Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 373 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Magia grudniowej nocy - Gabriela Gargaś

W tę grudniową noc magia świątecznej atmosfery rozgrzeje serca wszystkich!

W małym bieszczadzkim miasteczku mieszkańcy śnią o Świętach jak z bajki. Wśród wzgórz otulonych śniegiem, w małych domkach, w których pachnie cynamonowymi wypiekami, to marzenie może się spełnić… Czy pierwsza gwiazdka przyniesie ukojenie?

Michalina już niedługo zostanie mamą. Radość oczekiwania na maleństwo zakłóca jej jednak obawa, że będzie musiała wychowywać je sama. Czy Przemek wybaczy jej dawne błędy i stworzą kochającą się rodzinę?

Przed Świętami babcia Zosia niemal nie wychodzi ze swojej cukierni „Cynamonowe serca”, bo zamówień na przepyszne pierniczki, makowce i serniki spłynęło jeszcze więcej niż w ubiegłym roku. Niefortunny wypadek sprawi, że nie będzie mogła sama dokończyć wypieków. Na szczęście ktoś chętnie jej pomoże…

W te Święta każdy odkryje coś wyjątkowego. Bo przecież najpiękniejsze podarunki od losu dostajemy, kiedy najmniej się tego spodziewamy.

Opinie o ebooku Magia grudniowej nocy - Gabriela Gargaś

Fragment ebooka Magia grudniowej nocy - Gabriela Gargaś

Copyright © Gabriela Gargaś, 2018

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadzące: Adriana Biernacka i Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © catalina.m | Shutterstock

Kon­wer­sja: Grze­gorz Ka­li­siak

ISBN 978-83-7976-074-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dorosłam i… Ile marzeń zaprzepaściłam, ile przegapiłam spadających gwiazd? A kiedyś, jako dziewczynka, nieustannie wgapiałam się w niebo i wypatrywałam komet. Jak bardzo wierzyłam, że moje marzenia się spełnią! Dlaczego przestałam wierzyć? Chciałabym w te święta Bożego Narodzenia uwierzyć na nowo. Na nowo stać się dzieckiem, z gonitwą myśli w głowie i tą radością oraz ufnością.

Rzeczy przyziemne to jedno… a marzenia to coś zupełnie innego. Je trzeba mieć. Koniecznie. Są promykiem słońca w pochmurny poranek.

Czas ucieka, jestem coraz starsza. Muszę zwolnić teraz na kilka chwil. Na ten magiczny czas. Nie chcę być tak do bólu dorosła, dojrzała. Chcę… Chcę upiec pierniczki i udawać, że mąka jest śnieżnym pyłem, chcę zapomnieć o wszystkich zmartwieniach, o niezapłaconych rachunkach, o liście zakupów. Na chwilę można, przecież świat się nie zawali. Nadchodzą święta.

Prolog

„Czy tylko mnie się to zdarza?” — pomyślała Amelia. „Są takie dni, kiedy marzę, by nikogo na swojej drodze nie spotkać. Kiedy wyglądam jak milion dolców i czuję się piękna, radosna, nie spotykam nikogo znajomego. Nikogusieńko. A kiedy przemykam między domami nieuczesana, z czerwonym nochalem, nieumalowana… bach, wszyscy znajomi po drodze”.

Nagle zza zakrętu wyłonił się ON. Wyglądał, jakby wyszedł z jakiegoś ważnego spotkania. „Stalowy płaszcz podkreśla błękit jego oczu. A ja?” — Amelia zaczęła nerwowo rozglądać się na boki, jakby szukała ucieczki. W głowie kłębiło jej się mnóstwo myśli. „Jak sierotka Marysia albo Kopciuszek, ale nie ten na balu, tylko ten, który wraca do domu objuczony sprawunkami. Byle tylko mnie nie zauważył!”

Spuściła głowę. „Może wskoczę w zaspę i będę udawała bałwana?”

Stanęła, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. I nagle usłyszała:

— Cześć.

I to „cześć” sprawiło, że jej serce mocniej zatrzepotało.

— Cześć! — Spojrzała na Marka, uśmiechnęła się. Nie widzieli się od trzech tygodni. Amelia unikała go, nie odbierała od niego telefonów; jednym słowem chciała o nim zapomnieć, bo przecież była Patrycja.

Wymienili kilka uprzejmości. Kobieta czuła, że nie tylko nos ma zaczerwieniony od kataru i ciągłego wydmuchiwania, teraz jeszcze rumieniec wypełzł jej na policzki. Marek taksował ją wzrokiem, a ona wciąż uśmiechała się niemrawo. Siatki wbijały jej się w palce.

— Co słychać? Gdzie lecisz? — zapytał.

— A… tak sobie, po zakupy wyszłam.

„Czy ja się uczesałam, umyłam zęby? Miałam skoczyć tylko po bułki. To nic, że z bułek zrobiło się też mleko, masło, karkówka, bo taka ładna i chuda, że grzech nie wziąć”. Miała wrócić do domu i się ogarnąć.

A tutaj na drodze on.

— Pomóc ci? — zaproponował.

— Nie, nie. Dam sobie radę.

— A może jednak?

Wreszcie pokiwała głową.

Ruszyli w stronę domu. On z siatkami, ona dreptała koło niego. Jej myśli wciąż zaprzątała niestaranna fryzura. „Może powinnam zaprosić go na kawę? To tylko kawa. Powspominamy dawne czasy. To znaczy niedawne. Nie, wykluczone. Podłoga się klei i śmierdzi przypalonym mlekiem. Muszę grać niedostępną”.

Jeśli zechce zacząć coś od nowa, musi o nią powalczyć. Żadnych kaw. Żadnych.

Stanęli przed drzwiami wejściowymi.

— Może napijemy się kawy? — zaproponował znienacka.

— Ka… kawy? — zapytała zdziwiona.

Zima w Bieszczadach jest zupełnie inna od tej w mieście. I przychodzi wcześniej. W mieście niekiedy nie widać tej zimy. Chowa się w ulicznych korkach. Śnieg posypany solą i piaskiem zamienia się w breję. Niebo sine jest od smogu. A tutaj, w Złotkowie, czuć tę zimę — i przede wszystkim widać. Zmrożone gałązki drzew błyszczą w zimowym słońcu. Turkusowe niebo połyskuje nad głowami. Kilkucentymetrowa warstwa śniegu przyjemnie chrzęści pod stopami. Góry i pagórki, pola i połoniny pokryte są białym puchem. Bieszczadzki świat się skrzy. A w „Różanym Pensjonacie” jest ciepło i przytulnie.

Michalina otworzyła drzwi i weszła do domu. Siatki z zakupami odłożyła na stół. Zrzuciła kurtkę, szalik i kozaki i weszła do salonu. Rozpaliła w kominku. Ogień przyjemnie trzaskał, kiedy zajmował polana.

Kiedyś Michalina z niecierpliwością czekała na wiosnę. Kilka lat temu pokochała jednak zimę. Każda pora roku jest potrzebna; mroźna zima decyduje o pokaźnych plonach latem. Pogładziła się po lekko wystającym brzuchu. Zawsze kiedy pomyślała o tym, że zostanie mamą, ogarniała ją radość, dopiero potem serce jej się ściskało, gdy docierało do niej, że będzie matką — samotną.

Była zdziwiona tym, że Przemek odszedł. Nagle, bez pożegnania. Potem dowiedziała się o ciąży. Dzwoniła do niego, pisała. Żadnej odpowiedzi. Dopiero po kilku tygodniach oddzwonił i powiedział, że widział ją, kiedy całowała Artura. Chciała mu to wytłumaczyć, ale się rozłączył. Nie miała pojęcia, co zrobić; to babcia Zosia namówiła ją do tego, by mu powiedziała, że zostanie ojcem. O dziwo się ucieszył. Obiecał pomóc, ale z nią nie chciał mieć nic wspólnego.

