Luna - Gabriela Gargaś - ebook

Luna ebook

Gabriela Gargaś

4,1

49 osób interesuje się tą książką

Opis

Luna ma w sobie coś z żywiołu. Gdy się śmieje, świat śmieje się wraz z nią. A gdy kocha, to całym sercem. Latając, czuje się wolna. I choć wciąż ściga ją wspomnienie przeszłości, wierzy, że wypełniając swoją misję w przestworzach, zagłuszy czarne myśli.

Daniel musi być silny. W jego zawodzie chwila zawahania może oznaczać czyjąś śmierć. Tajemniczy samotnik nie wie, czym jest strach. Przy Lunie dowie się, czym jest miłość.

Połączy ich gorący romans. Rozdzielą setki kilometrów i mężczyzna, który potrafi walczyć o swoje. Czy krótki, ale bardzo intensywny związek przetrwa tak ciężką próbę?

Szalona miłość, spontaniczne wybory i żar, który może zranić. Gabriela Gargaś odważnie opowiada o emocjach silniejszych niż rozsądek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
Han_Mar

Dobrze spędzony czas

Autorka, która nie zawodzi :) intryguje, wchodzi w zakamarki duszy, zgłębia niezgłębiane dotąd kwestie, zaskakuje historiami bohaterów. Czytam w ciemno, choć tym razem momentami miałam poczucie chaosu.
00
KatDS

Nie oderwiesz się od lektury

Audiobook beznadziejny. Nie da się tego słuchać.
00

Popularność




Copyright © Gabriela Gargaś, 2021

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadzące: Monika Długa, Agata Ługowska

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel-Barbarzak, Aleksandra Wolska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Agata Tondera, Marta Akuszewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © Photodisc | Getty Images

ISBN 978-83-66736-52-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dla:

Kasi Sitarskiej,

Kacpra Musiała,

Michała Guzika.

Bez Was ta książka by nie powstała.

Dziękuję.

„Będziemy mijać się bez gestu i bez słowa

Nie pamiętając, że przez krótki czas kochaliśmy się na zawsze”.

W. Szymborska

Musisz wiedzieć, kochany… że czasami zdarzają się nieszczęścia, złe chwile, wywrotki. Zawsze o tym pamiętaj, ale nie zapomnij też, że życie toczy się dalej. Człowiek po prostu dalej żyje. Przeciera oczy i patrzy na coś tak pięknego, że aż mu dech zapiera: na niebo, morze, zachodzące słońce… i — niech to wszystko diabli — rusza dalej…

Kochany… Człowiek rusza dalej!

Kochany… To będzie opowieść o miłości. Naszej miłości i o tej do świata.

To Ty na nowo odkryłeś przede mną świat.

Powiedziałeś: otwórz szerzej oczy, nabierz powietrza w płuca i poczuj to…

Poczułam — z TOBĄ!

Kochany… To będzie opowieść o naszych rozstaniach i powrotach.

Kochany… Ludzie lubią używać określenia „na zawsze”, podobnie jak innych wytartych frazesów. Nie zdają sobie sprawy, że „na zawsze” może stracić swój termin przydatności. A potem zdziwieni, z rozdziawioną buzią stoją bezradni, chcąc składać reklamację, bo „na zawsze” okazało się na chwilę.

Nie lubię słów przysięgi małżeńskiej, a szczególnie tych: „I że cię nie opuszczę aż do śmierci”.

Nie wiemy, kiedy nasze drogi się rozejdą. Gdybym kiedyś miała złożyć tę przysięgę, powiem tak: i że cię nie opuszczę, dopóki oboje będziemy się nawzajem kochać. Dopóki miłość będzie trwała.

To smutne, kiedy dwoje ludzi żyje z sobą pod jednym dachem bez miłości…

Musisz wiedzieć, że są w życiu każdego człowieka takie chwile, kiedy rzeczywistość rozmija się z tym, czego chcemy.

Kochany, słyszysz ten szum morza? Teraz nie będzie już powrotu, nie mogę Ci powiedzieć dlaczego. Nie wymagaj tego ode mnie, ale uwierz, tak będzie dla nas lepiej. Dla Ciebie. Gdybyś tylko wiedział… Nie. Nie chcę, byś się dowiedział.

Nie rozpaczaj. Gdy odnajdziesz w sobie spokój, wszystko się ułoży.

A teraz posłuchaj:

„Gdybym miał strzelać w niebo, zawsze gdy zaczynam tęsknić,

to posłałbym tam w górę więcej kulek im niż Nesquik

Po moim mieście snuję się jak zakochany Szekspir

Tęskniłem za Tobą, nie kłamię jak zły

Że dałbym się pociąć, ale przyjmę kulkę w moim bubble tea

Tęskniłem za Tobą, nostalgia to błysk

Do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my

Takie ćmy jak my”1.

Gdzieś na drugim krańcu Europy Daniel pomyślał o niej. Wierzył w to, że spotkają się jeszcze w innym wymiarze, innej czasoprzestrzeni, i przeżyją wszystko na nowo.

I nieważne, co się stanie, ważne, że mogło być…

Obiecała mu, że kiedyś spotkają się gdzieś w połowie drogi. A co, jeśli wcześniej się pogubią?

Nie chciał teraz o tym myśleć.

Teraz…

Zamknął oczy i przypomniał sobie słowa tej piosenki; ich piosenki.

„Gdybym miał strzelać w niebo, zawsze gdy zaczynam tęsknić

To posłałbym tam w górę więcej kulek im niż Nesquik

Po moim mieście snuję się jak zakochany Szekspir…”

1 Quebonafide feat. Daria Zawiałow, Bubbletea.

Prolog

Było ładnie, ale wietrznie. Na Bałtyku tworzyły się spienione fale. Chwilę wcześniej Igor pomyślał, że taka pogoda bywa zdradliwa. Wiedział, że wtedy trzeba zachować szczególną ostrożność. Wiedział też, że ludzie nie czują respektu przed morzem i zakładają, że akurat im nic złego nie może się stać.

Luna była bardzo zmęczona tym, co się ostatnio wokół niej działo. Za dużo napięć, za dużo pracy. Za dużo wszystkiego. I jeszcze te sprawy z Krystianem nie dawały jej spokoju. Jego już nie ma, odszedł — a jednak wciąż zajmował jej myśli. To był chory człowiek… Luna najchętniej widziałaby go zamkniętego na jakimś oddziale psychiatrycznym.

Wszystko w jej życiu zaczęło rozchodzić się w szwach dwa lata wcześniej, kiedy uświadomiła sobie, że to, w co wierzyła, było kłamstwem. Uwierzyła w kogoś, a ten ktoś zadrwił z jej wiary. Była dobrym człowiekiem, ale wtedy pozwoliła sobie na tę myśl po jego kolejnym kłamstwie. Chciałaby, żeby zniknął… Żeby go nie było.

Każdy z nas ma takiego kogoś, o kim myśli jak najgorzej. I nawet jeśli się tego wypiera, to i tak nad niektórymi emocjami trudno zapanować.

On ją zniszczył. Zniszczył tę kobietę, którą kiedyś była. A ona? Ona przecież przez krótką chwilę w swoim życiu tak bardzo go kochała…

Zamknęła oczy.

Zrobiłaś w życiu coś, czego w normalnych warunkach byś nie zrobiła? Pod wpływem silnego wzburzenia? Impulsu? Emocji? Rozwścieczenia? Coś, do czego nikomu byś się nie przyznała?

Ona wtedy, te kilka lat temu, zrobiła…

I to wszystko do niej wracało. W snach, we wspomnieniach, w wyrzutach sumienia.

Przyjechała nad morze sama. To miał być czas tylko dla niej. Musiała poukładać w głowie tyle myśli. Jagoda namówiła ją na ten wyjazd — jak zawsze. I chyba jak zawsze miała rację.

