Magiczne dziedzictwo. Zegarki czasoprzestrzenne - K. Krak - ebook

Magiczne dziedzictwo. Zegarki czasoprzestrzenne ebook

K. Krak

0,0

Opis

Seraphine Brown, młodziutka Lemranka, wyrusza w swoją pierwszą podróż do Khan. Gdy przed wyjazdem otrzymuje od babci srebrny sztylet do obrony i ostrzeżenie, że dopiero tam przekona się, czym jest prawdziwy świat, nie zdaje sobie sprawy z powagi tych słów.

Wakacyjny wyjazd okaże się ekscytującą, ale zarazem pełną niebezpieczeństw i okrucieństwa przygodą. Na jaw wyjdą również zaskakujące fakty z historii rodziny Brownów, ale przede wszystkim Seraphine dowie się, że została obdarzona zadziwiającą mocą panowania nad światłem i cieniem. Na ile ta umiejętność pomoże jej, gdy przyjdzie moment starcia z potężnym przeciwnikiem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Prolog

Biała Ziemia, Zachodnia Ennava, Khan, 18 października 935 roku Blanci

Alex Brown siedział w gabinecie swojego mieszkania już od wielu godzin, męcząc się z zamówieniem dla pewnego klienta. Zwinnymi palcami składał małe części niemal intuicyjnie. Nie potrzebował instrukcji, gdyż to, co tworzył, było niepowtarzalne, a elementy, jakich używał przy pracy, nie leżały w pierwszym lepszym sklepie.

Niebo już dawno pociemniało, przybierając najpierw odcień fioletu, później granatu, aż w końcu czerni, zmąconej żółcią ulicznych latarni. Alex wspomagał się świeczkami rozstawionymi na biurku i parapecie. Robotę mógł dokończyć za dnia, ale nie lubił odkładać ważnych zleceń na później, a to zdecydowanie do ważnych należało.

Migoczące płomyki rozpraszały jego uwagę, obraz powoli tracił ostrość. Ludzki wzrok po trzydziestce nie jest już tak niezawodny. Przerwał na chwilę, by przetrzeć oczy. Nie mógł się pomylić przy skręcaniu Zegarka. Zamrugał i wrócił do pracy. Ubogie światło świec nie okazało się tak dobre, jak tego chciał. Równie dobrze mógłby wyjść na dwór, Księżyc i Gwiazdy świeciły mocniej.

Męczarnie, do których sam się zmuszał, przerwało pukanie do drzwi. Nie było komu otworzyć, ponieważ służba Zegarmistrza pracowała tylko w ciągu dnia. Wbrew modzie, w jego mieszkaniu nie znajdował się oddzielny pokój dla służących.

Alex wstał, rad, że ktoś dał mu tak prosty pretekst do przerwania czynności, której szczerze miał już dość, i natychmiast zawstydził się myśli. Wszakże to właśnie dzięki wyrobowi Zegarków miał za co żyć. Pasja czasem przybiera postać koniecznej rutyny. Wygramolił się z gabinetu i powolnym krokiem przeciął korytarz. Spojrzał przez otwór na listy, następnie wpuścił przybysza.

Powinno mu się wydać nieco podejrzane, że ktoś zachodzi do niego o północy, jednak zdążył już poznać ten przedziwny świat. Mieszkał w Ennavie i choć nie tej najbliższej obcym krainom, co rusz spotykał najróżniejsze istoty. Świetnie rozumiał więc, że ów gość w godzinach dziennych zjawić się po prostu nie mógł.

– Jian Ho! Witaj.

– Dobry wieczór, Aleksie – odparł Jian.

Był to wysoki mężczyzna o młodej twarzy okolonej czarnymi lokami. Miał na sobie białą koszulę, czerwone spodnie i czarne pantofle. Mimo chłodnawego już miesiąca jego ubioru nie dopełniał żaden płaszcz.

– Jak się sprawy mają, drogi artysto? Mam nadzieję, że cię nie obudziłem. Gdybym mógł, z chęcią odbyłbym tę wizytę rankiem. Po twoim stroju wnioskuję, że jednak nie wyszedłeś z łóżka – rzucił z niesmakiem na widok pogniecionego ubrania dziennego mężczyzny. – Oszczędziłbyś swe ciało, snu choć trochę złapał. Wszak jesteś najlepszy i jedyny w swoim zawodzie, lecz jeśli się od razu zetrzesz, zapomną cię szybciej, niż zapamiętali.

– Jianie, możesz sobie prawić takie mądrości, ale mnie nie czeka wieczność, czas szybko leci. Jeśli teraz czegoś nie zrobię, nie zrobię tego nigdy. Nim się obejrzę, będę już stary, a ty wciąż będziesz ludzi po nocach nachodził i założę się, że w tym samym stroju co mnie dziś – uśmiechnął się Alex.

– Nie kpij sobie z mojego sentymentu do przedmiotów. Żywot wampira to ciężka sprawa, drogi Aleksie. Człowiek przestaje być człowiekiem, los ludzi staje się pusty, bezsensowny. Wedle zamysłu każdej długowiecznej istoty. Masz rację, zestarzejesz się, umrzesz. To tylko kwestia kilku lat, które dla mnie są jak mrugnięcie oka. Zapomni cię świat i ja cię zapomnę. Myślę jednak, że zapomnienie jest lepsze od wieczności.

– Ile to już będzie lat twej udręki? – spytał z przekąsem, pocierając zmęczone oczy.

– Sto piętnaście, jak nie więcej. Zgubiłem się gdzieś przy dziewięćdziesiątej rocznicy zakażenia. Piękny był ze mnie dwudziestoczterolatek, wiesz? Oczywiście, że wiesz, bo wciąż widzisz mnie w tej samej odsłonie. Szkoda, że ludzie nie potrafią zatrzymać procesu starzenia…

– Rzeczywiście, wyglądasz trochę młodo jak na sto lat. No dobrze, a teraz do sedna. – Alex zmarszczył brwi. – Czemu zawdzięczam tę wizytę? Zgaduję, że nie fatygowałeś się do mnie tylko na nocne plotki.

Jian oparł się o framugę, chowając ręce w kieszeniach spodni. Uśmiechnął się jedną stroną ust, ukazując swoje ostre, wampirze zęby.

– Ostatnio w posiadanie Lakena wpadło coś, co mogłoby cię zainteresować. Pan Chaves bardzo chce pochwalić się, ekhem… – udał, że kaszle – pokazać ci tę cenną rzecz. Liczy też na to, że przybędziesz natychmiast, zanim nabytek znów zmieni właściciela.

– Cóż to za rzecz?

Wampir wzruszył ramionami.

– Laken życzy sobie, żebyś przyszedł spojrzeć. Nie zdradził mi nawet gatunkowości przedmiotu. Widocznie jest to coś rzadkiego i groźnego. Jeśli obaj zaraz stawimy się w rezydencji, może i mnie uda się zerknąć na owo cudo. Co ty na to?

Alex nie potrzebował długiej chwili do namysłu. Laken Chaves kolekcjonował magiczne artefakty, prowadził handel z każdym, kto potrafił dać mu zysk, bez względu na gatunek, i był spadkobiercą… Jiana. Ho stał się wampirem dwa pokolenia przed Lakenem, otrzymał od Chavesów pomoc po odrzuceniu przez dzikie wampiry w Luminacie i od tamtej pory służył kolejnym pokoleniom Chavesów. Jako że kolekcjoner nie posiadał dzieci, Jian miał dużą szansę na uzyskanie wolności po jego śmierci.

Owa rzadka i groźna, w mniemaniu wampira, rzecz mogła być dosłownie wszystkim, od broni po roślinę, zwierzę, część ciała jakiejś istoty czy fragment pisma. Skoro Laken nie zdradził tego nawet zaufanemu towarzyszowi, musiało to być coś naprawdę niezwykłego.

– A ja na to: z chęcią – odparł Alex. – Poczekaj, tylko wezmę płaszcz.

Rezydencja Chavesów znajdowała się w nowszej, bogatszej części miasta. Odróżniała się od innych budynków przepychem i rozmiarem. Hojnie zdobiona fasada tonęła w marmurowych rzeźbieniach i srebrze. Kamienne gargulce strzegły rogów dachu.

Alex często zastanawiał się, czy to nie prawdziwe stwory zaklęte w posągi. Do głównych drzwi prowadziła żwirowa ścieżka przecinająca wielki ogród. Idąc nią, minęli srebrną bramę, dorodne jarzębiny i fontanny pełne słonej wody. Jian pchnął wrota.