Bolało. Usta się śmiały, ale w sercu pozostał jakiś żal, tłumiony żal do siebie, że jej się nie chciało, że się nie starała, że nie wyszło…

Historia, jakich wiele. Ktoś kogoś oszukał, ktoś odszedł, ktoś czegoś nie dopowiedział, ktoś coś źle zrozumiał. Może rzeczywiście powinna mu wszystko wyjaśnić? Tylko że on przecież nie chciał słuchać.

„Tyle razy ode mnie odchodziłeś. Czekałam na ciebie z utęsknieniem. Zapominałam. Tyle razy zapominałam…” — rozmyślała Zofia, otulona wełnianym kocem w kratę. „A nie powinnam. Powinnam pamiętać cię wyraźnie. Czuć cię. Zapachy, smaki, przeszłe emocje… To wszystko już za mną. Wracasz nocą, w snach. Uśmiecham się do ciebie. Pamiętam ten uśmiech od ucha do ucha i nos nakrapiany piegami, i taniec boso na trawie mokrej od porannej rosy. I to, jak zrywałam peonie! Kocham te pękate kwiaty o bladoróżowych płatkach. I pamiętam pierwszą miłość, burzliwą, szaloną, namiętną, która miała wypisane szaleństwo na twarzy. I te pocałunki w maju, pod kwitnącym kasztanem. Oburzone spojrzenia nadętych matron, kiedy nie mogliśmy od siebie rąk oderwać. Pamiętam, choć czasem zapominam. Bo dziś jest inaczej. Dzisiaj jestem starą kobietą, nie boję się tego określenia. Stara. Ale kiedyś przecież byłam młoda…

Ja też robiłam dużo rzeczy niechcący, a inne chcący, bo ich pragnęłam; tylu rzeczy chciałam, choć może nie powinnam! Teraz uśmiecham się na ich wspomnienie.

Odchodzisz i wracasz. Pozwalam ci odejść. Nie można niczego i nikogo zatrzymywać na siłę. Siedzisz sobie na dnie mojej duszy, w zakamarku serca. Wiem, że kiedy będę chciała, wrócisz. Z dźwiękiem jakiejś melodii, w czyimś uśmiechu, w zapachu bzu.

Moje WSPOMNIENIE”.

Rozdział 1

Michalina kochała zimę w Bieszczadach. Owinąwszy się ciaśniej szlafrokiem, podeszła do okna. Mimo iż był listopad, w górach zima rozpanoszyła się już na całego. Na szybach mróz wymalował piękne wzory: drobne siateczki niczym hafty richelieu. Gruba warstwa śniegu pokrywała krzaki rosnące wokół płotu. Ulicą naprzeciwko, po której z rzadka jeździły samochody, nikt teraz nie chodził. Michalina miała ochotę wzuć kozaki i przejść się po ulicy. Czuć, jak śnieg trzeszczy pod ciężarem jej stóp. Sporo już przytyła, mimo iż to była dopiero końcówka pierwszego trymestru ciąży. Śnieg padał coraz gęściej, a wielkie płaty wirowały w ciepłym świetle latarni.

Zawsze kiedy zbliżały się święta, wspominała rodziców. Mamę, która zmarła, gdy Miśka miała osiemnaście lat, przez co dziewczyna musiała zająć się młodszym braciszkiem, i tatę, który ich opuścił. Zjawiał się czasami w Złotkowie, by po chwili odjechać w nieznane. Taki już był. Wolny ptak.

Była siódma trzydzieści rano. Zaraz zacznie się rozwidniać. Michalina postanowiła się przebrać i pójść do sklepu, a następnie wstąpić do „Cynamonowych Serc”. Nazajutrz w pensjonacie miał się pojawić kolejny gość, więc Miśka musiała posprzątać, wyprać pościel, ułożyć menu. Ubrała się i wyszła.

Od kilku dni ludzie ją irytowali. Czasami czyjeś zachowanie doprowadza człowieka do furii. A w ostatnim czasie, gdy hormony buzowały, Michalina też miała ochotę wybuchnąć. Jak dziś. Stojąc w kolejce do kasy, nagle poczuła coś na plecach. Odwróciła się i zobaczyła kobietę — nie, nie kobietę, babę: tak Miśka o niej pomyślała — która pchała się na nią z zakupami.

— Przepraszam panią, ale moje plecy to nie zajezdnia wózków — fuknęła.

— Oj, coś pani taka delikatna?

Michalina odwróciła się do nieznajomej.

— Tu chodzi, droga pani, o czystą przyzwoitość. Chce pani stanąć w kolejce przede mną, czy co?

Wiedziała, że nie powinna zaczynać dyskusji, ale była tak podminowana, że nie mogła się powstrzymać.

— Stoję za panią i tu mi dobrze. — Korpulentna kobieta wzięła się pod boki.

— To niech pani co chwila tym wózkiem nie wjeżdża w moje plecy. To już nie PRL, towaru starczy dla każdego.

— Patrzcie państwo, jaka księżniczka się znalazła! Na ziarnku grochu w dodatku, taka delikatna!

Michalina zacisnęła zęby i więcej się nie odezwała.

Ale później było już tylko gorzej. W drodze powrotnej jakaś wielka ciężarówka jechała blisko pobocza i ochlapała ją śnieżną breją. Miśka poczuła mokrą chlapę nawet za kołnierzem kurtki. Miała ochotę przystanąć i drzeć się wniebogłosy.

Weszła do domu. Na przedpokoju pojawił się Bartek ze szczoteczką w ustach.

— Nie wiesz, że zęby się myje w łazience, a nie chodzi po domu z kapiącą z buzi pianą?

— Mhm — mruknął chłopiec.

Po kilku chwilach pojawił się w pokoju.

— Czemu się czepiasz?

— Bo mi plamy z pasty zrobisz na dywanie. Jakbyś był rozsądny, tobym się nie czepiała.

— Ty też łazisz po domu, myjąc zęby. Od kogoś się tego nauczyłem. — Puścił do siostry oko.

— Ty już nie bądź taki mądry — rzuciła w odpowiedzi, choć w jednej chwili wyparowała z niej cała złość.

Chłopiec pstryknął palcami.

— Nie pstrykaj mi tu, tylko jazda do szkoły. — ­Michalina zerknęła na zegarek. Była ósma czterdzieści pięć, Bartek zaczynał lekcje o dziewiątej.

Chłopiec usiadł na podłodze i zaczął wkładać buty. Nie mógł rozplątać sznurówek.

— Co ty tu jeszcze robisz? — Miśka wyleciała na korytarz jak burza.

— Próbuję rozsupłać sznurówki.

— Panienko Przenajświętsza, miej mnie w swojej opiece. — Jego siostra wyrzuciła ręce do góry.

Po chwili kucnęła obok brata i mu pomogła.

— Czy ty zawsze musisz się spóźniać? Pieron jeden — mamrotała pod nosem.

— Nie spóźniam się. Po prostu dziwne rzeczy po drodze mnie zatrzymują.

— No, to idź już do szkoły.

— Zrobiłaś mi kanapki?

Michalina pędem ruszyła w stronę kuchni.

— Jasna cholera! — zaklęła.

— O czym ty myślisz?

No właśnie: Michalinie wydawało się ostatnio, że w ogóle nie myśli. Że ciąża spowodowała, że ma papkę zamiast mózgu.

Dobrze, że mięso już upiekła, boby je jeszcze dzisiaj spaliła. Westchnęła głęboko i w tym samym momencie strzelił suwak jej spódnicy. Jeszcze tego brakowało! Odnotowała w myślach, żeby zakupić ubrania ciążowe. W pasie powoli przybywało jej centymetrów, na razie niewiele, ale jednak. Wyszykowała Bartka do szkoły i wyszła do kawiarni.