Tego dnia kobieta czuła się słabo. Ostatnio mało jadła. Z nerwów nie mogła nic przełknąć. Kręciło jej się w głowie. Napiła się wody i położyła się na materacu. Lubiła, kiedy woda kołysała ją lekko, wtedy była najbardziej odprężona.

Musiała przysnąć, bo kiedy się obudziła, zauważyła, że jest daleko od brzegu. Dźwignęła się na łokciu. Przed oczami pojawiły jej się tysiące gwiazdek, głowa jej ciążyła, a ona sama opadała z sił. Nie wiedziała, jak to się stało, że nagle znalazła się w wodzie. Ona, która potrafiła zachować zimną krew, teraz spanikowała. I w jednej chwili pomyślała: może dobrze, że tonę. Tak, przeszła jej taka myśl przez głowę; chora myśl. Tak naprawdę już od dawna tonęła — przez niego.

Nie, nie da mu tej satysfakcji, poza tym jest jeszcze Szymon.

Zaczęła wymachiwać rękoma. Próbowała wypłynąć, ale wszystko dookoła niej nieustannie wirowało. Zakrztusiła się wodą i nie potrafiła opanować paniki. Jej wdechy były coraz płytsze. Czuła, że zaraz straci przytomność. Woda dostawała się do płuc, a ona odnosiła wrażenie, że jakaś siła rozrywa ją od środka. Demony próbowały ją ściągnąć w dół.

Igor od razu zauważył ten niebiesko-biały materac, który niebezpiecznie oddalił się od brzegu. Ludzie często zasypiali na materacach, a prądy morskie i wiatry odpychały je w głąb morza. Wiedział, że to jest ta chwila. Kiedy płynął w tamtą stronę łódką, materac przechylił się na bok i osoba znajdująca się na nim wpadła do wody. Wiedział, że liczy się każda sekunda.

Wiosłował coraz szybciej. Dopłynął do poszkodowanej dosłownie moment po tym, jak wpadła w odmęty spienionego morza. Wskoczył do wody, zanurkował, objął kobietę wpół i wyciągnął na łódź. Była nieprzytomna. W pierwszej kolejności musiał wypompować wodę z płuc i przywrócić akcję serca. Ułożył kobietę w pozycji horyzontalnej, odchylił jej głowę do tyłu, wyjął z ust topielicy kilka wodorostów. Dotknął jej szyi, ale nie mógł wyczuć tętna. Rozpoczął resuscytację krążeniowo-oddechową w normalnym rytmie: trzydzieści uciśnięć środkowej części mostka na głębokość około pięciu—siedmiu centymetrów na przemian z dwoma oddechami ratowniczymi.

Przyłożył swoje usta do jej ust. Wpompował powietrze. I wtedy się ocknęła.

To niemożliwe, pomyślał, patrząc w jej zielone oczy.

Te oczy, przemknęło przez myśl kobiecie…

To niedorzeczne, myślał Igor następnego dnia, kiedy pakował swoje rzeczy do torby. Dlaczego nie mógł przestać myśleć o tej kobiecie? Spotykał na plaży mnóstwo turystek. Pięknych kobiet, o ponętnych kształtach. Kobiet, które same proponowały mu spotkanie. On jednak odmawiał, sam nie wiedział dlaczego. Koledzy korzystali z okazji. A on? Jego nie kręciły już przygody na jedną noc, seks na wydmach… Pragnął od życia czegoś więcej.

Nieważne, czego chciał. Ważne, że nie mógł zapomnieć o kobiecie, którą uratował. Dziewczynie o długich, kasztanowych włosach i zielonych oczach, która miała w sobie jakąś magię.

Nie, to nie mogła być prawda. Odbiło mu. To były ułamki chwil. Ale kiedy otworzyła oczy… Naprawdę działo się z nim coś niedobrego. Zachowywał się nieracjonalnie.

Luna wyszła ze szpitala nazajutrz po wypadku i od razu skierowała się na plażę. W pobliskim sklepie kupiła misia i ozdobną torebkę. Teraz czuła się głupio z tym misiem. Może powinnam kupić mu alkohol albo czekoladki? — rozmyślała gorączkowo. Nic nie wiedziała o mężczyźnie, który uratował jej życie, ale chciałaby się dowiedzieć. W jego oczach było coś fantastycznego. Na samo ich wspomnienie uśmiechnęła się do siebie.

Zdjęła sandały i ruszyła w stronę, gdzie znajdowała się wieża ratownicza. Dwóch mężczyzn stało odwróconych do niej tyłem.

— Przepraszam — powiedziała mocnym głosem.

Odwrócili się ku niej w tym samym czasie. Żaden z nich nie był nim.

— Ja… — Nie mogła zebrać myśli. — Topiłam się kilka dni temu i jeden z ratowników mnie uratował.

— Igor — powiedział ten wyższy z ratowników. Najwyraźniej mężczyźni musieli wymieniać się opowieściami ze swoich zmian albo nieczęsto zdarzało się, że ktoś zaczynał się topić. A może też byli tu tamtego dnia?

— Chciałabym mu podziękować.

Obaj ratownicy wymienili się spojrzeniami, a w ich wzroku dostrzegła zakłopotanie.

— Wyjechał — powiedział jeden z nich.

Coś ścisnęło ją w sercu. „Wyjechał”… Spotkała w swoim życiu mnóstwo fajnych mężczyzn, tych z poczuciem humoru, które tak sobie ceniła. Tych, którzy zawsze wiedzieli, co powiedzieć, i tych, których mogłaby słuchać godzinami, bo od tego, co mówili, miękły jej kolana… Czarujących słowem. Mężczyzn wrażliwych, ale też takich, którzy potrafili przywalić. Mężczyzn spokojnych i tych jak tsunami. Cichych, głośnych, małomównych… Takich, z którymi chciała się kochać całą noc, i też takich, z którymi w ogóle nie chciała tego robić, a jednak coś ją do nich ciągnęło.

Spotykała też zwykłych psycholi, socjopatów i kłamców, którzy perfidnie ją ranili. Tak, ich też. Wzbudzili zaufanie, rozkochiwali w sobie, a potem robili z jej życia piekło. Ale takich chciała wymazać z pamięci jak najszybciej.

A teraz spotkała jego. Ratownika, któremu zawdzięczała życie.

A więc ma na imię Igor, pomyślała z dziwną czułością. To zdecydowanie był mężczyzna, który miał w sobie to coś. Jakieś chochliki w oczach. Wprawdzie spędzili ze sobą zaledwie chwilę, ale wiedziała to na pewno, nie mogło tylko jej się wydawać. Pomyślała, że z nim mogłaby chodzić na spacery i wyjadać palcami nutellę ze słoika. I tańczyć w deszczu.

Roześmiała się. Coś miała nie tak z tym tańcem w deszczu. Może naoglądała się za dużo filmów? A może to jest tak, że każda kobieta chciałaby zatańczyć w deszczu z tym właściwym mężczyzną. Mężczyzną, który uratował jej życie.

Uratował ją na wiele sposobów. Teraz już o tym wiedziała.

Rozdział 1

Luna nie lubiła planować. To najgorsze, co człowiek może zrobić. Wiedziała, czego oczekiwała od życia, ale chciała realizować marzenia bez jakichkolwiek dalekosiężnych planów. Jeśli jej coś wyjdzie, to będzie się z tego cieszyła, a jeśli nie, to jakoś to przeboleje.

