gliła ją mama. – Zamie­rzam upiec tort! – Erin natych­miast się skrzy­wiła, ale jej rodzi­cielka nie mogła jej zoba­czyć, więc kon­ty­nu­owała: – Wiem, że rok temu wyszedł mi paskudny. Tak samo jak dwa lata temu i trzy. Oraz cztery i pięć. Twoja matka nie jest dobra w kuchni, co na to pora­dzę? Nic. To zna­czy, nie no. Pora­dzę. Coś pora­dzę. W tym roku już wyj­dzie, tak myślę. Derek upiera się, żeby­śmy zamó­wili zapa­sowy w cukierni, ale ja takiego braku wiary w moje umie­jęt­no­ści tole­ro­wać nie będę, prawda? Przy­jedź, to mnie wes­przesz! Skoro twój brat ewi­dent­nie nie ma zamiaru…

– Mamo – Erin udało się zna­leźć moment, by prze­rwać ten mono­log – bar­dzo bym chciała przy­je­chać, ale nie mogę. Mam mnó­stwo roboty, wiesz, jak to jest… W dodatku wszystko jest na­dal dość nowe tu w Mal­la­roy, trzeba zro­bić jak naj­lep­sze wra­że­nie, skoro dali to super­sty­pen­dium…

– Erin, dziecko, co ty wyga­du­jesz? – prze­rwała jej kobieta z roz­ba­wio­nym znie­cier­pli­wie­niem. – Prze­cież to Alea jest w Mal­la­roy! Co ty mi tu ściem­niasz za sio­strę, co? No poważ­nie, dziew­czyno…

Erin gwał­tow­nie odsu­nęła komórkę od ucha, żeby na nią szybko spoj­rzeć.

Cho­lera jasna. Pomy­liła tele­fony. Miały z Aleą dokład­nie ten sam model i Erin celowo zmie­niła kolo­rową nakładkę sio­stry na kopię swo­jej wła­snej, prze­zro­czy­stej. Dzięki temu wyglą­dały pra­wie iden­tyczne i nikt nie mógł jej przy­ła­pać na tym, że w ciągu dnia wie­lo­krot­nie używa dwóch róż­nych komó­rek. Zazwy­czaj dobrze jej szło pil­no­wa­nie, który jest który. Każdy miał wła­sne miej­sce w jej ple­caku i inną tapetę. Dzi­siaj całą jej uwagę pochło­nął jed­nak Test Samo­kon­troli. Pisała z bra­tem jako Alea, potem z Beth jako Erin. W któ­rymś momen­cie musiała się zakrę­cić i w jej kie­szeni wylą­do­wała nie ta komórka, która powinna.

Co za głupi, głupi błąd.

– Em. No tak – rzu­ciła zmie­szana. – Mia­łam na myśli Aleę, mamo. W sen­sie, ja mam dużo roboty u sie­bie, a ona nie będzie mogła przy­je­chać z powodu inten­syw­nej nauki w Mal­la­roy…

– Dziecko, prze­cież wiem! – Wenona Lan­ford zaśmiała się cicho pod nosem. – Roz­ma­wia­łam już z Aleą. Dzwo­nię do CIE­BIE i pytam się CIE­BIE, prze­stań mi mówić o swo­jej sio­strze. Doprawdy, dziew­czynki, od was coś wycią­gnąć to jest praw­dziwe święto. Pomy­ślałby kto, że każda infor­ma­cja jest jakimś wiel­kim sekre­tem!

Erin zakrztu­siła się powie­trzem i dostała napadu dzi­kiego kaszlu. Kiedy wresz­cie zła­pała oddech, jej oczy łza­wiły, a policzki były czer­wone.

– Halo? Erin? Oddy­chasz? Co się tam dzieje? Nie no, doprawdy, roz­mowa z tobą to jest praw­dziwa przy­goda, córeczko…

– Jak to roz­ma­wia­łaś z Aleą?!

Wszyst­kie roz­mowy z rodzi­cami w imie­niu sio­stry przez ostatni mie­siąc odby­wała ona! I z pew­no­ścią takiej roz­mowy nie odbyła! Praw­dziwa Alea miała być zupeł­nie odcięta od urzą­dzeń tele­fo­nicz­nych! Co się, cho­lera, znowu działo?!

Myśli Erin galo­po­wały. Miała już dzie­sięć teo­rii i każda brzmiała nie­re­al­nie.