Pół godziny później Michalina była na zapleczu „Cynamonowych Serc”. Babcia Zofia wyrabiała już ciasto, podobnie jak Wiktoria, córka przyjaciółki Miśki, Amelii.

— Cześć, dziewczyny! — Właścicielka pensjonatu sięgnęła po cieplutką babeczkę z kremem budyniowym i cynamonem.

— Cześć! — odpowiedziały w tym samym momencie pani Zofia i Wiktoria.

Miśka omiotła wzrokiem zaplecze. Jak zawsze panował tutaj porządek. Kilkukilogramowy worek z mąką stał pod ścianą. Obok niego w mniejszych woreczkach poustawiane były dekoracje do ciast. Na półce pyszniły się przyprawy. Na stole — półmisek z pokrojoną, jeszcze ciepłą karpatką. Na sam widok tych łakoci Michalina poczuła, jak ślina napływa jej do ust. Sięgnęła po dwa kawałki ciasta i zaczęła opowiadać o swoim irytującym poranku.

— Po pierwsze, musisz ograniczyć słodycze. — Babcia Zosia spojrzała na pyszności, które jej wnuczka nałożyła sobie na talerz. — Jak cukier kocham, co za dużo, to niezdrowo. A po drugie, ty pewnie też irytujesz niektórych ludzi — stwierdziła rzeczowo.

— Ja?

— A nie? — Babcia Zofia podeszła do lodówki, by wyjąć śmietanę.

Michalina wzięła kęs ciasta. Ale że jak to: ona irytująca? No dobrze, czasami, ciut, ciut.

Na przykład kiedy Bartek nie chce, by go odprowadzała do szkoły, a ona się upiera i niekiedy idzie za nim jak ten cień, chociaż wie, że to głupie. O buziaku przed szkołą nie ma mowy, już się do tego przyzwyczaiła. Ale czasami woła za Bartkiem, macha mu i przesyła jednego w locie. I tak; wtedy on jest poirytowany jej zachowaniem.

— Trochę jestem — przyznała wreszcie. — Ale to przez ciążę.

— Ciąża, nie ciąża, każdy z nas potrafi ostro wkurzyć — wtrąciła się Wiktoria.

Zaśmiały się we trzy.

— To kiedy przyjeżdża twój gość? — zwróciła się do wnuczki Zofia.

— Jutro.

— Za dziesięć minut otwieramy. Idź do stolika, a ja przyniosę ci herbaty.

— Wywalasz mnie stąd? — Miska zgarnęła talerzyk i dołożyła sobie ciasta.

— Dbam o to, byś nie przytyła czterdziestu kilo do końca ciąży, bo potem ciężko ci będzie podnieść tyłek, żeby wstać w nocy do maluszka. No, sio mi stąd!

Michalina usiadła przy stoliku i spojrzała w okno.

Zadzwonił telefon, a Amelia doskoczyła do niego z nadzieją, że to Marek.

— Halo? — rzuciła do słuchawki.

— Tu ja, Miśka.

— Aaaa — jęknęła Amelia.

— Jakoś nie słyszę entuzjazmu. Masz żal, że dzwonię?

Kobieta usiadła na kanapie.

— Myślałam, że to Marek — przyznała.

— Przepraszam, że cię zawiodłam.

Przyjaciółka roześmiała się, choć nie było w tym przesadnej wesołości.

— Jak sobie radzisz? — zapytała Michalina.

— Jakoś.

— To znaczy ani źle, ani dobrze? — W jej głosie pobrzmiewała troska.

— Trafiłaś. Marek jest zaabsorbowany pomocą Patrycji, a ja poszłam w odstawkę.

Na moment w słuchawce zapanowała cisza.

— W takim razie mam dla ciebie propozycję: miejsce na krześle obok mojego w „Cynamonowych Sercach”. Babcia serwuje dzisiaj ciepłą szarlotkę z rodzynkami i cynamonem. I karpatkę, i gorącą czekoladę z waniliową pianką.

— Idę.

Zaśmiały się, tym razem obie.

— A ty jak? — Amelia przełożyła słuchawkę do drugiego ucha.

— No cóż… Przemek codziennie do mnie dzwoni i dopytuje o mój stan, ale jest na mnie zły. Wydaje mi się, że zależy mu na dziecku, na mnie już niekoniecznie.

— A mnie się wydaje, że jemu się wydaje, że ty wciąż kochasz Artura. Sama mówiłaś, że widział, jak go pocałowałaś.

Miśka westchnęła.

— Artur… Ja chyba nie potrafię o nim zapomnieć.

— Chyba będziesz musiała. Po pierwsze, za kilka miesięcy przyjdzie na świat twoje dziecko, a po drugie, Artur… Sama wiesz, jaki on jest.

— No wiem, wiem. Dobra, czekam tu na ciebie, przychodź, zanim sama spałaszuję te wszystkie pyszności!

Rozdział 2

Kobiety siedziały przy stoliku i delektowały się słodyczami.

— Głowy nie umyłam — westchnęła ciężko Miśka.

— No i? — Amelia podniosła wzrok znad swojego talerzyka z szarlotką.

— Powinnam umyć. Wczoraj był wieczór mycia. Latem myję rano, a zimą wolę wieczorem, żeby mnie nie zawiało.

— Aha… — Amelia przeżuwała kawałek ciasta. — No i?

— Mam tłusty łeb, a jutro goście przyjeżdżają.

— Kochana, że tak ci przerwę… Czy ty robisz obliczenia, kiedy myć włosy?

— No tak. A ty nie?

Amelia zastanawiała się przez moment.

— Niekiedy tak. Masz rację. Myję co drugi dzień i na przykład potrzebuję mieć czystą główkę na niedzielę, więc cyrkuluję tak, żeby umyć ją we wtorek, czwartek i sobotę. A jeśli zaczynam odliczanie od poniedziałku, to mi plan bierze w łeb. Tłusty łeb.

Parsknęły zgodnie. Potem przez chwilę popijały w ciszy herbatę.

— A jak się czuje przyszła mamuśka? — zagadnęła Amelia.

— Daj spokój, nie wiedziałam, że można być tak podminowanym.

— Oj, można. Przy Wiktorii tak nie miałam, ale przy Mary Ann to denerwowało mnie wszystko i wkurzali wszyscy. Oczywiście w tych dniach, kiedy nie zalewałam się łzami.

Pokiwała głową, wracając wspomnieniami do tamtych dni. Michalina postanowiła zmienić temat.

— Nie przeszkadza ci czasami, że tu utknęłaś? Taka zwyczajność ci nie przeszkadza?

— Nie? Dlaczego? — Amelia dolała sobie herbaty z dzbanka do filiżanki. — Podoba mi się tutaj. Jestem w Złotkowie dopiero od pięciu miesięcy i jak na razie jestem zachwycona spokojem i ciszą. Tym wszystkim, co się dookoła mnie dzieje. Mniej jestem zachwycona moim związkiem… albo i niezwiązkiem. Nie wiem, jak to nazwać, ale wierzę, że to się zmieni. — W duszy Amelii kłębiło się mnóstwo emocji. — Tyle że nie mam pojęcia, czy na dłuższą metę będzie mi odpowiadał taki styl życia.

— Dużo młodych dziewczyn stąd wyjechało, bo brak perspektyw, bo nuda, bo zbyt zwyczajnie. A mnie się ta zwyczajność podoba. Co jest złego w zwyczajności? — Michalina dotknęła swojego brzucha. Uśmiechnęła się do Amelii.

— Nic. Absolutnie nic.