Nie była romantyczna. Romantyzm ją wręcz denerwował. Może dlatego, że wychowywała się z dwoma braćmi, którzy twardo stąpali po ziemi. Ich mama pracowała od rana do wieczora, a tata miał warsztat samochodowy obok domu — i to tam Emilia z rodzeństwem spędzała większość czasu. To tato od małego nazywał ją Luną; mówił, że była jak blask księżyca w bezchmurną noc. I tak się przyjęło. Wszyscy na podwórku, a nawet nauczycielka w szkole, mówili na nią Luna. Emilią była wyłącznie dla mamy.

W domowym zaciszu jej bracia skakali sobie do gardeł, ale kiedy należało, to trzymali razem sztamę i musiała z nimi walczyć, już od najmłodszych lat. Kamil i Grzesiek potrafili ugryźć ją do krwi, wtedy ona wykręcała im ręce, a w robieniu siniaków i kopaniu w piszczele pewnie dostałaby odznaczenie. Potem oczywiście się godzili i byli najwspanialszym rodzeństwem pod słońcem. Bracia skoczyliby za Luną w ogień, ona za nimi też.

Kamil był przeciwieństwem Grześka. Bardziej spokojny, zrównoważony, od dziesięciu lat z tą sama dziewczyną. Grzesiek zmieniał panienki jak rękawiczki.

Ich rodzice byli bardzo specyficzni. Luna dorastała w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdy następował w Polsce przełom, który niespecjalnie było widać w stereotypowych polskich rodzinach. Tam wszystko było na pokaz — nawet jeśli małżonkowie darli ze sobą koty, przed znajomymi i krewnymi odgrywali szopki, jak to bardzo się kochają. Czasem wracała do tych czasów myślą i ze smutkiem konstatowała, że teraz jednak jest jeszcze gorzej. Teraz to dopiero ludzie się nienawidzą.

Mama powtarzała, że małżeństwo jej i ojca trwa tyle lat, bo się mijają i nie spędzają non stop czasu razem. Dzięki temu mogą od siebie odpocząć i mieć swoje zainteresowania, swoich znajomych i swoje ścieżki — nie tylko te wspólne.

Jej tato miał luźne podejście do życia, czego nauczył córkę. „Śmiej się, kochana, i żartuj z życia, bo ono i tak nieraz spuści ci wpierdol” — powtarzał jej. Jeśli robił to na świeżym powietrzu, przechodzące kobiety zwykle posyłały mu gorszące spojrzenia, ale nimi też nigdy się nie przejmował. Był naturalny, był sobą.

Rodzice Luny nie znosili przeciętności. Żyli w czasach, gdy wyzierała ona z każdego kąta. Konwenanse uznawali za coś zbędnego, a czasem wręcz śmiesznego. Mama zawsze powtarzała Emilii:

— Jeśli chcesz, łam reguły; jeśli pragniesz coś zrobić, to to zrób, byle nie krzywdzić przy tym innych ludzi.

A tato dodawał, że ludzie i tak sami siebie krzywdzą.

Zawsze powtarzał jej też, że pewnymi rzeczami nie warto się przejmować. Mama była inna, potrafiła tak skupić się na problemie, że ten zaprzątał jej głowę przez kilka dni. Nawet taki błahy. Luna nauczyła się luzu. Oczywiście nie podchodziła tak do wszystkiego, ale w pewnych sprawach musiała odpuszczać, bo inaczej by zwariowała.

Wszystkim dzieciakom życzyła takich rodziców. Nie takich, co to podążają za stereotypami i za wszelką cenę chcą zadowolić wszystkie nader troskliwe ciotki. Nie takich, którzy wmawiają swoim dzieciom, by były takie ugrzecznione. Wychodziła z założenia, że tylko człowiek, który od najmłodszych lat jest uczony podążania za marzeniami i walki z przeciwnościami losu, ma szansę sięgnąć po szczęście. Bo on się nie zawaha, nie będzie się zastanawiał, czy przypadkiem nie wypada.

Paradoksalnie rodzice nauczyli ją też bardzo zdroworozsądkowego spojrzenia na rzeczywistość. W rezultacie kiedy jej najlepsza przyjaciółka Jagoda rozprawiała o tym, że marzy, by jakiś chłopak zaprosił ją na kolację przy świecach, Luna myślała sobie, że te świece tak łatwo szturchnąć i może wybuchnąć pożar. Poza tym świeczki zazwyczaj miały taki duszący zapach, za którym ona nie przepadała. Po co komu świeczki, kiedy można zapalić lampkę? Była do bólu praktyczna.

Oczywiście w swoim czasie, jak wiele nastolatek, zakochiwała się i odkochiwała. Jagodzie w czasie zakochania w dole brzucha latały motyle, nie wiadomo dlaczego. Ona natomiast traciła kontakt z rzeczywistością.

Razem wpadały czasem na szalone pomysły. Na przykład takie, żeby kupić żubrówkę i wypić ją przed spotkaniem z nowo poznanymi chłopakami. Chciały napić się na rozluźnienie. Na spotkanie z chłopakami nie dotarły, zamiast tego wymiotowały w parku. Widział to ich sąsiad, który doniósł rodzicom, czego był świadkiem. Obie miały szlaban, choć Luna krócej od Jagody, bo ojciec wytłumaczył mamie, że taka jest młodość, a mama, stojąc w kuchni przy garze bigosu, zgodziła się z nim. Oczywiście przed córką udawali, że bardzo się gniewają, ale ona słyszała ich wybuchy śmiechu, kiedy mama opowiadała tacie, co ona wyprawiała w wieku Luny, a było tego trochę.

Wraz z Jagodą jako dziewięcioletnie dziewczynki zawarły pakt krwi. Nacięły sobie żyletkami skórę na przedramieniu i zetknęły ze sobą krwawiące miejsca. Od tej pory nikt i nic nie mogło ich rozłączyć. Przyjaźń ta trwała już ponad dwadzieścia cztery lata i choć zdarzały się między nimi nieporozumienia i pomniejsze kłótnie, Luna wiedziała, że na zawsze może liczyć na Jagodę. To było prawdziwe siostrzaństwo dusz.

Od dziecka marzyła o tym, żeby latać. Tata zabierał ją na pokazy lotnicze, a Luna wyobrażała sobie, że to ona pilotuje taką maszynę. Bo jest coś niesamowitego w tym, że człowiek może zapanować nad takim kolosem, który mimo swojej wagi pruje przestworza. Od tej pory miała cel. Postanowiła, że zostanie pilotem.

— Może stewardessą? — zapytał ją tata.

— Tato, a co jest wspaniałego w byciu stewardessą? — parsknęła Luna.

— Latasz.

— Co to za latanie? Ja chcę podrywać maszynę, decydować o jej ruchu.

Tato tylko pokiwał głową.

— Skoro tego właśnie pragniesz…

— Wiem, czego chcę — powiedziała z powagą w głosie wówczas dziesięcioletnia Luna.

Kiedy skończyła liceum, złożyła podanie do Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie. Po przejściu szeregu badań przystąpiła do egzaminów z matematyki i angielskiego oraz do ćwiczeń sprawnościowych. Z czterech tysięcy aplikujących osób przyjęto siedemdziesiąt pięć. Jedną z nich była Luna. Dostała się na kierunek pilotaż śmigłowców — i to było to, o czym marzyła.

Była pilną studentką, uparcie dążącą do wyznaczonego sobie celu. Pierwszy rok był dla niej ciężki, ale nigdy nikomu się nie skarżyła. Któregoś dnia przyjechała na przepustkę do domu i spotkała się z Jagodą.

— Jak ci tam? — zapytała ją przyjaciółka, kiedy siedziały w mieszkaniu rodziców Luny na kanapie i jadły placki ziemniaczane.

— „Jak ci tam?” — Luna roześmiała się i zrobiła głupią minę. — Zadajesz pytania jak moja matka. Dobrze mi tam.

Jagoda w odpowiedzi pokazała jej język.

— Kiedyś znałam chłopaka z Dęblina i mówił, że pierwszy rok jest przejebany.