– Jak to „jak to”? – żach­nęła się Wenona. – Zadzwo­niła do mnie chwilę temu. Widzisz, Erin, nie­które dzieci same dzwo­nią do swo­ich matek pełne ochoty na roz­mowę. Inne tym­cza­sem krztu­szą się do słu­chawki po tygo­dniu mil­cze­nia.

– Mamo!

– No już, już. Alea zadzwo­niła, nie zacho­wuj się, jakby to był aż tak wielki skan­dal. Poży­czyła nawet spe­cjal­nie tele­fon od jakiejś zna­jo­mej, bo jej się aku­rat roz­ła­do­wał…

– Masz ten numer?! – wypa­liła Erin, z tru­dem się kon­tro­lu­jąc. – Tej zna­jo­mej? Możesz mi go podać?!

– Dziecko, czy wszystko w porządku? – zapy­tała po krót­kiej pau­zie Wenona. Wcze­śniej mówiła wciąż dość żar­to­bli­wym tonem, teraz spo­waż­niała, ewi­dent­nie zauwa­ża­jąc, że wzbu­rze­nie córki jest zbyt wiel­kie jak na tak błahą sprawę. – Czy ty i twoja sio­stra jeste­ście w trak­cie jakiejś kłótni…?

– Nie – zaprze­czyła Erin po krót­kiej pau­zie. Matka pod­su­nęła jej nie­świa­do­mie cał­kiem wia­ry­godną wymówkę, ale dziew­czyna wolała nie kom­pli­ko­wać wszyst­kiego jesz­cze bar­dziej. – Wszystko jest okej. Po pro­stu… mam pilną sprawę i się aku­rat nie mogę do niej dobić. Pew­nie na­dal ma roz­ła­do­waną komórkę, tak jak powie­dzia­łaś… – Przy­mknęła oczy i znowu oparła się o ścianę, tym razem ple­cami. – Dopiero się zaczy­nam przy­zwy­cza­jać, że nie mam jej już na wycią­gnię­cie ręki, wiesz? – dodała i tym razem nie musiała kła­mać. – Do tej pory były­śmy zawsze razem…

– Och, córeczko – wes­tchnęła ze współ­czu­ciem kobieta. – Wiem, że to musi być dla cie­bie trudne. Zresztą dla was obu. Alea przy­naj­mniej pięć razy pod­kre­ślała, żebym się do cie­bie ode­zwała, i prze­ka­zała pozdro­wie­nia od niej. Pięć razy! Pozdro­wie­nia prze­ka­zane przeze mnie? Ha! Prze­cież wy z pew­no­ścią pro­wa­dzi­cie rów­no­le­gle trzy różne kon­wer­sa­cje w trzech róż­nych apli­ka­cjach, co? Cza­sem obie jeste­ście roz­kosz­nymi dzi­wa­dłami, naprawdę. No, ale. Co do numeru: ta jej zna­joma chyba zaraz wyjeż­dża. Coś takiego… Nie wiem, ale Alea od razu mi powie­działa, że to jakaś jed­no­ra­zowa sytu­acja i nie mam go sobie nawet zapi­sy­wać. No więc musisz ją zła­pać ina­czej, cór­ciu. Ale pozdra­wiam cię od two­jej sio­stry ser­decz­nie. Pro­szę. Żeby nie było, że obie­ca­łam, a nie zro­bi­łam!

A więc to był jed­no­ra­zowy kon­takt? O czym roz­ma­wiały? Jak miała o to zapy­tać, nie wzbu­dza­jąc kolej­nych podej­rzeń?! Kosmo­sie! Co za bała­gan…

– Czyli Alea będzie mogła przy­je­chać czy nie? – dopy­tała się Erin, łapiąc się jesz­cze tej jed­nej nadziei. Może u jej sio­stry coś się zmie­niło? Może wraca już teraz, nie w grud­niu…? No, ale prze­cież cała ta tajna orga­ni­za­cja dałaby chyba o tym Erin znać!

Tym­cza­sem Wenona Lan­ford wes­tchnęła gło­śno.