W środku znajdowało się wiele pomieszczeń, w których Laken Chaves przetrzymywał swoje skarby, spotykał się z klientami lub częściej z ich przedstawicielami czy po prostu mieszkał. Wnętrze było przytulne, zachowane w odcieniach bieli i złota. Mimo tak bogatego i wielkiego miejsca, domowników było niewielu. Laken ufał tylko Jianowi, swojej żonie i grubemu, staremu kotu.

Błądzenie po tym labiryncie pokoi i korytarzy nie miałoby sensu.

– Panie Chaves?! – krzyknął Jian w żadnym konkretnym kierunku. Cisza. – PANIE CHAVES?!

– JIAN?! – Rozległo się gdzieś z odległej części rezydencji. Wszyscy domownicy mieli donośne głosy. – Już wróciłeś?! Jest z tobą Alex?!

Mężczyzna, nie czekając na odpowiedź, wyszedł im na spotkanie. Widząc wyczekiwanego gościa, uśmiechnął się jak dziecko na Nowy Rok.

Laken Chaves był barczystym człowiekiem po pięćdziesiątce. Miał wąskie, jasne oczy, włosy niemal całkiem przyprószone siwizną i bardzo przyjazną twarz.

– Aleksie – cmoknął go w prawą skroń – jak się – cmoknął w lewą – cieszę – w czoło – że cię widzę.

Powitanie żywcem wyrwane z kultury ebryjskiej, oznaczało błogosławieństwo i życzenie szczęścia. Laken niegdyś był na odległej ziemi i tak mu się spodobał Ebri, że aż zaczął wyznawać kult wszystkiego, co z magicznym krajem związane. Alex dziwił się, że nie ściągnął sobie jeszcze stamtąd całej wioski ebryjskiej służby.

Jian stał z boku ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy, podczas gdy dwaj mężczyźni się obściskiwali. Trudno stwierdzić, czy wampir lubił swojego pana, czy go nienawidził. Być może czuł wobec niego te dwie emocje jednocześnie. Niańczył Lakena jako niemowlę, a teraz był od niego zależny. Parszywa pozycja między przyjacielem a niewolnikiem.

– Czy Jian wspominał ci, dlaczego zakłóca twój spokój o tak późnej porze?

– Wspominał, że znalazłeś się w posiadaniu czegoś interesującego.

– Owszem, znalazłem. – Twarz Lakena rozświetlił uśmiech, który gościł na niej zawsze, kiedy coś nowego zaszczycało jego kolekcję swoją obecnością. – Jianie, weź od Aleksa płaszcz.

– Jak pan sobie życzy – rzekł wampir z poirytowaną miną. Zniknął im z oczu, by odwiesić wierzchnie odzienie gościa w specjalnie wyznaczonym do tego pomieszczeniu.

– Zapewne zastanawia cię, jaki artefakt znalazłem, że budzę cię w środku nocy…

– Nie spałem, Lakenie.

– Świetnie! Chodźmy zatem do moich zbiorów, skoro jesteś rozbudzony. Jian? Jian! Ile czasu ci to jeszcze zajmie? Myślałem, że wampiry są szybkie.

Jian wyłonił się zza rogu. Alex zauważył, że chowa do kieszeni jakiś papier. Może w Luminatczyku obudziła się pedantyczna dusza i zaczął zbierać wszystkie śmieci. Zegarmistrz miał w płaszczu różne drobiazgi. Pewnie wypadł z niego zużyty kupon na przejażdżkę dorożką.

– Problemy techniczne – mruknął.

Laken machnął na to ręką.

– Chodź, Aleksie, chodź. Mam nadzieję, że jesteś tak samo podekscytowany jak ja!

Położył dłoń na ramieniu Zegarmistrza i poprowadził go w głąb domu. Ho podążał kawałek za nimi. Rezydencja zachwycała z zewnątrz, lecz w środku każdy kolejny korytarz wydawał się wspanialszy. Może to zasługa dobrego projektanta, wybornego gustu pani Chaves albo tajemniczej aury magicznych przedmiotów.

Kolekcjoner pchnął masywne mahoniowe drzwi. Za nimi prowadziły w dół kamienne schody. Na ścianach wisiały prymitywne pochodnie zapalane magicznym światłem. Na dole znajdowały się mniej okazałe srebrne drzwi. Laken wsunął do zamka mały srebrny kluczyk. Wyjął z kieszeni słoneczny kamień i uśmiechnął w jego blasku. Widząc Jiana za plecami Aleksa, zmarszczył brwi.

– Jianie, czy Brie nie potrzebuje może twojej pomocy?

Wampir przewrócił oczami. Pod maską znudzenia krył jednak wyraźny zawód.

– Nawet jeśli panienka Brie nie śpi, wątpię, by potrzebowała akurat mojej pomocy. Nie wyglądałoby to zbyt właściwie, pomaganie damie nocą, choć jestem przecież nocną istotą.

– Pani Brie, Jianie. Nie zapominaj, że jest moją małżonką.

– Oczywiście, panie Chaves. Poznałem jednak panią Brie jako niezamężną, młodą panienkę – mówił z nagłym zmęczeniem obcym jego rasie. – Proszę mi wybaczyć.

Laken już dawno przestał go słuchać. Patrzył wyczekująco to na Aleksa, to na wnętrze pokoju. Zegarmistrz wszedł wolno do środka, rozglądając się zafascynowany. Kolekcje Lakena zawsze robiły na nim wielkie wrażenie, a teraz znalazł się w ich sercu – oto najstarsze, najrzadsze i najdziwniejsze przedmioty, jakie ten człowiek i jego przodkowie zebrali w domu.

Kolorowe tkaniny, będące naprawdę skrzydłami szatańskich istot, rogi, pazury, kły, kości, kamienie z dna oceanicznego, odłamki Księżyca – wszystko to i wiele więcej spoczywało spokojnie w szklanych sarkofagach. Alex oparł się o ścianę, czując, jak wiek skarbów go przytłacza. Duża część pochodziła jeszcze sprzed wybuchu Wielkiej Wojny, a nawet z czasów blancowych.

– Niezwykle cieszy mnie twoja mina, Aleksie. – Laken uwielbiał imponować, szczególnie przyjaciołom.

– Nieważne, ile razy tu przyjdę. Nigdy nie przyzwyczaję się do takiej ilości magii.

– Zazdroszczę ci. Ja już zdążyłem się przyzwyczaić poprzez spanie z nią pod jednym dachem. Okiełznałem całkowicie tę moją kochankę.

Było to oczywiście kłamstwem. Laken zawsze odczuwał ciężką aurę przedmiotów, ilekroć przekroczył próg domu. Jian wślizgnął się za nimi, zamknąwszy cicho drzwi.

– Nowy artefakt, panie Chaves. Nie marnujmy krótkiego czasu pana Browna. On też pracuje i wisi nad nim nieubłagalnie ważne zlecenie.

Słowa te trochę ostudziły entuzjazm Aleksa. Trochę. Jian dobrze wiedział, że w tym momencie Zegarmistrza nie obchodzi czas. W obliczu nowego artefaktu wszystko schodziło na drugi plan.

Wampir prawie dygotał ze zniecierpliwienia. Będąc istotą długowieczną z niekrótkim stażem, powinien już nauczyć się cierpliwości, lecz ekscytację często trudno przyćmić.

Laken wyciągnął na środek pokoju pudło pełne pierza. Wyjął z niego długi pakunek. Z nabożnością przeniósł go na wykuty z syrenich kości stół i odwinął papier. Gładka klinga zalśniła w świetle pochodni. Mężczyzna pewnym ruchem uniósł do góry wielki miecz. Połowa ostrza była srebrnobiała, druga zaś czarna. Zdawało się, że każda emanuje indywidualną, odrębną mocą. Wszystkim trzem zaparło dech w piersi, nawet Lakenowi, choć już ów artefakt widział. Wpatrywali się w niego bez ruchu jak w jakiegoś boga, który pobłogosławił ich swym świętym obliczem.

– Miecz Światła i Cienia. Youi y Yggi – wyszeptał Laken. – Zrodzony z dwóch sióstr, Dnia i Nocy. Reprezentuje siły dobra i zła, początek i koniec, życie i śmierć, zbawienie i potępienie. Dwie potęgi jako jedność. Dotknij, Aleksie, śmiało. Poczuj jego moc.

Alex usłuchał. Niczym w transie, podszedł i położył dłoń na łączeniu Światła i Cienia.

– Czy ja… czy ja, proszę pana, też mogę dotknąć? – spytał cicho Jian niepodobnym sobie tonem. Jego oczy błyszczały nadzieją i strachem. Alex stwierdził, że w blasku Miecza jego twarz nie przypomina człowieka chorego na wampiryzm, a pełnego pasji chłopca.

– Podejdź i ty, Jianie, skoro już tu jesteś. Czujecie go? Jego moc? Czyż to nie wspaniałe?