Luna dokończyła placek, wytarła usta serwetką i odpowiedziała:

— Zależy, co dla kogo. Każdy ma swoją definicję przejebania. Po prostu nie chcą tam mięczaków. Szlifują twój charakter. Wstajesz rano, masz zaprawę, biegniesz trzy kilometry, potem masz gimnastykę. Idziesz na śniadanie, na apel, masz zajęcia, sprzątasz, uczysz się, kolacja i później padasz na swoją pryczę nieprzytomna.

— Śpisz na pryczy? — Przyjaciółka szeroko otworzyła oczy.

— Nie, traktują mnie jak księżniczkę i śpię na łożu z baldachimem. — Luna wywróciła oczami. — Tak, na wojskowej pryczy. To wojskowa szkoła, więc i warunki trochę inne.

— Nieźle.

— Jest tam wiele niezłych rzeczy. — Luna uśmiechnęła się. — Jak to, że musimy zamiatać liście pod wiatr.

— To się mija z celem — zauważyła Jagoda, wizualizując sobie tę czynność.

— Niby tak, ale takie zamiatanie może cię wiele nauczyć. Chociażby cierpliwości. Zresztą takich zajęć, które powinny wyszlifować nam charakter, mamy dużo więcej. Myjemy podłogi malutkimi gąbeczkami, a jeśli ktoś po niej przejdzie, pracę trzeba zacząć od początku. I czasami krew cię zalewa, ale zaciskasz zęby.

Przyjaciółka spojrzała na nią jak na wariatkę.

— Luna… Po co ci to?

— Bo chcę latać. Po prostu chcę. Za pół roku rozpoczynamy praktykę. Odliczam dni, wiesz? Już się nie mogę doczekać!

Lubiła adrenalinę. Może właśnie dlatego Luna wybrała ratownictwo — bo oznaczało pewną nieprzewidywalność. Należało działać niezależnie od tego, czy w danym dniu człowiekowi się chce, czy nie. Czy świeciło słońce, czy padał deszcz, czy miało się focha na dziecko lub partnera, czy nie, to i tak trzeba było zostawić to wszystko za sobą i zająć się ratowaniem życia. Są rzeczy ważniejsze od własnego samopoczucia.

Luna wiedziała, że ludzi należy szanować. Można kogoś nie lubić, ale szanować to by wypadało. Wiedziała też, jak ważne jest ludzkie życie i jak często inni nie zdają sobie sprawy, jak łatwo je stracić. Jesteśmy na tym świecie na ułamek sekundy. Żyjemy, a za chwilę umieramy. Ona wiedziała, że nie chce tylko istnieć. Pragnęła od życia czegoś więcej.

Uwielbiała poczucie, że jest przydatna.

Rozdział 2

Latanie ratownicze, pilotowanie śmigłowca było jej żywiołem i jej wyskokiem. Tak je nazywała: „mój wyskok w chmury”. Czasami wylatywała na akcję ratowniczą, kiedy warunki pogodowe były beznadziejne. Najbardziej niebezpiecznie było wtedy, gdy wlatywała w chmurę — można wówczas stracić orientację przestrzenną. Ciało mówiło co innego, rozum podpowiadał inaczej.

— Nikt, kto nie był w takiej sytuacji, nie uwierzyłby, że lecąc w chmurach, czujesz dupą, że zakręcasz, choć przyrządy pilotażowe pokazują, że lecisz prosto — opowiadała kiedyś Jagodzie. — Cholernie trudno przezwyciężyć myśl, że możesz być w innym położeniu niż twoja głowa. Każdy, kto latał w chmurach, wie, od czego jest rowek między półdupkami. Żeby pot miał gdzie spływać — zakończyła sentencjonalnie.

Zdawała sobie sprawę, jak ważna jest obserwacja wszystkich parametrów i przyrządów, takich jak sztuczny horyzont, wysokościomierz, prędkościomierz, wariometr i busola. Tylko odpowiednia technika i kolejność rejestrowania parametrów dawały gwarancję, że lot będzie udany.

Tego dnia dzień był pochmurny. Wiedziała, że jeśli wylecą, to będzie ciężko. Lubiła jednak zmagać się z przeciwnościami losu. Oczywiście bez popadania w żadne ekstrema, ale tu nigdy nie było wiadomo, z czym dokładnie przyjdzie się mierzyć.

Przed dyżurem pojechała do biura meteorologicznego. Tam zapoznała się z komunikatem, po czym wsiada ponownie do samochodu i ruszyła w stronę swojego hangaru. Minęła stojące MIG-i, laboratorium, MPS — magazyn materiałów pędnych i smarów, po czym swojego starego opla zostawiła na parkingu. Weszła do budynku, wysłała dowódcy meldunek o przyjęciu dyżuru, a drugi w czasie zulu, używanym w lotnictwie, wpisała do książki meldunkowej. Czekał ją dwudziestoczterogodzinny dyżur.

Ziewnęła.

Pracowała w dwóch systemach zmianowych, w sztabie od siódmej trzydzieści do piętnastej trzydzieści lub na dyżurach dwudziestoczterogodzinnych. Wolała dyżury, bo tam mogła latać, co więcej, potem miała kilka dni wolnego.

Zatrudniła się wiele lat temu w grupie poszukiwawczo-ratowniczej, w której latała na śmigłowcach W-3. W każdej załodze było dwóch pilotów, dwóch medyków, lekarz i technik pokładowy. W Polsce jest kilka takich jednostek, działają one tak, aby cały obszar kraju był pokryty zasięgiem ich działania. Jednostka ma porozumienie z policją, żeby działać wspólnie w ramach sytuacji kryzysowych i poszukiwań osób zaginionych. Wszystkie one współpracują też ze strażą pożarną w ramach państwowego systemu ratowniczo-gaśniczego.

Przeciągnęła się, a do pokoju wszedł Krzysiek, który przyniósł kawę.

— Zanim coś powiesz… To ja ci coś powiem. — Puścił do niej oko. — Jest letnia, bo zrobiłem ją pół godziny temu.

— Wow! — Luna zaśmiała się. — A dlaczego pół godziny temu zamiast dziesięć minut temu?

— Oczekiwałem cię wcześniej! — Roześmiał się, ukazując swoje równe uzębienie.

Krzysiek był ratownikiem medycznym, ojcem trójki dzieci i szczęśliwie żonatym facetem, a przynajmniej na to wyglądało. Monika była cudownym człowiekiem i rozpieszczała męża do granic możliwości. Krzysiek niemal na każdy dyżur przychodził z obiadem dla nich wszystkich i z blachą ciasta.

— Coś się ostatnio działo? — zapytała Luna, krzywiąc się po wypiciu kilku łyków kawy. Po ostatnim dyżurze miała cztery dni wolnego.

— Podgrzej sobie w mikrofalówce — zaśmiał się Krzysiek, wskazując ruchem głowy jej kubek.

— A żebyś wiedział. Letnia kawa to niemal świętokradztwo.

Podeszła do urządzenia, włożyła kubek i nacisnęła odpowiedni przycisk. Krzysztof naraz spoważniał, przypomniawszy sobie pytanie, które zostawił bez odpowiedzi.

— Przedwczoraj lecieliśmy do wypadku. Dziewczyna nie przeżyła. Miała tylko dwadzieścia dwa lata. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy. — Spuścił głowę.

— Zawsze szkoda życia. Szczególnie tak młodego — odezwała się Luna.

— Nie zastanawiałaś się nigdy nad tym? — rzucił ni to do siebie, ni to do niej Krzysiek.

— Nad czym?

— Że gdyby ktoś poszedł inną drogą, może by żył.

Spojrzała mu w oczy, zastanawiając się nad doborem słów.