– Erin Lan­ford, roz­mowa z tobą jest kata­strofą – oznaj­miła dra­ma­tycz­nie. – Alea nie przy­je­dzie, ma za dużo pracy. Sama prze­cież mi to chwilę temu powie­dzia­łaś! Ona twier­dziła dokład­nie to samo. Bar­dzo to nie­for­tunne, ale cóż, jest w pre­sti­żo­wej szkole, niech się uczy i korzy­sta, ile może! No a ty? Na pewno nie dasz rady wpaść cho­ciaż na sobotę? Ojciec bar­dzo się ucie­szy! Pomyśl o tor­cie, Erin. Pomyśl o tor­cie.

Nie­za­leż­nie od tego, jakim imie­niem się do niej zwra­cano, Erin na­dal nie mogła się ruszyć z Mal­la­roy. Obec­nie to nie mogła się nawet ruszyć z kory­ta­rza. Stała i patrzyła w sufit, sta­ra­jąc sobie jakoś to wszystko poukła­dać, ale prawda była taka, że już zupeł­nie nie wie­działa, na czym stoi.

– Naprawdę nie mogę, mamo – wes­tchnęła wresz­cie ciężko. – Dosta­łam szla­ban za jeden głupi wybryk i muszę sie­dzieć w inter­na­cie – dodała, wie­dząc, że bez tego argu­mentu będzie musiała prze­trwać kolejne dwa­dzie­ścia minut prze­ko­ny­wa­nia, a obec­nie nie miała w sobie na to siły.

Miała ochotę zaśmiać się ponuro, bo jej dwie role mie­szały się coraz bar­dziej.

Dobra. Nie­ważne. Pozy­tywy. Erin w końcu otrzy­mała znak, że Alea ma się dobrze. Zadzwo­niła do matki i zacho­wy­wała się naj­wy­raź­niej nor­mal­nie, pod­trzy­mu­jąc całą przy­krywkę, a potem kazała pozdro­wić Erin. Wszystko wska­zy­wało na to, że jest wciąż uwi­kłana w coś dzi­wacz­nego, ale bez­pieczna.

– Erin Lan­ford. – Tym razem ton jej matki zro­bił się naprawdę surowy. – Jesteś poza domem ledwo sześć tygo­dni i już wpa­dłaś w kło­poty? No bła­gam cię! Jaki wybryk?!

Ups. Po namy­śle: mogła jed­nak tę infor­ma­cję zosta­wić dla sie­bie.

– Yyy. Mamo? Bo ja muszę koń­czyć, wiesz? No ja wiem, wiem, bar­dzo dziwny zbieg oko­licz­no­ści, ale aku­rat w tym momen­cie muszę się roz­łą­czyć. Też cię kocham! Pozdrów tatę i Dereka! No i Aleę. Ha, ha. Okej, super, dzięki, paaaa!

Roz­łą­czyła się szybko i ode­tchnęła głę­boko, wra­ca­jąc wzro­kiem na sufit. Okła­my­wa­nie matki wyssało z niej resztki ener­gii, ale udało jej się chyba pomyśl­nie wybrnąć z wszyst­kich kom­pli­ka­cji.

Nie­stety nowe pro­blemy od pew­nego czasu cze­kały za rogiem.

Wie­cie, jak wiel­kiego miała pecha?

TAK wiel­kiego:

– Alea ma się dobrze, Lan­ford? Może pozdro­wisz ją także ode mnie?

Michael Casta­law stał na kory­ta­rzu zale­d­wie kawa­łek od niej i uśmie­chał się kpiąco. Wyglą­dał bar­dzo dobrze i bar­dzo iry­tu­jąco, czyli tak jak zawsze.

W ciągu szkol­nego tygo­dnia sala bilar­dowa nie cie­szyła się wielką popu­lar­no­ścią, więc choć Wam­piry prze­grały rywa­li­za­cję o pierw­szeń­stwo, elita Wam­pi­rów umó­wiła się na grę bez lęku, że zabrak­nie stołu. Jasper, Pamela i Chri­sto­pher cze­kali już w sali, w towa­rzy­stwie grupy, która hero­icz­nie pozba­wiła Erin i jej przy­ja­ciół miej­sca pod­czas śnia­da­nia. Michael tym­cza­sem wybrał okrężną drogę. Chciał zebrać myśli przed kolej­nym poka­zem wła­dzy, jed­nak zamiast tego wpadł na Lan­ford.

Erin nie zare­ago­wała na jego zaczepkę od razu, bo była zbyt zasko­czona. Czy Casta­law sły­szał całą roz­mowę?! Nie, nie­moż­liwe. Zauwa­ży­łaby go, to po pierw­sze. A po dru­gie, gdyby usły­szał jej wielki sekret, uśmie­chałby się paskud­niej.