Jian badał palcami biały i czarny kryształ… szkło?… kamień?… metal? Nie miał pojęcia, każdy surowiec mógł posłużyć za materiał do stworzenia artefaktu. Uznał jednak, że ostrze powstało z promieni słonecznych i cieni nocy. Połowa była ciepła, połowa zimna. Miecz Światła i Cienia. Youi y Yggi. Czy to nie przypadkiem oręż bogów? Narzędzie służące do zmiany dnia w noc i nocy w dzień?

– Aż mnie serce boli na myśl, że będę musiał go oddać.

– Oddać? Komuż to musisz go oddać? – Alex posmutniał, jakby Miecz należał do niego samego, jakby dbał o niego całe życie, jakby dzierżył go po ojcu i dziadku, a teraz miał stracić. Nie zdejmował dłoni z ostrza.

– Jakże mi lżej, kiedy wiem, że dzielisz ze mną smutek, przyjacielu. Miecz Światła i Cienia – rzekł, a oczy mu się zaszkliły. – O jego istnieniu dowiedziałem się od mojego klienta. Gdybym teraz wycofał się z umowy, co kusi mnie niezmiernie, okazałbym się niezwykle niedojrzałym, niegodnym zaufania kłamliwym głupcem, a takimi gardzę całym sercem. Tego pragnę uniknąć, pogardy własną osobą. Albowiem to najgorsze, co człowieka i każdą istotę może spotkać. Pogarda przodków, rodziców, rodzeństwa, żony, przyjaciół, wspólników, wrogów, całego gatunku, bogów, a nawet ich wszystkich naraz, nie jest tak straszliwa i wyniszczająca jak pogarda samym sobą. Dlatego właśnie muszę dotrzymać umowy i oddać Miecz. No i oczywiście kwestia pieniędzy. – Twarz kolekcjonera stężała. – Gdybym chociaż wciąż miał zaliczkę, którą uprzednio otrzymałem. A była to niemała zaliczka. Niestety, opłaciłem nią poszukiwania Miecza.

– Gdzie go znalazłeś?

– Daleko. Bardzo daleko. Po drugiej stronie Belvedonu – prychnął. – Co ja mówię?! Za drugą stroną Belvedonu! O, tak. Parszywie daleko.

– Co też mówisz? – Alex niedowierzał. – Przecież Belvedon nie ma końca. Ciągnie się przez całą wschodnią część świata i okrąża Wielką Wodę.

Tak wierzono w Ennavach, prawdopodobnie też i Podziemiu, Lemranie, Luminacie (Jian nie raczył podzielić się z nimi swoim zdaniem na temat nieskończoności Belvedonu), Waldenie oraz Martyrze. Może jedynie Mihefin i Stare Ziemie miały nieco inne pojęcie o geografii świata.

Belvedon był krajem położonym najdalej na wschód. Droga do niego była tak długa i kosztowna, że nikt nie wybierał się tam na wakacje, a od razu z perspektywą dłuższego życia w tej krainie, którą zamieszkiwały głównie Cienie. Zakładano, że skoro podróż do niego jest tak długa, to podróż przez niego musi nie mieć końca.

– Ależ ma. Oczywiście, że ma! Aleksie, nie ma rzeczy nieskończonych. Są tylko niewytrwałe istoty, a ludzie niestety do nich należą. W głębi Dzikiej Ziemi jest normalny świat, uwierzysz? Normalny jak na tamtą część świata naturalnie. Za Dziką Ziemią są zaś wyspy, z których przybył Miecz.

– A za nimi? Za tymi wyspami? Co jest dalej? – dopytywał z dziecinną ciekawością Alex.

– Dalej jest woda. Sam Niebieski Żywioł. Dwa lata bez przerwy trwała podróż mych ludzi na wskroś Dzikiej Ziemi. Dwa lata w jedną stronę. Musisz wiedzieć, że nie ma tam pociągów.

– Cóż to za oddani, dzielni ludzie? Będzie mi dane ich poznać?

– Z tymi pochlebstwami bym nie przesadzał, Aleksie. Z żalem muszę odpowiedzieć, że nie. Nie żyją. Och, na wszystkie Żywioły, Aleksie! Nie rób takiej miny. Nie ja ich zabiłem. Nie jestem mordercą. Próbowali mnie okraść, nie uszanowali Miecza. Zamierzali wytargować od mojego klienta wyższą cenę dla siebie. Miecz rozszczepił ich ciała. Ponad rok zajęło mi później sprowadzenie go z Dzikiej Ziemi. Ponad rok temu powinniśmy byli odbyć tę rozmowę, Aleksie. Przyjechał dziś rano. Na szczęście, mój klient jest cierpliwy i dodatkowo – uśmiechnął się kolekcjoner – niezwykle hojny. Dopłacał za wszelkie niedogodności, a cena, na jaką się umówiliśmy za Miecz! Będę mógł dzięki niej przejść na wcześniejszą emeryturę i żyć tak długo jak Cień bez obaw, że nie starczy mi na chleb, a moje dzieci, gdybym je miał, nie musiałyby przez połowę życia martwić się o zarobek.

Tyle pieniędzy za jakiś stary miecz! Jian zdjął ręce z Miecza i popatrzył na niego jak na uśpioną truciznę. Światło i Cień zdolne rozszczepić ciało w nicość. Żadna istota nie powinna posiadać takiej broni.

– Mój klient jest również twoim, Aleksie, uwierzysz? Ten, dla którego aktualnie robisz Zegarek. Z podziwem przyznaję, że to nie ja mu ciebie poleciłem. Znaczy, wspomniałem o tobie, ale on odrzekł, że słyszał o Zegarmistrzu Brownie i że zamierza skorzystać z twoich usług w przyszłości. Spodziewałbyś się? Jesteś sławny nawet w ciemnym Podziemiu.

– To nie jest dobry pomysł.

– Słucham?

– To nie jest dobry pomysł, Lakenie – powtórzył Jian napiętym głosem. – Wycofaj się, póki możesz.

– Jianie, co ty wygadujesz?! Chcesz mnie powstrzymać przed zrobieniem interesu życia!

– Masz jeszcze trochę lat przed sobą, zdążysz zrobić kilka interesów. Wycofaj się. Powiedz, że nie masz Miecza, że nie dotarł. Nie potrzebujesz ciągłych transakcji, masz pieniądze.

– Za późno, klient już wie. Jesteśmy umówieni na jutrzejsze popołudnie.

– Więc mu powiedz, że się pomyliłeś. Powiedz, że cię oszukano i Miecz pozostał na Belvedonie. Schowaj go i kontynuuj poszukiwania na Dzikiej Ziemi. Klient je przecież sfinansuje.

– Cóż to za błazenada?! Nie będę kłamał, wampirze! – wściekł się Laken.

– Wyobraźcie sobie jedną istotę z taką potęgą… Youi y Yggi i Zegarek. Ten będzie inny, prawda? Jesteś zdolniejszy od przodków. Ten nie będzie miał ograniczeń. Też się wycofaj, Aleksie. Jeszcze żeby to był ktokolwiek inny, ale to Podziemny. Mówi o sobie Syn Matki. To szata…

– No proszę! – ryknął kolekcjoner. – A więc Aleksa też próbujesz zniszczyć! Nędzny, zdradziecki szczurze. Jaki masz w tym interes? Wzbogacić się chcesz na Mieczu? Mało ci płacę? Żyjesz pod moim dachem! Służysz mej rodzinie od pokoleń! Mój dziad cię ocalił! Tak się teraz Chavesom odpłacasz?! – Mężczyzna zrobił się czerwony na twarzy.

– Masz już fortunę, mnóstwo klientów i wspólników. Alex też na brak zainteresowania nie może narzekać. Ten jeden raz, tylko jeden raz. Wycofajcie się z umowy, proszę was. Proszę, póki jeszcze możecie.

Alex nabrał wątpliwości. Może Jian miał rację. Może Miecz i Zegarek, TAKI Zegarek, to za duża władza w rękach jednej istoty.

– Mścisz się, wampirze? – spytał podejrzliwie Laken. Już nie krzyczał. Rozpacz w głosie Jiana umorzyła jego złość. – Czy to za to, że czterdzieści lat temu nakryłem cię w sypialni rodziców z dziewką i naskarżyłem ojcu? Przecież nie bronię ci spotykania się z kobietami. Wciąż masz mi to za złe? To było tak dawno temu, a ja młody bardzo byłem.

– Nie, nie mszczę się. Skoroście tacy uparci, dobrze, niech wam będzie, ale niech nie zdziwią was potem konsekwencje tych transakcji.

– Grozisz mi?

– Nie. Przestrzegam cię, przyjacielu.