— Często o tym myślę. Nie ta droga… albo gdyby ktoś miał czerwone światło, a nie zielone i wjechałby w zakręt później, to może by żył. Gdyby kogoś nie zatrzymały korki albo właśnie zatrzymały, nie byłoby tej czy tamtej tragedii.

— A może to nieodparte, nieuniknione…? — Krzysztof jakby cały czas się wahał.

Posłała mu smutny uśmiech. Bardzo go lubiła.

Żeby zostać ratownikiem czy pilotem, trzeba kochać to, co się robi. Ratownicy muszą kochać życie, pomyślała Luna. A żeby latać, trzeba kochać chmury, swoją maszynę i to, że przebywa się przez chwilę w innym świecie. Jednocześnie nie wolno zapominać o odpowiedzialności — bo przecież pilot jest odpowiedzialny za całą załogę na pokładzie śmigłowca.

Ona i Krzysiek byli w swoją pracę zaangażowani na sto procent. Poświęcili jej cząstkę siebie. Kiedy lecieli na akcję, nic już ich nie obchodziło poza tym, by dotrzeć na miejsce wypadku jak najszybciej, bezpiecznie, i by uratować czyjeś życie.

Już miała się ponownie odezwać, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie.

— Cześć i czołem — powiedział Wiktor, drugi pilot i członek ich załogi, który właśnie wszedł do kuchni. W przeciwieństwie do Krzyśka nie miał udanego życia rodzinnego. Jego małżeństwo lata temu się rozpadło.

Cała jednostka, w której pracowali, liczyła sześćdziesiąt pięć osób. Większość znała się całkiem nieźle. Luna nie tylko była inspektorem bezpieczeństwa lotów. To na niej spoczywała też odpowiedzialność za kontrolę zarządczą jednostki i zarządzanie kryzysowe. Była wykładowcą nawigacji ogólnej, radionawigacji, zarządzania ryzykiem w lotnictwie, taktyki lotnictwa. Wiktor nazywał ją „kobietą od wszystkiego”, ale był dumny z osiągnięć koleżanki.

Luna też była z siebie dumna. Miała za sobą różnorodne doświadczenia i cieszyła się, że zawodowo zaszła tak daleko.

— Jak po urlopie? — zapytała, pociągnąwszy łyk kawy.

— Cieszę się, że wróciłem.

— Aż tak źle? — Luna wiedziała, że mężczyzna miał spędzić urlop z nastoletnią córką.

— Jowita mnie nie cierpi.

— To trudny wiek. — Luna ugryzła kawałek owsianego ciastka, które wzięła z wyszczerbionego talerzyka. Nie smakowało jej. Było twarde i zbyt słodkie.

— Ona po prostu kocha swojego ojczyma — stwierdził Wiktor, który był wyraźnie w niezbyt dobrym humorze. Skrzywił się przy tym, jakby bolał go ząb.

— Kocha jego pieniądze, jego pewnie mniej. — Luna puściła do niego oko.

Jej zdaniem nowy mąż byłej żony Wiktora był lalusiowatym gogusiem, który jeździł audi Q7 w okularach przeciwsłonecznych nawet wtedy, kiedy na zewnątrz padał deszcz, a niebo zasnute było szarymi chmurami. Jowita, córka Wiktora, wcale a wcale nie lubiła swojego przybranego nowego tatusia, po prostu mówiąc o nim w superlatywach, chciała zrobić ojcu na złość. Tego Luna była niemal pewna.

— Cały pobyt nad morzem słyszałem, jaki to Adaś jest cudny, czego nie robi, a co robi. Oczywiście ja robiłem wszystko nie tak — żalił się Wiktor. Urlop rzeczywiście zamiast pozwolić mu naładować akumulatory, poważnie dał mu w kość. Kolegom zrobiło się go żal.

— Jowita po prostu chce zwrócić na siebie uwagę — powiedziała łagodnie Luna. — Wrzuć na luz, jeszcze wszystko się ułoży.

— Oby — mruknął pod nosem. — Co się działo, jak mnie nie było?

— Nic się nie działo — odpowiedział Krzysiek. — Wynudziłbyś się jak mops. Mieliśmy jednego HEAD-a.

Kolega odnosił się do sytuacji, w której w chronionym przez nich obszarze leciał prezydent. Zwykle w takich chwilach załoga jest w najwyższym — pierwszym — stanie gotowości. Wszyscy siedzą w śmigłowcu, przyszykowani do poderwania maszyny, i czekają na dalsze instrukcje. Kiedy prezydent wyleci z rejonu, wieża ogłasza stan gotowości numer dwa i można wrócić do bazy. Tak też było i wtedy.

— Jeden wypadek, a tak to siedzieliśmy.

— Czyli faktycznie nuda. — Wiktor sięgnął po ciastko, które nadgryzła Luna. Skrzywił się, ale zjadł do końca.

— No. Nie nalataliśmy się, nie uratowaliśmy żadnej pięknej nimfy… — Krzysztof wzruszył ramionami.

— To tobie trafiają się piękne kobiety — parsknął Wiktor. — Kiedy ja lecę, okazuje się, że zabieram ze sobą babcię z suczką.

— Babcia też kobieta.

— Ale nie taka, która zechce się ze mną umówić.

— Ze mną te młode też nie chcą się umawiać.

— Ale jak ja bym leciał, to zmieniałoby to postać rzeczy.

— A co u Mirusia? — wtrąciła się Luna, zmieniając temat.

Nikt z ich zespołu nie przepadał za Mirkiem, ­który również był pilotem. Mirek był taką osobą, która wszystkich zna i wszędzie była, i o wszystkim wie najlepiej. Miruś pił wódkę ze wszystkimi szychami. Ponoć — bo jaka była prawda, tego chyba nikt nie wiedział, nawet sam Miruś.

— Wciąż na chorobowym.

— Myślę, że to ściema.

— Ściema, nie ściema, dla nas to akurat dobrze.

Luna rozejrzała się po pomieszczeniu. Nadal była głodna. Wyszła z domu bez śniadania i teraz to sobie wyrzucała.

— Macie coś do wrzucenia na ruszt? — zapytała.

Była jedyną kobietą w zespole, co jej w ogóle nie przeszkadzało. Lubiła pracę z facetami. Faceci nie mają tych wszystkich przedokresowych fochów, mówią wszystko wprost, bez domysłów i niedomówień. Kobiety czasem coś powiedzą i uważają, że facet się domyśli, co dla niej jest oczywiste, a wcale tak nie jest, i Luna doskonale o tym wiedziała. Ale płeć piękna nie miała tylko wad i nawet ona — choć wolała mimo wszystko pracę z płcią brzydką — musiała to przyznać. Kobiety na pewno były dokładniejsze.

— Ja mam — powiedział Krzysiek, uśmiechając się szelmowsko. — Słoiki z bigosem, gołąbkami, kanapki i sałatkę. Do wyboru, do koloru.

— Masz szczęście z Moniką.

— No mam. — Posłał jej promienny uśmiech.

Kiedy Luna zabrała się do przeglądania przyniesionych przez Krzysztofa wiktuałów, do pokoju wszedł Arkadiusz zwany Bossem. Był najlepszym szefem pod słońcem. Luna każdemu życzyłaby takiego przełożonego.

— Co tam macie? — zapytał.

— Słoik z bigosem.

— Rekwiruję! — Uśmiechnął się.

— Bossie, ale nie ma nic za darmo!

— No nie. — Mężczyzna sięgnął po słoik, odkręcił nakrętkę i zawartość wyłożył na talerz. — Byłem dzisiaj u dowódcy z pismem o podwyżkę dla was.

— I co?

— Sprawa w toku, ale prawdopodobnie dostaniecie kilka groszy ekstra.

— Jesteś kochany! — Luna objęła go mocno.