— Ja w tej zwyczajności dostrzegam wszystkie diamenciki, które rzuca mi los. Ciszę, spokój, piękno Bieszczad. Zdrowie, to, że ktoś mnie kocha i ja kogoś kocham. Obcowanie z naturą. To, że robię to, co lubię. Czuję wiatr we włosach, płatki śniegu na nosie, ciepło buchające z kominka. Łapię szczęście, fruwające, uciekające niczym barwne motyle. Wsłuchuję się w mój wewnętrzny głosik, który podszeptuje mi różne fajne rzeczy… — Miśka zaśmiała się. — Chyba przesadziłam z tą poetyckością.

— Nie. Pięknie powiedziałaś.

— Kiedyś się bałam, że jeśli tu utknę, w tej małej mieścinie, to wszystko zaprzepaszczę. Nieprawda. Wiem już, czym jest szczęście. Przez rolety mojej zwyczajności niekiedy obserwuję innych. Tych, którzy wybrali inaczej. Czasami dech mi w piersi zapiera, ileż to oni ciekawych rzeczy porobili. A na niektórych patrzę i kiwam tylko głową z pewną refleksją. I po co to wszystko? — Michalina przerwała. Rozprostowała nogi. Rozmasowała bolącą łydkę. — Oczywiście mam też takie dni, kiedy się zastanawiam, po co i mnie to wszystko. Ten pensjonat, goście, którzy… powiedzmy sobie szczerze… niekiedy mnie denerwują: a to mają wymagania, jakby przyjechali do Hiltona, a to rura pęknie, a to kibel się zatka. Wtedy się zastanawiam: po cholerę? A jak mi przyszedł ostatnio rachunek za gaz, to myślałam, że mnie z butów wyrwie.

— A jak urodzisz dziecko? Zastanawiałaś się, co dalej? — Amelia spojrzała na przyjaciółkę z troską.

— Zastanawiałam się… Samotnej matce nie jest łatwo.

— A Przemek?

— Przemek, tak jak ci mówiłam przez telefon, zapewnia, że mi pomoże. Ale wiesz, jak to z pomocą na odległość. Pampersa przez Skype’a nie zmieni. Będę musiała nadal prowadzić pensjonat. Babcia Zosieńka powiedziała, że mi pomoże w opiece nad dzieckiem. Teraz w „Cynamonowych Sercach” pracują Kasia i Wiki, więc jest łatwiej. Damy radę. Przeniosę się ponownie do krainy kupek, kaszek, mleka i pieluch… ale będzie fajnie. Kiedy opiekowałam się Bartkiem, byłam dziesięć lat młodsza, a przecież zajmowałam się nim od początku. Teraz jestem starsza i dojrzalsza. Inne to będzie macierzyństwo. — Zamyśliła się. — A jakie ty masz plany? Wciąż myślisz o zakupie dworku?

— Tak. — Amelia uśmiechnęła się i potarła dłonią o dłoń. — Czuję, że on ma w sobie jakąś tajemnicę, jakąś intrygującą historię. On jakby do mnie woła, że muszę tam coś zrobić.

Dwa miesiące wcześniej Amelii przyszedł do głowy szalony pomysł, żeby kupić tajemniczy dworek na obrzeżach Złotkowa. Na razie tylko sobie marzyła, ale może… może… W Bieszczadach na nowo odważyła się marzyć.

— A co takiego byś tam widziała? — zainteresowała się Michalina.

— Sama nie wiem. Może otworzę spa? Sprzedałam mieszkanie w Londynie, a to chyba najdroższe miasto w Europie, mam też trochę gotówki, którą chciałabym zainwestować. Myślałam o kawiarni, ale jedna już jest i raczej wykosiłaby każdą konkurencję. — Powiodła ręką dookoła, uśmiechając się ciepło. — Są też dwie sieciówki. Tyle wystarczy. Chciałabym stworzyć coś nowego, niepowtarzalnego; coś, co pozwoliłoby mi zacząć na nowo — zapaliła się.

Jej oczy po raz pierwszy tego dnia migotały łagodnym blaskiem.

Wieczorem po zamknięciu kawiarni pani Zosia siadała przed kominkiem w domu Michaliny i ogrzewała skostniałe stopy w cieple ognia.

Nagle do pokoju wszedł Bartek. Spojrzał na babcię, która miała przymknięte powieki.

— O czym myślisz? — zapytał.

— O zbliżających się świętach. — Na twarzy pani Zofii pojawił się szeroki uśmiech. — Najbardziej lubię zapachy, smaki i dźwięki Bożego Narodzenia, gdy już powoli się zbliża. Szelest papieru, w który owija się prezenty, dźwięki kolęd, gwar przy stole, a nawet drobne sprzeczki. Z twoją mamą zawsze się sprzeczałyśmy w całej tej gonitwie. Zapachy suszonych grzybów, cynamonu, ciast, świerku. I goździków wbitych w pomarańcze.

— Wy, kobiety… — Bartek złapał się za głowę.

— No nie powiesz, że nie lubisz smaków świąt? — Pani Zofia otworzyła oczy i spojrzała na niego uważnie.

— Oj, babciu, już mi ślinka cieknie na samą myśl o świątecznych potrawach. Smak serniczka, Miśkowej sałatki śledziowej, bigosu, nawet barszczu, chociaż na co dzień za nim nie przepadam! To jest to, co tygryski lubią najbardziej!

— Raczej co twój brzuszek lubi.

— Co racja, to racja. Tak tylko się mówi.

— I jak tu nie kochać świąt?

I nie czekając na odpowiedź chłopca, Zofia kontynuowała:

— A to miłość jest najważniejsza w tym wszystkim. Zawsze jest ważna, ale w Boże Narodzenie najważniejsza. Nie ma nic ważniejszego od miłości. Wiesz, Bartusiu, czasami trzeba wiedzieć, że nieraz w pogoni za prezentami tracimy z oczu cenniejsze rzeczy, diamenty codzienności, które dostajemy w darze. Ludzie kolekcjonują rzeczy materialne, tyle że na koniec okazuje się, że ich worek wypełniony jest kamieniami. Każdy z nas niesie ze sobą taki niewidzialny worek.

— A twój worek, babciu?

— Jest w nim też trochę kamieni. — Babcia Zofia zachichotała. — Ale poza nimi uzbierałam wiele cennych diamentów. Dziękuję Bogu, losowi, przeznaczeniu, moim wyborom, że je mam. To narodziny córki, wnucząt, to mój kochany mąż, to moja kawiarnia, to to miejsce na ziemi, Bieszczady…

Bartek przewrócił oczami.

— Chyba nigdy nie zrozumiem kobiet — westchnął. — Tylko miłość i miłość, i rodzina im w głowie.

Rozdział 3

Kamila zbyt mocno nacisnęła gaz i tyłem wyjechała na ulicę. Chciała pozostawić za sobą wspomnienia, spojrzenia i swojego byłego męża, który — jak się okazało — był z nią tylko z litości, a później chyba tylko z litości się z nią kontaktował. To znaczy nigdy jej tego nie powiedział, ale nietrudno było się domyślić. Minęło kilka miesięcy od rozwodu, a on wciąż potrafił do niej zadzwonić z zapytaniem, co u niej. Jakby nie wiedział, że kolorowo nie jest. Po co dzwonił i rozwalał jej świat?

Kamila wiedziała, że jeśli gdzieś nie wyjedzie, to zwariuje. Znajomi nie mieli pojęcia, o czym z nią rozmawiać. Czy pocieszać, czy unikać bolesnego tematu? W sumie to im się nie dziwiła, bo sama tego nie wiedziała. Jej największym pragnieniem było zacząć nowe życie.

Weszła do budynku biblioteki, w której pracowała.

— Cześć, Kam! — przywitała ją Marta, recepcjonistka. — Za dwa tygodnie przedświąteczne przyjęcie. Będziesz?

Jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu. To Marta przekonywała ją po rozwodzie, że jak chłop odchodzi, to otwierają się kolejne możliwości. Sama rozeszła się z mężem, tyle że jej sytuacja była inna. Miała wprawdzie trójkę dzieci, ale też piękną buzię. A twarz Kamili była… sama nie chciała nawet myśleć o swojej szpetnej twarzy.

— Nie mam nastroju.

— Rozumiem. Pierwsze Boże Narodzenie po rozwodzie jest bolesne. Zapewniam cię, że późniejsze bywają lepsze. Nie myślisz tak o tym podłym draniu, który pieprzy się z młodszymi od ciebie o dziesięć lat zdzirami.

Kamila mimowolnie wybuchnęła śmiechem, a Marta jej zawtórowała.

Bibliotekarka odwiesiła płaszcz i szalik na wieszak, zrobiła sobie kawę i zabrała się do roboty. Sprawdziła system katalogowy, wysłała kilka upomnień do czytelników, którzy przetrzymywali książki. Przyszła paczka nowych tomów, które oznakowała i wpisała do rejestru. Ułożyła je na półkach. I tak minął jej cały dzień.

Przy wyjściu przystanęła przy biurku Marty.

— Wychodzisz już? — zapytała. — Mogę cię podwieźć.

— Dzisiaj mam randkę. — Marta zalotnie zatrzepotała rzęsami.

— Jak ty to wszystko ogarniasz?

Kamila nie mogła uwierzyć w zorganizowanie koleżanki. Wstawała rano, by upiec chleb. Gotowała obiad. Pracowała na pełny etat, odrabiała z dziećmi lekcje, w weekendy zawsze miała dla nich czas. A teraz wybierała się na randkę.

— Sama nie wiem. — Kobieta wzruszyła ramionami. — Ale powiem ci jedno: chcę być szczęśliwa, czego i tobie z całego serca życzę.

W samochodzie Kamila uświadomiła sobie, że powinna kupić choinkę. Dawniej tymi sprawami zajmował się Sebastian. Drzewko ubierali już z końcem listopada, by jak najdłużej cieszyć się świąteczną atmosferą.

— Niech go szlag trafi! — zaklęła głośno. — Po co mi pieprzona choinka?

„Po to, żeby się z niej cieszyć” — odpowiedziała sobie w myślach.

Zaparkowała samochód obok skwerku, gdzie jakiś młody chłopak sprzedawał jodły. Podeszła do niego. Nie miała ochoty sama wybierać odpowiedniego drzewka.

— Czy mógłby mi pan pomóc wybrać jakąś niedużą? — zapytała. Podniosła na niego wzrok.

I znów to zobaczyła; w kolejnych oczach ujrzała najpierw przerażenie, a potem litość.

Jej twarz od czasu wypadku pokryta była szpecącymi ją bliznami. Czasami o tym zapominała, dopóki nie napotkała takich spojrzeń, jak spojrzenie tego chłopaka.

— Tak, oczywiście — powiedział młody sprzedawca, który natychmiast się od niej odwrócił.

A ona miała ochotę mu wykrzyczeć, żeby wsadził sobie w dupę tę swoją choinkę. Rzuciła tylko:

— Nie chcę. Nie chcę tej choinki! — Podniosła głos. Zachowywała się jak histeryczka. Zaczęła się trząść i się rozpłakała. Ktoś wyciągnął w jej stronę paczkę chusteczek. Wyszarpała je z cudzej ręki i uciekła. Schowała się za rogiem jakiejś kamienicy. Wyjęła z kieszeni telefon i zaczęła przeszukiwać internet. Jakby była w jakimś transie.

„Rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady… Może rzeczywiście tylko to mi już pozostało?” — myślała gorączkowo.

Znalazła wolne miejsca w „Różanym Pensjonacie” w jakiejś mniejszej bieszczadzkiej mieścinie. Zadzwoniła, zarezerwowała pokój. Nie ma na co czekać. Zaczęła biec w stronę samochodu. Kilkanaście minut potem była już w domu. Bezmyślnie wrzucała do torby jakieś ubrania. Miała tyle dni zaległego urlopu. W końcu z niego skorzysta. Szefowa od kilku miesięcy namawiała ją do tego, by gdzieś wyjechała. Wyjedzie. W Bieszczady, na całe cztery tygodnie albo i dłużej.

Jutro załatwi wszystko w bibliotece i tyle będą ją widzieli.

Rozdział 4

W Złotkowie już w połowie listopada zapanowała przedświąteczna wrzawa, a z głośników w centrum miasteczka leciały kolędy. Mikołaj na saniach z elfami robił rundkę po głównej ulicy. Dzieci podniecone Gwiazdką i zbliżającymi się wolnymi dniami biegały po chodnikach. Po niebie przesuwały się ciężkie, kłębiaste chmury, z których padał śnieg.

Amelia siedziała w „Cynamonowych Sercach”, popijała herbatę z sokiem malinowym i cytryną i przysłuchiwała się miejscowym plotkom. Gdyby rok temu ktoś powiedział jej, że przeniesie się z Londynu do jakiejś małej mieściny w Bieszczadach, parsknęłaby śmiechem.

Wiktoria, jej starsza córka, zakochała się tutaj i pracowała w kawiarni, Mary Ann pokochała polską szkołę i Bartka, a ona odnowiła dom mamy i teraz planowała rozkręcić swój biznes. Niewątpliwie potrzebowała tej zmiany. Wszystko jej się układało — oprócz relacji z mężczyzną, którego kochała. Dokończyła herbatę i ruszyła w stronę domu. Dzień wcześniej ekipa skończyła remont ostatniego pokoju.

Minęły prawie trzy miesiące od śmierci jej mamy. Amelia dopiero teraz zdecydowała się odświeżyć pokój Jadwigi. Weszła do środka zaraz po tym, jak wyszli malarze. Na podłodze ułożone były deski surowego drewna. Ściany pomalowano na jasnozielono. Na środku stało drewniane łóżko, a biały okrągły stolik i biała komoda były dopełnieniem całości. W rogu stała stara mosiężna lampa.

Amelia westchnęła ciężko. Brakowało jej mamy. Mimo iż w pokoju wszystko się zmieniło, ona wciąż czuła tu jej obecność. Zamknęła drzwi i zeszła na dół.

Córki już spały; włączyła na dole wszystkie światła. Od razu zrobiło jej się jakoś cieplej na sercu, mimo że wciąż była rozdrażniona. Od tygodnia czekała na telefon od Marka, on jednak milczał jak zaklęty. Starała się nie być zazdrosna o jego żonę — ale była, taki był fakt. Kiedy w sierpniu związała się z tym mężczyzną, wydawała się najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. To na niego czekała całe swoje życie. Marek mieszkał w Złotkowie i był w separacji z żoną. Gdy poznał Amelię, postanowił się rozwieść, ale wtedy w Bieszczadach pojawiła się Patrycja. Chora Patrycja. Nie można zostawić chorej kobiety. Na pewno ani ona, ani Marek nie zostawiliby Patrycji samej. Żona wprowadziła się do Marka, a on się nią opiekował i od czasu do czasu spotykał z Amelią.

Ta ostatnia miała tego wszystkiego po dziurki w nosie. Teraz wzięła prysznic, wypiła lampkę wina, usiadła na kanapie z podkulonymi nogami i próbowała się odprężyć. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Było już po dwudziestej trzeciej.

— Cześć, to ja — usłyszała głos Marka.

Od razu poczuła, jak ogarnia ją ulga. Taka tycia.

— Tęskniłem… — mówił cicho, a ona miała ochotę wykrzyczeć, żeby rozmawiał z nią normalnie, a nie szeptem.