Laken nie odpowiedział. Odłożył Miecz i owinął papierem, schował do pudełka. Popatrzył na Jiana, jakby go widział po raz pierwszy, a nie wychowywał się przy nim od dnia narodzin. Pokręcił głową, wzdychając.

– Zbyt długi żywot jedynie szkodzi. Jesteś przewrażliwiony.

– Nie będę się z panem kłócił.

– To wszystko, Aleksie. Przepraszam za niepokojenie cię dzisiejszej nocy. – Laken zwrócił się do Zegarmistrza.

– Och, nie ma za co.

– Chodźmy już – powiedział i ruszył do wyjścia. – Jian, zamknij – polecił, rzuciwszy kluczyk służącemu.

Ten go oczywiście złapał. Zapatrzył się na pudło z Mieczem, nim wyszedł. Laken i Alex zamierzali popełnić duży błąd, a on nie potrafił ich od tego odwieść. Konsekwencje. Tych dwóch czekają konsekwencje, które nie skończą się na nich.

– Powinno się ciebie rozdzielić – powiedział do Miecza.

Laken przepuścił Aleksa w drzwiach, więc to on, wychodząc na korytarz, zderzył się z trzecim domownikiem. Drobna postać odbiła się od niego i upadła.

– Och, Brie! Najmocniej przepraszam, nie zauważyłem cię. – Podał dziewczynie rękę, którą ujęła swoją – mniejszą i delikatniejszą.

Gdy wstała, sięgała Aleksowi poniżej ramienia. Brie była ładną dziewczyną o fioletowych oczach i jasnych włosach. Błękitna suknia podkreślała bladość jej skóry. Jej rodzice różnili się nie tylko płcią, ale też gatunkiem. Trafiła do Ennavy jako ebryjska niewolnica, którą wykupił później Laken i uczynił wolną. Z niewiadomych powodów Brie została z nim i go poślubiła, choć jeszcze nie przestała być uznawana za dziewczynkę. Alex nigdy nie zrozumiał, co widziała w tak starym mężczyźnie. Laken był miły, ale nie stanowił idealnego materiału dla siedemnastolatki. Najprawdopodobniej Brie została przy Lakenie ze względu na Jiana. On wyglądał młodo i atrakcyjnie, chociaż wiekiem dwukrotnie przewyższał swojego pana.

Kiedy Alex poznał Brie, zanim jeszcze przejęła nazwisko męża, czuł się bardzo niezręcznie, ale głównie winny. Mieszańce od lat służyły w ennaviańskich i luminackich domach. Nikt nigdy nie zastanowił się, czy są wystarczająco dobre, żeby żyć w społeczeństwie jako wolne istoty, traktowane na równi z resztą o czystej krwi. W tym właśnie był problem, mieszańce nie były czystej krwi, co automatycznie sprawiało, że każde społeczeństwo postrzegało je jako gorsze.

Ślub człowieka z niedawną niewolnicą mieszanej krwi był więc wielkim postępem dla ennaviańskiego społeczeństwa.

– Co ty tu robisz? Czemu nie śpisz? – burknął jej małżonek.

– Usłyszałam w domu hałas. Postanowiłam sprawdzić, co się dzieje. – Odgarnęła włosy z twarzy.

– Jesteś bardzo spostrzegawcza, zważywszy na to, kiedy w domu był jakiś hałas. Nic się nie dzieje. – Obrzucił ją krytycznym spojrzeniem. – Dlaczego jesteś w sukni w środku nocy?

– Jest wygodna.

– Kłamczucha. Ta dziewczyna wpędzi mnie w proch.

Brie zabłysły oczy w niezwykle charakterystyczny sposób. Zawsze tak błyszczały na widok Jiana. Odwrócili się. Wampir uniósł brew i podrzucił w dłoni kluczyk.

– Hipokryta z ciebie, Lakenie. Jak Alex powiedział, że nie spał, to uznałeś to za świetną nowinę, a ubraną kobietę w jej własnym domu karcisz.

– Co ty nagle taki bezczelny, Jianie? Przy Brie zawsze nad wyraz się popisujesz.

– Herbaty? – spytała Brie nieco zbyt słodko, by mogło to zabrzmieć naturalnie.

– Pan Brown już wychodzi. Zabrałem mu dość czasu, podczas którego nasłuchał się zbyt wielu bzdur. – Laken spojrzał zniesmaczony na Jiana. – Jeszcze tego nam trzeba. Herbatki z waszą dwójką i waszymi bzdurami.

– Naprawdę nie szkodzi, Lakenie. Nic się nie stało.

– Więc nie przeszkadzają ci namowy do wycofania się? – ożywił się Jian.

– Wycofania? – powtórzyła Brie.

– Podziemny klient pana Chavesa jest również klientem pana Browna. Od jednego dostanie Zegarek Czasoprzestrzenny, lepszy niż poprzednie, a od drugiego pewien miecz zwany Youi y Yggi.

– Youi y Yggi. – Otworzyła szeroko oczy. – Mężu…

– Cisza! Spiskowcy wylęgli mi się pod dachem! Porozmawiam sobie z wami, jak zostaniemy sami. Brie, wracaj do łóżka, dziewczyno. Jian, chodź, podasz Aleksowi płaszcz.

Na wzmiankę o podziemnym kliencie Brie zrobiła taką samą przerażoną minę jak Jian. Coś musiało być na rzeczy. Zegarmistrz pożegnał się z państwem Chaves, przyjął od wampira swój płaszcz i opuścił rezydencję. W połowie żwirowanej dróżki zatrzymał go krzyk Jiana.

– Zaczekaj! – Wybiegł do niego. – Pozwól, że cię odprowadzę.

Alex sądził, że przyjaciel będzie całą drogę namawiał go do zrezygnowania z budowy Zegarka, ale, o dziwo, od wyjścia z  rezydencji nie padło nawet słowo na ten temat. Jian nie był nachalny. Między mężczyznami wywiązała się luźna gadka o Gwiazdozbiorach. Nocą niebo zamieniało się w czarny aksamit obsypany błyszczącymi perłami.

Kiedy ujrzeli kamienicę, w której mieszkał Alex, Jian poprosił, by się zatrzymali.

– Aleksie, ten Zegarek…

– Wiem, że masz wątpliwości, Jianie – przerwał Zegarmistrz. – Wiem też, że masz rację.

– Więc wycofasz się z umowy?

– Nie. Może gdybym nie skończył już połowy… Jian, wiem, że jesteś mądry. Ja jestem przy tobie jak dziecko we mgle, ale pozwól mi popełnić kilka błędów za życia.

– Dlaczego wy jesteście tacy uparci?! – zirytował się. – Laken, to wiem, jego zasrana duma nie pozwoli mu zrezygnować, szczególnie jeśli to znaczy, że miałby ulec mi, ale ty?

– Janny – mruknął Alex. – I mały Emmie. Oni potrzebują pieniędzy, muszą za coś żyć. Za ten Zegarek dostanę tyle, co za dwa lata pracy, Jian. Dwa lata to dużo. Dla mnie, dla człowieka.

– Przecież zawsze znajdzie się jakieś zlecenie. Ten… ten szatan nie jest jedynym klientem, który może ci zapłacić, Aleksie – głos wampira złagodniał.

– Skąd wiesz, że to szatan?

– Syn Matki. Hazmat. – Wyjął z kieszeni kartkę i wepchnął Aleksowi do ręki. Była to wiadomość w języku martyrskim, którą Zegarmistrz dostał od przedstawiciela klienta. – Hazmat to szatańskie imię. I to pismo. Szatany mają charakterystyczny sposób pisania. Taki zawiły, a jednocześnie luźny.

– Nie wiedziałem. – Alex ścisnął mocniej kartkę.

– Skąd miałeś wiedzieć? Zmienisz teraz zdanie?

– Przykro mi, Jianie. Spędziłem dużo czasu nad tym projektem.

– Nazwij go więc Hazmat. Na cześć pierwszego nabywcy. Hazmat, Zegarek Czasoprzestrzenny, którego nie ogranicza duplikacja przestrzeni! Możesz cofnąć się w czasie i zniszczyć wszystko, co kiedykolwiek istniało! Kup go jak Hazmat, który ma również Miecz Światła i Cienia! Zamów u Lakena Chavesa! Wystarczy mieć skarbiec złota!

– Jian, nabijasz się? – spytał zbity z tropu Alex.

– Nabijam – przyznał.

– To się nabijaj, ale ja zdania nie zmienię.

– To ostateczna decyzja? Nie przekonam cię w żaden sposób? Nawet jeśli przyjdę jutro, to otrzymam taką samą odpowiedź? Nie przemyślisz tego?

– Zrobię ten Zegarek, Jianie.