— Wiem.

Dwie godziny później cała załoga siedziała w śmigłowcu. Dwóch pilotów, w tym Luna jako dowódca statku powietrznego, technik pokładowy, ratownik medyczny i lekarz pokładowy.

Luna włączyła po kolei przyciski prądu stałego, rejestratora, regulację paliwa, momentomierz, paliwomierz i przetwornice, zgodnie z checklistą do uruchomienia.

— Wieża, rescue helicopter zero-cztery-jeden-dziewięć, zezwól uruchomić W-3 do lotu rescue tango. Warunki: pas w użyciu. Ciśnienie tysiąc dwadzieścia hektopascali.

— Zgoda na uruchomienie.

Luna włączyła pompy paliwowe, zawory, dźwignię rozdzielnego sterowania silnikami, lewy silnik, rozruch, stoper. Kiedy upewniła się, że wszystkie parametry są w normie, załączyła też drugi silnik.

— Wykonujemy lot na tysiąc feet, na ciśnieniu tysiąc dwadzieścia.

— Wykonuj zgodnie z planem — odpowiedziała wieża.

Cała załoga cieszyła się na treningowy wylot, bo nie ma lepszej okazji do ćwiczeń niż symulowana awaria, dająca możliwość sprawdzenia działania procedur na taką okoliczność, już nie mówiąc o tym, że trafił im się tego dnia bardzo pomysłowy dyżurny służby ASAR2. Jak Luna mogła się już przekonać, mężczyzna wyznaczył punkty do poszukiwań w takich pipidówkach, że trzeba było nieźle się ich naszukać na mapie. Żadna osoba z załogi nigdy o nich nie słyszała… Czarna, Krusze, Łąki, Ownia, Budziszki…

— What the fuck? — roześmiała się Luna, słysząc wymienione nazwy. — Ten to ma zdrowie.

— Gdzie te Krusze są? — zapytał Wiktor.

— W czarnej dupie! — Krzysiek starał się przekrzyczeć hałas panujący w śmigłowcu.

Po starcie wykonali lot na pierwszy punkt trasy poszukiwań i zgłosili, że warunki atmosferyczne pozwalają na wykonanie zadania. Po skończonych ćwiczeniach przylecieli do bazy. Kilka godzin później otrzymali ze służby ruchu lotniczego informację o awaryjnym lądowaniu śmigłowca. Natychmiast nawiązali kontakt radiowy ze służbą ASAR, która przekazała współrzędne początkowego punktu poszukiwań, przybliżonego miejsca katastrofy. Drugi pilot wprowadził parametry do GPS-a, radionamiernik ustawił na wyszukiwanie radiostacji ratowniczych. Nie zastanawiając się nad tym, co mogą tam zobaczyć, natychmiast zmienili tor lotu tak, by dotrzeć do tego punktu.

W takich przypadkach, gdy nie wiadomo dokładnie, w jakim miejscu znajduje się śmigłowiec, po jakiej trasie leciał — zna się wyłącznie obszar działań, i to tylko mniej więcej — do poszukiwań stosuje się metodę rozszerzających się kwadratów, tak aby przeszukać jak największy obszar. I tak było tym razem.

Procedurę rozpoczęli nad początkowym punktem poszukiwań. Cała załoga wypatrywała oznak lądowania awaryjnego, to znaczy odpalonej świecy sygnalizacyjnej, dymu, ognia.

Szybko znaleźli śmigłowiec — roztrzaskany. Teren był trudno dostępny i wiedzieli, że nie mogą wylądować, tylko muszą opuścić medyków na dźwigu. Przekazali informację dyżurnemu służby ASAR i zapewnili, że odezwą się po rozpoznaniu. Kiedy podchodzili do zawisu, wiedzieli, że nikt z tego wypadku nie wyszedł cało. W powietrzu unosił się ciężki, duszący zapach nafty lotniczej i nie widać było oznak życia.

Luna pomyślała wtedy, że tak jak kocha latać, tak w takich chwilach wolałaby siedzenie w bazie. Nudę, jak to określił Wiktor. Nie bez powodu życzy się pilotom tylu lądowań, co startów — tak żeby licznik się zgadzał.

Tej nocy, kiedy wrócili do bazy, nikt się nie odzywał. Doskonale znali załogę drugiej maszyny; z ich przyjaciół pozostały tylko szczątki. Luna zamknęła się w łazience, gdzie dość długo płakała.

— Jak chcesz pogadać, jestem — powiedział Krzysiek, który stanął za drzwiami toalety.

— Na razie nie.

Kiedy giną „swoi”, człowiek zdaje sobie sprawę, że nie ma patentu na życie wieczne. Luna pomyślała, że każdy powinien zdać sobie sprawę, że nic nie trwa wiecznie, nic. I jeśli mielibyśmy tego świadomość, wszyscy żylibyśmy inaczej. Pełniej, prawdziwiej…

2Aeronautical Search and Rescue — Służba Poszukiwania i Ratownictwa Lotniczego.

Rozdział 3

Daniel zamknął oczy. W dżungli było ciemno, choć oko wykol.

Lubił czasem wspominać swoją młodość. To było już naście lat temu… Wtedy był jeszcze innym człowiekiem. Życie go zmieniło. On się zmienił.

Odkąd Daniel pamiętał, denerwowała go przeciętność. Zawsze chciał od życia trochę więcej. Więcej życia w życiu, jak powiedział swojej mamie. Był niegrzecznym chłopakiem, ale miał złote serce. Nie kradł, nie pił ani nie ćpał, ale robił czasami głupie rzeczy. Kochał sport, bo pociągały go skoki adrenaliny.

Na pomysł, by wstąpić do Legii Cudzoziemskiej, wpadł, kiedy skończył osiemnaście lat. Nie chciało mu się uczyć, pragnął za to przeżyć przygodę życia. Jego wujek służył w Legii w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Powiedział mu: „Idź, zrobią z ciebie mężczyznę”. Niby było to tylko zwykłe gadanie o tym, jak to wojsko robi z chłopaków prawdziwych twardzieli, a jednak coś go w tamtym kierunku ciągnęło. Misje, ekstremalne warunki, mordercze marsze… Tak, chciał przeżyć taką przygodę. Matka postawiła mu jednak warunek: „Zdasz maturę, rób, co chcesz”. A słowo matki było dla niego świętością.

Życie jednak go zaskoczyło, bo poznał Maję, w której się zakochał. Prawdę mówiąc, dziewczyna nie była w jego typie. Sam nie wiedział, jaki jest jego typ, ale ona na pewno się w nim nie mieściła. Była prymuską, kujonką i grzeczną dziewczynką z bogatego domu. Śliczna, ale zbyt delikatna, łagodna. W ogóle za bardzo ułożona, a on do tamtej pory nie zadawał się z takimi dziewczynami.

Któregoś dnia jechał rozpędzony na motocyklu, który dostał od wujka — tego samego, który namawiał go, by wstąpił do Legii — i na pasach omal nie potrącił Mai.

— Niech to szlag! — zaklął pod nosem, kiedy ostro zahamował.

Zdjął kask i podszedł do wystraszonej dziewczyny.

— Wiedziałam, że jesteś dupkiem, ale nie miałam pojęcia, że aż takim! — krzyknęła. Adrenalina musiała w niej buzować, bo zdjęła torebkę i zaczęła go nią okładać. Zasłaniał się rękoma, a potem zaczął się śmiać. Znał ją z widzenia ze szkoły, nic poza tym. Ona pewnie też słyszała o nim niejedną historię. Należał do tych popularnych osób.

— Trzeba było szybciej przechodzić — powiedział jakby nigdy nic. Zauważył, że Maja jest śliczna, kiedy się tak złości. Kosmyki włosów wysunęły jej się z kucyka.