— Mogłeś zadzwonić. — W jej głosie słychać było pretensje.

— No tak, ale wiesz…

— Wiem, Patrycja.

— Przepraszam.

— Nie musisz mnie przepraszać. Mimo wszystko fajnie by było, gdybyś mnie od czasu do czasu odwiedził — powiedziała z sarkazmem w głosie.

— To skomplikowane, sama wiesz. — Miała pewność, że Marek czuł się niezręcznie.

— Czemu szepczesz? — Amelia poczuła, jak na nowo ogarnia ją irytacja.

— Patrycja jest…

— Jeszcze raz usłyszę o Patrycji, a się rozłączę.

Nagle usłyszała w tle nawoływanie jego żony.

— Ona to robi specjalnie! — syknęła.

— Nie sądzę.

— Cóż… skoro nie możesz teraz rozmawiać…

— Chciałem. Musimy się spotkać, tęsknię. Kocham cię, Amelia, i to się nie zmienia, ale zrozum…

— Słuchaj, muszę kończyć.

Rozłączyła się i już po chwili tego pożałowała. Też go kochała, też chciała z nim być, ale niestety — w tej sytuacji nie mogła. Wybuchnęła płaczem. Od razu pożałowała, że przed chwilą była dla niego taka okropna.

Następnego dnia Amelię obudził ból głowy. Przez pół nocy płakała, a smutki popijała winem. Oczy miała czerwone niczym królik albinos, nos też, a twarz opuchniętą.

Obmyła twarz zimną wodą, umyła zęby, łyknęła aspirynę i zaparzyła dzbanek kawy. Postanowiła zrobić córkom naleśniki, a raczej tradycyjne pancakes, idealne na śniadanie. Kiedy wbijała jajko do miski, jej myśli znów pobiegły w stronę Marka. Do diabła! Kochała go. Potrzebowała. Skrycie marzyła, że Marek się do nich przeprowadza. Przecież mógłby — tu mieszkać i odwiedzać Patrycję, żeby się nią zajmować. Istniało tyle rozwiązań! Ale Marek był honorowy i zaborczy. „To moja żona. Moja chora żona, która jest teraz w rozsypce” — powiedział jej kilka tygodni temu. Gardło znów jej się ścisnęło na samą myśl o tym, jak znów potraktowało ją życie. Przecież długo tak nie wytrzyma…

Kamila dojechała do Złotkowa po dwunastej. W pensjonacie przywitał ją jakiś chłopiec. Nigdy nie umiała ocenić wieku dzieci. Jej zdaniem mógł mieć osiem, dziewięć lat. A może więcej?

— Dzień dobry! — Uśmiechnął się do niej. — Jestem Bartek. Moja siostra, która prowadzi pensjonat, powinna zaraz tutaj być. Poszła po ciasto do „Cynamonowych Serc”. Zechce pani usiąść w salonie?

Kamila uśmiechnęła się. Chłopiec wydał jej się uroczy. Jego czarne jak smoła włosy sterczały we wszystkich kierunkach. Czarne rzęsy były tak długie, że niemal dotykały brwi. I nie patrzył na nią tak, jak inni ludzie. W jego spojrzeniu nie było pogardy ani litości. Ciekawe dlaczego?

Salon tonął w słońcu. Na kominku trzaskał ogień. Kamila usiadła na sofie, na której ułożone były puchate kremowe poduszki. Musiała przysnąć, bo obudziło ją delikatne szturchnięcie.

— Dzień dobry! — Zobaczyła przed sobą młodą kobietę, która uśmiechała się do niej życzliwie.

— Dzień dobry, przepraszam! — Ogarnęło ją zdenerwowanie. — Przysnęłam.

— Cieszę się, że poczuła się pani jak u siebie. I to ja przepraszam za spóźnienie.

— Nic się nie stało, pani synek…

— Brat. Bartek jest moim bratem — wyjaśniła Michalina, a Kamila przypomniała sobie, że chłopiec rzeczywiście wspominał o siostrze.

— Pani brat przyjął mnie należycie — poprawiła się.

Kobiety dopełniły formalności i Kamila przeszła do wskazanego jej pokoju. Rozpakowała torbę. Widok z okna miała cudny: na pobliskie wzgórza i las. Żadnych domów, żadnych ludzi…

Ludzi to ona miała dość. Jednak ta młoda kobieta, kierowniczka pensjonatu, jakby nie zauważała jej szpetoty, a przynajmniej nieźle się maskowała. Podobnie jak jej brat.

„Te Bieszczady to chyba rzeczywiście miejsce z zupełnie innego świata” — pomyślała jeszcze, zanim energicznie zabrała się do rozpakowywania rzeczy. Może najbliższy czas wcale nie będzie taki zły?

Po południu Kamila poszła na spacer. To miejsce ją zachwyciło. Śnieżny puch rozmiękczał kontury pobliskich drzew i dachów. „Śniegu jest tutaj więcej niż w mieście!” — zauważyła. „Skrzypi pod stopami, odrywa się od gałęzi drzew i opada na przechodniów. Lodowe sople zwisają z dachów niczym przeźroczyste szpikulce”.

I nagle Kamila zdała sobie sprawę, że paradoksalnie mimo tego śnieżnego rozmiękczania zaczyna dostrzegać otaczający ją świat. W minionym roku był jakiś rozmazany, rozmyty. A teraz widziała go ostro, jakby los podarował jej wreszcie okulary.

Droga zaprowadziła ją do centrum miasteczka. Domy i sklepy pomalowane były na jasne kolory. Teraz ich dachy oprószone były bielą. Co drugi domek przystrojony był lampkami. Ich blask sprawiał, że śnieg skrzył się przepięknie. Również na pobliskich świerkach puchu było sporo. Ten widok zapierał dech w piersiach. Kamili wydawało się przez moment, że ogląda ilustrowaną książeczkę dla dzieci. Kto wie, może to tu rozgrywała się jedna z jej ulubionych opowieści, które lata temu przed snem czytywała jej babcia? Mogłaby w to uwierzyć.

Rozdział 5

Amelia nie wiedziała, dlaczego co jakiś czas przychodziła w okolice dworku. Brama była otwarta. Skrzypiała za każdym razem, kiedy kobieta ją popychała. Pod nogami Amelii chrzęścił śnieg. Dziś także podeszła do okien, ale nie mogła dostrzec, co jest w środku. Szyby były bardzo brudne i zasłonięte jakimiś starymi, ciężkimi kotarami. Jedyne, czego pragnęła, to dostać się do środka i wywiedzieć się czegoś na temat historii tego miejsca. Nosiła się przecież z zamiarem kupna posiadłości.

Po pierwsze, musiała się dowiedzieć od kogoś miejscowego, kto jest właścicielem budyneczku. Po drugie, pogadać z kimś, kto bywał w dworku. Czuła podskórnie, że tutaj może być ukryta jakaś tajemnica albo przynajmniej piękna historia. To było miejsce z duszą. Poczuła się niczym Sherlock Holmes.

To babcia Zosia z „Cynamonowych Serc” podpowiedziała jej, z kim powinna porozmawiać: z Arletą Kochańską. Kobieta miała już dziewięćdziesiąt osiem lat, ale wciąż dobrą pamięć. Amelia uzyskała też informację, że staruszka mieszka obecnie w domu opieki w Sanoku, postanowiła więc, że zadzwoni tam i ją odwiedzi. Ale wcześniej i tak zajrzy do środka. Jej ciekawość była ogromna.

Skontaktowała się z agentką nieruchomości i dwa dni później stały obie przed drzwiami do dworku. Kobieta wyciągnęła z kieszeni pęk kluczy na żelaznym kółku. Wyglądała jak dzwonnik z Notre Dame z tymi kluczami w dłoni. Były duże, długie i lekko przerdzewiałe. Amelia nie potrafiła opanować ekscytacji. Wreszcie zamek w drzwiach szczęknął i weszły do środka. Agentka nieruchomości zakaszlała.