– W porządku – rzekł ponuro wampir. – Mogę ci tylko życzyć, by Żywioły miały cię w swej opiece. Dobrej nocy, przyjacielu.

– Wiesz co? Chyba nazwę ten Zegarek Hazmat.

– Teraz to ty się nabijasz.

Mężczyźni uściskali się na do widzenia. Znalazłszy się w mieszkaniu, Alex wyjrzał przez okno. Jian wciąż stał na ulicy wpatrzony w niego. Uśmiechnął się smutno, unosząc dłoń. Alex pomachał i patrzył potem, jak wampir odchodzi. Zasunął żaluzje i potarł oczy. Było późno, bardzo późno.

Ruszył w stronę gabinetu, ale się rozmyślił. Był zbyt zmęczony, by kończyć teraz Zegarek, pewnie jeszcze by go zepsuł. Jian miał rację, jeśli teraz się wykończy, to nawet Talent mu nie pomoże. Lepiej nie ryzykować dobrej passy. Położył się do łóżka w dziennym ubraniu i zasnął, wpatrzony w srebrny Księżyc.

Nim odpłynął, przypomniał sobie, że Jian nigdy nie życzył nikomu dobrej nocy. Zaniepokoiłoby go to, może nawet porozmyślałby o tym, gdyby był mniej senny.

Alex Brown nigdy nie skończył Zegarka, tak samo jak Miecz Światła i Cienia nigdy nie trafił do Hazmata.

Kwadrans po trzeciej, osiemnastego października 935 roku Blanci, w starszej części miasta Khan, kiedy Alex Brown spał twardym snem zmęczonego człowieka, w jego mieszkaniu zapłonął ogień, który tlił się aż do wschodu Słońca. Tego samego dnia młoda kobieta ze łzami w fioletowych oczach zgłosiła, że jej mąż się nie obudził.

Jian Ho się pomylił. To nie transakcje z klientem z Podziemia, a ich brak, pociągnęły za sobą konsekwencje.

1

Podziemie, Abpar, Ocat, 10 lipca 968 roku Blanci

Sevan Yakutzki po raz kolejny minął tę samą chmarę ogłoszeń. Wisiały one od pół roku na wszystkich tablicach każdego podziemnego kraju. Gdyby to od niego zależało, powinny zostać zlikwidowane, razem z tym, kto je rozwieszał. Niestety, to nie on podejmował najważniejsze w świecie decyzje.

W sumie nie dziwił się, że do Podziemia i jego polityki podchodzono już od wielu lat z takim pobłażaniem. Podziemie upadło, trzeba było to przyznać. Niegdyś było ono potęgą, prawdziwym Podziemiem pełnym wysokich tuneli pod warstwą gęstych lasów. Niegdyś było to wspaniałe królestwo, kolebka świata… Wszystko zniszczyła wojna, a za wojnę odpowiedzialna była Wiedźma.

Kartki z ogłoszeniami swoje źródło miały właśnie u niej, ona sama jednak nie mogła ich rozprowadzać w Podziemiu – ani ona, ani jej najbardziej zaufane Dzieci. Zostali zesłani ponad dwieście lat temu na Martwą Wyspę, będącą w starożytnych latach wspaniałym kontynentem zwanym Medi. Ona i jej Dzieci nie mogli opuszczać Wyspy dzięki zaklęciom, nie przeszkadzało to jednak w późniejszych latach innym szatanom i istotom przyłączyć się do niej. Jeszcze czterdzieści lat temu Wiedźma była bezsilna jak dziecko bez rąk. Dzisiaj jednak miała nowe Dzieci. Dzieci, których nie ograniczały żadne zaklęcia oraz wielkie chmary wielbicieli tęskniących za wojną i nienawidzących ludzi.

Odebrano jej tron, władzę i wolność, jednak jej kult na zawsze pozostał zakorzeniony w Podziemiu.

Sevan nie pamiętał Podziemia z czasów jego największej świetności, gdyż dzieciństwo spędził na Starych Ziemiach. Wiedział jednak, że to, co działo się teraz, wycisnęłoby łzy z oczu jego ojca. Szatany zmuszono do opuszczenia Podziemia, które naprawdę było Podziemiem. Na początku arystokracja Starych Ziem nadzorowała, co tu się działo, jednak po rozbiciu królestwa na wiele słabych miast-państw, w których nie wykształciła się żadna stała struktura władzy, pozostawiono Podziemie samemu sobie. Teraz ponownie sięgała po nie zza mórz Wiedźma.

Nie był to pierwszy raz, kiedy ogłoszenia zaśmiecały tablice, chodniki i ulice. Zawsze jednak trwało to długo, bo nikt nie raczył uprzątnąć starych kartek. Tak więc poniżej poziomu ulicy pełno było brei uformowanej z błota i ogłoszeń, tablice co roku stawały się coraz grubsze, aż ich nogi pękały i zalegały na ziemi, deptane przez setki przechodniów.

Widok ten był naprawdę przykry.

Sevan przystanął, by ponownie przeczytać to, co znał już na pamięć. Nakaz łapania wszelkich istot mieszanej krwi, Waldeńczyków, ludzi z Białej Ziemi, Staroziemców, Utalentowanych i Cieni obcego pochodzenia. Za każdy gatunek wyznaczono inną kwotę. Najwięcej za mieszańców i Utalentowanych, czego Sevan do końca nie mógł pojąć.

Wiedźmie mogło chodzić o Talenty, ale też ze strony mieszańców o magów, jednak na liście nie było Luminathu… chociaż może Luminatczyków zakwalifikowano do ludzi z Białej Ziemi?

Jedno było pewne, szatanom, ale też Podziemnym wszelkiego rodzaju – ludziom, Cieniom – bardzo spodoba się ten nowy dekret. Łapanki już od kilku miesięcy były problemem, ale w Podziemiu wszystko narastało powoli, może dlatego, że szatany miały czas. Wkrótce jednak doprowadzić może to do poważniejszych zamieszek, a nawet wojny domowej w tej rozbitej krainie.

Zgniótł kartkę i rzucił na ziemię. Dało mu to niewielką satysfakcję. Fali, następującej po tym ogłoszeniu, w żaden sposób nie będzie w stanie zatrzymać.

– Sevanie! Diabole! Czemu bezcześcisz rozkazy władców, diabole?

W jego stronę zmierzał Jakk, niezwykle denerwujący szatan, którego znał z karczm. Należał do tej części Podziemnych, którzy bez namysłu rzucą się wykonać przeczytany rozkaz Wiedźmy.

– Te rozkazy same siebie bezczeszczą, spójrz. – Wskazał na breję błota i kartek zalegającą od miesięcy poniżej poziomu ulicy.

– Heretyk z ciebie, Sevanie, diabole.

Sevan się skrzywił. Słowo heretyk idealnie określałoby tych wszystkich głupców podążających za Wiedźmą, która sprzedała się demonom. Szatany długo obstawały przy jednym, jakoś nie mogły otrząsnąć się z końca wojny, ze straty swojej królowej, która podburzała w nich nienawiść do ludzi i pozwalała im na spełnianie ich najbardziej morderczych fantazji.

Sevan, z tego co wiedział, był najmniej heretycznym z heretyków. Heretykiem był każdy szatan, który wielbił Wiedźmę, jej Dzieci i demony. Przecież demony były potęgą zupełnie sprzeczną z potęgą Żywiołów i Księżyca. Gdzie podziała się wiara w to, co prawdziwe, w to, co dobre i życiodajne?

Gdzie lojalność wobec szatana, który rozszyfrował dla śmiertelnych pradawny język Żywiołów…

– Sevanie, diabole, a ty co myślisz? Ceny za ludzi są zbyt zaniżone. Żeby za największego wroga dawali połowę tego, co za jakiegoś waldeńskiego psa!

Sevan nienawidził tych stereotypów. Ludzie i szatany od początków świata rzucali się sobie do gardeł, co doprowadziło do wielu wojen. Spojrzał z odrazą na tablicę i na Jakka, gotowego spełnić jej rozkazy, i odwrócił się, by odejść. Nie zaszedł jednak daleko, gdy szatan zaczął go gonić.

– Sevanie, diabole, gdzie idziesz, diabole? Nie ignoruj mnie, Sevanie, diabole. Sevanie, zatrzymaj się, Sevanie, diabole. Diabole…

– Nie nazywaj mnie diabołem, zarazo! – Odwrócił się gwałtownie.

– Nie diabołem? Och, więc czymże jesteś, ty biała istoto? Aniołem jesteś, Sevanie? Sevanie, aniole, a może mieszańcem? Tak mam cię nazywać?