– No co jest, Lan­ford? – Michael wsu­nął non­sza­lancko dło­nie do kie­szeni ciem­nych spodni i zbli­żył się kilka kro­ków. – Jesz­cze chwilę temu mówi­łaś o sobie w trze­ciej oso­bie, a teraz nie chcesz mówić wcale?

Drań.

– Zjeż­dżaj, Michael, jestem zajęta – wark­nęła jed­no­cze­śnie zła i zestre­so­wana.

Wyko­nała krok, pró­bu­jąc go omi­nąć. Zaszedł jej drogę.

– Mów tak do mnie dalej, to długo w tej szkole nie pocią­gniesz.

Wciąż uśmie­chał się podle i Erin zdała sobie nagle sprawę, że chło­pak ma dobry humor. Casta­law w każ­dym sta­nie był gotów uprzy­krzać jej życie, ale gdy miał dobry humor, miał też nad sobą kon­trolę i sta­wał się trud­niej­szym prze­ciw­ni­kiem. Bra­ko­wało jej teraz na to i czasu, i siły.

– Jest mi tu bar­dzo dobrze, dzię­kuję za tro­skę – rzu­ciła, nie kry­jąc znie­cier­pli­wie­nia. – Mogę przejść?!

Znów wyko­nała krok, by go omi­nąć, ale on po raz kolejny zablo­ko­wał jej drogę. Nie wpy­chał się jed­nak wcale prze­sad­nie w jej prze­strzeń oso­bi­stą i Erin musiała z nie­chę­cią przy­znać, że z ich dwójki to ona bar­dziej zasłu­gi­wała na miano fizycz­nego drę­czy­ciela. Drę­czy­cielki. Koniec koń­ców dała mu nie­dawno w twarz.

Szkoda, że to gościa nie zachę­ciło do trzy­ma­nia się od niej z daleka.

– No, nie wiem. Czy Alea zga­dza się, żebyś prze­szła?

Erin poczuła, że musi zamknąć ten temat, zanim chło­pak zacznie brać go na poważ­nie.

– Sły­sza­łeś kie­dyś, że kilka osób może nosić to samo imię? – zapy­tała wyzy­wa­jąco. Chciała przejść, chciała wró­cić do salonu i uda­wać, że nie jest uwi­kłana w dzi­waczne intrygi. NIE chciała za to uże­rać się z księ­ciem Wam­pi­rów. – Tak się składa, że mam przy­ja­ciółkę Aleę. Zado­wo­lony? Zjeż­dżaj mi z drogi, Michael, mówię poważ­nie.

Wam­pir zmarsz­czył brwi i zaczął przy­glą­dać się jej uważ­niej. Cokol­wiek dostrzegł, spra­wiło, że spo­waż­niał nieco, a przy­naj­mniej dał sobie spo­kój z pod­łym uśmiesz­kiem. W odpo­wie­dzi nie padła także żadna nowa zaczepka.

Zapa­dła cisza. Casta­law po pro­stu się gapił. Im dłu­żej to trwało, tym trud­niej Erin było odna­leźć się w sytu­acji. Bez bariery z cię­tych komen­ta­rzy i gry­ma­sów nie­chęci nie­wiele bro­niło ją przed wam­pi­rzym cza­rem. Kosmo­sie, naj­wyż­szy czas wró­cić do śle­dze­nia jakie­goś boys­bandu. Może jak się napa­trzy na ład­nych chło­pa­ków w inter­ne­cie, to kon­takt z jed­nym na żywo nie będzie taki… roz­pra­sza­jący.

Dzi­waczne napię­cie rosło. Zer­k­nęła bez celu na swoją komórkę, potem gdzieś w bok, a następ­nie na rękę ze złotą smugą i sygne­tem na palcu, aż wresz­cie znów na twarz Wam­pira.

Michael przez chwilę wyda­wał się jesz­cze poważny, potem nagle odprę­żył się, prze­cze­sał pal­cami jasne włosy i na jego usta wypełzł wolno uśmie­szek osoby, która wie, jak wygląda, i potrafi zauwa­żyć, gdy robi to na kimś wra­że­nie.

Erin zdała sobie sprawę, że się gapiła i że została przy­ła­pana. Oraz, co gor­sza, że chło­pak celowo to wyre­ży­se­ro­wał.