— Cholera, co za bałagan! — powiedziała.

Amelia westchnęła. Zapewne agentka widziała tutaj pajęczyny i sporą warstwę kurzu. Ona zaś wiele lat historii.

Podłoga zaskrzypiała, kiedy weszły do środka.

— Mogę najpierw obejrzeć pomieszczenia sama? — zapytała Amelia. Nie chciała, by ktoś jej przeszkadzał.

— Tak, oczywiście. Tylko proszę uważać. Podłoga gdzieniegdzie jest dziurawa.

Amelia skinęła głową i ruszyła przed siebie.

Weszła do kuchni. Oprócz dużego kaflowego pieca i walających się tu i ówdzie zardzewiałych garnków niczego tutaj nie było. Przymknęła oczy. W wyobraźni widziała krzątającą się po pomieszczeniu służbę i młodą kucharkę, która obiera ziemniaki, podczas gdy jej siostra szoruje garnki.

Wyszła z kuchni i znalazła się na korytarzu. Odchodziło stąd kilka par drzwi; zapewne to były pokoje dla służby. W większości stały puste, tylko w jednej izdebce znalazła starą maszynę do szycia. Amelia przeszła cały korytarz, dotykając chropowatej ściany. Pchnęła kolejne drzwi i znalazła się w salonie.

Stawiając ostrożnie nogę za nogą, stanęła na środku pokoju. Kurz wirował dookoła niej. Zakaszlała. Okna zasłonięte były ciężkimi kotarami. Podeszła i odsłoniła je. Z trudem uchyliła okno. Światło dnia zalało pomieszczenie.

Znajdowały się tutaj oryginalne meble, przed kominkiem stał fotel obity wypłowiałym już atłasem, z pozłacanymi nogami. Sam kominek wzbudził zachwyt Amelii; ozdobiono go płaskorzeźbami wyobrażającymi kobiety. Na gzymsie kominka znalazła fotografię. Czarno-białe zdjęcie było mocno sfatygowane i lekko wyblakłe. Rogi fotografii pozaginały się, a jednak Amelia nie potrafiła oderwać od niej wzroku. Przedstawiała trzy kobiety ubrane w długie sukienki. Każda z nich miała długie włosy, ta stojąca pośrodku kręcone. Z jednej strony stał szezlong, z drugiej stolik, na którym ktoś umieścił kwiaty. Nieznajome wyglądały, jakby miały właśnie iść na jakąś potańcówkę albo wielkie przyjęcie. Amelia zastanawiała się, która z nich mieszkała w tym dworku. A może wszystkie trzy?

Wycofała się na schody. Ostrożnie wspięła się nimi na górę. Za kolejnymi drzwiami kryła się sypialnia. Wielkie łoże z baldachimem było w opłakanym stanie. Drewno zostało już przewiercone przez korniki. Na meblu leżała narzuta przeżarta przez mole, z której wystawały postrzępione złote nitki. Szafy i komody wykonane były w stylu lat dwudziestych, może trzydziestych dwudziestego wieku. Dookoła unosił się zapach stęchlizny.

Jak wcześniej dowiedziała się Amelia, pani Wioletta Malinowska, właścicielka dworku, dożyła w nim późnej starości. Umarła, mając przeszło osiemdziesiąt lat. Od wielu dziesięcioleci nie zmieniała wystroju. Teraz budynek należał do jej dalekiego krewnego, który najwyraźniej niezbyt zaprzątał sobie głowę posiadłością na zupełnym wygwizdowie, jak zapewne myślał o Bieszczadach.

W rogu korytarza znajdowało się wejście do pokoju dziecięcego. Na półkach stały porcelanowe lalki, niektóre potłuczone, inne bez oczu. Amelia poczuła na plecach dreszcz przerażenia; to miejsce idealnie nadawało się na scenerię jakiegoś horroru. Pchnęła kolejne drzwi i weszła do biblioteki. Aż dech jej zaparło. Tutaj wciąż znajdowały się książki, masa książek. Starych, nieco zapleśniałych. Zakaszlała, gdyż to pomieszczenie przesiąknięte było jeszcze bardziej zapachem pleśni i kurzem. Na podłodze ułożone były wielkie marmurowe płytki, poprzecinane siecią szarych żyłek.

Dwór musiał kiedyś tętnić życiem, teraz jednak wyczuwało się w nim jakiś smutek i melancholię. Był świadkiem wielu historii, niekiedy zapewne dramatycznych. Dwa odrębne światy: arystokracja i służba.

Amelia wiedziała już na pewno, że musi poznać historię tego miejsca, zanim je kupi. Czuła, że chce to zrobić, że chce w tym miejscu stworzyć coś niezwykłego. Kto wie, może jakoś wykorzysta to, czego się na jego temat dowie?

Bartek lgnął do Kamili. Byli razem na spacerze, rzucali się śnieżkami, a teraz siedzieli w salonie i popijali kakao. Kobieta była mile zaskoczona serdecznością i otwartością chłopca.

— Mogę cię o coś zapytać? — zwróciła się do niego pewnego dnia.

— Tak? — Bartek przybliżył się do niej i okrył jej nogi kocem. Poczuła wzruszenie.

„Co za dobrze wychowany mały człowiek” — pomyślała z czułością.

— Widzisz, że mam oszpeconą twarz… — zaczęła.

— Widzę. I co z tego? — Bartek zmarszczył czoło, jakby w ogóle nie rozumiał jej pytania.

— Ani przez chwilę się nie wzdrygnąłeś, nie popatrzyłeś na mnie z litością. Dlaczego?

„Skąd w małym chłopcu tyle empatii? Wyczucia?” — zastanawiała się.

— Każdy jest inny. Prawda?

— No tak, to wiem, ale znam też reakcje ludzi na mój widok. Wierz mi, naoglądałam się ich w ostatnim czasie.

— Ja też jestem inny, to znaczy zdaniem niektórych dzieciaków. — Bartek pogładził się po swojej czuprynie.

— Chodzi ci o kolor skóry?

Bartek był Mulatem.

— Tak. Niektórzy się ze mnie nabijają. Nie w Złotkowie, bo tu mnie wszyscy znają, ale kiedy jadę do Sanoka czy Leska… bywa różnie. — Skrzywił się.

— Wiem, że to, co powiem, to wytarty frazes, ale nie powinieneś się tym przejmować.

Bartek wzruszył ramionami.

— Pewnie, że nie — odpowiedział nad wiek dojrzale. — Ludzie mają większe problemy. Mam koleżankę, Mary Ann, jej babcia zmarła. I to jest już problem, prawdziwy problem, bo ona nigdy jej już nie zobaczy. A ja nigdy nie widziałem swojej mamy. To znaczy widziałem, jak byłem dzidziusiem, ale już nie pamiętam.

— To są prawdziwe problemy.

— Właśnie. To są problemy.

Kamila zamilkła.

Bartek zauważył, że kobiecie zrobiło się smutno. Też tak czasami miał. Każdy tak ma. Nawet Miśka. Każdego dopada czasami taki smutek, który rozrywa serduszko.

— Przejdziemy się na milczący spacer? — zaproponował.

— Milczący spacer? — Kamila zmarszczyła brwi. — Co masz na myśli?

— Kiedy ci smutno i źle, spacerujesz i rozmyślasz, a potem zapominasz.

Kamila nie mogła się do niego nie uśmiechnąć.

— Zgoda.

Po kilku chwilach szli obok siebie w stronę głównej ulicy.