Zanim Sevan zdołał go powstrzymać, nieznośny szatan już wrzeszczał:

– Mieszańca! Mieszańca tu mamy! Widzicie o tego, o, białego?! To mieszaniec, łapać i do Wiedźmy prowadzić! Mieszańca w Podziemiu mamy! Sevana mieszańca! Łapcie mieszańca!

– Zamknij się! – Uderzył Jakka w twarz. – Diabołem jestem! Diabołem!

– To po cóż zaprzeczasz, Sevanie, diabole?

Sevan przymknął oczy i – by się uspokoić – spróbował wyobrazić sobie pewne spowite ogniem wyspy, gdzie mieszkała jego przyjaciółka. Pomyślał też o różowych oczach córeczki. Różowych oczach niewiniątka, zawsze spokojnych, nigdy złych.

Gdyby tylko Jakk był na tyle rozgarnięty, by wiedzieć, że diaboły były dziećmi podziemnych szatanów i aniołów. Niegdyś anioły również zaliczano do szatanów. Szatanem była każda długowieczna, skrzydlata istota potrafiąca władać jakimś rodzajem ognia, zdolna do teleportacji. W aniołach i elikach innym szatanom nie pasował ich kolor. Dlaczego kolor ma decydować o przynależności do jakiegoś gatunku? Elozońskich elitów jakimś cudem akceptowano i nazywano szatanami.

Być może niegdyś uznano by go za mieszańca, jednak nauka na temat krwi, jej dziedziczenia i łączenia się, pozwoliła wyodrębnić od mieszańców pewną specjalną grupę istot, kiedy mieszana krew nie tworzy mieszańca, a zupełnie nowy gatunek. Brakujące ogniwo. Dobrym przykładem tego były Cienie Lawy, dzieci Cieni Ognia i Ziemi, które nie powinny istnieć, ponieważ Yegin nie należał do Żywiołów stworzycieli. Diaboły były jak Cienie Lawy. Nie powinny istnieć, a jednak istniały i ich krew była całkiem stabilna.

W Ocacie nie było na szczęście aż tak wielu fanatyków Wiedźmy. Przechodnie popatrzyli tylko na nich i wrócili do swoich spraw. Sevan wmieszał się w tłum, byle jak najszybciej zniknąć z oczu szatana, który ponownie krzyczał, tym razem oznajmiając, że Sevan jednak nie jest mieszańcem, a diabołem.

Sevan nienawidził nazywania go „białą istotą”, choć inaczej nie dało się go nazwać. Diaboły miały to do siebie, że były złotej lub srebrnobiałej maści. On posiadał srebrnobiałe włosy, skórę i oczy, niegdyś także skrzydła, lecz pozbył się ich, by z daleka nie wyglądać na tego, kim był. Często nosił też kaptur nasunięty na twarz.

Wśród budynków szybko odnalazł Złotą Pszczołę, pijalnię miodu, w której miał się spotkać z bratem. Zamówił dwa kufle letniego miodu z sokiem zehre i korzonki z marynowanym imbirem na deseczce. Znalazł osłonięte miejsce w rogu lokalu, skąd mógł obserwować wszystkich klientów. Świadomy, że przyjaciel zgubi się w plątaninie zabudowań Ocatu, nie miał oporów przed raczeniem się miodem.

Zdążył wypić połowę kufla, gdy do środka wszedł Kosma Erkki Blanca, rozglądając się. Sevan uniósł rękę, by szatan go zauważył. Różnica między nim i Kosmą zawsze go bawiła. Kosma miał ciemnokawową skórę, czarne oczy i włosy. Jego skrzydła podrygiwały złożone na plecach, jak zawsze, kiedy się denerwował.

Niegdyś w królestwach takich jak Podziemie czy Martyr ciemna skóra była wyznacznikiem zdrowia i statusu społecznego. Wraz z nadejściem wojny szatany wzięły sobie na cel głównie ludzi ciemnoskórych, czyli w ich mniemaniu tych zdrowych i silnych, a więc stanowiących zagrożenie. Ciemnoskórych ludzi przetrzebiono jak myszy w stodole. Jasnoskórych zaś zostawiono, by mieć jakąś grupę podległą sobie.

Jeszcze gorzej od ciemnoskórych mieli jednak rudzi. Sama historia Cieni jako gatunku jest bardzo ciekawa. Otóż Cienie Wody, Wiatru i Ziemi, kiedy różne gatunki rozdzielono, przez dłuższy czas uznawano za czarowników. Nie byli oni prześladowani, traktowano ich z szacunkiem, ale też nieufnością i podejrzliwością. Rudzi natomiast…

Nie każdy rudy był Cieniem Ognia, Cienie Ognia za to uważano za demony. Jako jedyne wśród Cieni mają swój Żywioł w żyłach. Rudzi byli podejrzani, według logiki ludzi płomienne włosy oznaczały ogień. Ciemnoskórych gęsto przetrzebiono, a rudych całkiem wybito na dwóch kontynentach. Zarówno ludzie, jak i szatany lękali się ich mocy.

Być może Wielka Wojna nie przyniosła tylko śmierci i zniszczenia. Większą uwagę zwrócono na owych „czarowników” i „demony ognia”. Odnaleziono między nimi podobieństwa, zauważono w nich wagę i piękno.

– Wybacz, że tak długo, Sevanie – powiedział Kosma, usiadłszy przed nim. Obejrzał się. – W Ocacie nie da się nie zgubić.

Sevan się uśmiechnął.

– Możemy spokojnie rozmawiać. Jest bezpiecznie – zapewnił. Kiedy szatan się odprężył, podsunął mu kufel. Ten podziękował skinieniem głowy. – Imbiru?

– Nie, dziękuję – odparł i pociągnął łyk.

Pili w milczeniu, aż cały miód się skończył, a Sevan dokończył imbir.

– Z czym więc przychodzisz, Kosmo?

Przeszli z białej mowy na dialekt ionarski, jasny tylko dla kogoś, kto obcował z nim od dziecka lub spędził wiele lat na jego nauce. Niestety i tak nie mieli pewności, że obok nie siedzi ktoś, kto ich zna. Podziemie było skupiskiem wszystkich kultur, jakie tylko istniały.

– Premini mają obawy. Elici zaczęli interesować się poczynaniami Wiedźmy. Cały Elozoz jakby ożywił się na wspomnienie o niej. Chcieliby podjąć się przeniesienia tego, co u nich schowano.

– Dziecka czy Światła?

– Póki co Dziecka.

Wśród Cieni zdarzało się czasem pokolenie, w którym czwórka miała bardzo wielką moc. Nazywano ich Pierwszymi Dziećmi Żywiołów, gdyż była to moc, której… nie spotykano u nikogo innego. Zakładano więc, że są to bezpośrednie dzieci samych Żywiołów.

– Kosma, dlaczego przychodzisz z tym do mnie? Dlaczego spotykamy się w karczmie? Dlaczego nie udasz się do kogoś, kto ma większe wpływy? Na przykład do Kastii, a jeśli chodzi o Światło, to możesz nawet skontaktować się…

– A ty wiesz przecież, jak ryzykowny jest z nim kontakt. – Choć nie było to konieczne, Kosma szeptał. – Będę mógł z nim porozmawiać dopiero, kiedy on znajdzie czas. – Sevan dobrze rozumiał jego gorycz. Nie mieli wieści od Kastii od prawie roku. – Premini potrzebują odpowiedzi i pomocy, najlepiej już teraz.

– Dlaczego chcą przenosić Dziecko? Myślałem, że ich ziemie są najbezpieczniejszym terytorium. I Światło. Kiedy je zechcą przenieść?

Skrzydła Kosmy lekko załopotały.

– Być może niedługo – chrząknął. – To prawda, że terytorium preminów jest najbezpieczniejsze, ale nie zapominaj, że nie są tam sami. Dzielą je z elitami, a jeśli oni postanowią przyłączyć się do Dzieci, Stary Elozoz stanie się najbardziej niebezpiecznym miejscem dla Dziecka i Światła.

– Kastia całe życie jest nieosiągalny, ale co z Penielem, Ariciem, Baldwinem, Aidą…

– Nie wiem, co dokładnie wyprawia się na Starych Ziemiach, ale mają tam jakieś swoje własne problemy. Znasz zdanie ich wszystkich. Baldwin nie chce się mieszać w żadne Dzieci ani Miecze, Aida woli pozostać bezstronna. Nie chcę zawracać im tam w Ebri głowy, mają problemy na granicy z Mórem. Podobno widywano tam jakieś dzikie demony. Zostajesz więc ty.

– Ostatnia deska ratunku. – Sevan uśmiechnął się z przekąsem.

Kosma odpowiedział mu błagalnym spojrzeniem. Diaboł milczał przez chwilę.

– Jakie miejsce rozważają na przeniesienie? – spytał w końcu.