Spojrzała na niego z wyższością. Tak, słyszała o Danielu wiele złych rzeczy. No może nie złych, bo niektórym laskom imponował, ale na pewno nie jej. Wiedziała, że jego pasją jest szybka jazda na motocyklu. Jeździł też ze swoim kolegą starym mustangiem. Podrywał dziewczyny na swój nieziemski uśmiech. „Rwanie lasek” przychodziło mu bez trudu. Plotki głosiły, że przespał się nawet z matematyczką, która miała dwadzieścia dziewięć lat i zaczęła pracę w liceum kilka miesięcy temu. Miał ponad metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, ciemne blond włosy, lekko nastroszone, i oczy w kolorze czekolady.

— Trzeba było stać w kolejce po rozum, kiedy go rozdawali — odgryzła się. Odwróciła się i odeszła.

Daniel nachylił się i z chodnika zgarnął portfel, który musiał wypaść dziewczynie, kiedy w szaleńczym transie wymachiwała torebką.

Dzień później stanął przed Majką, zagradzając jej drzwi do szatni.

— Chcę przejść — powiedziała, poprawiając pasek plecaka na swoim ramieniu.

— No i? — Daniel nie ruszył się nawet o milimetr.

— To znaczy, że chcę przejść. — Wydęła zabawnie usta i zmarszczyła nos.

— A ja chcę cię pocałować.

Majka zaniemówiła. Widział, jak pomału robi się czerwona.

— Chciałbyś! — Uśmiechnęła się, po czym łokciem wymierzyła mu cios w brzuch. Nie spodziewał się tego. Była w końcu z tych grzecznych. Nigdy nie słyszał, żeby choćby podniosła na kogoś głos na szkolnym korytarzu. Zgiął się wpół, a ona go wyminęła.

Kiedy już przestało boleć, uśmiechnął się pod nosem. Doskonale wiedział, że laski na niego leciały. Nie musiał się nigdy wysilać. Podobał się dziewczynom a nawet dojrzałym kobietom, co potwierdzała przygoda z profesorką od matematyki. Ale oprócz dobrego seksu nie łączyło ich absolutnie nic i Daniel miał nadzieję, że tak pozostanie.

— Mam twój portfel — rzucił w stronę odchodzącej dziewczyny. Usłyszała go.

Przystanęła i obróciła się w jego stronę.

— Jak to: masz mój portfel? — Popatrzyła mu prosto w oczy. Na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek.

— Wczoraj, kiedy mnie pobiłaś, wypadł ci na chodnik.

— Nie pobiłam cię.

— Widocznie odczułem i zapamiętałem całą tę sytuację inaczej niż ty. Dzisiaj zrobiłaś to po raz drugi. — Ostentacyjnie złapał się za brzuch.

Majka podeszła do niego i chwyciła w palce wyciąg­nięty portfel.

— Widocznie na to zasłużyłeś — wycedziła — ale żadna nie miała odwagi ci przywalić.

I tak po prostu, jakby nigdy nic, odeszła.

A on pomyślał sobie, że faktycznie żadna dziewczyna wcześniej nie miała odwagi tego zrobić.

Ty jesteś pierwsza, chciał jej powiedzieć, nie mogąc przestać się uśmiechać.

Daniel dostał prawdziwej obsesji na punkcie tej dziewczyny. Stanowiła dla niego wyzwanie, jakby nie mógł uwierzyć, że jednak nie każdej potrafi zawrócić w głowie. Zaczął chodzić za nią nawet do biblioteki, choć wcześniej nigdy go w tym miejscu nie widywano. Siadał dwa stoliki od niej i obserwował, jak czytała książki i robiła z nich notatki.

Któregoś dnia Majka wstała i podeszła do niego.

W końcu! Uśmiechnął się do siebie łobuzersko.

— Słuchaj! — usłyszał jej głos. — Czy możesz przestać za mną łazić?

Mówiła cicho, jak tego wymagała kultura w bibliotece.

— Przyszedłem się pouczyć — powiedział.

— Akurat tutaj? — Dziewczyna wydęła wargi, a on patrzył na nią oniemiały. Nie wyglądała na zadowoloną i jeśli trafnie oceniał, nie była to wyłącznie poza. Nigdy nie miał problemu z podrywaniem dziewczyn, ale z nią ewidentnie mu to nie wychodziło.

Zrób coś. A nie siedzisz tutaj jak jakiś żałosny palant, pomyślał.

Chciał coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle. Spuścił głowę. Dziewczyna wróciła do swojego stolika i zatopiła się w lekturze książek. Była taka skupiona na tym zajęciu, że stracił całą pewność siebie. Liczył na to, że skoro wreszcie podeszła, to cała sytuacja rozwinie się według stałego scenariusza. A ona po prostu go olała. Jak długo jeszcze będzie musiał to znosić? To godziło w jego dumę.

Wstał, podszedł do jej stolika i usiadł naprzeciwko niej. Sięgnął po leżącą na blacie książkę i zaczął ją przeglądać.

— Umiesz czytać? — padło kolejne kąśliwe pytanie.

— Nie, przeglądam obrazki. Może ty mnie czegoś nauczysz?

— Nie mam ochoty. — Wstała. Przechyliła głowę na bok, rozciągnęła usta w uśmiechu. — Masz tyle adoratorek, że pewnie któraś się skusi.

— Ale ja chcę ciebie.

Nachyliła się w jego stronę i szepnęła:

— Chcieć nie zawsze znaczy móc.

A potem znów po prostu sobie poszła.

To był jeden z tych gorszych dni. Majka nie zaliczyła testu z chemii, na który tyle się uczyła. Sama nie wiedziała dlaczego, ale ostatnio była jakoś rozproszona, zupełnie jak nie ona. Nie radziła sobie ze sobą. Oblała się herbatą i teraz miała brunatną plamę na środku koszulki. Ojciec rano pokłócił się z matką, a ona nie znosiła, kiedy rodzice się kłócili. Bolała ją głowa i…

Usłyszała ostry pisk hamulców. Obok niej zatrzymał się motocykl. Nie, tego było już za wiele.

Obróciła głowę i zobaczyła uśmiechniętego Daniela, który zdążył już zdjąć kask.

— Teraz taka moda. — Wskazał głową na plamę.

— Tak. Modnie jest oblewać się herbatą — odpowiedziała obojętnie.

— Taka księżniczka jak ty pewnie głupio się czuje w poplamionej bluzce.

Majka poczuła, jak pod powiekami zbierają jej się łzy. Ten palant nic o mnie nie wie, pomyślała, a mimo to mnie ocenia. Tak łatwo jest przykleić człowiekowi łatkę — i po co? Żeby poczuć się lepszym?

Daniel zauważył, że sprawił jej przykrość, i zreflektował się.

— Ej, chyba nie będziesz płakała?

— Wiesz co? Odwal się ode mnie. Raz na zawsze się ode mnie odwal! — Trudno, uznała. Rozpłakała się. Nie mogła zapanować nad łzami. Całe to napięcie, które kumulowało się w niej od kilku dni, sytuacja rodzinna, oblany test i to, że ostatnio w ogóle nie radziła sobie z własną głową, wreszcie znalazło ujście.

Daniel zsiadł z motocyklu.

— Przepraszam… — Podszedł do niej na wyciągnięcie ramienia. — Chciałem zażartować.

Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Stała i płakała. Zawsze była dzielna i opanowana, nie pozwalała, by emocje brały górę. W tej chwili jednak wszystkie tamy puściły. Pragnęła, aby ktoś ją przytulił.

Nikt jej nigdy nie tulił. Nikt. Jej starzy nie mieli czasu na takie gesty, nigdy nie byli przesadnie czuli, zresztą uważali, że jest już dorosła i w ogóle tego nie potrzebuje.