Krajobraz, który się przed nimi rozciągał, wyglądał jak z magicznej pocztówki. Pierzaste chmury rozpierzchły się po niebie, ustępując miejsca kulistemu księżycowi. Sypiący wielkimi płatami śnieg przerodził się teraz w grad drobnych śnieżynek, które wirowały w powietrzu, a potem leniwie niczym puch opadały na ulice i chodniki. Kamili wydawało się, że świat na chwilę wstrzymał oddech. Poczuła ostrą woń sosen i jodeł. Chodzili bez celu, a ona myślała o tym, co już za nią, i o tym, jak teraz wygląda. Kiedyś była piękną kobietą, teraz nie lubiła spoglądać na swoje odbicie w lustrze.

Pamiętała dokładnie ten moment, kiedy ogień buchnął jej w twarz. Poczuła ogromny ból. I wtedy pomyślała, że jej życie się kończy. Przez ułamek sekundy jej jedynym pragnieniem było to, by jeszcze raz zobaczyć męża. W takiej chwili, kiedy myślisz, że to już koniec, że umierasz, nie ma ważniejszej rzeczy niż drugi człowiek. Wszystko inne to błahostki.

Kiedy obudziła się w szpitalu, pierwszą jej myślą było: „Co dalej?”. Bo przecież musi być jakieś dalej. Co z twarzą? Czy przeprowadzą jakąś operację, a ona będzie wyglądała tak, jak kiedyś? Od tamtej pory nic już jednak nie było takie same.

Marta, recepcjonistka w bibliotece, dała jej kiedyś książkę, jakąś motywacyjną, z dedykacją.

„»Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami« (Iz 55, 8). Czasem jest tak, że układam sobie jakiś scenariusz, ale całkiem inaczej może to widzieć Bóg. Mimo że dzieją się rzeczy, których nie rozumiemy, wierzę w to, że ujawnią swój sens później. Tak samo jest w twoim przypadku”.

Była zła na koleżankę za tą dedykację, bo wcale a wcale nie widziała sensu w tym, że wygląda koszmarnie. Wiedziała jednak, że Marta chciała dobrze.

— Opowiesz mi, co ci się stało? — Jej rozmyślania przerwał dziecięcy głosik.

Kobieta przystanęła. Nigdy nikt — oprócz lekarzy — nie zadał jej tak bezpośredniego pytania.

Jednak otworzyła się przed Bartkiem. Może tego potrzebowała? Słowa płynęły prosto z jej zbolałego serca.

— Odkąd pamiętam, miałam problemy ze skórą na dłoniach — zaczęła. — Pękała mi, więc robiłam sobie zabiegi, do których używałam gorącej parafiny. Któregoś wieczoru poszłam się myć. Musiałam przysnąć w wannie, na szczęście po kilkunastu minutach się obudziłam. Poczułam swąd. Wyskoczyłam z wanny i pobiegłam do kuchni. Okazało się, że parafina zajęła się ogniem. Rzuciłam na garnek pokrywkę.

— Żeby odciąć powietrze? — wtrącił rezolutnie chłopiec.

— Tak. Potem pomyślałam, że muszę wyrzucić garnek na balkon. Instynktownie wzięłam go w ręce, ale on był rozgrzany. Puściłam. Parafina wylała się pod moje stopy, ja się poślizgnęłam i upadłam twarzą w gorącą maź. Nie wiem, co było dalej, to były ułamki sekund. Uratował mnie mąż, który właśnie wszedł do domu. Przez dwa tygodnie lekarze utrzymywali mnie w stanie śpiączki, żeby chronić przed bólem. Miałam poparzoną twarz i całe ciało, a także drogi oddechowe. Oparzenia trzeciego stopnia objęły siedemdziesiąt procent twarzy. Wróciłam do domu dopiero po ośmiu miesiącach. To było pięć miesięcy potwornego bólu, ale wytrwałam. Po roku miałam pierwszą operację rekonstrukcji twarzy. Przed nią wyglądałam jeszcze gorzej… — Kamila na moment zamilkła.

— Masz piękne oczy — powiedział szczerze Bartek.

— A ty piękne serce.

Dłoń chłopca złapała jej dłoń.

— Wracamy… Ale zaprowadzę cię jeszcze do kawiarni, którą prowadzi moja babcia. Spodoba ci się.

Kamila już od pierwszych chwil pokochała Złotkowo za spokój. Nikt nigdzie się tutaj nie spieszył, a i ludzie byli przyjaźni. Oprócz kierowniczki sklepu wielobranżowego nikt na nią nie patrzył jak na dziwoląga. Śnieg skrzypiał pod nogami, gdy przemierzali trasę do „Cynamonowych Serc”.

„Co za piękna nazwa kawiarni!” — pomyślała i uśmiechnęła się.

Pchnęła drzwi. Mocny aromat bakalii i gorącej czekolady wypełniał wnętrze.

— I jak? — zapytał Bartek.

— Jesteśmy w raju.

Rozdział 6

Amelia i Mary Ann leżały pod puchową pierzyną. Poszewki pachniały lawendowym płynem do płukania. Na parapecie tliły się świeczki. Śnieg za oknem prószył.

— Pokaż no to gardło. — Kobieta nachyliła się w stronę córki. Poprzedniej nocy dziewczynka kilkakrotnie się budziła i narzekała na ból.

— A co ty, doktor jesteś czy co? — Mary Ann wydęła usta.

Amelia na moment zaniemówiła.

— Kto cię takich tekstów nauczył, hmm?

Dziewczynka prychnęła.

— Jestem duża, więc sama się uczę.

— Pokazuj gardło. — Amelia wsparła się na łokciu. — Nie jestem lekarzem, ale jeśli będziesz miała zaczerwienione migdały, to rzeczywiście pójdziemy do lekarza.

— Migdały zawsze są czerwone. Mogą być tylko bardziej lub mniej.

„Kiedy ona tak urosła?” — zastanawiała się kobieta. Jeszcze nie tak dawno toto uczyło się chodzić, dreptało niezdarnie na koślawych nóżkach, wołało „bu bu”, „ma mi”. A teraz pyskuje, ma swoje zdanie. Nie potrzebuje jej tak, jak kiedyś. To tak przekornie jest świat skonstruowany. Kiedy dzieci są małe, to człowiek chce, by jak najszybciej dorosły, by nie były nieustannie uczepione naszej nogi. A kiedy osiągną pewien wiek, pragnęlibyśmy, by one nas bardziej potrzebowały.

Amelii zachciało się śmiać. Pamięta takie chwile, kiedy po ciężkim dniu, bo to kaszel, bo foch, bo system marudzenia się włączył, powtarzała w myślach: „Pieprzę to wszystko! W co ja się wkopałam?”. Oczywiście kilka minut później cieszyła się na to swoje wkopanie. Teraz spojrzała na córkę i uśmiechnęła się do siebie. Poczuła w sercu przeszywające ciepło. Przypomniał jej się jeden z dni, kiedy spieszyła się do pracy. Mary Ann miała trzy latka. Ona myła głowę. Szampon spłynął jej do oczu, syknęła. Do wyjścia zostało jej pół godziny, podczas których musiała jeszcze wysuszyć głowę, a tymczasem do łazienki wpadła Wiktoria:

— Mamo! — jęknęła. — Zajęłaś łazienkę!

— Dlaczego wchodzisz bez pukania?

— Pukałam, ale mnie nie słyszałaś. Długo jeszcze?

— Kończę.

Po kilku chwilach do łazienki weszła Mary Ann.

— Mamusiu, chcę naleśniczka na śniadanie.

— Nie mamy czasu na naleśniczka.

— Ale ja chcę! — Dziewczynka zrobiła naburmuszoną minę.

Potem przez pół drogi do przedszkola płakała z powodu braku naleśnika. Och, jakże ją wtedy irytowała!