– Nie są pewni. Propozycje są różne. Na pewno gdzieś daleko, może Belvedon.

– Absolutnie nie.

– Dlaczego?

– Zaczekaj, domówię miodu i wyjaśnię. Jesteś pewien, że nie skusisz się na imbir?

– Pół tacki, z pomarańczą.

Zaopatrzeni w napój mogli przystąpić do dalszej rozmowy. Sevan nakazał Kosmie pić i, jak obiecał, począł wyjaśniać.

– Belvedon może jest najdalej, ale przecież byle człowiek ściągnął zza niego Miecz. Kiedyś może i to by przeszło, ale Wiedźma nie jest teraz uwiązana. Ionar i Ebri stanowczo odpadają.

– Jak to?

– Cicho, Kosma, pij. Nie są na tyle głupi, by nie przewidzieć, że zechcemy coś ukryć na Starych Ziemiach. Musimy więc być mądrzejsi i odrzucić tę opcję. Jak sam powiedziałeś, mają tam jakieś problemy, więc lepiej im nie dokładać. O Białej Ziemi nawet nie wspomnę. Ennavy są równie skorumpowane, co Azzip.

– Co więc proponujesz?

– Czerwone Wyspy. Są dostatecznie daleko, by nie powiązać ich z Elozozem i dostatecznie blisko, by szybko Dziecko przenieść. Niech podróżują przez Ebri, od tamtej strony jest bezpieczniej. Horang wyśle niewielką eskortę strażników, tak, by nie wzbudzać podejrzeń. Skontaktuj się z Agnes. Nawet demony nie są na tyle głupie, by podpowiedzieć tej przeklętej Wiedźmie podróż na Czerwone Wyspy. Dodatkową zaletą jest ich położenie między Starymi Ziemiami, więc łatwiej tam zapanują nad sytuacją, jeśli coś będzie nie w porządku.

– Albo można od strony Móru i wsiąść na statek…

– Sądziłem, że to Dziecko ma pozostać żywe. Sztormy nie sprzyjają ciągłości życia. Tamte okolice miewają najdziksze fale i wichury. Poza tym – Sevan spojrzał na niego jak na skończonego idiotę – czy na granicy z Mórem nie ma jakichś problemów, o których właśnie wspominałeś?

– Na Żywioły, masz rację! Nie pomyślałem o tym! – wykrzyknął.

– Tak więc lądem przez nabrzeża Ebri.

– Sevanie, jesteś genialny.

– A ty coraz gorzej sobie radzisz z wiekiem.

– Cóż, można mieć wieczne ciało, ale nie umysł. Jeszcze nie wariuję, mam nadzieję. – Kosma skrzywił się.

Sevan wiedział, o czym pomyślał, o ich najstarszym bracie, Sanie Juheo, który podobno zmarł z szaleństwa spowodowanego zbyt długim życiem. Sevan dopił miód, patrząc Kosmie w oczy.

– Też mam taką nadzieję.

– W każdym razie, dziękuję za spotkanie, radę i miód. Bardzo potrzebowałem z kimś porozmawiać. Wiesz, jak nie lubię samemu decydować o ważnych rzeczach. – Wstał od stołu. – Udam się od razu do Elozozu.

– Tylko się teleportuj, zamiast płynąć statkiem. Po lądzie będzie trudno.

– Aż tak źle jeszcze ze mną nie jest.

– Miło słyszeć, i jeszcze jedno, Kosma. Niech się wstrzymają ze dwa miesiące z tym przenoszeniem.

– Premini chcą to zrobić możliwie najszybciej.

– I ta możliwość zdarzy się najszybciej za dwa miesiące. Lepiej się dostać na Czerwone Wyspy, kiedy wody wokół są spokojne. Między wrześniem a grudniem jest najbezpieczniej.

– Dobrze, Sevanie. Tak im przekażę.

– Nie tylko przekaż, ale i dopilnuj, by tak uczynili.

Po wyjściu Kosmy Sevan siedział trochę w pijalni, rozmyślając o tym, czego się dowiedział od brata. Pytał go o coś, za co odpowiedzialna była arystokracja Ebri. Ale oni mieli własne problemy. Granice Móru, jakieś dzikie demony. A więc to powoli się zaczynało, demony stawały się niezależne.

Zajęty tymi problemami nie zauważył narastającego wokół zamieszania. Do pomieszczenia wpadł jakiś dzieciak i krzyknął, że łapią mieszańca. Pijalnia natychmiast opustoszała. Wszyscy rzucili się na dwór albo do okien, żeby zobaczyć łapankę. Sevan się odwrócił.

Na ulicy, w brei z błota i kartek, ciągali się jakiś szatan i domniemany mieszaniec. Ten pierwszy ranił drugiego nożem po dłoniach, by nie mógł rzucać zaklęć. Najwidoczniej uznał, że mieszaniec musi być już magiem.

Istoty zebrały się wokół nich. Nikt nie pomagał szatanowi ani go nie powstrzymywał. W tłumie Jakk i inni krzyczeli. Do Sevana docierały okrzyki: „Mieszaniec! Łapać mieszańca! W imię Matki! Krew się leje, krew! Przelewaj krew, by się oczyścić!”. Nieszczęsny mieszaniec zginie albo teraz od ran zadanych nożem, albo potem zamorduje go Wiedźma lub któreś z jej Dzieci, jeśli z mężczyzny nie będzie pożytku. Nie wiadomo nawet, czy to naprawdę był mieszaniec.

Wszyscy stali wokoło. Bierni obserwatorzy, równie źli co ten, który atakował, a może nawet gorsi. Pozwalali na ten atak, brak reakcji wskazywał nawet na poparcie czynu. Sevan zadrżał, odwracając się od okna. Naciągnął głębiej kaptur na oczy i zamówił kolejny miód.

Był takim samym biernym obserwatorem jak inni.

2

Biała Ziemia, Lemran, GreatAam, 1 września 968 roku Blanci

Seraphine Brown od rana usiłowała się spakować, jednak co włożyła do walizki, zaraz znajdowała z powrotem na łóżku. Uparcie pakowała wszystko po kilka razy, aż w końcu widok brązowej bluzy, który miała ciągle przed oczami, wytrącił ją z równowagi. Rzuciła ją na podłogę.

– Dość. Nie potrzebuję brać ze sobą wszystkich ubrań.

– W porządku – odparła Felicity, wychylając się zza łóżka. – Mam rozumieć, że żywicy też nie potrzebujesz?

Seraphine natychmiast zajrzała do kufra pod oknem, gdzie powinna znajdować się biała żywica z kryształowych drzew w specjalnych termosach utrzymujących ją ciepłą, a więc płynną. Między szkatułkami z gotową biżuterią nie znalazła żadnego.

– Oddawaj to, Felice!

– Najpierw mnie złap!

Wybiegła z pokoju, a Phin za nią. U szczytu schodów ujrzała ojca.

– Łap ją!

– Kogo? – spytał i uniósł niewinnie ręce, kiedy młodsza z córek przebiegła obok niego.

Seraphine westchnęła i ruszyła dalej w pogoń za dziewczynką. Gdy dotarła na dół, ta już zdążyła się gdzieś ukryć. Seraphine przejrzała wszystkie pokoje i już miała się poddać, kiedy Felicity wyskoczyła ze swojej kryjówki. Długo się tak ganiały. Felicity była mniejsza, zwinniejsza i szybsza, więc ilekroć Seraphine ją prawie miała, wyślizgiwała się sprytnie.

Phin zdążyła się zmęczyć, nim dotarło do niej, że przecież siostra nie ma przy sobie żywicy. Usiadła sfrustrowana na kanapie.

– Oddaj albo wisisz mi dwieście maurenów.

– Siostrę w długi zaciągasz? – Felicity weszła do salonu. Miała zarumienioną buzię.

– Taką jak ty? Oczywiście.

Dziewczynka wystawiła starszej siostrze język na tę odpowiedź.

– Felicity, naprawdę nie mam czasu na te zabawy.

– Jakie zabawy? Zabawy są dla małych dzieci.

– Ale ty jesteś małym dzieckiem.

Felicity podeszła do niej z naburmuszoną miną.

– Nieprawda.

– Prawda. Tylko małe dziecko daje się tak łatwo podejść. – Zanim do Felicity dotarł sens słów, Seraphine złapała ją i przyciągnęła do siebie. – Gdzie jest żywica?

– Nie powiem.

– Mów, bo zacznę łaskotać – zagroziła.

– Nie, nie możesz. N-nie… możesz… nie! – Felicity zaczęła się śmiać i dziko wić, próbując uwolnić swoje żebra od palców Phin. – N-nie… nie, proszę…

– Gdzie jest żywica? Mów, bo załaskoczę cię na śmierć.