— Przytul mnie — powiedziała teraz Maja, sama siebie zaskakując.

— Słucham? — Zamrugał zdezorientowany.

— Po prostu mnie przytul.

Daniel podszedł do niej nieśmiało i spełnił jej prośbę. A ona przywarła do niego całym ciałem niczym mały kociak. Właśnie wtedy po raz pierwszy poczuł, że bardzo chciałby przy niej być. Nie tylko teraz i nie tylko za chwilę, ale też jutro, za tydzień i za miesiąc — już zawsze.

— Moja mama robi dzisiaj na obiad pierogi z truskawkami i śmietaną — powiedział.

— A co to ma ze mną wspólnego? — zapytała Maja, kiedy trochę się opanowała.

— To, że po pierogach z truskawkami świat wygląda nieco bardziej przyjaźnie.

Miał rację. Cały talerz pierogów z truskawkami, cukrem i gęstą śmietaną sprawił, że dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Poza tym w domu Daniela panowała przyjazna atmosfera. Jego mama była tak ciepła i serdeczna, że kiedy zobaczyła zapłakaną dziewczynę, mocno ją przytuliła, dała paczkę chusteczek, pożyczyła jej swoją bluzkę i powiedziała, że bez względu na to, jak jest źle, jutro będzie trochę lepiej, a pojutrze to nawet bardziej niż trochę. Napięcie powoli z niej schodziło.

Kiedy Daniel odwoził ją do domu, dziewczyna czuła się już znacznie lepiej. Zsiadła z motocykla, zdjęła kask i oddała go chłopakowi.

— Nie jesteś taki zły, na jakiego wyglądasz. — Uśmiechnęła się promiennie.

Daniel zdjął swój kask. Serce zabiło mu szybciej, jakby usłyszał największy komplement.

— Gdybyś tylko dała mi szansę, przekonałabyś się, ile mógłbym dla ciebie zrobić…

Spojrzeli sobie w oczy.

— Nie chciałabym, byś cokolwiek dla mnie robił.

Temperatura powietrza jakby podniosła się o kilka stopni, oboje to czuli.

— A czego byś chciała? — zapytał cicho.

— Żebyś był… Po prostu był.

Odwróciła się i odeszła. Znów.

Następnego dnia rano Daniel czekał na Majkę przed jej domem.

— Zgłupiałeś? — Dziewczyna nie kryła rozbawienia.

— Po prostu jestem — powiedział, podając jej kask. — Sama tego chciałaś.

— Idę do szkoły.

— Przyjechałem, by cię tam zawieźć…

— A co, jeśli się nie zgodzę?

— Mama zapakowała dla ciebie kanapki.

— Przekonałeś mnie. Choć wykorzystywanie mamy jest trochę ciosem poniżej pasa. — Majka uśmiechnęła się szeroko. Jej mama nigdy nie robiła dla niej kanapek. Dawała jej kasę na lunch, a ona po stokroć wolałaby zjeść takie domowe kanapki. Może z mniejszą liczbą składników i mniej finezyjnie opakowane, ale za to świadczące o tym, że ktoś się o nią naprawdę troszczy.

Od tej chwili Majka z Danielem stali się nierozłączni. To przez pierogi i kanapki, jak powtarzał, ale ona wiedziała, że też dzięki ciepłu, które on i jego rodzina nosili w sobie, a którego sama tak bardzo potrzebowała. Ich znajomość rozwijała się bardzo szybko, a ona ze zdumieniem zrozumiała, że może nie zawsze warto wierzyć plotkom.

Rozdział 4

Wszyscy w szkole wiedzieli, że Majka pochodzi z bogatej rodziny, Daniel nie spodziewał się jednak, że aż tak majętnej. Willa w podwarszawskim Konstancinie była „wypasiona”, niczym wyjęta z ekskluzywnego magazynu. Wnętrze — nieskazitelnie czyste, lśniące, białe. Na ścianach wisiały jakieś cenne dzieła, które przypominały raczej bohomazy, ale Daniel wiedział, że muszą mieć ogromną wartość.

Już z zewnątrz dom prezentował się niesamowicie, dopiero dziś jednak chłopak miał okazję zobaczyć, jak całość wygląda od środka.

Majka odłożyła klucze do wielkiej kryształowej kuli. Daniel zdjął buty. Rozejrzał się po sterylnie wysprzątanym wnętrzu. Pomyślał, że w tym domu nie ma życia.

— Daj spokój, nie jesteś w muzeum — rzuciła Majka przez ramię, ale on czuł się bardziej skrępowany niż w jakiejkolwiek galerii sztuki, w której był.

W tej samej chwili na korytarz wyszła jakaś kobieta.

Daniel wyprostował się, podszedł do niej, przedstawił się i pocałował ją w rękę. Starsza pani była tak zszokowana, że nic nie odpowiedziała na takie powitanie.

— Pani Kasieńko! — Majka się roześmiała. — Daniel jest nie mniej zestresowany od pani i chce dobrze wypaść.

Kobieta uśmiechnęła się niemrawo.

— No dobrze, dobrze — odrzekła. — Obiad jest na stole. Nie wiedziałam, że będziesz miała gościa, przyszykowałabym więcej. — Na jej twarzy pojawił się rumieniec.

— Damy radę. — Majka puściła do niej oko.

Daniel nie wiedział, jak się zachować. Domyślił się, że pani Kasieńka na pewno nie jest matką Majki, i zrobiło mu się głupio, że się pomylił. Może zresztą nawet gdyby spotkał panią domu, ta szarmanckość rodem z XIX-wiecznych powieści wydałaby się po prostu śmieszna?

— Chodź do salonu — rzuciła przez ramię dziewczyna. Ruszyła w głąb korytarza i Daniel poszedł za nią. Jakoś w tym domu stracił całą swoją przekorę, odwagę i nonszalancję. Było coś dziwnego, co go krępowało. Czuł się niezręcznie, jakby samą swoją obecnością mógł coś zniszczyć lub popsuć. Miał wrażenie, że odkąd tylko przekroczył próg willi, popełniał gafę za gafą.

Usiedli na białej sofie, naprzeciwko której stał stół. Na nim znajdowały się półmiski z jakimś dziwnym jedzeniem.

— To twój obiad? — Wskazał ręką na blat. Zastanawiał się, co to takiego. Pomyślał sobie, że jest prostym facetem i zazwyczaj jada proste potrawy. Mama robiła pierogi, schabowe z przypieczoną panierką, rosół, pomidorową… Nie miał pojęcia, czy będzie umiał zjeść to, co podadzą mu w tym domu, i czy próbując, raz jeszcze nie zrobi z siebie idioty.

— Pani Kasia gotuje to, o co prosi ją mama. Czyli kotleciki z tofu, sałatkę z glonów… Jednym słowem: obrzydlistwo. — Majka się skrzywiła.

— Kim jest pani Kasia?

— Naszą gosposią. — Dziewczyna wzruszyła ramionami.

— Macie gosposię?

Majka z niechęcią pokiwała głową. Widać było, że przyznanie się do bogactwa nie jest dla niej komfortowe.

— Oprócz niej jeszcze sprzątaczkę i ogrodnika. Ale wcale nie czyni nas to szczęśliwymi ludźmi, Daniel.

— No nie wiem — prychnął. Spojrzał na ogromne drzwi z tafli szkła. Otwierały się na ogród, w którym był olbrzymi basen. Wielkością odpowiadał całemu mieszkaniu, które zajmował z mamą i siostrą. Nie miałby nic przeciwko takiej atrakcji w ogrodzie. Oczywiście gdyby mieli ogród.

— Wolę spędzać czas u ciebie — wyznała Majka. — Może zjemy jakiś owoc? Jestem głodna, ale na tofu i inne takie rzeczy mam długie zęby.