– Nieee! – zawyła.

– Dziewczynki, spokój – zarządziła mama. Seraphine przestała łaskotać, a Felicity zwinęła się na podłodze, wciąż się śmiejąc. Ilse Brown pokręciła głową. – O co znowu chodzi?

– Ukradła mi żywicę i nie chce powiedzieć, gdzie jest. Od rana przeszkadza mi w pakowaniu. Spóźnię się przez nią na statek.

– Nie spóźnisz – zaprzeczyła Felice, chichocząc. Odgarnęła jasne włosy z twarzy. – Statek odpływa równo za godzinę i czterdzieści siedem minut.

Nikt nie mógł zaprzeczyć. Felicity od zawsze miała jakąś dziwną intuicję, która pozwalała jej określić, jaka dokładnie, co do minuty, a nawet sekundy, jest godzina. Miała też niezawodną pamięć. W domu Brownów zbędny był zegar, wystarczyło spytać Felicity o czas. Była jak zegar, czasomierz i budzik w jednym – zawsze wstawała o godzinie, którą sobie wybrała. Seraphine bardzo jej tego zazdrościła. Rodzina i znajomi nazywali Felicity Władczynią Czasu.

Znajomi – tych było niewielu. W Lemranie panował jeden typ urody i wszyscy do niego pasowali, jedynie Brownowie, oprócz Ilse, się wyróżniali. Inność często odstrasza ludzi.

Tak więc Felicity była wspaniałym zegarkiem, a kim była Seraphine? Co umiała? Na pewno nie znała godziny bez patrzenia na zegar. Nie była zbyt wyjątkowa, ale potrafiła wyrabiać piękną biżuterię. Jubilerstwo było czasochłonne, wymagające zdolności manualnych, cierpliwości i wyobraźni. Każdą część biżuterii wyrabiano własnoręcznie, nie istniały sklepy, jak piekarnie, gdzie bransoletki, naszyjniki, pierścionki i kolczyki codzienne rano czekały na klientów wciąż ciepłe.

Felicity Brown mogła być sobie Władczynią Czasu, ale nie posiadała za grosz cierpliwości i opanowania siostry. Była dzikusem.

– Godzina, czterdzieści sześć minut, pięćdziesiąt siedem sekund, pięćdziesiąt pięć sekund, pięćdziesiąt trzy sekundy, pięćdziesiąt… Nie skarż na mnie, Phin!

– Phinnie, żywica jest w kuchni.

– Dlaczego jej powiedziałaś, mamo? – jęknęła Felicity. Wstała w końcu z podłogi, piżamę miała strasznie wygniecioną, włosy całkiem splątane. Popatrzyła zawiedziona za Seraphine idącą do kuchni. Zabawa się skończyła.

– Kochanie, idź się przebierz i przyjdź pod lustro. Wyglądasz jak drzewo po wichurze.

Kiedy młodsza z córek pobiegła do pokoju, Ilse weszła do kuchni. Seraphine próbowała wziąć w ręce wszystkie termosy, ale jej to nie wychodziło. Miała za małą rozpiętość ramion. Kilka upadło na podłogę. Kobieta schyliła się po nie.

– Nie nieś wszystkich naraz – poradziła.

– Jeśli będę nosić na raty, to Felice znowu je gdzieś poroznosi.

– Nie poroznosi.

– Poroznosi.

– Phinnie, ona tylko chce twojej uwagi.

– Chyba mojego wnerwienia – burknęła dziewczynka i znowu spróbowała unieść za dużo termosów. Mama westchnęła i wyjęła jej połowę z rąk.

– Ona to robi z miłości.

– Chyba z nudów i złośliwości.

– Seraphine. Po raz pierwszy jedziesz na tak długo i tak daleko bez nas. Felice będzie tęsknić.

– Jadę tylko na miesiąc, może dwa. To niedużo.

– Dla ciebie. Felicity jest mała.

– Ma już dwanaście lat.

– Niewiele mniej od ciebie.

– A zachowuje się jakby o wiele – zauważyła Seraphine.

– Zobaczysz, że jeszcze będziecie płakać, żegnając się.

– Chyba raczej ty. – Seraphine uśmiechnęła się.

– No cóż, nie mogę kłócić się z prawdą. Naprawdę, nie nieś tego naraz. Felicity nic ci nie zabierze. Ja się nią zajmę – mrugnęła do córki. – Ją i jej włosami.

Seraphine posłuchała mamy i nosiła termosy po kilka. W pokoju zastała Felice próbującą zapiąć guziki koszuli. Phin zdążyła przenieść całą żywicę do kufra i zamknąć go na klucz, gdy ona wciąż mocowała się z guzikami.

– Wiesz, że możesz założyć zwykłą koszulkę? Dziś jest normalny dzień.

– Odejście siostry to normalny dzień? Bycie porzuconym wymaga odpowiedniego stroju!

– Dobra, tylko nie zakładaj długich spodni, bo jest gorąco. – Schyliła się po tę brązową bluzę. – Zakład, że spakuję się szybciej, niż ty zapniesz koszulę?

Seraphine zapukała do drzwi pokoju babci. Zaczekała, aż usłyszy „proszę”, wszyscy szanowali jej prywatność.

– Babciu? Wyjeżdżam dziś – mruknęła przez uchylone drzwi.

– Geoseb.

– Co?

– Wejdź.

Babcia jak zwykle siedziała w swoim dużym fotelu, czytając książki w językach, których Seraphine nie uczyła się w szkole. Cienkie zasłonki zmieniały kolor promieni słonecznych. Białe ściany wydawały się zielone, a skóra babci ciemniejsza. Janei Muy wyglądała inaczej niż wnuczki. Miała ciemne, choć przyprószone siwizną włosy i była wzrostu, którego żadna z dziewczynek nigdy nie osiągnie. W rękach trzymała książkę w granatowej okładce ze złotym podpisem: „Markyr Eqsttsiio Seigorps Giinpimiig Lali”.

– Co czytasz? – spytała bardziej z grzeczności niż rzeczywistej ciekawości. Seraphine nie rozumiała, jak można tak po prostu siedzieć nad jakąś książką i to jeszcze w innym języku.

– Martyrskie baśnie Giinpimiiga Laliego. Niezwykle wciągająca lektura, powinnaś kiedyś przeczytać.

– Nie znam martyrskiego.

– We wszystkich ennaviańskich szkołach uczy się dzieci języków. Martyrski powinien być podstawą dla mieszkańca Białej Ziemi. Języki obce to drzwi na świat.

– Na pewno – zgodziła się.

Seraphine stała obok babci nieco sztywno. Rozmowy z nią zawsze ją stresowały. Starsza kobieta była inteligentna, widziała w życiu dużo. Phin nie miała o czym z nią rozmawiać. Babcia zamiast słuchać o wyrobie biżuterii, wolała rozprawiać o swoim ukochanym autorze, Lalim, i różnych legendach. Legend akurat dziewczynka słuchała z zaciekawieniem, tyle że babcia, jak każdy, znała ich ograniczoną ilość. Seraphine pamiętała historie o Wiedźmach, Cieniach i szatanach. Traktowała je jak bajki, a nie fakty, którymi były. Na co jej taka wiedza w Lemranie? Tu największą abstrakcją, jaką można spotkać, jest człowiek o ciemnych oczach lub włosach.

– Pożyczyłabym ci ją do Khan, Sigorny i Vash na pewno umiałyby to przeczytać, ale analizuję właśnie pewną przypowiastkę i zajmie mi to trochę czasu.

– Mhm.

– Więc Khan, tak? Wiesz, że to całkiem inny świat? Lemran jest jak łagodna bajka, którą opowiada się dziecku na dobry sen. Dopiero tam poznasz prawdziwy świat, nie przestrasz się go.

– Nie przestraszę – obiecała, wiedząc, że to prawda. Wobec wyjazdu nie czuła strachu, lecz podniecenie, ciekawość, głód przygód.

– Żyją tam różne istoty. Nie oceniaj nikogo po wyglądzie, nie bój się czegoś, czego nie znasz. – Janei wróciła wzrokiem do góry strony i przeczytała ponownie słowa, które dla Seraphine nie miałyby sensu. – Rasizm gatunkowy to bardzo złe zjawisko, nie bądź jednak naiwna. Nie chcę cię straszyć i nie będę tego robić. Jedziesz na wakacje, więc powinnaś dobrze się bawić.

Janei wstała, założywszy stronę w książce połyskliwym czerwonym piórem. Otworzyła szufladę komody i wyjęła z niej drewniane pudełeczko. W środku, na czarnej poduszeczce leżał krótki nóż, albo bardziej sztylet. Pięknie błyszczał na aksamicie.